Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dipy-sosy-kremy-pasty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dipy-sosy-kremy-pasty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2016

Domowy serek kremowy/Homemade cream cheese

Załapałam fazę na sernik jakieś dwa tygodnie temu. Nie w ten sposób, że śnił mi się co noc, czułam jego zapach dosłownie wszędzie i jak się to często dzieje w przypadku, gdy się na czymś mocno zafiksujesz, wszystko mi się z nim kojarzyło do tego stopnia, że niemal widziałam go na ulicy,  wołającego z każdej witryny cukierni "Kup mnie!". Nie. To by była naturalna kolej rzeczy, że w końcu ulegam takiej długofalowej ciągocie z bez wątpienia przyrodzonym mi wdziękiem. Ja, jako dusza wybitnie rogata, jak zwykle zrobiłam to po swojemu. Któregoś wieczora po prostu mnie pierdzielnęła chęć na sernik. Jakikolwiek, chociaż tak w sumie to nie bardzo na polski. Akurat sobie przeglądałam opowiadania z cyklu "Chłopcy" i tam gdzieś mi się przewinął sernik, jaki jadła Dzwoneczek. Najprawdopodobniej ze Starbucks'a, ale akurat w to się nie miałam chęci zagłębiać. Ważniejszym od tego, jaki konkretnie to był sernik i z jakim wzorkiem na wierzchu, był fakt, że to sernik na serku kremowym, bo jak sieciówka amerykańska to przecież polskiego sernika nie będą podawać. Żadnych serów, nie ważne ile razy mielonych, zawsze będą zbyt ziarniste. Sernik rodem z hameryki. Następnie jedno doprowadziło do drugiego, zanim się obejrzałam miałam usta pełne śliny i już wiedziałam, że jakikolwiek wypiek powstanie w najbliższej przyszłości, będzie wymagał tego gładziutkiego serka. A więc będzie sernikiem w mniejszym lub większym stopniu i zaspokoi moje szurnięte pragnienie.
Nie, nie jestem w ciąży, to nie jest zachciewajka. Po prostu strasznie zachciało mi się sernika typu nowojorskiego. Nie mówcie, że wam się coś takiego nie trafia, hm?
No, niby, żaden problem. Sernik wymaga serka i paru innych rzeczy. Pójdę do sklepu, kupię i zrobię. Niby nic. Ale, wiecie, mimo różnicy w konsystencji sera twarogowego i kremowego, ważą niemal tak samo. I jak na sernik polski kupowałabym jakiś kilogram za zwyczajną, serną cenę, to kupienie kilograma serka kremowego już by zabolało. Mało tego. Za liche 200g z których nie zrobimy pełnowielkościowego ciasta, trzeba zapłacić tyle, że w sumie niektórym przechodzą zachcianki na samą myśl o ok. 10 złotych wywalonych na sam ser, a gdzie, przepraszam reszta, inni się zadowalają zwykłym twarogiem i na tym się kończą różne egzotyczne chciejstwa. A przecież nie powinno tak być! Żyjemy w czasach, kiedy w sklepach nie mamy na półkach wyłącznie octu, a dobra luksusowe można dostać wyłącznie w Baltonie za ciężkie dolary. Jest więc i ten serek kremowy w lodówkach w każdym sklepie. Ale najwyraźniej producent uznaje, że Polak użyje go tylko do kanapek, a do kanapek 200g wystarczy. O tych, co ambitnie chcą pojechać dalej, raczej się nie myśli. Solidarnie będziemy, kurna, żreć wyłącznie rodzimy, polski produkt, a jak się komu chce nowości, to do restauracji, won. Albo za granicę. Takie coś, takie potężne śrubowanie cen morduje nie tylko chęci, ale i wenę dla wszystkich, którym nie tylko schabowy i nieśmiertelna szarlotka z lodami w głowie. Czasem potrzebują... sernika z serka kremowego, no!
Ale za taką cenę...

Za taką cenę, to ja, wkurzona, przypomniałam sobie, że rzucił mi się w oczy niedawno przepis na serek kremowy robiony domowym sposobem. Tańszy. Smaczniejszy, bo bez zagęszczaczy i polepszaczy smaku i tak absolutnie prosty, nie wymagający niczego, poza czasem. Czemu nadal się zastanawiam i pieklę na ceny, skoro po dokonaniu prostych obliczeń, wyjdę na plus z podwójną ilością serka robionego w domu, w porównaniu do mizernych dwustu ubitych na kamień maszynowo gramów ze sklepu i zdecydowanie o wiele mniej za to zapłacę, niż gdybym miała całość kupić w sklepie.
Ominęłam więc dział serków kremowych, wyszukując przepis na internecie, zamarłam z zaskoczenia na widok listy składników i... chwyciłam wiaderko litrowego jogurtu. A potem w aptece - gazę.
Reszty domyślić się już łatwo. Ser się robił już po 10 minutach od powrotu do domu. Sam. A ja cała zadowolona czekałam na rezultaty, które, jak się okazało po 36 godzinach okazały się spektakularne.

Żadnej chemii. Żadnej soli, którą tak polscy producenci lubią dodawać do serka kanapkowego (przekonani, że każdy Polak weźmie go z zamiarem użycia na kanapce). Ba, żadnego miksera, masła, śmietan, dodatków... nic. Tylko lodówka. Tylko gaza, jogurt i grawitacja, która za ciebie wyciąga z jogurtu serwatkę, zostawiając w gazie dokładnie to, co znamy jako serek kremowy. Tak jest! Serek kremowy to jogurt pozbawiony serwatki. I za ten prostacko zwykły pomysł każą nam przepłacać? Nigdy więcej.
Szczególnie, że z 1 litra jogurtu wyszło mi prawie 400g serka. Przeliczając więc... nie, nie jestem dobra w matmie. Przejdźcie się do sklepu i dla rozrywki zobaczcie ile zapłacicie za litr jogurtu w porównaniu do cen serków typu Filadelfia i President. Rezultaty was zaskoczą i to bardzo pozytywnie:)
Serek, jak widać na poniższym zdjęciu, wychodzi śliczny. Bielutki. Tłuściutki. Mógłby być piękniejszy, gdybym nie robiła go z zamiarem przerobienia potem na sernik. Mógłby. W przepisie poniżej macie sposób, jak uczynić go małym, cudownie ukształtowanym dziełem sztuki. Ale ci, co im tylko serniki w głowie, wyrzucą zawartość gazy już po procesie produkcyjnym wprost na wagę, odważą właściwą ilość na ciasto, a resztę pożrą łyżkami błogosławiąc się za rozum i oszczędność. A smak? Poezja nie smak. Troszkę podobnie smakuje do Bielucha, ale lepiej. Bogatsza nuta, przyjemniejsza jedwabistość... jeśli nie zjecie w serniku, to zdecydowanie na chleb też się nie dostanie. Prosto z gazy do ryjka, słowo. O ile nie macie mocnego samozaparcia, znaczy się:)
Same plusy, miśki. Jeśli więc wasze chęci na serniki wytrzymają półtorej doby, to problem ceny serka kremowego zupełnie przestanie was dotyczyć. Pojawi się pewnie problem z dodatkowymi centymetrami w biodrach, ale, warto zaryzykować i raz na jakiś czas rozpieścić siebie samego. Ci, co dyktują ceny w sklepach wystarczająco dużo robią, by nam nadwątlić samopoczucie, ale, jak to się mówi, gdzie bogowie zamykają drzwi, gdzieś indziej otwierają okna. To akurat otwarło się na innowację.
To co, wyłazimy?:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na 350-400g serka):

1 litr jogurtu naturalnego (ja wybrałam Jogurt Kuchmistrza z Mlekovity)
gaza (zakupiłam 3 opakowania metrowe, najtańsze i było w porządku)


Wykonanie:
 
Na durszlak wykładamy jedna po drugiej, 3 warstwy gazy. Każda rozłożona metrowa gaza składa się tak naprawdę z dwóch warstw, więc w sumie powinniśmy otrzymać izolację z 6 warstw gazy.

Pod sito wkładamy garnek lub talerz, ponieważ niemal od razu serwatka zacznie przeciekać.

Jogurt wylewamy na środek gazy.

Zbieramy ostrożnie jej końce, zwisające dotąd po bokach z każdej strony sita i zbieramy je ze sobą u góry w taki sposób by jogurt w gazie utworzył kształt woreczka. Już w tym momencie serwatka z jogurtu zacznie wyciekać kroplami na sito i do naczynia pod spodem.

Końce gazy związujemy mocno ze sobą przy pomocy długiego kawałka sznurka lub włóczki bezbarwnej. Następnie bierzemy wysokie naczynie (najlepiej gdyby miało ze dwa litry), oraz drewnianą łyżkę.

Korzystając z tego, że sznurka do wiązania gazy zostało nam jeszcze sporo, przywiązujemy go mniej więcej pośrodku rączki łyżki tak wysoko jak tylko się da, po czym wkładamy gazę z zawartością ostrożnie do wysokiego naczynia i opieramy łyżkę o jego krawędzie. Musimy przy tym pamiętać, by między dnem naczynia, a końcem gazy z jogurtem była przestrzeń wolna, ponieważ aby serek się utworzył, serwatka musi wycieknąć, a pozostałość podeschnąć.

Wysokie naczynie z gazą i łyżką wkładamy do lodówki na 24-36 godzin. Co jakiś czas należy kontrolować ilość serwatki na dnie i wylewać ją (najlepiej nie do zlewu, a do innego naczynia, by użyć do czego innego, ponieważ jest bardzo zdrowa), ponieważ tworzący się serek nie może w niej być zanurzony.

Po 36 godzinach, gdy przy ostatnim wylewaniu serwatki było jej znacząco mało, przenosimy naszą gazę ponownie na sito. Odcinamy gazę ze sznurkiem i ostrożnie rozchylamy warstwy, zaczynając od najwyższej. Delikatnie odciągamy gazę z boków powstałego serka kremowego, a potem przenosimy go do naczynia, skąd będziemy go wybierać i używać.

Ponieważ mój serek powstał z przeznaczeniem na użycie w serniku, nie dbałam zbytnio o wygląd zewnętrzny produktu i swobodnie wybierałam rozmaite kawałki powstałego serka z górnej warstwy, a potem z dolnej, gdzie jak się okazało, było go najwięcej i przekładałam do miski. Jeżeli zależy nam jednak na równiutkiej łezce albo kształcie babeczki lub równego kręgu, w dodatku z wzorkiem gazy na wierzchu, możemy wyścielić kokilkę ponownie dwoma warstwami gazy, starannie układając ją na dnie i po bokach, wyłożyć do środka serek, przyciskając go, by zawierał jak najmniej powietrza, następnie przykryć krążkiem wyciętym z folii o średnicy kokilki, docisnąć i włożyć ponownie do lodówki na kilka godzin.

Po tym czasie zdjąć plastik, ostrożnie odwrócić kokilkę na talerz do góry dnem, wyjąć serek w gazie i ostrożnie ją ściągnąć. Otrzymamy serek z ozdobną, koronkową siateczką na wierzchu i w pożądanym kształcie, gotowy do zachwycania nim gości.

Proponowany przepis służy do wykonania serka kremowego o naturalnym smaku. Zawsze jednak można go dosolić, dodać przypraw, szczególnie, jeżeli ma służyć do jedzenia z pieczywem, a nie do pieczenia sernika. Dosmaczamy go na etapie formowania, gdy pakujemy go do kokilki.

Smacznego!

-----------------------------

 Ingredients (for about 350-400g of cream cheese):

1 litre of natural yoghurt
1 cheesecloth


The making of:

Put 3 layers of cheesecloth on the collander. Each layer consists of 2 parts, so all in all you will have 6 layers of cheesecloth.

Put a dish under the collander, for the whey starts to drop throughout the cheesecloth almost imediatelly.

Pour the whole yoghurt in the middle of cheesecloth layers.

Gather all the outside parts of cheesecloth and gather them together, creating a kind of sack, with a yoghurt inside. The wey should start to drop like now. 

Tie the ends of cheesecloth with a twine. Then prepare a wooden spoon and a high dish (2litre for instance).

Tie the cheesecloth with the same twine to the wooden spoon, in the middle of a handle, then put the sack into the high dish and rest the spoon on the edges. Remember that there has to be a space left between the bottom and the end of sack, for if the cream cheese is ought to create, the whey must flow out and the remaining part of yoghurt dry and harden apart of it.

Put the dish with cream cheese-to-be into the fridge for 24-36 hours. Check it from time to time to pour the whey into the separate dish (do not throw it away, it is good for your health), for the cream cheese cannot flow in it.

After 36 hours have passed, remove the dish from a fridge, and relocate the cheesecloth again into the collander. Cut out the top part of cheesecloth and carefully uncover the cream cheese. Remove it from your homemade cream cheese and put the cheese into the dish you will be using it of.

Now, I created my homemade cream cheese exclusively for a cheesecake, so I did not bother with its look, just the taste, so I removed it just because from its cheesecloth and put it into the bowl, and that was the end of a job. But if you want it to look nicely, and have a shape of a tear or like a little, even circle, with a lacey pattern on the surface, there are some more things to do.
In this case you should put like two clean layers of cheesecloth into the ramekin or any dish you want to shaped your cream cheese, then put the cream cheese inside, pressing it gently, so there was no air bubbles left. Then cover it with a foil circle having the same diameter as the dish, preasure it gently again, and put into the fridge for another couple of hours.

Then remove the foil circle, turn the dish upside down to remove the cream cheese together with cheesecloth, then peel it off gently. And there you have - a pretty, little homemade cream cheese, looking all fine and dandy.

Using this recipe you will get a cream cheese having the natural flavour. No salt, no seasoning. But you can always give it your desired flavour, especially when you want to eat it with bread, not use it to any cheesecake. In that case all the seasoning should be added during the process of putting the cream cheese into the dish of the desired shape, and you will receive a cream cheese with a flavour of your choice.

Cheers!

sobota, 27 sierpnia 2016

Ekspresowy kremowy Mac'n'Cheese// Quick and easy creamy Mac&Cheese

Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.

Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.

Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D

Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.

Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):

70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz


Wykonanie:

Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.

Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.

2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.

Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał. 

Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.

Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.

Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!

Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.

Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.

W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.

Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.

Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.

Smacznego!

----------------------------------

Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):

70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper



The making of:

Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.

Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.

Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.

Mix it and cook until fragrant.

Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.

Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.

Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!

When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.

Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time,  so nothing burned.

When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.

Sreve right away, still hot, in a deep bowl.

Cheers!








wtorek, 28 czerwca 2016

Ekspresowa konfitura z rabarbaru i wanilii/ Quick rhubarb and vanilla jam

Od kiedy pamiętam, trwa w mojej rodzinie dysputa nad tym, co to tak właściwie jest rabarbar. I czy, bez względu na to, czym jest, jest dobry i warto go używać, jak tylko pojawia się na działkach i rynku, czy omijać łukiem i pozwolić innym go używać, albo cichutko przejrzeć i zemrzeć bezproduktywnie w ogródku.
Do tej dyskusji ostatnio dołączył mit, o jego toksyczności!
W życiu, powiadam wam, tyle się nie zastanawiano nad niczym  jadalnym jak nad tymi różowo- zielonymi gałązkami i, co tu kryć, raczej nie za bardzo go wykorzystywano. Bo kwaśny, bo twardy i ma włókna. Bo znowu toksyczny ("i siebie strujesz i dzieciaka!"). A tak w ogóle to chwast! Chwasty się wyrywa i pali, a nie je!
Przytoczyłabym w tym momencie pokrzywę i jej niesamowite właściwości, a także mniszek lekarski, z którego liści robi się cudowną sałatkę, oraz bardzo fajne wino, ale naprawdę nie miałam ochoty na dyskusje z dwoma pokoleniami starszych od siebie, jazgoczących kobiet i garściami brałam ze straganu długie łodygi rabarbaru, w nosie mając, czy to chwast, warzywo, czy trucizna, ciesząc się, że wreszcie jest!

Bowiem ja rabarbar bardzo lubię i chociaż, jak się okazuje, jest on warzywem, oraz pleni się po działkach jak chce, czyli teoria, że to chwast, poniekąd ma potwierdzenie, od lat go zjadam w sezonie i nigdy jeszcze się nim nie otrułam.
Obalić należałoby i mit o trujących właściwościach. Otóż okazuje się, że rzeczywiście zawiera kwas szczawiowy i to dużo, ale w liściach, a liści przecież nikt rozsądny nie zjada. Jeśli więc cierpicie na reumatyzm albo macie chore nery - to mimo wszystko można go unikać. Reszcie się nie upiecze tak łatwo, gdyż poza tym, zachowując drobne środki ostrożności, można z niego robić rzeczy, o jakich się wam nie śniło.

Zazwyczaj brałam w obroty rabarbar dla celów pieczeniowych. Pokrojony w kawałeczki, obsypany cukrem, lądował na różnych, typowych ciastach. Na przykład doskonale pasuje do biszkopta, który już poznaliście na Bantofelkach jako Biszkopt z brzoskwiniami. Pół na pół z truskawkami daje niesamowite nadzienie w typowym cieście typu pie - polecam tutaj na przykład Cherry Pie, w którym zastępujemy nim wiśnie, robiąc całą resztę z owocami dokładnie tak samo. Ba, postać Willa Smitha w "MiB III" taki właśnie pie (tyle, że z prostym pokryciem z ciasta, a nie z bezą) zamawia w filmie i zdaje się być z niego niezwykle zadowolony!
Zresztą, będąc tak kontrowersyjnym warzywem, traktowanym jak owoc, niezbyt też jest obfity w rozmaite wariacje na jego temat i przeciętna, nie eksperymentująca za wiele gospodyni po prostu posypuje nim placki. Powinniśmy się więc pewnie cieszyć, że w ogóle z niego nie rezygnują, nie wypalają i możemy go używać, ledwie się zaczyna pojawiać na początku czerwca. Zabobon, ciemnota i kaczogród... pfff...

Nigdy nie twierdziłam, że jestem typową gosposią i w kuchni uznaję tylko podstawy. Znaczy się, na początku, każdy gotuje ściśle według jednego wzorca. Ale z czasem nagle zaczynamy sami łączyć smaki, zadawać pytania i coś, co od lat przyzwyczajono nas robić w jeden sposób, robimy inaczej. Tak się więc ma sprawa ze mną i rabarbarem. Przez pierwsze lata nauki pichcenia używałam go na ciastach. Wyłącznie. Ale w tym, gdy w oczy rzuciły mi się piękne, czerwone łodygi (im czerwieńsze tym słodsze!), a potem rzuciłam okiem na pułki z cukrem, gdzie stał również cukier żelujący do konfitur, nagle coś zaświtało. A gdyby tak konfitura z rabarbaru i... czegoś jeszcze? Tyle, że nie z kolejnego owocu. Chciałam w słoiku mieć wyłącznie rabarbar, ale z jakimś niezwykłym aromatem. I na dodatek stwierdziłam potem, że nie chcę cukru żelującego. Z owoców ze zwykłym cukrem też się da zrobić fantastyczną konfiturę i wcale nie trzeba poświęcać na to kilku dni, jak nas straszą w większości przepisów. Absolutnie nie. Gdzieś, coś mi mignęło, że trwa to znacznie krócej, a poza tym miałam już w koszu 2 kilo rabarbaru, więc nadszedł czas na eksperymenty.

Wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się bowiem, że oczywiście, że się da zrobić konfiturę bez żel-fixu, oczywiście, że nie trwa to długo i chociaż nie jest ona aż tak twarda jak dżem, a raczej miękka, możliwa do smarowania na bagietce na przykład, ale nie posiadająca formy soku, raczej jak miękki dżem, to na dodatek rabarbar cudownie komponuje się z wanilią. Jest słodko, kwaskowaty, odpowiednio dosmaczony wanilią to prawdziwe niebo w gębie, któremu trudno się oprzeć, nie pakując do ust wielkich łyżek, prosto z garnka lub słoików.

Po tym eksperymencie poszłam za ciosem i dokonałam kolejnej rzeczy z rabarbaru, to jest Rabarbarowego Curdu, odmiany tego Cytrusowego Curdu z Pern, który już tu widzieliście - i również z zaskakującymi, pozytywnymi efektami.
Curd wyląduje na Bantofelkach rzutem na taśmę, jako kolejny po Konfiturze, bo jeszcze rabarbar jest na straganach, jeszcze tani, a co najważniejsze, mocno czerwony, idealny do używania właśnie teraz. Bierzcie więc i róbcie. Łapcie za łodygi i nie bójcie się rabarbaru, bo ani się nie strujecie (o ile nie będziecie jeść liści), a wręcz przeciwnie, to azjatyckie (tak, tak, do nas, do Europy trafiło dopiero w XVIII wieku razem z Markiem Polo) warzywo wkrótce zawojuje nie tylko wasze ciasta, ale i półki z przetworami. Połączenie rabarbaru z wanilią to tylko początek. Cynamon, imbir, również wspaniale z nim będą współgrać, nie wspominając po raz kolejny o truskawkach, z którymi w smaku ma wspólny mianownik, pasując do nich jak dłoń do rękawiczki.
I nawet, mimo obecnych upałów, nie przepracujecie się nad tą konfiturą. Zrobienie jej, od wymycia i oporządzenia rabarbaru, do wpakowania konfitury do słoików zajmuje TYLKO 20 minut.

A zatem, bez dalszych zachwalanek, lecimy na rynek po rabarbar i zaczynamy zabawę...

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki: (na jeden słoik wielkości takiej jak na zdjęciu)

 250g łodyg rabarbaru (im bardziej czerwone tym lepiej)
1 szklanka cukru pudru (może być również kryształ)
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki wody


Wykonanie:

Łodygi rabarbaru myjemy, starannie odcinamy wszystkie resztki liści, następnie czyścimy, ale tylko na końcach, skurując tylko te co grubsze łodygi. Młode po prostu tniemy na kawałki, ale grubsze trzeba pozbawić w ten sposób nadmiaru skórki i tych ciągnących się włókien i dopiero wtedy posiekać. 

Pocięty na kawałki rabarbar wrzucamy do garnka z grubym dnem, dodajemy cukier, ekstrakt z wanilii i wodę i nastawiamy mały ogień.

Przez 2-4 minut mieszamy starannie, podgrzewając, aż cukier rozpuści się całkowicie, następnie ogień podkręcamy na średni i gotujemy przez dalsze 10-12 minut, mieszając dosyć często.

Konfitura będzie gotowa w momencie, gdy stanie się gęsta i lepka, a większość rabarbaru będzie w stanie półpłynnym. Dla pewności możemy jeszcze dodać 5 minut do gotowania.

Po tym czasie zdejmujemy konfiturę z ognia, raz jeszcze próbujemy, ewentualnie dodając cukier lub ekstraktu z wanilii, jeżeli potrzebujemy intensywniejszego smaku i gorącą przekładamy do wyparzonego słoika.

Słoik szczelnie zamykamy i gdy wystygnie, przechowujemy w lodówce.

Konfitura będzie mieć luźniejszą formę niż typowe, twarde, po użyciu żelfixu, ale też idealną do rozsmarowywania na wszelkiej maści bułeczkach, bagietce, lub idealnie posłuży jako nadzienie do ciast typu pie.

Smacznego!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:(for 1 medium sized mason jar)

1 bunch (250g) of rhubarb, leaves trimmed, stalks cleaned and finely chopped (the redder, the better)

1 cup of caster (or regular white) sugar
1 tblspn of vanilla extract
2 tblspns of water
 
The making of:
 
Wash, clean and chopp finely the rhubarb stalks. You should also skin the bigger ones, to prevent the strings appearing from nowhere, but the smaller ones do not need this kind of action.
 
Combine rhubarb, sugar, vanilla extract and water on low heat in a heavy bottomed pot.
 
Cook for 2-4 minutes, stirring, until sugar has dissolved. Increase heat to medium and cook for approximately 10-12 minutes, stirring constantly.
 
The jam will be ready when it becomes thick and sticky, and most of rhubarb is half melted. You can add the extra 5 minutes to cooking time, just to make sure.
 
Remove the jam from the fire, check the taste, adding more sugar or vanilla extract if necesarry, and put in into mason jar, still hot.
 
Close the mason jar and let the jam cool in a room temperature. Then put the jar into the fridge or any other dark place.
 
The jam should have a soft consistence, not as hard as the ones you can buy ready-made in a shop. It is perfect to smear it on any kind of scones, baguettes or toasts, and it will be great used the filling for any pies.
 
Cheers!
 
 
 


 

środa, 23 marca 2016

Zupa-krem z dyni z piekła rodem / Cream of pumpkin "straight from hell" soup

Przy okazji innego przepisu, na Pumpkin Pie, pisałam już, że dynia w Polsce jest niedocenianym warzywem. Może i nie jest rodzimego pochodzenia, a okres jej świetności przypadał na czasy bardzo odległe od lat osiemdziesiątych, w których zaczyna się moja własna historia, ale kiedyś jedzono jej znacznie więcej. Potem, w czasach gdy byłam już świadoma, że lubię taką zupę, a takiej nie lubię, zniknęła kompletnie z polskich stołów i dla celów dekoracyjnych jedynie się tu i tam pojawiała (zresztą nie tylko dynia znikła, ale i sporo innych podstawowych rzeczy. One jednak wróciły, a dynia - nie). Nigdy jednak nie używano jej do ciast, nie robiono z niej zup, a o dodatkach do "schabowego" w takiej, czy innej postaci, można było zapomnieć. Nie było tradycji, nie było chęci, by próbować czegoś nowego, niczego nie było (pan Kononowicz nie obrazi się, że go zacytuję, albowiem jego słowa są już częścią popkultury i nic na to nikt nie poradzi, a już tym bardziej sam wywołany do tablicy, nawet przy swym zdecydowanym sprzeciwie;)). Dopiero gdy coś drgnęło ostatnimi czasy i gospodynie odkryły, że jest coś takiego jak dynia i jej uniwersalna i jedyna w swoim rodzaju zdolność przejmowania i ulepszania smaków jej towarzyszących, że zupy wcale nie trzeba zabielać mąką dla zagęszczenia, a zwyczajnie zmiksować (lub tylko jej część, jak ktoś pragnie czuć, że je zupę, a nie papkę dla niemowlaka) i że po pozbyciu się skóry otrzymujemy tak cudowny, naturalny kolor, który się nie rozmywa w innych dodatkach, wtedy dopiero dynia wróciła do łask.
U nas, rzecz jasna, z opóźnieniem. Najczęściej spożywa się zupę dyniową, krem, na łagodnie lub słodko. Za oceanem robią z dyni cuda. Poczynając od zup, a kończąc na deserach i to takiego rodzaju, że zaskoczeni bylibyście, że dynia jest w środku. Lody z dynią, muffinki z dynią, dyniowe brownie, ba, serniki też dyniowe robią i wszystko do siebie pasuje i smakuje.
Inną sprawą, która przesądziła o tym, że Polak i dynia to tak jeszcze po macoszemu się traktują, jest niezdecydowany smak tego warzywa. Sama dynia... no, nie bardzo. Nikt jej nieprzyprawionej nie zje, bo jest mdła. Dlatego, moje drogie ofiary grafomańskich Bantofelków, Polacy tak jak ten kot, któremu raz podsunięto omyłkowo chleb, zamiast mięsa. Obwącha, nadgryzie, obrazi się, że ktoś tu go w balona robi, a potem długo trzeba się nachodzić, by zmienił zdanie i namówić na drugą próbę.

Ja też byłam oporna. Nie ma co się oszukiwać. Dyniowej spróbowałam jako osoba dorosła, zachęcona rodzącą się właśnie ciekawością kulinarnych dóbr tego świata. Szczęściem z miejsca trafiłam na doskonały przepis, który po ulepszeniu stosuję do dzisiaj, karmiąc dyniową-kremem od czasu do czasu moich mężczyzn. Tym, którzy mieli pecha i się zawiedli na swoim pierwszym przepisie i oświadczyli, że "nigdy więcej", mogę tylko współczuć, bo dynia to temat trudny do przełknięcia, jak raz stanie kością w gardle. Ale i zachęcić do spróbowania raz jeszcze: naprawdę, z dobrym przepisem, gdy wybalansujecie już swój własny smak i przyprawy, zachwycicie się dynią do tego stopnia, że zacznie się na zupie, a skończy na lodach. I nigdy nie przeminie. Pękata dama zaśpiewa trzy tony waszemu sercu i żołądkowi, trafi w punkt G (sic!) i zostaniecie podbici, zawojowani i spragnieni zupy dyniowej, ledwie sezon na dynie nadejdzie wraz z jesienią.
Inna sprawa, że może trwać cały rok, jak sobie dynię zamrozicie:)

Zupę zrobić prosto. Każdy wie, że gotuje się warzywa. wrzucane na hurra do garnka, w ilości, jaka nam akurat podejdzie na "wodziankę", albo zupę o konsystencji takiej, że łyżka staje sztorcem. Nie inaczej jest i z dyniową. Proces jej produkcji różni się od jarzynówki jedynie samą końcówką. A skoro dyniowa-krem jest zupą, zupę zrobić potrafi każdy, to przecież nie ma co kręcić nosem, szczególnie, jeśli szukacie zupy nowej, wartej by ją wprowadzić do własnego domu i usadzić w nim na zawsze.

Moim wtrętem w tę zupę jest doprawienie. Jak już pisałam, dyniowa pięknie chłonie smaki towarzyszące, samej mając niezdecydowanie słodkawy. Oraz kolor, jakiego nie uzyskamy żadnym, sztucznym barwnikiem. Dla odmiany robionej wszędzie wersji  łagodnej i na słodko, razu pewnego słuchając randomowych kawałków na metalowej liście z Winampa, rozważałam jak by tu dodać charakteru niemal gotowej zupie dyniowej. I, jak łatwo przypuszczać, muzyka, która leciała gdzieś mimo uszu, metalowe riffy na gitarach, tudzież wokalista drący mordę, któremu wtórowałam co jakiś czas, śpiewając do łyżki drewnianej, lub używając dwóch jak pałeczek bębniarza na meblach, miała konkretny wpływ na to, po jaką przyprawę sięgnęła moja ręka.
A jeszcze jak ryknęło z głośników Rage - Staright to Hell, to nie było już wyproś. Dyniowa-krem stała się zupą z piekła rodem, która cię tam zaprowadzi prostą, szybką trasą, a ty pójdziesz za nią grzecznie, bo nie będziesz miał jej dość.
Zresztą, przysięgam, gdyby zdarzyła się kiedyś taka okoliczność, że talerz mej piekielnej dyniowej zacząłby śpiewać (załóżmy, że tak by się stało... skoro w "Hotelu Transylvania" mieli krzyczący ser, to czemu i Zupa-Krem z Dyni nie miałaby też dostać głosu:P), miałby głos Petera Burtza, wokalisty kapeli Rage.

Czyli generalnie wiecie już, czemu dyniowa jest zupą piekielną. Przynajmniej, patrząc na słowa mej felki i przepis poniżej. A teraz najwyższy czas udać się po przyprawy, posiekać dynię i zacząć robić swojego własnego dyniowego piekielnika, do czego serdecznie zapraszam:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1/2 kg dyni
1 pietruszka
3 marchewki
1 plaster selera
1 cebula
1 kostka bulionowa warzywna
2 łyżki masła
3 liście laurowe
3 ziarnka ziela angielskiego
Szczypty: soli, pieprzu, pietruszki, kolendry, imbiru, gałki muszkatołowej, chili, curry, słodkiej papryki
Kwaśna śmietana na przybranie

Wykonanie: 

Dynię (jeśli kupiliśmy w całości) rozcinamy, pozbywamy się włókien ze środka i pestek (pestki można zasuszyć i zostawić do późniejszego użycia), kroimy na plastry, razem ze skórą.

Piekarnik nastawiamy na ok. 180 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy folią aluminiową, kładziemy na niej skórą do dołu kawałki dyni i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy dynię tak długo, aż miąższ dźgany widelcem, jest miękki i odchodzi od skóry, skóra z kolei jest nieco przypalona lub pomarszczona. Wydobywamy wówczas dynię z piekarnika, bez trudu pozbywamy się skóry i kroimy już miękką, na mniejsze kawałki. Odstawiamy na chwilę na bok.

Cebulę kroimy w drobną kostkę, marchewki i pietruszkę w plasterki, seler w kostkę.

Na patelnię wrzucamy cebulę, podsmażamy ją na maśle aż się zeszkli.

Dorzucamy do niej marchewki i pietruszkę wraz z selerem, oraz upieczoną dynią, mieszamy wszystko razem i smażymy ok. 5 dalszych minut.

Następnie warzywa przekładamy do garnka, zalewamy wodą tylko na tyle aby je przykryła, dorzucamy kostkę rosołową, oraz liść laurowy i gotujemy aż warzywa zmiękną.

Pod koniec gotowania dorzucamy po szczypcie pozostałych przypraw, mieszamy zupę i pozwalamy jej jeszcze "pyrkać" przez 5 minut na ogniu.

Po tym czasie zdejmujemy zupę z ognia, miksujemy całość do gładkiej, aksamitnej konsystencji i raz jeszcze doprawiamy. "Piekielnica" ma być ostrzejsza, więc należy pamiętać, by nie żałować sobie przypraw, jedynie ostrożniej szafując imbirem i chili. Tego pierwszego na próbę dałabym najpierw 1/4 łyżeczki, a potem sprawdziła, czy zupa odpowiednio pali i wiedzie kubki smakowe do piekła.
UWAGA: następnego dnia po ugotowaniu, smaki zupy się intensyfikują, imbir i chili czuć mocniej, więc i to należy brać pod uwagę przy doprawianiu.

Gotową zupę przelewamy na talerze. Na każdą porcję zupy wykładamy ostrożnie solidny kleks śmietany, by nieco łagodziła piekiełko w gardle i podbijała smak.

Konsumujemy przy dźwiękach muzyki dowolnej kapeli metalowej.

Kozioł... znaczy dynia... z wami!:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 kg pumpkin
1 parsley root
3 carrots
1 slice of celery
1 onion
1 vegetable stock cube
2 tblspns of butter
3 bay leaves
3 allspice seeds
a pinch of: salt, pepper, dried parsley, crushed coriander, powdered ginger, nutmeg, powdered chilli, curry, powdered sweet paprika
sour cream as a add-on

The making of:

If the pumpkin is whole and fresh, cut it half, remove the insides (you can keep the seeds, dry it and then use it for something else), slice it and do not remove the skin from the slices.

Heat the oven to approx. 180 degrees Celcius / 356 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminum foil on a baking tray. Put the slices of pumpkin on (skin down), and put into the oven to bake it.

Bake the pumpkin until the pulp, when touched with a fork, is soft, and the skin is slightly burned or wrinkled, and the pulp is easy to peel off. Remove the pumpkin from the oven, remove the skin, and cut the pulp in a smaller pieces. Set aside for a moment.

Chop the onion and celery into a small cubes, carrots and parsley root cut into slices.

Put a butter on a frying pan, add the onion and fry, stirring from time to time, until it is glazed.

Add the rest of vegetables: carrots, parsley, celery and the pumpkin and cook it alltogether for about 5 minutes.

Move the veggies to a medium pot, pour enough water to cover them, add the stock cube and bay leaves, and allspice and cook until the vegetables are soft.

Then, when it is almost ready, add the rest of seasoning, one pinch for starters , stir it one last time, and let it simmer for 5 more minutes.

Remove the pot from heat, and blend the soup until smooth and velvety consistence, then season it one last time. Remember that "hellish soup" has to be spicy so be careful only when using ginger and chilli. With ginger and chilli start with 1/4 tspn and check how hot it has become.
ATTENTION: The day after cooking, the taste of soup intensifies, especially when it comes to ginger and chili. Remember about it, while seasoning.

When to soup is ready to serve, put it on the plates, and add a solid splash of sour cream into each portion, so it alleviated a little the hottness of soup.

Eat it all up, listening to your favourite metal band.

May the goat... the pumpkin... be with you:)




wtorek, 22 grudnia 2015

Majonez domowy

Geniusz w oszczędzaniu pieniędzy! Król smaku i niech się wszystkie Hellmansy schowają.  Tak powinien smakować najprawdziwszy, polski majonez, a nie podróbki zza granicy lub kolejne wersje z innych firm, ostro zalatujące chemią i octem.
Jednak, jak już kiedyś pisałam, babcie to potrafią gotować najlepiej na świecie. Moja babcia, od której mam ten przepis, robi taką sałatkę jarzynową, że mózg staje. Nigdy ani mnie, ani mojej mamie nie udało się dobić do tego ideału smaku, choć próbujemy obie od paru lat.
Sekretem, jak się okazuje, wcale nie jest jakiś tajny sekretny dodatek. Wszystkie składniki są takie same. Za smakiem tej sałatki, na którą czekamy cały rok z utęsknieniem, stoją dwie rzeczy: fakt, że robiła ją moja babcia, a tego smaku, który ona tak łatwo osiąga, to nawet i Marta Gessler z pomocą Modesta Amaro by nie odtworzyli. Drugim powodem cudownego smaku świątecznej sałatki jarzynowej jest to, że do sałatki moja babcia od zawsze robi własny majonez.

Przepis na niego ma ze trzydzieści lat jeśli nie więcej, więc próżno teraz szukać jego źródła, poza starannie spisaną babciną ręką jej własną książką kucharską. I powie niejeden: skoro nawet duet Gessler - Amaro by jej tak nie zrobili, to na co się starasz? A potem inny doda: przecież zawsze otrzymasz tylko kopię. Nie lepiej poczekać do Świąt na uwielbianą sałatkę? A ja im rzekę tymi słowami: o, wy niecnoty, leniwe i niepokornego serca. Ja nie dla upewniania się, że na pewno nie wykonam tej sałatki jak moja babcia, ją próbuję osiągnąć, a dla  szkolenia samej siebie. Albowiem prędzej wielbłądowi przez ucho igielne przejść się uda, niż ja zrobię tę sałatkę jak moja babcia... ale zawsze mogę próbować, aż może, kiedyś, dostąpię nirwany, udoskonalając się całkowicie iże zmazy nie będzie na moim... garnku? Mątewce?

Porzućmy jednak cytaty biblijno, tysiąc-jedno-nocno, buddyjskie, nim zaszaleję konkretnie i zacznę cytować naszych polityków, zupełnie psując sobie na Święta nie tylko smak, ale i samopoczucie i zajrzyjmy do przepisu na najdoskonalszy, najwspanialszy z majonezów, który Godni wykonają na Święta do swych sałatek, wędlin na udekorowany stół, miast kupowania słoiczanych podróbek:






Składniki: (na co najmniej 1/2 litrowy słoik majonezu, jeśli nie więcej)

1 żółtko surowe
1 żółtko ugotowane na twardo
1 łyżka octu
1-2 łyżek musztardy
3 lub więcej łyżek śmietany 18%
1 szklanka oleju lub oliwy z pestek winogron (im mniej wonny tłuszcz tym lepiej)
szczypta lub dwie cukru pudru


Wykonanie:

Tradycyjnie wykonywać się ten majonez powinno w misce glinianej przy użyciu mątewki do ucierania zakończonej kulką, ale ponieważ wtedy proces zajmie co najmniej godzinę ciągłego ucierania, równie dobrze można posłużyć się mikserem.

Surowe żółtko i ugotowane na twardo żółtko wrzucamy do miski od miksera, wlewamy łyżkę octu i miksujemy, aż się połączą.

Następnie dodajemy musztardę, oraz śmietanę, sól i pieprz i ponownie miksujemy, tym razem dłużej, aż masa zacznie nam bieleć i robić się puszysta.

Następnie, nie przerywając miksowania cieniutkim strumyczkiem dolewamy oliwę lub olej do masy i miksujemy dalej, nawet około kwadransa, co jakiś czas próbując powstający majonez.

Długotrwale miksowany zacznie wkrótce przypominać to, co znamy z półek sklepowych. Jeśli jednak z miejsca wyczuwamy, że zanadto smakuje musztardą, lub za bardzo śmietaną, dodajemy po trochu potrzebnych składników, również i soli i cukru pudru. Żonglujemy nimi tak długo, jednostajnie i stale miksując majonez, aż ostatecznie otrzymamy wymagany smak.

Majonez przelewamy (tak jest, nie będzie w żadnym razie tak gęsty jak majonezy słoikowe, nie posiadając chemicznych zagęstników, więc będzie praktycznie jak dip, przynajmniej tuż po zrobieniu) do wymytych, czystych słoiczków, lub jednego większego, zakręcamy starannie i zostawiamy w spokoju na conajmniej 1 noc w lodówce.

Po tym czasie spokojnie można użyć majonezu do połączenia nim warzyw w naszej ulubionej sałatce. Należy jednak pamiętać, że ze względu na to iż smak ma delikatniejszy i mniej zbitą konsystencję, proponowane w przepisach ilości majonezu mogą się różnić od tego, ile my będziemy musieli dodać własnej, domowej wersji. Więcej na pewno. O ile? To już zależy od waszego smaku:)

Dip (sos) czosnkowy

Czy ktoś jest jeszcze na tym świecie, kto nie kojarzy tego białego sosu, o smaku czosnku i majonezu, czasem i ziół? Przypuszczam, że takich osób po prostu nie ma. A jeśli o nim nie słyszały, to na pewno go jadły.
Alternatywa dla ketchupu, która przypełzła do nas wraz z modą na pizzę dobre 20-30 lat temu. Skąd się to wzięło, że Polacy zaczęli jadać włoską pizzę z dodatkiem ketchupu i sosu czosnkowego, tego najstarszy pożeracz pizzy już nie pamięta. Jedno jest pewne: ta moda nie przyjechała z pizzą ani z Włoch, ani ze Stanów. Włosi by cię ukamienowali za prośbę o ketchup i sos czosnkowy w ich trattorii, jako dodatek do pizzy (oni nie używają i nigdy nie używali takich dodatków), albo co najmniej obrzucili dziwnym spojrzeniem, a amerykańce jadają z czym innym, niekiedy dziwacznym (i  sos krewetkowy lub słodko - kwaśny lub sojowy, wcale nie byłyby najdziwniejszym ich dodatkiem do włoskiego specjału). Lub również bez niczego.
Natomiast odmiany sosu czosnkowego chętnie używają wytwórcy kebabów w swoich przysmakach. Tak mi się więc widzi, że Polak - spryciarz, gdy stwierdził, że pizza bez niczego jest za sucha (a my to naród miłośników sosów do kwadratu), sięgnął najpierw po ketchup, a potem po sos czosnkowy ze stoiska arabskiego, mając daleko gdzieś, czy sobie nie psuje smaku i nie czuje przede wszystkim sosu. Sos musi być!

Na nasze szczęście mania na ketchup i sos podawany do pizzy z miejsca, w ostatnich latach przeminęła i teraz kulturalnie się o niego prosi, choć czyni to zadziwiająco mało osób. Widać odkryli, że to, co tak uparcie zalewali mieszaniną przecieru pomidorowego, konserwantów i majonezu, mimo, że suche nietypowo, ma jednak smak, który da się polubić.
Potwierdza więc to moją teorię: spróbować kilku wersji, przetestować i wybrać własny smak. Niekiedy właśnie oryginalny, a nie narzucony przez ogół.

Mnie osobiście dawno już się znudziły sosy do pizzy, a ketchupu nigdy nie brałam. Jednakże sos czosnkowy bardzo lubię. Tylko nie ten ze sklepu, z rozmaitymi dodatkami, o wątpliwej dacie ważności do spożycia i na pierwszy niuch woniejący starym czosnkiem, po otwarciu słoiczka. A zatem, jak w kilku innych przypadkach, poświęciłam trochę czasu i po niespodziewanym sukcesie dipu pomidorowego, dokonałam i domowego dipu czosnkowego. Równie prostego i szybkiego jak poprzednik. Genialnego do wędlin i mniej ostrych smakowo dodatków, a jajka na twardo po prostu go kochają. Chleb odrywany z serem też go polubi, dziewczyny:)

No i, powiedzcie mi, po co wydawać kasę na sklepowy, skoro znacznie taniej, w dziesięć minut (plus kwadrans na "przegryzienie się"w lodówce) można zrobić własny?

Do dzieła. Impreza sylwestrowa tuż za rogiem. Czas zaplanować menu!
(Na zdjęciu bohater felki, zaatakowany z kilku stron, oraz z góry, przy emocjonującej rozgrywce Carcassone:P)







Składniki (na porcję wypełniającą solidną miskę do zupy):

1 mały kubeczek śmietany 18%
1 majonez (użyłam Majonezu Dekoracyjnego)
2-3 ząbki czosnku polskiego
różne zioła, przede wszystkim majeranek, tymianek, oregano też będzie nie od rzeczy, również gotowa mieszanka ziół prowansalskich
pieprz, sól


Wykonanie:

Śmietanę wlewamy do miski.

Do niej dodajemy połowę jej ilości majonezu. Czyli, kubeczek śmietany ma około 6  łyżek, a więc musimy dodać 3 łyżki majonezu. Mieszamy.

Do mieszaniny dodajemy wyciśnięte ząbki czosnku. Nie pokrojone. Ma być czuć smak czosnkowy w dipie, a nie kawałki czosnku zgrzytające w zębach. Zaczynamy od dwóch ząbków, potem dodajemy wedle smaku (pamiętając, że późniejsze przegryzanie się uczyni dip intensywniejszym w smaku niż tuż po zrobieniu).

Dosypujemy ziół, doprawiamy solą i pieprzem, wedle własnego gustu, raz jeszcze mieszamy. W przypadku, gdyby dip wyszedł za ostry, konieczne będzie rozrzedzenie go odrobinę śmietaną. Można spróbować dodać pół łyżki na początek i testować smak. Jeśli będzie za słaby tak samo dodajemy majonezu lub ostrożnie kolejny, wyciśnięty ząbek czosnku.

Gotowy dip wkładamy do lodówki na co najmniej kwadrans (najlepiej to godzinę), by smak dobrze się przegryzł.

Genialnie smakuje w połączeniu z ziemniakami w mundurkach, lub łódeczkami ziemniaczanymi pieczonymi w piekarniku.






Dip (sos) pomidorowy

Nie wiem jakim cudem się tak stało, ale spośród wszystkich tych rzeczy, które z pasją piekłam i gotowałam, a których próbowali moi znajomi, wybrali sobie oni dwóch niespodziewanych faworytów, których się spodziewają na wspólnych imprezach.
Klasyczne brownie - tak jak w tym przepisie, minus masa krówkowa, oraz mój sztandarowy dodatek do wszelkiej maści chipsów, paluszków i krakersów, także i tortilli i zawijańców nie słodkich, a mianowicie dip pomidorowy.
Oba proste jak barszcz, nie wymagające niemal czasu, robione w sumie mimochodem. Machnięciem łyżki, zamieszaniem, szpurnięciem przypraw w masę i wrzuceniem do lodówki lub piekarnika, by osiągnęły odpowiednią postać. A potem, jak wyciągam i podsuwam pod nosy... nie starcza. Ile bym nie zrobiła, zniknie wszystko i czasem ja się nawet nie załapię.

Darujmy sobie jednak te przechwalanki i dumę karygodną, bo trzeba się przecież przekonać samemu, nim się przytaknie. Trzeba nadgryźć, przetestować, spróbować po swojemu i dopiero wtedy pochwalić, albo gdzie zapisać. Wtedy i tylko wtedy o potrawie można mówić, że wyszła na salony. A moje na razie krążą po znajomych, solidnej grupce fanów. Jednak wszystko przede mną.

Jako, że teraz przed nami okres świąteczny, a potem szaleństwa sylwestrowe (a moje znajome siostry właśnie wydarły skądś przepis na "pull-apart bread with cheese"(chleb-odrywaniec z serem), do którego dipy będą akurat doskonałym dodatkiem), oraz mam chwilę między robieniem sałatek, a jutrzejszym pieczeniem sernika, dzisiaj wyjątkowo wrzucę trzy przepisy pod rząd. Każdy na sos lub dip, doskonale pasujący jako dodatek do menu imprez towarzyskich lub ekspresowa samopomoc, gdy nagle skończył się majonez, a sklepy dawno były zamknięte.
Każdy z nich można podawać osobno, można je również podawać w parze, jako dodatek do chrupiących przekąsek. Można ich użyć jako dosmaczacza do sałatki lub smarować nimi co tylko się chce, pamiętając, że to dip,  a nie słoikowy, sztywny sos. Smarujemy delikatnie, a nie wykładamy kopiate łyżki:)
Co do tego gdzie i do czego podejdą, to już wasz indywidualny wybór. Mój, najpierwszy to właśnie jako dodatek do przekąsek i ten właśnie podaję w pierwszej kolejności.
 Przepis znaleziony całe lata temu, zapisany w prywatnej książce kucharskiej, więc wybaczcie, jeśli nie podam źródła. Po prostu go nie pamiętam:)
Z pozdrowieniami dla stęsknionego za dipem Szymka, oraz Jasia z Basią i juniorką:)(wiecie, że i tak zrobiony przeze mnie będzie wam smakował najbardziej;D)

Lecimy:



Składniki (na ilość odpowiadającą zawartości solidnej miski do zupy):

6 łyżek majonezu (Rodzaj ma znaczenie, że względu na późniejszy smak dipu. Ja używam Majonezu Dekoracyjnego, ale już zrobiony na Majonezie Kieleckim smakował nie tak jak trzeba według znajomych. Można też użyć majonezu domowego, ale wtedy trzeba kombinować bardzo ze smakiem. Jogurt absolutnie majonezu nie zastąpi, więc odradzam czynienie tego dipu na nim. Niskokaloryczne majonezy light też odepchnijcie precz i użyjcie standardu. Kaloryczne, ale raz w roku można.)
2 łyżki śmietany 18%
1 malutki przecier pomidorowy (puszeczka na przykład z Pudliszek lub Dawtony, o zawartości 70g)
mieszanka zioła prowansalskie (lub kombinacja oregano, bazylii, cząbru, tymianku i majeranku)
sól, pieprz


Wykonanie:

Wszystkie składniki mieszamy razem w misce zdecydowanymi ruchami, rozcierając każdą grudkę, aż sos będzie gładziutki.

Próbujemy i dosmaczamy, TYLKO przy pomocy przypraw oraz soli i pieprzu. Odradzam kombinacje ze zmniejszaniem lub zwiększaniem ilości przecieru pomidorowego, aczkolwiek dodatkiem majonezu i  śmietany można wyostrzyć lub złagodzić smak, byle w niewielkich ilościach nimi szafując.

Odstawiamy po zrobieniu do lodówki na co najmniej kwadrans, by osiągnął odpowiedni bilans smaku.

 Dip ma być wyraźnie czuć pomidorami i ziołami. Majonez i śmietanka stanowić powinny tło, a słodycz pomidorów powinna być wyczuwalna w jego smaku.

Serwujemy do zakąsek suchych, wszelkich chipsów, chrupek i paluszków. Również doskonale smakuje z chlebem i wędliną, lub jako dodatek do jajek na twardo.