poniedziałek, 30 listopada 2015

Marcepan

Idą Święta. Czuje się to już w powietrzu, nie oglądając nawet sklepów, od połowy listopada straszących mikołajami, aniołkami i ozdobami świątecznymi. Coś jest wokół nas, wszędzie dookoła. Czuje się pewno oczekiwanie, prawie węszy zapach uszek i barszczu wigilijnego w powietrzu, smażonego na maśle karpia, który nadal, mimo polepszenia się stanu portfeli polaków, mogących sobie pozwolić na łososia na stole, kupują karpia i oglądają te zimne, mułem woniejące ryby niemal  z rozrzewnieniem w oku. Tradycja jest tradycją. I w sumie ich rozumiem. Ja też bym sobie nie potrafiła wyobrazić Wigilii bez karpia. Jakoś... tak.

Są tradycje z którymi się nie zrywa, ale są też takie, rozkosze dla języka i ducha, po które można sięgnąć w tym specjalnym czasie, tylko dlatego, że można. I że ma się chęci sprawić sobie i innym nieco radości.

Marcepan nie należy do tradycyjnych przysmaków polskich i nikt go nie położy na stole wigilijnym w towarzystwie barszczu i karpia. Ale konia z rzędem temu, kto go nie podjada w rozmaitej postaci w święta, czy to jako kulki w czekoladzie, czy jako dodatek do ciast albo chlebek marcepanowy. Ta niesamowicie dobra mieszanka migdałów i słodyczy, dosyć błędnie uważanych przez większość ludzi za miód, jest jednak droga. Skąpią nam jej sklepy i to bardzo, żądając za malutkie chlebki marcepanowe, wagi może 10-20 deko kosmicznych pieniędzy. No wiadomo, migdały. Ale gdy przeciętna gosposia nosi się z zamiarem zrobienia masy marcepanowej na tort, to widząc tę cenę - zrezygnuje prędzej z westchnieniem z przysmaku, niż wyda aż tyle. Jednakże gorycz pozostanie, mimo, że i pieniądze w portfelu też.

A gdybym wam powiedziała, że możecie mieć pół kilogramowy kawał marcepanu za cenę 20 dekowej paczuszki migdałów i jedyne, czego od nas to wymaga, to poświęcenie nieco czasu w kuchni? Niemożliwe? Ależ wręcz przeciwnie!

Minął prawie rok, odkąd sama, przeklinając ceny w sklepach, sięgnęłam do internetu w poszukiwaniu innej możliwości i natrafiłam na blog Doroty. Wielu znane doskonale "Moje Wypieki". A tam... marcepan - cud! Ogromny kawał, który starczy na potrzeby ówcześnie planowanego ciasta świątecznego z Danii, ale i dla moich chłopaków, którzy marcepan kochają. I wszystko, czego potrzeba, to najpierw zrobić sobie Golden Syrup, a potem poświęcić odrobinę czasu?
Nic więc dziwnego, że machnęłam ręką na sklepy i ich marcepanowe bobki po kosmicznych cenach i zakasałam rękawy.

Golden Syrup już znajduje się na tym blogu. Wyszedł i nadal zużywam wówczas zrobioną ilość do wielu smacznych rzeczy. Rok się trzyma już, dacie wiarę?

A zaraz potem zrobiłam marcepan. I on nie wytrzymał. Wyszedł doskonały, a potem wyparował jak kamfora w żołądkach moich chłopaków. To chyba samo świadczy o tym, że lepszy już być nie mógł:)

Podam więc wam przepis na domowy marcepan - 1/2 kilogramową kłodę dobrości za śmieszną cenę paczuszki migdałów, tak, jak ja go robiłam, czyli według przepisu z Moich Wypieków, opatrując go jedynie własnymi komentarzami i tylko odrobinkę odjeżdżając od oryginału. Te być może uznacie za pomocne. Marcepan ten został przygotowywany BEZ użycia termometru cukierniczego.

Zanurzmy się więc aż po końce uszu w aromacie zwiastującym nadchodzące Boże Narodzenie... nie, nie smażonego, rybiego zewłoka, a słodyczy.
Pierwszy z ciągu przepisów ozdobionych bańkami, jemiołą i kokardką, jak przystało na prezent świąteczny, czas zapodać.

"Jingle Bells, Batman smells, Robin laied an egg...:D"






Składniki:

20 dkg paczka drobno mielonych migdałów (jeśli w paczce natrafimy - prawdopodobnie tak, na dnie - na większe kawałki, musicie je niestety zmielić drobniej. Inaczej marcepan nie zechce wam wyjść jak trzeba. Można za pomocą maszynki do maku, albo zatrudnić męża, niech tłucze drewnianym młotkiem do mięsa w co większe grudy przez folię. Oba sposoby działają:D Migdały muszą być praktycznie jak mąka.)

20 dkg cukru pudru
1 szklanka cukru
1/2 szklanki wody
2 łyżki Golden Syrupu
1 łyżeczka aromatu migdałowego

Wykonanie:

Przygotowujemy sobie szklankę z zimną wodą i kostkami lodu. Trzymamy w lodówce, do momentu aż będzie potrzebna.

W niewielkim garnuszku o grubym dnie umieszczamy cukier zwykły, wodę i Golden Syrup. Mieszamy wszystko razem, następnie stawiamy na ogień.

Mieszaninę gotujemy, aż cukier się rozpuści (ogień warto, by był pod kontrolą). Potem trzymamy ją na ogniu jeszcze trochę, co jakiś czas obwąchując, czy aby się nic nie przypala.

Po 5-10 minutach (zależnie od ognia, na jakim trzymamy miksturę) wyciągamy szklankę z lodówki, łyżeczką nabieramy kroplę mikstury z garnuszka i wpuszczamy do wody, robiąc tzw. "soft ball test". Czyli zaraz po tej kropli pakujemy do środka szklanki palce i próbujemy tę kroplę ugnieść. Jeśli jest plastyczna jak plastelina i zachowała kształt po ugnieceniu - masa cukrowa jest gotowa.
Jeśli nie, gotujemy kolejne 5 minut i po tym czasie test powtarzamy aż do skutku.

Masa cukrowa jest gotowa. Zdejmujemy ją z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.

Drobniutko zmielone migdały wsypujemy do miski. Dodajemy cukier puder. Do nich dolewamy zawartość garnuszka i miksujemy wszystko razem mikserem. Jeśli po jakimś czasie wszystko zacznie się ładnie zbrylać - jesteśmy na dobrej drodze do otrzymania marcepanu. Jeśli jednak masa jest za sucha, dolewamy odrobinę wody - po łyżce, sprawdzając konsystencję. W drugą stronę - jeśli masa wychodzi za mokra - działamy cukrem pudrem.

Otrzymawszy porządną kulę, formujemy marcepan na przykład w kłodę, lub kulkę (zależnie do czego zechcemy jej używać) - jeśli zbytnio się lepi do palców, można podsypać stolnicę cukrem pudrem i na nim formować -  zawijamy w folię i wkładamy marcepan do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Najlepiej na noc.

Po tym czasie używamy go do czego dusza zapragnie.

Przechowujemy w lodówce.

Z podanych składników wychodzi około 1/2 kilograma marcepanu.




Staropolska polewka grzybowa

Grzyby poszły w pierony. Teraz to już na pewno, bo kilka dni temu w Rzeszowie i okolicach wreszcie spadł śnieg. Młodzian prawie się zapowietrzył z radości na jego widok i powtarzał "mama" i "śnieg!" z rozmaitym natężeniem emocji tak długo, latając jak kot z pęcherzem po cieniutkiej, białej warstewce pierwszego puchu, że w końcu się wywalił i zaprzestał.
A więc skoro pojawiła się pierwsza warstewka i utrzymała przez noc - był przymrozek. A skoro był przymrozek, o grzybach definitywnie możemy zapomnieć w tym roku. Zbieranych, bo sklepowe za ciężkie pieniądze każdy jeszcze dostanie w supermarketach. Ale to już nie to samo. Grzybiarz to ten, co własnoręcznie zebrał zawartość farszu do uszek wigilijnych, łażąc w gumiakach po rozmaitych wykrotach leśnych, iskając się potem przez cały wieczór z rozmaitych urojonych i niekoniecznie kleszczy, a nie ten, co poleciał do sklepu i kupił 20 deko suszonych za 10 złotych. W tym momencie niesamowicie nadymam się z dumy, od lat będą zapalonym grzybiarzem dzięki dziadkowi od strony mamy, a tradycja ta obecnie podtrzymywana jest przez mego chłopinię, też grzybiarza i również z winy jego dziadka i ojca. Co lepsze - tradycja ta przetrwa, bo mój Młody ostatnio zaczął z zapałem szukać grzybów i co ciekawsze, znajdować je. Jadalne!

Grzyby znajdywane na kilku wyprawach do lasu w jesieni, ususzyliśmy i złożyliśmy, jak święte relikwie, do szczelnych pudełek. Jeszcze 23 dni i skończą dumnie jako farsz w uszkach wigilijnych. Ale jakimś cudem udało mi się jeszcze, gdy był wysyp, wyrwać ze szponów suszarki piękną ilość zdrowych borowików i podgrzybków i przyszykować je dla przepisu, który od początku mamił me oko w książce "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniach dawnych smaków."

O książce tej pisałam przy okazji przepisu na Proziaki. Te domowe bułeczki na sodzie co prawda tam się nie znajdują, ale idę o zakład, że przepis ma swoje setki lat i sporo pokoleń, przez które był przekazywany z matki na córkę. Niemniej jednak znajduje się tam takie multum przepisów na staro-słowiańskie potrawy przygotowane pieczołowicie przez odtwórców historycznych, że ja, miłośniczka odtwórstwa i wszystkiego co "było, a nie jest", choć już niepraktykująca, że tak powiem, jestem zachwycona i coraz to wygrzebuję kolejną perełkę.

Napój z czereśni i mięty zrobiłam jeszcze w sezonie. Nie wiem w sumie na co czekałam z jego zamieszczeniem, ale... czekam dalej. Dzisiaj natomiast podam prastary przepis na prastarą polewkę - pra-prababkę naszej typowej zupy grzybowej.

O polewkach słyszymy od maleńkości.  Czytają nam o nich w bajkach rodzice i nie bardzo wyjaśniają, co to. A dziecko ciekawe jest. Nie pyta tylko dlatego, że w tych bajkach wspomina się też o smokach, a to nieporównanie ciekawszy temat do dręczenia rodziców. Poza tym rodzic prędzej będzie wiedział co to smok, niż co to polewka, przynajmniej ten wzięty z zaskoczenia pytaniem i średnio interesujący się historią.
Na chłopski rozum  - polewka to zupa. Również, w slangu sprzed kilkunastu lat - masowe nabijanie się z czegoś. Płynne i obfite jak woda. Czyli - myśli taki rodzic - musi to być zupa-wodzianka. Dużo płynu, mniej zawartości. Łyżka nie staje i da się "siorbać". I ma rację. Polewki były to właśnie takie zupy. Przygotowywane na bazie dziko rosnących roślin i z warzyw, zawierające dużo zdrowych, często wodnistych rzeczy. Zagęszczane rozmaitego typu kaszami stanowiły wspaniały obiad, śniadanie, podwieczorek, ale i kolację dla naszych przodków. Uwaga, śmietaną ich raczej nie zagęszczano, ani nie zaciągano mąką, tak jak teraz robi się z zupami. Cała gęstość, smakowitość i miodność polewki brała się z gotowania jej składników. A jak komuś było trzeba jeszcze jakiegoś stałego zagryzacza do polewki - brał chleb.

Do polewki grzybowej dlatego właśnie zalecam wziąć grzyby zebrane w lesie lub, od biedy, zakupione na rynku, jeśli to możliwe, świeże. Ale prawdziwe, a nie jakieś hodowlane pieczarki. Żadna pieczarka ani grzybek shitake nie zastąpi wam smaku borowików w zupie. I błagam, nie myślcie nawet o dodawaniu kostki rosołowej.
Polewka to polewka. Zrobiona porządnie wykopie na orbitę wszystkie kostki rosołowe świata i przypomni, że w pędzącym na złamanie karku świecie, można na moment się zatrzymać i zadumać nad tym co było.

Oferuję wam taką chwilę spoczynku.
Grzyby w łapy i gotujemy!






Składniki:

60-80 dkg świeżych grzybów leśnych (borowiki, podgrzybki, kozaki), lub spora garść leśnych grzybów suszonych
1/2 szklanki kaszy pęczak
1 i 1/2 - 2 litrów wody
1 marchewka
1/2 małego selera

1 cebula
1 pasternak lub 1 pietruszka
sól
mielona kolendra i mielony kminek,
gałązki macierzanki (którą również można zastąpić tymiankiem)


Wykonanie:

Grzyby świeże opłukujemy z piasku i igliwia. Suszone grzyby płuczemy i zalewamy wodą na jakieś 2 godziny.

Grzyby, zarówno świeże, jak i namoczone wcześniej suszone, kroimy w spore kawałki, tak, by było widać w zupie, z czego ona zrobiona (dodatkowy walor dekoracyjny dla oczu). Na chwilę odstawiamy.

Do wody wkładamy pozostałe umyte i pokrojone warzywa i doprowadzamy do wrzenia.

Gotujemy dalsze 5 minut, pozwalając wodzie wrzeć, by po tym czasie dosypać opłukaną kaszę i pozostawić w stanie wrzenia jeszcze przez 15 minut.

Po tym czasie wsypujemy pokrojone grzyby i gotujemy wszystko razem do momentu aż kasza i grzyby będą miękkie.

Doprawiamy solą, szczyptą lub dwoma kolendry i kminku - nie za wiele, bo przyprawy te mogą nam przejąć smak polewki, a nie o to chodzi. Na koniec gotowania dorzucamy do polewki gałązki tymianku lub macierzanki.

I gotowe. Polewka grzybowa powinna być niezbyt gęsta. Zawarta w niej kasza jeszcze będzie pęcznieć, więc warto jej zostawić "zapas" wody.

Polewkę najsmaczniej spożywać w towarzystwie domowej roboty bułeczek, ciepłych jeszcze, na przykład proziaków.

Nie zabielamy śmietaną.

Smacznego!