Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2016

Tort Ambasador/ The Ambassador torte

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, blogu Ban-to felki!

Dacie wiarę, że zamęczam was swoimi felkami już cały rok? 7 czerwca minęło 365 dni odkąd pojawił się post Słowem Wstępu...  pierwszy, jaki tutaj napisałam. Krótki, trochę niepewny, pełen wdzięczności dla tych, dzięki którym w ogóle za pisanie się wzięłam. I za gotowanie. Dla tych, którzy mnie popchnęli do przełożenia kuchennych ceremonii na słowo pisane, tych, co nieświadomie pewnie zainspirowali, których od początku uznaję za niedościgłe wzory. Do tej ekipy dołączył jeszcze jeden guru, ale to już chyba każdy się orientuję, o kim mówię, starczy, że czytał co najmniej 5 ostatnich felek:) Ale wiecie... jak ktoś ma cel przed oczami, wzór, inspirację, coś, co sam chciałby bardzo osiągnąć i widzi, że jest to osiągalne, to ciężka praca nad sobą od razu robi się znośniejsza. Przeszkody nie tak trudne do przezwyciężenia. Tak jakby ci, co mnie inspirują, podsuwali małą trampolinę pod wysoką ścianę wspinaczkową samym faktem bycia tam, gdzie ja chcę kiedyś dotrzeć. Podbijam się, próbuję i nawet jak ląduję na zadku z powrotem na ziemie, to próbuję dalej. Im się udało. Uda się i mnie. Kiedyś. A wiara to połowa sukcesu.
Dziękuję. Za to, że mogę spojrzeć z nadzieją w stronę słońca i zamiast odwracać wzrok, wtykam na nos ciemne okulary i uparcie tuptam w jego stronę...

Wielkie nadzieje pozostawmy na razie w spokoju (swoją drogą doskonała książka i całkiem udany film z Paltrow i Hawke... czy oni coś tam aby jedli?:D) i zajmijmy się dziś. A dziś, trzy dni po urodzinach, gdy blog już wyleczył się z urodzinowego kaca, można by w sumie oświadczyć, że warto się uraczyć jeszcze kawałeczkiem tortu. Został jakimś cudem, zachomikowany specjalnie na tę okazję. I tymże tortem szalenie urodzinowym i smakowitym, z dziką rozkoszą się z wami podzielę.


Nie wiem skąd pochodzi tort Ambasador. Nie ma jakiegoś konkretnego przodka wartego wzmianki, więc pewnie powstał jako wynik eksperymentu anonimowej gospodyni domowej i poszedł, przez zachwycone przyjaciółki, w  świat. Przegrzebałam, niemniej, internety, ale nie znalazłam praszczura Ambasadora, a skąd. Ten wypiek zdaje się magicznie pojawił w latach 90tych w polskich kuchniach. Niepokalane, kuchenne, poczęcie. Cud! Jakby paczka biszkoptów i budyń spojrzały na siebie, zapałały gwałtownym uczuciem i nagle świat wzbogacił się o jedno, proste, ale niezwykle smaczne ciasto. I zaraz za nim kolejne miraculum - cudowne rozmnożenie zarówno w smakach, jak i dodatkach. Nieomylny znak, że panie domu nie tylko próbowały się cieszyć drobiazgami, ale i eksperymentowały na potęgę.
Ambasador to przy okazji moje najprawdziwsze, szczęśliwe wspomnienie z dzieciństwa. Świąteczne ciasto, które uwielbiałam tak mocno, że odgonić mnie od niego nie było można, bo łyżkami, łapami, bodaj garnczek wylizać z resztek kremu, powąchać. Szał!
Inna sprawa, że tak samo reagowałam na winogrona cieplarniane, więc może to nie do końca kwestia smaku, a zakazu, by coś dla innych zostało? W sumie, cokolwiek rodzic uzna za skutkujące:)
Domyślam się za to skąd nazwa Ambasador. Stanowisko to wtedy kojarzyło się z zagranicznym luksusem i niezwykłością zwykłym zjadaczom chleba. W końcu ktoś, kto przybył z zewnątrz, by zamieszkać wśród nas i pracować na dobro ichnie i nasze musi być jednostką wybitną. Jakże więc inaczej nazwać ciasto, które wśród nieśmiertelnych szarlotek i szarych serników wyrastało nagle nad tłum i spoglądało dumnie spod galaretki i przebogatych mas na gawiedź prostolinijną, siermiężnie polską.
Mimo, że obecnie stanowisko ambasadora nie budzi już takich wrażeń jak dwadzieścia lat temu (ot, kolejny polityk, który najprawdopodobniej, miast głosić światłe słowa o współpracy międzynarodowej, pluje sobie w brodę, że trafił na to zadupie, a mógł postarać się gdzie indziej i ze sztucznym uśmiechem ściska blade łapki wszystkich karierowiczów dookoła, na ciepłych posadkach usadzonych przez pociotków oczko wyżej) nazwa dla tortu pozostała bez zmian. I sam Ambasador, przeciwnie do swego imiennika, nadal zachował splendor, klasę i charakter, a w jego nazwie wciąż wibruje nostalgia za dobrobytem, którego był niewielkim acz znaczącym symbolem.

Ciasto obecnie nie przeżywa renesansu. Siedzi sobie spokojnie i cichutko w książkach kucharskich, czasem zaszczyci swą obecnością stoły, ale jego czasy przeminęły i żadne felki świata tego nie zmienią.
Mogę jednak odkurzyć go i na moment znowu ustawić na piedestale. Podzielić się tym prostym, anielsko smacznym deserem, by i wam na moment dzieciństwo i łapy do łokci w budyniu, umorusane nim, uszczęśliwione buzie i wszystko dookoła, na moment stanęły przed oczami. A więc oto on. Mistrz wagi budyniowej, król... hmmm, powtarzam się. To nie Pączki Loco i nikt tu nie będzie się z nikim za łby brał... chociaż za kawałek ambasadora mogłabym kogoś potarmosić, ot tak:)

Tort nie wymaga pieczenia, więc jest idealny na letnią porę. Nie posiada też ciasta jako takiego. Za spód robią herbatniki, a nad nimi to już tylko dwukolorowe morze masy, owoce i galaretka. Są, oczywiście wersje, gdzie te wszystkie masy oddzielają blaty ciasta, ale akurat ten szczególny przypadek stawia na niesamowity smak, jaki da sama, stężała na podobieństwo sera w serniku na zimno, masa, zbliżona do tej, jaką znamy z ciast typu Karpatka.
Jednakże tutaj jest to jazda nieco innego rodzaju. Masa karpatko podobna, wersja kombi z dopalaczem, o tak. Jeśli dobrze to zrobicie, smak będzie buchał na wszystkie strony i ciasto zupełnie zostanie zapomniane. Wystarczą te biszkopty na dnie robiące za podstawę.
I, na bogów, nie wsiadajcie po nim za kierownicę. Ten dopalacz to nie była metafora:D

A zatem bez zbędnych dalszych konotacji, skoro już wyjawiliśmy sekret, pora zadrzeć tej zgrabnej, smakowitej lasce spódniczkę nad głowę i pokazać jej kształty. Znaczy Ambasadora... zadrzeć mu spódniczkę... hmmm... zupełnie nie zabrzmiało to odpowiednio:D
Patrzeć mi tam na zdjęcia, nie nabijać się:)
I robimy co do nas należy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1 duże opakowanie biszkoptów długich (okrągłe też mogą być)
2 kostki masła
3 szklanki mleka
7 płaskich łyżek mąki ziemniaczanej
6 żółtek
2 szklanki cukru
bakalie wedle uznania (rodzynki, skórka pomarańczowa, posiekane orzechy, żurawina, etc.)
sok z cytryny (można zastąpić olejkiem pomarańczowym, ponieważ chodzi tu o nadanie aromatu  jednej z mas)
2 łyżki kakao
2 łyżki ekstraktu z wanilii (lub 2 łyżki spirytusu)
1 mleczna czekolada, posiekana
1 duża puszka brzoskwiń w syropie (lub ananasów w syropie, albo dowolnych owoców świeżych, za wyjątkiem kiwi i ananasa, bo za nic nie zetnie się wam na nich galaretka)
 2 galaretki owocowe rozpuszczone w 3 szklankach wody

Wykonanie:

Rozpuszczamy galaretkę zgodnie z powyższymi wytycznymi i zostawiamy do wystudzenia i zgęstnienia.

Owoce z puszki odsączamy i kroimy wedle uznania, w plastry, w kostki, jak zapragniemy je widzieć na torcie. Podobnie się sprawa tyczy świeżych.

Żółtka ubijamy w misce od miksera, w towarzystwie cukru, na puszystą masę.

W 1 szklance mleka rozpuszczamy mąkę ziemniaczaną i wlewamy do żółtek z cukrem, miksujemy.

Następne 2 szklanki mleka zagotowujemy i ostrożnie, po trochu dolewamy do miksowanej masy, by się nic nie ścięło. Gdy tego dokonamy, raz jeszcze mieszamy łyżką drewnianą i stawiamy masę na ogień, zaczynając podgrzewać.

Mieszamy masę, podgrzewając, aż zgęstnieje, wyglądając (i de facto stając się) jak budyń.

Zdejmujemy z ognia i ostudzamy do samego końca. Aż będzie zimna i twarda. Nie radzę ruszać jej, nawet jeśli tylko ciepłej i dodawać do niej czegokolwiek, bo potem Ambasador nam popłynie. Masa musi być zimna jak lód, nim znowu się za nią weźmiemy. Wstawienie jej do lodówki nie jest w tym przypadku takim złym pomysłem.
Po całkowitym ostudzeniu stopniowo miksując, dodajemy do niej masło pokrojone w kostki lub wiórki.

 Zimną masę budyniową dzielimy na dwie, równe części.

Do pierwszej części dodajemy kakao, ekstrakt z wanilii (lub alkohol) i posiekaną czekoladę. Mieszamy dokładnie wszystko razem łyżką.

Do drugiej części dodajemy sok z cytryny (lub inny zamiennik aromatyczny) i bakalie.

Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia lub folią aluminiową. Rozkładamy na niej warstwę biszkoptów, pilnując by nie zostawić za wielu przestrzeni między nimi. Te można wypełnić kruszem biszkoptowym.

Na warstwę herbatników na dnie, ostrożnie, łyżka po łyżce, by herbatniki nie poszły do góry, wykładamy najpierw jedną masę, potem drugą na tą pierwszą. Jeżeli galaretka jeszcze nam nie zastygła odpowiednio do wykładania jej na ciasto, wstawiamy Ambasadora tak jak jest, do lodówki, czekając na wykładanie owoców aż stwardnieje i się zestali w chłodzie.

Następnie wykładamy warstwę owoców na samą górę Ambasadora, a potem wykładamy łyżkami na wpół zastygłą galaretkę (nie może być płynna, ani nie może być za twarda. Konsystencja powinna być pośrodku, tuż przed zastyganiem), aż całkowicie przykryje nam owoce i masę.

Ambasadora wstawiamy do lodówki, najlepiej na całą noc, by galaretka skrzepła ostatecznie, a tort osiągnął właściwą twardość.

Serwujemy, pamiętając, by nie trzymać ciasta za długo w wysokiej temperaturze, gdyż może zacząć topnieć.

Smacznego!:)
--------------------------------------------------

Ingredients:

1 pckge of long biscuits (round one also will do)
400g of butter, diced
3 cups of milk
7 tblspn of potato flour
6 egg yolks
2 cups of sugar
delicacies of your choice (raisins, candid orange peel, cranberries, chopped wallnuts, etc)
lemon juice (which you can substitute with other aromatic ingredient, like orange or lemon extract)
2 tblspns of cocoa powder
2 tblspns of vanilla extract
1 milk chocolate tablet, nicely chopped
1 large can of candid fruits, peaches or pineapple (or fresh fruits, whichever you choose EXCEPT fresh kiwi and pinneaple - they won't allow the jelly to harden properly)
2 pckges of jelly mixed with 3 cups of hot water 

The making of:

 Prepare the jelly as mentioned above, and leave it to cool and almost harden.

Drain the candied fruits of its juices, and chop them, however you want them to see on the torte. Do the same with a fresh fruits.

Beat the egg yolks and sugar with a hand mixer, until light and fluffy.

Mix a potato flour with 1 cup of milk and pour the liquid into the egg yolks with a sugar. Mix it together.

Heat up the remaining 2 cups of milk, until boiling, then slowly pour it into the eggy liquid, mixing constantly, in parts, not to curdle it.

Put it on fire again, and mix it constantly with a wooden spoon, until it becomes like a pudding.

Remove form the fire and cool it completely. It has to be cold and very hard. After that mix it with a diced butter.

Divide the pudding creme in two parts.

For the 1st one add cocoa powder, vanilla extract (or other alcohol, like vodka) and chocolate bits. Mix it nicely.

For the 2nd one add lemon juice (or other aromathic substitute) and chosen delicacies. Mix it.

On the bottom of cake tin put a sheet of baking paper or aluminium foil. Then put a single layer of biscuits, packing it tightly, so there were only a little free spaces left.

Pour the first pudding creme on the biscuits layer, spoon by spoon, then pour the second one on top of the first one. Then top it with a fruit, and almost hardened jelly. If the jelly is not ready yet, you may put the Ambassador torte into the fridge to harden it a bit, and when the jelly is ready, put the fruits and jelly to finish it up.

Put finished Ambassador torte into the fridge, leaving it overnight.

Serve the next day, remembering not to leave it on a very warm conditions for too long, or it starts to melt down.

Cheers!:)





poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ananasowy torcik z galaretki/Pineapple upside-down no-bake cheescake jelly mold

Gdy zbliżają się urodziny ważnej dla nas osoby, wszyscy jak jeden mąż dostajemy kota. Nie chodzi o to, że trzeba doprowadzić chatę do błysku, bo przyjdzie parę krytycznie nastawionych osób, które chętnie wyczają odrobinę kurzu na blacie i będą potem ci to wypominać (na przykład), zaprosić ich tak by się nie gryźli w dniu solenizanta o jakieś zadawnione przewiny, jak to Polacy mają w tradycji przy wspólnym stole, a raczej o to, by solenizant był szczęśliwy.
Kwestia prezentów i dobrania czegoś pod bohatera danego dnia, to pikuś. Znasz kogoś, kochasz/lubisz, odruchowo wiesz, co by chciał, a co najmniej czego by nie chciał na pewno. Ale jeśli nie kupujesz wszelkich uciech dla żołądka z okazji urodzin w cukierni, wymyślnych mas cukrowych, tortów z figurkami i tak dalej, które ci na dodatek przywiozą do domu - to zabawa z tortem lub co najmniej ciastem zaczyna się już co najmniej tydzień przed urodzinami.
Jeszcze pół biedy z dorosłym. Taki zje co mu dadzą, bo rodzina z dawna się orientuje, że nie znosi czekolady, ale przepada za karpatką. Ale co zrobić z dzieckiem, któremu smakowe gusta zmieniają się co chwila, często w zależności do nastroju, lub dzieciaczek zupełnie nie zjada ciast i z dzieciom wrodzoną bezpośredniością oświadczy "ble" na większość wypieków twojego autorstwa?

No i tutaj mamy problem. Odpowiedź niby prosta. Jak mówi "ble", to nie dać tortu, rzucić na stół ciastka i cukierki i będzie szczęśliwy. Ale jak to tak, urodziny bez tortu? Szczególnie, gdy wspomniane wyżej "jednostki krytyczne" przybędą i skomentują potem co najmniej 17 razy, w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, co było nie tak? Tort być musi i basta i to taki, żeby i solenizant był zadowolony i rodzina dorosła.

Postanowiłam więc nie iść na udry, nie robić czegoś, czego i tak mój Młody nie zje i zwyczajnie zapytałam jaki chce torcik. Wiecie co odpowiedział (oczywiście po zwyczajowym, że torty są "ble")? Że on chce torcik z galaretki i ananasków. Bez ciasta. Bez niczego. Galaretka only.

Opadłyby mi ręce z miejsca i pewnie pognałabym jednak do cukierni, chowając dumę z własnych dokonań do kieszeni, gdyby nie to, że zaświtał mi do głowy pewien pomysł. Przecież tort z galaretki to wcale nie aż takie wariactwo, jak by się zdawało na pierwszy rzut oka! Już coś takiego widziałam, żeby nie powiedzieć, podziwiałam i to nie ostatnimi czasy, a lata temu. Jak sama byłam dzieckiem i pierwsze co kojarzyłam na kreskówkach, gdzie pokazywano przyjęcia, była galaretka w dziwnym kształcie. Nie w miseczce, ani w kubku a... ukształtowana w jakąś formę. Pamiętam, że już wtedy zastanawiało mnie, jak oni to robili, że się nie rozpływa i ma taki dziwny kształt!?
O, spójrzcie choćby tutaj, na ten filmik, pierwszy z brzegu. Czasowo: 1 minuta 29 sekund, na czym to ta nieszczęsna mysz Jerry się odbija:

Tort z galaretki

Co prawda nie jest to zbytnio dekoracyjne, ale... no jest! I to na dodatek galaretka w kształcie torcika jest jedną z wielu, jakie pamiętam z kreskówek (patrząc na lata, w jakich je robiono - dekoracyjna galaretka była w Stanach jednym z hitów przyjęć w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych). A dzieci lubią galaretkę, nawet mój zje.
Problem stanowili tylko dziadkowie wizytujący, bo oni z kolei nie uznaliby takiego tortu za tort, ale od czegoś mamy mają już doświadczenie. Nie pierwszy to raz ciasto z galaretką robiłam i to nawet takie, nie wymagające pieczenia. Sernik na zimno, proszę państwa, tylko tym razem to galaretka będzie głównym bohaterem, a sernik tylko dodatkiem.

Reszta była już tylko dopasowaniem proporcji do formy, obmyśleniem wyglądu ciasta i przewertowaniem paru stron w kwestii jak najlepiej wyjąć gotowy tort galaretkowy z formy, by zachował kształt.  A potem 20 minut roboty i co najmniej 8 godzin czekania, aż się samo wszystko zrobi. Ale efekty... o mamo...

Moja mama podeszła sceptycznie i usiłowała mnie przekonać do kupnego ciasta. Nie dałam się. Gdy potem słyszałam pochwały z jej strony, a ona łasowała drugi kawałek nie mogłam nie puchnąć z dumy. Młody...dostał małpiego rozumu z okazji urodzin i nie miał czasu skubnąć nawet swego torciku ananasowego, ale bez obawy, zachowam dla niego jeden kawalątek. Bez warstwy sernika na zimno. Niech ma.

Natomiast wam polecam: nie bójcie się czegoś, co wygląda na niesłychanie skomplikowane, bo tak naprawdę to zwykle jest kilka tricków i samo się udaje. Wszelkie tricki związane z galaretkowym torcikiem ananasowym (który zwę też odwróconym ananasowym sernikiem na zimno) przedstawię wam w poniższym przepisie.
Nie dość, że piękny i zabójczo smaczny, to jeszcze i łatwy. Jeśli nie z okazji urodzin dziecka, zróbcie sami dla siebie, bo aż cieszy oko.
Nieco wzorowałam się na tym przepisie, ale proporcje są od początku zupełnie pozmieniane, ze względu na różnicę w zawartości żelatyny i sposobie przygotowywania między naszymi galaretkami, a zamorską ichnią odmianą "Jell-O". Więc jeśli będziecie używać polskich galaretek, sugeruję wziąć moje:)
No to jedziemy:

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





 Składniki:

3 galaretki ananasowe
1 puszka ananasa w plastrach lub kawałkach, drobno pokrojonego
6 szklanek wrzątku
ok 40 dkg serka kremowego (bez soli!)
cukier
olejek pomarańczowy
drobno pokrojona skórka pomarańczowa kandyzowana


Wykonanie:

Przyszykowujemy sobie formę do babki. W zupełności wystarczy duża, w której da radę upiec 2 kilogramowe ciasto. Niech będzie aluminiowa, lekka. Łatwiej przyjdzie nam potem wydobyć z niej torcik. Kluczowe znaczenie ma jej kształt, bo taki przybierze też nasz torcik, więc im bardziej dekoracyjna, tym lepiej.

Wszystkie galaretki wsypujemy do jednego, dużego garnczka. Zalewamy całość 6 szklankami wrzątku i mieszamy do momentu aż całkowicie znikną nam z niej drobinki żelatyny. Zostawiamy na chwilę.

Puszkę z ananasem otwieramy, syrop ze środka przelewamy do osobnego naczynia, a ananasy kroimy drobno w kostkę lub piórka. Tak, by ładnie się potem prezentowały w torciku. Odstawiamy w misce na chwilę na bok.

 Syrop z ananasów puszkowych dopełniamy wodą tak, by wyszło łącznie 1,5 szklanki mieszaniny i wlewamy do gorącej, rozpuszczonej galaretki. Mieszamy.

Odlewamy z całości 1,5 szklanki mieszanki galaretkowo-syropowej i odstawiamy na później. Posłuży do warstwy serka.

Do pozostałej galaretki wsypujemy 3/4 pokrojonego ananasa, mieszamy, po czym ostrożnie przelewamy do formy na babkę.

Galaretkę w tej formie pozostawiamy do ostygnięcia i stężenia do momentu aż będzie prawie zastygnięta i prawie twarda - około 2 do 4 godzin. Nie może być zastygnięta całkowicie, bo wówczas warstwa serka nie przylepi się jak powinna. Czyli dotknięta powinna lepić się do palca, ale nadal uginać. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy już jest dobra, robimy test. Bierzemy kawałeczek ananasa i kładziemy na powierzchni. Jak się lekko ugnie, ale nie zatonie, znaczy to, że możemy już szykować warstwę serka.

Serek miksujemy z cukrem - taką jego ilością, by wyszedł słodki, oraz z odrobiną olejku pomarańczowego dla aromatu.

Dodajemy zostawioną wcześniej galaretkę. Uwaga: niemal na pewno zdąży nam ona szybciej stężeć niż galaretka w formie w lodówce. Nic się jednak nie dzieje. Zastygniętą galaretkę w garnku na moment stawiamy na ogień i mieszamy. Gdy zrobi się rzadka, zdejmujemy z ognia i od razu wlewamy do miksowanego serka. Raz jeszcze miksujemy, by się serek i galaretka połączyły.

Dosypujemy resztę pokrojonego ananasa, i ze dwie garście kandyzowanej skórki pomarańczowej, mieszamy wszystko za pomocą łyżki. Próbujemy ostatni raz i jeśli wszystko gra, przystępujemy do układania kolejnej warstwy torcika.

Formę z galaretką wyciągamy z lodówki i ostrożnie, łyżka po łyżce, wykładamy na uginającą się powierzchnię warstwę serkową. Przy tym trzeba ciągle pilnować, czy nic nie zaczyna tonąć. Jeśli tak, natychmiast zaprzestajemy wykładania, galaretkę wkładamy z powrotem do lodówki i dajemy jej jeszcze z kwadrans. W tym czasie jednak trzeba pilnować warstwy serka, i mieszać, by z kolei on nie zastygł nam w misce.
Jeśli serek dał się wyłożyć, wstawiamy wypełnioną formę z powrotem do lodówki na co najmniej 6 godzin. Najlepiej na całą noc, by wszystko ładnie zesztywniało.

Godzinę przed planowanym podaniem torcika naszykowujemy sobie naczynie, w które zmieści się nam forma na babkę, napełniamy je gorącą wodą i na dosłownie kilka sekund zanurzamy w nim naszą formę z torcikiem.

Wyciągamy, przykrywamy podstawą, na której będziemy podawać torcik i zdecydowanym ruchem odwracamy do góry dnem, aby torcik galaretkowy opuścił formę i osiadł na podstawie.
Dobrze jest to robić nad zlewem, bo troszkę może pocieknąć z formy podczas odwracania.

Następnie ostrożnie zdejmujemy formę z torcika, sprawdzamy, czy galaretka i serek zachowały swój kształt, po czym wstawiamy na podstawce do lodówki, by raz jeszcze sobie torcik zastygł, już bez formy.

Wyciągamy dopiero przed planowanym podaniem.

Smacznego;)

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

3 pckgs (approx.70g per 1 pckg) of pineapple jelly
1 can (approx. 565g) crushed or sliced pineapple in juice, undrained
6 cups of boiling water
400g cream cheese (no salt!)
sugar
1 tspn of orange extract
candied orange peel, sliced


The making of:

First, prepare yourself a cake mold, most preferably a 2kg pound cake pan, made from aluminium and light. This will help us to remove our mold more easy. 

Put all the jelly powder into one big bowl, stir boiling water in at least for 2 min. until completely dissolved. Put aside.

Drain pineapple, reserving juice. Chop the fruits into small pieces, so it looked nicely whithin the jelly later. Put the chopped pineapple into a bowl, put aside. 

Add enough cold water to reserved juice to measure 1,5 cups and put into the hot jelly. Stir all together.

Remove 1,5 cup of the mixture and set aside at room temperature. You will use it for the cream cheese mixture later.

Stir 3/4 of pineapple into remaining jelly mixture and carefully put it all into the cake pan.

Refrigerate 2 - 4 hours or until set but not firm (jelly should stick to finger when touched and should mound). If you are not sure if it is really ready as it should be, make a test: put a piece of pineapple onto the jelly and watch what will happen. If it is not drawning but the surface slightly bends - it is ready.

 Mix the cream cheese with a sugar and orange extract until sweet and fragrant. 

Gradually add the reserved jelly mixture to cream cheese in medium bowl, beating with wire whisk until well blended. 
If it appears that your reserved jelly already became firm - do not fret. Just heat it up a little, stirring constantly, untill it reaches a half firm form. Then you can pour it into the cream cheese mixture.

Stir in the remaining crushed pineapple and a candid orange peel pieces. Stir, using a spoon.

Now pour cream cheese and jelly mixture over gelatin layer in mold, spoon by spoon, and refrigerate for at least 6 hours, or for the whole night.

An hour before planned serving prepare yourself a dish, where the pound cake mold with our jelly fits. Pour there a hot water, then put the  mold into the dish just for a few seconds. 

Remove it, quickly cover with the plate you will be serving the mold on, and with a rapid move turn the mold upside-down. It is good to make it over the stove, in case some liquid dropped from the pan.

When you hear the plopping sound, and the pan is removed easily, it means that everything is fine with your mold cake. Remove it completelly and examine whether the jelly has a desired form. Then put it on the plate into the fridge so it became firm again without the mold.

Serve imediatelly after removing from the fridge.

Eat plenty:)








wtorek, 25 sierpnia 2015

Ciasto brownie "Uśmiercenie czekoladą" (Death-by-chocolate brownie cake)

Ciekawa jestem, czy pamiętacie jakąś szczególną czynność, słowo od przyjaciela/wroga, może jakiś kawałek muzyczny, może cytat, zdjęcie, cokolwiek drobnego sprzed lat, co wpłynęło na to, czym się teraz zajmujecie dla przyjemności? Nie pracą zarobkową, bo tę mało kto kocha, chyba, że ma prawdziwe szczęście i robi to, co kocha. Hobby. W sumie ciężkie zadanie, przypomnieć sobie coś takiego sprzed dwudziestu lat, ale gdy sobie to przypomnisz, nagle zaczynasz bardziej chcieć. Bardziej żyć. Bardziej... odkrywać, sięgać do źródeł.
Tak przynajmniej wygląda to z mojej strony.

Jest taka książeczka, którą będąc trzynasto - czy - czternastolatką, przeczytałam na wakacjach. Rzeczywistość była wtedy taka zwyczajna, jeszcze niosąca ze sobą odór ciężkich lat 80tych, chociaż powiewy zachodu zaczynały mocno wkradać się w lata 90-te. Coś się ruszało i w sklepach i w telewizji, ogólnie w ludziach. Więcej koloru i dźwięku wokół. Więcej wszystkiego.
No i właśnie wtedy w księgarniach i kioskach pojawiły się cieniutkie książeczki dla młodszych nastolatek o - młodszych nastolatkach z innego kraju. Ze Stanów, tak konkretnie. Niby nic, ale gdy je czytałam, moje brwi ciągle były w górze. Mentalność i zachowania takich nastolatek kompletnie inne od tego, co sama znałam ze szkoły i podwórka. Sama szkoła nie nazywała się "Liceum" (jeszcze wtedy o gimnazjach u nas nie było mowy), a Niższa Szkoła Średnia. Pamiętam swe kompletnie zaskoczenie, jak coś, co kojarzyłam już z High School, czyli właśnie Szkołą Średnią (ah, ten edukujący serial Beverly Hills 90210), może mieć odmianę dla młodszych uczniów w formie jej niższej wariacji. Jak się okazało - było to ichnie gimnazjum.
Ubierały się inaczej niż my, awangardowo, interesowały chłopakami, a chłopaki interesowały nimi i było to zupełnie normalne dla każdej z nich, podczas gdy w mojej końcówce podstawówki sensacją był wolny taniec kolegi i koleżanki z klasy na dyskotece szkolnej:D.
Poza tym... jedzenie. To tam pierwszy raz przeczytałam o frytkach, do których dodają kwaśną śmietanę i szczypiorek, na dodatek na wynos. A także pierwszy raz o brownie.

Rzecz jasna w tamtych czasach mało kto miał pojęcie, co to jest brownie, dlatego tłumaczka tych książeczek rozsądnie zastąpiła charakterystyczną nazwę "ciastem czekoladowym". Dobrze, że nie murzynkiem...
Niemniej tłumaczenie było zupełnie nieadekwatne do ciasta, o którym potem czytałam, że miłośnik czekolady jest go w stanie pożreć całą blachę (wnioskowanie: nie jest to normalne ciasto czekoladowe z masami, bo ono jest wysokie i nikt normalny nie da rady go zjeść. Musi więc być niskie, albo płaskie, albo bez masy), nazywają je "Uśmiercenie czekoladą", a mama głównej bohaterki zamiast wsypać do niego pokrojone orzechy, wsypuje tonę kawałeczków czekolady, bo dzieciaki orzechów nie lubią. Czemu do środka, a nie na wierzch?! Co to za ciasto?

Już wtedy kochałam czekoladę i powoli zaczynałam wtykać nos do kuchni, gdy coś się piekło. Wiedziałam więc, że to ciasto, na które nabrałam ochoty, jest czymś, czego nie widziałam nigdy dotąd i miałam nie oglądać jeszcze przez całe lata. Ale nie przestawałam się rozglądać.

Opis tak dobrze pozostał w mej łepetynie, że gdy w końcu wpadł mi w ręce przepis na klasyczne brownie i zobaczyłam w nim orzechy, a potem i sam jego wygląd oraz, że charakterystyczne jest to ciasto dla anglosasów... no, to byłam w domu. To było to ciasto czekoladowe, za którym tęskniło się dziecku dziesięć lat, nim w końcu już jako świeżo po studiach, zrobiłam swoje pierwsze, prawdziwe brownie.

Ale tak de facto tłumaczka swoim "ciastem czekoladowym" tak skutecznie zrobiła mi wodę z mózgu, że mając już dostęp do internetów i innych źródeł, i nadal od czasu do czasu się rozglądając za tym intrygującym wypiekiem, z uporem maniaka szukałam przepisów z "cake" w nazwie. Czyli "ciasto".

Dopiero niedawno, zupełnym przypadkiem natrafiłam na przepis na Pintereście, który zapalił mi czerwoną żaróweczkę w głowie. Czekoladowe - wiadomo. "Uśmiercenie czekoladą" sugeruje typowe ciasto kilkukrotnie czekoladowe, nazywane "Death-by-Chocolate", co znaczy dokładnie uśmiercenie czekoladą. Ale blacha na jakiej je piekli sugeruje, że to nie było typowe ciasto. A jeśli nie chodzi o ciasto, w tym konkretnym przypadku, a o połączenie ciasta i brownie?
Ale brownie już znałam. Robiłam. Uwielbiałam. Natomiast to, co uznałam za cudowną wariację w tym temacie, oraz połączenie z tym właśnie ciastem "Death-by-Chocolate", które i tak chciałam kiedyś robić, było najnormalniej w świecie jak oświecenie dla Buddy.
Siedziałam przed kompem, patrzyłam na to ciasto z triumfalnym bananem na ryjku i dźgałam monitor, tłumacząc z pasją mężowi (i tak nie słuchał:P), ile się oszukałam i naczekałam, żeby to znaleźć i zrobić.

I oto w końcu jest. Początek mego zainteresowania wypiekami,  maksimum czekoladowego smaku z obłędną masą czekoladową w środku i na zewnątrz, dodatkowo napakowane kawałeczkami czekolady. I jeszcze w stylu brownie, czyli czujesz, że gryziesz i co gryziesz. I nie masz dość, mimo, że jeden kawałek naraz to wszystko, co jesteś w stanie znieść na co najmniej godzinę.
Ostrzegam lojalnie - słodkie. Prawdziwa bomba kaloryczna. Istne... uśmiercenie czekoladą, ale, powiadam wam, z tym ciastem na talerzu powitałabym i zabójcę z szerokim uśmiechem i słowami:
"Strzelaj, morduj, rabuj co chcesz. Ja wszystko już teraz w swoim życiu upiekłam. Ja całą noc tańczyłam z Kevinem Costnerem..." a, nie, to nie do końca to. Cytat pomyliłam z dowcipem o wilku tańczącym z Costnerami. Ale wydźwięk jest ten sam. Pewien kamień milowy został osiągnięty. Czas poszukać kolejnych.
Przepis, zmodyfikowany solidnie, przede wszystkim o te orzechy (ja nie lubię, mój Młody uczulony) pochodzi stąd






Składniki:

Ciasto:

2 tabliczki gorzkiej czekolady (2x100 gramów w tabliczce)
6 łyżek masła
3/4 szklanki mąki
5 jajek
1 szklanka cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki śmietany 18%

Masa czekoladowa (ganache):

1,5 szklanki kawałeczków czekolady (albo w postaci chocolate chips, albo posiekanej drobno mlecznej czekolady)
1,5 szklanki śmietany kremówki 30%
3 łyżki masła
3 łyżki cukru (dosładzać masę będziecie pod koniec na pewno, więc ta ilość to tylko na wstęp)
2 tabliczki czekolady gorzkiej
1/2 olejku pomarańczowego, migdałowego, jakiego zapragniecie, by było czuć w waszej masie.(można pominąć, jeśli chcemy tylko smaku czekolady)

Wykonanie:

Na początek zabieramy się za ciasto.

Nagrzewamy piekarnik na 160 stopni Celsjusza.
2 tabliczki czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem topimy w kąpieli wodnej, aż utworzą gładką masę. Odstawiamy na chwilę na bok.

Blaszkę tortową (najlepiej z wyjmowalnym dnem) smarujemy masłem i posypujemy mąką lub kakaem w proszku, tylko na tyle by proszek pokrył tłuszcz. Nadmiar strzepujemy.

Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii umieszczamy w misce z mikserem i miksujemy przez 4-5 minut, aż masa stanie się puszysta i powiększy swą objętość.

Do masy dolewamy stopioną czekoladę z masłem, stopniowo, ciągle miksując, po czym finalnie miksujemy całość jeszcze przez 15 sekund.
Do powstałej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i na niskich obrotach mieszamy wszystko razem.
Na koniec dokładamy śmietanę, miksujemy raz jeszcze do gładkości.

Masę przelewamy do blaszki tortowej i równo rozprowadzamy w jej wnętrzu.

Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy około 50-55 minut, lub do chwili aż patyczek testowy wetknięty w środek ciasta nie wyjdzie suchy.

Wyjmujemy upieczone ciasto brownie z piekarnika i przez 20 minut pozwalamy mu stygnąć w blasze, w temperaturze pokojowej. W tym czasie możemy cienkim nożykiem ostrożnie podważać brzegi, by się upewnić, że nie przywarło do boków. Po upływie 20 minut zdejmujemy bok blaszki. Jeżeli znajdziemy na cieście charakterystyczną, łamliwą skorupę brownie, dobrze jest ją zjeść od razu, inaczej będzie nam się łamać w najmniej odpowiednich momentach i nie pozwoli na równe rozprowadzenie masy czekoladowej.

Następnie przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia, odwracamy do góry nogami i ponownie ostrym nożykiem podważamy ostrożnie dół (obecnie blacha będzie na górze ciasta), by spód wypieku oczepić od spodu blachy. Powinno odejść samo dość szybko.
Po tym czasie wkładamy ciasto do lodówki i trzymamy w niej, nie przykryte, przez co najmniej 1 godzinę.


W tym czasie przygotowujemy masę czekoladową.

Czekolady łamiemy na drobno i wkładamy na jednego garnczka.

Śmietanę kremówkę, masło oraz cukier wkładamy do drugiego garnczka i stawiamy na niewielki ogień. Mieszamy, aż składniki się rozpuszczą i zmieszają ze sobą. Na tym ogniu trzymamy masę aż dokoła jej krawędzi pojawi się pierwszy wianuszek bąbelków powietrza. Nie można jej się pozwolić w żadnym razie zagotować ani przypalić, dlatego warto od czasu do czasu zamieszać.

Gdy to się stanie, ściągamy garnuszek z ognia i wylewamy jego gorącą zawartość do garnuszka z przygotowaną czekoladą.

Przez kolejnych 5 minut pozwalamy się masie samej rozpuszczać. Po upływie tego czasu mieszamy starannie i mocno, aż będzie gęsta i gładka.

Gotową masę musimy schłodzić, więc wstawiamy ją do lodówki, co jakiś czas wyjmując i mieszając, by się nie zastała.

Gdy będzie już chłodna wyciągamy z lodówki.

1 szklankę masy zachowujemy na pokrycie ciasta. Do reszty stopniowo wsypujemy posiekane lub gotowe kawałeczki mlecznej czekolady, zostawiając garść do późniejszej ozdoby ciasta.

Mieszamy ganache, aż czekolada rozłoży się w masie po równo. Odstawiamy na bok.


Przystępujemy do składania ciasta w jedną całość.

Wyciągamy ciasto z lodówki.

Ponownie układamy na czystym spodzie blachy, w której piekliśmy je, wysłanym papierem do pieczenia.

Ostrym nożem przecinamy ciasto brownie na pół, górną jego część odkładając na bok. Posłuży jako przykrycie dla ciasta.

Na pozostałej, dolnej połowie rozsmarowujemy starannie i równo cały ganache z kawałeczkami czekolady, aż po brzegi.

Przykrywamy górną częścią ciasta i lekko dociskamy ją do dolnej i kremu czekoladowego.

Następnie bierzemy zachowaną szklankę czystego kremu czekoladowego i jak najstaranniej smarujemy górę i boki ciasta tak, by ani kawałek nie wystawał na zewnątrz. Całe ciasto brownie ma zatonąć w warstwie czekoladowej masy (bez spodu, rzecz jasna, bo na nim ciasto stoi).

Finalnie bierzemy zachowaną garść kawałeczków czekolady i fantazyjnie, zgodnie z własnym pragnieniem, rozsypujemy ją na powierzchni ciasta.

Ciasto wkładamy do lodówki jeszcze na godzinę, nim zaczniemy je kroić.

Jest bardzo słodkie, więc najlepiej podawać je z czymś kwaśnym, łamiącym tę słodycz. Ja wpadłam na pomysł by zamiast lodów, albo jakiejś kwaśnej konfitury po prostu podać je z zamrożonymi czerwonymi porzeczkami. Wygląda bardzo ładnie i doskonale smakuje.
Tyle. Smacznego, łasuchy!

A teraz kilka uwag, wynikających z własnej obserwacji.
Przede wszystkim: ganache to nie typowa polewa czekoladowa, którą trzeba trzymać z daleka od lodówki, bo zaraz pokrywa się białym nalotem. Nic z tych rzeczy. Bezpiecznie możemy trzymać ciasto w lodówce i ciągle będzie tak samo brązowe, jak tuż po pokryciu go warstwą masy czekoladowej.

Użycie kakao zamiast mąki do posypania blaszki przed pieczeniem to o tyle doskonały pomysł, że potem nie widać białych resztek mąki na cieście.

Ciasto przechowujemy w lodówce, rzecz jasna, ale doradzam nie kroić go od razu po wyjęciu z niej. Będzie twardsze niż powinno przez tę całą czekoladę i kawałki mogę nam nieestetycznie wyglądać po pokrojeniu, gdy się zaczną kruszyć. Dlatego najlepiej pozwolić ciastu "odpocząć" przez kwadrans po wyjęciu z lodówki i dopiero potem kroić.