Ciekawa jestem ilu z was, czytających felki Bantofelkowe, interesuje się żywą historią. A tak konkretnie odtwórstwem historycznym, w którym, tak w wielkim skrócie opisując, uczestnicy stają na głowie, by w jak najdokładniejszy sposób odtworzyć życie codzienne naszych przodków sprzed tysiąca lat. I to nie tylko naszych, Słowian, jeśli myślimy o współczesnych Polakach, ale i innych nacji, na przykład Wikingów, Rzymian, Barbarzyńców, Rusinów i tak dalej.
Od razu chciałabym też wyjaśnić, że wbrew pozorom, rekonstrukcja historyczna to nie to, co nam wciskają rozmaite filmy amerykańskie, pokazujące pryszczatych nastolatków poubieranych w zbroje z tektury, dzierżących miecze z plastiku pociągniętego srebrną farbką, z doprawionymi elfimi uszami, ganiających po lesie. To akurat najbardziej pasowałoby do miana LARP-u, czyli Live Action Role-Playing, na polski tłumacząc: Gry na Role na Żywo. Z odtwórstwem historycznym ma to tylko tyle wspólnego, że ludzie się przebierają weekendowo za coś, w czym teraz nie wyszliby na ulicę, by nie przyciągać zagubionych spojrzeń innych, dyskretnie dzwoniących po panów z psychiatryka "bo jakiś wariat gania po deptaku z mieczem, szukając smoka i dziewicy. Nie zaginął wam ktoś na oddziale?"
Nie, nie, odtwórstwo/rekonstrukcja historyczna i LARP to dwie odmienne rzeczy. Za tę drugą się nigdy nie brałam, natomiast jestem szczerą fanką i uczestnikiem tych pierwszych aktywności. Co prawda teraz znacznie mniej niż 6 lat temu. Niemniej nadal czasem w wolnym czasie z codziennej siebie, Gosi, lat 30 coś tam, na co dzień mamy, żony i freelancera-tłumacza, tudzież blogerki, lubię przeistoczyć się w Gudrun, duńską volwę - wiedźmę i wieszczkę, w której jak najbardziej rzeczywiste przedstawienie włożyłam wiele pracy i spędziłam wiele czasu, by była od góry do dołu jak najbardziej realistyczna, z ubiorem i zachowaniami bazującymi na rzeczywistych znaleziskach archeologicznych. Bowiem to nie tylko chęci, nie tylko zapał do realistycznego odtwarzania, ale i mnóstwo przeczytanych książek i artykułów i niestety kupa kasy w to wszystko włożona - bo pewnych rzeczy, na przykład miecza dla wojownika, użytecznego do walk turniejowych - w supermarkecie nie kupi. Musi go wykuć prawdziwy kowal i we wszystkim, poza zaostrzeniem, broń musi być prawdziwa.
Jednak mimo tych przeszkód, drużyn odtwórców jest naprawdę sporo w Polsce, co znakomicie świadczy o zainteresowaniu historią i kulturą tych, co byli przed naszymi czasami. W sezonie odtwórczym, który tak naprawdę zaczyna się w kwietniu, spotykamy się często na zlotach i rozmaitych imprezach odtwórczych, wymieniamy doświadczeniami, uzupełniamy wiedzę i ciągle się rozwijamy. Nadal bowiem archeologia odkrywa przed nami nowe tajemnice przodków, z których jesteśmy w stanie dopaść jedynie fragmentów i nie do końca czasem składamy je w całość jak należy. To, co było na przykład uznawane za historyczne kilka lat temu i prawidłowe u odtwórcy oblatanego w temacie - choćby lamelka u Słowian, czy karwasze, jako ochrona dla przedramienia walczącego - dziś uznawane jest za Mroki - czyli błąd odtwórczy, ponieważ dokopano się do nowych dowodów i te weszły już w kanon wiedzy historycznej, przeto odtwórcy muszą być na czasie, jeżeli chcą się zwać prawdziwymi rekonstruktorami.
Pomijając aspekty bojowe i wygląd, kuchnia również odgrywa sporą rolę w odtwórstwie. Skoro bowiem już banda ludzi robi z siebie dosłownie przedstawienie, ma namioty historyczne, broń, zbroję i całą resztę, jak by to wyglądało, gdyby taki woj z dziesiątego wieku, z wyglądu Duńczyk dążący na pole walki, gdzie ku chwale Odyna będzie walił po hełmach innowierców, nagle wydarł skądś kanapkę z Subwaya i zaczął zajadać, ocierając sos majonezowy z brody skórzaną rękawicą? No, głupio. Skoro więc dbamy o wygląd, dbamy też o oprawę. A więc kuchnię również mamy tak historyczną, jak tylko się da.
W przypadku gotowania sprzed wieków jest nieco prościej, niż odtwarzając wygląd i zachowanie. Przede wszystkim eliminuje się wszystkie sztuczności, proszki do pieczenia, margaryny, herbaty i kawy, dosmaczacze, nawet cukier i sól, ponieważ szczególnie ta druga była dobrem luksusowym w niektórych krajach 900 lat temu. Miewano jej odrobinę w woreczkach i na pewno nie sypano tonami gdzie się da. Zastępowano jej brak smakiem tłuszczu z mięsa, szeroko używanymi do wszystkiego ziołami, w palecie o wiele szerszej, niż stosuje się obecnie. To samo było z cukrem. Nie cukier, a miód. Naturalność przede wszystkim. W kuchni odtwórczej pamiętać trzeba przede wszystkim o tym. I o rejonie, z jakiego się odtwarza. Pomarańcz w starej Polsce nie znalazłby za żadne skarby, tak samo jak u Norwegów nie dostanie swojskich poziomek (truskawki - niehistoryczne - hybryda poziomki powstała w dziewiętnastym wieku, o ile dobrze pamiętam:)).
Jest jednak nadal na tyle dużo wspólnych mianowników, że nawet nie posiadając dowodów pisanych i przepisów naszych babek wyrytych gdzieś w kamieniu lub na tysiącletnim pergaminie (przekazywano je ustnie, z matki na córkę, dlatego zachowało się ich mniej niż czegokolwiek innego po przodkach), z łatwością można założyć, że pieczono jakiś chleb na mące regionalnej, robiono piwo na chmielu lub zbożu, warzono miody, a mięso pieczono nad ogniem, doprawiając je sowicie tym, co zaradne gosposie zebrały o świtaniu na łące.
I tego właśnie chleba czepić się zamierzam. Pieczywa właściwie, tak prostego i mono-składnikowego, że i u Wikingów i u Słowian z wieków wczesnych i średnich, prawdopodobnie i u kultur wschodnich w zupełnej spokojności można założyć, że obficie go było na ucztach. Podpłomyki, proszę państwa. Płaskie, niewielkie kawałki ciasta, pieczone na blasze z jednej i drugiej strony, twarde i miękkie jednocześnie, cudownie zaspokajające głód. Coś, czego jako młody odtwórca uczysz się na pierwszej swej imprezie historycznej, odnośnie jedzenia. Podpłomyk historyczny jest wszędzie i nie zrobisz z siebie wariata wyciągając go z kaletki lub sakwy i gryząc gdziekolwiek.
Poza lekko słonym smakiem, nie ma w sobie wiele aromatu. Nasi przodkowie byli prostolinijni. Wysmakowane pieczywo spożywano na królewskich dworach, a zwykły szaraczek, nawet i wojak łapał podpłomyk i kawałek mięsa i szedł do pracy lub na wyprawę. Byle pieczywo było świeże i zapychało żołądek. Tak więc i my nie kombinujmy z podpłomykami, jeśli zaczniemy je już robić. Ta ich prostota to strzał w dziesiątkę, bo pasują dosłownie do wszystkiego: od mięs do konfitur.
O tym, że nie trzeba do nich wielu znalezisk historycznych, by przekonać świat o ich starym pochodzeniu, świadczyć może choćby to, że wyrób podpłomyków przetrwał całe wieki w niemal nie zmienionej formie. Po co ruszać bowiem coś, co już jest doskonałe i sprawdzone? Skład ciasta jest zawsze prawie ten sam, pieczone smakuje identycznie wszędzie. A gotowane... pierogi znacie wszyscy. Jak myślicie, co to za ciasto, z którego je robicie? Nic innego tylko najprostsze ciasto na podpłomyki. Dlatego też, podając przepis na Ciasto Pierogowe czyli Zhakowanie Pierogi Ruskie, nie omieszkałam zaznaczyć, byście absolutnie nie wyrzucali resztek, pozostałych po wykrojonym cieście. Ponieważ właśnie podpłomyki z niego wyjdą cudowne. Doskonała alternatywa dla chleba i Proziaków, a przy tym i powiew historii na stole. Pieczywo idealne, szybkie i tak nęcące, że niejeden zacznie eksperymentować ze smakiem (ja zaczęłam... za wiele cukru dodanego do nich sprawi, że się rozpłyną, a nie upieką:D No, co, ja też popełniam błędy:D), ale i tak przy najbliższej sposobności wróci do jedynie słusznego oryginału.
Czy więc jesteś odtwórcą, i szykujesz się na imprezę historyczną, czy zwykłym ludzikiem, zaciekawionym tą felką - łap za składniki, wrzucaj do miski i działamy:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Mąka
Ciepła woda (opcjonalnie mleko lub miks mleka z wodą)
Sól
Nieco stopionego masła lub oliwy (oleju)
lub
Ten przepis na ciasto
Wykonanie:
Do miski wsypujemy dowolną ilość mąki. Solimy. Kropimy tłuszczem.
Dolewając po trochu cieczy do mąki wyrabiamy ręką po odrobinie ciasto, lepiąc ze sobą powstałe grudki, aż otrzymamy kawałki ciasta wielkości dłoni.
Kawałki wałkujemy lub spłaszczamy i rozciągamy w rękach, aż otrzymamy nieregularnego kształtu płaskie placuszki i wykładamy bezpośrednio na blachę w rozgrzanym piekarniku. Ewentualnie na blachę wysłaną folią aluminiową.
Pieczemy z obu stron, aż podpłomyki stwardnieją i dorobią się wyraźnych brązowych i złotawych plamek.
Serwujemy same lub ze wszystkim, co nam wpadnie w rękę. Szczególnie smaczne są jeszcze ciepłe, z masłem i solą oraz z konfiturami.
Smacznego!
--------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Flour
Warm water (milk, or milk and water mix)
Salt
Some melted butter or vegetable oil
or
The dough from this recipe
The making of:
Pour as many flour as you wish into the bowl. Add salt. Add the fat.
Work with the dry ingredients with your hand, adding the fluid ingredient bit by bit. You should receive the clumps of dough very quickly. Stick it together until you get them just about the size of your hand.
Roll the bits of dough or flat it in your hands so to get a flat, irregular shaped breads. Put it on the baking tin, or you can first put a sheet of baking foil and then put the bread there.
Bake on both sides till the flatbreads become hard and get golden and browny spots on both sides.
Serve as it is, or with everything you wish. However, they taste the best when served warm, with butter and salt, or any fruit marmelade.
Cheers!
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
piątek, 1 lipca 2016
"Ruskie" ciasto pierogowe / Potato and cheese dumpling pie
Na pewno macie tak czasem, że coś dobrego do jedzenia za wami łazi, męczy, wchodzi w oczy, wizualizując się wszędzie i w końcu jedyne o czym myślicie to zjeść to, kupić albo to zrobić i w końcu znormalnieć. Taka głupia potrzeba placków ziemniaczanych. Zalewajki. Gofra, (szczególnie zimą) z budki, a nie z kawiarni, pierogów ruskich. I jakkolwiek poprzedzające pierogi dania są takimi, że od biedy pędem polecimy do sklepu, kupimy składniki i zrobimy w końcu tego dręczyciela, o tyle z pierogami jest to cięższa sprawa, związana z niemal całodzienną aktywnością w kuchni. Bo trzeba przecież zrobić farsz, potem zrobić ciasto, i najgorsze z tego wszystkiego - lepić pierogi. Dziesiątki pierogów. Siedzieć, dziubdziać się z każdym, by podczas gotowania nadzienie nie wyleciało przez źle sklejony brzeg, i mechanicznie łapać za krążek z ciasta, napełniać, zaklejać, odkładać, łapać kolejny. Razy sto. Nie żartuję. Większość przepisów jest przewidziana średnio na dobrą setkę pierogów i ani żadnej z moich babć, ani mamie, ani mnie nigdy nie wychodziło mniej.
A ulepić sto pierogów znaczy siedzieć w kuchni bite pół dnia tylko nad tym. A gdzie jeszcze gotowanie partiami? W sumie po tym wszystkim to jakoś tak patrzysz na te pierogi czekające przed tobą, parujące, polane masełkiem, z miseczką śmietany obok, patrzysz i stwierdzasz, że w sumie to już ci się nie chce.
A nie chodzi przecież o to, by się zniechęcić robotą, a zaspokoić palące pragnienie w sumie prostej, smakowitej, ale strasznie pracochłonnej potrawy.
Za mną chodziły ruskie od tygodnia. Dzień w dzień, w tym upale wakacyjnym, myślałam sobie, że zjadłabym takie domowe. Nie ze sklepu ani z pierożarni, własnołapne. Ale, mimo, że ze składnikami to nigdy nie był problem, brakowało zawsze czasu. I samozaparcia, by ten pomysł, powracający do mnie jak bumerang, wyrósł ponad zwyczajne chciejstwo. Nie chciało mi się lepić.
Dlatego gdy ostatnio ponownie powróciła do mnie gryząca potrzeba ruskich i nadszedł piątek, skapitulowałam. Ale nie myślcie, że pokornie siadłam do kilkugodzinnego lepienia, niemal mdlejąc z gorąca, i jeszcze potem gotując w zaparowanej kuchni setkę pierogów. Nic z tego. Popatrzyłam na gotowy farsz, a potem na gotowe ciasto i pomyślałam jedną, jedyną rzecz: HAKUJEMY!
Wiecie już do czego to zmierza, nie? Zrobić to, co zaplanowane, ale używając takiej ilości skrótów, obejść i kiksów kuchennych, nie używając półproduktów, jeśli to tylko możliwe, by się nie napracować.
Bo w sumie... problem jest tylko z wykrawaniem tych kółek z ciasta, i lepieniem pierogów. Wszystko co przed tym etapem, właściwie to nie jest żadna robota. Ziemniaki ugotują się same, babranie się z ciastem jest szybkie i przyjemne... tylko to lepienie!
Jak więc już napisałam, zerknęłam na te dwa składniki, które tylko czekały, by zaspokoić mój pierogowy głód, a potem spojrzałam przypadkiem na nie do końca zjedzony pie owocowy w lodówce. Leżał tak sobie, świecił nadzieniem zamkniętym w dwóch warstwach ciasta i nagle zaczął głosić prawdę oświeconą: pieróg przecież też jest zamknięty. Tylko mały i z kółka. A gdyby tak nie wycinać i zrobić nie pierogi, a pieroga? I to absolutnie bez lepienia, w formie do tarty? Taki... dumpling pie, czyli ciasto ruskie pierogowe? No przecież!
Od pomysłu do wykonania, gdy się jest głodnym, droga krótka. Moja kreatywność wybuchła nagle i gdy z pasją atakowałam wałkiem ciasto, już kombinowałam, w jaki sposób wszystko zrobić tak, by ciasto pierogowe przypominało jak najbardziej pierogi w smaku w każdej części, ale było dopieczone, kruche i miękkie, piękne z wierzchu i od środka, smaczne.
Zważcie, gotowanie odpadało, więc mogło wyjść tu tylko pieczenie, ale nie wiedziałam jak typowe ciasto na pierogi się zachowa. Znaczy, każdy wie, co się robi z resztek ciasta po pierogach - Podpłomyki . Ale gdy jest w postaci płaskich kawałków, opiekanych swobodnie z obu stron. W tym przypadku obracanie nie wchodziło w grę - ciasto pierogowe musiało więc zostać podpieczone przed nałożeniem farszu. Dodatkowe kilka minut czekania, ale zawsze mniej niż 3 godziny lepienia.
Ryzyk-fizyk, nie było co czekać. Miałam idealne nadzienie, idealne ciasto, więc zrobiłam to, co mi ułańska fantazja i kreatywność podpowiedziała... i wyszło! Koncertowo, smacznie, nietypowo i po prostu pięknie.
Macie więc, podzielę się z wami pomysłem na zhakowanie pierogi ruskie w formie ciasta, które zajmą połowę tego czasu, jaki poświęcilibyście im w tradycyjnej formie i jedną trzecią całej pracy. Rzecz idealna na obecne upały i cholernie satysfakcjonująca. Już teraz, po samej zapowiedzi na stronie fejsbookowej, spotkałam się z zachwyconymi komentarzami mych znajomych: widać też chcą ruskich, ale odstrasza ich robota.
Cóż, teraz już wymówki nie znajdziecie, by nie ulec swemu pragnieniu i dumpling pie nie zrobić:)
Popatrzcie na to cudo i... zaczynamy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto:
1kg mąki
oliwa z pestek winogron
sól
1/2litrowy garnuszek z wymieszanymi ze sobą jak najcieplejszą wodą i mlekiem
Nadzienie:
7-10 średnich ziemniaków (odpowiednio 14-20 małych, młodych)
1 średnia cebula
200g sera białego
sól
pieprz
1 roztrzepane jajko
suszona natka pietruszki lub suszony tymianek
Wykonanie:
Obieramy ziemniaki, wrzucamy do garnka, zalewamy wodą aż je przykryje, wsypujemy sól i gotujemy je do miękkości.
Gotowe ziemniaki gnieciemy dokładnie na puree, pamiętając, by było gładkie, bez ziemniaczanych grud.
Drobimy do środka biały ser, mieszamy lub ugniatamy ponownie wszystko razem.
Cebulę obieramy, kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na maśle do stopnia jaki lubimy w pierogach (jedni tylko szklą, inni lubią zbrązowiałą). Gotową cebulę wrzucamy do puree ziemniaczano-sernego. Mieszamy lub gnieciemy raz jeszcze, aż wszystkie składniki się połączą, dodając w trakcie soli i pieprzu.
Sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli jest gładka, a smakowo nam odpowiada, odstawiamy nadzienie na bok, na czas wykonania ciasta.
Na stolnicę wysypujemy mąkę, robiąc z niej górkę, w górce robimy palcami kilka dziurek.
Posypujemy mąkę solą, a w dziurki wlewamy po kilka solidnych kropel oliwy.
Na samym środku górki robimy większą dziurę i w ten otwór wlewamy nieco mieszaniny mleczno-wodnej.
Przy pomocy palców merdamy w tej dziurze, miętosząc ciecz z mąką, aż w palcach znajdzie się nam gruda miękkiego ciasta. Ugniatamy ją do momentu aż przestanie się lepić do skóry, odkładamy na bok i ponownie w otwór w mące wlewamy trochę mleka z wodą, poszerzając stopniowo krąg, gdy coraz więcej mąki wpadać zacznie do dziury.
Proces powtarzamy, do poprzedniej grudki ciasta dołączając kolejne, w ten sposób uzyskane, aż w końcu otrzymamy solidną kulę miękkiego ciasta, a z górki mąki i garnuszka z wodą i mlekiem nic nam nie zostanie.
Lekko oprószamy stolnicę mąką i dzielimy kulę ciasta na dwie równe części.
Wałkujemy wpierw jedną cieniutko tak, by uzyskała średnicę naszej formy na tartę wraz z brzegami i naddatkiem.
Nastawiamy piekarnik na 180-200 stopni Celsjusza.
Formę na tartę wykładamy folią do pieczenia, następnie wykładamy na nią krąg ciasta, przylepiając je do dna i brzegów. Naddatki, jakie na pewno zawisną nam nad brzegiem, odcinamy, zgniatamy w kulkę i zostawiamy w misce. Przydadzą się do innej potrawy.
Na ciasto wykładamy płachtę papieru do pieczenia i wysypujemy na niego groch, szklane kulki, fasolę, obciążając spód, który będziemy podpiekać, by nie wyrósł w górę.
Spód wkładamy do piekarnika i podpiekamy aż przestanie być surowy i nieco podeschnie, tak około 10 -15 minut.
W międzyczasie rozwałkowujemy cienko drugą porcję ciasta, która utworzy nam wierzch naszego ciasta pierogowego.
Podpieczony spód wyciągamy z piekarnika, usuwamy papier z obciążnikiem i napełniamy formę kopiato całym farszem ziemniaczano-serowym.
Na wierzch wykładamy rozwałkowany krąg ciasta, mocno przylepiamy do boków i ciasta spodniego, przykrywając ziemniaki. Nadmiar ciasta odcinamy, dołączamy do wcześniejszych resztek ze spodu.
Przygotujemy z nich potem Podpłomyki Staropolskie (przepis już niedługo).
Smarujemy wierzch ciasta dokładnie rozbełtanym jajkiem, posypujemy ziołami i wycinamy ostrym nożem kilka otworków wentylacyjnych na wierzchu.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy do momentu aż wierzch będzie pięknie złotawy i lśniący, a boki ciasta okażą się być twarde. Zajmie to około 25-35 minut, zależnie od piekarnika.
Wyciągamy z piekarnika ciasto pierogowe i pozwalamy mu nieco ostygnąć, zanim wydobędziemy je z formy.
Serwujemy, podając trójkąty ciasta w towarzystwie zimnej, kwaśnej śmietany lub kwaśnego mleka, położonej bezpośrednio na porcjach, lub w miseczce obok.
Podgrzane następnego dnia, smakuje jeszcze lepiej.
Smacznego!
------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Dough:
1kg of all-purpose flour
grape-seed oil
1/2litre mix of hot water and milk (half water and half milk mixed in a 1/2 l cup)
Filling:
7-10 medium size potato (or 14-20 smaller ones)
1 medium onion
200g of farmer's cheese (dry cottage cheese)
salt
pepper
1 beaten egg
dry parsley or dry thyme for sprinkling
The making of:
Wash and peel the potatos, put them into a pot, cover with water, add salt and cook until soft.
Mash the potato into puree, remembering it has to be smooth, without clumps.
Add farmer's cheese in the small bits, once again mash it alltogether or mix.
Chop the onion nicely, then put in on the frying pan with a bit of butter and fry it the way you like it in the puree (some of you may prefer when it is only glazed, the others like it to be browned). Add the fried onion to the potato-cheese mix, and once again mix it, adding salt and pepper to taste.
Check the taste and the consistence of the filling. If it is smooth and you like the taste, then put it aside for the time necesarry to prepare the dough.
Pour the flour on the flat surface, creating a small pile, and make some small holes in it in various places.
Salt the flour and drop some oil into the small holes.
On the center of flour pile, make a bigger hole, and pour there some of milk and water mix.
Working with your fingers, dig into the hole, mixing together the fluid and the flour until you end up with a lump od soft dough in your fingers. Mash it a little until it stops to stick to your fingers, put it aside, and pour again into the hole some more water and milk.
Repeat the process, making more small lumps of dough, sticking it together until you get a big ball of dough, and there is hardly nothing flour and milk with water left.
Lightly flour the surface, divide the ball into two even parts.
Roll the first part thin so it achieved the diameter of your pie dish, together with rims and some extras.
Preheat the oven to 356 - 392 degrees Fahrenheit.
Put a sheet of baking foil onto a pie dish, then put there a rolled dough, pressing it to the bottom and sides. Cut the extra dough, squash it again into the ball and leave it covered. It will find it's use for something else.
Put a sheet of baking paper onto a bottom dough, and pour there glass marbles, dry beans or any other stuff to burden the bottom while it is prebaked.
Put it into the oven and bake around 10-15 minutes until it starts to be dry.
In the meantime, roll the other part of the dough as you did with the first one.
Remove the prebaked crust of the oven, remove the paper and its burden and fill it to the top with potato-cheese filling.
Cover it with the second sheet of rolled dough, and press it to the edges of prebaked crust. Cut off the extra dough and add it to the ball of leftovers. We will use it to make Ye Olde-Polish Flatbreads (check for the recipe later).
Smear the surface of dumpling pie with a beaten egg, sprinkle with dried herbs and cut some ventil holes in the surface.
Put the rough dumpling pie into the oven and bake it until golden and shiny, and the rims appear hard while touched. Depending on you oven - 25-35 minutes.
Remove the dumplig pie of the oven and cool it a bit, before removing from the pie dish.
Serve cut into triangles with a splash of cold sour cream on top, or in a small bowl next to it, to dip.
Reheated the day after, it tastes even better then fresh one.
Cheers!
A ulepić sto pierogów znaczy siedzieć w kuchni bite pół dnia tylko nad tym. A gdzie jeszcze gotowanie partiami? W sumie po tym wszystkim to jakoś tak patrzysz na te pierogi czekające przed tobą, parujące, polane masełkiem, z miseczką śmietany obok, patrzysz i stwierdzasz, że w sumie to już ci się nie chce.
A nie chodzi przecież o to, by się zniechęcić robotą, a zaspokoić palące pragnienie w sumie prostej, smakowitej, ale strasznie pracochłonnej potrawy.
Za mną chodziły ruskie od tygodnia. Dzień w dzień, w tym upale wakacyjnym, myślałam sobie, że zjadłabym takie domowe. Nie ze sklepu ani z pierożarni, własnołapne. Ale, mimo, że ze składnikami to nigdy nie był problem, brakowało zawsze czasu. I samozaparcia, by ten pomysł, powracający do mnie jak bumerang, wyrósł ponad zwyczajne chciejstwo. Nie chciało mi się lepić.
Dlatego gdy ostatnio ponownie powróciła do mnie gryząca potrzeba ruskich i nadszedł piątek, skapitulowałam. Ale nie myślcie, że pokornie siadłam do kilkugodzinnego lepienia, niemal mdlejąc z gorąca, i jeszcze potem gotując w zaparowanej kuchni setkę pierogów. Nic z tego. Popatrzyłam na gotowy farsz, a potem na gotowe ciasto i pomyślałam jedną, jedyną rzecz: HAKUJEMY!
Wiecie już do czego to zmierza, nie? Zrobić to, co zaplanowane, ale używając takiej ilości skrótów, obejść i kiksów kuchennych, nie używając półproduktów, jeśli to tylko możliwe, by się nie napracować.
Bo w sumie... problem jest tylko z wykrawaniem tych kółek z ciasta, i lepieniem pierogów. Wszystko co przed tym etapem, właściwie to nie jest żadna robota. Ziemniaki ugotują się same, babranie się z ciastem jest szybkie i przyjemne... tylko to lepienie!
Jak więc już napisałam, zerknęłam na te dwa składniki, które tylko czekały, by zaspokoić mój pierogowy głód, a potem spojrzałam przypadkiem na nie do końca zjedzony pie owocowy w lodówce. Leżał tak sobie, świecił nadzieniem zamkniętym w dwóch warstwach ciasta i nagle zaczął głosić prawdę oświeconą: pieróg przecież też jest zamknięty. Tylko mały i z kółka. A gdyby tak nie wycinać i zrobić nie pierogi, a pieroga? I to absolutnie bez lepienia, w formie do tarty? Taki... dumpling pie, czyli ciasto ruskie pierogowe? No przecież!
Od pomysłu do wykonania, gdy się jest głodnym, droga krótka. Moja kreatywność wybuchła nagle i gdy z pasją atakowałam wałkiem ciasto, już kombinowałam, w jaki sposób wszystko zrobić tak, by ciasto pierogowe przypominało jak najbardziej pierogi w smaku w każdej części, ale było dopieczone, kruche i miękkie, piękne z wierzchu i od środka, smaczne.
Zważcie, gotowanie odpadało, więc mogło wyjść tu tylko pieczenie, ale nie wiedziałam jak typowe ciasto na pierogi się zachowa. Znaczy, każdy wie, co się robi z resztek ciasta po pierogach - Podpłomyki . Ale gdy jest w postaci płaskich kawałków, opiekanych swobodnie z obu stron. W tym przypadku obracanie nie wchodziło w grę - ciasto pierogowe musiało więc zostać podpieczone przed nałożeniem farszu. Dodatkowe kilka minut czekania, ale zawsze mniej niż 3 godziny lepienia.
Ryzyk-fizyk, nie było co czekać. Miałam idealne nadzienie, idealne ciasto, więc zrobiłam to, co mi ułańska fantazja i kreatywność podpowiedziała... i wyszło! Koncertowo, smacznie, nietypowo i po prostu pięknie.
Macie więc, podzielę się z wami pomysłem na zhakowanie pierogi ruskie w formie ciasta, które zajmą połowę tego czasu, jaki poświęcilibyście im w tradycyjnej formie i jedną trzecią całej pracy. Rzecz idealna na obecne upały i cholernie satysfakcjonująca. Już teraz, po samej zapowiedzi na stronie fejsbookowej, spotkałam się z zachwyconymi komentarzami mych znajomych: widać też chcą ruskich, ale odstrasza ich robota.
Cóż, teraz już wymówki nie znajdziecie, by nie ulec swemu pragnieniu i dumpling pie nie zrobić:)
Popatrzcie na to cudo i... zaczynamy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto:
1kg mąki
oliwa z pestek winogron
sól
1/2litrowy garnuszek z wymieszanymi ze sobą jak najcieplejszą wodą i mlekiem
Nadzienie:
7-10 średnich ziemniaków (odpowiednio 14-20 małych, młodych)
1 średnia cebula
200g sera białego
sól
pieprz
1 roztrzepane jajko
suszona natka pietruszki lub suszony tymianek
Wykonanie:
Obieramy ziemniaki, wrzucamy do garnka, zalewamy wodą aż je przykryje, wsypujemy sól i gotujemy je do miękkości.
Gotowe ziemniaki gnieciemy dokładnie na puree, pamiętając, by było gładkie, bez ziemniaczanych grud.
Drobimy do środka biały ser, mieszamy lub ugniatamy ponownie wszystko razem.
Cebulę obieramy, kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na maśle do stopnia jaki lubimy w pierogach (jedni tylko szklą, inni lubią zbrązowiałą). Gotową cebulę wrzucamy do puree ziemniaczano-sernego. Mieszamy lub gnieciemy raz jeszcze, aż wszystkie składniki się połączą, dodając w trakcie soli i pieprzu.
Sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli jest gładka, a smakowo nam odpowiada, odstawiamy nadzienie na bok, na czas wykonania ciasta.
Na stolnicę wysypujemy mąkę, robiąc z niej górkę, w górce robimy palcami kilka dziurek.
Posypujemy mąkę solą, a w dziurki wlewamy po kilka solidnych kropel oliwy.
Na samym środku górki robimy większą dziurę i w ten otwór wlewamy nieco mieszaniny mleczno-wodnej.
Przy pomocy palców merdamy w tej dziurze, miętosząc ciecz z mąką, aż w palcach znajdzie się nam gruda miękkiego ciasta. Ugniatamy ją do momentu aż przestanie się lepić do skóry, odkładamy na bok i ponownie w otwór w mące wlewamy trochę mleka z wodą, poszerzając stopniowo krąg, gdy coraz więcej mąki wpadać zacznie do dziury.
Proces powtarzamy, do poprzedniej grudki ciasta dołączając kolejne, w ten sposób uzyskane, aż w końcu otrzymamy solidną kulę miękkiego ciasta, a z górki mąki i garnuszka z wodą i mlekiem nic nam nie zostanie.
Lekko oprószamy stolnicę mąką i dzielimy kulę ciasta na dwie równe części.
Wałkujemy wpierw jedną cieniutko tak, by uzyskała średnicę naszej formy na tartę wraz z brzegami i naddatkiem.
Nastawiamy piekarnik na 180-200 stopni Celsjusza.
Formę na tartę wykładamy folią do pieczenia, następnie wykładamy na nią krąg ciasta, przylepiając je do dna i brzegów. Naddatki, jakie na pewno zawisną nam nad brzegiem, odcinamy, zgniatamy w kulkę i zostawiamy w misce. Przydadzą się do innej potrawy.
Na ciasto wykładamy płachtę papieru do pieczenia i wysypujemy na niego groch, szklane kulki, fasolę, obciążając spód, który będziemy podpiekać, by nie wyrósł w górę.
Spód wkładamy do piekarnika i podpiekamy aż przestanie być surowy i nieco podeschnie, tak około 10 -15 minut.
W międzyczasie rozwałkowujemy cienko drugą porcję ciasta, która utworzy nam wierzch naszego ciasta pierogowego.
Podpieczony spód wyciągamy z piekarnika, usuwamy papier z obciążnikiem i napełniamy formę kopiato całym farszem ziemniaczano-serowym.
Na wierzch wykładamy rozwałkowany krąg ciasta, mocno przylepiamy do boków i ciasta spodniego, przykrywając ziemniaki. Nadmiar ciasta odcinamy, dołączamy do wcześniejszych resztek ze spodu.
Przygotujemy z nich potem Podpłomyki Staropolskie (przepis już niedługo).
Smarujemy wierzch ciasta dokładnie rozbełtanym jajkiem, posypujemy ziołami i wycinamy ostrym nożem kilka otworków wentylacyjnych na wierzchu.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy do momentu aż wierzch będzie pięknie złotawy i lśniący, a boki ciasta okażą się być twarde. Zajmie to około 25-35 minut, zależnie od piekarnika.
Wyciągamy z piekarnika ciasto pierogowe i pozwalamy mu nieco ostygnąć, zanim wydobędziemy je z formy.
Serwujemy, podając trójkąty ciasta w towarzystwie zimnej, kwaśnej śmietany lub kwaśnego mleka, położonej bezpośrednio na porcjach, lub w miseczce obok.
Podgrzane następnego dnia, smakuje jeszcze lepiej.
Smacznego!
------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Dough:
1kg of all-purpose flour
grape-seed oil
1/2litre mix of hot water and milk (half water and half milk mixed in a 1/2 l cup)
Filling:
7-10 medium size potato (or 14-20 smaller ones)
1 medium onion
200g of farmer's cheese (dry cottage cheese)
salt
pepper
1 beaten egg
dry parsley or dry thyme for sprinkling
The making of:
Wash and peel the potatos, put them into a pot, cover with water, add salt and cook until soft.
Mash the potato into puree, remembering it has to be smooth, without clumps.
Add farmer's cheese in the small bits, once again mash it alltogether or mix.
Chop the onion nicely, then put in on the frying pan with a bit of butter and fry it the way you like it in the puree (some of you may prefer when it is only glazed, the others like it to be browned). Add the fried onion to the potato-cheese mix, and once again mix it, adding salt and pepper to taste.
Check the taste and the consistence of the filling. If it is smooth and you like the taste, then put it aside for the time necesarry to prepare the dough.
Pour the flour on the flat surface, creating a small pile, and make some small holes in it in various places.
Salt the flour and drop some oil into the small holes.
On the center of flour pile, make a bigger hole, and pour there some of milk and water mix.
Working with your fingers, dig into the hole, mixing together the fluid and the flour until you end up with a lump od soft dough in your fingers. Mash it a little until it stops to stick to your fingers, put it aside, and pour again into the hole some more water and milk.
Repeat the process, making more small lumps of dough, sticking it together until you get a big ball of dough, and there is hardly nothing flour and milk with water left.
Lightly flour the surface, divide the ball into two even parts.
Roll the first part thin so it achieved the diameter of your pie dish, together with rims and some extras.
Preheat the oven to 356 - 392 degrees Fahrenheit.
Put a sheet of baking foil onto a pie dish, then put there a rolled dough, pressing it to the bottom and sides. Cut the extra dough, squash it again into the ball and leave it covered. It will find it's use for something else.
Put a sheet of baking paper onto a bottom dough, and pour there glass marbles, dry beans or any other stuff to burden the bottom while it is prebaked.
Put it into the oven and bake around 10-15 minutes until it starts to be dry.
In the meantime, roll the other part of the dough as you did with the first one.
Remove the prebaked crust of the oven, remove the paper and its burden and fill it to the top with potato-cheese filling.
Cover it with the second sheet of rolled dough, and press it to the edges of prebaked crust. Cut off the extra dough and add it to the ball of leftovers. We will use it to make Ye Olde-Polish Flatbreads (check for the recipe later).
Smear the surface of dumpling pie with a beaten egg, sprinkle with dried herbs and cut some ventil holes in the surface.
Put the rough dumpling pie into the oven and bake it until golden and shiny, and the rims appear hard while touched. Depending on you oven - 25-35 minutes.
Remove the dumplig pie of the oven and cool it a bit, before removing from the pie dish.
Serve cut into triangles with a splash of cold sour cream on top, or in a small bowl next to it, to dip.
Reheated the day after, it tastes even better then fresh one.
Cheers!
wtorek, 28 czerwca 2016
Ekspresowa konfitura z rabarbaru i wanilii/ Quick rhubarb and vanilla jam
Od kiedy pamiętam, trwa w mojej rodzinie dysputa nad tym, co to tak właściwie jest rabarbar. I czy, bez względu na to, czym jest, jest dobry i warto go używać, jak tylko pojawia się na działkach i rynku, czy omijać łukiem i pozwolić innym go używać, albo cichutko przejrzeć i zemrzeć bezproduktywnie w ogródku.
Do tej dyskusji ostatnio dołączył mit, o jego toksyczności!
W życiu, powiadam wam, tyle się nie zastanawiano nad niczym jadalnym jak nad tymi różowo- zielonymi gałązkami i, co tu kryć, raczej nie za bardzo go wykorzystywano. Bo kwaśny, bo twardy i ma włókna. Bo znowu toksyczny ("i siebie strujesz i dzieciaka!"). A tak w ogóle to chwast! Chwasty się wyrywa i pali, a nie je!
Przytoczyłabym w tym momencie pokrzywę i jej niesamowite właściwości, a także mniszek lekarski, z którego liści robi się cudowną sałatkę, oraz bardzo fajne wino, ale naprawdę nie miałam ochoty na dyskusje z dwoma pokoleniami starszych od siebie, jazgoczących kobiet i garściami brałam ze straganu długie łodygi rabarbaru, w nosie mając, czy to chwast, warzywo, czy trucizna, ciesząc się, że wreszcie jest!
Bowiem ja rabarbar bardzo lubię i chociaż, jak się okazuje, jest on warzywem, oraz pleni się po działkach jak chce, czyli teoria, że to chwast, poniekąd ma potwierdzenie, od lat go zjadam w sezonie i nigdy jeszcze się nim nie otrułam.
Obalić należałoby i mit o trujących właściwościach. Otóż okazuje się, że rzeczywiście zawiera kwas szczawiowy i to dużo, ale w liściach, a liści przecież nikt rozsądny nie zjada. Jeśli więc cierpicie na reumatyzm albo macie chore nery - to mimo wszystko można go unikać. Reszcie się nie upiecze tak łatwo, gdyż poza tym, zachowując drobne środki ostrożności, można z niego robić rzeczy, o jakich się wam nie śniło.
Zazwyczaj brałam w obroty rabarbar dla celów pieczeniowych. Pokrojony w kawałeczki, obsypany cukrem, lądował na różnych, typowych ciastach. Na przykład doskonale pasuje do biszkopta, który już poznaliście na Bantofelkach jako Biszkopt z brzoskwiniami. Pół na pół z truskawkami daje niesamowite nadzienie w typowym cieście typu pie - polecam tutaj na przykład Cherry Pie, w którym zastępujemy nim wiśnie, robiąc całą resztę z owocami dokładnie tak samo. Ba, postać Willa Smitha w "MiB III" taki właśnie pie (tyle, że z prostym pokryciem z ciasta, a nie z bezą) zamawia w filmie i zdaje się być z niego niezwykle zadowolony!
Zresztą, będąc tak kontrowersyjnym warzywem, traktowanym jak owoc, niezbyt też jest obfity w rozmaite wariacje na jego temat i przeciętna, nie eksperymentująca za wiele gospodyni po prostu posypuje nim placki. Powinniśmy się więc pewnie cieszyć, że w ogóle z niego nie rezygnują, nie wypalają i możemy go używać, ledwie się zaczyna pojawiać na początku czerwca. Zabobon, ciemnota i kaczogród... pfff...
Nigdy nie twierdziłam, że jestem typową gosposią i w kuchni uznaję tylko podstawy. Znaczy się, na początku, każdy gotuje ściśle według jednego wzorca. Ale z czasem nagle zaczynamy sami łączyć smaki, zadawać pytania i coś, co od lat przyzwyczajono nas robić w jeden sposób, robimy inaczej. Tak się więc ma sprawa ze mną i rabarbarem. Przez pierwsze lata nauki pichcenia używałam go na ciastach. Wyłącznie. Ale w tym, gdy w oczy rzuciły mi się piękne, czerwone łodygi (im czerwieńsze tym słodsze!), a potem rzuciłam okiem na pułki z cukrem, gdzie stał również cukier żelujący do konfitur, nagle coś zaświtało. A gdyby tak konfitura z rabarbaru i... czegoś jeszcze? Tyle, że nie z kolejnego owocu. Chciałam w słoiku mieć wyłącznie rabarbar, ale z jakimś niezwykłym aromatem. I na dodatek stwierdziłam potem, że nie chcę cukru żelującego. Z owoców ze zwykłym cukrem też się da zrobić fantastyczną konfiturę i wcale nie trzeba poświęcać na to kilku dni, jak nas straszą w większości przepisów. Absolutnie nie. Gdzieś, coś mi mignęło, że trwa to znacznie krócej, a poza tym miałam już w koszu 2 kilo rabarbaru, więc nadszedł czas na eksperymenty.
Wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się bowiem, że oczywiście, że się da zrobić konfiturę bez żel-fixu, oczywiście, że nie trwa to długo i chociaż nie jest ona aż tak twarda jak dżem, a raczej miękka, możliwa do smarowania na bagietce na przykład, ale nie posiadająca formy soku, raczej jak miękki dżem, to na dodatek rabarbar cudownie komponuje się z wanilią. Jest słodko, kwaskowaty, odpowiednio dosmaczony wanilią to prawdziwe niebo w gębie, któremu trudno się oprzeć, nie pakując do ust wielkich łyżek, prosto z garnka lub słoików.
Po tym eksperymencie poszłam za ciosem i dokonałam kolejnej rzeczy z rabarbaru, to jest Rabarbarowego Curdu, odmiany tego Cytrusowego Curdu z Pern, który już tu widzieliście - i również z zaskakującymi, pozytywnymi efektami.
Curd wyląduje na Bantofelkach rzutem na taśmę, jako kolejny po Konfiturze, bo jeszcze rabarbar jest na straganach, jeszcze tani, a co najważniejsze, mocno czerwony, idealny do używania właśnie teraz. Bierzcie więc i róbcie. Łapcie za łodygi i nie bójcie się rabarbaru, bo ani się nie strujecie (o ile nie będziecie jeść liści), a wręcz przeciwnie, to azjatyckie (tak, tak, do nas, do Europy trafiło dopiero w XVIII wieku razem z Markiem Polo) warzywo wkrótce zawojuje nie tylko wasze ciasta, ale i półki z przetworami. Połączenie rabarbaru z wanilią to tylko początek. Cynamon, imbir, również wspaniale z nim będą współgrać, nie wspominając po raz kolejny o truskawkach, z którymi w smaku ma wspólny mianownik, pasując do nich jak dłoń do rękawiczki.
I nawet, mimo obecnych upałów, nie przepracujecie się nad tą konfiturą. Zrobienie jej, od wymycia i oporządzenia rabarbaru, do wpakowania konfitury do słoików zajmuje TYLKO 20 minut.
A zatem, bez dalszych zachwalanek, lecimy na rynek po rabarbar i zaczynamy zabawę...
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki: (na jeden słoik wielkości takiej jak na zdjęciu)
250g łodyg rabarbaru (im bardziej czerwone tym lepiej)
1 szklanka cukru pudru (może być również kryształ)
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki wody
Wykonanie:
Łodygi rabarbaru myjemy, starannie odcinamy wszystkie resztki liści, następnie czyścimy, ale tylko na końcach, skurując tylko te co grubsze łodygi. Młode po prostu tniemy na kawałki, ale grubsze trzeba pozbawić w ten sposób nadmiaru skórki i tych ciągnących się włókien i dopiero wtedy posiekać.
Pocięty na kawałki rabarbar wrzucamy do garnka z grubym dnem, dodajemy cukier, ekstrakt z wanilii i wodę i nastawiamy mały ogień.
Przez 2-4 minut mieszamy starannie, podgrzewając, aż cukier rozpuści się całkowicie, następnie ogień podkręcamy na średni i gotujemy przez dalsze 10-12 minut, mieszając dosyć często.
Konfitura będzie gotowa w momencie, gdy stanie się gęsta i lepka, a większość rabarbaru będzie w stanie półpłynnym. Dla pewności możemy jeszcze dodać 5 minut do gotowania.
Po tym czasie zdejmujemy konfiturę z ognia, raz jeszcze próbujemy, ewentualnie dodając cukier lub ekstraktu z wanilii, jeżeli potrzebujemy intensywniejszego smaku i gorącą przekładamy do wyparzonego słoika.
Słoik szczelnie zamykamy i gdy wystygnie, przechowujemy w lodówce.
Konfitura będzie mieć luźniejszą formę niż typowe, twarde, po użyciu żelfixu, ale też idealną do rozsmarowywania na wszelkiej maści bułeczkach, bagietce, lub idealnie posłuży jako nadzienie do ciast typu pie.
Smacznego!
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:(for 1 medium sized mason jar)
1 bunch (250g) of rhubarb, leaves trimmed, stalks cleaned and finely chopped (the redder, the better)
Do tej dyskusji ostatnio dołączył mit, o jego toksyczności!
W życiu, powiadam wam, tyle się nie zastanawiano nad niczym jadalnym jak nad tymi różowo- zielonymi gałązkami i, co tu kryć, raczej nie za bardzo go wykorzystywano. Bo kwaśny, bo twardy i ma włókna. Bo znowu toksyczny ("i siebie strujesz i dzieciaka!"). A tak w ogóle to chwast! Chwasty się wyrywa i pali, a nie je!
Przytoczyłabym w tym momencie pokrzywę i jej niesamowite właściwości, a także mniszek lekarski, z którego liści robi się cudowną sałatkę, oraz bardzo fajne wino, ale naprawdę nie miałam ochoty na dyskusje z dwoma pokoleniami starszych od siebie, jazgoczących kobiet i garściami brałam ze straganu długie łodygi rabarbaru, w nosie mając, czy to chwast, warzywo, czy trucizna, ciesząc się, że wreszcie jest!
Bowiem ja rabarbar bardzo lubię i chociaż, jak się okazuje, jest on warzywem, oraz pleni się po działkach jak chce, czyli teoria, że to chwast, poniekąd ma potwierdzenie, od lat go zjadam w sezonie i nigdy jeszcze się nim nie otrułam.
Obalić należałoby i mit o trujących właściwościach. Otóż okazuje się, że rzeczywiście zawiera kwas szczawiowy i to dużo, ale w liściach, a liści przecież nikt rozsądny nie zjada. Jeśli więc cierpicie na reumatyzm albo macie chore nery - to mimo wszystko można go unikać. Reszcie się nie upiecze tak łatwo, gdyż poza tym, zachowując drobne środki ostrożności, można z niego robić rzeczy, o jakich się wam nie śniło.
Zazwyczaj brałam w obroty rabarbar dla celów pieczeniowych. Pokrojony w kawałeczki, obsypany cukrem, lądował na różnych, typowych ciastach. Na przykład doskonale pasuje do biszkopta, który już poznaliście na Bantofelkach jako Biszkopt z brzoskwiniami. Pół na pół z truskawkami daje niesamowite nadzienie w typowym cieście typu pie - polecam tutaj na przykład Cherry Pie, w którym zastępujemy nim wiśnie, robiąc całą resztę z owocami dokładnie tak samo. Ba, postać Willa Smitha w "MiB III" taki właśnie pie (tyle, że z prostym pokryciem z ciasta, a nie z bezą) zamawia w filmie i zdaje się być z niego niezwykle zadowolony!
Zresztą, będąc tak kontrowersyjnym warzywem, traktowanym jak owoc, niezbyt też jest obfity w rozmaite wariacje na jego temat i przeciętna, nie eksperymentująca za wiele gospodyni po prostu posypuje nim placki. Powinniśmy się więc pewnie cieszyć, że w ogóle z niego nie rezygnują, nie wypalają i możemy go używać, ledwie się zaczyna pojawiać na początku czerwca. Zabobon, ciemnota i kaczogród... pfff...
Nigdy nie twierdziłam, że jestem typową gosposią i w kuchni uznaję tylko podstawy. Znaczy się, na początku, każdy gotuje ściśle według jednego wzorca. Ale z czasem nagle zaczynamy sami łączyć smaki, zadawać pytania i coś, co od lat przyzwyczajono nas robić w jeden sposób, robimy inaczej. Tak się więc ma sprawa ze mną i rabarbarem. Przez pierwsze lata nauki pichcenia używałam go na ciastach. Wyłącznie. Ale w tym, gdy w oczy rzuciły mi się piękne, czerwone łodygi (im czerwieńsze tym słodsze!), a potem rzuciłam okiem na pułki z cukrem, gdzie stał również cukier żelujący do konfitur, nagle coś zaświtało. A gdyby tak konfitura z rabarbaru i... czegoś jeszcze? Tyle, że nie z kolejnego owocu. Chciałam w słoiku mieć wyłącznie rabarbar, ale z jakimś niezwykłym aromatem. I na dodatek stwierdziłam potem, że nie chcę cukru żelującego. Z owoców ze zwykłym cukrem też się da zrobić fantastyczną konfiturę i wcale nie trzeba poświęcać na to kilku dni, jak nas straszą w większości przepisów. Absolutnie nie. Gdzieś, coś mi mignęło, że trwa to znacznie krócej, a poza tym miałam już w koszu 2 kilo rabarbaru, więc nadszedł czas na eksperymenty.
Wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się bowiem, że oczywiście, że się da zrobić konfiturę bez żel-fixu, oczywiście, że nie trwa to długo i chociaż nie jest ona aż tak twarda jak dżem, a raczej miękka, możliwa do smarowania na bagietce na przykład, ale nie posiadająca formy soku, raczej jak miękki dżem, to na dodatek rabarbar cudownie komponuje się z wanilią. Jest słodko, kwaskowaty, odpowiednio dosmaczony wanilią to prawdziwe niebo w gębie, któremu trudno się oprzeć, nie pakując do ust wielkich łyżek, prosto z garnka lub słoików.
Po tym eksperymencie poszłam za ciosem i dokonałam kolejnej rzeczy z rabarbaru, to jest Rabarbarowego Curdu, odmiany tego Cytrusowego Curdu z Pern, który już tu widzieliście - i również z zaskakującymi, pozytywnymi efektami.
Curd wyląduje na Bantofelkach rzutem na taśmę, jako kolejny po Konfiturze, bo jeszcze rabarbar jest na straganach, jeszcze tani, a co najważniejsze, mocno czerwony, idealny do używania właśnie teraz. Bierzcie więc i róbcie. Łapcie za łodygi i nie bójcie się rabarbaru, bo ani się nie strujecie (o ile nie będziecie jeść liści), a wręcz przeciwnie, to azjatyckie (tak, tak, do nas, do Europy trafiło dopiero w XVIII wieku razem z Markiem Polo) warzywo wkrótce zawojuje nie tylko wasze ciasta, ale i półki z przetworami. Połączenie rabarbaru z wanilią to tylko początek. Cynamon, imbir, również wspaniale z nim będą współgrać, nie wspominając po raz kolejny o truskawkach, z którymi w smaku ma wspólny mianownik, pasując do nich jak dłoń do rękawiczki.
I nawet, mimo obecnych upałów, nie przepracujecie się nad tą konfiturą. Zrobienie jej, od wymycia i oporządzenia rabarbaru, do wpakowania konfitury do słoików zajmuje TYLKO 20 minut.
A zatem, bez dalszych zachwalanek, lecimy na rynek po rabarbar i zaczynamy zabawę...
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki: (na jeden słoik wielkości takiej jak na zdjęciu)
250g łodyg rabarbaru (im bardziej czerwone tym lepiej)
1 szklanka cukru pudru (może być również kryształ)
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki wody
Wykonanie:
Łodygi rabarbaru myjemy, starannie odcinamy wszystkie resztki liści, następnie czyścimy, ale tylko na końcach, skurując tylko te co grubsze łodygi. Młode po prostu tniemy na kawałki, ale grubsze trzeba pozbawić w ten sposób nadmiaru skórki i tych ciągnących się włókien i dopiero wtedy posiekać.
Pocięty na kawałki rabarbar wrzucamy do garnka z grubym dnem, dodajemy cukier, ekstrakt z wanilii i wodę i nastawiamy mały ogień.
Przez 2-4 minut mieszamy starannie, podgrzewając, aż cukier rozpuści się całkowicie, następnie ogień podkręcamy na średni i gotujemy przez dalsze 10-12 minut, mieszając dosyć często.
Konfitura będzie gotowa w momencie, gdy stanie się gęsta i lepka, a większość rabarbaru będzie w stanie półpłynnym. Dla pewności możemy jeszcze dodać 5 minut do gotowania.
Po tym czasie zdejmujemy konfiturę z ognia, raz jeszcze próbujemy, ewentualnie dodając cukier lub ekstraktu z wanilii, jeżeli potrzebujemy intensywniejszego smaku i gorącą przekładamy do wyparzonego słoika.
Słoik szczelnie zamykamy i gdy wystygnie, przechowujemy w lodówce.
Konfitura będzie mieć luźniejszą formę niż typowe, twarde, po użyciu żelfixu, ale też idealną do rozsmarowywania na wszelkiej maści bułeczkach, bagietce, lub idealnie posłuży jako nadzienie do ciast typu pie.
Smacznego!
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:(for 1 medium sized mason jar)
1 bunch (250g) of rhubarb, leaves trimmed, stalks cleaned and finely chopped (the redder, the better)
1 cup of caster (or regular white) sugar
1 tblspn of vanilla extract
2 tblspns of water
The making of:
Wash, clean and chopp finely the rhubarb stalks. You should also skin the bigger ones, to prevent the strings appearing from nowhere, but the smaller ones do not need this kind of action.
Combine rhubarb, sugar, vanilla extract and water on low heat in a heavy bottomed pot.
Cook for 2-4 minutes, stirring, until sugar has dissolved. Increase heat to medium and cook for approximately 10-12 minutes, stirring constantly.
The jam will be ready when it becomes thick and sticky, and most of rhubarb is half melted. You can add the extra 5 minutes to cooking time, just to make sure.
Remove the jam from the fire, check the taste, adding more sugar or vanilla extract if necesarry, and put in into mason jar, still hot.
Close the mason jar and let the jam cool in a room temperature. Then put the jar into the fridge or any other dark place.
The jam should have a soft consistence, not as hard as the ones you can buy ready-made in a shop. It is perfect to smear it on any kind of scones, baguettes or toasts, and it will be great used the filling for any pies.
Cheers!
niedziela, 26 czerwca 2016
Staropolski napój czereśniowo-miętowy// Ye Olde Polish sweet cherry-spearmint beverage
Upały jak ta lala. Człowiek w takim czasie wybitnie zaczyna zamiast ssaka przypominać gada, a tak konkretnie żmiję. Jak się gdzie położy, niezależnie, czy w ciepłej plamie, czy na plaży plackiem, na leżaku, czy za szczelnie zasłoniętymi żaluzjami w chłodnym domku, tak nie ma absolutnie ochoty się ruszać, póki na niego nie nadepną. A wtedy kąśliwe "patrz, gdzie leziesz", brzmi ostrzej niż wbicie jadowych, gadzich kłów w nieopatrzną stopę.
I pomyśleć, że to ledwie koniec czerwca, lipiec za pasem, a już 35 stopni na termometrach i każdemu bije w najlepsze w dekiel z gorąca. I co gorsza, takie zachowanie się przenosi na sąsiadów, jak zaraza morowa. "Kacze Bojówki" wygadują gorsze bzdury, niż w chłodnej porze, Anglicy Brexitują się z Unii tylko po to by zaraz odwoływać to, że chcą się Brexitować i żądają nowych referendów,bo..., a mężczyźni zachowują się jak kobiety, zmieniając zdanie co pięć minut i sprawiając, że wątpimy w istnienie logicznego, męskiego pomyślunku, co przecież zwykle jest nam na rękę. Jak oni są od logicznego myślenia, to nam wolno a nawet powinnyśmy robić głupoty, dla zachowania równowagi na świecie.
Chyba już więc jasnym jest, czemu zdecydowanie wolę jesień o lata i to nie tylko dlatego, że alergia wtedy mnie nie atakuje. Myśli się jaśniej i więcej chce przez 20 stopniach, niż przy prawie 40.
Plusem gorąca za to jest to, że najsmaczniejsze owoce dojrzewają w ekspresowym tempie. Truskawki powoli się kończą, poziomki, przynajmniej u mnie w skrzynce balkonowej, czerwienieją pięknie i każdego dnia czerpiemy z tego ogromną przyjemność z Małym, buszując wśród zielonych liści i wyłuskując kolejne, malutkie, smaczne skarby.
No i pojawiły się już rabarbar i czereśnie. Ten pierwszy owoc (warzywo? chwast? cokolwiek to jest, opinie są podzielone) już trafił w moje ręce i pod nóż i to bynajmniej nie do prozaicznego przyozdobienia nim ciasta. W wasze ręce już wkrótce teleportują się zatem dwa wspaniałe przepisy na przetwory z rabarbaru. Wpierw jednak, ze względu na te straszne upały postanowiłam dać wam coś czereśniowego, mokrego, do picia litrami. Szczególnie, że właśnie teraz jest pora na te najlepsze czereśnie. Twarde, jeszcze bez robactwa, za to słodkie. Nie trzeba się przy nich przejmować drylowaniem i wyganianiem potencjalnych podjadaczy przy pestce (bo przecież do napoju wkładki mięsnej nie dodamy), a i się nie przepracujemy przy tym. Zaskakujący dodatek mięty natomiast doda napitkowi niezwykłego, orzeźwiającego smaku, nie gasząc czereśniowego aromatu.
Nie na darmo przepis na ten kompot jest jednym z tych starszych, które postanowili opisać autorzy książki: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Z tej rozkosznej książki mieliście przyjemność poznać już przepis na polewkę grzybową. Teraz więc ponownie coś mokrego, odpowiadającego na pytanie, jakie dosyć często pada na imprezach historycznych ze strony odwiedzających ku nam, kobietom-rekonstruktorkom, pilnującym kotła z jadłem: co pili nasi przodkowie?
Rzecz wiadoma, że nie herbatę i kawę. Ci wcześni byli przecież ludem zbieraczy i hodowców, więc żyli z tego, co dała natura, zaleźli lub wyhodowali. Również, co upędzili. Wina, piwa i miody na pewno i z całą pewnością mogę wam powiedzieć, że smakowały inaczej niż nasze obecne, choćby dlatego, że mój ślubny nastawił miód wedle jednej ze starych receptury i już teraz smakuje on znacznie lepiej niż wszystkie "butelkowce" świata razem wzięte. Jednak nie tylko alkoholiczne rzeczy się piło.
Przede wszystkim więc mleko, wodę, napary owocowe i ziołowe, lub też, jak w przypadku bohatera dzisiejszej felki - napój owocowo-zielny. Wiadomo, woda smaku nie ma, a dawni słowianie różnili się od obecnych tylko okolicznościami, w których przyszło im istnieć, na pewno nie potrzebami kubków smakowych. Skoro więc mieli pod ręką mnóstwo smacznych owoców i miód - czemu by nie dosmaczać wody powszedniej i zrobić z niej przysmak?
A kop jakiego nam daje kawa i herbata? Jak wobec tego wstawał jeden z drugim o 5 rano, bo zwierzęta gospodarskie oporządzić, wyjmując przyzwyczajenie? Ano teiny i kofeiny nie było bez kawy i herbaty, kawa w Arabii, a herbata w Chinach w tamtych czasach, więc nasi zacni przodkowe do swych napitków szczodrze dodawali zioła, które zawierały ekwiwalent różnych takich substancji pobudzających, a przy tym i zdrowsi byli, bo oprócz pobudzaczy, spożywali przy tym wiele witamin i mikroelementów, hurtowo pobudzając się i lecząc różne przypadłości.
Mięta, której bez wątpienia używali jest cudownym zielem na gorąco. Można z niej zrobić syrop, wywar na żołądek, zjeść listki na surowo lub dodać do dowolnego napoju jako dosmaczać i cieszyć się chłodnym posmakiem, jaki mu zapewni. A ponieważ solo ma smak, za którym nie każdy przepada, można spokojnie go zamaskować wyraźniejszym owocowym.
Spróbujcie w te upalne dni staropolskiego napoju z czereśni i mięty, a zdecydowanie nie zawiedziecie się jego niezwykłym smakiem. I nie przepracujecie, bo w sumie robi się sam. Nam pozostaje tylko zagotować go i wyłączyć, a potem czekać aż wystygnie. I tyle. Praktyczni przodkowie bez wątpienia by chwalili, a my... cóż... do dna:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
1/2 litra owoców czereśni (wczesnych, tych niezarobaczonych)
2 gałązki mięty ogrodowej
1 i 1/2 litra wody
Wykonanie:
Czereśnie myjemy, pozbawiamy liści i ogonków, sprawdzamy, czy nie posiadają dziurek, świadczących, że robak się zagnieździł i w przypadku, gdyby były "czyste", wrzucamy do gotującej się wody jak leci.
Jeżeli jednak mają robaki, trzeba będzie je poprzecinać, przy tym i wydrylować, robaków się pozbyć i wtedy owoce wrzucać do wrzątku.
Zagotowujemy wodę z czereśniami, gotujemy napój jeszcze przez około 5 minut.
Po tym czasie zdejmujemy garnek z ognia, dorzucamy opłukane gałązki mięty w całości i odstawiamy napój do ostudzenia.
Przed spożyciem możemy miętę wydobyć z napoju, albo zostawić, zależnie jak intensywny smak lubimy.
Smacznego:)
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
1/2 litre of sweet cherries
2 sprigs of spearmint
1 and 1/2 litre of water
The making of:
Wash sweet cherries, remove the leaves and stems, check if it is clean of worms, and drop them into the boiling water.
If there are worm-holes noticed, be sure to check every berry, remove the stones, and only after that, drop them into the boiling water.
Boil the water once again with a sweet cherries inside, and let it boilng for another 5 minutes.
Move the pot of the fire, drop the sprigs of spearmint inside and let it to cool completelly.
Before the serving, remove the spearmint sprigs. You may also leave it inside, depending on how strong the taste of mint you prefer.
Cheers:)
I pomyśleć, że to ledwie koniec czerwca, lipiec za pasem, a już 35 stopni na termometrach i każdemu bije w najlepsze w dekiel z gorąca. I co gorsza, takie zachowanie się przenosi na sąsiadów, jak zaraza morowa. "Kacze Bojówki" wygadują gorsze bzdury, niż w chłodnej porze, Anglicy Brexitują się z Unii tylko po to by zaraz odwoływać to, że chcą się Brexitować i żądają nowych referendów,bo..., a mężczyźni zachowują się jak kobiety, zmieniając zdanie co pięć minut i sprawiając, że wątpimy w istnienie logicznego, męskiego pomyślunku, co przecież zwykle jest nam na rękę. Jak oni są od logicznego myślenia, to nam wolno a nawet powinnyśmy robić głupoty, dla zachowania równowagi na świecie.
Chyba już więc jasnym jest, czemu zdecydowanie wolę jesień o lata i to nie tylko dlatego, że alergia wtedy mnie nie atakuje. Myśli się jaśniej i więcej chce przez 20 stopniach, niż przy prawie 40.
Plusem gorąca za to jest to, że najsmaczniejsze owoce dojrzewają w ekspresowym tempie. Truskawki powoli się kończą, poziomki, przynajmniej u mnie w skrzynce balkonowej, czerwienieją pięknie i każdego dnia czerpiemy z tego ogromną przyjemność z Małym, buszując wśród zielonych liści i wyłuskując kolejne, malutkie, smaczne skarby.
No i pojawiły się już rabarbar i czereśnie. Ten pierwszy owoc (warzywo? chwast? cokolwiek to jest, opinie są podzielone) już trafił w moje ręce i pod nóż i to bynajmniej nie do prozaicznego przyozdobienia nim ciasta. W wasze ręce już wkrótce teleportują się zatem dwa wspaniałe przepisy na przetwory z rabarbaru. Wpierw jednak, ze względu na te straszne upały postanowiłam dać wam coś czereśniowego, mokrego, do picia litrami. Szczególnie, że właśnie teraz jest pora na te najlepsze czereśnie. Twarde, jeszcze bez robactwa, za to słodkie. Nie trzeba się przy nich przejmować drylowaniem i wyganianiem potencjalnych podjadaczy przy pestce (bo przecież do napoju wkładki mięsnej nie dodamy), a i się nie przepracujemy przy tym. Zaskakujący dodatek mięty natomiast doda napitkowi niezwykłego, orzeźwiającego smaku, nie gasząc czereśniowego aromatu.
Nie na darmo przepis na ten kompot jest jednym z tych starszych, które postanowili opisać autorzy książki: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Z tej rozkosznej książki mieliście przyjemność poznać już przepis na polewkę grzybową. Teraz więc ponownie coś mokrego, odpowiadającego na pytanie, jakie dosyć często pada na imprezach historycznych ze strony odwiedzających ku nam, kobietom-rekonstruktorkom, pilnującym kotła z jadłem: co pili nasi przodkowie?
Rzecz wiadoma, że nie herbatę i kawę. Ci wcześni byli przecież ludem zbieraczy i hodowców, więc żyli z tego, co dała natura, zaleźli lub wyhodowali. Również, co upędzili. Wina, piwa i miody na pewno i z całą pewnością mogę wam powiedzieć, że smakowały inaczej niż nasze obecne, choćby dlatego, że mój ślubny nastawił miód wedle jednej ze starych receptury i już teraz smakuje on znacznie lepiej niż wszystkie "butelkowce" świata razem wzięte. Jednak nie tylko alkoholiczne rzeczy się piło.
Przede wszystkim więc mleko, wodę, napary owocowe i ziołowe, lub też, jak w przypadku bohatera dzisiejszej felki - napój owocowo-zielny. Wiadomo, woda smaku nie ma, a dawni słowianie różnili się od obecnych tylko okolicznościami, w których przyszło im istnieć, na pewno nie potrzebami kubków smakowych. Skoro więc mieli pod ręką mnóstwo smacznych owoców i miód - czemu by nie dosmaczać wody powszedniej i zrobić z niej przysmak?
A kop jakiego nam daje kawa i herbata? Jak wobec tego wstawał jeden z drugim o 5 rano, bo zwierzęta gospodarskie oporządzić, wyjmując przyzwyczajenie? Ano teiny i kofeiny nie było bez kawy i herbaty, kawa w Arabii, a herbata w Chinach w tamtych czasach, więc nasi zacni przodkowe do swych napitków szczodrze dodawali zioła, które zawierały ekwiwalent różnych takich substancji pobudzających, a przy tym i zdrowsi byli, bo oprócz pobudzaczy, spożywali przy tym wiele witamin i mikroelementów, hurtowo pobudzając się i lecząc różne przypadłości.
Mięta, której bez wątpienia używali jest cudownym zielem na gorąco. Można z niej zrobić syrop, wywar na żołądek, zjeść listki na surowo lub dodać do dowolnego napoju jako dosmaczać i cieszyć się chłodnym posmakiem, jaki mu zapewni. A ponieważ solo ma smak, za którym nie każdy przepada, można spokojnie go zamaskować wyraźniejszym owocowym.
Spróbujcie w te upalne dni staropolskiego napoju z czereśni i mięty, a zdecydowanie nie zawiedziecie się jego niezwykłym smakiem. I nie przepracujecie, bo w sumie robi się sam. Nam pozostaje tylko zagotować go i wyłączyć, a potem czekać aż wystygnie. I tyle. Praktyczni przodkowie bez wątpienia by chwalili, a my... cóż... do dna:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
1/2 litra owoców czereśni (wczesnych, tych niezarobaczonych)
2 gałązki mięty ogrodowej
1 i 1/2 litra wody
Wykonanie:
Czereśnie myjemy, pozbawiamy liści i ogonków, sprawdzamy, czy nie posiadają dziurek, świadczących, że robak się zagnieździł i w przypadku, gdyby były "czyste", wrzucamy do gotującej się wody jak leci.
Jeżeli jednak mają robaki, trzeba będzie je poprzecinać, przy tym i wydrylować, robaków się pozbyć i wtedy owoce wrzucać do wrzątku.
Zagotowujemy wodę z czereśniami, gotujemy napój jeszcze przez około 5 minut.
Po tym czasie zdejmujemy garnek z ognia, dorzucamy opłukane gałązki mięty w całości i odstawiamy napój do ostudzenia.
Przed spożyciem możemy miętę wydobyć z napoju, albo zostawić, zależnie jak intensywny smak lubimy.
Smacznego:)
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
1/2 litre of sweet cherries
2 sprigs of spearmint
1 and 1/2 litre of water
The making of:
Wash sweet cherries, remove the leaves and stems, check if it is clean of worms, and drop them into the boiling water.
If there are worm-holes noticed, be sure to check every berry, remove the stones, and only after that, drop them into the boiling water.
Boil the water once again with a sweet cherries inside, and let it boilng for another 5 minutes.
Move the pot of the fire, drop the sprigs of spearmint inside and let it to cool completelly.
Before the serving, remove the spearmint sprigs. You may also leave it inside, depending on how strong the taste of mint you prefer.
Cheers:)
środa, 22 czerwca 2016
Kipiące ciastka jagodowe Piemura (Jeźdźcy smoków z Pern) i 10.000 wyświetleń Bantofelków / Piemur's blueberry bubbly pies (Dragonriders of Pern)Pern and 10.000 Bantofelki views
No, to mamy kolejny wpis jubileuszowy. Jeszcze parę postów temu świętowaliśmy pierwsze urodziny bloga, a dzisiaj z dumą ogłaszam, że przekroczony został pułap 10.000 wejść na bloga i w tym momencie liczba ta wynosi 10.080. Żeby było jeszcze ciekawej, zeszły miesiąc zebrał równe 2.000 wejść, prawdopodobnie dzięki niesamowitym Donutom Lokiego, a pierwszy z czterech zapodanych challenge'ów, na Crack Pie, cieszy się póki co bardzo ładną popularnością. Cieszę się! Może dla tych, co mają bardziej komercyjne, znane, prowadzone od lat blogi, wsparcie reklamodawcy, ludzi od szaty graficznej i kodowania i stałą rzeszę fanów, zdobycie ponad tysiąca obejrzeń posta w miesiąc, to żadne osiągnięcie, ale ja nadal jestem na starcie. Wszystko piszę, gotuję i poprawiam sama, uczę się na własnych błędach i powoli zaczynam być widoczna tu i ówdzie. Jeszcze nie na tyle by mówić o jakiejś sensacyjnej popularności, ale przypuszczam, że fandom, miłośnicy książek fantastycznych i ekipa fanów zgromadzonych wokół Kuby Ćwieka nie potrząsałaby bez zrozumienia głową, gdyby im wspomniano o Bantofelkach. Ktoś by zakojarzył, że to ta "od pączków Manany", albo od "Donutów Lokiego", tudzież innych rzeczy, związanych z rekonstruowaniem przepisów z rozmaitych filmów i książek, tudzież tych najbardziej fascynujących i niezwykłych, odnalezionych w najbliższym otoczeniu. Jest powód do dumy? Ano jest. Zawsze mogłabym przymierać bezweniem, stopniowo tworzyć coraz mniej postów i w końcu pozwolić blogowi umrzeć śmiercią naturalną, jak się to dzieje z 50% nowo tworzonych.
Ale ponieważ nadal mi się chce, a przed sobą mam piękną kolejkę już gotowych potraw, czekających tylko na felki i posty, oraz tych zaplanowanych, nieugotowanych jeszcze, ale do których mi język ucieka i namacalnie widzę, że coś się ruszyło, jedziemy i pracujemy dalej. W końcu tak blog to bardzo wdzięczna rzecz. Któż z was chociaż raz nie tęsknił do potraw opisanych smakowicie w swoich ulubionych książkach i niejednokrotnie marzył, by ich spróbować, niech pierwszy rzuci kamień!
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, 10k stuknęło, przechodzimy do felki. A ta, skoro inauguracyjna, powinna przecież być dokładnie w temacie, który nas najbardziej interesuje i dotyczy. Czyli ponownie bierzemy dzisiaj na warsztat potrawę książkową. Tym razem po raz kolejny z niezwykłego świata Jeźdźców Smoków z Pern.
Z tą serią, pisaną przez nieodżałowanej pamięci Smoczą Panią Anne MacCaffrey mieliście już styczność na tym blogu, dzięki Cytrynowo-Ananasowemu Curdowi, w którym przedstawiłam niezwykłą, jak dla Polaka, alternatywę dla dżemu na mazidło do chleba slash nadzienie do rozmaitych wypieków, plasujące się pomiędzy owocowym przetworem, a budyniem. Tak smaczne i niezwykłe, że nie dziwię się, że jest to ikoniczna, znana rzecz u zachodnich sąsiadów. U nas tego w sklepach jeszcze nie ma, dlatego warto się z tym cudeńkiem zapoznać, czy kochacie świat Pernu i smoki, czy też nie i zawsze posiadać słoiczek w lodówce w razie pilnej potrzeby napchania się nim wieczorową, dołującą porą.
A ponieważ Smocza Pani przez ponad dwadzieścia lat stworzyła ogromny świat, a perneńskich książek powstało prawie trzy dziesiątki, jak dobrze liczę, siłą rzeczy bohaterowie musieli coś tam jeść. A skoro świat niezwykły, ale jednak nieco znajomy, to i potrawy niezwykłe, jednak możliwe do odtworzenia, raz, że z samych opisów, a dwa, dzięki uprzejmości wydawcy, powstał przewodnik po Pernie, w którym najbardziej charakterystyczne, perneńskie potrawy zawędrowały już w formie przepisów. Nosi tytuł "Dragonlovers Guide to Pern" i można rzec, że obecnie jest "białym krukiem".
Mimo usilnych starań, nie byłam w stanie tej książki już kupić w formie papierowej (w Polsce nie wyszła oczywiście - dziękujemy wydawnictwu AMBER, które, jak zwykle, zaczęło wydawać cykl i go nie skończyło! - w USA dawno temu i dodruków nie robią), a elektronicznej nie chcę, jako ta, która lubi mieć cegiełkę z papieru w ręce i na półce, a nie w czytniku, jednak inni byli. I od nich, użytkowników zachodnich, którzy już niektóre przepisy wypróbowali, zaczerpnęłam same mechaniczne składniki i proporcje.
Pozostaje jednak jeszcze kwestia: skąd? Czemu akurat ta potrawa i czemu akurat teraz? Ano dlatego, że śliniłam się do "Kipiaczków" za każdym razem gdy o nich czytałam w trylogii o Menolly (nadal to czynię, mimo, że minęło prawie 20 lat, odkąd zetknęłam się z cyklem perneńskim) i tylko kwestią czasu i dostępności składników było, kiedy je zrobię. A teraz? A byliście ostatnio w lesie? Borówek zatrzęsienie. Prawdziwych, polskich, tych z największą ilością aromatu, bosko smacznych. Dokładnie tych, które zapragnęłam ujrzeć w Kipiących Ciastkach. Co prawda przepisy wołają o borówkę amerykańską, ale ona, cóż, smaczna, ale to już nie ta prawdziwa borówka. No i na amerykańskie czekać bym musiała jeszcze co najmniej miesiąc. Nie lza! Ja chciałam już, natychmiast, gdy tylko zobaczyła pola fioletu na tle zielonego, leśnego runa. I nawet gdy się wyprostowałam z jękiem po zebraniu półtora litra tego dobra, nadal upierałam się przy fakcie, że zrobię.
Zrobiłam.
Było warto! I to na tyle, że "Kipiaczki" z łatwością wśliznęły się przed planowane donuty bezglutenowe, czyli Challenge no. 2, do jakiego się już przygotowywałam, a mój osobisty chłop do tej pory za mną łazi i usiłuje namówić na zrobienie tych "smoczych ciastek" po raz kolejny.
A teraz, w kwestii formalnej, należałoby chyba zobaczyć, co pisze autorka o kipiących ciastkach jagodowych w pierwszym ze źródeł, w jakim się na nie natknęłam i obdarzyłam stęsknioną miłością łakomczucha-jagodożercy:
" - Mam ochotę na coś słodkiego, gorącego i bulgoczącego sokiem jagodowym. (...)
- Nie zdążyli jeszcze wyprzedać wszystkich słodyczy!
- Nie, ale wystygną, a ja lubię gorące, z bąbelkami!
Takie właśnie były - wyjmowane z pieca na szerokiej szufli o długiej rączce - sok jagodowy spływał ciemnymi strugami po delikatnie przyrumienionej skórce, błyszczącej kryształkami cukru."
"- Czeladnik, bo taką miał odznakę na tunice, zsuwał sześć ciastek z szufli"
"Ciastka były tak ciepłe, że uraziły zranioną dłoń dziewczyny."
"Mimo, że ciasto było jeszcze gorące, Piemur wgryzł się głęboko w chrupiącą skórkę, aż ciemnofioletowy sok spłynął mu po brodzie.(...)"
Smarowidło cukrowe II, tworzące najprawdziwszą cukrową skorupkę (alternatywne dla smarowidła cukrowego I):
1 roztrzepane jajko
gruboziarnisty biały (lub brązowy) cukier kryształ
(nie mieszać!)
Sugary glaze II (an alternative for Sugary Glaze I, to make a real sugar crust, as mentioned in the Bubbly Pies descriprion in the books):
1 beaten egg
coarse white (or brown) sugar
(do not mix it!)
Ale ponieważ nadal mi się chce, a przed sobą mam piękną kolejkę już gotowych potraw, czekających tylko na felki i posty, oraz tych zaplanowanych, nieugotowanych jeszcze, ale do których mi język ucieka i namacalnie widzę, że coś się ruszyło, jedziemy i pracujemy dalej. W końcu tak blog to bardzo wdzięczna rzecz. Któż z was chociaż raz nie tęsknił do potraw opisanych smakowicie w swoich ulubionych książkach i niejednokrotnie marzył, by ich spróbować, niech pierwszy rzuci kamień!
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, 10k stuknęło, przechodzimy do felki. A ta, skoro inauguracyjna, powinna przecież być dokładnie w temacie, który nas najbardziej interesuje i dotyczy. Czyli ponownie bierzemy dzisiaj na warsztat potrawę książkową. Tym razem po raz kolejny z niezwykłego świata Jeźdźców Smoków z Pern.
Z tą serią, pisaną przez nieodżałowanej pamięci Smoczą Panią Anne MacCaffrey mieliście już styczność na tym blogu, dzięki Cytrynowo-Ananasowemu Curdowi, w którym przedstawiłam niezwykłą, jak dla Polaka, alternatywę dla dżemu na mazidło do chleba slash nadzienie do rozmaitych wypieków, plasujące się pomiędzy owocowym przetworem, a budyniem. Tak smaczne i niezwykłe, że nie dziwię się, że jest to ikoniczna, znana rzecz u zachodnich sąsiadów. U nas tego w sklepach jeszcze nie ma, dlatego warto się z tym cudeńkiem zapoznać, czy kochacie świat Pernu i smoki, czy też nie i zawsze posiadać słoiczek w lodówce w razie pilnej potrzeby napchania się nim wieczorową, dołującą porą.
A ponieważ Smocza Pani przez ponad dwadzieścia lat stworzyła ogromny świat, a perneńskich książek powstało prawie trzy dziesiątki, jak dobrze liczę, siłą rzeczy bohaterowie musieli coś tam jeść. A skoro świat niezwykły, ale jednak nieco znajomy, to i potrawy niezwykłe, jednak możliwe do odtworzenia, raz, że z samych opisów, a dwa, dzięki uprzejmości wydawcy, powstał przewodnik po Pernie, w którym najbardziej charakterystyczne, perneńskie potrawy zawędrowały już w formie przepisów. Nosi tytuł "Dragonlovers Guide to Pern" i można rzec, że obecnie jest "białym krukiem".
Mimo usilnych starań, nie byłam w stanie tej książki już kupić w formie papierowej (w Polsce nie wyszła oczywiście - dziękujemy wydawnictwu AMBER, które, jak zwykle, zaczęło wydawać cykl i go nie skończyło! - w USA dawno temu i dodruków nie robią), a elektronicznej nie chcę, jako ta, która lubi mieć cegiełkę z papieru w ręce i na półce, a nie w czytniku, jednak inni byli. I od nich, użytkowników zachodnich, którzy już niektóre przepisy wypróbowali, zaczerpnęłam same mechaniczne składniki i proporcje.
Pozostaje jednak jeszcze kwestia: skąd? Czemu akurat ta potrawa i czemu akurat teraz? Ano dlatego, że śliniłam się do "Kipiaczków" za każdym razem gdy o nich czytałam w trylogii o Menolly (nadal to czynię, mimo, że minęło prawie 20 lat, odkąd zetknęłam się z cyklem perneńskim) i tylko kwestią czasu i dostępności składników było, kiedy je zrobię. A teraz? A byliście ostatnio w lesie? Borówek zatrzęsienie. Prawdziwych, polskich, tych z największą ilością aromatu, bosko smacznych. Dokładnie tych, które zapragnęłam ujrzeć w Kipiących Ciastkach. Co prawda przepisy wołają o borówkę amerykańską, ale ona, cóż, smaczna, ale to już nie ta prawdziwa borówka. No i na amerykańskie czekać bym musiała jeszcze co najmniej miesiąc. Nie lza! Ja chciałam już, natychmiast, gdy tylko zobaczyła pola fioletu na tle zielonego, leśnego runa. I nawet gdy się wyprostowałam z jękiem po zebraniu półtora litra tego dobra, nadal upierałam się przy fakcie, że zrobię.
Zrobiłam.
Było warto! I to na tyle, że "Kipiaczki" z łatwością wśliznęły się przed planowane donuty bezglutenowe, czyli Challenge no. 2, do jakiego się już przygotowywałam, a mój osobisty chłop do tej pory za mną łazi i usiłuje namówić na zrobienie tych "smoczych ciastek" po raz kolejny.
A teraz, w kwestii formalnej, należałoby chyba zobaczyć, co pisze autorka o kipiących ciastkach jagodowych w pierwszym ze źródeł, w jakim się na nie natknęłam i obdarzyłam stęsknioną miłością łakomczucha-jagodożercy:
" - Mam ochotę na coś słodkiego, gorącego i bulgoczącego sokiem jagodowym. (...)
- Nie zdążyli jeszcze wyprzedać wszystkich słodyczy!
- Nie, ale wystygną, a ja lubię gorące, z bąbelkami!
Takie właśnie były - wyjmowane z pieca na szerokiej szufli o długiej rączce - sok jagodowy spływał ciemnymi strugami po delikatnie przyrumienionej skórce, błyszczącej kryształkami cukru."
"- Czeladnik, bo taką miał odznakę na tunice, zsuwał sześć ciastek z szufli"
"Ciastka były tak ciepłe, że uraziły zranioną dłoń dziewczyny."
"Mimo, że ciasto było jeszcze gorące, Piemur wgryzł się głęboko w chrupiącą skórkę, aż ciemnofioletowy sok spłynął mu po brodzie.(...)"
Anne McCaffrey - Smoczy Śpiewak
Bez wątpienia mamy tutaj na tyle wskazówek, by jasno zorientować się, że ciastka mają jagodowe nadzienie, nie jest ono gęste, bo wtedy nie spływałoby "strugami" po przyrumienionej skórce, zdecydowanie więc musi zawierać więcej soczystych owoców niż innych dodatków (również ta soczystość przemawia za użyciem prawdziwej borówki, a nie amerykańskiej, bardziej zbitej).
Nadto nadzienie "spływa", a zatem ciastka są wysokie, nie płaskie, a skoro "spływa" z góry na dół, to mają kopułkowatą powierzchnię i jakieś otwory, z których wydobywa się babelkujący sok. Przy tym są słodkie, bulgoczą i wielokrotnie podkreśla się tutaj, że dla najlepszego wrażenia i smaku należy je spożywać tak gorące, że ledwie można ugryźć. Skórka chrupie - więc powinna być cienka i stanowić tylko skorupkę dla nadzienia, a powierzchnia co najmniej pociągnięta jest jakimś roztworem cukru, by była lśniąca i słodka, chociaż ideałem byłaby cukrowa skórka na powierzchni, taka, jaką spotykamy na polskich, kruchych ciastkach w kształcie gwiazdek.
Update: wiem już, co zrobić, by powstała jedynie słuszna, chrupiąca skórka, błyszcząca kryształkami cukru. W przepis dodałam więc alternatywną "cukrową skorupkę". Sprawdźcie i użyjcie tą, która wam bardziej podejdzie. Zdjęcie z nowej partii "Kipiaczków", którą będę robić za parę dni, właśnie z alternatywną "skorupką", już wkrótce.
Update: wiem już, co zrobić, by powstała jedynie słuszna, chrupiąca skórka, błyszcząca kryształkami cukru. W przepis dodałam więc alternatywną "cukrową skorupkę". Sprawdźcie i użyjcie tą, która wam bardziej podejdzie. Zdjęcie z nowej partii "Kipiaczków", którą będę robić za parę dni, właśnie z alternatywną "skorupką", już wkrótce.
No i muszą być małe, skoro na jednej szufli mieści się sześć naraz. Looks familiar?:)
Z całą pewnością mogę potwierdzić, że to, co wyczytałam w książkach (głównie w "Smoczym Śpiewaku", chociaż "Kipiaczki" pojawiają się też tu i tam, w innych tomach cyklu), a potem porównałam z tym, co wyszło mi z polecanego przepisu z "Dragonlovers Guide to Pern" - pasuje do siebie jak smoczy jeździec i jego smok.
Te ciastka są niesamowite! Robi się je szybko, wykrawa szklanką kółka z ciasta, napakowuje bardzo prostym nadzieniem, skleja, robi dziurki i piecze. A słodki, gorący sok faktycznie bąbelkuje i kipi jeszcze długo po tym, jak się je wyciągnie z piekarnika, nawet gdy stygną. To właśnie są te cichutkie, pykające dźwięki, jakie słychać nad wyciągniętymi z pieca ciastkami. Kipienie i bąbelkowanie. Sok borówkowy, gorący i słodki, tak dobry, że nawet poparzone palce i usta nie są ważniejsze od tego, by pochłonąć jeszcze więcej ciastek, które wielkościowo starczają na może trzy kęsy. To mało! Zawsze mało. Potrzeba więcej!
A to, że zrobisz je raz, i nigdy już nie opuszczą twego domu, na stałe zadomawiając się w książce kucharskiej i pamięci rodziny, jest pewne jak amen w pacierzu:)
I z tą wspaniałą myślą zapraszam do własnoręcznego wykonania ulubionych jagodowych kipiących ciastek Piemura.
Przepis pochodzi z książki "Dragonlovers Guide to Pern", leciutko zmodyfikowany przeze mnie.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na około 12-14 ciastek):
Ciasto:
1/2 szklanki masła
2 łyżki cukru
2 i 1/2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki soli
1/2 szklanki wody
Nadzienie:
200-250 gramów borówek leśnych (ewentualnie amerykańskich; można również użyć dowolnych innych owoców jagodowych)
1 szklanka cukru
1/4 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka soku z pomarańczy
1-2 łyżki masła (do podziału pomiędzy porcyjki nadzienia)
Sklejacz z jajka:
1 roztrzepane jajko
Cukrowe smarowidło I na wierzch:
1/4 szklanki wody
1 i 1/2 łyżki cukru
(wymieszane ze sobą)
(wymieszane ze sobą)
Smarowidło cukrowe II, tworzące najprawdziwszą cukrową skorupkę (alternatywne dla smarowidła cukrowego I):
1 roztrzepane jajko
gruboziarnisty biały (lub brązowy) cukier kryształ
(nie mieszać!)
Wykonanie:
Nastawiamy piekarnik na 204 stopni Celsjusza.
Przygotowujemy ciasto.
Suche składniki wsypujemy do miski, mieszamy wszystkie razem.
Masło kroimy na drobne kawałeczki.
Wrzucamy je do suchych składników i wyrabiamy wszystko razem dłońmi lub widelcem, aż z masła zostaną nam kawałeczki wielkości ziarnka grochu.
Do mieszaniny dolewamy po troszeczkę wody, wyrabiając ciasto tak, by się połączyło w niezbyt suchą, ale też nie za mokrą kulę.
Przykrywamy ją czystą ściereczką i w misce odstawiamy na chwilę na bok, na czas zrobienia nadzienia.
Borówki myjemy, odsączamy z wody, wrzucamy do miski.
Wsypujemy do nich cukier i cynamon, potem delikatnie ale starannie mieszamy.
Dolewamy sok cytrynowy i pomarańczowy, mieszamy raz jeszcze. Próbujemy i odstawiamy na czas przyszykowania ciastek.
Roztrzepujemy jajko i robimy mieszaninę cukrową (lub wersję drugą, alternatywną) na powierzchnię ciastek.
Blachę z piekarnika wyścielamy folią aluminiową, pamiętając, by zrobić to dokładnie i zawinąć boki w górę. Sok z ciastek może nam inaczej wyciec z blachy do piekarnika.
Ciasto wyciągamy z miski i dzielimy na dwie połowy, pracując na jednej w danym momencie.
Rozwałkowujemy cienko pierwszą połowę.
Przy pomocy szklanki o średnicy brzegu ok 8-9 cm wykrawamy w cieście kręgi. To samo robimy potem z drugą połową ciasta, pamiętając by wszystkich krążków była parzysta ilość i każde ciasto w ten sposób otrzymało górę i dół. Powinno nam wyjść w ten sposób około 22-24 krążków.
Pierwsze 12 kładziemy na blaszce.
Na krążek najpierw wykładamy ok. 2-3 łyżek borówek, gromadząc je w kopczyk na środku i zostawiając brzeg kręgu wolny. Na górę kopczyka kładziemy kawałeczek masła.
Smarujemy ten brzeg roztrzepanym jajkiem dookoła.
Kładziemy na wierzchu drugi krążek z ciasta tak, by przykrył borówki i równo sięgał ku brzegom podstawy, w razie potrzeby nieco krążek wierzchni rozciągając.
Przy pomocy widelca dociskamy do siebie górną i dolną połowę, zostawiając ślad po zębach na zewnętrznym okręgu ciastka.
Następnie smarujemy starannie powierzchnię ciastka smarowidłem cukrowym i na koniec na szczycie ciastka robimy 3-4 małe dziurki wentylacyjne, którymi będzie nam również wypływał bulgoczący sok jagodowy.
Jeżeli wykonujemy Smarowidło cukrowe II, wierzch surowego "kipiaczka" smarujemy roztrzepanym jajkiem, a potem posypujemy grubą warstwą cukru, w reszcie kroków tego punktu postępując jak poprzednio.
Jeżeli wykonujemy Smarowidło cukrowe II, wierzch surowego "kipiaczka" smarujemy roztrzepanym jajkiem, a potem posypujemy grubą warstwą cukru, w reszcie kroków tego punktu postępując jak poprzednio.
W ten sam sposób postępujemy z każdą parą krążków z ciasta i nadzieniem, gotowe ciastka wkładając ostatecznie do piekarnika. Pieczemy 20-30 minut, aż będą lekko złote na brzegach i wierzchu, a sok wypływa z nich i bulgocze.
Wydobywamy z piekarnika i serwujemy jeszcze gorące, kiedy tylko da się je już złapać w rękę.
Zimne też są dobre, ale prawdziwy urok i aromat kipiących ciastek jagodowych tkwi w ich podaniu prawie, że z piekarnika, na gorąco.
Smoczego apetytu wam życzę!:)
-------------------------------------------------------
Ingredients (for app. 12-14 bubbly pies):
Crust:
1/2 cup of butter
2 tblspns of sugar
2 and 1/2 cups of flour
1/2 teaspoon of salt
1/2 cup of water
2 tblspns of sugar
2 and 1/2 cups of flour
1/2 teaspoon of salt
1/2 cup of water
Filling:
200-250g wild blueberries (or common blueberries; you can also use any other berries of your choice)
1 cup of sugar
1/4 tspn of powdered cinnamon
1/4 tspn of powdered cinnamon
1 tspn of lemon juice
1 tspn of orange juice
1-2 tablespoons butter (to divide between spoons of filling)
1-2 tablespoons butter (to divide between spoons of filling)
Egg wash:
1 beaten egg
Sugary glaze I:
1/4 cup of water
1 and 1/2 tblspn of sugar
(mixed)
(mixed)
Sugary glaze II (an alternative for Sugary Glaze I, to make a real sugar crust, as mentioned in the Bubbly Pies descriprion in the books):
1 beaten egg
coarse white (or brown) sugar
(do not mix it!)
The making of:
Preheat the ovet to 400 degrees Fahrenheit.
First, start with a crust.
Combine the dry ingredients in a bowl.
Cut the butter into chunks.
Work the butter gently into the
dry mixture with a fork or your hands until pieces the size of peas form.
Sprinkle the water over and work it in, so it formed not to dry but not to wet ball.
Cover it in a clean towel and put the bowl aside, for a time to make the filling.
Wash the wild blueberries, drain it, put into another bowl.
Gently toss berries with sugar and cinnamon, and mix it.
Add the juices, mix again, taste it, and if it fits your taste, set aside, for a time to prepare pies.
Beat the egg, and prepare a Sugary Glaze I or Sugary glaze II.
Put a sheet of aluminium foil on the surface of baking tin, remembering to curve the edges, so the flowing juices stayed on the foil.
Divide the ball of crust for two parts, working on one at the time.
Roll out dough on a floured surface to a 1/8-inch thickness.
Using a cup, cut out the cirles. Do the same with the other part of the ball of dough, remembering to have it the even numer; every pie needs to have a bottom and a top. That way we should have now 22-24 circles.
Put the first dozen on a baking tin.
Divide filling among circles, spooning approximately 2-3 tablespoons into the center of each, leaving a free border around. Top it with a tiny piece of butter.
Brush the border with egg.
Lay the second circle on top of each pie, stretching the top crust gently if necesarry.
Press the edges together with a
fork all the way around.
Brush top of each pie with sugary glaze. With a knife, cut three or four short slits in the top of each pie.
If you prepare Sugary Glaze II, brush the top of rough pies with a beaten egg, then sprinke it heavily with coarse sugar, making the rest of a/m steps as follows.
If you prepare Sugary Glaze II, brush the top of rough pies with a beaten egg, then sprinke it heavily with coarse sugar, making the rest of a/m steps as follows.
Repeat the process with every pair of circles and a filling, and finally put the pies into the oven. Bake 20-30 minutes until slightly golden on the edges and the top, and the blueberry juice is bubbling and flowing out.
Remove from the oven and serve still hot.
Have a dragony appetite!:)
wtorek, 14 czerwca 2016
Crack pie (Challenge no. 1)
Doprawdy wspaniale działa umysł na pożywce wyobraźni i wyzwania. Dzieci wiedzą to najlepiej. Ich umysły nie skażone są jeszcze rzeczywistością w takim stopniu, by odtwarzać wszystko tak jak świat im to pokazuje. Dlatego koła maluchów nigdy nie są okrągłe, dlatego ludzie, zwierzęta i rośliny mają niezwykłe kolory, a obserwowanie malucha, jak z zacięciem rysuje krzywą tęczę w trzech niezwykłych zamiast siedmiu podstawowych kolorach, jest wprost fascynujące. Starszaki, które zapędzono już do szkoły i dorośli zatracili tę niczym nieskrępowaną wolność myśli, a ich wyobraźni zazwyczaj rzeczywistość podcina skrzydła.
Jednak gdy zmusimy już wyobraźnię do ruchu, a nasze myśli na moment przestają płynąć szerokim, prostym i przewidywalnym szklakiem, po którego obu stronach stoją znaki : "znajdź pracę","zarabiaj", "nie wychylaj się", "chleba naszego powszedniego...", nagle odkrywamy, że gdzieś tam siedzi w nas nadal ukryte dziecko, to samo które kiedyś rysowało różowo-czarną tęczę i z radością dorysuje jej jeszcze srebrne i złote cętki, jeśli tylko wypuścimy je na wolność.
Sposoby na uwolnienie tego dzieciaka, na rozprostowanie skrzydeł wyobraźni, dla każdego są inne. Jeden gra, w co popadnie po pracy, inny zatapia się w książkach na cały weekend, a jeszcze inny rzuca sobie wyzwania i wychodzi z siebie, by im sprostać, dla własnej satysfakcji i radochy przede wszystkim. Ale miłe słowa wpadające w bonusie od obserwującego te zmagania są naprawdę satysfakcjonujące. Czasem też, jak w moim przypadku, zdaje się na los z tymi wyzwaniami i prosi kogoś innego o jakieś niebywałe zadanie, by udowodnić sobie, że jeszcze nie skapcaniał do reszty.
Stąd pomysł Challenge na Bantofelkach. "To boldy go where no one has gone before...", jak brzmi najbardziej znany cytat ze Star Treka. Zrobić coś, czego nie widziało się wcześniej i nigdzie indziej, coś, na co sam byś nie wpadł.
Moja kumpelka odpowiedzialna za wybranie Crack Pie jako pierwsze Wyzwanie, nawet nie ma pojęcia, jakiego mi ćwieka zabiła, podsuwając ten wypiek. Po pierwsze, nigdy bym nie wpadła na to, by spośród mnóstwa innych przepisów na jakie się zasadzam, wybrać to. Po drugie, przyznam, nawet o nim do tej pory nie słyszałam. Co, biorąc pod uwagę fakt, jak pyszny i niezwykły jest ten pie, woła o pomstę do nieba! Za chwilę stwierdzę, że haggis, który z lekka mnie odpycha mnie faktem bycia żołądkiem owczym wypełnionym podrobami, jest całkiem smaczny i dopiero wtedy będzie wstyd.
Z tego wynika ważny wniosek: wyzwania są świetne. Są bardzo potrzebne i niezwykle kreatywne. A uśpionemu dzieciakowi w głębi duszy dają takiego cukrowego kopa, że długo jeszcze musimy się z nim chamrać, by go potem położyć spać i znowu zacząć być poważnymi dorosłymi.
Chociaż, wiecie, moje wewnętrzne dziecko chyba nigdy do końca nie zasnęło...
Przejdźmy teraz może do podstaw, jakie wygrzebałam w czasie research'u, przeprowadzanego w sprawie tego niezwykłego wypieku. Czyli, co to jest crack pie?
Wbrew swej nazwie nie ma nic wspólnego z pękaniem ("to crack" - pękać), ani nie ma w składzie substancji narkotycznych, czyli crack'u. Nazwa wzięła się od tego, że ten pie jest strasznie uzależniający. Zjesz jeden kawałek, już myślisz o następnym. I tak właściwie nie jesteś w stanie określić, co cię tak bardzo przyciąga, bo nawet nie ma w nim owoców. Ani czekolady. Ani też bakalii, mas i posypek... są za to najprostsze składniki, po których absolutnie być się nie spodziewał, że zmieszane ze sobą w taki sposób, o jakim zaraz będziecie czytać, dadzą tak dobry smakołyk.
Crack pie, jak sama nazwa wskazuje, należy do grupy anglosaskich ciast zwanych "pie". Czyli takich, które posiadają spód zrobiony zazwyczaj z kruszonych ciastek, lub kruchy, wypieczony spód z ciasta, z wysokimi brzegami, a jego środek wypełnia rozmaite dobro. Czasem też posiadają pierzynkę z drugiej warstwy takiego ciasta jak na spodzie, pełną, albo częściową. I zazwyczaj są okrągłe o falistych brzegach. Innymi słowy, jak raz zobaczysz pie, nie pomylisz go już z niczym innym. Inna sprawa, że większość ciast typu pie jest absolutnie pyszna, więc po rozpoznaniu onego i rozeznaniu co to za nadzienie w środku, zazwyczaj rzucasz się na nie i nie bardzo potem jest już co z czym mylić:) Czyli w zasadzie crack pie powinno pasować pod każdy pie, ale jednak... jest ono i tak niezwykłe, nawet znajdując się w tej grupie charakterystycznych, niebezpiecznie smacznych wypieków, o czym zaraz poczytacie.
Pamiętacie Cytrynowe Niemożliwium? To ciasto, które samo sobie wytwarzało spód i wierzch w czasie pieczenia? Nawet jeśli nie, to link was do niego zaprowadzi. Z pozoru nie ma ono nic wspólnego poza końcówką nazwy, z naszym Crack Pie, ponieważ Crack ma spód z ciasteczka owsianego robionego specjalnie pod nie. Ale magia zaczyna się dziać, jak ten spód wypełnimy nadzieniem i zaczynamy piec. Otóż w sposób niespotykanie niezwykły otrzymujemy wypieczony, chrupiący wierzch, pod którym jest prawie płynne, słodkie wnętrze! Coś, czego się zupełnie nie spodziewałam, ale tym bardziej mnie to ucieszyło. Bo wiecie, jak wam jednocześnie coś pochrupuje, coś się ciągnie, coś spływa słodko na język jednocześnie, już po pierwszym kęsie, to nie da się nie wywracać oczami z rozkoszy na takie naładowanie dobrem w jednym kawałku. Musimy się upewnić, czy nam się nie zdawało. A potem upewnić jeszcze raz... a potem... zaraz, zaraz, a gdzie to ciasto? No właśnie. Wyszło, bo ktoś je "wciągnął", mówiąc kolokwialnie i jakże pasująco do jego nazwy.
Crack pie jest słodkie, od razu uprzedzam. Nie sądzę, by nawet fakt, że spód ma z płatków owsianych przemawiał za jego dietetycznością. Prawda, płatki owsiane są zdrowe i jak najbardziej polecam je jeść, ale jak jesteście na diecie i nieprzyzwyczajeni do normalnej ilości cukru w ciastach, a co dopiero do słodszych niż polskie ciasta, ciast zagranicznych, no... bez mleka nie dacie rady. Chyba, że tym razem to ja rzucam wam challenge i za chwilę usłyszę, że ten i ów pożarł cały crack pie w pięć minut, by mi udowodnić, że da radę, a teraz leci na siłkę, tudzież zatrudnia właśnie Maćka Linke jako personalnego trenero-sierżanta specjalnie przeze mnie, bo przybyło trochę w pasie, przez pasienie się crack pie, pączkami, donutami i tak dalej:D A dawać, ja nigdy nie pisałam, że to blog dla ludzi walczących z nadwagą, dla wegan i wegetarian, istot żyjących w zgodzie z naturą, dla których użycie jajka i mleka w cieście to zbrodnia. Tutaj są morderczo dobre rzeczy, słodkie, kaloryczne i zdecydowanie czyniące szczęśliwszymi, niż sprowadzające na ścieżkę oświeconego wygłodzenia.
A w tym "bezlitosnym" cieście jest cukier, jest masło, są jajka i mleko (zgroza!), że o mące pszennej nie wspomnę. Powinni mnie zamknąć za propagowanie takich rzeczy, co? Ale kto by wtedy podsuwał je wam na pokuszenie, no kto?:)
Skoro zaś już kusimy, to wasz naczelny upiór, celtycki duch i wyjec, czyli ja, Banshee(k), przystąpi do głównej części onego kuszenia i teraz pokażę wam, jak wygląda to Crack Pie, by was już całkiem sprowadzić na drogę potępienia (bodaj duszyczki tych wszystkich zmielonych kurczaczków w postaci jajek i biednych składników odżywczych i witamin z krowiego mleka, które musiały oddać życie, byście mogli spożywać to ich ciało, prześladowały was po wieczność, siadając wam na karmę:D). Złote, piękne, ponętne jak Catherine Zeta-Jones za swych najlepszych lat, uzależniająco smaczne Crack Pie, niech się stanie!
Przepis wzięty stąd. Przystosowany pod polskie warunki.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Spód owsiany:
9 łyżek masła w temperaturze pokojowej
5 i 1/2 łyżki brązowego cukru
2 łyżki cukru kryształu
1 jajko
1 szklanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne, te drobniutkie, albo te większe, wyglądające jak sprasowane ziarna owsa, tzw. steel cut)
1/2 szklanki mąki
1/8 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
Nadzienie:
3/4 szklanki cukru kryształu
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki mleka
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki stopionego, ostudzonego masła
6 i 1/2 łyżki śmietany kremówki 30% i więcej
4 żółtka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
cukier puder do posypania ciasta (opcjonalnie)
Wykonanie:
Najpierw przygotowujemy ciastko owsiane na spód.
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.
Wyścielamy formę kwadratową na ciasto papierem do pieczenia.
W misce od miksera łączymy razem 6 łyżek masła, 4 łyżki brązowego cukru i 2 łyżki cukru kryształu i miksujemy je razem aż uzyskana masa będzie lekka i puszysta.
Następnie wmiksowujemy jajko. Potem dosypujemy do masy płatki owsiane, mąkę, proszek do pieczenia, sodę i sól i miksujemy raz jeszcze, by składniki połączyły się dokładnie ze sobą.
Powstała masę owsianą przekładamy do przygotowanej formy, wygładzamy tak, by równo przylegała do spodu na całej powierzchni i pieczemy około 17 minut, aż lekko się wyzłoci z wierzchu.
Wyciągamy ciastko owsiane i całkowicie je studzimy.
Formę do tarty wykładamy papierem do pieczenia.
Wystudzone ciastko łamiemy na drobne kawałki do miski. Dodajemy pozostałe 3 łyżki masła i 1 i 1/2 łyżki brązowego cukru.
Ponownie samymi dłońmi mieszamy całość ze sobą tak, by masło i cukier dokładnie wsiąkły w kawałeczki ciastka owsianego i ściśnięte w palcach trzymały się razem.
Przekładamy gotowy ciasteczkowy spód na formę do tarty i przyciskamy za pomocą drewnianej łyżki do spodu i boków aż po same krawędzie. Odstawiamy na chwilę, potrzebną do zrobienia nadzienia.
Piekarnik nadal utrzymujemy w temperaturze 176 stopni.
Oba cukry, mleko i sól miksujemy razem w misce. Do masy wmiksowujemy masło, następnie śmietanę, żółtka i ekstrakt z wanilii aż składniki połączą się ładnie ze sobą.
Ostrożnie, najpierw łyżka po łyżce, a następnie przelewając, umieszczamy nadzienie w przygotowany spodzie na Crack pie, wygładzamy i wsadzamy do piekarnika na jakieś 20 minut.
Redukujemy temperaturę na 162 stopnie i pieczemy do momentu aż nadzienie zrobi się złote z wierzchu z pojedynczymi, ciemniejszymi plamkami. Powinno również być twardsze przy brzegach, a środek nadzienia lekko się poruszać, gdy poruszymy formą.
Po tym czasie wyłączamy piekarnik, a ciasto zostawiamy w nim, na lekko wysuniętej blasze, by stygło. Potem pakujemy do lodówki na noc.
Crack pie jest gotowe do jedzenia następnego dnia. Można, po wydobyciu z formy, posypać mu wierzch cukrem pudrem, ale zdecydowanie nie kroić przed pobytem w lodówce.
Smacznego:)
--------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Oat Cookie Crust:
9 tablespoons of butter, room temperature,
5 and 1/2 tblspns of brown sugar
2 tblspns of sugar
1 egg
1 cup of old-fashioned oats
1/2 cup of all purpose flour
1/8 tspn of baking powder
1/8 tspn of baking soda
1/4 tspn of salt
Filling
3/4 cup of sugar
1/2 cup of brown sugar
1/4 cup od milk
1/4 tspn of salt
1/2 cup of butter, melted, cooled slightly
6 and 1/2 tblspns of heavy whipping cream 30% or more
4 egg yolks
1 tspn of vanilla extract
powdered sugar (for dusting), optionally
The making of:
First, prepare oat cookie crust.
Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.
Line a baking pan with parchment paper.
Combine 6 tablespoons of butter, 4 tablespoons of brown sugar, and 2 tablespoons of sugar in a medium bowl. Using electric mixer, beat mixture until light and fluffy.
Add egg, then oats, flour, baking powder, baking soda, and salt and beat until well blended.
Turn oat mixture out onto prepared baking pan and press out evenly to edges of pan. Bake until light golden on top, ca. 17 minutes.
Then transfer baking pan onto rack and cool cookie completely.
Using hands, crumble oat cookie into large bowl. Add 3 remaining tablespoons of butter and 1 and 1/2 tablespoons of brown sugar.
Rub in with fingertips until mixture is moist enough to stick together, and a pieces of oat cookie stick to each other, when pressed between fingers.
Transfer cookie crust mixture to 9-inch-diameter glass pie dish. Using fingers, press mixture evenly onto bottom and up sides of pie dish. Put pie dish with crust aside, for a moment necesarry to prepare a filling.
Keep the oven still on a 350 degrees Fahrenheit.
Whisk both sugars, milk and salt in a medium bowl. Add melted butter and whisk all until blended. Add cream, then egg yolks and vanilla and whisk again until smooth.
Carefully, spoon by spoon, then freely the rest, pour the filling into crust and place the crack pie into the oven for about 20 minutes.
Reduce oven temperature to 325 degrees Fahrenheit. Continue to bake pie until filling is golden on a top and brown in spots and set around edges but center still moves slightly when pie dish is gently shaken.
Cool pie 2 hours in pie dish on rack. Then put it on a fridge overnight.
Crack pie is ready to serv the next day. You may sprinke it on the top with a caster sugar, but remember not to cut it before it was in a fridge overnight, for the filling may flow out.
Cheers!:)
Jednak gdy zmusimy już wyobraźnię do ruchu, a nasze myśli na moment przestają płynąć szerokim, prostym i przewidywalnym szklakiem, po którego obu stronach stoją znaki : "znajdź pracę","zarabiaj", "nie wychylaj się", "chleba naszego powszedniego...", nagle odkrywamy, że gdzieś tam siedzi w nas nadal ukryte dziecko, to samo które kiedyś rysowało różowo-czarną tęczę i z radością dorysuje jej jeszcze srebrne i złote cętki, jeśli tylko wypuścimy je na wolność.
Sposoby na uwolnienie tego dzieciaka, na rozprostowanie skrzydeł wyobraźni, dla każdego są inne. Jeden gra, w co popadnie po pracy, inny zatapia się w książkach na cały weekend, a jeszcze inny rzuca sobie wyzwania i wychodzi z siebie, by im sprostać, dla własnej satysfakcji i radochy przede wszystkim. Ale miłe słowa wpadające w bonusie od obserwującego te zmagania są naprawdę satysfakcjonujące. Czasem też, jak w moim przypadku, zdaje się na los z tymi wyzwaniami i prosi kogoś innego o jakieś niebywałe zadanie, by udowodnić sobie, że jeszcze nie skapcaniał do reszty.
Stąd pomysł Challenge na Bantofelkach. "To boldy go where no one has gone before...", jak brzmi najbardziej znany cytat ze Star Treka. Zrobić coś, czego nie widziało się wcześniej i nigdzie indziej, coś, na co sam byś nie wpadł.
Moja kumpelka odpowiedzialna za wybranie Crack Pie jako pierwsze Wyzwanie, nawet nie ma pojęcia, jakiego mi ćwieka zabiła, podsuwając ten wypiek. Po pierwsze, nigdy bym nie wpadła na to, by spośród mnóstwa innych przepisów na jakie się zasadzam, wybrać to. Po drugie, przyznam, nawet o nim do tej pory nie słyszałam. Co, biorąc pod uwagę fakt, jak pyszny i niezwykły jest ten pie, woła o pomstę do nieba! Za chwilę stwierdzę, że haggis, który z lekka mnie odpycha mnie faktem bycia żołądkiem owczym wypełnionym podrobami, jest całkiem smaczny i dopiero wtedy będzie wstyd.
Z tego wynika ważny wniosek: wyzwania są świetne. Są bardzo potrzebne i niezwykle kreatywne. A uśpionemu dzieciakowi w głębi duszy dają takiego cukrowego kopa, że długo jeszcze musimy się z nim chamrać, by go potem położyć spać i znowu zacząć być poważnymi dorosłymi.
Chociaż, wiecie, moje wewnętrzne dziecko chyba nigdy do końca nie zasnęło...
Przejdźmy teraz może do podstaw, jakie wygrzebałam w czasie research'u, przeprowadzanego w sprawie tego niezwykłego wypieku. Czyli, co to jest crack pie?
Wbrew swej nazwie nie ma nic wspólnego z pękaniem ("to crack" - pękać), ani nie ma w składzie substancji narkotycznych, czyli crack'u. Nazwa wzięła się od tego, że ten pie jest strasznie uzależniający. Zjesz jeden kawałek, już myślisz o następnym. I tak właściwie nie jesteś w stanie określić, co cię tak bardzo przyciąga, bo nawet nie ma w nim owoców. Ani czekolady. Ani też bakalii, mas i posypek... są za to najprostsze składniki, po których absolutnie być się nie spodziewał, że zmieszane ze sobą w taki sposób, o jakim zaraz będziecie czytać, dadzą tak dobry smakołyk.
Crack pie, jak sama nazwa wskazuje, należy do grupy anglosaskich ciast zwanych "pie". Czyli takich, które posiadają spód zrobiony zazwyczaj z kruszonych ciastek, lub kruchy, wypieczony spód z ciasta, z wysokimi brzegami, a jego środek wypełnia rozmaite dobro. Czasem też posiadają pierzynkę z drugiej warstwy takiego ciasta jak na spodzie, pełną, albo częściową. I zazwyczaj są okrągłe o falistych brzegach. Innymi słowy, jak raz zobaczysz pie, nie pomylisz go już z niczym innym. Inna sprawa, że większość ciast typu pie jest absolutnie pyszna, więc po rozpoznaniu onego i rozeznaniu co to za nadzienie w środku, zazwyczaj rzucasz się na nie i nie bardzo potem jest już co z czym mylić:) Czyli w zasadzie crack pie powinno pasować pod każdy pie, ale jednak... jest ono i tak niezwykłe, nawet znajdując się w tej grupie charakterystycznych, niebezpiecznie smacznych wypieków, o czym zaraz poczytacie.
Pamiętacie Cytrynowe Niemożliwium? To ciasto, które samo sobie wytwarzało spód i wierzch w czasie pieczenia? Nawet jeśli nie, to link was do niego zaprowadzi. Z pozoru nie ma ono nic wspólnego poza końcówką nazwy, z naszym Crack Pie, ponieważ Crack ma spód z ciasteczka owsianego robionego specjalnie pod nie. Ale magia zaczyna się dziać, jak ten spód wypełnimy nadzieniem i zaczynamy piec. Otóż w sposób niespotykanie niezwykły otrzymujemy wypieczony, chrupiący wierzch, pod którym jest prawie płynne, słodkie wnętrze! Coś, czego się zupełnie nie spodziewałam, ale tym bardziej mnie to ucieszyło. Bo wiecie, jak wam jednocześnie coś pochrupuje, coś się ciągnie, coś spływa słodko na język jednocześnie, już po pierwszym kęsie, to nie da się nie wywracać oczami z rozkoszy na takie naładowanie dobrem w jednym kawałku. Musimy się upewnić, czy nam się nie zdawało. A potem upewnić jeszcze raz... a potem... zaraz, zaraz, a gdzie to ciasto? No właśnie. Wyszło, bo ktoś je "wciągnął", mówiąc kolokwialnie i jakże pasująco do jego nazwy.
Crack pie jest słodkie, od razu uprzedzam. Nie sądzę, by nawet fakt, że spód ma z płatków owsianych przemawiał za jego dietetycznością. Prawda, płatki owsiane są zdrowe i jak najbardziej polecam je jeść, ale jak jesteście na diecie i nieprzyzwyczajeni do normalnej ilości cukru w ciastach, a co dopiero do słodszych niż polskie ciasta, ciast zagranicznych, no... bez mleka nie dacie rady. Chyba, że tym razem to ja rzucam wam challenge i za chwilę usłyszę, że ten i ów pożarł cały crack pie w pięć minut, by mi udowodnić, że da radę, a teraz leci na siłkę, tudzież zatrudnia właśnie Maćka Linke jako personalnego trenero-sierżanta specjalnie przeze mnie, bo przybyło trochę w pasie, przez pasienie się crack pie, pączkami, donutami i tak dalej:D A dawać, ja nigdy nie pisałam, że to blog dla ludzi walczących z nadwagą, dla wegan i wegetarian, istot żyjących w zgodzie z naturą, dla których użycie jajka i mleka w cieście to zbrodnia. Tutaj są morderczo dobre rzeczy, słodkie, kaloryczne i zdecydowanie czyniące szczęśliwszymi, niż sprowadzające na ścieżkę oświeconego wygłodzenia.
A w tym "bezlitosnym" cieście jest cukier, jest masło, są jajka i mleko (zgroza!), że o mące pszennej nie wspomnę. Powinni mnie zamknąć za propagowanie takich rzeczy, co? Ale kto by wtedy podsuwał je wam na pokuszenie, no kto?:)
Skoro zaś już kusimy, to wasz naczelny upiór, celtycki duch i wyjec, czyli ja, Banshee(k), przystąpi do głównej części onego kuszenia i teraz pokażę wam, jak wygląda to Crack Pie, by was już całkiem sprowadzić na drogę potępienia (bodaj duszyczki tych wszystkich zmielonych kurczaczków w postaci jajek i biednych składników odżywczych i witamin z krowiego mleka, które musiały oddać życie, byście mogli spożywać to ich ciało, prześladowały was po wieczność, siadając wam na karmę:D). Złote, piękne, ponętne jak Catherine Zeta-Jones za swych najlepszych lat, uzależniająco smaczne Crack Pie, niech się stanie!
Przepis wzięty stąd. Przystosowany pod polskie warunki.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Spód owsiany:
9 łyżek masła w temperaturze pokojowej
5 i 1/2 łyżki brązowego cukru
2 łyżki cukru kryształu
1 jajko
1 szklanka płatków owsianych (mogą być błyskawiczne, te drobniutkie, albo te większe, wyglądające jak sprasowane ziarna owsa, tzw. steel cut)
1/2 szklanki mąki
1/8 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
Nadzienie:
3/4 szklanki cukru kryształu
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki mleka
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki stopionego, ostudzonego masła
6 i 1/2 łyżki śmietany kremówki 30% i więcej
4 żółtka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
cukier puder do posypania ciasta (opcjonalnie)
Wykonanie:
Najpierw przygotowujemy ciastko owsiane na spód.
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.
Wyścielamy formę kwadratową na ciasto papierem do pieczenia.
W misce od miksera łączymy razem 6 łyżek masła, 4 łyżki brązowego cukru i 2 łyżki cukru kryształu i miksujemy je razem aż uzyskana masa będzie lekka i puszysta.
Następnie wmiksowujemy jajko. Potem dosypujemy do masy płatki owsiane, mąkę, proszek do pieczenia, sodę i sól i miksujemy raz jeszcze, by składniki połączyły się dokładnie ze sobą.
Powstała masę owsianą przekładamy do przygotowanej formy, wygładzamy tak, by równo przylegała do spodu na całej powierzchni i pieczemy około 17 minut, aż lekko się wyzłoci z wierzchu.
Wyciągamy ciastko owsiane i całkowicie je studzimy.
Formę do tarty wykładamy papierem do pieczenia.
Wystudzone ciastko łamiemy na drobne kawałki do miski. Dodajemy pozostałe 3 łyżki masła i 1 i 1/2 łyżki brązowego cukru.
Ponownie samymi dłońmi mieszamy całość ze sobą tak, by masło i cukier dokładnie wsiąkły w kawałeczki ciastka owsianego i ściśnięte w palcach trzymały się razem.
Przekładamy gotowy ciasteczkowy spód na formę do tarty i przyciskamy za pomocą drewnianej łyżki do spodu i boków aż po same krawędzie. Odstawiamy na chwilę, potrzebną do zrobienia nadzienia.
Piekarnik nadal utrzymujemy w temperaturze 176 stopni.
Oba cukry, mleko i sól miksujemy razem w misce. Do masy wmiksowujemy masło, następnie śmietanę, żółtka i ekstrakt z wanilii aż składniki połączą się ładnie ze sobą.
Ostrożnie, najpierw łyżka po łyżce, a następnie przelewając, umieszczamy nadzienie w przygotowany spodzie na Crack pie, wygładzamy i wsadzamy do piekarnika na jakieś 20 minut.
Redukujemy temperaturę na 162 stopnie i pieczemy do momentu aż nadzienie zrobi się złote z wierzchu z pojedynczymi, ciemniejszymi plamkami. Powinno również być twardsze przy brzegach, a środek nadzienia lekko się poruszać, gdy poruszymy formą.
Po tym czasie wyłączamy piekarnik, a ciasto zostawiamy w nim, na lekko wysuniętej blasze, by stygło. Potem pakujemy do lodówki na noc.
Crack pie jest gotowe do jedzenia następnego dnia. Można, po wydobyciu z formy, posypać mu wierzch cukrem pudrem, ale zdecydowanie nie kroić przed pobytem w lodówce.
Smacznego:)
--------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Oat Cookie Crust:
9 tablespoons of butter, room temperature,
5 and 1/2 tblspns of brown sugar
2 tblspns of sugar
1 egg
1 cup of old-fashioned oats
1/2 cup of all purpose flour
1/8 tspn of baking powder
1/8 tspn of baking soda
1/4 tspn of salt
Filling
3/4 cup of sugar
1/2 cup of brown sugar
1/4 cup od milk
1/4 tspn of salt
1/2 cup of butter, melted, cooled slightly
6 and 1/2 tblspns of heavy whipping cream 30% or more
4 egg yolks
1 tspn of vanilla extract
powdered sugar (for dusting), optionally
The making of:
First, prepare oat cookie crust.
Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.
Line a baking pan with parchment paper.
Combine 6 tablespoons of butter, 4 tablespoons of brown sugar, and 2 tablespoons of sugar in a medium bowl. Using electric mixer, beat mixture until light and fluffy.
Add egg, then oats, flour, baking powder, baking soda, and salt and beat until well blended.
Turn oat mixture out onto prepared baking pan and press out evenly to edges of pan. Bake until light golden on top, ca. 17 minutes.
Then transfer baking pan onto rack and cool cookie completely.
Using hands, crumble oat cookie into large bowl. Add 3 remaining tablespoons of butter and 1 and 1/2 tablespoons of brown sugar.
Rub in with fingertips until mixture is moist enough to stick together, and a pieces of oat cookie stick to each other, when pressed between fingers.
Transfer cookie crust mixture to 9-inch-diameter glass pie dish. Using fingers, press mixture evenly onto bottom and up sides of pie dish. Put pie dish with crust aside, for a moment necesarry to prepare a filling.
Keep the oven still on a 350 degrees Fahrenheit.
Whisk both sugars, milk and salt in a medium bowl. Add melted butter and whisk all until blended. Add cream, then egg yolks and vanilla and whisk again until smooth.
Carefully, spoon by spoon, then freely the rest, pour the filling into crust and place the crack pie into the oven for about 20 minutes.
Reduce oven temperature to 325 degrees Fahrenheit. Continue to bake pie until filling is golden on a top and brown in spots and set around edges but center still moves slightly when pie dish is gently shaken.
Cool pie 2 hours in pie dish on rack. Then put it on a fridge overnight.
Crack pie is ready to serv the next day. You may sprinke it on the top with a caster sugar, but remember not to cut it before it was in a fridge overnight, for the filling may flow out.
Cheers!:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











