środa, 6 stycznia 2016

Sernik z sosem butterscotch (i solą)

Serników ci u nas dostatek w każdej porze roku. W Polsce, znaczy się. Powinno się mówić nie, że kraj mlekiem i miodem płynący (ha!ha!ha!), a jadący na serniku od bardzo już dawna. Ponieważ sernik towarzyszy polakowi od czasów biedy, wcześniejszego okresu międzywojennego, gdy wszystko było lepsze i z klasą i czasów jeszcze dawniejszych, gdy o kierunku kulturalnym rozwoju naszego pięknego kraju stanowił Paryż i Wiedeń.
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.

No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.

Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.

W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...



Składniki:
4 jajka 
20 dkg cukru (1 szklanka) 
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii 
12,5 dkg masła 
50 dkg twarogu półtłustego 
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak 
1 łyżka mąki ziemniaczanej 
1 łyżka mąki pszennej 
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.) 
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach


Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki). 

Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite). 

Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy. 

Dodajemy mąki i ponownie miksujemy. 

W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli. 

Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami. 

Dodajemy bakalie. 

Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg). 

Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście. 

Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny.  Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.

Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.

Smacznego:)





czwartek, 31 grudnia 2015

Sos Butterscotch

Wchodzimy po Świętach powoli na pełne obroty. Co prawda Sylwester za pasem, czyli jutro znowu coś będę robić, a potem nic nie robić aż do późnego popołudnia 1 stycznia, ale myślę przyszłościowo. Nowe przepisy czekają już w kolejce na wypróbowanie, obiecany kolejny sernik, obiecane fantastyczne mięsne ciasto z nadzieniem, że klękajcie narody, cała seria wypieków skandynawskiego pochodzenia, które krążą dookoła jak upierdliwe komary wokół plamy krwi, wreszcie Tort Rabski, na który się czaję od dwóch lat, ale ciągle nie mam albo czasu, albo składników, by się za niego zabrać. O chińskich pierożkach gotowanych na parze nawet nie wspomnę, bo leżą i kwiczą, patrząc na mnie z Pinteresta okiem pełnym wyrzutu.
Tak więc, jak widać, Nowy Rok kroi się bardzo różnorodny kulturowo, z mnóstwem nietypowych dań i wielu potraw inspirowanych rozmaitymi mediami.
Zapowiedź pierwszej z nich już dzisiaj.

Butterscotch. A cóż to jest? Ano, proszę państwa, to cudeńko pochodzi z Wysp Brytyjskich i najkrócej mówiąc jest rodzajem cukierka z rodziny toffee. Zależnie od tego jak się tę słodycz przygotuje, butterscotch może być albo całkiem twardym karmelkiem, albo nieco miększym rodzajem toffee, miękką, brytyjską krówką, lub sosem.
Głównymi składnikami tego złotego cukierasa od zawsze są masło (jak widać w pierwszym członie nazwy), brązowy cukier oraz różne odmiany syropu cukrowego. Do tego dodaje się także inne rzeczy typu ekstrakt z wanilii lub sól, ale podstawowe składniki muszą pozostać bez zmian. Szkockiej nie ma w przepisie (tak, tak, słyszę to rozżalone jęki), wbrew temu, jak się przysmak nazywa. Nazwa pochodzi nie od Szkockiej, a prawdopodobnie od słowa "scorch" - czyli gotować w wysokiej temperaturze, bowiem dokładnie to i tylko to się robi z mieszaniną cukru, masła i syropu cukrowego, by przygotować butterscotch.
Czym się różni sos od butterscotcha? Tylko tym, że do ugotowanego dodaje się śmietanę, bo inaczej w krótkim czasie zrobi nam się twarde toffi. A nie o to w tym chodzi.

Prawdziwą, twardą, możliwą do krojenia odmianę butterscotch na pewno będę jeszcze robić, tym razem jednak pokusiłam się o szybki dodatek do dwóch potraw (i setek innych deserów, jeśli tylko podejdzie wam smak), które mam w planie w najbliższej przyszłości. Dokonać kuchni fusion w postaci polskiego sernika i szkockiego butterscotcha z dodatkiem soli morskiej, oraz Piwa Kremowego znanego ze świata Harry Pottera. W obu przepisach sos butterscotch jest jednym z dodatków, więc logicznym się wydawało, iż muszę najpierw zrobić sos, by móc zabrać się za resztę. Obrany z rozumu zaś tylko kupiłby za ciężkie pieniądze coś, czego smaku nie zna, a może zrobić w 20 minut własny półprodukt za jedną trzecią kasy, o jaką krzyczą sklepy.

Bowiem jest to proste. Nawet bardzo. Prostsze niż zrobienie golden syrup'u albo fudge'a. Krócej się czeka, bezpiecznie merda łyżką by się nie przypaliło, a potem tylko próbuje, dosmacza i przekłada do butelki, by przez następne dwa tygodnie cieszyć się pysznym, karmelowo-toffee-podobnym sosem do czego tylko dusza zapragnie.
A co tam, do kawy i schabowego też pewnie podejdzie, jeśli macie takie pragnienie. Skoro można piec mięso w Coca-Coli, to czemu nie w butterscotchu!

Oto więc zrobiony w dwadzieścia radosnych minut, domowy, "very-own"(jak to ładnie powiadają anglojęzyczni) karmelowy, złoty i cudownie gęsty sos butterscotch. Ode mnie, dla was, by radośnie się tyło. Przepis wzięty stąd, z poczynionymi modyfikacjami.





Składniki:

1/2 szklanki masła
2/3 szklanki białego cukru
2/3 szklanki brązowego cukru
3/4 szklanki golden syrup'u
2 łyżki wody
1/4 łyżeczki soli
3-4 spore łyżki śmietany (idealnie by było, gdyby to była kremówka 30%, ale na 18% też wyjdzie)
2-4 łyżeczek ekstraktu z wanilii



Wykonanie:

Wkładamy masło do średniej wielkości garnczka z grubym dnem i roztapiamy je na małym ogniu, pilnując by nie zaczęło się przypalać lub brązowieć. Dobrze jest w tym celu ostatnie jego kawałeczki roztopić w już roztopionym maśle poruszając żywo garnkiem zdjętym z ognia.

Do roztopionego masła dosypujemy cukier biały i brązowy, wlewamy golden syrup, mieszamy wszystko razem i ponownie stawiamy na, tym razem, średni ogień. Dorzucamy dodatkowo wodę i sól, i zaczynamy podgrzewać, mieszając mieszaninę cały czas, aż doprowadzimy ją do wrzenia.

Przez kolejne 5 minut gotujemy ciecz, nieustannie mieszając, skrobiąc łyżką po kątach garnka, bokach i spodzie, by nic się nie przypaliło, pozwalając jej wrzeć do woli.

Po upływie tego czasu ściągamy garnczek z ognia i wlewamy do cieczy ekstrakt z wanilii. Ostrożnie, bo może pryskać. Ilość ekstraktu jest zależna od was. Alkohol i tak wyparuje, ponieważ butterscotch w tym momencie jest bardzo gorący i procenty się "nie przedrą", więc pozostanie tylko ustalenie, czy chcemy wyraźniejszą woń wanilii w sosie, czy nie. U mnie podeszły cztery łyżeczki, ale dodajcie jak wam lepiej posmakuje.

Starannie mieszamy, by butterscotch i ekstrakt z wanilii się połączyły.

Potem dodajemy śmietanę. Co najmniej 3 łyżki na pewno należy dodać, co zauważycie próbując butterscotch bez śmietany. W ustach momentalnie zamienia się w twarde toffee, a toffi nie chcemy, chcemy sos. A zatem najpierw 1 łyżka i mieszamy od razu, by całość weszła w sos. Potem i 2 - mieszamy i sprawdzamy, jak nam się prezentuje w ustach. Jeśli nadal twardnieje na amen, dajemy 3. Ja w rozpędzie dałam i 4, aby na pewno uzyskać kremową konsystencję, ale tak myślę, że po 3 łyżce już będziemy mieć sos.

Gotowy sos mieszamy raz jeszcze, upewniając się, że nie zaplątała się tam żadna, nie roztarta grudka śmietany, po czym, jeżeli chcemy go w całości zachować na później, przelewamy przy pomocy lejka do wymytej, wrzątkiem przelanej szklanej butelki z zamknięciem.
Co zrobić, gdy nagle się okazuje, że nie ma lejka w domu i nigdy nie było? A jest papier do pieczenia? Jest? Więc ratujemy się tym. Robimy z podwójnie złożonego kawałka papieru do pieczenia tutkę z szerszym końcem, wąski wpychamy do szyjki butelki, upewniamy się, że jest przepływ i lu!
Znaczy, to "lu", to ostrożnie. Sos jest nadal gorący. Przelejcie z entuzjazmem, ale w miarę wolno.

Po przelaniu butelkę zakręcamy i studzimy. Potem pakujemy do lodówki, gdzie może siedzieć jakieś dwa tygodnie.

Jeśli życzymy sobie go użyć od razu, umieszczamy potrzebną nam ilość na tym, czym będziemy zdobić butterscotch, a resztę pakujemy do butelki.
Sos stosujemy jako dodatek do deserów. Jest gęsty, prawdopodobnie ładnie będzie zastygał. Może nie na kamień, ale delikatne ciasta lubiące polewę przypuszczalnie wdzięcznie go udźwigną. Na serniku nowojorskim sprawdzi się na pewno, również i na rozmaitych odmianach brownie. To, że do lodów i kawy też będzie świetnie pasował, to na pewno każdy już odgadnie.

Z podanych składników uzyskamy prawie 3 szklanki sosu.
Jeżeli sos po wystygnięciu lub pobycie w lodówce stwardnieje w butelce, nie ma co panikować. Wkładamy butelkę do garnczka z bardzo ciepłą wodą (tyle, żeby butelka wytrzymała i nie pękła, więc nie wrzątek) i co jakiś czas potrząsamy nim, wyjmując z kąpieli, by zluzować sos. To powinno przerzedzić nam butterscotch do właściwej płynności.

A więc smacznego wszystkim:)


wtorek, 29 grudnia 2015

Sernik na zimno

No proszę, Bantofelki istnieją już od pół roku, a dopiero jeden sernik zawitał na ich łamy. I to taki, którego próbowałam po raz pierwszy z ciekawości. A przecież niezwykła historia "Bansheek i serniki" zaczęła się całe lata temu, gdy czcigodna rodzicielka Bansheeka kupiła na początku lat dziewięćdziesiątych rozkoszne urządzenie zwane malakserem. Cud myśli technicznej na ówczesne czasy. Ustrojstwo samo mieszało składniki, samo cięło i samo, w związku z tym, robiło ciasto na różne wypieki, fantastycznie oszczędzając czas i siły gospodyni domowej. Na dodatek w instrukcji były przepisy na potrawy - również nowość na tamte czasy.
Obecne pokolenia pewnie nie zrozumieją tego zachwytu, mając pod ręką całą masę sprzętów AGD ułatwiających życie: od ręcznych mikserów z Zelmera, po sprowadzane "zza wielkiej wody" prawdziwe kombajny, slow-cookery i inne food processory. Teraz miara wartości danego sprzętu zależy przede wszystkim od marki i logo wybitego na boku, a nie na tym, ile znaczył pradziadek takiego urządzenia (wraz z instrukcją pełną przepisów) dla polskiej gospodyni domowej ery post-komunistycznej, która mogła w końcu odłożyć montewkę i wcisnąć guzik, a wszystko robiło się za nią, podczas gdy ona na spokojnie piła kawę.

O tym pierwszym serniku z malaksera, jak jest nazywany do tej pory w moim rodzinnym domu, będzie na pewno na blogu, przy okazji, bowiem muszę onego dokonać, zrobić mu sesję zdjęciową i dopiero wtedy spokojnie będę o nim pisać.
Natomiast dzisiaj będzie o drugim serniku, który wkroczył w me życie wraz z mym przyszłym (na tamte czasy) mężem.
Jak już gdzieś wspominałam (chyba właśnie w felce dotyczącej przepisu na sernik nowojorski), mój chłopina nie lubi serników pieczonych. Do dzisiaj nie wiem, co mu się takiego ulęgło we łbie, że nimi gardzi, krzywi się, gdy proponuję co jakiś czas nieśmiało, że może zrobię, będzie gładziutki jak ten "z bloga" i wogóle zmieni jego światopogląd od dziś po wieczność w tym temacie. A gdzie tam, tknąć się nie da. Sernik, powiada, pieczony, to zło.
No więc, mając do wyboru zrobić i zjeść sama, w smutku i goryczy, albo nie zrobić, nie robię.

Ale nie dokończyłam wypowiedzi rozpoczętej przez "Pieczony sernik to zło". Druga część dodawana po namyśle brzmi: "Zrób sernik na zimno". Albowiem akurat ten sernik moja druga połowa zje  i to w całości, gdyby mu pozwolił. Ponieważ z tym ciastem, zupełnie jak w przypadku mej słabości do sernika z malaksera, też się wiążą wspomnienia z domu rodzinnego. Ten właśnie sernik zawsze u niego bywał na jego urodziny, ten kocha, temu pokłony składa, ten wreszcie umie sam zrobić od początku do końca (zapominając o połowie składników zapewne, ponieważ mój mąż gotuje "na oko") i zawsze będzie zadowolony z rezultatów. Które zje i nawet nie piśnie, bo jest wszystko pod jego smak.

Zresztą nie wiele może się w tym cieście nie udać. Ciężko sknocić coś, czego się nie wkłada do piekarnika, wszystko, co z zawartością związane, miesza razem i jedyna zabawa jest przy wykładaniu herbatników na dno i takim wylaniu ciasta, by herbatniki z dna nie pokazały się u góry. A potem... robi się sam. Dosłownie. Tylko siedzimy, czekamy, czasem zaglądamy ciekawie do lodówki i zostawiamy wstydliwy odcisk palca na masie, gdy sprawdzamy, czy już stężała.
Jest więc też sernik na zimno idealnym ciastem, które można zrobić mimochodem.

Co do smaku: ponieważ ciasto jest polskiego pochodzenia, nie używamy do niego serka kremowego, a zmielony twaróg. I nie kubełkowy, bo ten zmielony jest za bardzo. Najlepiej zmielić samemu, by uzyskać odpowiedni stopień ziarnistości ciasta, gdyż właśnie to jest w nim najfajniejsze. Grudki napakowane smakiem, na jakie natrafia się przypadkiem. Nadto masa bakalii w środku. I jeszcze owoce na górze. I galaretka! Pod pewnymi względami między deserem wigilijny, - paschą, a sernikiem na zimno jest pewne podobieństwo, więc tuszę, że jeśli lubicie paschę, to i sernik na zimno pokochacie.

Słówko, co do znajdywanych w sklepie pudełkowych świństw. Nie kupujcie! Zróbcie sami, bo tekturowy smak naprawdę zepsuje wam podejście do tego fantastycznego, super-smacznego ciasta, które nieco większym nakładem roboty niż wsypanie proszku i dodanie wody, osiągniecie, ale o wiele, wiele większą satysfakcją, gdy zaczną was pytać o przepis.

A przepis, jedynie słuszny przepis na jedynie prawdziwy, polski sernik na zimno, znajdziecie tuż poniżej. Zachamęcony od teściowej, a teściowa skąd ma... nie wiem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z dna piekła, skąd pochodzi, ale być może przeczyta tego bloga i prawem Murphy'ego trafi od razu na ten przepis, a wtedy będę mieć przesrane:D
Kocham mamusię, wie mamusia o tym, prawda?:D

A zatem, without further ado, kurtyna w górę, sernik na zimno w wasze ręce:





Składniki:

1 kg białego sera twarogu (1/2 kg sera pełnotłustego, 1/2 kg sera półtłustego)
1 duże opakowanie biszkoptów ladyfingers (tych długich, czasem nazywanych kocimi języczkami; ja najchętniej używam wyrobu Dr Gurgula, w charakterystycznym opakowaniu w pomarańczowo-żółtą quasi-kratkę)
1 szklanka cukru
2 galaretki owocowe w różnych kolorach (jedna dopasowana barwą do owoców, jakie wylądują na wierzchu sernika, druga w dowolnym kolorze, bowiem pójdzie do ciasta)
1/2 kostki masła
bakalie: rodzynki, skórka pomarańczowa, suszone morele, suszona żurawina, figi (odradzam dodawania do sera świeżych owoców, bo może sernik popłynąć; zostawcie je na górę)
1 duża puszka owoców w syropie (brzoskwinie, ananasy, morele, mieszanka koktajlowa, co wam podejdzie. Można i świeże, ale nie dodawajcie kiwi, galaratka przy nich nie chce wogóle tężeć)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego


Wykonanie:

Na sam początek przygotowujemy galaretki. Obie wsypujemy do osobnych garnuszków. Jedną, tą, która pójdzie na górę, na owoce, zalewamy gorącą wodą zgodnie z ilością podaną na opakowaniu i mieszamy aż żelatyna na dnie się rozpuści.

Drugą, tą, którą dodamy do sera, zalewamy 1 szklanką gorącej wody i również mieszamy, aż się rozpuści.

Obie galaretki zostawiamy w temperaturze pokojowej w garnuszkach, by sobie stygły i dążyły do stężenia.

Tymczasem szykujemy resztę sernika.

Twaróg kupiony w kawałkach (koniecznie nie zmielony wcześniej) mielimy w domu w maszynce do mięsa, mieląc wraz z serem kawałki masła i dodają szklankę cukru. Masę przekładamy do miski od miksera i miksujemy starannie, by się wszystkie trzy składniki ładnie połączyły.

Dolewamy galaretkę szykowaną na ciasto - tę rozpuszczoną w 1 szklance wody - jeśli tylko już wykazała tendencję do tężenia (dlatego lepiej przygotować sobie galaretki wcześniej, by nie czekać za długo między kolejnymi etapami), do masy serno-maślano-cukrowej i ponownie miksujemy wszystko razem.

Próbujemy po raz pierwszy. W razie za małej słodkości dodajemy cukru. Dolewamy olejek pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Miksujemy.

Rodzynki parzymy wrzątkiem i w ilości na jaką mamy ochotę, wsypujemy do masy. Skórkę pomarańczową (jeśli kupna) wsypujemy również. Jeśli mamy własną, robioną w domu, kroimy drobniutko skórki i wrzucamy. Suszone morele, żurawinę, figi itp. wszystkie większe gabarytowo bakalie - kroimy drobno i dodajemy do masy. Następnie za pomocą drewnianej łyżki mieszamy starannie, by bakalie trafiły w każdy zakamarek ciasta. Raz jeszcze próbujemy i jeśli smak pasuje nam ostatecznie, odstawiamy na chwilę do lodówki.

Okrągłą tortownicę z wyjmowalnym dnem wykładamy folią aluminiową, starannie, aż po brzegi, nie zostawiając dziur, by ani ciasto, ani galaretka nam nie wypłynęły. Jeśli trzeba to nawet podwójną warstwą.

Długimi biszkoptami wykładamy starannie dno tortownicy, starając się je jak najmniej łamać, ale wypełniamy wszystkie dziury między nimi jak się da. Nawet i kruszonymi kawałeczkami.

Wyciągamy ciasto do sernika z lodówki i po jednej łyżce wykładamy najpierw na biszkopty, by przykryć je warstwą sera. Nie wylewajcie wszystkiego naraz, bo biszkopty wypłyną od razu i będzie bieda. Gdy już przykryjemy ciastem wszystkie biszkopty, możemy ostrożnie zacząć wylewać resztę sera do tortownicy. Wygarniamy do spodu, puste naczynie podsuwamy rodzinie do wylizania wraz z łyżką, a tortownicę ponownie wsadzamy do lodówki.


Puszkę z owocami otwieramy, odsączamy kawałki lub plastry z syropu i sprawdzamy sernik jednym, próbnym kawałeczkiem. Jeżeli owoce nie tonie i leży na serze, możemy zacząć powoli wykładać owoce na wierzch tak, by jak najdokładniej pokryć powierzchnię równą warstwą.
Jeżeli z kolei kawałki zaczynają tonąć, natychmiast je zdejmujemy i dajemy sernikowi spokój na jakieś pół godziny, by stężał. Dopiero potem ponownie testujemy i wykładamy owoce.

Sernik z owocami wkładamy do lodówki i sprawdzamy galaretkę, którą zamierzamy wylać na owoce. Wolno nam ją przelać, a raczej przełożyć dopiero wtedy, gdy jest prawie całkiem stężała, inaczej w zbyt płynnej postaci znajdzie każdą dziurę między folią, a tortownicą i wycieknie poza sernik. Doskonała będzie więc taka, której jeszcze nie trzeba kroić, ale jeśli zostawimy ją bodaj na 5 minut nieróbstwa, właśnie taka się stanie.
Jeśli nam jednak stężeje, bo przegapiliśmy moment, stawiamy ją na chwilę na ogień i mieszamy, doprowadzając do stanu właściwego, tuż przed stężeniem.

Galaretkę, łyżka po łyżce przekładamy na owoce, zapełniając najpierw dziury między nimi i sernikiem, potem po powierzchni owoców i wreszcie gdzie się da, ile tylko mamy wolnego miejsca i galaretki.

Gotowy sernik pakujemy do lodówki na ostateczne, kilkugodzinne leżakowanie. Najlepiej by było dać jej całą noc. Kroimy dopiero gdy galaretka na wierzchu jest całkowicie twarda.

Sernik można podawać z bitą śmietaną, ale moim zdaniem zupełnie nie potrzebuje dodatków, sam w sobie będąc idealnie wilgotny, aromatyczny i bardzo, bardzo smakowity.

Smacznego:)



wtorek, 22 grudnia 2015

Majonez domowy

Geniusz w oszczędzaniu pieniędzy! Król smaku i niech się wszystkie Hellmansy schowają.  Tak powinien smakować najprawdziwszy, polski majonez, a nie podróbki zza granicy lub kolejne wersje z innych firm, ostro zalatujące chemią i octem.
Jednak, jak już kiedyś pisałam, babcie to potrafią gotować najlepiej na świecie. Moja babcia, od której mam ten przepis, robi taką sałatkę jarzynową, że mózg staje. Nigdy ani mnie, ani mojej mamie nie udało się dobić do tego ideału smaku, choć próbujemy obie od paru lat.
Sekretem, jak się okazuje, wcale nie jest jakiś tajny sekretny dodatek. Wszystkie składniki są takie same. Za smakiem tej sałatki, na którą czekamy cały rok z utęsknieniem, stoją dwie rzeczy: fakt, że robiła ją moja babcia, a tego smaku, który ona tak łatwo osiąga, to nawet i Marta Gessler z pomocą Modesta Amaro by nie odtworzyli. Drugim powodem cudownego smaku świątecznej sałatki jarzynowej jest to, że do sałatki moja babcia od zawsze robi własny majonez.

Przepis na niego ma ze trzydzieści lat jeśli nie więcej, więc próżno teraz szukać jego źródła, poza starannie spisaną babciną ręką jej własną książką kucharską. I powie niejeden: skoro nawet duet Gessler - Amaro by jej tak nie zrobili, to na co się starasz? A potem inny doda: przecież zawsze otrzymasz tylko kopię. Nie lepiej poczekać do Świąt na uwielbianą sałatkę? A ja im rzekę tymi słowami: o, wy niecnoty, leniwe i niepokornego serca. Ja nie dla upewniania się, że na pewno nie wykonam tej sałatki jak moja babcia, ją próbuję osiągnąć, a dla  szkolenia samej siebie. Albowiem prędzej wielbłądowi przez ucho igielne przejść się uda, niż ja zrobię tę sałatkę jak moja babcia... ale zawsze mogę próbować, aż może, kiedyś, dostąpię nirwany, udoskonalając się całkowicie iże zmazy nie będzie na moim... garnku? Mątewce?

Porzućmy jednak cytaty biblijno, tysiąc-jedno-nocno, buddyjskie, nim zaszaleję konkretnie i zacznę cytować naszych polityków, zupełnie psując sobie na Święta nie tylko smak, ale i samopoczucie i zajrzyjmy do przepisu na najdoskonalszy, najwspanialszy z majonezów, który Godni wykonają na Święta do swych sałatek, wędlin na udekorowany stół, miast kupowania słoiczanych podróbek:






Składniki: (na co najmniej 1/2 litrowy słoik majonezu, jeśli nie więcej)

1 żółtko surowe
1 żółtko ugotowane na twardo
1 łyżka octu
1-2 łyżek musztardy
3 lub więcej łyżek śmietany 18%
1 szklanka oleju lub oliwy z pestek winogron (im mniej wonny tłuszcz tym lepiej)
szczypta lub dwie cukru pudru


Wykonanie:

Tradycyjnie wykonywać się ten majonez powinno w misce glinianej przy użyciu mątewki do ucierania zakończonej kulką, ale ponieważ wtedy proces zajmie co najmniej godzinę ciągłego ucierania, równie dobrze można posłużyć się mikserem.

Surowe żółtko i ugotowane na twardo żółtko wrzucamy do miski od miksera, wlewamy łyżkę octu i miksujemy, aż się połączą.

Następnie dodajemy musztardę, oraz śmietanę, sól i pieprz i ponownie miksujemy, tym razem dłużej, aż masa zacznie nam bieleć i robić się puszysta.

Następnie, nie przerywając miksowania cieniutkim strumyczkiem dolewamy oliwę lub olej do masy i miksujemy dalej, nawet około kwadransa, co jakiś czas próbując powstający majonez.

Długotrwale miksowany zacznie wkrótce przypominać to, co znamy z półek sklepowych. Jeśli jednak z miejsca wyczuwamy, że zanadto smakuje musztardą, lub za bardzo śmietaną, dodajemy po trochu potrzebnych składników, również i soli i cukru pudru. Żonglujemy nimi tak długo, jednostajnie i stale miksując majonez, aż ostatecznie otrzymamy wymagany smak.

Majonez przelewamy (tak jest, nie będzie w żadnym razie tak gęsty jak majonezy słoikowe, nie posiadając chemicznych zagęstników, więc będzie praktycznie jak dip, przynajmniej tuż po zrobieniu) do wymytych, czystych słoiczków, lub jednego większego, zakręcamy starannie i zostawiamy w spokoju na conajmniej 1 noc w lodówce.

Po tym czasie spokojnie można użyć majonezu do połączenia nim warzyw w naszej ulubionej sałatce. Należy jednak pamiętać, że ze względu na to iż smak ma delikatniejszy i mniej zbitą konsystencję, proponowane w przepisach ilości majonezu mogą się różnić od tego, ile my będziemy musieli dodać własnej, domowej wersji. Więcej na pewno. O ile? To już zależy od waszego smaku:)

Dip (sos) czosnkowy

Czy ktoś jest jeszcze na tym świecie, kto nie kojarzy tego białego sosu, o smaku czosnku i majonezu, czasem i ziół? Przypuszczam, że takich osób po prostu nie ma. A jeśli o nim nie słyszały, to na pewno go jadły.
Alternatywa dla ketchupu, która przypełzła do nas wraz z modą na pizzę dobre 20-30 lat temu. Skąd się to wzięło, że Polacy zaczęli jadać włoską pizzę z dodatkiem ketchupu i sosu czosnkowego, tego najstarszy pożeracz pizzy już nie pamięta. Jedno jest pewne: ta moda nie przyjechała z pizzą ani z Włoch, ani ze Stanów. Włosi by cię ukamienowali za prośbę o ketchup i sos czosnkowy w ich trattorii, jako dodatek do pizzy (oni nie używają i nigdy nie używali takich dodatków), albo co najmniej obrzucili dziwnym spojrzeniem, a amerykańce jadają z czym innym, niekiedy dziwacznym (i  sos krewetkowy lub słodko - kwaśny lub sojowy, wcale nie byłyby najdziwniejszym ich dodatkiem do włoskiego specjału). Lub również bez niczego.
Natomiast odmiany sosu czosnkowego chętnie używają wytwórcy kebabów w swoich przysmakach. Tak mi się więc widzi, że Polak - spryciarz, gdy stwierdził, że pizza bez niczego jest za sucha (a my to naród miłośników sosów do kwadratu), sięgnął najpierw po ketchup, a potem po sos czosnkowy ze stoiska arabskiego, mając daleko gdzieś, czy sobie nie psuje smaku i nie czuje przede wszystkim sosu. Sos musi być!

Na nasze szczęście mania na ketchup i sos podawany do pizzy z miejsca, w ostatnich latach przeminęła i teraz kulturalnie się o niego prosi, choć czyni to zadziwiająco mało osób. Widać odkryli, że to, co tak uparcie zalewali mieszaniną przecieru pomidorowego, konserwantów i majonezu, mimo, że suche nietypowo, ma jednak smak, który da się polubić.
Potwierdza więc to moją teorię: spróbować kilku wersji, przetestować i wybrać własny smak. Niekiedy właśnie oryginalny, a nie narzucony przez ogół.

Mnie osobiście dawno już się znudziły sosy do pizzy, a ketchupu nigdy nie brałam. Jednakże sos czosnkowy bardzo lubię. Tylko nie ten ze sklepu, z rozmaitymi dodatkami, o wątpliwej dacie ważności do spożycia i na pierwszy niuch woniejący starym czosnkiem, po otwarciu słoiczka. A zatem, jak w kilku innych przypadkach, poświęciłam trochę czasu i po niespodziewanym sukcesie dipu pomidorowego, dokonałam i domowego dipu czosnkowego. Równie prostego i szybkiego jak poprzednik. Genialnego do wędlin i mniej ostrych smakowo dodatków, a jajka na twardo po prostu go kochają. Chleb odrywany z serem też go polubi, dziewczyny:)

No i, powiedzcie mi, po co wydawać kasę na sklepowy, skoro znacznie taniej, w dziesięć minut (plus kwadrans na "przegryzienie się"w lodówce) można zrobić własny?

Do dzieła. Impreza sylwestrowa tuż za rogiem. Czas zaplanować menu!
(Na zdjęciu bohater felki, zaatakowany z kilku stron, oraz z góry, przy emocjonującej rozgrywce Carcassone:P)







Składniki (na porcję wypełniającą solidną miskę do zupy):

1 mały kubeczek śmietany 18%
1 majonez (użyłam Majonezu Dekoracyjnego)
2-3 ząbki czosnku polskiego
różne zioła, przede wszystkim majeranek, tymianek, oregano też będzie nie od rzeczy, również gotowa mieszanka ziół prowansalskich
pieprz, sól


Wykonanie:

Śmietanę wlewamy do miski.

Do niej dodajemy połowę jej ilości majonezu. Czyli, kubeczek śmietany ma około 6  łyżek, a więc musimy dodać 3 łyżki majonezu. Mieszamy.

Do mieszaniny dodajemy wyciśnięte ząbki czosnku. Nie pokrojone. Ma być czuć smak czosnkowy w dipie, a nie kawałki czosnku zgrzytające w zębach. Zaczynamy od dwóch ząbków, potem dodajemy wedle smaku (pamiętając, że późniejsze przegryzanie się uczyni dip intensywniejszym w smaku niż tuż po zrobieniu).

Dosypujemy ziół, doprawiamy solą i pieprzem, wedle własnego gustu, raz jeszcze mieszamy. W przypadku, gdyby dip wyszedł za ostry, konieczne będzie rozrzedzenie go odrobinę śmietaną. Można spróbować dodać pół łyżki na początek i testować smak. Jeśli będzie za słaby tak samo dodajemy majonezu lub ostrożnie kolejny, wyciśnięty ząbek czosnku.

Gotowy dip wkładamy do lodówki na co najmniej kwadrans (najlepiej to godzinę), by smak dobrze się przegryzł.

Genialnie smakuje w połączeniu z ziemniakami w mundurkach, lub łódeczkami ziemniaczanymi pieczonymi w piekarniku.






Dip (sos) pomidorowy

Nie wiem jakim cudem się tak stało, ale spośród wszystkich tych rzeczy, które z pasją piekłam i gotowałam, a których próbowali moi znajomi, wybrali sobie oni dwóch niespodziewanych faworytów, których się spodziewają na wspólnych imprezach.
Klasyczne brownie - tak jak w tym przepisie, minus masa krówkowa, oraz mój sztandarowy dodatek do wszelkiej maści chipsów, paluszków i krakersów, także i tortilli i zawijańców nie słodkich, a mianowicie dip pomidorowy.
Oba proste jak barszcz, nie wymagające niemal czasu, robione w sumie mimochodem. Machnięciem łyżki, zamieszaniem, szpurnięciem przypraw w masę i wrzuceniem do lodówki lub piekarnika, by osiągnęły odpowiednią postać. A potem, jak wyciągam i podsuwam pod nosy... nie starcza. Ile bym nie zrobiła, zniknie wszystko i czasem ja się nawet nie załapię.

Darujmy sobie jednak te przechwalanki i dumę karygodną, bo trzeba się przecież przekonać samemu, nim się przytaknie. Trzeba nadgryźć, przetestować, spróbować po swojemu i dopiero wtedy pochwalić, albo gdzie zapisać. Wtedy i tylko wtedy o potrawie można mówić, że wyszła na salony. A moje na razie krążą po znajomych, solidnej grupce fanów. Jednak wszystko przede mną.

Jako, że teraz przed nami okres świąteczny, a potem szaleństwa sylwestrowe (a moje znajome siostry właśnie wydarły skądś przepis na "pull-apart bread with cheese"(chleb-odrywaniec z serem), do którego dipy będą akurat doskonałym dodatkiem), oraz mam chwilę między robieniem sałatek, a jutrzejszym pieczeniem sernika, dzisiaj wyjątkowo wrzucę trzy przepisy pod rząd. Każdy na sos lub dip, doskonale pasujący jako dodatek do menu imprez towarzyskich lub ekspresowa samopomoc, gdy nagle skończył się majonez, a sklepy dawno były zamknięte.
Każdy z nich można podawać osobno, można je również podawać w parze, jako dodatek do chrupiących przekąsek. Można ich użyć jako dosmaczacza do sałatki lub smarować nimi co tylko się chce, pamiętając, że to dip,  a nie słoikowy, sztywny sos. Smarujemy delikatnie, a nie wykładamy kopiate łyżki:)
Co do tego gdzie i do czego podejdą, to już wasz indywidualny wybór. Mój, najpierwszy to właśnie jako dodatek do przekąsek i ten właśnie podaję w pierwszej kolejności.
 Przepis znaleziony całe lata temu, zapisany w prywatnej książce kucharskiej, więc wybaczcie, jeśli nie podam źródła. Po prostu go nie pamiętam:)
Z pozdrowieniami dla stęsknionego za dipem Szymka, oraz Jasia z Basią i juniorką:)(wiecie, że i tak zrobiony przeze mnie będzie wam smakował najbardziej;D)

Lecimy:



Składniki (na ilość odpowiadającą zawartości solidnej miski do zupy):

6 łyżek majonezu (Rodzaj ma znaczenie, że względu na późniejszy smak dipu. Ja używam Majonezu Dekoracyjnego, ale już zrobiony na Majonezie Kieleckim smakował nie tak jak trzeba według znajomych. Można też użyć majonezu domowego, ale wtedy trzeba kombinować bardzo ze smakiem. Jogurt absolutnie majonezu nie zastąpi, więc odradzam czynienie tego dipu na nim. Niskokaloryczne majonezy light też odepchnijcie precz i użyjcie standardu. Kaloryczne, ale raz w roku można.)
2 łyżki śmietany 18%
1 malutki przecier pomidorowy (puszeczka na przykład z Pudliszek lub Dawtony, o zawartości 70g)
mieszanka zioła prowansalskie (lub kombinacja oregano, bazylii, cząbru, tymianku i majeranku)
sól, pieprz


Wykonanie:

Wszystkie składniki mieszamy razem w misce zdecydowanymi ruchami, rozcierając każdą grudkę, aż sos będzie gładziutki.

Próbujemy i dosmaczamy, TYLKO przy pomocy przypraw oraz soli i pieprzu. Odradzam kombinacje ze zmniejszaniem lub zwiększaniem ilości przecieru pomidorowego, aczkolwiek dodatkiem majonezu i  śmietany można wyostrzyć lub złagodzić smak, byle w niewielkich ilościach nimi szafując.

Odstawiamy po zrobieniu do lodówki na co najmniej kwadrans, by osiągnął odpowiedni bilans smaku.

 Dip ma być wyraźnie czuć pomidorami i ziołami. Majonez i śmietanka stanowić powinny tło, a słodycz pomidorów powinna być wyczuwalna w jego smaku.

Serwujemy do zakąsek suchych, wszelkich chipsów, chrupek i paluszków. Również doskonale smakuje z chlebem i wędliną, lub jako dodatek do jajek na twardo.



niedziela, 20 grudnia 2015

Klasyczne chocolate chip cookies (ciastka z kawałeczkami czekolady)

Ktokolwiek by wam wciskał ciemnotę, że ciastka typu "Pieguski" to "te" ciastka amerykańskie, którymi amerykańce zachwycają się i rozsiewają tę boską zarazę na świat od lat - nie wierzcie im. Twarde, kruszące się, wypieczone tak bardzo, że wydały już dawno ostatnie tchnienie ciastkowego ducha, w niczym nie przypominają klasyków ze Stanów, o chrupiącym zewnętrzu i miękkim, niemal ciągnącym się środku. Najbliżej z kupnych ciastek mają do nich ciacha sprzedawane w sieci Subway, ostatnio też w KFC,  a nawet, o dziwo, pojawiła się ich "świeżo pieczona (głęboko mrożona)" wersja w Lidlu.
Z tego wniosek, że typowy polaczek z zaścianka swego nos wystawia na świat i zaczyna wreszcie poddawać w wątpliwość prawdy objawione wciskane mu przez producentów ciastek od z górą trzydziestu lat. Nigdy, w żadnym uniwersum klasyczne chocolate chip cookies nie były suche jak wiór, jak nasze sklepowe, odważnie nazywane tym imieniem, nie kruszyły się i jak wióry z cukrem nie smakowały. Jednakże przepuszczam, że każda prawda objawiona, która przychodzi z innej kultury, musi wpierw zostać obwąchana podejrzliwie, skrytykowana, odrzucona, by nagle znowu zabłysnąć w pełnej chwale. Pieguski to nie ciastka chocolate chips, Jezus nie był Polakiem i nie miał niebieskich oczu (czy odważę się napisać, że nie był Bogiem, a wysłannikiem obcej cywilizacji, metodą in vitro wyhodowanym w ziemskiej kobiecie? No chyba nieee....:D) i nie jesteśmy koroną stworzenia - jedyną inteligentną rasą zamieszkującą wszechświat. I jakkolwiek mit pierwszy zaraz obalimy z hukiem na tym blogu, o tyle na kolejne musimy jeszcze otworzyć oczy, umysł i zupełnie wyleźć ze swego zaścianka umysłowego, a nie tylko wychylić nos. I nie tylko my, Polacy, a cały świat. Wróćmy jednak do ciastek.

Nie jestem pewna co było powodem nagłego zakwitu chocolate chip cookies w naszych sklepach i sieciówkach z junk-food, najprawdopodobniejsze się jednak wydaje otwarcie się na świat i popularyzacja internetu, oraz nagłe otwarcie się przed nami wielu, zamkniętych dotąd oblicz tego, co nas otacza. Odległe kraje okazały się być na wyciągnięcie ręki (i opróżnienie portfela, by je zwiedzić), handlowcy zwietrzyli zapach i zaczęli sprowadzać nowe rzeczy do sklepów, a my zaczęliśmy sięgać nieśmiało po coś, na co nasze babki spoglądały by podejrzliwie.
Należy jednak walczyć ze stereotypami, skostniałą tradycją, trzymać się jej wtedy, gdy nam serce podpowiada, ale sięgać, jak najbardziej sięgać po nowości. Tak jak zrobił to Kolumb, ryzykując wiele i swej królowej Izabelli proponując napój z bałwochwalnie czczonego przez rdzennych mieszkańców wyspy Guanaja ziarna, zwanego cacao, które był przywiózł z podróży. A ta, zniechęcona gorzkim smakiem, odrzuciła pierwocinę znanej nam dzisiaj czekolady. Dopiero gdy na hiszpańskim dworze wymieszano zmiażdżone ziarna kakaowca eksperymentalnie z rozmaitymi dodatkami, okazało się, że powstały napój jest zdumiewająco dobry. I tak zaczęła się historia czekolady na świecie - produktu, bez którego dziś ciężko wyobrazić sobie świat.

Podobnie ma się sprawa z ciastkami z kawałeczkami czekolady made in USA. Oni nie pieką ciastek jak my. Proszku do pieczenia używają minimalne ilości, cukru i masła ilości zawrotne, a ich wypieki w przeciwieństwie do naszych, puszystych, są egzotycznie płaskie, i  bardzo często o konsystencji, która nienawykłym kojarzy się z zakalcem. Zresztą macie cały dział ciast brownie. Obejrzyjcie jak wyglądają - przysięgam, że ani jedno nie jest zakalcowate;)
Ciastka chocolate chips nie należą do kategorii brownie. Wypieczone są jak należy, ale nie są suche. U podstaw tych ciastek leży receptura na typowe snickerdoodle - ciastko maślane, mięciuteńkie w środku pocukrzone po upieczeniu i chrupiące na wierzchu, wyciągane z piekarnika w momencie, w którym typowa polska gospodyni z krzykiem by jeszcze zamykała piekarnik bo "zakalec!", a tak naprawdę to ciastko "dochodzi" w temperaturze pokojowej - stygnąc.

Bohater dzisiejszej felki ma już brata na mym blogu. Jeżeli szukacie porównania w konsystencji, zerknijcie na cytrynowe ciastka cukrowe. Pomijając smak cytryny i cukier cytrynowy na zewnątrz - konsystencja ciastek będzie dokładnie taka sama jak to, co macie w typowych snickerdoodles i naszych bohaterskich chocolate chip cookies. I brońcie bogowie, nie zakalec. One MAJĄ być w środku mięciutkie, rozpływające się w ustach, niemalże lepkie, MUSZĄ być jaśniutkiej barwy bo ciemniejsze wyjdą spalone na spodzie. A przede wszystkim mają rozanielać. I oświecać. I nade wszystko kusić do zrobienia następnej partii i najdzikszych eksperymentów na ich ciele.
Zachęcam zresztą do nich, bo zazwyczaj wychodzą, dając kolejne, fascynujące odmiany ciastek. Jak raz zaczniesz z ciastkami tego typu - świat wypieków nigdy już nie będzie taki sam.
No to lecimy:) Przepis Marthy Stewart (po zrobieniu próbnych partii ciastek z kilkunastu innych przepisów, ten wydaje się być najlepszy ):





Składniki:

2 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki sody
1 szklanka masła w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki cukru białego
1 szklanka cukru brązowego
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
2 duże jajka
2 szklanki chocolate chips, lub kawałeczków posiekanej na drobno mlecznej czekolady



Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.

Do miski od miksera wrzucamy masło i oba rodzaju cukru. Ubijamy aż masa będzie mieć lekką, puszystą konsystencję.

Dodajemy ekstrakt z wanilii i jajka. Miksujemy ponownie.

Dosypujemy mąkę i sodę. Miksujemy tylko na tyle, by się wszystko ze sobą połączyło.

Wyłączamy mikser. Do masy wsypujemy nasze kawałeczki czekolady i za pomocą drewnianej łyżki starannie łączymy je z masą.

Blaszkę wyścielamy papierem do pieczenia. Nabieramy porcje ciasta wielkości powierzchni zupnej łyżki od zupy, formujemy ciasto w kulkę i takie kulki kładziemy na blasze tak, by leżały w odległości około 4 - 5 centymetrów od siebie. Podczas pieczenia kulki będą się nie dość, że stapiać, to jeszcze rosnąć. Nie chcemy więc, by nam się zlały ze sobą.

Pieczemy do momentu aż na brzegach ciastka zaczną przybierać lekko złocisty kolor, około 8-10 minut i wyjmujemy gdy jeszcze będą miękkie w środku, a przy brzegach już twardsze.

Kładziemy je na 5 minut by ostygły tak, jak je wyjęliśmy, czyli zostawiając w blaszce, poza piekarnikiem. Następnie ostrożnie, przy pomocy cienkiej łopatki zdejmujemy je z blachy i papieru i kładziemy na równej powierzchni, by wystygły całkowicie. Idealna byłaby tu kratka, ale czysta ściereczka też może być. Odradzam talerz, bo nie będą miały jak "oddychać" i mogą się chcieć przyklejać.

Serwujemy, jak tylko są już możliwe do wzięcia w rękę i nie mają ochoty się łamać.
Najsmaczniej smakują ze szklanką mleka, ciepłe. Ale można je też po ostudzenia całkowitym włożyć do szczelnego pudełka i przechowywać w ten sposób, pod przykryciem, przez tydzień. Będą tak samo dobre, jak pierwszego dnia, po upieczeniu.

Smacznego:)