Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Rootleaf Yody - potrawka z Dagobah ("Star Wars: Imperium Kontratakuje") / Yoda's Rootleaf - stew from Dagobah ("Star Wars - Empire Strikes Back")

Już za trzy dni polska premiera "Star Wars - Rogue One", który to fakt doprowadza do niespokojnego wrzenia fanów Uniwersum Gwiezdnych Wojen na całym świecie. Szczególnie, że 10 grudnia była oficjalna premiera tego filmu w Stanach. Nie wiem czy tylko dla prasy, czy dla prasy i wybrańców, czy też po prostu premiera ogólnokrajowa, niemniej była i zapewne niejeden z nas, w Polsce, życzył sobie by na ten jeden wieczór stać się amerykaninem i wylądować tam, na sali kinowej, a potem z tajemniczą miną czytać domysły kolegów i z ciężkim trudem powstrzymywać się od spoilerowania. Kto by nie chciał z nas... no kto!?
Franchise'u, z którego pochodzi najnowsza odsłona nikomu przedstawiać nie trzeba. Chyba w sumie łatwiej byłoby znaleźć dziewicę w gimnazjum niż kogoś, poza ludźmi z pokolenia naszych dziadków, kto o Star Wars nie słyszał. Bodaj po tytule, wiedząc, że taki film jest, kojarząc logo, już nawet nie wspominam o kojarzeniu bohaterów. Nie wiedzieć o istnieniu Star Wars to praktycznie jak... nie uczestniczyć w ostatnich trzydziestu latach rozwoju cywilizacyjnego świata!  Fenomenalne to kino, rozpoczęte "Epizodem IV - Nowa Nadzieja" było przełomem dla wszystkich produkcji sf i tym kamieniem milowym, od którego zaczęto liczyć lata nowej ery kina science fiction. Wszystkim Trekkie, którzy teraz zaczną się burzyć, że to bzdura, bo przecież, cytując aktora grającego Scotty'ego w oryginalnych filmach i pierwszym serialu: "We started the whole damn thing", powiem jedynie, że nie do końca jest to prawda. Oba uniwersa ruszyły mniej więcej jednocześnie, z podobnymi efektami specjalnymi, obu należy się chwała i sława, ale to Star Wars George'a Lucasa jest tym fenomenem na skalę światową, a nie twór Gene'a Roddenberry'ego i nic tego niestety nie zmieni. Żeby nie było, Star Trek też bardzo lubię, franchise'u nie opluwam ani nie równam z ziemią, jednak każdy ma ten pierwszy obraz sf, który go zmienił w miłośnika tego typu filmów. Dla mnie były to Star Wars, więc choćbym i chciała, to cieplejszych, niż obecnie uczuć dla Star Treka nie wykrzeszę. Jest świetny. Ale nie jest Gwiezdnymi Wojnami:)

O Star Wars i moim pierwszym kontakcie z tym światem pisałam już poprzednio, przy okazji przepisu na Zielone Chlebki Rey z Jakku z "Przebudzenia Mocy". A także przy "Futrzakach" - Ciastkach Wookie. Powtarzać więc się nie ma potrzeby, szczególnie, że gdzieś jeszcze na pewno o tym jest w innych przepisach związanych z produkcjami sf. Zagaję za to o tym, co nas najbardziej interesuje w temacie bloga i Star Wars, to jest o jedzeniu. Istnieje ono bowiem, nawet w klasycznej sadze, chociaż w rozpaczliwie małej ilości.

Właściwie jest to zrozumiałe. Kiedy oni wszyscy mieliby coś jeść, mając co chwila różne przygody i nie mogąc usiedzieć za wiele w miejscu, gdy Imperium siada im bezustannie na tyłki? Poza tym, zauważcie, jest to świat technicznie bardziej zaawansowany niż nasz, chociaż "dawno, dawno temu". Logicznym jest więc, że spora część tego, co tam jedzą, jest w postaci cholernie trudnej do zidentyfikowania pod względem składników. Są też jednak rzeczy, które chociaż częściowo można by zidentyfikować.
Każde z nas pamięta niebieskie mleko banthy, jakie popija Luke i jego wujostwo w "Nowej nadziei" -  pierwszy raz wspominają wtedy o Anakinie Skywalkerze. Tudzież podejrzanie podobny, różowy napój z Kantyny Mos Eisley, który, jak na me oko, może być destylatem z tego mleka. Może bimbrem? Na Tatooine, pustynnej przecież planecie, mieli tak niewiele wody i świeżych roślin, że marnowanie ich na bimber byłoby... no, głupie, skoro potrzeba ich do jedzenia. A zatem ten rodzaj kumysu z banthy serwowany w knajpie, ma sens, szczególnie, że, poza brandy koreliańską, nie dawali tam chyba nic więcej.
Wspomniane wcześniej, przetworzone racje żywnościowe - coś w rodzaju tego, co Rey znalazła we wraku machiny imperialnej na Jakku - pojawiły się również w "Imperium kontratakuje", oraz w "Powrocie Jedi". Ciężkie jak wszyscy diabli do zidentyfikowania. Popatrzcie zresztą na to, co Luke trzyma w łapie. Na pewno było tam coś przypominającego suszone mięso uformowane w kształt kiełbaski, coś, co wyglądało jak ciasteczka z granoli, tudzież paski jakiegoś pasztecika, różnokolorowe tic-taki, psie chrupki, pianki... szlag wie, co to wszystko było, niemniej w takiej postaci na pewno nie wyrosło. Wiemy na pewno, że miało utrzymać zagubionego na obcej planecie Rebelianta przy życiu, więc zdecydowanie musiało zawierać różne substancje odżywcze, chociaż niekoniecznie dobrze smakujące. Zestaw, który posiadała Leia w "Powrocie Jedi" i z którego jakąś odmianą ciastka zbożowego poczęstowała Ewoka, już nam nie pokazano, jednak musiało być to to samo.
Natomiast przetwarzanie gotowych płodów rolnych, tudzież roślin jadalnych widzimy w Star Wars - klasycznej, jedynie słusznej trylogii (nawet nie zaczynajcie mi wspominać o żarciu w trylogii prequelowej, bo ja z tych, co uważają ją za "zło" i wyznają tylko jedynie słuszną, pierwszą trylogię:D) - tylko dwa razy.
W "Nowej Nadziei" - gdy Beru Lars wrzuca jakieś pękate warzywa do czegoś, co wygląda jak jakiegoś rodzaju mikser albo maszyneria rodzaju Thermomix - nie jestem pewna, ale chyba tam widać jakieś korzenie chrzanu, selera, rodzaj grzybów, być może trufli, seler... niemniej wszystko to prawdopodobnie było przemielane na zupę albo jakąś potrawkę lub smażone w kształt kotletów, jakie sobie kładli na talerze.
Drugi raz gotowanie widzimy natomiast w "Imperium Kontratakuje", w wykonaniu Yody. Gdy spotyka on Luke'a pierwszy raz i testuje, co to za koleś do szkolenia mu się trafił, gości go w swej chatce, gdzie przygotowuje poczęstunek. Zapytany, co to jest, odpowiada krótko "Rootleaf!" Nie wiem, z jakim tłumaczeniem "Imperium..." spotkaliście się do tej pory. Ja za szczeniaka oglądałam takie z niemieckiej wersji jeszcze na kasetach VHS, potem to odnowione na dwudziestą rocznicę wypuszczenia trylogii nadal z kaset, by skończyć na tych z kompa. Wszędzie raczej ominięto nazwę własną, i tylko w jednej, najstarszej wersji jaką znam pojawiło się tłumaczenie z niemieckiego, gdzie tajemnicze "Rootleaf", przetłumaczono z nie wiadomo jakiej paki na "Korzenionóżka!". Co ogólnie jest bardzo zabawne, ale z prawdą nie ma wiele wspólnego.
Wookiepedia, którą zapytałam niedawno o to, cóż to jest - nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi, tłumacząc "Rootleaf", jako składnik diety Yody na Dagobah, którego część stanowią "mushroom spores" - zarodniki grzybów, "galla seeds" - wyglądające wybitnie jak cała gałka muszkatołowa, jeżeli już miałabym porównywać do naszych, ziemskich odpowiedników. Także i "sohli bark" - rodzaj jadalnej kory, który aż prosi się o przełożenie go na nasz cynamon i ostatecznie "yarum seeds" - jaskrawo czerwone nasiona, służące również do zaparzania herbaty. Aż krzyczą o nazwanie ich pieprzem cayenne, który i u nas służy do tego samego.
Całość potrawy zaś, gotowana była przez Mistrza Yodę w kociołku, z którego Luke potem nałożył sobie do małej miseczki zupowatej, zielonkawej papki i (zależnie od tego czy znamy tylko film, czy wiemy również, co było w oryginalnym skrypcie): skrzywił się po spróbowaniu (gorące, ostre lub niedobre - z tym ostatnim się nie zgodzę, bo nie pluł tylko wziął jakiś podpłomyk jako zagryzkę i zaczął jeść potrawę Yody, a więc musiało być zjadliwe), lub też mu posmakowało, jak było w oryginalnej wersji scenariusza.

Jak łatwo zgadnąć, tę właśnie potrawę wzięłam na warsztat, skoro już i mnie wciągnęło oczekiwanie na nowy film Star Wars i przyparła paląca potrzeba zrobienia kolejnej potrawy z tego uniwersum. Nic innego właściwie nie miałam do wyboru (NIE wspominajcie o nowej trylogii!:D), i przyznam, ta potrawka jednak bardzo mnie zaczęła kusić, ponieważ stanowiła też wyzwanie dla instynktu gotującego fana, by zrobić ją jak najbliżej oryginałowi, szczególnie że żaden składnik poza grzybami nie brzmi nawet podobnie do ziemskich. Co ciekawsze: "Rootleaf Stew" - pod jakim to mianem pojawia się na necie - była częścią kampanii reklamowej "Imperium kontratakuje" Lucasfilm w 1983 roku. Specjalnie zatrudniono ówcześnie popularnego kucharza Craig'a Claiborne'a do stworzenia jadalnej wersji. No i stworzył. Coś co... kompletnie nie pasuje mi do Yody, Dagobah i całej otoczki tej sceny jako uważnemu, oddanemu fanowi świata. A zatem, mimo, że oficjalnie zatwierdzono tę potrawę wówczas jako jedynie słuszne Rootleaf Stew w wersji ziemskiej - ja, po obejrzeniu przepisu i wgryzieniu się w składniki, zaczęłam kręcić przecząco głową. Jagnięcina w składzie! No, dajcie spokój, gdzie na bagnie zwierzę rodzaju jagnięcia! Prędzej żabie udka! Niemniej kucharz, chociaż znany - niekoniecznie wiedział, co ma odtworzyć, może nawet i filmu nie oglądał, zrobił jak sądził, że będzie dobrze. No i zrobił źle:D
Przepisu na jego potrawę nawet nie będę zapodawać. Znajdziecie sobie ją w necie, jeżeli macie potrzebę. Natomiast ja osobiście zaproponuję wam alterację od tego przepisu, wegetariańską. Bagienną. Zieloną. Z normalnych, ziemskich składników, które z największą pieczołowitością dobrałam do tych z Wikipedii, posiłkując się inną jeszcze, prawie dobrą wersją "Rootleaf" na jaką natrafiłam. Co prawda nigdzie nie ma potwierdzenia, że Yoda był wegetarianinem (ani nawet z jakiej był rasy, co z sobie tylko znanej przyczyny Lucas skrzętnie skrywał i nigdy nie ujawnił), wręcz ostre zęby, przystosowane do rozszarpywania mięsa, jakie można u niego zauważyć, oraz rozstaw oczu i uszu, sugeruje pochodzenie od mięsożercy, jednakże, bądźmy rozsądni - polujący z łukiem na bagnach 900 letni staruszek, który na dodatek głosi przez całą trylogię teorie o byciu świetlistymi istotami, powiązanymi Mocą, miałby rozlewać krew? Filozofia Jedi ma w sobie wiele z buddyzmu, ogromne poszanowanie dla życia, więc... nie. Yoda, nawet jeśli nie genetycznie, to z przekonań musiał nie jeść mięsa. I to uczyni moją wersję "Rootleaf" (które z samej nazwy jest wegetariańskie - "Korzenioliść") tym bardziej autentyczną.

Mała uwaga, zanim przejdę do przepisu, która może się wam przydać na klimatyczny obiad tuż "przed godziną zero." Rootleaf Yody powinno być przygotowane dzień wcześniej, by osiągnąć pełnię smaku. Można, rzecz jasna, spożyć i od razu po przygotowaniu, jednak nie będzie jeszcze ono tak aromatyczne, jak po odstaniu kilku godzin w spokoju. Dlatego za przygotowywanie "Rootleaf" zabierzcie się któregoś dzionka wieczorem, dzień przed planowanym podaniem go na obiad. Na ten przykład 14 grudnia, by na obiad rodzinie fanów Star Wars 15 grudnia zaserwować dagobańską potrawkę Yody, a następnie z pełnymi brzuchami udać się na premierę "Rogue One" już wprowadzeni w nastrój. Co też będzie doskonałym pomysłem zdrowotnym, ze względu na nadchodzące, trzaskające mrozy. To danie niezwykle rozgrzewa, zaskakująco wręcz, patrząc na składniki. Jest też niesamowicie dobre, nawet dla zapalonych mięsożerców, mimo, że jedyny składnik zwierzęcy, jaki w nim jest, to masło. Aż sama byłam zdziwiona. Ale skoro mówię, że jest dobre, to dobre być musi.

Za garnek chwyć więc padawanie młody, łyżkę weź i ugotować musisz potrawę tę, dla zdrowia i spokoju, z Mocą połączenia się takoż...

A Moc będzie z Wami...

 Please scroll below for the "red" recipe in English:)


Składniki:

1/2 szklanki ugotowanej świeżej ciecierzycy (lub z puszki, choć zdecydowanie polecam świeżą)
200g świeżego lub mrożonego szpinaku w liściach
100g świeżego lub mrożonego szczawiu w liściach
200-250g młodych grzybów, np. boczniaków (pieczarki też mogą być, byle małe)
4 średnie ziemniaki
3 łyżki masła + 2 łyżki oleju do smażenia
1 średnia cebula, posiekana
2-3 duże ząbki czosnku, posiekane
1 łyżka świeżego, startego imbiru
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 łyżeczka zmielonej kolendry
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1/2 łyżeczki zmielonej kurkumy
1 szczypta zmielonego kardamonu
1 szczypta zmielonego cynamonu
1 szczypta zmielonych goździków
1 liść laurowy
1 i 1/2 szklanki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz do smaku


Wykonanie:

Jeżeli używać będziemy surowej soczewicy, kilka godzin przed zaplanowanym gotowaniem wsypujemy suche ziarna do garnka, zalewamy wodą i zostawiamy aż napęcznieją. Potem gotujemy w tej samej wodzie aż będą prawie miękkie. Odsączamy, odstawiamy na bok. Jeżeli użyjemy puszkowanej, ten krok, poza odsączeniem z zalewy i odmierzeniem odpowiedniej ilości - pomijamy.

Młodziutkie grzyby myjemy, siekamy i przysmażamy aż do puszczenia soku na 2 łyżkach masła i 1 łyżce oleju. Gdy puszczą sok i skurczą się - wydobywamy z patelni, odkładamy na bok.

Na patelnię po grzybach dolewamy łyżkę oleju i dodajemy pozostałą łyżkę masła. Topimy tłuszcz, a następnie dodajemy starty imbir, pieprz cayenne, kolendrę, kumin, kurkumę, kardamon, cynamon i goździki i smażymy przyprawy na tłuszczu mieszając często aż zaczną mocno pachnieć i utworzą nam pastę-bazę do potrawki.

Następnie do przypraw dodajemy posiekaną drobno cebulę, przysmażamy aż jej aromat dołączy do przypraw i na koniec posiekany czosnek (pilnujemy by ani cebuli ani czosnku nie przypalić podczas smażenia).

Ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy na kawałki wielkości jak do zupy i wkładamy do średniego garnka.

Do ziemniaków dołączamy pastę z przypraw, cebuli i czosnku i całość zalewamy tylko taką ilością wody, by wszystko przykryło. Gotujemy, aż kawałki ziemniaków będą prawie miękkie. W razie potrzeby dolewamy wody.

Do prawie gotowych ziemniaków i przypraw dorzucamy grzyby oraz siekaną natkę pietruszki, oraz ugotowaną ciecierzycę. Gotujemy wszystko razem do momentu aż wszystko będzie już miękkie i niemal gotowe do podania.

Na koniec dodajemy posiekany szpinak i szczaw (jeżeli były w postaci mrożonej najlepiej odcisnąć z nich wodę i pokroić brykieciki nieco drobniej, jednak nie na papkę; liście ma być widać w potrawce).

Dogotowujemy na małym ogniu aż szpinak i szczaw będą miękkie, a potrawka zgęstnieje i pozielenieje. Jeżeli życzymy sobie mieć ją w formie bardziej zupnej - dolewamy wody. Ja dodałam tak 1 i 1/2 szklanki gorącej z 10 minut przed końcem gotowania, i była zupa, a następnego dnia i tak otrzymałam wersję bliższą średnio gęstej potrawki. I było super smaczne.

Doprawiamy ostatecznie do smaku solą i pieprzem tudzież którąś z pozostałych przypraw, jeżeli jej nie czujemy. Odradzam dodawanie więcej cayenne; pół łyżeczki dane na początku pali pięknie i umiarkowanie cały czas, nawet po dodaniu kolejnych składników, tylko podbijając smak. Więcej mogłoby uczynić potrawę niezjadliwą.

Jeżeli wybierzemy wersję gęstej potrawki, świetnie smakuje z ryżem.

Serwujemy Rootleaf  gorące, w drewnianych, niewielkich, głębokich miseczkach dla klimatu, w towarzystwie starwarsowej ścieżki dźwiękowej lub oglądając ulubiony film z ukochanej sagi.

Smacznego!
------------------------------------------------------


Ingredients:

1/2 cup of freshly cooked lentils (or canned, though I suggest cooking the raw seeds yourself for the sake of the taste)
200g of fresh or frozen, chopped spinach leaves
100g of fresh of frozen, chopped sorrel leaves
200-250g of baby mushrooms (portobella is fine, I used baby oyster mushrooms)
4 medium potato
3 tblspns of butter + 2 tblspns of vegetable oil
1 medium onion, chopped
2-3 large garlic cloves, chopped
1 tblspn of ginger root, finely minced
1/2 tspn of cayenne pepper
1 tspn of ground coriander
1 tspn of ground cumin
1/2 tspn of ground turmeric
1 pinch of ground cardamon
1 pinch of ground cinnamon
1 pinch of ground cloves
1 bay leaf
1 and 1/2 chopped fresh parsley
salt and pepper for taste


The making of:

If you intend to use a raw lentils, pour the measured amount to a pot a few hours before planned cooking of the stew, cover with water and leave like that to swell. Then cook in the same water until almost soft. Drain it and put aside. If you intend to use canned ones, just drain the measured amount, put aside and skip this process.

Wash, chop and fry baby mushrooms on a 2 tablespoon of butter and 1 tablespoon of oil. When the juices flow and the mushroom pieces become smaller - remove them from the pan and put aside.

Add the remaining tablespoons of oil and butter to the same pan, and melt it. Then add minced ginger, cayenne pepper and spices and bloom the spices, cooking them until the aroma rises, stirring frequently. They will create a base for the Rootleaf.

Next, add chopped onion and cook it until its aroma mixes with the spicy one. Finally add the chopped garlic and cook it alltogether (remember not to burn the onion and garlic, so stir.)

Wash, peel and chop the potatoes for smaller pieces and put them into a medium pot.

Pour the mix from the pan inside and and add just enough water to cover it up. Cook, until the potato pieces are almost soft. Add some more water if necesarry.

Add mushrooms, parsley and cooked lentils. Cook it alltogether until almost ready to serve.

At the end add spinach and sorrel leaves (if they came frozen, first drain the excess of water, then chop a little but not too much; the leaves should be visible in the stew).

Cook it until spinach and sorrel are soft, a few minutes more and the Rootleaf becomes thicker and greenish. If you want to have it more like a soup then like a stew - add water. I added ca. 1 and 1/2 cup of hot water about 10 minutes before end of cooking and I got soup that I wanted, but the next day it appeared like medium thick stew and it was just fine.

Season the dish with salt and pepper or any of the other spices if you do not sense them, but not cayenne. 1/2 a teaspoon is just enough for the whole dish; it is sensible, mixes beautifully with the rest of the tastes. Adding more of this spice could spoil the dish.

If you choose to eat Rootleaf as a thick stew, it tastes great with rice.

Serve Rootleaf hot, in a small, deep bowls, and the day after the cooking for the tastes to achieve its full potential, listening to the Star Wars OST or watching the favourite part of the Saga.

Cheers!

środa, 9 listopada 2016

Węgierska zupa gulaszowa z klopsikami Panny Waci ("Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" A. Jadowskiej)/ Miss Wacia's Hungarian goulash soup with meatballs ("The girl from District of Miracles" by A. Jadowska)

Z pewnością pamiętacie jak całkiem niedawno, przy okazji felki na temat ulubionego drinka Dory Wilk - Smok a.k.a Jadeith - wspominałam o rudych i ich fejmie. Opinii, jaką ma na temat rudzielców świat. Nie jest to opinia przesadzona, nie jest też zła. Nie do końca. Tak czy siak wychodzi na to, że czy chcemy, czy nie chcemy - rudzi budzą emocje. Są nietuzinkowi, niezwykli, są takimi osobowościami w większości, że głowy same się odwracają, gdy płonąca makówka miga nam na horyzoncie. Sensacja lubi rudzielców, świat fascynuje się rudymi, rudzi są bohaterami najciekawszych historii. I w związku z tym wszystkim są tak bardzo, tak przeokropnie, to masakrycznie eksploatowani! Ludzi ze zmutowanym genem, zapewniającym naturalną rdzę na głowie jest niewielu, a na ulicy co druga laska jest ruda, bez względu, czy ma ku temu karnację, czy nie! Jeżeli oglądamy film, w którym na mur beton jest bohater/bohaterka wykraczający poza utarte ramy, od której się wymaga bycia niezwykłą - będzie na 90% rudowłosym bohaterem! W grach komputerowych, wszelakie diabły w ludzkiej skórze lubią być rude! O branży porno wspominać nawet nie będę, bo jej nie znam, ale idę o zakład, że rudych uważa się za magnetycznie erotycznych i wtyka wszędzie tam, gdzie potrzebna laska z biczem albo oszustka, którą trzeba ukarać wychędożeniem. No i temat wiedźm w literaturze... o, rany boskie. Tam od wiedźm rudych jak marchewka zupełnie się już nie opędzimy. Gdzie wiedźma to ruda, złocisto ruda, zgaszona ruda... nawet jak siwa, to pasma rudości u czarownicy na głowie są widoczne, sugerując, że i ona podzieliła los standardowego wiedźmiego wyglądu i ruda była w młodości. Takie ogranie tematu też złe nie jest. Wynika po prostu z przyzwyczajeń, i już nawet tylko mimochodem zmęczony tą całą rudością człowiek sobie myśli, czytając o kolejnej ognistowłosej wiedźmie "czasem bym chciał, by zrobiono ją łysą jak Bene Gesserit, a nie rudą, bo to nudne...". Łysą, rzecz jasna, zgodnie z pierwszą ekranizacją powieści "Diuna". Nie powiem, że najlepszą, za co mnie możecie swobodnie rwać końmi na ćwierci, bo zdania nie zmienię. Nie była najlepsza, odbiegała za bardzo od treści książki (jak ja teraz od tematu felki:P), była jednym wielkim streszczeniem, przepełnionym symbolizmem z ogromnymi brakami fabuły , których wyjaśnieniem nie zawracano sobie głowy i topornymi efektami specjalnymi, ale mimo to Herbert uznał ją za dobrą, oddającą cześć jego dziełu, więc niechże ma etykietkę dzieła kultowego. Ja jednak uważam, że mini seria "Diuna" oraz kontynuacja "Dzieci Diuny" zrobiona kilka lat wstecz była znacznie, znacznie lepsza, bardziej zgodna z książkami, bardziej poskładana i tak dalej. Ale wróćmy jednak do tematu, bowiem o "Diunie" też dla was coś na przyszłość szykuję. Cierpliwości, wszystko w swoim czasie.
Czytelnik do rudych, interesujących postaci wiedźm przywykł. Poza tym odruchowo widząc na okładce rudzielca spodziewamy się fajerwerków i kupujemy książkę, by potwierdzić lub zaprzeczyć tej opinii. Tak działa marketing, jak mi kiedyś uświadomiono. Żeby coś sprzedać - trzeba postawić na przyzwyczajenie i archetypy. W tym przypadku powiązanie rudego z niezwykłością. Choćby było to ograne jak winylowa płyta Mietka Fogga na herbatce tańcującej w domu starców.  Dlatego z niekłamaną rozkoszą spieszę was powiadomić, że nie będąca rudą Nikita, bohaterka "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów", książki zaczynająca nową serię Anety Jadowskiej, bije wszelkie rude "fajerwerki" bohaterek niezwykłością na głowę!

Zapytacie teraz zapewne, po co ten cały, przydługi wstęp o rudych, skoro każdy, który już zetknął się z najnowszą bohaterką książki Anety Jadowskiej wie, że Nikita to absolutna ciemna brunetka. Ona była tylko kochanką rudej, a tej rudej, która była z nią powiązana, czyli Dory Wilk szukać powinniśmy w innym cyklu. Ano dlatego, że podkreślam w ten sposób, że wcale nie trzeba ozdabiać baby rudością, by stworzyć fenomenalną postać. Starczy dać jej taki charakter, przy którym dotychczasowe, iskrzące rudości są...eee... blade jak szatynki na ulicy w dżdżysty dzień. A przy tym z magią ma tyle wspólnego, że żyje w świecie tą magią wypełnionym po brzegi i ma pewien... talent, o którym pisać nie będę, by nikomu nie psuć zabawy spoilerami. Niemniej Nikita, przynajmniej w mojej opinii wcale nie potrzebuje być ruda, by się wyróżniać. Chyba, że ma rudej barwy serce, duszę i aurę. To by zdecydowanie do niej pasowało.

Ci, którzy kojarzą moje preferencje fantasy co do bohaterek, wiedzą, że mając do wyboru maga i wojownika/łotrzyka, zawsze skłonię się ku pierwotnej sile i mieczowi/broni niż ku machaniu łapami i mamrotaniu zaklęć. No i generalnie historię o kimś takim kupię prędzej niż o magu. Dlatego wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy mając mieszane uczucia w stosunku do cyklu o Dorze Wilk, być może przez skojarzenie serii z etykietką romans paranormalny (nie tak całkiem bezpodstawnie, patrząc choćby na podchody z Mironem w pierwszym tomie), która mnie zwykle odrzuca z hukiem od książki, nie wiedząc zupełnie o czym jest "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" powzięłam niesamowitą potrzebę, by tę książkę przeczytać. Tak jakby bohaterka zagadała do mnie przez sam tytuł  na modłę:  "Ej, stara, my to się dogadamy lepiej niż ty i ruda. Kup mnie, a nie pożałujesz." Macie pojęcie, że tak mnie "Dziewczyna..." prześladować zaczęła, że śledziłam każdą wieść o książce, a potem praktycznie bez czytania obwoluty, kupiłam? I, do cholery, miałam rację! Dogadałam się z Nikitą jak złoto, pochłonęłam książkę w półtora dnia, zachwyciłam się fabułą tak, że teraz tylko czekam z wywieszonym językiem na kontynuację. Jakże to życie czytelnicze kręci się dziwnie to w prawo, to w lewo, nie? Jakie perły można stracić, jeżeli odruchowo się odrzuca jedno dzieło wraz z tym czymś, co nas zniechęciło, a potem nie zda na instynkt, który ci powiada, że może tamto nie podeszło, ale koniecznie zajrzyj do tej nowej książki. Mój zadziałał bez pudła. "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" jest obłędną książką, którą polecam każdemu, komu setting serii o Dorze Wilk podszedł, tylko bohaterów to by się chciało innych i mniej romansu na rzecz większej liczby zwrotów akcji. I fajnego przedstawienia "Dzielnicy Cudów" - o której też pisać nie będę, by nie spoilerzyć. Poza tym w tej książce wreszcie coś się je! I to JE przez duże Jot.

Jedzeniu w fantasy zawsze poświęcam sporo serca. Niezmiernie mnie to cieszy, gdy czytam o czymś smakowitym. I zawsze mi burczy w żołądku, podczas odwracania kartek, gdzie bohater, do którego przylgnęłam, coś ze smakiem spożywa. Podzielam w tym opinię Ani z Zielonego Wzgórza, która pierwsza wyraziła mą myśl w sposób doskonały, odpowiadając niemal bezbłędnie na pytanie, jakie mi już zadawano: czemu robię tego bloga? Pozwólcie, że sparafrazuję, a nie będę cytować:
"Za każdym razem, gdy ją [książkę "Klub Pickwicka"] czytam, robię się głodna. Bohaterowie nieustannie pałaszują gorącą szynkę, jajka i zapijają to wszystko doskonałym ponczem." Ja dodać mogę od siebie, że przez to burczenie w brzuchu i identyfikowanie się z bohaterami, przez co zapragnęłam w pewnym momencie jeść dokładnie to, co oni, teraz męczycie się z moimi tekstami, by na koniec, jak do deseru, dorwać się do wycyzelowanego przepisu.
Osobliwy przypadek, parole: przez miłowanie bohatera, do bloga i kuchni. Za to z jaką frajdą!

Ejże, wróćmy do tematu. Nikita to moja kumpelka, umówmy się, inaczej już jej nazywać nie mogę. A tej mojej kumpelce do przeżycia dziennie potrzeba czterech tysięcy kalorii (czemu? a nie powiem, poczytacie sami:D), czyli tyle, ile zjadają dwie normalne kobiety. Niestety na gotowanie nie ma ona ani chęci, ani czasu. W domu odgrzewa rozmaite dania gotowe, ale jak akurat ma ochotę na coś świeżego udaje się do Dzielnicy Cudów, do Jadłodajni Panny Waci - jedynego "pewnego" miejsca w Dzielnicy, w którym wieprzowina będzie wieprzowiną, a nie psem albo szczurem (na pozostałe możliwości spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia).  Co ciekawsze, ta knajpka z powodów, o jakich sobie również poczytacie, bardzo kojarzy mi się z barami mlecznymi z początku wieku i ichnim, prostym ale smacznym jedzeniem. Co prawda, sądząc po opisie żarełka, jakie tam dają, a jakich nam Aneta nie skąpi, nie tylko mleczne produkty, ale i obiadowe tam serwują, w przyjemnym settingu i atmosferze szalonych, ekskluzywnych lat dwudziestych.

Potrawę z tej właśnie knajpki, z rozkoszą spożywaną przez Nikitę i jej partnera Robina, postanowiłam uczynić głównym bohaterem niniejszej felki. Potrawę prostą, idealną na chłody, jakimi hojnie szafuje jesień obecnie, smakowitą, danie prawie że jednogarnkowe i na dodatek takie, którym nawet i polak-tradycjonalista nie pogardzi. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po spektakularnym sukcesie "Jadeithu" zaczęły padać pytania o to, kiedy akurat tę potrawę dokonam. A zatem, skoro taka ze mnie istota lubiąca spełniać życzenia, a poza tym sama miałam przeogromną ochotę wziąć się za bary z tą potrawą - przedstawiam wam z dumą Węgierską Zupę Gulaszową z Klopsikami, jakiej Panna Wacia by się nie powstydziła w swej Jadłodajni, a Nikita bez wątpienia zjadła cztery talerze i poprosiła o piąty.

Swym zwyczajem najpierw dokonałam researchu i zajrzałam do kilku tradycyjnych przepisów na węgierskie zupy gulaszowe, gromadząc wspólne składowe dla nich wszystkich i odrzucając w kąt wszystkie, zawierające kostki rosołowe, magii i inne sztuczności. Pamiętajcie, że "Dzielnica Cudów" to miejsce niezwykłe, niejako zawieszone w czasie. Wszystko tam jest z minionej epoki, a zatem gdzie z wymysłem myśli naukowej pana von Liebiga (ojca kostki rosołowej) do garnka! Gdzie ze sztucznościami! W naszej węgierskiej gulaszowej nie ma prawa być glutaminianu sodu i sztucznych aromatów. Absolutnie cały smak wygenerują nam składniki.
Potem przyszła kolej na nękanie Anety Jadowskiej, która z podziwu godnym spokojem zniosła multum dziwnych pytań i udzieliła mi bardzo cennych rad, bez który może i bym zrobiła węgierską gulaszową z klopsikami, ale zdecydowanie nie TĄ węgierską gulaszową z klopsikami, na którą wszyscy czekają. Nie o tym smaku, który powinna mieć, i który bez wątpienia uczyni ją TĄ WŁAŚCIWĄ ZUPĄ z "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów". A przy tym, wiecie, nauczyłam się czegoś nowego, a takie okazje są zawsze cenne.

Potem zaczęło się gotowanie, smażenie, krojenie, pitraszenie zajmujące kupę czasu ale w efekcie, gdy złożyłam już wszystko razem i zaczęło się macerować, po pół godzinie smak zupy był boski, paprykowy, pomidorowy, gulaszowy, arcypięknie dymny. Po następnej godzinie, gdy dodałam już wszystko i zupa dochodziła - smak wybijał sufit i wylatywał kominem, a cała klatka w bloku czuła, że "pod siódemką" gotuje się coś smacznego.
Potem zaś przyszła kolej na zdjęcia klimatyczne, testy od strony najbardziej wymagającej publiczności czyli węgierską gulaszową z klopsikami na obiad dostał mój syn (niejadek) i mąż (o guście bardzo wyrafinowanym, który dosyć często kręci nosem na coś, co ja uznaję za szczyt smaku). Cuda się stały, bo obaj opróżnili miski w takim tempie, że nie zauważyłam, kiedy ta gulaszowa z klopsikami zniknęła. A potem solidarnie polecieli po dokładkę do garnka, podkradając sobie klopsiki z talerzy:D O tym, że następnego dnia smak był jeszcze wspanialszy, a na dzisiaj zostawiłam sobie malutką resztkę, której bronię zębami i pazurami, bo mi wszystko prawie zjedli sami, wspominać już nie muszę chyba. To zresztą jest wspólną miarą każdego gulaszu, stew i zupy - najsmaczniejsze są dzień po gotowaniu, gdy wszystkie smaki uczynią perfekcyjną harmonię i sprawią, że po przepis sięgniemy jeszcze nie raz. I po książkę też, zarówno by poczytać ponownie, jak i po to, by wyciągnąć z niej kolejny wspaniały, staromodny przepis.

A tym czasem zapraszam was do przepisu na węgierską zupę gulaszową z jadłodajni panny Waci, do zdjęć tak klimatycznych, jak tylko je uczynić mogłam, oraz honorujących Autorkę i Książkę, a następnie do gotowania, które może i zajmie wam pół dnia, ale na pewno nie uznacie tego czasu za zmarnowany.

Ah, najcudowniej byłoby szykować tę zupę w kociołku nad ogniem, jak węgierscy pasterze ją dawno temu gotowali, nazywając Gulyásleves lub w skrócie Gulyás, ale właściwy smak i tak osiągniemy nawet na kuchence w domu i w pięciolitrowym garnku. Zaś samej zupy spokojnie wam wystarczy na 6-8 solidnych porcji. Zresztą gdzie tam Panna Wacia latałaby po pastwiskach za kociołkami i pasterzami... porządna, utalentowana kucharka dokona cudów i w swojej "Dzielnicy", na swej własnej kuchni. Starczy cierpliwość, wena i źródło inspiracji. A tej zdecydowanie nam tu brakować nie będzie, o ile tylko Aneta Jadowska pisać będzie dalej. Czekamy na "Akuszera Bogów"tak niecierpliwie, jak tylko się da i z tej tęsknoty aż zaczynamy gotować, aye?:D

No to lecimy, bo w brzuchach już burczy jak Nikicie przed jadłodajnią!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


A gdyby tę zupę ugotował pasterz lub rekonstruktor historyczny, wyglądałaby nie mniej smakowicie, czyli właśnie tak, jak na ostatnim zdjęciu, przed którego załączeniem nie mogłam się powstrzymać. W tym settingu zupę gulaszową zobaczycie również w moim felietonie dla Portalu MMO, gdzie podpasowała się bez pudła pod danie o dźwięcznej nazwie "Stew Świętego Weriana".

Składniki:

Na zupę gulaszową (6-8 porcji)
500g szpondra wołowego z kością
2 cebule
1 marchewka
1 pietruszka
1 ćwiartka selera
1 duża, dojrzała papryka czerwona
1 duży pomidor
4 ząbki czosnku
2 łyżki czerwonej papryki wędzonej
1 łyżeczka kminku mielonego
1 łyżeczka ostrej papryki
2 małe przeciery pomidorowe (najlepiej domowe, jeśli macie pod ręką, a jeśli nie, to polecam puszeczki Pudliszek)
2 liście laurowe
sól, pieprz
3 łyżki smalcu (nie zastępujcie go pod żadnym pozorem margaryną ani masłem!)
ok 2 litrów wody
3 duże ziemniaki z gatunku sałatkowych, nie rozpadających się po ugotowaniu

Na klopsiki (ok. 35 sztuk):
500g mięsa mielonego wieprzowo-wołowego
1 jajko
2-3 łyżki bułki tartej
sól, pieprz
mąka do obtaczania


Wykonanie:

Najpierw szykujemy zupę.

Szponder kroimy na średniej wielkości kawałki.

Cebule obieramy, kroimy dość drobno choć bez przesady, bo i tak się rozpadnie podczas gotowania.

Marchew, pietruszkę obieramy, kroimy w ćwierć-plasterki, seler obieramy, kroimy w kostkę, paprykę kroimy w kostkę.

Pomidor sparzamy wrzątkiem, ściągamy z niego skórę, kroimy w kostkę. Czosnek kroimy bardzo drobno w kosteczkę.

Do dużego garnka, w którym będziemy gotować zupę, wrzucamy smalec i podłączamy ogień na kuchni. Podczas, gdy będzie się topił, wrzucamy do garnka kawałki szpondra, pokrojoną cebulę, marchew, pietruszkę i seler i smażymy całość, często mieszając, aż cebula się zeszkli, a mięso się podsmaży. Zajmie to około 10 minut.

Na osobną, małą patelnię wsypujemy wędzoną paprykę, kminek i paprykę ostrą i podgrzewamy na sucho, by wydobyć maksimum smaku. Gdy zacznie pachnieć, szybko dodajemy koncentrat pomidorowy, mieszamy z przyprawami i smażymy masę na patelni aż pasta-baza do zupy zacznie się robić brązowa.

Pastę papryczano-pomidorową wrzucamy do garnka z mięsem i warzywami i starannie łączymy ją z resztą, by rozpuściła się w smalcu i sokach warzywno-mięsnych.

Smażymy całość do momentu aż mięso będzie porządnie podsmażone z każdej strony. Dorzucamy wtedy pokrojoną paprykę, pomidora i posiekany czosnek. Mieszamy. Zalewamy ok 1 i 1/2 litra wody, wrzucamy liście laurowe i doprowadzamy do wrzenia.

Po tym, jak zupa się zagotuje, zmniejszamy ogień i pozwalamy się zupie gotować co najmniej godzinę samej, mieszając od czasu do czasu. Już po półgodzinie smak będzie bardzo mocno paprykowy, dymny, ale przy tym i mięsny, co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze.

Po około godzinie należy sprawdzić, czy zupa nie zmienia się nam w gulasz, czyli czy aby za dużo wody nie odparowało. Dolewamy wówczas pozostałe pół litra gorącej wody i zagotowujemy raz jeszcze. Należy ponownie sprawdzić smak, by dodatek wody nie rozwodnił go. Co prawda uwzględniłam tę dodatkową wodę w ilości papryki wędzonej i ostrej przewidzianej w tym przepisie, by smak, nawet pod dodaniu wody był jak należy, ale każdy lubi co innego. Jeśli po dodaniu wody nadal będziecie mieć ten sam smak, co przed jej dodaniem, więcej "spapryczać" nie musicie. Jeżeli jednak wam za mało, ponownie nasypcie sobie na patelnię papryki wędzonej i ostrej, podgrzejcie, by wydobyć smak, zmieszajcie z odrobiną przecieru pomidorowego i dodajcie do zupy.

Jeżeli smak paprykowy jest już ok, doprawiamy solą i pieprzem wedle upodobań, obieramy i kroimy w kostkę ziemniaki i dodajemy je do zupy. Gotujemy wszystko razem, aż ziemniaki zmiękną, dodatkowe 30-40 minut.

W czasie, gdy zupa będzie dochodzić, robimy klopsiki.

Mięso mielone mieszamy z jajkiem, solą, pieprzem i bułką tartą w gładką masę.

Mokrą ręką nabieramy odrobinę mięsa, formujemy z niego kuleczkę tak ledwie na jeden, dwa gryzy i obraczamy ją lekko w mące. Powtarzamy proces, aż skończy nam się mięso mielone.

Klopsiki wrzucamy na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą i podsmażamy z obu stron, by się nam potem nie rozleciały w zupie.

Z prawie gotowej zupy wyjmujemy kawałki szpondra (warto zachować je na później, bo gotowane wołowe do wielu rzeczy się jeszcze może przydać) i ostrożnie wkładamy do niej klopsiki. Gotujemy na małym ogniu jeszcze przez 15 minut, by klopsiki wchłonęły smaki z zupy i się ugotowały w niej.

Ostatni raz sprawdzamy smak, a następnie serwujemy gorącą węgierską gulaszową z klopsikami na głębokie talerze, każdą porcję posypując pokrojoną natką pietruszki.

Smacznego!
----------------------------------------------------------------

Ingredients:

For the goulash soup (6-8 bowls):
500g flat rib beef
2 onions
1 carrot
1 parsley root
1 quarter of a celery root
1 large, ripe, red paprika
1 large tomato
4 cloves of garlic
2 tblspns of pimiento (smoked paprika powder)
1 tspn of cumin
1 tspn of hot paprika powder
2 small(70g) cans of tomato paste (it would be better to use homemade, but canned one is also fairly good)
2 bay leaves
salt, pepper
3 tblspns of lard (do not substitute it with a butter, margarine or shortening!)
about 2 litres of water
3 large potatoes

For the meatballs (about 35 pcs):
500g minced beef-pork meat
1 egg
2-3 tblspns od bread crumbs
salt, pepper
some all purpose flour to sprinkle the meatballs


The making of:

First prepare a goulash soup.

Cut the flat rib beef on a medium pieces.

Peel and chop the onions on smaller pieces which will become the part of the soup anyway, so it doesn't have to be cut very finelly.

Peel and slice carrot and parsley root, peel and chop celery root, chop red paprika.

Peel tomato, cut in cubes, chop the garlic cloves finely.

Put the lard into the large pot, you will cook the soup in, make the fire on and start melting the fat. While it is melting, add meat, onions, carrot, parsley and celery and cook it until the meat starts to brown a little and the onions become transparent. It will take about 10 minutes.

Put pimiento, cumin and hot paprika on the separate frying pan, mix it and start heating it up to build the spices flavour. When it becomes fragrant, add the tomato paste, quickly mix it and cook until the paste - your base for the soup - becomes brown.

Add the base to the pot with meat and veggies and mix it all as good as possible, so the paste mixed with melted lard and the juices.

Cook it all together until the meat is nicely fried. Then add the paprika, tomato and garlic. Mix it up. Then add about 1 and 1/2 litre of water, add bay leaves and boil it.

After boiling up the soup, reduce the fire and cook the soup at least 1 hour more, mixing from time to time. When half of the time passes you should already feel the distinctive taste of paprika and tomato, very noticable. This means that you are on a good way to finish the dish beautifully.

After 1 hour has passed, check if there is still enough water in the pot, to call the dish a soup and not a goulash. If the mixture it too thick indeed, add the remaining 1/2 a litre of hot water and boil the soup again. Then make a taste check. Although in the ingredients I already added enough paprika to cover the additional water, we all have a different tastes. So if the taste is too watery after the additional water, just add some more pimiento and hot paprica heated on a dry pan as before, mixed with a bit of tomato paste and this should do the magic.

When the taste is just ok, season the soup with salt and pepper, peel and chop the potatoes, dice it and add to the soup. Cook it alltogether again, until the potatoes are soft, about 30-40 minutes.

While the soup is finishing, it is time to make our meatballs.

Mix the minced meat with an egg, salt and pepper, and bread crumbs, until smooth.

Form a small meatballs (just enough for a bite or two) of the mixture, then roll it in a flour. Continue the process until you are out of minced meat mixture.

Put the meatballs (not all of them, in parts, not to overcrown the pan) on a frying pan with a hot oil, and fry them all around, so it kept its shape in the soup.

Remove the pieces of a flat rib from the soup (and keep it for further usage) and add the metballs, dipping them gently into the hot soup. Cook it all up for about 15 more minutes so the meatballs cooked and cought the soup flavour.

Check the taste for the last time, then you can serve the hungarian goulash soup, hot, in a deep bowls, sprinkled with a fresh, chopped parsley.

Cheers!:)

czwartek, 3 listopada 2016

Fianna Coddle z wilczym chlebkiem sodowym("Wilkołak: Apokalipsa" RPG)/ Fianna Coddle with Irish werewolf soda bread ("Werewolf: The Apocalypse" Role-Playing Game)


Oto Rhiannon z rodu Óir, obdarzona wilczym imieniem "Stąpającej po Krawędzi". Ragabash z plemienia Fianna, pochodząca z watahy "Synów Świtu", strzegącej Caernu Czterech Wiatrów na Eire. Samica w randze Adren. Obecnie przebywa z watahą Ataku Znikąd w San Francisco, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, dowodzoną przez Wulfgara Hrothgerssona, Alfę szczepu.
Rhiannon jest Celtką. Jest ruda, zielonooka i charakterna.
Jest wilkołakiem.

Sam ten opis (oraz karta postaci i grafika pod linkiem powyżej) powinny już wam dawać pewną wizję tej postaci, jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jakie mogłyby być wilkołaki pochodzące od Celtów, gdyby istniały naprawdę.  Bardzo często takie jak ona. Żywiołowe, artystyczne duchy, robiące dokładnie to, co im każą instynkty, ale jednocześnie niezwykle mocno strzegące tradycji wilczej rasy. Właściwie, gdy tak sobie pomyślę, Celtom bardzo niewiele brakowałoby do wilkołaków. To, że byli ludźmi, a nie wilczymi ludźmi można by uznać za drobne przeoczenie, jeden chromosom za mało, o którym zapomniała natura. Bowiem wszystko inne pasuje do obrazu jakoby Zieloną Wyspę od zarania dziejów zamieszkiwali zmiennokształtni.

Przejdźmy jednak do samego początku, bowiem mam wrażenie, że parę osób już czuje się zagubionych.
Ten link powyżej zawiera kartę postaci do gry role-play "Wilkołak: Apokalipsa", należącej do uniwersum Świat Mroku (World of Darkness) - najsłynniejszego mrocznego, paranormalnego systemu wśród gier RPG. Pozycji wręcz kultowej, której nie wypada nie znać, jeżeli się ma za gracza RPG z prawdziwego zdarzenia. W jego skład, oprócz uniwersum wilkołaczego, wchodzi także świat wampirów, magów, upiorów, mumii i pół tuzina innych, kultowych postaci, jakie na pewno kojarzycie z horrorów i fantasy.
Okres świetności WoD i Wilkołaka przypada na lata 90te, kiedy na całym świecie niemal bezustannie tłuczono w którąś z jego odsłon, do czasu aż przestały wychodzić dodatki, i powstawać zaczęły coraz to nowe uniwersa do gry na role. Wszystko czasem się przykrzy, prawda? Tak też WoD zachował swą pozycję kultowej gry, ale teraz to przede wszystkim starzy wyjadacze i weterani nadal nurzają się w jego mrocznych odmętach. Nowi gracze zaczynają od lżejszego fantasy, które nie wydaje się im tak bardzo passe, napiętnowane "sparkleniem" ze Zmierzchu i indiańskiej krwi wilkołakami, latającymi w podartym gatkach. Lub od ciężkiego sf. Umówmy się: WoD to pozycja, której musi spróbować każdy szanujący się gracz RPG, ale której czasy świetności już przeminęły.

To jednak, że korona mu z głowy już spadła nie znaczy, że wszyscy już o nim zapomnieli. Tu i tam nadal są ekipy, które z rozkoszą grają w tym systemie. Ja mam szczęście być w jednej z takich grup, składającej się z zapalonych graczy, którzy swoje lata grania liczą już nie miarą kalendarzową, a ilością zdekompletowanych setów kości, pogubionych podczas emocjonujących rozgrywek, posiadającej doskonałego MG i przede wszystkim - uważającej świat Wilkołaka, za najwspanialszy na świecie.
"Wilkołak: Apokalipsa" to, najkrócej rzecz ujmując, system gry, gdzie prowadzi się postać wilkołaka - jednego z dwunastu plemion wilczych ludzi, jakie zamieszkują Ziemię - Gaję, strzegąc jej przed złem. Jednakże przegrywają, wobec postępu i zatrucia środowiska, o czym mówi już sama nazwa systemu. Apokalipsa - koniec świata, gdzie resztek broni już tylko garstka Kłów i Pazurów Gai - Garou. Można by powiedzieć, że toczą ostatnią, przegraną walkę, bowiem postępu zatrzymać się już nie da. Czy aby na pewno? Nooo... wampirzy body-count u nas na sesjach daje nieco optymistyczniejszą wizję tej Apokalipsy, świadczy o tym, że jeszcze nie upadliśmy, jeszcze wilki się stroszą i kąsają, ale nie uprzedzajmy faktów, bo mój MG, czytający zapewne tę notatkę, zaraz się rozsierdzi i przysięgnie sobie, że "on nam zaraz pokaże Apokalipsę jak należy", skoro w nią upieram się nie wierzyć:D
Wilkołak właściwie jest jedynym systemem, o jakim wiem, tak bardzo podkreślającym temat ochrony Gai, a więc i środowiska naturalnego, tak nafaszerowanym duchowością i rytuałami, że najmniejsze osiągnięcie postaci wilkołaczej (awans w grupie, utworzenie watahy, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegoś totemu lub przewodnika) zasługuje na osobną celebrację. Walki walkami, rozrywanie wampirów i innego żmijostwa (Żmij - największy przeciwnik Garou w systemie, a wampierze są jego najwyraźniej widocznym stronnikiem), odprężającym rozrywaniem i szaberkiem, ale dzięki temu naciskowi na umiłowanie ginącej na tury przez wilczych ludzi, jest tak niezwykłym, niespotykanie mamiącym środowiskiem.
No, nie każdy to lubi. Większość graczy, jakich znam chętnie gra w heroic fantasy z mordowaniem dziewic, ratowaniem smoków i gromadzeniem skarbów, albo strzela z broni laserowej do wszystkiego co się rusza, jednak mnie akurat bardzo podoba się klimat tej gry. I wilczy Celtowie. Zawsze... zawsze Celtowie.

Już na pewno wiecie, że do Celtów, Szkotów i Irlandczyków mam stosunek pełen zachwytu. Uwielbiam te klimaty, kulturę celtycką kocham, kiedyś na pewno na Wyspy Brytyjskie się wybiorę i chyba nie było bardziej nieszczęśliwej Polki, gdy referendum Szkotów o niepodległość od Brytoli zakończyło się fiaskiem. Cóż więc w tym dziwnego, że skoro w systemie o mej ulubionej rasie jest możliwość zagrania celtyckim wilkołakiem, natychmiast go wybieram, a towarzystwo zna mnie do tego stopnia, że swoich postaci nie mieli jeszcze zrobionych, a już wiedzieli, że Fianna, czyli celtycka wilcza dusza będzie w watasze, w związku z czym mają nastawić się na przedziwne gadki w gaeliku, zaczepki i rozmaite numery, jakie, w ramach energicznej rozrywki, będę im wykręcać. Bo plemię Fianna to Celci do szpiku kości, nawet i bardziej. Są najstarszym plemieniem Garou, wręcz twórcami wilczej mowy, bajarzami i pieśniarzami, a legendy o wielkich dokonaniach rasy są naszpikowane tym czy tamtym rudym, wymalowanym na niebiesko wilkiem, którego czyny położyły podwaliny pod to, czym jest teraz ginący świat wilkołaków. A skoro wilki są celtami, to większość prawdziwej, celtyckiej kultury, którą tak kocham, jest z nimi bardzo ściśle związana. Czyli muzyka. Mowa. Wzornictwo. A także zachowanie i, najważniejsze dla mnie w tym momencie - zwyczaje żywieniowe.

Pierwsze i najważniejsze: jedynie właściwe wilkołaki, czyli te z WoD - nie jedzą ludzkiego mięsa. Mają zakaz z litanii - listy wilkołaczych praw, których złamanie ściąga im na głowy nie lada kłopoty. Nawet jeżeli są w formie innej niż ludzka, a tych do wyboru są jeszcze cztery. Potwornego Crinosa, postać bojową Garou, czyli pół ludzką, pół wilczą bestię znacie w tej lub innej formie z filmów i książek. Jest także normalny wilk - Lupus, i obie te formy lubują się w surowiźnie, ale nie w ludzinie. Poza nimi jest jeszcze wilk potworny, przerośnięty, maszynka do mordowania na czterech nogach - Hispo, oraz neandertalczyk - Glabro - bardzo włochaty, przerośnięty człowiek.
Skoro ludzkiego mięsa w diecie wilkołaczej nie ma - co jedzą? Ano, jako rasa właściwie prosta, nie przejmująca się konwenansami, wyobrażam sobie, że jedzą również nie przekombinowane rzeczy, najchętnie te, do których przywykli i którymi karmiono ich od maleńkości. A ponieważ w Wilcu niemal każde plemię ma swój odpowiednik wśród ludzkich ras (poza Celtami są też Wikingowie, Indiańce i Rosjanie) i oryginalne terytorium plemienia wychodzące z ziem, na których te rasy ludzkie żyją - jedzą to, co się je tam i to najbardziej lubią.

Fianna są celtyckim plemieniem wilkołaków, z Irlandii. Zaś Irlandia nigdy nie była zbyt bogatą wyspą, a jej surowy klimat nie dostarcza aż tak ogromne obfitości rodzajów jedzenia, jak każdy by chciał. Czyli właściwie większość potraw rodem z Eire składa się z rzeczy prostych, roślin niewymagających (a ponieważ wilki to mięsożercy, więc jeszcze w ich kuchni będzie mniej tego zielonego badziewia, niż u ludzi) i mięs tłustych. Żadnych diet dla Garou nie trzeba - byle było dużo, tłusto i smakowicie. Taka zresztą jest i kuchnia irlandzka sama w sobie. Dlatego bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie to i owo danie, jakie wilkołaki by chciały przygotować dla swoich, bez zbytniego babrania się i kombinowania ze składnikami. Ot, wrzucić do garnka, doprawić i zostawić, by się samo gotowało, a potem, w przerwie między jedną akcją a drugą, przyjść i zjeść, rozkoszując się mocnym smakiem. Jeszcze i mój Mistrz Gry ułatwił mi sprawę, gdy jego NPC - Wulfgar, wspomniany wyżej, zabrał mą Rhiannon do irlandzkiej knajpy w fabule, gdzie zaserwowali właśnie to danie, które dzisiaj postanowiłam dla was odtworzyć, a mianowicie Dublin Coddle (który na potrzeby wilkołaczego tematu przemianowałam na Fianna Coddle).

Trudno o bardziej wilcze jedzenie: ziemniaki, kiełbaski, cebula, w postaci gorącej ni to zupy, ni to gulaszu, dużo, dużo, do tego tradycyjny chlebek irlandzki, podawane w towarzystwie irlandzkiego piwa Guinness. Człowiek napycha się połową głębokiej miski tego pachnącego pieczonymi kiełbaskami i natką pietruszki dania, a wilk po jego spożyciu pewnie w końcu poczułby się syty. Zaś zawiesina, w której wszelakie, smakowite dobra się nam unoszą - poezja to, a nie zupo-sos. Szczególnie, jeżeli macza się w niej cudownie absorbujący ją chlebek sodowy.

Coddle wykonałam tradycyjne, bazując na kilku przepisach, które połączyłam w jeden, wilczy. Bez dodatków warzyw, które poleca się w nowszej, obecnej wersji. Wyobrażam sobie, że właśnie takie woleliby jeść Fianna. Co prawda w polskich warunkach nie miałam jak położyć rąk na oryginalnych, irlandzkich kiełbaskach (i prawdę mówiąc, po rozbadaniu tematu, nie miałam ochoty na tę białą mieszaninę tłuszczu i wieprzowego mięsa, które trzeba mocno zesmażyć, by dało się wogóle je zjeść, szczególnie, że my dysponujemy znacznie smaczniejszymi kiełbaskami w Polsce; to jest jedyny wyłom w celtyckości potrawy), ale wygrzebałam informacje, jak smakują i do polskich kiełbasek podczas ich smażenia dodałam składnika, którym tam się je doprawia - szałwii. Myślę, że dzięki temu smak zyskał na oryginalności. Co zaś do chlebka sodowego, z jakim się je podaje - pamiętacie podkarpackie Proziaki, na które przepis już jest na Bantofelkach? Otóż dziś dostaniecie przepis na wielki proziak w kształcie chleba, bo tym właśnie jest tradycyjny, sodowy chlebek irlandzki. Smakuje wyśmienicie, sos wciąga jak złoto, i, prawdę mówiąc, nie wiem na ile wam starczy, bo u mnie cały bochenek poszedł przy okazji jedzenia Coddle i tylko ciepłe okruchy zostały, bo nie pozwolono mu nawet wystygnąć przed pożarciem:)
Powiadam wam, bardziej wilkołaczego dania niż bohater dzisiejszej felki nie ma, niezależnie od plemienia wilkołaka, który zostanie skonfrontowany z jego miską. A skoro tak... łapać przepis, wilki, robić i spożywać, nim Żmij siedzi w swojej norze i liże rany po ostatniej walce.
My się wzmocnić musimy, ku ochronie Gai i ginącego świata!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki

Fianna Coddle:
 1 i 1/2 kilograma ziemniaków (odmiana, która nie rozpada się po gotowaniu)
500g cienkich kiełbasek wieprzowych z dobrego mięsa (posiadający możliwość kupienia oryginalnych kiełbasek irlandzkich - jak najbardziej skorzystajcie z tej opcji)
500g grubo krojonego boczku wędzonego
2-3 cebule
szałwia (do smażenia z kiełbaskami)
majeranek (do doprawiania Coddle)
3 łyżki drobno pokrojonej, świeżej natki pietruszki
sól, pieprz
1-2 kostki bulionu z szynki (ew. z kurczaka)
  
Wilczy chlebek sodowy: 

4 szklanki mąki
1 i 3/4 szklanki maślanki naturalnej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki sody oczyszczonej



Wykonanie:

Ziemniaki obieramy, kroimy w grube kawałki (większe najdrobniej na cztery części, małe zostawiamy w całości).

Pietruszkę kroimy drobniutko.

Cebulę kroimy w grube plastry.

Zagotowujemy 500ml wody i rozpuszczamy w niej 1 kostkę bulionową.

Na głębokiej patelni smażymy plastry boczku aż się wyzłocą i puszczą tłuszcz. Usmażone ściągamy z patelni i pozwalamy im ostygnąć. Chłodniejsze kroimy na centymetrowe kostki.

Na patelnię z tłuszczem z boczku wykładamy kiełbaski porwane na mniejsze części (na przykład na pół) i smażymy aż mocno zbrązowieją, a skórka zrobi się chrupiąca, obficie podsypując podczas odwracania na drugą stronę szałwią.

W dużym garnku zaczynamy układać składniki Coddle warstwami. Idąc od spodu garnka: plastry cebuli, kawałki boczku, usmażone kawałki kiełbasek, kawałki ziemniaków. Posypujemy natką pietruszki i pieprzymy i ponownie: cebula, boczek, kiełbaski, ziemniaki. Postępujemy w ten sposób aż do skończenia się składników, warstwy oddzielając od siebie pietruszką i pieprzem.

Warstwy Coddle zalewamy przygotowanym bulionem, a jeżeli nie przykrył nam składników, dolewamy wody tak by miały się jak gotować. Dodajemy dodatkową, pokruszoną kostkę bulionu oraz majeranek. Nic nie mieszamy.

Stawiamy na ogień i zagotowujemy całość, potem natychmiast przykrywamy garnek przykrywką, ustawiamy ogień na minimalny i gotujemy Coddle co najmniej godzinę (czas gotowania zależny jest od ilości składników, temperatury w jakiej gotujemy i tego, jak szybko zmiękną ziemniaki. Przy 1 i 1/2 kilograma, oraz zakryciu wodą i malutkim ogniu wystarczyło mi 90 minut. Przy większej ilości składników i mniejszej ilości wody czas ten rozciąga się i na 3-4 godziny).

Coddle będzie gotowe gdy ziemniaki będą już miękkie, wody będzie mniej więcej w połowie garnka, a smak wybitnie kiełbasiano- ziołowy.

W czasie, gdy Coddle będzie się nam gotował, robimy chlebek sodowy.

Mąkę, sól i sodę mieszamy razem w misce.

Stopniowo dolewamy maślanki, wyrabiając ciasto palcami do momentu aż składniki się skończą.

Wyrabiamy ciasto, podsypując mąką, aż tylko trochę będzie się nam lepić do palców.

Piekarnik nastawiamy na 220 stopni Celsjusza.

Blachę wyścielamy folią do pieczenia.

Na blachę wykładamy ciasto formując je w lekko spłaszczony bochenek.

Za pomocą noża wycinamy na górze glif Fianna na głębokość centymetra. O taki:


Rzecz jasna można i przeciąć chlebek innym glifem, albo po chrześcijańsku (zupełnie już nie po wilczemu, pffff...) na krzyż. Niemniej ozdobę-przecięcie, będące jednocześnie sposobem, by ciepło dostało się w głąb ciasta, posypujemy nie zmielonym kminkiem.

Chlebek przykrywamy tortownicą i blachę wkładamy do nagrzanego piekarnika.

Po 30 minutach pieczenia ściągamy tortownicę i dopiekamy jeszcze 10 minut lub do momentu aż chlebek przybierze złoto-brązową barwę skórki.

Wyciągamy i lekko studzimy.

Gotowe, gorące jeszcze Coddle nakładamy do głębokiej miski, mieszając wszystkie składniki i dolewając zupy tak, by było w czym maczać pieczywo. Posypujemy odrobiną natki pietruszki. Podajemy w towarzystwie grubych pajd chlebka sodowego, obowiązkowo w towarzystwie piwa Guinness.

Po zjedzonym posiłku wydajemy wilcze, dziękczynne wycie do księżyca, w podzięce Gai za to, że pozwoliła nam spożyć tak doskonały posiłek:)

Ith gu leòir! (Smacznego!)
---------------------------------------------------

Ingredients:

Fianna Coddle:
1 and 1/2kg potatoes
500g good quality thin pork sausages (if you can buy the original irish sausages - be my guest)
500g thick sliced bacon
2-3 onions
dried sage (for frying the sausages if it is not originally irish)
marjoram (to season Coddle)
3 tblspns of fresh, finely chopped parsley
salt, pepper
1-2 ham or chicken stock cubes

Irish werewolf soda bread:
4 cups of flour
1 and 3/4 cup of buttermilk
1 tspn of salt
2 tspns of baking soda


The making of:

Peel and chop the potatos into a large pieces (the bigger ones in 3-4 pieces, the smaller ones leave whole).

Chop finely fresh parsley. 

Chop the onions into thick slices.

Boil 500ml of water and melt the bulion cube in it.

Fry the slices of bacon until golden brown on the skillet. Remove on the side, when ready, and let it cool, then dice on 1cm cubes. Leave the bacon fat on the pan.

On the same pan fry sausages torn on smaller parts, until browned and with a crunchy skin, adding the sage while frying.

In a big pot start layering the ingredients: onion slices, bacon, sausages, potato pieces. Season with fresh parsley and freshly ground pepper. Then again: onion, bacon, sausages, potatos, seasoning, until all ingredients are out.

Cover Coddle layers with a prepared stock. If the stock is not enough to cover the ingredients, pour some more water, so it could cook, and add additional stock cube. Do not mix the layers.

Let the Coddle boil, then imediatelly cover the pot and  reduce the fire to minimum. Cook at least for an hour (the time of cooking depends on the amount of ingredients, the temperature of cooking and how quickly the potatos become soft. In my case it took about 90 minutes. If there is a bigger amount of ingredients and smaller amount of water - the cooking takes about 3-4 hours).

Your Coddle is ready when the potatos are soft, there is about half the pot of gravey and the dish tastes strongly with sausage and herbs.

While the Coddle is cooking, prepare the soda bread.

In a bowl mix together the flour, salt and baking soda.

Bit by bit add the buttermilk to the mix, working on a dough with your fingers, until you are out of ingredients.

Knead the dough a few times, adding some more flour, until it sticks to your fingers just a little bit.

Heat the oven to 425 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of tin foil on a baking tin.

Form the dough into a ball then flat it a bit.

Cut the Fianna glyph on a top, 1cm deep. Looking like this:


You can cut some other sign or werewolf glyph if you wish. Or a cross. As as final touch pour some whole cumin seeds on your sign, to highlight it a bit.

Cover the bread with a baking pan and bake in the oven for 30 minutes. When the time passed, remove the pan and bake additional 10 minutes until the bread in golden brown.

Remove from the oven and let it cool a bit.

Pour your hot Coddle into the deep bowl, mixing now the ingredients and adding some soup from the bottom of pot, sprinkle with some fresh parsley and serve with a thick slices of Irish werewolf soda bread and definitely with an irish Guinness beer.

After you finish your dish, howl with your pack to the moon, thanking Gaia for letting you eat this delicious werewolfy meal:)

Ith gu leòir! (Eat plenty!)

czwartek, 7 lipca 2016

Zupa Żony z "Firefly" //Wife Soup from "Firefly" (Challenge no. 2)

Pewne rzeczy nie trafiają do mnie tak z miejsca. Do niektórych muszę się przekonywać całe lata. Do innych nie przekonam się nigdy, nawet po setnej próbie. Są też i takie, do których nie ma mnie co namawiać, bo nawet prób się nie podejmę. I to w każdej dziedzinie życia. Nie ubiorę się w róż - nie ma nawet co próbować. Nie zacznę słuchać bladego dicho, żadnej z jego odmian narodowych, włącznie z rodzimą. Szczególnie z rodzimą. Nie przekonam się do Harlequinów, chociaż przyznam, próbowałam i nawet te pisane normalnie, szczególnie z tłem historycznym, które przeczytałam do końca bez wrażenia zmarnowanego czasu i ciskania literalnie książką w kąt, nie nawróciły starej wyjadaczki fantasy i sf na ten typowo kobiecy nurt literacki. Próby jednak były i nikt mi nie wciśnie, że "nie znasz, a nawet nie sprawdziłaś, co to".
Do pasztetu nawet dałam się przekonać po 30 latach nienawiści zakorzenionej przez obrzydliwość serwowaną w przedszkolu. Taki bez wątróbek w przesadnej ilości, pieczony, zjem. I to całkiem chętnie. "Lukr" (japiszońska knajpa rzeszowska, całkiem zresztą smaczna, której bardziej luzacka odmiana "Sport's BBQ" to moja ulubiona knajpa z amerykańskim żarciem; polecam wstąpić do jednej i drugiej, jak będziecie w Rzeszowie, w Millenium Hall, tylko nie bierzcie brownie, bo piec ciast w stylu USA to oni tam zupełnie nie potrafią:D) serwuje jako czekadełko znakomity pasztecik pieczony z królika z krakersem i konfiturą żurawinową. Warto więc czasem spróbować na przekór sobie, ale tylko tej jednej odmiany. Reszty pasztetów, poza tym jednym, z "Lukru", nienawidzę hurtowo.
Z jedzeniem w sumie to jest tak u każdego. Z książkami podobnie, ale jakoś tak to jest z filmami i serialami, że jak się nie "zaskoczy" z jakimś pierwszy raz, to bardzo ciężko zaskoczyć już wogóle. Weźmy takiego na przykład "Arrowa". Zaczęłam oglądać, bo fajny koleś z bródką, fabuła oparta na komiksowej, generalnie moja tematyka, ale wiecie dokąd z nim dojechałam? Do 6 odcinka 1 sezonu i potem dałam sobie spokój. Tyle mniej więcej kręciło mnie oglądanie Olivera Quinna prężącego mięśnie i po 6 odcinku zaczęło mnie straszliwie nudzić. Nic serial nie miał dla mnie do zaoferowania poza tym.
Na "Flasha" natomiast - niby to samo universum, ci sami ludzie robili - zareagowałam zgoła odmiennie. Już pierwszy odcinek mnie zdobył i przykuł do serialu tak samo skutecznie jak zrobiła to "BattleStar Galactica" (remake klasyka w postaci serialu - wszystkie 4 sezony i następujące po nich filmy), stareńki obecnie serial "Piękna i Bestia" (którego odbiór popsuł koszmarny remake z ostatnich lat z Kristen Kreuk w roli głównej) z Lindą Hamilton i zawsze wspaniałym Ronem Perlmanem, a także "M.A.S.H", "Allo, Allo", "Kindred: The Embraced" i "Przyjaciele", którzy nigdy się nie zestarzeją i nie uciekną z niczyjej pamięci, czy od premiery mija trzydzieści czy pięćdziesiąt lat, albo czy śmierć głównego bohatera kończy ich karierę. Są po prostu takie rzeczy, takie seriale i filmy, które od początku są "twoje", a ty jesteś "ich" i już pierwsze minuty, wlepione z zachwytem w ekran oczy i bezgłośne "o, kurwa", wydobywające się z twoich ust, świadczą dobitnie, że trafiły na siebie jabłko i pasująca do niego pestka, by się złączyć i nigdy już nie rozdzielić.

Mogłabym się jeszcze porozwodzić nad tym ile dla mnie znaczą "Star Wars" i że znałam na pamięć niemieckie dialogi z "Imperium Kontratakuje" (gdyż kiedyś na kasetach VHS tylko taką wersję można było dostać), nie mając pojęcia o języku niemieckim, tak często oglądałam tę część, cytowałam z pamięci "Nową Nadzieję", a Yodę z "Powrotu Jedi" podrabiałam bezbłędnie mając 13 lat... ale to nie o tym tu mowa ma być, więc wrócę do "Star Wars" przy innej okazji. Mowa będzie o jednej z tych rzeczy, które już spisałam na straty.

"Firefly". Tudzież "Serenity", jeśli ktoś spotkał się najpierw z filmem, potem dopiero trafił na serial. Jestem tym drugim przypadkiem. Z postaciami z serialu spotkałam się z dziesięć lat temu, gdy wyszedł film - niejakie kompendium z 1 sezonu serialu "Firefly" i, co tu kryć, sf bo sf, fajne. Nigdy nie odmawiam sobie solidnej porcji wybuchów, laserów, miałkiej akcji i płaskiej fabuły, jeśli tylko towarzyszyła jej wystarczająca ilość CGI i blue-screenowych ujęć. Ale poszłam na film ów jako kompletny random i wyszłam jako kompletny random. Nawet nie zapamiętałam za wiele z tego filmu, ale sądzę, że to dobrze, bo teraz poznaję to wszystko od nowa. Nic szczególnego tam mnie nie zachwyciło, i tylko potem śmieszyła mnie zabójcza ilość masakrycznie brzydkich grafik, w których kopiowano pozy dziewczyny z plakatu u każdej, mającej wyglądać bojowo, wojowniczki. Mogłam wskazać grafikę, rycząc ze śmiechu: "o, kolejna z tego tam... ej, Domin, ten film sf, gdzie na końcu ludzie zjadali ludzi, a panna była terminatorem...!?". Tak, tak, do trzech lat wstecz od chwili obecnej tak wyglądała moja wiedza w tym temacie.
Oświecenie nie przyszło ani wtedy, gdy dowiedziałam się, że jest serial na podstawie filmu (chociaż było odwrotnie), ani gdy obejrzałam pierwszy odcinek. Nie przemówiło. Nie tknęło. Ta pestka zupełnie nie chciała się wpasować do jabłka. "Crash and burn, co, Maverick?", że tak zacytuję z "Top Gun". Ano... nie załapałam ani za pierwszym razem, ani za kolejnym podejściem, w zeszłym roku, przy okazji zainteresowania serialem "Castle". Czy było to związane z innymi, lepszymi serialami na tapecie, czy ze złym podejściem, bo bezcelowym, nie wiem. Ale drugi raz też nie zaskoczył.

A potem, ledwie miesiąc temu, jak dobrze liczę, Bantofelki rozkręciły mi się na całego, zaczęły się pojawiać pierwsze Challenge'e i Tesska (tak, ty, właśnie ty, Szkarłatną Literą odpowiedzialnej cię oznaczam:D), szukając dla mnie czegoś ciekawego, rzuciła nagle hasłem "Firefly". Czy znam. Znam, odrzekłam, ale nie lubię. A oni coś tam jedzą, że na felkę? Ano cały czas coś żrą. I piją. W sf z westernowym posmakiem.
I w tym miejscu proponuję minutę pełnej szacunku ciszy dla tej kobiety, która sprawiła, że po raz pierwszy i jedyny w swej karierze dałam trzecią szansę jakiemuś serialowi i sięgnęłam po niego mimo uprzedzeń i wcześniejszych, kiepskich doświadczeń.

....
...
..
.
i jeszcze chwileczka, Tesska, bądź pochwalona ty i Kocie Komando Krówek Twoje (i wszystkie pchły jego), a także Samiec i ten, który na ciebie "Firefly" wypuścił.
.
Już.

Powiedzieć, że kocham ten serial, to z lekka niedopatrzenie. Dopiero  trzy - cztery odcinki za mną, ale już zdążyłam się wciągnąć. Już kończąc jeden, rozmyślam nad drugim, nerwowo patrząc na późno-nocną godzinę na zegarku. I to są oznaki tego, że w końcu "Świetlik" mi się przyjął, jeśli nie jako jeden z ulubionych seriali, to takich fajnych, do których pewnie jeszcze wrócę. I wierzyć będę, że może kiedyś zrobią drugi sezon...

Czemu trzecia szansa i dopiero teraz zaskoczyło? Bo żarcie podane w sposób nietypowy. Niby postacie w każdym filmie coś jedzą, jest się na czym oprzeć pisząc felki, ale jakoś... spodobało mi się to, co tam zdążyłam zobaczyć. Takie w sumie proste toto, choć robione na statku kosmicznym. Proste ale... z twistem. Lubimy twisty. Lubimy jak coś się dzieje i wali nas to coś w czoło, prostotą, ale wyrafinowaną wysoce, gdy się tego wogóle nie spodziewamy, działając na ambicję. Dlatego też z tej racji, że nie lubiłam, i nagle mi się odmieniło i wsiąkłam, z powodu poszukiwania nowego wzywania i przez to, że Zupa Żony przedstawiła mi się tak fajnie w jednym z odcinków i niezwykle smacznie w wygrzebanym przepisie - oto wasz bohater. Oto felka. I oto ja, pokorna sługa, która dzisiaj z rozkoszą patrzyła, jak jej chłop wyskrobuje z miski ostatnią makaronową muszelkę i skrycie wylizuje talerz z resztek zupy, gdy myślał, że nie patrzę, ja, która nie chciałam, a zrobiłam. I Zupa Żony, która w wykonaniu Zoë dla jej męża za to, że "dobrze się sprawił" to absolutnie niespodziewane, proste mistrzostwo świata dań jednogarnkowo-zupnych. Coś, co każdy z nas by zjadł w pewnym momencie życia. I tylko ciasta by potem zawołał.

Wife's Soup czyli "Zupę Żony" widzimy w odcinku o nazwie "War Stories". Przy samym końcu. Zupy nie pokazują za wiele, ale z samej konsystencji tego, czemu się uważnie przyjrzałam ze trzy razy, skapującego z chochelki, wynikło to, że mamy do czynienia z czymś bardzo gęstym. Nadto jasnym, ale niezbyt. Niestety zawartości talerza już nam nikt nie pokazał ale w sumie... przeciętna laska mająca gościa, zna też jego apetyty, więc może sobie dośpiewać, czego by sobie życzył facet w zupie ku swej czci. Tak ogólnie. Pobawiłam się więc we wróżkę, zanim jeszcze zaczęłam szukać za godnym swego miana przepisem i spisałam sobie podstawową zawartość zupy, jaką żaden mięsożerny mężczyzna nie pogardzi, a wręcz pochwali.
Gęsta. Ma być gęsta. Najlepiej tak, by łyżka stawała, ale nadal ma to być zupa. Z dużą ilością ziemniaków, mięsa, najlepiej krwistego, czyli kłania się wołowina. Warzyw może być trochę, ale chłop to nie królik, kalarepki i pietruszki nie są potrzebne. Samiec-mięsożerca, dostarczyciel dóbr doczesnych dla rodziny potrzebuje czegoś porządnego na walkę o byt, a nie jakieś fruwające farfocle. Natomiast groszek jest fajny. Groszek lubi każdy, więc groszek pasuje. Doprawione. Pieprz, sól, ale papryka i chili nie - jak ktoś będzie akurat oglądał ten odcinek, niech się przyjrzy - jakoś szczególnie wiele wody do picia w towarzystwie zupy nie ma, więc ostra nie jest. Ale przyprawiona po męsku być powinna. Czosnek, drogie panie, to nasz pomocnik w tym przypadku, bo zrobi nam całą robotę aromatyczną.
Do tej listy dodałam jeszcze parę ziół i przypraw, oraz cebulę, ale, jak się okazało po czasie, gdy już miałam przepis na dodatek powiązany z wiki Firefly, trafiłam niemal w dziesiątkę z większością rzeczy, a zioła zupełnie nie są potrzebne. Makaron mnie jednak zaskoczył, bo jednak ja go nie dodaję do zup, które rysują się tak zawiesiście jak "żonina". Jednak, skoro piszą, że ma być, to dodamy. I powiem wam, że swoje ten makaron zrobił.

Jak wyszło, z maksimum składników, minimum zielenin i burzą potężnych, mocnych, męskich aromatów? Zajebiście!
To typowe danie jednogarnkowe. Nikt wam nie zakwiczy o drugie danie po tej zupie, bo jest tak cudownie sycąca, ale jakimś cudem nie zapychająca, że nic już ci po niej nie będzie trzeba. No, chyba, że ciasta.
Mięso, ziemniaki i marchewka to mocna baza, "woda" jest bardziej sosem gulaszowym, czosnek z pieprzem to królowie aromatu w tym prostym daniu, a po dodaniu makaronu do tego wszystkiego... o mamo... aż zacytuję swoją drugą połowę: "Wziąłbym dokładkę... ale nie zmieszczę... ale może jeszcze trochę...<stłumione beknięcie sytości, za który Chińczyk pokłoniłby się w pół, w podzięce za tak głębokie wyrazy uznania>... o Jezu, nie mogę. Ale może jednak trochę...":D
Wylizał talerz!

A teraz wy, jeżeli wasze drugie połowy "sprawiły się dobrze" w dowolnej sytuacji i zasłużyły na tę cudowną potrawę, łapcie za składniki i gotujcie własną Zupę Żony. Nawet jeśli nie jesteście żonami, a dziewczynami, albo siostrami. Mężczyznom czasem trzeba takiego wyrazu uznania, bo przecież chociaż raz w życiu "sprawią się dobrze". I za taką formę podzięki (a potem może ciasto... lub seks... i ciasto:P) będą wam najbardziej wdzięczni.

Przepis częściowo wzięty stąd. Adaptowany pod polskie gotowanie.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

3-4 duże ziemniaki (ja użyłam około 12-15 młodych, więc małych)
3-4 marchewki
5 ząbków czosnku
1/2 kg wołowiny
1/2 litra bulionu wołowego (może być z kostki)
3 liście laurowe
1/2 opakowania mrożonego, zielonego groszku
1 -1 i 1/2 szklanki makaronu kolanka

ostry, łatwo topiący się ser (np. salami), do starcia na zupę(opcjonalnie)
krakersy o dowolnym smaku (polecam te z serem lub czyste solone, by nic nam się nie wcinało w smak zupy)(opcjonalnie)
sól, pieprz 

Wykonanie:

Marchewki obieramy i kroimy w drobniejsze kawałki (u mnie plasterki) i wrzucamy do średniego garnka z grubym dnem.

Ziemniaki myjemy starannie i obieramy (niekoniecznie, ale o starannym wymyciu i wycięciu "oczek" trzeba pamiętać), kroimy w mniejsze kawałki i dorzucamy do marchewek.

Warzywa zalewamy wodą na tyle by je porządnie przykryło i z odrobiną zapasu, solimy i stawiamy na ogień, by zagotowały się aż do prawie miękkości.

Po ugotowaniu odlewamy 3/4 wody.

Do warzyw i resztki wody wlewamy bulion i ponownie stawiamy na ogień, by się zagotowało, zmniejszamy ogień i pozwalamy im "pyrkać" dalej.

Mięso kroimy na małe kawałeczki (nieco drobniej niż gulasz, szczególnie, jeśli to wołowina - skróci się czas gotowania z mniejszymi jej kawałkami) i wrzucamy do popyrkujących warzyw, po czym zagotowujemy na porządnie, szumy zbierając, jeśli się pojawią (nie powinny, lub bardzo mało) lub rozmieszując je w zupie.

Ząbki czosnku obieramy, przekrawamy na pół i wrzucamy do zupy.

Dorzucamy liście laurowe i wsypujemy pieprz, sporą, ale zjadliwą ilość.

Mieszamy wszystko razem, ogień ustawiamy na średni i gotujemy tak długo, ile mamy czasu. Może być nawet kilka godzin. Mięso jednak na pewno musi być miękkie. Mnie zajęło to 1,5-2 godzin. Raz na jakiś czas trzeba podejść, zamieszać, dolać wody, jeśli wyparowała, a potrawa nadal wymaga gotowania.

Jakieś pół godziny przed końcem gotowania dorzucamy do zupy groszek. W tym momencie będzie już gęsta, więc warto rozważyć dolanie nieco wody, zamieszanie i doprawienie ponownie solą i pieprzem. Można też dorzucić dodatkowy czosnek.  

Pod sam koniec, gdy mięso i warzywa są już miękkie, a Zupa Żony ewidentnie prosi się już o jedzenie (a rodzina obgryza ci pięty, bo chce już!), dosypujemy makaron kolanka i często mieszając, gotujemy aż będą al dente.

Raz jeszcze sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli zupa wyszła za gęsta - dolewamy wody, zagotowujemy, doprawiamy w razie potrzeby.

Gotową zupę zdejmujemy z ognia.

Napełniamy głęboką miskę solidną, gorącą porcją. Jeżeli chcemy jeszcze bardziej mężczyźnie udowodnić, jak wspaniała kobietę ma przy sobie, ścieramy na dużych oczkach ser żółty i kładziemy na środek zupy spory "tupecik", oraz podsuwamy krakersy do zagryzania potrawy.

Następnie cmokamy w polik i życząc smacznego, głośno i wyraźnie oświadczamy, że "dobrze się sprawił". 

--------------------------------------------------------------------

Ingredients:


3 or 4 (or more) big potatoes (or 12-15 small, young ones)
3-4 carrots
5 garlic cloves
1/2 kg of beef 

1/2 litre of beef broth
3 bay leaves
1/2 bag of frozen peas
1 - 1 and 1/2 cup of elbow macaroni
sharp cheese for shredding (optional)
crackers (optional)


 

The making of:

Peel and cut the carrots into smaller pieces and put into a pot.

Wash and peel (if you want) the potato, cut into smaller pieces and add to the carrots.

Cover them with water, add salt and boil them until they are almost tender.

Drain off about 3/4 of the boiling water.


Return to heat and add the broth, then let it boil. Make the fire smaller and let it simmer.

Cut the meat in the small pieces, add to the vegetables and simmer some more.

Cut the garlic cloves in half and drop them in there.

Add the bay leaves and generously sprinkle the pepper.

Mix it alltogether, set the fire to medium and tet this cook for awhile. Couple hours, whatever you got. The meat, however, has to be tender. It took me about 1,5-2hrs. Stir it every once in a while, add the water if the soup is too thick, but it still needs to be cooked.

About half an hour before you want to eat, dump in the peas. Consider also the taste and the consistence. You should check if the soup needs some more salt or pepper, or another garlic clove.

Add the elbow macaroni about 5 minutes before you want to serve the soup (depending on the cooking time of the macaroni), and stirring constantly the soup make sure it is cooked al dente, and the soup ready to serve, thick, but still considered as a soup. 

Take it off the fire.

Serve in the deep bowl, hot.
If you want to make sure that your man surely knows how amazing woman he's got, put some of the shredded cheese on the center of the soup and add some crackers to eat with it.

Then kissing him in the cheek, say it loudly and clear that he has " done good".

środa, 23 marca 2016

Zupa-krem z dyni z piekła rodem / Cream of pumpkin "straight from hell" soup

Przy okazji innego przepisu, na Pumpkin Pie, pisałam już, że dynia w Polsce jest niedocenianym warzywem. Może i nie jest rodzimego pochodzenia, a okres jej świetności przypadał na czasy bardzo odległe od lat osiemdziesiątych, w których zaczyna się moja własna historia, ale kiedyś jedzono jej znacznie więcej. Potem, w czasach gdy byłam już świadoma, że lubię taką zupę, a takiej nie lubię, zniknęła kompletnie z polskich stołów i dla celów dekoracyjnych jedynie się tu i tam pojawiała (zresztą nie tylko dynia znikła, ale i sporo innych podstawowych rzeczy. One jednak wróciły, a dynia - nie). Nigdy jednak nie używano jej do ciast, nie robiono z niej zup, a o dodatkach do "schabowego" w takiej, czy innej postaci, można było zapomnieć. Nie było tradycji, nie było chęci, by próbować czegoś nowego, niczego nie było (pan Kononowicz nie obrazi się, że go zacytuję, albowiem jego słowa są już częścią popkultury i nic na to nikt nie poradzi, a już tym bardziej sam wywołany do tablicy, nawet przy swym zdecydowanym sprzeciwie;)). Dopiero gdy coś drgnęło ostatnimi czasy i gospodynie odkryły, że jest coś takiego jak dynia i jej uniwersalna i jedyna w swoim rodzaju zdolność przejmowania i ulepszania smaków jej towarzyszących, że zupy wcale nie trzeba zabielać mąką dla zagęszczenia, a zwyczajnie zmiksować (lub tylko jej część, jak ktoś pragnie czuć, że je zupę, a nie papkę dla niemowlaka) i że po pozbyciu się skóry otrzymujemy tak cudowny, naturalny kolor, który się nie rozmywa w innych dodatkach, wtedy dopiero dynia wróciła do łask.
U nas, rzecz jasna, z opóźnieniem. Najczęściej spożywa się zupę dyniową, krem, na łagodnie lub słodko. Za oceanem robią z dyni cuda. Poczynając od zup, a kończąc na deserach i to takiego rodzaju, że zaskoczeni bylibyście, że dynia jest w środku. Lody z dynią, muffinki z dynią, dyniowe brownie, ba, serniki też dyniowe robią i wszystko do siebie pasuje i smakuje.
Inną sprawą, która przesądziła o tym, że Polak i dynia to tak jeszcze po macoszemu się traktują, jest niezdecydowany smak tego warzywa. Sama dynia... no, nie bardzo. Nikt jej nieprzyprawionej nie zje, bo jest mdła. Dlatego, moje drogie ofiary grafomańskich Bantofelków, Polacy tak jak ten kot, któremu raz podsunięto omyłkowo chleb, zamiast mięsa. Obwącha, nadgryzie, obrazi się, że ktoś tu go w balona robi, a potem długo trzeba się nachodzić, by zmienił zdanie i namówić na drugą próbę.

Ja też byłam oporna. Nie ma co się oszukiwać. Dyniowej spróbowałam jako osoba dorosła, zachęcona rodzącą się właśnie ciekawością kulinarnych dóbr tego świata. Szczęściem z miejsca trafiłam na doskonały przepis, który po ulepszeniu stosuję do dzisiaj, karmiąc dyniową-kremem od czasu do czasu moich mężczyzn. Tym, którzy mieli pecha i się zawiedli na swoim pierwszym przepisie i oświadczyli, że "nigdy więcej", mogę tylko współczuć, bo dynia to temat trudny do przełknięcia, jak raz stanie kością w gardle. Ale i zachęcić do spróbowania raz jeszcze: naprawdę, z dobrym przepisem, gdy wybalansujecie już swój własny smak i przyprawy, zachwycicie się dynią do tego stopnia, że zacznie się na zupie, a skończy na lodach. I nigdy nie przeminie. Pękata dama zaśpiewa trzy tony waszemu sercu i żołądkowi, trafi w punkt G (sic!) i zostaniecie podbici, zawojowani i spragnieni zupy dyniowej, ledwie sezon na dynie nadejdzie wraz z jesienią.
Inna sprawa, że może trwać cały rok, jak sobie dynię zamrozicie:)

Zupę zrobić prosto. Każdy wie, że gotuje się warzywa. wrzucane na hurra do garnka, w ilości, jaka nam akurat podejdzie na "wodziankę", albo zupę o konsystencji takiej, że łyżka staje sztorcem. Nie inaczej jest i z dyniową. Proces jej produkcji różni się od jarzynówki jedynie samą końcówką. A skoro dyniowa-krem jest zupą, zupę zrobić potrafi każdy, to przecież nie ma co kręcić nosem, szczególnie, jeśli szukacie zupy nowej, wartej by ją wprowadzić do własnego domu i usadzić w nim na zawsze.

Moim wtrętem w tę zupę jest doprawienie. Jak już pisałam, dyniowa pięknie chłonie smaki towarzyszące, samej mając niezdecydowanie słodkawy. Oraz kolor, jakiego nie uzyskamy żadnym, sztucznym barwnikiem. Dla odmiany robionej wszędzie wersji  łagodnej i na słodko, razu pewnego słuchając randomowych kawałków na metalowej liście z Winampa, rozważałam jak by tu dodać charakteru niemal gotowej zupie dyniowej. I, jak łatwo przypuszczać, muzyka, która leciała gdzieś mimo uszu, metalowe riffy na gitarach, tudzież wokalista drący mordę, któremu wtórowałam co jakiś czas, śpiewając do łyżki drewnianej, lub używając dwóch jak pałeczek bębniarza na meblach, miała konkretny wpływ na to, po jaką przyprawę sięgnęła moja ręka.
A jeszcze jak ryknęło z głośników Rage - Staright to Hell, to nie było już wyproś. Dyniowa-krem stała się zupą z piekła rodem, która cię tam zaprowadzi prostą, szybką trasą, a ty pójdziesz za nią grzecznie, bo nie będziesz miał jej dość.
Zresztą, przysięgam, gdyby zdarzyła się kiedyś taka okoliczność, że talerz mej piekielnej dyniowej zacząłby śpiewać (załóżmy, że tak by się stało... skoro w "Hotelu Transylvania" mieli krzyczący ser, to czemu i Zupa-Krem z Dyni nie miałaby też dostać głosu:P), miałby głos Petera Burtza, wokalisty kapeli Rage.

Czyli generalnie wiecie już, czemu dyniowa jest zupą piekielną. Przynajmniej, patrząc na słowa mej felki i przepis poniżej. A teraz najwyższy czas udać się po przyprawy, posiekać dynię i zacząć robić swojego własnego dyniowego piekielnika, do czego serdecznie zapraszam:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1/2 kg dyni
1 pietruszka
3 marchewki
1 plaster selera
1 cebula
1 kostka bulionowa warzywna
2 łyżki masła
3 liście laurowe
3 ziarnka ziela angielskiego
Szczypty: soli, pieprzu, pietruszki, kolendry, imbiru, gałki muszkatołowej, chili, curry, słodkiej papryki
Kwaśna śmietana na przybranie

Wykonanie: 

Dynię (jeśli kupiliśmy w całości) rozcinamy, pozbywamy się włókien ze środka i pestek (pestki można zasuszyć i zostawić do późniejszego użycia), kroimy na plastry, razem ze skórą.

Piekarnik nastawiamy na ok. 180 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy folią aluminiową, kładziemy na niej skórą do dołu kawałki dyni i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy dynię tak długo, aż miąższ dźgany widelcem, jest miękki i odchodzi od skóry, skóra z kolei jest nieco przypalona lub pomarszczona. Wydobywamy wówczas dynię z piekarnika, bez trudu pozbywamy się skóry i kroimy już miękką, na mniejsze kawałki. Odstawiamy na chwilę na bok.

Cebulę kroimy w drobną kostkę, marchewki i pietruszkę w plasterki, seler w kostkę.

Na patelnię wrzucamy cebulę, podsmażamy ją na maśle aż się zeszkli.

Dorzucamy do niej marchewki i pietruszkę wraz z selerem, oraz upieczoną dynią, mieszamy wszystko razem i smażymy ok. 5 dalszych minut.

Następnie warzywa przekładamy do garnka, zalewamy wodą tylko na tyle aby je przykryła, dorzucamy kostkę rosołową, oraz liść laurowy i gotujemy aż warzywa zmiękną.

Pod koniec gotowania dorzucamy po szczypcie pozostałych przypraw, mieszamy zupę i pozwalamy jej jeszcze "pyrkać" przez 5 minut na ogniu.

Po tym czasie zdejmujemy zupę z ognia, miksujemy całość do gładkiej, aksamitnej konsystencji i raz jeszcze doprawiamy. "Piekielnica" ma być ostrzejsza, więc należy pamiętać, by nie żałować sobie przypraw, jedynie ostrożniej szafując imbirem i chili. Tego pierwszego na próbę dałabym najpierw 1/4 łyżeczki, a potem sprawdziła, czy zupa odpowiednio pali i wiedzie kubki smakowe do piekła.
UWAGA: następnego dnia po ugotowaniu, smaki zupy się intensyfikują, imbir i chili czuć mocniej, więc i to należy brać pod uwagę przy doprawianiu.

Gotową zupę przelewamy na talerze. Na każdą porcję zupy wykładamy ostrożnie solidny kleks śmietany, by nieco łagodziła piekiełko w gardle i podbijała smak.

Konsumujemy przy dźwiękach muzyki dowolnej kapeli metalowej.

Kozioł... znaczy dynia... z wami!:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 kg pumpkin
1 parsley root
3 carrots
1 slice of celery
1 onion
1 vegetable stock cube
2 tblspns of butter
3 bay leaves
3 allspice seeds
a pinch of: salt, pepper, dried parsley, crushed coriander, powdered ginger, nutmeg, powdered chilli, curry, powdered sweet paprika
sour cream as a add-on

The making of:

If the pumpkin is whole and fresh, cut it half, remove the insides (you can keep the seeds, dry it and then use it for something else), slice it and do not remove the skin from the slices.

Heat the oven to approx. 180 degrees Celcius / 356 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminum foil on a baking tray. Put the slices of pumpkin on (skin down), and put into the oven to bake it.

Bake the pumpkin until the pulp, when touched with a fork, is soft, and the skin is slightly burned or wrinkled, and the pulp is easy to peel off. Remove the pumpkin from the oven, remove the skin, and cut the pulp in a smaller pieces. Set aside for a moment.

Chop the onion and celery into a small cubes, carrots and parsley root cut into slices.

Put a butter on a frying pan, add the onion and fry, stirring from time to time, until it is glazed.

Add the rest of vegetables: carrots, parsley, celery and the pumpkin and cook it alltogether for about 5 minutes.

Move the veggies to a medium pot, pour enough water to cover them, add the stock cube and bay leaves, and allspice and cook until the vegetables are soft.

Then, when it is almost ready, add the rest of seasoning, one pinch for starters , stir it one last time, and let it simmer for 5 more minutes.

Remove the pot from heat, and blend the soup until smooth and velvety consistence, then season it one last time. Remember that "hellish soup" has to be spicy so be careful only when using ginger and chilli. With ginger and chilli start with 1/4 tspn and check how hot it has become.
ATTENTION: The day after cooking, the taste of soup intensifies, especially when it comes to ginger and chili. Remember about it, while seasoning.

When to soup is ready to serve, put it on the plates, and add a solid splash of sour cream into each portion, so it alleviated a little the hottness of soup.

Eat it all up, listening to your favourite metal band.

May the goat... the pumpkin... be with you:)