Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, blogu Ban-to felki!
Dacie wiarę, że zamęczam was swoimi felkami już cały rok? 7 czerwca minęło 365 dni odkąd pojawił się post Słowem Wstępu... pierwszy, jaki tutaj napisałam. Krótki, trochę niepewny, pełen wdzięczności dla tych, dzięki którym w ogóle za pisanie się wzięłam. I za gotowanie. Dla tych, którzy mnie popchnęli do przełożenia kuchennych ceremonii na słowo pisane, tych, co nieświadomie pewnie zainspirowali, których od początku uznaję za niedościgłe wzory. Do tej ekipy dołączył jeszcze jeden guru, ale to już chyba każdy się orientuję, o kim mówię, starczy, że czytał co najmniej 5 ostatnich felek:) Ale wiecie... jak ktoś ma cel przed oczami, wzór, inspirację, coś, co sam chciałby bardzo osiągnąć i widzi, że jest to osiągalne, to ciężka praca nad sobą od razu robi się znośniejsza. Przeszkody nie tak trudne do przezwyciężenia. Tak jakby ci, co mnie inspirują, podsuwali małą trampolinę pod wysoką ścianę wspinaczkową samym faktem bycia tam, gdzie ja chcę kiedyś dotrzeć. Podbijam się, próbuję i nawet jak ląduję na zadku z powrotem na ziemie, to próbuję dalej. Im się udało. Uda się i mnie. Kiedyś. A wiara to połowa sukcesu.
Dziękuję. Za to, że mogę spojrzeć z nadzieją w stronę słońca i zamiast odwracać wzrok, wtykam na nos ciemne okulary i uparcie tuptam w jego stronę...
Wielkie nadzieje pozostawmy na razie w spokoju (swoją drogą doskonała książka i całkiem udany film z Paltrow i Hawke... czy oni coś tam aby jedli?:D) i zajmijmy się dziś. A dziś, trzy dni po urodzinach, gdy blog już wyleczył się z urodzinowego kaca, można by w sumie oświadczyć, że warto się uraczyć jeszcze kawałeczkiem tortu. Został jakimś cudem, zachomikowany specjalnie na tę okazję. I tymże tortem szalenie urodzinowym i smakowitym, z dziką rozkoszą się z wami podzielę.
Nie wiem skąd pochodzi tort Ambasador. Nie ma jakiegoś konkretnego przodka wartego wzmianki, więc pewnie powstał jako wynik eksperymentu anonimowej gospodyni domowej i poszedł, przez zachwycone przyjaciółki, w świat. Przegrzebałam, niemniej, internety, ale nie znalazłam praszczura Ambasadora, a skąd. Ten wypiek zdaje się magicznie pojawił w latach 90tych w polskich kuchniach. Niepokalane, kuchenne, poczęcie. Cud! Jakby paczka biszkoptów i budyń spojrzały na siebie, zapałały gwałtownym uczuciem i nagle świat wzbogacił się o jedno, proste, ale niezwykle smaczne ciasto. I zaraz za nim kolejne miraculum - cudowne rozmnożenie zarówno w smakach, jak i dodatkach. Nieomylny znak, że panie domu nie tylko próbowały się cieszyć drobiazgami, ale i eksperymentowały na potęgę.
Ambasador to przy okazji moje najprawdziwsze, szczęśliwe wspomnienie z dzieciństwa. Świąteczne ciasto, które uwielbiałam tak mocno, że odgonić mnie od niego nie było można, bo łyżkami, łapami, bodaj garnczek wylizać z resztek kremu, powąchać. Szał!
Inna sprawa, że tak samo reagowałam na winogrona cieplarniane, więc może to nie do końca kwestia smaku, a zakazu, by coś dla innych zostało? W sumie, cokolwiek rodzic uzna za skutkujące:)
Domyślam się za to skąd nazwa Ambasador. Stanowisko to wtedy kojarzyło się z zagranicznym luksusem i niezwykłością zwykłym zjadaczom chleba. W końcu ktoś, kto przybył z zewnątrz, by zamieszkać wśród nas i pracować na dobro ichnie i nasze musi być jednostką wybitną. Jakże więc inaczej nazwać ciasto, które wśród nieśmiertelnych szarlotek i szarych serników wyrastało nagle nad tłum i spoglądało dumnie spod galaretki i przebogatych mas na gawiedź prostolinijną, siermiężnie polską.
Mimo, że obecnie stanowisko ambasadora nie budzi już takich wrażeń jak dwadzieścia lat temu (ot, kolejny polityk, który najprawdopodobniej, miast głosić światłe słowa o współpracy międzynarodowej, pluje sobie w brodę, że trafił na to zadupie, a mógł postarać się gdzie indziej i ze sztucznym uśmiechem ściska blade łapki wszystkich karierowiczów dookoła, na ciepłych posadkach usadzonych przez pociotków oczko wyżej) nazwa dla tortu pozostała bez zmian. I sam Ambasador, przeciwnie do swego imiennika, nadal zachował splendor, klasę i charakter, a w jego nazwie wciąż wibruje nostalgia za dobrobytem, którego był niewielkim acz znaczącym symbolem.
Ciasto obecnie nie przeżywa renesansu. Siedzi sobie spokojnie i cichutko w książkach kucharskich, czasem zaszczyci swą obecnością stoły, ale jego czasy przeminęły i żadne felki świata tego nie zmienią.
Mogę jednak odkurzyć go i na moment znowu ustawić na piedestale. Podzielić się tym prostym, anielsko smacznym deserem, by i wam na moment dzieciństwo i łapy do łokci w budyniu, umorusane nim, uszczęśliwione buzie i wszystko dookoła, na moment stanęły przed oczami. A więc oto on. Mistrz wagi budyniowej, król... hmmm, powtarzam się. To nie Pączki Loco i nikt tu nie będzie się z nikim za łby brał... chociaż za kawałek ambasadora mogłabym kogoś potarmosić, ot tak:)
Tort nie wymaga pieczenia, więc jest idealny na letnią porę. Nie posiada też ciasta jako takiego. Za spód robią herbatniki, a nad nimi to już tylko dwukolorowe morze masy, owoce i galaretka. Są, oczywiście wersje, gdzie te wszystkie masy oddzielają blaty ciasta, ale akurat ten szczególny przypadek stawia na niesamowity smak, jaki da sama, stężała na podobieństwo sera w serniku na zimno, masa, zbliżona do tej, jaką znamy z ciast typu Karpatka.
Jednakże tutaj jest to jazda nieco innego rodzaju. Masa karpatko podobna, wersja kombi z dopalaczem, o tak. Jeśli dobrze to zrobicie, smak będzie buchał na wszystkie strony i ciasto zupełnie zostanie zapomniane. Wystarczą te biszkopty na dnie robiące za podstawę.
I, na bogów, nie wsiadajcie po nim za kierownicę. Ten dopalacz to nie była metafora:D
A zatem bez zbędnych dalszych konotacji, skoro już wyjawiliśmy sekret, pora zadrzeć tej zgrabnej, smakowitej lasce spódniczkę nad głowę i pokazać jej kształty. Znaczy Ambasadora... zadrzeć mu spódniczkę... hmmm... zupełnie nie zabrzmiało to odpowiednio:D
Patrzeć mi tam na zdjęcia, nie nabijać się:)
I robimy co do nas należy:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
1 duże opakowanie biszkoptów długich (okrągłe też mogą być)
2 kostki masła
3 szklanki mleka
7 płaskich łyżek mąki ziemniaczanej
6 żółtek
2 szklanki cukru
bakalie wedle uznania (rodzynki, skórka pomarańczowa, posiekane orzechy, żurawina, etc.)
sok z cytryny (można zastąpić olejkiem pomarańczowym, ponieważ chodzi tu o nadanie aromatu jednej z mas)
2 łyżki kakao
2 łyżki ekstraktu z wanilii (lub 2 łyżki spirytusu)
1 mleczna czekolada, posiekana
1 duża puszka brzoskwiń w syropie (lub ananasów w syropie, albo dowolnych owoców świeżych, za wyjątkiem kiwi i ananasa, bo za nic nie zetnie się wam na nich galaretka)
2 galaretki owocowe rozpuszczone w 3 szklankach wody
Wykonanie:
Rozpuszczamy galaretkę zgodnie z powyższymi wytycznymi i zostawiamy do wystudzenia i zgęstnienia.
Owoce z puszki odsączamy i kroimy wedle uznania, w plastry, w kostki, jak zapragniemy je widzieć na torcie. Podobnie się sprawa tyczy świeżych.
Żółtka ubijamy w misce od miksera, w towarzystwie cukru, na puszystą masę.
W 1 szklance mleka rozpuszczamy mąkę ziemniaczaną i wlewamy do żółtek z cukrem, miksujemy.
Następne 2 szklanki mleka zagotowujemy i ostrożnie, po trochu dolewamy do miksowanej masy, by się nic nie ścięło. Gdy tego dokonamy, raz jeszcze mieszamy łyżką drewnianą i stawiamy masę na ogień, zaczynając podgrzewać.
Mieszamy masę, podgrzewając, aż zgęstnieje, wyglądając (i de facto stając się) jak budyń.
Zdejmujemy z ognia i ostudzamy do samego końca. Aż będzie zimna i twarda. Nie radzę ruszać jej, nawet jeśli tylko ciepłej i dodawać do niej czegokolwiek, bo potem Ambasador nam popłynie. Masa musi być zimna jak lód, nim znowu się za nią weźmiemy. Wstawienie jej do lodówki nie jest w tym przypadku takim złym pomysłem.
Po całkowitym ostudzeniu stopniowo miksując, dodajemy do niej masło pokrojone w kostki lub wiórki.
Zimną masę budyniową dzielimy na dwie, równe części.
Do pierwszej części dodajemy kakao, ekstrakt z wanilii (lub alkohol) i posiekaną czekoladę. Mieszamy dokładnie wszystko razem łyżką.
Do drugiej części dodajemy sok z cytryny (lub inny zamiennik aromatyczny) i bakalie.
Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia lub folią aluminiową. Rozkładamy na niej warstwę biszkoptów, pilnując by nie zostawić za wielu przestrzeni między nimi. Te można wypełnić kruszem biszkoptowym.
Na warstwę herbatników na dnie, ostrożnie, łyżka po łyżce, by herbatniki nie poszły do góry, wykładamy najpierw jedną masę, potem drugą na tą pierwszą. Jeżeli galaretka jeszcze nam nie zastygła odpowiednio do wykładania jej na ciasto, wstawiamy Ambasadora tak jak jest, do lodówki, czekając na wykładanie owoców aż stwardnieje i się zestali w chłodzie.
Następnie wykładamy warstwę owoców na samą górę Ambasadora, a potem wykładamy łyżkami na wpół zastygłą galaretkę (nie może być płynna, ani nie może być za twarda. Konsystencja powinna być pośrodku, tuż przed zastyganiem), aż całkowicie przykryje nam owoce i masę.
Ambasadora wstawiamy do lodówki, najlepiej na całą noc, by galaretka skrzepła ostatecznie, a tort osiągnął właściwą twardość.
Serwujemy, pamiętając, by nie trzymać ciasta za długo w wysokiej temperaturze, gdyż może zacząć topnieć.
Smacznego!:)
--------------------------------------------------
Ingredients:
1 pckge of long biscuits (round one also will do)
400g of butter, diced
3 cups of milk
7 tblspn of potato flour
6 egg yolks
2 cups of sugar
delicacies of your choice (raisins, candid orange peel, cranberries, chopped wallnuts, etc)
lemon juice (which you can substitute with other aromatic ingredient, like orange or lemon extract)
2 tblspns of cocoa powder
2 tblspns of vanilla extract
1 milk chocolate tablet, nicely chopped
1 large can of candid fruits, peaches or pineapple (or fresh fruits, whichever you choose EXCEPT fresh kiwi and pinneaple - they won't allow the jelly to harden properly)
2 pckges of jelly mixed with 3 cups of hot water
The making of:
Prepare the jelly as mentioned above, and leave it to cool and almost harden.
Drain the candied fruits of its juices, and chop them, however you want them to see on the torte. Do the same with a fresh fruits.
Beat the egg yolks and sugar with a hand mixer, until light and fluffy.
Mix a potato flour with 1 cup of milk and pour the liquid into the egg yolks with a sugar. Mix it together.
Heat up the remaining 2 cups of milk, until boiling, then slowly pour it into the eggy liquid, mixing constantly, in parts, not to curdle it.
Put it on fire again, and mix it constantly with a wooden spoon, until it becomes like a pudding.
Remove form the fire and cool it completely. It has to be cold and very hard. After that mix it with a diced butter.
Divide the pudding creme in two parts.
For the 1st one add cocoa powder, vanilla extract (or other alcohol, like vodka) and chocolate bits. Mix it nicely.
For the 2nd one add lemon juice (or other aromathic substitute) and chosen delicacies. Mix it.
On the bottom of cake tin put a sheet of baking paper or aluminium foil. Then put a single layer of biscuits, packing it tightly, so there were only a little free spaces left.
Pour the first pudding creme on the biscuits layer, spoon by spoon, then pour the second one on top of the first one. Then top it with a fruit, and almost hardened jelly. If the jelly is not ready yet, you may put the Ambassador torte into the fridge to harden it a bit, and when the jelly is ready, put the fruits and jelly to finish it up.
Put finished Ambassador torte into the fridge, leaving it overnight.
Serve the next day, remembering not to leave it on a very warm conditions for too long, or it starts to melt down.
Cheers!:)
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
piątek, 10 czerwca 2016
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Migdałowo - wiśniowe cupcakes / Cherry - almond cupcakes
Z pewnym rozbawieniem zaczynam pisać niniejszą felkę, ponieważ ostatnimi czasy nieustannie trafiam z potrawami, jakie wam na Bantofelkach opisuję, w jakąś okoliczność z nimi związaną. Zaczęło się właśnie od tych cupcakesów, które zrobiłam przypadkiem w przeddzień Święta Muffina, przypadającego na 20 Luty. Potem okazało się, że zaplanowane Donuty Lokiego zrobiłam idealnie w okolicach Święta Donutów, a Światowy Dzień Czekolady przypada na 7 czerwca, akurat jutro, czyli wtedy, kiedy zamierzałam wam machnąć przepis na Ambasadora. Z czekoladą, a jakże.
Chociaż, moment... akurat tu nie podeszło. Święto Czekolady mamy 7 lipca, ale w sumie miesiąc w tę, czy w tę... będziem obżerać się czekoladą całą miesięcznicę, bo kto nam zabroni? Mogą urządzać zupełnie niestrawne, wrzodotwórcze marsze smoleńskie, każdy kolejny miesiąc znacząc w kalendarzu żarciami się z opozycją, ku czci tych, których powinni tylko pamiętać, a nie robić z nich broni politycznej, nakręcając spiralę nienawiści w narodzie, to chyba o wiele przyjemniej jest odliczać, że 7 czerwca mamy 5592 miesięcznicę dnia, w którym czekolada pojawiła się w Europie.
Polityką jednak się nie zajmujemy bo, jak powiada mój niedościgły wzór felietonisty, pan Jerzy Iwaszkiewicz, można dostać potrójnego kleszcza (jeden ekstra za Smoleńsk wychodzący już uszami...) z boreliozą w bonusie. Zajmujemy się za to bohaterem obecnej felki, to jest cupcakesami/muffinkami/babeczkami, na których święto przepotwornie się z felką spóźniłam.
Nic jednak się nie dzieje, co się odwlecze, to nie uciecze i teraz, ku waszej uciesze, felkę ową zaczynam.
A zacząć należałoby od wyjaśnienia bardzo mylącej rzeczy, jaką jest sama nazwa. Wbrew pozorom polska babeczka czy amerykański cupcake oraz muffin, to nie to samo. Pewnie, wyglądają podobnie, ale z jakiejś przyczyny nie wrzuca się ich wszystkich do jednego worka. Przynajmniej tam, za granicą. Dlatego, że u nas babeczka określa tylko jeden rodzaj ciastka, pieczonego w miniaturce foremki na babkę (na to, że jedno od drugiego rodzajem może się bardzo różnić, akurat nie zwraca się uwagi, bo tylko kształt ważny, ha! - owszem, to jest bardzo ironicznie "ha!"), natomiast zagraniczni koledzy oddzielają od siebie muffins i cupcakes w zależności od tego, co się na nie składa, na dwa, różne typy ciastek (prawidłowo, mając w nosie ich formę i patrząc na smak):
Cupcake - jak sama nazwa wskazuje, nawiązują do ciastek. Malutkich, mieszczących się w dłoni. A ciastka są przecież słodkie, pysznie niezdrowe, z lukrem, bez lukru, z toną dodatków w środku, dżemnych, czekoladowych i tak dalej, ale zawsze mówiąc o cupcake'u, myśleć się powinno o deserze. Teksturę ma soczystą, wilgotną, taką jak mieć powinno dobre ciasto.
Muffin - różni się od cupcake tym, że nie musi być słodki. Wręcz przeciwnie, bardzo często jest wytrawny albo słony, wręcz obiadowy albo śniadaniowy, ze zdrowymi dodatkami. Frostingu, czyli tej góry fryzowanej bitej śmietany na górze, tak charakterystycznej dla cupcakes, nie zobaczysz na muffince. Znajdziesz w niej za to warzywa, często mięsko, jajka, rozmaite płatki i otręby... a jeśli już jest on jednak słodki, to od owoców i miodu, a nie cukru i czekolady. Teksturę ma bardziej suchą, zbitą. Taki zastępca śniadaniowego pieczywa.
Babeczka to... babeczka. Każdy Polak rozpozna polską babeczkę po kruchym cieście, wypiekanym na przykład jak do tarty i wypełnieniu jej potem różnym dobrem, od owoców, po toffi i bitą śmietanę. Od muffinów i cupcake'ów tak bardzo się różni, że zrozumieć nie mogę skąd ten upór do nazywania anglosaskich ciastek babeczkami. Chyba tylko z lenistwa, przekory i chęci pokazania, że jesteśmy ponad amerykańskie wydziwianse, po raz kolejny za to obrazując zachowaniem jakimi jesteśmy ignorantami kulinarnymi:)
Ale teraz, skoro już macie czarno na białym podstawową różnicę, myślę, że łatwiej będzie nazywać rzeczy po imieniu.
Cupcakesy, jakie wam dziś zaproponuję, poza tym, że zdecydowanie są deserem, są też, jak na mego bloga, zjawiskiem. A to dlatego, że pierwszy raz w ich przypadku, robiłam zdobienie z kremu maślanego, a także po raz pierwszy w swej karierze użyłam ciekawego substytutu składnika tworzącego ciasto. Zastępstwa tzw. cake mixu, czyli szeroko stosowanego przez leniwce, ciasta w proszku.
Pisałam w przypadku innej felki, jaką niechęcią darzę wszelkie proszki i ciasta instant, ponieważ równie dobrze moglibyście pójść do cukierni i coś kupić. Nie smakują, po prostu, domowym ciastem, chociaż sami dodajecie wodę i pieczecie we własnym piekarniku. Moja osobista opinia w kwestii ciast jest taka, że aby naprawdę nazwać ciasto własnym produktem, trzeba zrobić je od początku do końca samemu. Nie używając półproduktów, nawet jeżeli oszczędzą ci czasu. Włożenie w ciasto pracy i serca jest wyczuwalne w gotowym tworze, zapewniam i znika ta niepewność, gdy częstowany nim komplementuje wypiek, bo to przecież nie wiadomo, czy ciebie, czy tego, co zrobił proszek, czy cukiernię? Do rzyci z taką zabawą, wolę już spędzić 3 godziny w kuchni, niż potem zachodzić w głowę, kto odwalił tu największą robotę i czy nie dodał aby salmonelli do proszku.
Czym więc zastąpić cake mix w przepisie, który do ciebie woła siedmioma głosami, ale odrzuca cię fakt użycia tego proszku? Otóż substytutem. Ten proszek z czegoś zrobiono, musi choć w przybliżeniu składać się z mąki, cukru i proszku do pieczenia, tudzież drożdży instant, skoro więc nie chcemy (albo nie mamy skąd wziąć) cake mixu, musimy go sobie sami zrobić. Własnołapnie. A to uszlachetni ciasto, bo własnołapny cake mix równa się naturalnemu wsypywaniu składników do ciasta do miski i wyrobu w sposób, w jaki chcemy.
Poszukując sposobu wykonania dobrego substytutu na "proszek", przegrzebałam sporo różnych stron, porównując podane tam sposoby z własną wiedzą. Efekt od paru tygodni znaleźć możecie w felce: "Tajemnicze składniki z nie-polskich przepisów i gdzie je dopaść w kraju", w poddziale: Substytuty, pod nazwą Cake mix. Z ogromną przyjemnością mogę wam potwierdzić, że przepis, używający tego zastępstwa skutkuje bardzo smacznym ciastem, w którym za nic nie czuć sztuczności. Sprawdza się. A jak coś się sprawdza to zupełnie nie ma potrzeby sięgać po droższe pudełkowe gotowości.
Tego substytutu użyłam również w przepisie na arcysmaczne, cudowne, migdałowo-wiśniowe cupcakes, które z ogromną przyjemnością zaraz wam zaprezentuję.
Nie ma w tym cieście niczego trudnego, jeśli chodzi o jego zrobienie. Zmieszać składniki, wylać do foremek, piec... no, może ze zdobieniem, bo trzeba mieć wprawę i odpowiedni sprzęt. Ale jeśli akurat bardzo kochacie swego męża/żonę, chłopaka/dziewczynę, przyjaciela lub przyjaciółkę, nie ma lepszego sposobu by bez okazji podsunąć własnoręcznie upieczonego cupcakesa, takiego jak ten z wyrazami przywiązania i ciepła. Niech zje. Niech wie, że sporo dla nas znaczy.
Jednak jeśli jest uczulony na orzechy, to, ze względu na migdały w cieście, poleciłabym inne cupcakes, by wyrazy miłości i prezent nie okazały się ostatnim pożegnaniem:)
Pachną i smakują migdałami i wiśniami. Wisienki mają w składzie, wisienkę mają na czubku smakowitej górki kremu maślanego. Są śliczne i smaczne, mięciutkie, gryźliwe, ale jednocześnie wspaniale, cupcake'cowo wilgotne. Zdecydowanie godne polecenia i zablogowania, co też niniejszym czynię.
Co prawda sezonu na wiśnie jeszcze nie ma, ale nadszedł sezon na truskawki. Jeżeli tylko macie ochotę, zachęcam do zastąpienia jednych owoców drugimi. To, że świeże, nie będzie mieć aż takiego znaczenia, bo ciasto ładnie je przyjmie i się nie rozlezie, o ile tylko nie przesadzicie z ilością. Niechętnych migdałom pragnę również pocieszyć, że ciasto sporo wybaczy. Nawet zmianę aromatu. Nie chcecie migdałowego? Ależ użyjcie na zdrowie aromatu pomarańczowego i kandyzowanej skórki pomarańczowej! Lub też ekstraktu z wanilii, zostawiając cupcake'a au naturel, za to pilnując by krem maślany na górze był wyładowany aromatem po brzegi.
Tyle możliwości! Taka prostota wykonania! Teraz tylko wykazać musicie chęć, by udać się do kuchni i zacząć je robić, pamiętając, by folgować inwencji tam gdzie trzeba, a tam gdzie musicie, trzymać się przepisu. Obiecuję, że wszystko wtedy wyjdzie jak należy:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na 20-25 cupcakes):
Ciasto:
1 porcja substytutu cake-mix (znajdziecie go w tej felce, pod Substytutami i nazwą Cake mix)
3 jajka
1/3 szklanki oliwy
3/4 szklanki mleka
1/2 szklanki kwaśnej śmietany 18%
2 łyżeczki olejku migdałowego (ok. pół buteleczki)
1 szklanka posiekanych drobno wisienek koktajlowych
trochę stopionego masła do smarowania foremek
pokruszone Tic-Taki (najlepiej wiśniowe) jako posypka
20-25 wisienek koktajlowych z ogonkiem do dekoracji
Wiśniowy krem maślany:
1 szklanka miękkiego masła
3-4 szklanki cukru pudru
sok wyciśnięty ze świeżych lub mrożonych wiśni dla koloru (ew. czerwony barwnik spożywczy)
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik do 176 stopni Celcjusza.
Do miski od miksera wsypujemy składniki substytutu cake mix i mieszamy wszystkie razem starannie.
Do proszku dorzucamy jajka, oliwę, mleko, kwaśną śmietanę, oraz olejek migdałowy i miksujemy aż wszystko razem utworzy gładką masę.
Do masy dorzucamy posiekane wisienki koktajlowe i mieszamy starannie drewnianą łyżką.
Blachę wyścielamy płachtą papieru do pieczenia. Silikonowe foremki na cupcakes smarujemy stopionym masłem i napełniamy każdą z nich do 3/4 wysokości ciastem. Ustawiamy je na blasze i wstawiamy do piekarnika na 20-30 minut. Po pierwszych 20 minutach sprawdzamy sytuację cupcake's. Jeżeli z wierzchu nadal są za mokre, pieczemy tak długo aż ładnie wyrosną i "wyschną", pilnując by nie zbrązowiały. Mają wyjść bardzo jasnej barwy.
Wyciągamy gotowe z piekarnika i pozwalamy im całkowicie ostygnąć.
Wykonujemy krem maślany.
Ubijamy masło na puszystą masę, do której po 2 minutach dosypujemy cukier. Po trochu dodajemy też soku wiśniowego lub barwnika, pilnując koloru i konsystencji kremu. Jeśli wyjdzie za rzadki, dodajemy jeszcze cukru pudru. Jeśli za gęsty - rozluźniamy odrobiną mleka.
Gotowy krem maślany umieszczamy w rękawie cukierniczym z zamontowaną kocówką z głęboko wyciętą gwiazdką (ja używam w tym celu tylki 1M Wiltona) i wyciskamy ozdobnie krem maślany na chłodne cupcakes. Na czubek każdej jednej osadzamy wisienkę koktajlową i posypujemy posypką z pokruszonych Tic-Taców.
Serwujemy z czułością kochanej osobie:)
Smacznego!
--------------------------------------------------------
Ingredients (for 20-25 cupcakes):
Dough:
Cherry Buttercream:
The making of:
Preheat oven to 350 degrees Fahrenheit.
Fold in chopped maraschino cherries.
Put a sheet of baking paper on a pan. Grease the silicone molds for cupcakes with a melted butter and fill each 3/4 full. Bake for 20-30 minutes. Check the cupcakes after the first 20 minutes. If they are still wet, bake them until they harden, but not brown. They have to be light in colour.
Remove the cupcakes from the oven and cool completely.
Now we make a cherry buttercream.
Put the buttercream into the confectionery sleeve with a nozzle (I used Wilton 1M) and pipe frosting onto cooled cupcakes. Put one cherry with a stem on a top of every cupcake and sprinkle it with a crushed Tic-Tacs.
Chociaż, moment... akurat tu nie podeszło. Święto Czekolady mamy 7 lipca, ale w sumie miesiąc w tę, czy w tę... będziem obżerać się czekoladą całą miesięcznicę, bo kto nam zabroni? Mogą urządzać zupełnie niestrawne, wrzodotwórcze marsze smoleńskie, każdy kolejny miesiąc znacząc w kalendarzu żarciami się z opozycją, ku czci tych, których powinni tylko pamiętać, a nie robić z nich broni politycznej, nakręcając spiralę nienawiści w narodzie, to chyba o wiele przyjemniej jest odliczać, że 7 czerwca mamy 5592 miesięcznicę dnia, w którym czekolada pojawiła się w Europie.
Polityką jednak się nie zajmujemy bo, jak powiada mój niedościgły wzór felietonisty, pan Jerzy Iwaszkiewicz, można dostać potrójnego kleszcza (jeden ekstra za Smoleńsk wychodzący już uszami...) z boreliozą w bonusie. Zajmujemy się za to bohaterem obecnej felki, to jest cupcakesami/muffinkami/babeczkami, na których święto przepotwornie się z felką spóźniłam.
Nic jednak się nie dzieje, co się odwlecze, to nie uciecze i teraz, ku waszej uciesze, felkę ową zaczynam.
A zacząć należałoby od wyjaśnienia bardzo mylącej rzeczy, jaką jest sama nazwa. Wbrew pozorom polska babeczka czy amerykański cupcake oraz muffin, to nie to samo. Pewnie, wyglądają podobnie, ale z jakiejś przyczyny nie wrzuca się ich wszystkich do jednego worka. Przynajmniej tam, za granicą. Dlatego, że u nas babeczka określa tylko jeden rodzaj ciastka, pieczonego w miniaturce foremki na babkę (na to, że jedno od drugiego rodzajem może się bardzo różnić, akurat nie zwraca się uwagi, bo tylko kształt ważny, ha! - owszem, to jest bardzo ironicznie "ha!"), natomiast zagraniczni koledzy oddzielają od siebie muffins i cupcakes w zależności od tego, co się na nie składa, na dwa, różne typy ciastek (prawidłowo, mając w nosie ich formę i patrząc na smak):
Cupcake - jak sama nazwa wskazuje, nawiązują do ciastek. Malutkich, mieszczących się w dłoni. A ciastka są przecież słodkie, pysznie niezdrowe, z lukrem, bez lukru, z toną dodatków w środku, dżemnych, czekoladowych i tak dalej, ale zawsze mówiąc o cupcake'u, myśleć się powinno o deserze. Teksturę ma soczystą, wilgotną, taką jak mieć powinno dobre ciasto.
Muffin - różni się od cupcake tym, że nie musi być słodki. Wręcz przeciwnie, bardzo często jest wytrawny albo słony, wręcz obiadowy albo śniadaniowy, ze zdrowymi dodatkami. Frostingu, czyli tej góry fryzowanej bitej śmietany na górze, tak charakterystycznej dla cupcakes, nie zobaczysz na muffince. Znajdziesz w niej za to warzywa, często mięsko, jajka, rozmaite płatki i otręby... a jeśli już jest on jednak słodki, to od owoców i miodu, a nie cukru i czekolady. Teksturę ma bardziej suchą, zbitą. Taki zastępca śniadaniowego pieczywa.
Babeczka to... babeczka. Każdy Polak rozpozna polską babeczkę po kruchym cieście, wypiekanym na przykład jak do tarty i wypełnieniu jej potem różnym dobrem, od owoców, po toffi i bitą śmietanę. Od muffinów i cupcake'ów tak bardzo się różni, że zrozumieć nie mogę skąd ten upór do nazywania anglosaskich ciastek babeczkami. Chyba tylko z lenistwa, przekory i chęci pokazania, że jesteśmy ponad amerykańskie wydziwianse, po raz kolejny za to obrazując zachowaniem jakimi jesteśmy ignorantami kulinarnymi:)
Ale teraz, skoro już macie czarno na białym podstawową różnicę, myślę, że łatwiej będzie nazywać rzeczy po imieniu.
Cupcakesy, jakie wam dziś zaproponuję, poza tym, że zdecydowanie są deserem, są też, jak na mego bloga, zjawiskiem. A to dlatego, że pierwszy raz w ich przypadku, robiłam zdobienie z kremu maślanego, a także po raz pierwszy w swej karierze użyłam ciekawego substytutu składnika tworzącego ciasto. Zastępstwa tzw. cake mixu, czyli szeroko stosowanego przez leniwce, ciasta w proszku.
Pisałam w przypadku innej felki, jaką niechęcią darzę wszelkie proszki i ciasta instant, ponieważ równie dobrze moglibyście pójść do cukierni i coś kupić. Nie smakują, po prostu, domowym ciastem, chociaż sami dodajecie wodę i pieczecie we własnym piekarniku. Moja osobista opinia w kwestii ciast jest taka, że aby naprawdę nazwać ciasto własnym produktem, trzeba zrobić je od początku do końca samemu. Nie używając półproduktów, nawet jeżeli oszczędzą ci czasu. Włożenie w ciasto pracy i serca jest wyczuwalne w gotowym tworze, zapewniam i znika ta niepewność, gdy częstowany nim komplementuje wypiek, bo to przecież nie wiadomo, czy ciebie, czy tego, co zrobił proszek, czy cukiernię? Do rzyci z taką zabawą, wolę już spędzić 3 godziny w kuchni, niż potem zachodzić w głowę, kto odwalił tu największą robotę i czy nie dodał aby salmonelli do proszku.
Czym więc zastąpić cake mix w przepisie, który do ciebie woła siedmioma głosami, ale odrzuca cię fakt użycia tego proszku? Otóż substytutem. Ten proszek z czegoś zrobiono, musi choć w przybliżeniu składać się z mąki, cukru i proszku do pieczenia, tudzież drożdży instant, skoro więc nie chcemy (albo nie mamy skąd wziąć) cake mixu, musimy go sobie sami zrobić. Własnołapnie. A to uszlachetni ciasto, bo własnołapny cake mix równa się naturalnemu wsypywaniu składników do ciasta do miski i wyrobu w sposób, w jaki chcemy.
Poszukując sposobu wykonania dobrego substytutu na "proszek", przegrzebałam sporo różnych stron, porównując podane tam sposoby z własną wiedzą. Efekt od paru tygodni znaleźć możecie w felce: "Tajemnicze składniki z nie-polskich przepisów i gdzie je dopaść w kraju", w poddziale: Substytuty, pod nazwą Cake mix. Z ogromną przyjemnością mogę wam potwierdzić, że przepis, używający tego zastępstwa skutkuje bardzo smacznym ciastem, w którym za nic nie czuć sztuczności. Sprawdza się. A jak coś się sprawdza to zupełnie nie ma potrzeby sięgać po droższe pudełkowe gotowości.
Tego substytutu użyłam również w przepisie na arcysmaczne, cudowne, migdałowo-wiśniowe cupcakes, które z ogromną przyjemnością zaraz wam zaprezentuję.
Nie ma w tym cieście niczego trudnego, jeśli chodzi o jego zrobienie. Zmieszać składniki, wylać do foremek, piec... no, może ze zdobieniem, bo trzeba mieć wprawę i odpowiedni sprzęt. Ale jeśli akurat bardzo kochacie swego męża/żonę, chłopaka/dziewczynę, przyjaciela lub przyjaciółkę, nie ma lepszego sposobu by bez okazji podsunąć własnoręcznie upieczonego cupcakesa, takiego jak ten z wyrazami przywiązania i ciepła. Niech zje. Niech wie, że sporo dla nas znaczy.
Jednak jeśli jest uczulony na orzechy, to, ze względu na migdały w cieście, poleciłabym inne cupcakes, by wyrazy miłości i prezent nie okazały się ostatnim pożegnaniem:)
Pachną i smakują migdałami i wiśniami. Wisienki mają w składzie, wisienkę mają na czubku smakowitej górki kremu maślanego. Są śliczne i smaczne, mięciutkie, gryźliwe, ale jednocześnie wspaniale, cupcake'cowo wilgotne. Zdecydowanie godne polecenia i zablogowania, co też niniejszym czynię.
Co prawda sezonu na wiśnie jeszcze nie ma, ale nadszedł sezon na truskawki. Jeżeli tylko macie ochotę, zachęcam do zastąpienia jednych owoców drugimi. To, że świeże, nie będzie mieć aż takiego znaczenia, bo ciasto ładnie je przyjmie i się nie rozlezie, o ile tylko nie przesadzicie z ilością. Niechętnych migdałom pragnę również pocieszyć, że ciasto sporo wybaczy. Nawet zmianę aromatu. Nie chcecie migdałowego? Ależ użyjcie na zdrowie aromatu pomarańczowego i kandyzowanej skórki pomarańczowej! Lub też ekstraktu z wanilii, zostawiając cupcake'a au naturel, za to pilnując by krem maślany na górze był wyładowany aromatem po brzegi.
Tyle możliwości! Taka prostota wykonania! Teraz tylko wykazać musicie chęć, by udać się do kuchni i zacząć je robić, pamiętając, by folgować inwencji tam gdzie trzeba, a tam gdzie musicie, trzymać się przepisu. Obiecuję, że wszystko wtedy wyjdzie jak należy:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na 20-25 cupcakes):
Ciasto:
1 porcja substytutu cake-mix (znajdziecie go w tej felce, pod Substytutami i nazwą Cake mix)
3 jajka
1/3 szklanki oliwy
3/4 szklanki mleka
1/2 szklanki kwaśnej śmietany 18%
2 łyżeczki olejku migdałowego (ok. pół buteleczki)
1 szklanka posiekanych drobno wisienek koktajlowych
trochę stopionego masła do smarowania foremek
pokruszone Tic-Taki (najlepiej wiśniowe) jako posypka
20-25 wisienek koktajlowych z ogonkiem do dekoracji
Wiśniowy krem maślany:
1 szklanka miękkiego masła
3-4 szklanki cukru pudru
sok wyciśnięty ze świeżych lub mrożonych wiśni dla koloru (ew. czerwony barwnik spożywczy)
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik do 176 stopni Celcjusza.
Do miski od miksera wsypujemy składniki substytutu cake mix i mieszamy wszystkie razem starannie.
Do proszku dorzucamy jajka, oliwę, mleko, kwaśną śmietanę, oraz olejek migdałowy i miksujemy aż wszystko razem utworzy gładką masę.
Do masy dorzucamy posiekane wisienki koktajlowe i mieszamy starannie drewnianą łyżką.
Blachę wyścielamy płachtą papieru do pieczenia. Silikonowe foremki na cupcakes smarujemy stopionym masłem i napełniamy każdą z nich do 3/4 wysokości ciastem. Ustawiamy je na blasze i wstawiamy do piekarnika na 20-30 minut. Po pierwszych 20 minutach sprawdzamy sytuację cupcake's. Jeżeli z wierzchu nadal są za mokre, pieczemy tak długo aż ładnie wyrosną i "wyschną", pilnując by nie zbrązowiały. Mają wyjść bardzo jasnej barwy.
Wyciągamy gotowe z piekarnika i pozwalamy im całkowicie ostygnąć.
Wykonujemy krem maślany.
Ubijamy masło na puszystą masę, do której po 2 minutach dosypujemy cukier. Po trochu dodajemy też soku wiśniowego lub barwnika, pilnując koloru i konsystencji kremu. Jeśli wyjdzie za rzadki, dodajemy jeszcze cukru pudru. Jeśli za gęsty - rozluźniamy odrobiną mleka.
Gotowy krem maślany umieszczamy w rękawie cukierniczym z zamontowaną kocówką z głęboko wyciętą gwiazdką (ja używam w tym celu tylki 1M Wiltona) i wyciskamy ozdobnie krem maślany na chłodne cupcakes. Na czubek każdej jednej osadzamy wisienkę koktajlową i posypujemy posypką z pokruszonych Tic-Taców.
Serwujemy z czułością kochanej osobie:)
Smacznego!
--------------------------------------------------------
Ingredients (for 20-25 cupcakes):
Dough:
1 box of white cake mix (or 1 portion of substitute for cake mix, which you can find here, in Substitutes section, under the name: Cake mix)
3 eggs
1/3 cup of oil
3/4 cups of milk
1/2 cup of sour cream
2 tsp. of almond extract
1 cup of Maraschino cherries, roughly chopped
melted butter for cupcake molds
crushed Tic-Tacs (cherry) for sprinkling
20-25 Maraschino cherries with stems for decoration
Cherry Buttercream:
1 cup of butter, softened
3-4 cups of powdered sugar
cherry juice or red food colouring
The making of:
Preheat oven to 350 degrees Fahrenheit.
Pour the ingredients of cake mix substitute to a mixer bowl, and mix them nicely with a spoon.
Add eggs, oil, milk, sour cream and almond extract and mix it all together until smooth.
Fold in chopped maraschino cherries.
Put a sheet of baking paper on a pan. Grease the silicone molds for cupcakes with a melted butter and fill each 3/4 full. Bake for 20-30 minutes. Check the cupcakes after the first 20 minutes. If they are still wet, bake them until they harden, but not brown. They have to be light in colour.
Remove the cupcakes from the oven and cool completely.
Now we make a cherry buttercream.
Beat
butter for 2 minutes until fluffy. Add in powdered
sugar and cherry juice or food colouring and mix still until you reach your desired consistency. If it becomes too
thick, add a little milk, if too watery, add some more sugar.
Put the buttercream into the confectionery sleeve with a nozzle (I used Wilton 1M) and pipe frosting onto cooled cupcakes. Put one cherry with a stem on a top of every cupcake and sprinkle it with a crushed Tic-Tacs.
Serve with love the one you care most:)
Cheers!
piątek, 3 czerwca 2016
Donuty Lokiego/ Loki's donuts
Happy National Doughnut Day, fellow Americans!
A polskojęzycznym nie obchodzącym tego smacznego święta (amerykański Dzień Donuta), przypadającego na pierwszy piątek czerwca, czyli dzień trzeci obecnego miesiąca, pozostaje powiedzieć: niesłychanie smacznego obżarstwa i nabijania kalorii, bo jedno i drugie zacznie się, ledwie przeczytacie tę felkę i zobaczycie foty, jakie do niej dołączyłam. Dodatkowo tym, co lubią łączyć przyjemne z pożytecznym i żywią przeogromną miłość do potraw inspirowanych dziełem pisanym: got ya! Nie oderwiecie się, bo Donuty Lokiego to właśnie to, co mole książkowe kochają najbardziej. Leniwie opychać się w spokoju smakołykiem, czytając o ulubionym bohaterze, spożywając to, o czym właśnie czytacie, przez to w dwójnasób przeżywać przygody Kłamcy... bowiem o Kłamcy będzie tu dużo. Równie dużo co o donutach, ponieważ jedno i drugie ubóstwiam, a twórca Lokiego, jaśnie nam panujący Jakub Ćwiek Pierwszy Tego Imienia i Konweniencji, zrobił nam niespodziankę trzecim numerem Bangarang i przeładował go Lokim i donutami. A także ironicznym humorem, stadem zapomnianych bogów, terapią grupową, side-kickiem Michałem Od Trzech Par Skrzydeł i Płonącej Gęby (a także od słabości do donutów, jak wam już złośliwie zaspoileruję), nawiązaniami do Johna Rambo i Aerosmith i stadem innych rzeczy, przez które z ręką na sercu powiadam - nie ma dla mnie innego, polskiego pisarza fantasy z jajem, nad Ćwieka, amen:)
A skoro już z takim pietyzmem ucałowałam jaśnie oświecone Conversy guru, wyrażając nieprzemijające uwielbienie dla wszystkiego co napisał i nie napisał, ale napisze, nawet jak nie napisze, pozwolę sobie darować resztę wazelinki, maślenia i tuptania dookoła jak na piszczącą groupie przystało i pozwolę sobie przejść do głównych tematów felki, sztuk dwóch. Trzech! W jednej, wcielonej, donutowej, rozkosznej postaci, wyposażonej w cień posiadający gnata, jasne pióra i zarost, gębę a'la Brad Pitt wersja bardziej męska, trampki i nieodłącznego misia puszczającego guzikowe oko znad ramienia Anielskiego Cyngla. Wspomniałam o zmiennokształtnej magii i schowanej na podorędziu czerwonej, damskiej bieliźnie, na wypadek, gdyby cyngiel zapragnął zamienić się w długonogą laskę? A, i o urokliwości łobuza i czarującej bezwzględności, przez którą majtki same dziewczynom spadają (God, I love the bad guys too freakin' much...)? Nie? No to teraz już wiecie.
Donuty Lokiego! Voila, zaczynamy.
Jak zaczyna się przygodę z bohaterem książkowym, który zagrzebuje się jakimś cudem na stałe w nasze gusta literackie już po pierwszej, przeczytanej stronie jego przygód? Ano, tak jak zawsze - od pierwszej książki, najlepiej pierwszego tomu, jaki o nim traktuje. Miałam to szczęście i jakoś w 2008 roku dopadłam "Kłamcę", pierwsze wydanie, z polecenia kumpelki Magdy zwanej Wiedźmą w Śląskim Klubie Fantastyki. Lub Aliteą w innych, znanych nam, kręgach:). Za to jestem jej dozgonnie wdzięczna, bowiem przedstawiony tomik opowiadań o nim, popełniony przez mało wtedy rozpoznawalnego J. Ćwieka, zrobił z w miarę normalnej studentki kończącej europeistykę, wiernego fana, który do czasów obecnych nie ma ochoty ani podstaw, by rezygnować z miłowania Kłamcy Lokiego i jego przygód. Czy to w formie opowiadań, czy całych tomiszcz, których przez lata wyszło... ohohooo... Temu czai się na wszystko co z Lokim (i nie tylko, bo chodzi też o tworzące powieść pióro) związane, napada na księgarnie w dniu premiery wyczekiwanej książki i żąda od przerażonej panny na kasie podekscytowano-żądającym pisko-rykiem:
"- NOWEGO ĆWIEKA, RAZ!".
Z jakim pędem zamawiają przez internet, albo przynoszą z półki z nowościami, nawet nie macie pojęcia. Taka straszna jestem? Eeee, chyba nieee... nawiedzona prędzej:D
Anyway, gdy zaczęły wychodzić Bangarangi, to się chwilowo przynajmniej uwolnili ode mnie w tych Empikach i Matrasach. Za to ja zaczęłam kolekcjonować, tym razem również i na kompie, nie tylko na półkach i napawać się każdym kolejnym numerem, jak wąchacz nową porcją kleju. W ten sposób we wszystko, co ćwiekowe zaczęłam opływać, jak pączek w lukier, poznałam sobie Loco - nowego bohatera (ten też pożeracz pączków, gdzie oni się tak mnożą, powiedzcie mi? I każdy jeden bucha zajebistością... to pewnie przez to wchłanianie pączków w postępie geometrycznym...) ale i tak to trzeci numer powitałam z piskiem zagłodzonej myszy, na którą spadła świeża bułka. Bo był Loki, (bez Jenny, ha!) za to z Michałem i z donutami. Duuuużą ilością donutów. Więc i kolejny pisk - myszy do pary z bułką, zleciał z nieba ser - ponieważ zawsze chciałam wziąć je na "warsztat", tylko nigdy jakoś nie miałam na to weny. I odnośnika. Ale skoro Loki i donuty przyszły mi w parze i rozsiadły się na dysku twardym, kusząc na dodatek okładką... nie ma zmiłuj się, Goś ruszył do kuchennego boju, uzbrojony w tablet i facebooka, a Kuba Ćwiek został zasypany dziwacznymi pytaniami (jak i w przypadku Pączków z różą Loco). Jednakże po kolei...
Oto, co nam mówi opowiadanie "Jestem Mike..." z trzeciego numeru Bangarang, a co posłużyło mi za wstępny research w kwestii donutów a'la Loki (bo, rzecz jasna, chcemy, pożądamy i pragniemy donutów Lokiego, a nie przypadkowych, wydartych z jakiegoś przepisu, szlag wie jakich frędzli podających się za donuty, robionych z proszku z pudełka... musi być w punkt! Z klasą! I rozmachem.):
"(...) Carl miał brązowy, dwucyfrowy żeton i ilekroć się zjawiał, dbał o świeże donuty na koniec spotkania."
(...)Winston jak zawsze zachwalał świeżość donutów, opychając się kolejnym, klasycznym, lukrowanym, bo innych nie uznawał. Znowu zapytał Carla o to, skąd je bierze, a Carl znowu zapewnił, że z troski o tuszę kolegi z grupy zachowa tę informację dla siebie.
(...)[Carl] Zaraz po oficjalnej części wyszedł na chwilę i dopiero teraz wrócił, toteż nie mógł się ze wszystkimi przywitać. Susannah nastawiła policzek, a on udał, że go całuje, po czym wyjął z różowego pudełka ostatniego donuta z nadzieniem toffi."
(...) - Nie mogę ci zapłacić za nasłanie mnie na chorych ludzi, Loki - powiedział rozbawiony. - Ale tyle warta jest dla mnie informacja, skąd brałeś donuty.
Kącik ust Kłamcy uniósł się lekko. Przy najbliższej okazji zawrócili i pognali z powrotem.
Gdy już zatrzymali się przed cukiernią Sweet Emotion, na obrzeżach miasteczka Hope...(...)"
Kilka słów o konsystencji i smaku, ponieważ wbrew wyobrażeniom polaków, donuty i pączki mimo niewątpliwego podobieństwa, wcale nie smakują tak samo.
Ciasto bez wątpienia nie jest ciężkie. Jest mięsiste, elastyczne, gryźliwe, jak to lubię określać. Przy tym jest zadziwiająco gładkie i jakimś cudem nie nasiąka zupełnie tłuszczem. Nic a nic. Nie zrozummy się źle: trzeba naprawdę nieźle spartolić polskie pączki, by wyciskało się je z tłuszczu jak gąbkę, ale i tak sądzę, że donuty wedle przepisu, z którego je robiłam, biją jakiś rekord w tłuszczoodporności ciasta. Tłuszczyk jest tylko na zewnątrz, tuż po smażeniu, do momentu aż nie odcieknie i nie wsiąknie w papierowy ręcznik. Potem odczuwamy już tylko smak tych ciastek. Podobny... ale jednak inny. Coś jakby jadł poziomkę i truskawkę. Twierdzenie, że któraś jest lepsza mija się z celem, bo mimo wspólnego przodka (tudzież pochodzenia jednej od drugiej i podobieństwa), są jednak całkiem od siebie różne. Jak... bliźniaczki dwujajowe. No, kurde, bliżej już nie określę moich odczuć w tej materii.
Donuty nie są też puchowe, a użycie drożdży wyklucza ciężkość typowego ciasta. Są w punkt. Zrozumiecie, jak spróbujecie.
Lukier to osobna sprawa. Szczególnie w przypadku klasycznych donutów z dziurką. My, Polacy, przyzwyczajeni jesteśmy do najzwyklejszej polewy z cukru pudru i wody, tudzież z cukru pudru i śmietanki, czasem z dodatkiem smakowym. Natomiast tutaj smaczność lukru osiąga całkowicie inny wymiar, dzięki dwu dodatkom, o których nigdy bym nie pomyślała, że mogą tak wyostrzyć i "wylaszczyć" smak. Ten lukier robi niesamowitą robotę i tylko jego potrzeba do tak prostego donuta. I niczego więcej.
Truskawkowy natomiast to moja własna inwencja twórcza i również postawiłam na prostotę łącząc tylko truskawki z cukrem pudrem. I też połączenie smaków owoców i toffi przeszło najśmielsze oczekiwania.
Co ja zresztą będę dalej wam nawijać. Do Tłustego Czwartku co prawda jeszcze kupa czasu, ale skoro mamy właśnie w światowym kalendarzu National Doughnut Day i jest 3 czerwca, z wdziękiem ulegnę ogólnej, kulturowej, wciskanej gdzie się da "bo najlepszej" amerykanizacji świata i ten jeden raz uznam, że co mi tam... świętujemy dziś hamerykańskie święto, hamerykańskimi donutami, powiewając hamerykańską flagą.
Ale, ale, zanim zaczniecie podskakiwać, co ja tu wyprawiam, powiem wam, że Loki to Bóg Północy, autorka niniejszej felki i bloga to w jednej szesnastej Niemka i w jednej ósmej Ukrainka, a odpowiedzialny za cały ten bałagan i wszelkie opowieści to Ślunzak, więc mamy już taki miks kulturowy i narodowościowy, że lepiej nie grzebać dalej, by zupełnie nie zatracić wiary, że cokolwiek tutaj jeszcze jest rdzennie polskie.
Zresztą podążanie tylko jedną ścieżką jest tak bardzo nudne i szablonowe...
Buntujcie się! Jedzcie polskie rzeczy w obcych krajach, a donuty popijajcie sake, drąc ryło w gaelicu w irlandzkiej knajpie, a życie od razu nabierze smaku!
I w końcu z książką zawędrujcie do kuchni, a ścieżki, na które was to wariactwo wyprowadzi zaskoczą was niesłychanie przyjemnie. Dla smaku życia. I dla samych siebie.
Aaaa... w kwestii formalnej: przepis, jakiego użyłam to zmodyfikowana wersja tego, dla wszystkich trzech typów donutów. A smakowo każdy jeden i tak wyjdzie inny:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na ok. 20-25 typowych donutów z dziurką):
Ciasto:
2 łyżki suszonych drożdży
1/4 szklanki ciepłej wody
1 i 1/2 szklanki ciepłego mleka
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2 jajka
1/3 szklanki masła
5 szklanek mąki
olej do smażenia
Lukier waniliowy na donuty z dziurką:
1/3 szklanki masła
2 i 1/2 szklanki cukru pudru
1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3-4 łyżki gorącej wody (zależnie od pożądanej konsystencji)
Lukier truskawkowy na donuty z toffi:
4-5 świeżych truskawek
cukier puder (ilość zależna od pożądanej konsystencji)
Nadzienie toffi:
1 mała puszka (ok 200g) gotowanego mleka kondensowanego tzw. "masy krówkowej"
2-3 łyżki mleka
Posypka na Dziurki Donutowe:
1/2 szklanki drobniutkiego, brązowego cukru
Wykonanie:
Drożdże wsypujemy do miski od miksera i zalewamy ciepłą wodą. Mieszamy i zostawiamy na 5 minut, lub do czasu aż się spienią.
Do mikstury bąbelkującej dorzucamy mleko, cukier, sól, jajka, masło i 2 szklanki mąki. Na mikser zamocowujemy standardowe mieszadła i miksujemy wszystko aż do uzyskania gładkiej masy.
Następnie mieszadła zmieniamy na hakowe i dosypujemy pozostałe 3 szklanki mąki po 1/2 szklanki naraz, miksując na niskich lub średnich obrotach do momentu aż ciasto zacznie nam odstawać od miski, jak to porządnie wyrobione drożdżowe ma w zwyczaju. Po tym czasie miksujemy je jeszcze przez 5 dalszych minut, aż stanie się elastyczne.
Ciasto wyjmujemy z miski, namaszczamy masłem inną, wkładamy do niej ciasto i zakrywszy czystą ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce na wyrastanie, do czasu aż podwoi objętość. Czyli na około 1 godzinę. Można sprawdzić dotykowo, czy jest gotowe: jeśli naciśniemy je palcem, a zagłębienie po nim pozostanie, znaczy, że można je już brać na dalszą obróbkę.
Ciasto wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i wałkujemy na około 1 cm na grubości. Następnie przy pomocy szklanki i nakrętki od oliwy (tak jest, wcale nie musicie kupować zalecanego w przepisie oryginalnym specjalnego wycinacza do donutów; szklanka o średnicy 8 i 1/2 cm wystarczy spokojnie na wycięcie donuta, a nakrętką wytniecie dziurki w samym środku i będzie wszystko w porządku), wycinamy w cieście klasyczne donuty z dziurką.
Jeżeli poprzestaniemy tylko na nich, układamy je na podstawie lekko zamączonej, przykrywamy ściereczką i ponownie dajemy wyrastać, aż podwoją objętość. Ok. 45 minut tym razem.
Jeżeli jednak chcemy zrobić i donuty z toffi, zużywamy połowę ciasta na donuty okrągłe, a resztę (i resztki po wycinaniu) rozwałkowujemy ponownie i używając przykrywki do prostokątnego, plastikowego lub innego, sztywnego pudełka o długości ok. 18 cm i ostrym brzegu, wycinamy równe prostokąty w cieście, które potem przecinamy na szerokość ok 4-5 cm każdy. I te donuty przekładamy na umączoną powierzchnię, przykrywamy i pozwalamy im wyrastać.
W czasie, gdy ciasto będzie mniej więcej w połowie drugiego wyrastania, w wysokim garnku lub głębokiej patelni nastawiamy gorący tłuszcz do smażenia donutów, a także lukier waniliowy.
Masło topimy w garnuszku, dosypujemy do niego cukier puder i dolewamy ekstrakt z wanilii, po czym rozcieramy na gładką masę. Do niej dolewamy po jednej, łyżki gorącej wody aż uzyskamy lukrową masę o wymaganej, gęstej konsystencji, jaką będziemy potem zdobić donuty. Gotowy lukier odstawiamy na bok i wracamy do donutów.
Nasze krążki pozostałe po wycinaniu okrągłych donutów, same z siebie i bez przykrywania powinny w tym momencie być już wyrośnięte i gdy olej zrobi się nam gorący w garnku, możemy je testowo zaczynać smażyć, sprawdzając przy okazji temperaturę oleju.
Jeśli wrzucane po 3-4 sztuki naraz, w ciągu kilkunastu sekund zaczną skwierczeć, pływać swobodnie i się wyzłacać, oznacza to, że olej jest już gotowy do smażenia większych donutów. Dziurki natomiast smażymy na złoto najpierw z jednej strony, potem z drugiej i natychmiast po wyłowieniu i odsączeniu wstępnym z oleju na łyżce cedzakowej, wrzucamy do miseczki z brązowym cukrem i obtaczamy w nim najdokładniej je oblepiając. Potem odkładamy na talerz do ostygnięcia.
Wyrośnięte donuty wrzucamy na gorący olej i smażymy na złoto z jednej i drugiej strony, pomagając im się obrócić. Okrągłe bezpiecznie jest smażyć po 2-3 naraz. Dłuższe po jednym.
Usmażone donuty wyciągamy z oleju łyżką cedzakową i wykładamy na tacki przykryte papierowymi ręcznikami, by odsączyć nadmiar tłuszczu. Zostawiamy na nich do momentu aż będą tylko ciepłe, możliwe do dotknięcia.
Przyszykowujemy sobie talerz i kratkę, na której będziemy pokrywać lukrem donuty, by nadmiar lukru bezpiecznie na niego ściekał, a donuty jeszcze trochę stygły.
Lukier waniliowy mieszamy raz jeszcze i starannie pokrywamy górną część okrągłych donutów, pilnując szczególnie, by lukier oblepił wnętrze otworu i wierzch. Można również przygotować luźniejszy lukier i zanurzać je w całości, ale według mnie sama góra i wylukrowany środek wystarczy aż nadto. Pozostawiamy na kratce dounty aż są tylko ciepłe a lukier stężał conieco, przekładając je finalnie na talerze lub paterę, z której będą serwowane.
Po usmażeniu prostokątnych donutów, podczas gdy one będą stygnąć, przyszykowujemy lukier truskawkowy i nadzienie toffi.
Truskawki rozcieramy na puch z cukrem pudrem, pamiętając, że lukier musi być gęsty, bo inaczej popłynie z donutów. Może też przetrzeć owoce przez sitko, by nie było śladu po miąższu i pestkach, ale osobiście podobały mi się te owocowe "farfocle" u mnie, więc je zostawiłam, również dla smaku.
Masę krówkową przekładamy do garnuszka, dolewamy mleka i podgrzewamy, stale mieszając by solidnie ją rozrzedzić, inaczej nie uda się nam napełnić nią szprycy. Powinna być o konsystencji luźnego budyniu, by napełnianie i szprycowanie donutów nie było męczącym procesem.
Ciepłą masą toffi napełniamy szprycę (albo strzykawkę "setkę") i nadal ciepłe donuty prostokątne nadziewamy, UWAGA, z 4 stron. Wkłuwamy się najpierw w oba węższe końce, a potem niesymetryczne do siebie szpryce dostaje jeden i drugi bok, by zapewnić masę toffi na całej długości donuta.
Nadziane toffi donuty pokrywamy z wierzchu warstwą truskawkowego lukru i gdy stężeje on, możemy serwować.
A polskojęzycznym nie obchodzącym tego smacznego święta (amerykański Dzień Donuta), przypadającego na pierwszy piątek czerwca, czyli dzień trzeci obecnego miesiąca, pozostaje powiedzieć: niesłychanie smacznego obżarstwa i nabijania kalorii, bo jedno i drugie zacznie się, ledwie przeczytacie tę felkę i zobaczycie foty, jakie do niej dołączyłam. Dodatkowo tym, co lubią łączyć przyjemne z pożytecznym i żywią przeogromną miłość do potraw inspirowanych dziełem pisanym: got ya! Nie oderwiecie się, bo Donuty Lokiego to właśnie to, co mole książkowe kochają najbardziej. Leniwie opychać się w spokoju smakołykiem, czytając o ulubionym bohaterze, spożywając to, o czym właśnie czytacie, przez to w dwójnasób przeżywać przygody Kłamcy... bowiem o Kłamcy będzie tu dużo. Równie dużo co o donutach, ponieważ jedno i drugie ubóstwiam, a twórca Lokiego, jaśnie nam panujący Jakub Ćwiek Pierwszy Tego Imienia i Konweniencji, zrobił nam niespodziankę trzecim numerem Bangarang i przeładował go Lokim i donutami. A także ironicznym humorem, stadem zapomnianych bogów, terapią grupową, side-kickiem Michałem Od Trzech Par Skrzydeł i Płonącej Gęby (a także od słabości do donutów, jak wam już złośliwie zaspoileruję), nawiązaniami do Johna Rambo i Aerosmith i stadem innych rzeczy, przez które z ręką na sercu powiadam - nie ma dla mnie innego, polskiego pisarza fantasy z jajem, nad Ćwieka, amen:)
A skoro już z takim pietyzmem ucałowałam jaśnie oświecone Conversy guru, wyrażając nieprzemijające uwielbienie dla wszystkiego co napisał i nie napisał, ale napisze, nawet jak nie napisze, pozwolę sobie darować resztę wazelinki, maślenia i tuptania dookoła jak na piszczącą groupie przystało i pozwolę sobie przejść do głównych tematów felki, sztuk dwóch. Trzech! W jednej, wcielonej, donutowej, rozkosznej postaci, wyposażonej w cień posiadający gnata, jasne pióra i zarost, gębę a'la Brad Pitt wersja bardziej męska, trampki i nieodłącznego misia puszczającego guzikowe oko znad ramienia Anielskiego Cyngla. Wspomniałam o zmiennokształtnej magii i schowanej na podorędziu czerwonej, damskiej bieliźnie, na wypadek, gdyby cyngiel zapragnął zamienić się w długonogą laskę? A, i o urokliwości łobuza i czarującej bezwzględności, przez którą majtki same dziewczynom spadają (God, I love the bad guys too freakin' much...)? Nie? No to teraz już wiecie.
Donuty Lokiego! Voila, zaczynamy.
Jak zaczyna się przygodę z bohaterem książkowym, który zagrzebuje się jakimś cudem na stałe w nasze gusta literackie już po pierwszej, przeczytanej stronie jego przygód? Ano, tak jak zawsze - od pierwszej książki, najlepiej pierwszego tomu, jaki o nim traktuje. Miałam to szczęście i jakoś w 2008 roku dopadłam "Kłamcę", pierwsze wydanie, z polecenia kumpelki Magdy zwanej Wiedźmą w Śląskim Klubie Fantastyki. Lub Aliteą w innych, znanych nam, kręgach:). Za to jestem jej dozgonnie wdzięczna, bowiem przedstawiony tomik opowiadań o nim, popełniony przez mało wtedy rozpoznawalnego J. Ćwieka, zrobił z w miarę normalnej studentki kończącej europeistykę, wiernego fana, który do czasów obecnych nie ma ochoty ani podstaw, by rezygnować z miłowania Kłamcy Lokiego i jego przygód. Czy to w formie opowiadań, czy całych tomiszcz, których przez lata wyszło... ohohooo... Temu czai się na wszystko co z Lokim (i nie tylko, bo chodzi też o tworzące powieść pióro) związane, napada na księgarnie w dniu premiery wyczekiwanej książki i żąda od przerażonej panny na kasie podekscytowano-żądającym pisko-rykiem:
"- NOWEGO ĆWIEKA, RAZ!".
Z jakim pędem zamawiają przez internet, albo przynoszą z półki z nowościami, nawet nie macie pojęcia. Taka straszna jestem? Eeee, chyba nieee... nawiedzona prędzej:D
Anyway, gdy zaczęły wychodzić Bangarangi, to się chwilowo przynajmniej uwolnili ode mnie w tych Empikach i Matrasach. Za to ja zaczęłam kolekcjonować, tym razem również i na kompie, nie tylko na półkach i napawać się każdym kolejnym numerem, jak wąchacz nową porcją kleju. W ten sposób we wszystko, co ćwiekowe zaczęłam opływać, jak pączek w lukier, poznałam sobie Loco - nowego bohatera (ten też pożeracz pączków, gdzie oni się tak mnożą, powiedzcie mi? I każdy jeden bucha zajebistością... to pewnie przez to wchłanianie pączków w postępie geometrycznym...) ale i tak to trzeci numer powitałam z piskiem zagłodzonej myszy, na którą spadła świeża bułka. Bo był Loki, (bez Jenny, ha!) za to z Michałem i z donutami. Duuuużą ilością donutów. Więc i kolejny pisk - myszy do pary z bułką, zleciał z nieba ser - ponieważ zawsze chciałam wziąć je na "warsztat", tylko nigdy jakoś nie miałam na to weny. I odnośnika. Ale skoro Loki i donuty przyszły mi w parze i rozsiadły się na dysku twardym, kusząc na dodatek okładką... nie ma zmiłuj się, Goś ruszył do kuchennego boju, uzbrojony w tablet i facebooka, a Kuba Ćwiek został zasypany dziwacznymi pytaniami (jak i w przypadku Pączków z różą Loco). Jednakże po kolei...
Oto, co nam mówi opowiadanie "Jestem Mike..." z trzeciego numeru Bangarang, a co posłużyło mi za wstępny research w kwestii donutów a'la Loki (bo, rzecz jasna, chcemy, pożądamy i pragniemy donutów Lokiego, a nie przypadkowych, wydartych z jakiegoś przepisu, szlag wie jakich frędzli podających się za donuty, robionych z proszku z pudełka... musi być w punkt! Z klasą! I rozmachem.):
"(...) Carl miał brązowy, dwucyfrowy żeton i ilekroć się zjawiał, dbał o świeże donuty na koniec spotkania."
(...)Winston jak zawsze zachwalał świeżość donutów, opychając się kolejnym, klasycznym, lukrowanym, bo innych nie uznawał. Znowu zapytał Carla o to, skąd je bierze, a Carl znowu zapewnił, że z troski o tuszę kolegi z grupy zachowa tę informację dla siebie.
(...)[Carl] Zaraz po oficjalnej części wyszedł na chwilę i dopiero teraz wrócił, toteż nie mógł się ze wszystkimi przywitać. Susannah nastawiła policzek, a on udał, że go całuje, po czym wyjął z różowego pudełka ostatniego donuta z nadzieniem toffi."
(...) - Nie mogę ci zapłacić za nasłanie mnie na chorych ludzi, Loki - powiedział rozbawiony. - Ale tyle warta jest dla mnie informacja, skąd brałeś donuty.
Kącik ust Kłamcy uniósł się lekko. Przy najbliższej okazji zawrócili i pognali z powrotem.
Gdy już zatrzymali się przed cukiernią Sweet Emotion, na obrzeżach miasteczka Hope...(...)"
Jakub Ćwiek - "Jestem Mike..."
No, materiału dosyć, by mieć na czym pracować, nie? Bez wątpienia więc, gdy było na czym, należało pogrzebać najpierw w wiki, potem w przepisach, by ugryźć temat z właściwej strony.
Nie będę wam pisać tu elaboratów o ciastach drożdżowych i ich pochodzeniu, bo każdy, kto w latach 90tych i wyżej miał przynajmniej 13-14 lat i oglądał amerykańskie filmy i seriale, wie co to jest donut (lub doughnut, zależnie od poziomu wykształcenia amerykanina piszącego tę nazwę, oraz tego, skąd pochodzi). Z grubsza, odpowiednik naszego pączka. Nawet, jak się zorientowałam, jedna z teorii na temat tego, skąd ten rodzaj ciastek wziął się w Stanach, głosi, że to za sprawą emigrującej, polskiej braci, która odpowiedzialna jest również za wszechamerykańskie bajgle w ichniej kulturze tak rozpowszechnione.
Niemniej u nas został pączek i osiągnął status ciastka popularnego i kochanego, pożeranego namiętnie w Tłusty Czwartek, podczas gdy w USA urósł do poziomu ikony i obrodził w tyle odmian, że nasze skromne, różniące się od siebie wyraźnie tylko nadzieniem i lukrem, wychodzą bledziutko.
Donuty najczęściej kojarzone to te klasyczne ciastka z dziurką, polane (a czasem całkowicie obtoczone) lukrem, o rozmaitych kolorach z dodatkami posypek. Klasyk jednak to klasyk i gdy doszłam do wniosku, że autor może mieć na myśli tylko ten, dokopałam się do szczegółów, potem jeszcze upewniłam u źródła i w ten właśnie sposób odtworzyłam pierwszy rodzaj - donuta klasycznego - który pojawia się w powyższym zbiorze cytatów, na miejscu drugim.
Następny jednak, ten z toffi, był dla mnie zagwozdką i zaskoczeniem, gdy Kuba podsunął mi konkretne referki, z konkretnej, autentycznej cukierni (nie tej wymienionej w opowiadaniu, zupełnie fikcyjnej, ale miłośnicy Aerosmith i Sylvestra Stallone w moment zakojarzą nazwy) i cóż się okazało? Donut z toffi nie ma być okrągły, a długi i prostokątny! Bez lukru standardowego, za to bywa polany czekoladą (która jednak była, cytuję "blee":D). Doszliśmy więc do wniosku, że skoro ten konkretny typ donuta to wybór Lokiego, a Loki to wytwór Kuby, przeto Kuba nadaje mu kształt ostateczny, zgodny ze swą wizją. Kształt i nadzienie zostało zatem, zgodnie z oryginalną referencją, ale na górze wylądował epicki (jak się potem okazało w smaku) lukier z prawdziwych truskawek.
I na tym skończyłyby się wymieniane w opowiadaniu donuty, gdyby nie fakt, że po tworzeniu klasycznych zawsze zostają krążki wycinane ze środka, tzw. donut holes. Wyrzucać to grzech, na nadziewanie za małe, ale nadal jest to doskonałe ciasto donutowe. Przeto zwyczajem kolegów ze Stanów potraktowałam Dziurki Donutowe tak samo jak resztę donutów i gdy wyrosły - usmażyłam, obtoczyłam w drobniutkim, brązowym cukrze i w ten sposób powstał trzeci, nie wymieniony, ale bardzo dekoracyjny rodzaj donutów - na jeden kąsek. Uznajmy to drobne odstępstwo za ukłon w stronę wszelkich dam, niewiastek, kociaków i kobietek, które za Lokim szaleją i szaleć będą, jak długo jego przygody będą powstawały. Na osłodę, że ten towar zajęty (dwukrotnie), więc elegancko zapchać można gorycz tymi malutkimi, okrągłymi kuleczkami, wrzucanymi w usta z rozpaczą w oczach i gromkim "obyś zdechł, kłamliwy zdrajco!" Co prawda nie pamiętam, by pochodna takiej chwili się trafiła gdziekolwiek w opowiadaniach lub książkach, (poza osławioną Mary Ann, ale tej wybaczmy, bo ją to Kłamca potraktował naprawdę niefajnie), ale nic nie stoi na przeszkodzie puścić wodze wyobraźni i sznur takich panien sobie wyobrazić, plwających na ślady po Lokim i zjadających Donut Holes tonami.
A teraz zerknijcie sobie na nie, bo jest na co spoglądać (pudełko nie jest, co prawda, różowe, ale zrobiłam co mogłam, by jak najbardziej zbliżyć się do opisu, włącznie z okolicznościami podania donutów):
Kilka słów o konsystencji i smaku, ponieważ wbrew wyobrażeniom polaków, donuty i pączki mimo niewątpliwego podobieństwa, wcale nie smakują tak samo.
Ciasto bez wątpienia nie jest ciężkie. Jest mięsiste, elastyczne, gryźliwe, jak to lubię określać. Przy tym jest zadziwiająco gładkie i jakimś cudem nie nasiąka zupełnie tłuszczem. Nic a nic. Nie zrozummy się źle: trzeba naprawdę nieźle spartolić polskie pączki, by wyciskało się je z tłuszczu jak gąbkę, ale i tak sądzę, że donuty wedle przepisu, z którego je robiłam, biją jakiś rekord w tłuszczoodporności ciasta. Tłuszczyk jest tylko na zewnątrz, tuż po smażeniu, do momentu aż nie odcieknie i nie wsiąknie w papierowy ręcznik. Potem odczuwamy już tylko smak tych ciastek. Podobny... ale jednak inny. Coś jakby jadł poziomkę i truskawkę. Twierdzenie, że któraś jest lepsza mija się z celem, bo mimo wspólnego przodka (tudzież pochodzenia jednej od drugiej i podobieństwa), są jednak całkiem od siebie różne. Jak... bliźniaczki dwujajowe. No, kurde, bliżej już nie określę moich odczuć w tej materii.
Donuty nie są też puchowe, a użycie drożdży wyklucza ciężkość typowego ciasta. Są w punkt. Zrozumiecie, jak spróbujecie.
Lukier to osobna sprawa. Szczególnie w przypadku klasycznych donutów z dziurką. My, Polacy, przyzwyczajeni jesteśmy do najzwyklejszej polewy z cukru pudru i wody, tudzież z cukru pudru i śmietanki, czasem z dodatkiem smakowym. Natomiast tutaj smaczność lukru osiąga całkowicie inny wymiar, dzięki dwu dodatkom, o których nigdy bym nie pomyślała, że mogą tak wyostrzyć i "wylaszczyć" smak. Ten lukier robi niesamowitą robotę i tylko jego potrzeba do tak prostego donuta. I niczego więcej.
Truskawkowy natomiast to moja własna inwencja twórcza i również postawiłam na prostotę łącząc tylko truskawki z cukrem pudrem. I też połączenie smaków owoców i toffi przeszło najśmielsze oczekiwania.
Co ja zresztą będę dalej wam nawijać. Do Tłustego Czwartku co prawda jeszcze kupa czasu, ale skoro mamy właśnie w światowym kalendarzu National Doughnut Day i jest 3 czerwca, z wdziękiem ulegnę ogólnej, kulturowej, wciskanej gdzie się da "bo najlepszej" amerykanizacji świata i ten jeden raz uznam, że co mi tam... świętujemy dziś hamerykańskie święto, hamerykańskimi donutami, powiewając hamerykańską flagą.
Ale, ale, zanim zaczniecie podskakiwać, co ja tu wyprawiam, powiem wam, że Loki to Bóg Północy, autorka niniejszej felki i bloga to w jednej szesnastej Niemka i w jednej ósmej Ukrainka, a odpowiedzialny za cały ten bałagan i wszelkie opowieści to Ślunzak, więc mamy już taki miks kulturowy i narodowościowy, że lepiej nie grzebać dalej, by zupełnie nie zatracić wiary, że cokolwiek tutaj jeszcze jest rdzennie polskie.
Zresztą podążanie tylko jedną ścieżką jest tak bardzo nudne i szablonowe...
Buntujcie się! Jedzcie polskie rzeczy w obcych krajach, a donuty popijajcie sake, drąc ryło w gaelicu w irlandzkiej knajpie, a życie od razu nabierze smaku!
I w końcu z książką zawędrujcie do kuchni, a ścieżki, na które was to wariactwo wyprowadzi zaskoczą was niesłychanie przyjemnie. Dla smaku życia. I dla samych siebie.
Aaaa... w kwestii formalnej: przepis, jakiego użyłam to zmodyfikowana wersja tego, dla wszystkich trzech typów donutów. A smakowo każdy jeden i tak wyjdzie inny:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na ok. 20-25 typowych donutów z dziurką):
Ciasto:
2 łyżki suszonych drożdży
1/4 szklanki ciepłej wody
1 i 1/2 szklanki ciepłego mleka
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2 jajka
1/3 szklanki masła
5 szklanek mąki
olej do smażenia
Lukier waniliowy na donuty z dziurką:
1/3 szklanki masła
2 i 1/2 szklanki cukru pudru
1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3-4 łyżki gorącej wody (zależnie od pożądanej konsystencji)
Lukier truskawkowy na donuty z toffi:
4-5 świeżych truskawek
cukier puder (ilość zależna od pożądanej konsystencji)
Nadzienie toffi:
1 mała puszka (ok 200g) gotowanego mleka kondensowanego tzw. "masy krówkowej"
2-3 łyżki mleka
Posypka na Dziurki Donutowe:
1/2 szklanki drobniutkiego, brązowego cukru
Wykonanie:
Drożdże wsypujemy do miski od miksera i zalewamy ciepłą wodą. Mieszamy i zostawiamy na 5 minut, lub do czasu aż się spienią.
Do mikstury bąbelkującej dorzucamy mleko, cukier, sól, jajka, masło i 2 szklanki mąki. Na mikser zamocowujemy standardowe mieszadła i miksujemy wszystko aż do uzyskania gładkiej masy.
Następnie mieszadła zmieniamy na hakowe i dosypujemy pozostałe 3 szklanki mąki po 1/2 szklanki naraz, miksując na niskich lub średnich obrotach do momentu aż ciasto zacznie nam odstawać od miski, jak to porządnie wyrobione drożdżowe ma w zwyczaju. Po tym czasie miksujemy je jeszcze przez 5 dalszych minut, aż stanie się elastyczne.
Ciasto wyjmujemy z miski, namaszczamy masłem inną, wkładamy do niej ciasto i zakrywszy czystą ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce na wyrastanie, do czasu aż podwoi objętość. Czyli na około 1 godzinę. Można sprawdzić dotykowo, czy jest gotowe: jeśli naciśniemy je palcem, a zagłębienie po nim pozostanie, znaczy, że można je już brać na dalszą obróbkę.
Ciasto wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i wałkujemy na około 1 cm na grubości. Następnie przy pomocy szklanki i nakrętki od oliwy (tak jest, wcale nie musicie kupować zalecanego w przepisie oryginalnym specjalnego wycinacza do donutów; szklanka o średnicy 8 i 1/2 cm wystarczy spokojnie na wycięcie donuta, a nakrętką wytniecie dziurki w samym środku i będzie wszystko w porządku), wycinamy w cieście klasyczne donuty z dziurką.
Jeżeli poprzestaniemy tylko na nich, układamy je na podstawie lekko zamączonej, przykrywamy ściereczką i ponownie dajemy wyrastać, aż podwoją objętość. Ok. 45 minut tym razem.
Jeżeli jednak chcemy zrobić i donuty z toffi, zużywamy połowę ciasta na donuty okrągłe, a resztę (i resztki po wycinaniu) rozwałkowujemy ponownie i używając przykrywki do prostokątnego, plastikowego lub innego, sztywnego pudełka o długości ok. 18 cm i ostrym brzegu, wycinamy równe prostokąty w cieście, które potem przecinamy na szerokość ok 4-5 cm każdy. I te donuty przekładamy na umączoną powierzchnię, przykrywamy i pozwalamy im wyrastać.
W czasie, gdy ciasto będzie mniej więcej w połowie drugiego wyrastania, w wysokim garnku lub głębokiej patelni nastawiamy gorący tłuszcz do smażenia donutów, a także lukier waniliowy.
Masło topimy w garnuszku, dosypujemy do niego cukier puder i dolewamy ekstrakt z wanilii, po czym rozcieramy na gładką masę. Do niej dolewamy po jednej, łyżki gorącej wody aż uzyskamy lukrową masę o wymaganej, gęstej konsystencji, jaką będziemy potem zdobić donuty. Gotowy lukier odstawiamy na bok i wracamy do donutów.
Nasze krążki pozostałe po wycinaniu okrągłych donutów, same z siebie i bez przykrywania powinny w tym momencie być już wyrośnięte i gdy olej zrobi się nam gorący w garnku, możemy je testowo zaczynać smażyć, sprawdzając przy okazji temperaturę oleju.
Jeśli wrzucane po 3-4 sztuki naraz, w ciągu kilkunastu sekund zaczną skwierczeć, pływać swobodnie i się wyzłacać, oznacza to, że olej jest już gotowy do smażenia większych donutów. Dziurki natomiast smażymy na złoto najpierw z jednej strony, potem z drugiej i natychmiast po wyłowieniu i odsączeniu wstępnym z oleju na łyżce cedzakowej, wrzucamy do miseczki z brązowym cukrem i obtaczamy w nim najdokładniej je oblepiając. Potem odkładamy na talerz do ostygnięcia.
Wyrośnięte donuty wrzucamy na gorący olej i smażymy na złoto z jednej i drugiej strony, pomagając im się obrócić. Okrągłe bezpiecznie jest smażyć po 2-3 naraz. Dłuższe po jednym.
Usmażone donuty wyciągamy z oleju łyżką cedzakową i wykładamy na tacki przykryte papierowymi ręcznikami, by odsączyć nadmiar tłuszczu. Zostawiamy na nich do momentu aż będą tylko ciepłe, możliwe do dotknięcia.
Przyszykowujemy sobie talerz i kratkę, na której będziemy pokrywać lukrem donuty, by nadmiar lukru bezpiecznie na niego ściekał, a donuty jeszcze trochę stygły.
Lukier waniliowy mieszamy raz jeszcze i starannie pokrywamy górną część okrągłych donutów, pilnując szczególnie, by lukier oblepił wnętrze otworu i wierzch. Można również przygotować luźniejszy lukier i zanurzać je w całości, ale według mnie sama góra i wylukrowany środek wystarczy aż nadto. Pozostawiamy na kratce dounty aż są tylko ciepłe a lukier stężał conieco, przekładając je finalnie na talerze lub paterę, z której będą serwowane.
Po usmażeniu prostokątnych donutów, podczas gdy one będą stygnąć, przyszykowujemy lukier truskawkowy i nadzienie toffi.
Truskawki rozcieramy na puch z cukrem pudrem, pamiętając, że lukier musi być gęsty, bo inaczej popłynie z donutów. Może też przetrzeć owoce przez sitko, by nie było śladu po miąższu i pestkach, ale osobiście podobały mi się te owocowe "farfocle" u mnie, więc je zostawiłam, również dla smaku.
Masę krówkową przekładamy do garnuszka, dolewamy mleka i podgrzewamy, stale mieszając by solidnie ją rozrzedzić, inaczej nie uda się nam napełnić nią szprycy. Powinna być o konsystencji luźnego budyniu, by napełnianie i szprycowanie donutów nie było męczącym procesem.
Ciepłą masą toffi napełniamy szprycę (albo strzykawkę "setkę") i nadal ciepłe donuty prostokątne nadziewamy, UWAGA, z 4 stron. Wkłuwamy się najpierw w oba węższe końce, a potem niesymetryczne do siebie szpryce dostaje jeden i drugi bok, by zapewnić masę toffi na całej długości donuta.
Nadziane toffi donuty pokrywamy z wierzchu warstwą truskawkowego lukru i gdy stężeje on, możemy serwować.
Smacznego i oby się wam Kłamca z donutami w nocy przyśnił:)
------------------------------------------------------------------
Ingredients (for 20-25 round classic donuts):
Dough:
2 tbspns of active dry yeast
1/4 cup of warm water
1 and 1/2 cups of warm milk
1/2 cup of white sugar
1 tspn of salt
2 eggs
1/3 cup of butter
5 cups all-purpose flour
oil for deep frying
Glaze for round conuts:
1/3 cup of butter
2 and 1/2 cups of confectioners' sugar
1 and 1/2 tspns of vanilla extract
4 tblspns of hot water or as needed
Strawberry glaze for toffee filled donuts:
4-5 fresh strawberries
confectoners' sugar (the amount depending on your choice and consistence of the glaze)
Toffee filling:
1 small can (ca. 200g) of dulce de luche
203 tblspns of milk
Sprinkle for Donut Holes:
1/2 cup of finely grated brown sugar
The making of:
Sprinkle the yeast over the warm water, and let stand for 5 minutes, or until foamy.
In a large bowl, mix together the
yeast mixture, milk, sugar, salt, eggs, butter, and 2 cups of the
flour. Mix for a few minutes at low speed, until smooth.
Assemble on your standing mixer a hook paddles and beat in remaining flour 1/2 cup at a time, until the dough no
longer sticks to the bowl. Knead for about 5 minutes, or until smooth
and elastic.
Place the dough into a greased
bowl, and cover. Set in a warm place to rise until double, about 1 hour. Dough is
ready if you touch it, and the indention remains.
Turn the dough out onto a floured
surface, and gently roll out to 1/2 inch thickness. Cut with a floured
donut cutter.
Let donuts sit out to rise again until double. Cover
loosely with a cloth and let them rise about 45 minutes. If we decide to make also dounts with a toffee filling, use a rectangular plastic box cover with a sharp end to cut even rectangular donuts out of the half of the dough. Let them rise also, such as you do with the round ones.
While the donuts are rising for the 2nd time, heat oil in a deep-fryer or large heavy skillet, and while it is warming up, prepare a glaze for a round donuts.
Melt butter in a saucepan over
medium heat. Stir in confectioners' sugar and vanilla until smooth.
Remove from heat, and stir in hot water one tablespoon at a time until
the icing is somewhat thin, but not watery. Set aside.
Our remaining Donut Holes should already by risen, without our help, so we may easily test the hottnes of oil, by putting them in it. Put 3-4 at one time into the oil and observe. If after a few seconds start to crackle, flow freely on the surface and become golden, it means the oil is hot enough to fry the dounts. As for the Donut Holes, fry them golden on both sides, then, still hot, put into the bowl with brown sugar, covering them with it nicely. Remove, and put onto the plate, so they cooled.
When the big donuts arose, put them (2-3 round or 1 rectangular at the same time) into a hot oil and fry until golden brown.
Remove the donuts, and put onto the plates covered with paper kitchen towels, so to drain the fat. Let them cool a bit until possible to touch.
Put the donuts onto the wire rack, and cover the top with the glaze, or dip donuts into the glaze and set onto wire racks to drain off excess. Let them cool again and the glaze harden a bit, then they are ready to serve.
After the rectangular donuts were fried and are cooling, prepare strawberry glaze and toffee filling.
Mash the fruit with the sugar until smooth and thick. You can also do it, using sieve, so to remove the strawberry seeds, leaving only the colour and taste of strawberries in the glaze.
Put dulce de luche into the small pot, add milk, one tablespoon after another, and heat it up stirring frequently, to loosen dulce de leche until it is somewhat watery and possible to put into the syringe.
Finally fill the warm rectangular donuts with dulce de luche filling on both narrow ends and both sides, so the filling was spread evenly inside the whole donut.
Cover the toffee filled donuts with a strawberry glaze, and let it harden a bit before serving.
Cheers!:)
środa, 25 maja 2016
Babciny jabłkowy "płaszczak" czyli szarlotka-błyskawica//Extremely quick Granny's apple slab pie
Tak mnie niedawno naszła refleksja: ile zawdzięczam moim babciom. Niby jutro Dzień Matki, ale w sumie babcia też mama, tyle, że mamy, więc jakby nie spojrzał jej święto, chociażby pośrednio. Podążając tym krętym tokiem rozumowania doszłam do wniosku, że patrząc długofalowo - wszystko. Gdyby nie babcie, moich rodziców nie byłoby na świecie. Nie byłoby więc i mnie. Gdyby jedna z moich babć nie kochała tak bardzo mocno słodkiej herbaty, ja bym się nie nauczyła jej pić, bo pierwsze moje herbaciane wspomnienie, to właśnie taka mocna, słodka herbata u babci. Gdyby z kolei nie druga babcia i jej ewidentnie najlepszy na świecie kurczak w sosie śmietankowym, pewnie bym nigdy nie wzięła się za gotowanie i tej, pierwszej w sumie mięsnej potrawy w mojej karierze, nie zrobiła samodzielnie. A jeszcze nieśmiertelny, epicki krupnik jednej, orzechowy torcik bez pieczenia drugiej, tysiące innych powodów, bez który bez posiadania moich cudownych babć nie byłabym tym, kim jestem teraz... kurde, babcie są tym największym na świecie dobrem, a często zapominamy o tym by chwycić za słuchawkę i tak bez powodu zadzwonić, dowiedzieć się co u nich...
Nie zamierzam tu moralizować, uczyć ludzi jak mają postępować wobec swoich dziadków, ani prawić wam kazań. Ot, mam wrażenie, że prostota uciekła spod naszych dachów jak przestraszony widokiem człowieka wróbel. Że zwykłe "jak się masz?" urosło do rangi niezwykłego zachowania, a potem, gdy na podniesienie tej słuchawki i zadanie tego najzwyklejszego pytania, jest już za późno...
Na jedną z mych cudownych babć nadszedł jej czas kilka lat temu. Zostało mi po niej mnóstwo miłych wspomnień i żyłka do badań genealogicznych nad rodem, z którego pochodzę. A także bez wątpienia przepis na jedno z najukochańszych ciast mojego dzieciństwa, wręcz idealne na kilkulatka, by go przekonać, że nie tylko drożdżówka i ciastka ze sklepu warto brać do pyszczka.
Szarlotka "płaszczak" - taką bowiem nazwę dostała u mnie w domu i jakoś tak każdemu to podeszło - jest ekspresowym ciastem z jabłkami. Nie narobisz się za wiele przy niej. Ot, obrać jabłka, pokroić pi razy oko, składniki ciasta połączyć ze sobą wszystkie naraz, ciasto na spód, jabłka do środka, ciasto na wierzch i pieczemy. Tyle. Przygotowań na max. 40 minut. Ale kto by się spodziewał, że płaskie ciasto jakie otrzymamy w rezultacie to kwintesencja smaku szarlotkowego! Żadnych pian z białek, żadnych mas, żadnych galaretek, ulepszaczy, ba! proszku do pieczenia nawet nie ma. Żadnych kruszonek, bo to niepotrzebne. Prostota, mości państwo. Prostota. Tak samo odsuwana ostatnio w kwestii wypieków na plan dalszy, że generalnie na korzyść rozbuchania ozdobami zapomina się o smaku. Dlatego nie wyjdziesz z siebie przy "płaszczaku" ze zmęczenia, aż potem będzie ci się odechciewać próbowania. Zrobisz jak z bicza strzelił i potem z rozkoszą będzie wyjadać po kawałku z blachy, całym pasku na raz (jak to ostatnio zrobił mój mąż), tudzież złapiesz całą, uchowaną połówkę i zjesz ot tak, trzymając z w łapie jak pizzę. Da się. Nie dość bowiem, że ciasto jest ekspresowe, wygodnie płaskie to jeszcze na tyle mocno trzyma się ze sobą, że można jeść bez użycia widelczyka w nieprzyzwoitej wielkości kawałkach.
Sezon na jabłka nawet nie jest na horyzoncie, a szara reneta pojawia się najczęściej w zimie, ale sądzę, że do wyboru na rynku mamy dosyć kwaśnych jabłek, by nie było problemu, gdyby naszła was ochota na ekspresowego, jabłkowego "płaszczaka" mojej babci. A nawet jeśli nie jabłka... zachęcam do użycia wiśni! Truskawek, które już się pojawiają (w potwornej cenie za kilogram, ale jeszcze tydzień, dwa i da się kupować), rabarbaru, które jest teraz i cudownie zgra się z tym ciastem. A jeśli nie świeże, to czemu nie mrożone owoce. Ciasto nie rozmoknie od nich, jedynie nasiąknie smakiem. Tysiąc powodów, by zrobić płaszczaka, ani jednej wymówki by go nie robić. No, pomijając manie alergii i nietolerancji niektórych składników. Tak czy siak leniem nie ma się też co wykręcać. Długi weekend przed nami, sprawcie więc sobie i rodzinie kapitalnego, smakowitego "płaszczaka" i obserwujcie w jakim tempie wam zniknie z blachy.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Nie zamierzam tu moralizować, uczyć ludzi jak mają postępować wobec swoich dziadków, ani prawić wam kazań. Ot, mam wrażenie, że prostota uciekła spod naszych dachów jak przestraszony widokiem człowieka wróbel. Że zwykłe "jak się masz?" urosło do rangi niezwykłego zachowania, a potem, gdy na podniesienie tej słuchawki i zadanie tego najzwyklejszego pytania, jest już za późno...
Na jedną z mych cudownych babć nadszedł jej czas kilka lat temu. Zostało mi po niej mnóstwo miłych wspomnień i żyłka do badań genealogicznych nad rodem, z którego pochodzę. A także bez wątpienia przepis na jedno z najukochańszych ciast mojego dzieciństwa, wręcz idealne na kilkulatka, by go przekonać, że nie tylko drożdżówka i ciastka ze sklepu warto brać do pyszczka.
Szarlotka "płaszczak" - taką bowiem nazwę dostała u mnie w domu i jakoś tak każdemu to podeszło - jest ekspresowym ciastem z jabłkami. Nie narobisz się za wiele przy niej. Ot, obrać jabłka, pokroić pi razy oko, składniki ciasta połączyć ze sobą wszystkie naraz, ciasto na spód, jabłka do środka, ciasto na wierzch i pieczemy. Tyle. Przygotowań na max. 40 minut. Ale kto by się spodziewał, że płaskie ciasto jakie otrzymamy w rezultacie to kwintesencja smaku szarlotkowego! Żadnych pian z białek, żadnych mas, żadnych galaretek, ulepszaczy, ba! proszku do pieczenia nawet nie ma. Żadnych kruszonek, bo to niepotrzebne. Prostota, mości państwo. Prostota. Tak samo odsuwana ostatnio w kwestii wypieków na plan dalszy, że generalnie na korzyść rozbuchania ozdobami zapomina się o smaku. Dlatego nie wyjdziesz z siebie przy "płaszczaku" ze zmęczenia, aż potem będzie ci się odechciewać próbowania. Zrobisz jak z bicza strzelił i potem z rozkoszą będzie wyjadać po kawałku z blachy, całym pasku na raz (jak to ostatnio zrobił mój mąż), tudzież złapiesz całą, uchowaną połówkę i zjesz ot tak, trzymając z w łapie jak pizzę. Da się. Nie dość bowiem, że ciasto jest ekspresowe, wygodnie płaskie to jeszcze na tyle mocno trzyma się ze sobą, że można jeść bez użycia widelczyka w nieprzyzwoitej wielkości kawałkach.
Sezon na jabłka nawet nie jest na horyzoncie, a szara reneta pojawia się najczęściej w zimie, ale sądzę, że do wyboru na rynku mamy dosyć kwaśnych jabłek, by nie było problemu, gdyby naszła was ochota na ekspresowego, jabłkowego "płaszczaka" mojej babci. A nawet jeśli nie jabłka... zachęcam do użycia wiśni! Truskawek, które już się pojawiają (w potwornej cenie za kilogram, ale jeszcze tydzień, dwa i da się kupować), rabarbaru, które jest teraz i cudownie zgra się z tym ciastem. A jeśli nie świeże, to czemu nie mrożone owoce. Ciasto nie rozmoknie od nich, jedynie nasiąknie smakiem. Tysiąc powodów, by zrobić płaszczaka, ani jednej wymówki by go nie robić. No, pomijając manie alergii i nietolerancji niektórych składników. Tak czy siak leniem nie ma się też co wykręcać. Długi weekend przed nami, sprawcie więc sobie i rodzinie kapitalnego, smakowitego "płaszczaka" i obserwujcie w jakim tempie wam zniknie z blachy.
A dla ciekawych nazwy angielskiej - "slab pie" - chodzi o kształt i płaskość. Nie urasta za bardzo, podobnie do brownie, robi się je w długiej blasze, a kawałki przypominają tabliczki. Lub płytki. A płytki są płaskie... czyli "płaszczak", s'il vous plaît.
Zadzwońcie potem do babci, powiedzieć jej, że jest najlepsza na świecie. Ot tak;)
I bon appetit... jedziemy z tym koksem:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
1-1 i 1/2 kg kwaśnych jabłek (szara reneta, albo inne twarde, kwaśne, jakie dopadniecie)
25dkg masła
1 szklanka kwaśnej śmietany
3 szklanki mąki
15dkg cukru
3 żółtka
Cynamon, imbir, mielone goździki, cukier - do wymieszania z jabłkami
Cukier puder do posypania
Cynamon, imbir, mielone goździki, cukier - do wymieszania z jabłkami
Cukier puder do posypania
Wykonanie:
Jabłka myjemy, obieramy ze skórki, kroimy na plasterki. Wrzucamy do miski i posypujemy przyprawami i cukrem, w ilości zależnej od tego, jak bardzo jabłka są kwaśne i jak przyprawione lubimy jabłka. Mieszamy wszystko razem, odstawiamy do lodówki.
Rozgrzewamy piekarnik do ok. 200 stopni Celsjusza.
Wszystkie składniki ciasta siekamy nożem na stolnicy, następnie zagniatamy z nich gładkie ciasto.
Kulę ciasta dzielimy na dwie części. 1 część zostawiamy na stolnicy, 2 część owijamy w folię i wkładamy do lodówki.
Pozostawioną część rozwałkowujemy, wykładamy na prostokątną blachę wysłaną papierem do pieczenia i wsadzamy do piekarnika celem podpieczenia. Wyjmujemy, gdy spód jest złotawy na brzegach i lekko po wierzchu. Podpiekanie zajmuje ok. 15 minut.
Spód wyjmujemy i pozwalamy mu nieco ostygnąć.
Na lekko ciepły spód wykładamy pokrojone jabłka, posypujemy po wierzchu raz jeszcze cynamonem i cukrem.
Część ciasta z lodówki wyjmujemy, rozwałkowujemy i wykładamy na wierzch jabłek, przyklejając starannie boki do boków podpieczonego spodu. Może być ciężko wyłożyć wierzch w całości, więc można sobie poradzić, wykładając go kawałkami, jeden za drugim, byle jabłka były równo przykryte. Po upieczeniu i tak nierówności nie będzie widać.
Gotowe ciasto wkładamy z powrotem do piekarnika i pieczemy aż do wyzłocenia góry.
Wyciągamy z piekarnika, lekko studzimy i jeszcze ciepłe posypujemy cukrem pudrem.
Serwujemy w całej jego prostocie, bez dodatków, lub ewentualnie z kulką lodów waniliowych.
Smacznego!
--------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
1 - 1 and 1/2 kg sour apples (Granny Smith will do nicely)
250g of butter
1 cup of sour cream
3 cups of all-purpose flour
150g of sugar
3 egg yolks
Powdered cinnamon, powdered ginger, crushed cloves, sugar - to mix with apples
Caster sugar for sprinkling
The making of:
Wash and peel the apples, then chop them on smaller slices. Put the slices into a bowl and mix with spices and sugar, in the amount that suits you best. Mix it all together and put the bowl into the fridge.
Preheat the oven to ca. 392 degrees Fahrenheit.
Chop all the dough ingredients together with a sharp knife to mix them, then kneed by hand so the dough formed a ball.
Divide the ball into two parts. One of them put into the foil and put into the fridge, the second one will be the one you will be working on now.
Roll the dough, put it on the rectangular baking pan (which has also a sheet of baking paper on the bottom), and put into the oven to pre-bake it. Remove the dish, when the dough is slightly golden on the sides and on the top. Pre-baking takes around 15 minutes, but check it regulary not to overbrown the pie crust.
When ready, remove the pan from the oven, and let the pie cool a bit.
Put the chopped apples with spices onto pre-baked pie, and add a little more sugar and cinnamon on the top.
Remove the remaining dough from the fridge, roll it and put the sheets of dough onto the apples, pressing the sides to a previously baked pie crust. If you have troubles to move it in one piece, do not fret. You can put it on in smaller pieces, putting them one next to the other to cover the apples. Possible roughness of the top surface will not be visible after baking is finished.
Put the finished slab pie into the oven and bake until golden.
Remove from the oven, cool it a bit, and sprinkle the top with a caster sugar.
Serve simply, as it is, or with a scoop of vanilla ice-cream.
Cheers!
Jabłka myjemy, obieramy ze skórki, kroimy na plasterki. Wrzucamy do miski i posypujemy przyprawami i cukrem, w ilości zależnej od tego, jak bardzo jabłka są kwaśne i jak przyprawione lubimy jabłka. Mieszamy wszystko razem, odstawiamy do lodówki.
Rozgrzewamy piekarnik do ok. 200 stopni Celsjusza.
Wszystkie składniki ciasta siekamy nożem na stolnicy, następnie zagniatamy z nich gładkie ciasto.
Kulę ciasta dzielimy na dwie części. 1 część zostawiamy na stolnicy, 2 część owijamy w folię i wkładamy do lodówki.
Pozostawioną część rozwałkowujemy, wykładamy na prostokątną blachę wysłaną papierem do pieczenia i wsadzamy do piekarnika celem podpieczenia. Wyjmujemy, gdy spód jest złotawy na brzegach i lekko po wierzchu. Podpiekanie zajmuje ok. 15 minut.
Spód wyjmujemy i pozwalamy mu nieco ostygnąć.
Na lekko ciepły spód wykładamy pokrojone jabłka, posypujemy po wierzchu raz jeszcze cynamonem i cukrem.
Część ciasta z lodówki wyjmujemy, rozwałkowujemy i wykładamy na wierzch jabłek, przyklejając starannie boki do boków podpieczonego spodu. Może być ciężko wyłożyć wierzch w całości, więc można sobie poradzić, wykładając go kawałkami, jeden za drugim, byle jabłka były równo przykryte. Po upieczeniu i tak nierówności nie będzie widać.
Gotowe ciasto wkładamy z powrotem do piekarnika i pieczemy aż do wyzłocenia góry.
Wyciągamy z piekarnika, lekko studzimy i jeszcze ciepłe posypujemy cukrem pudrem.
Serwujemy w całej jego prostocie, bez dodatków, lub ewentualnie z kulką lodów waniliowych.
Smacznego!
--------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
1 - 1 and 1/2 kg sour apples (Granny Smith will do nicely)
250g of butter
1 cup of sour cream
3 cups of all-purpose flour
150g of sugar
3 egg yolks
Powdered cinnamon, powdered ginger, crushed cloves, sugar - to mix with apples
Caster sugar for sprinkling
The making of:
Wash and peel the apples, then chop them on smaller slices. Put the slices into a bowl and mix with spices and sugar, in the amount that suits you best. Mix it all together and put the bowl into the fridge.
Preheat the oven to ca. 392 degrees Fahrenheit.
Chop all the dough ingredients together with a sharp knife to mix them, then kneed by hand so the dough formed a ball.
Divide the ball into two parts. One of them put into the foil and put into the fridge, the second one will be the one you will be working on now.
Roll the dough, put it on the rectangular baking pan (which has also a sheet of baking paper on the bottom), and put into the oven to pre-bake it. Remove the dish, when the dough is slightly golden on the sides and on the top. Pre-baking takes around 15 minutes, but check it regulary not to overbrown the pie crust.
When ready, remove the pan from the oven, and let the pie cool a bit.
Put the chopped apples with spices onto pre-baked pie, and add a little more sugar and cinnamon on the top.
Remove the remaining dough from the fridge, roll it and put the sheets of dough onto the apples, pressing the sides to a previously baked pie crust. If you have troubles to move it in one piece, do not fret. You can put it on in smaller pieces, putting them one next to the other to cover the apples. Possible roughness of the top surface will not be visible after baking is finished.
Put the finished slab pie into the oven and bake until golden.
Remove from the oven, cool it a bit, and sprinkle the top with a caster sugar.
Serve simply, as it is, or with a scoop of vanilla ice-cream.
Cheers!
wtorek, 24 maja 2016
Szkockie meat-pie czyli ciasto z wołowiną i grzybami ("Outlander")/Scottish meat and mushroom pie ("Outlander")
Czas szybko leci. Jak z bicza trzasnął. Jeszcze niedawno zachwycałam się naprawdę ładnym zdjęciem, jakie mi wyszło przy ciastkach Wookie, prawie że takie, że nie uciekają z krzykiem z bloga, o próbowaniu przepisu nie mówiąc, a zaraz potem miałam na głowie masę kłopotów rodzinnych, chorego syna, męża i siebie, gdy zima zostawiła swój ostatni prezent, rejterując przed wiosną.
A teraz jest gorąco, czerwiec za kilka dni, poziomki zaczynają dojrzewać w skrzyneczce na balkonie (Młody codziennie zagląda do nich, liczy pieczołowicie i skacze jak piłka w górę i w dół z radości, bo może jutro będzie już je jadł!).
Wysypał się też worek z filmami i serialami, na które wyczekiwałam. Większość jest już w połowie sezonu, intrygi się zawęźlają, a fabuła po solidnym pierdzielnięciu przewidzianym na środek akcji powolutku zaczyna zwalniać, by przypadkiem finałowe odcinki nie miały za małej oglądalności, gdy przyjdzie do podsumowywania, największego łomotu akcji przewidzianego na finał i kancelacji seriali w przyszłym sezonie.
"Outlander" jest właśnie w równiutkiej połowie i akcja przenosi się do Szkocji z ludwikowskiej Francji, a to oznacza, że znowu będę gapić się na ukochane klimaty i kilty.
Ach, kilty na odważnych samcach! Ach, Szkocja. Ach, mój ulubiony konik i długofalowy cel podróży ściśle powiązany z mym najtrwalszym na świecie zainteresowaniem i miłością, to jest kulturą celtycką. Ach... nie dziwcie się więc, że pierwszy wpis po długiej przerwie związany jest z tak wenotwórczym tematem - Szkocją i jednym z moich ulubionych cyklów powieściowych w Szkocji się dziejących, na podstawie którego robią ten wspaniały serial.
W skrócie, bo to przecież nie jest blog o książkach i filmach:
"Outlander" to historia pielęgniarki, żyjącej spokojnie we wczesnych latach pięćdziesiątych, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, która po przyjeździe do Szkocji przechodzi przypadkowo przez jeden z kamiennych kręgów, rozsianych tam przecież gęsto i jakimś cudem przenosi się w czasie o 200 lat do Szkocji, jeszcze zanim but Anglików zmiażdżył niepodległość, klany i prawie zmiótł ich niezwykłą kulturę. Claire przeżywa tam niezwykłe przygody, dostosowuje się do rzeczywistości i podczas poszukiwania drogi powrotnej do swoich czasów poznaje przypadkiem wielką miłość swego życia - Szkota Jamie Frasera.
Skracając 7 kolejnych tomów, które tę dwójkę rzucają od Szkocji po przed rewolucyjną Amerykę na przestrzeni kolejnych 50 "szkockich" lat (z 20 letnią przerwą, gdy Claire wraca do swoich czasów, by uciec z nich znowu ostatecznie do Frasera), jest to historia tak fantastyczna, tak sławna o całej rzeszy fanów i tak potencjalnie serialowy hit, że stworzenie na jej podstawie serialu lub filmu było tylko kwestią czasu.
Powróćmy jednak do samej Szkocji, w której tak de facto dzieje się w całości akcja pierwszego tomu "Obcej", a także 1 sezonu serialu. Siedemnastowieczna kultura szkocka została przedstawiona bardzo dokładnie, z dbałością o szczegóły, nie tylko w sferze wyglądu postaci i języka "gaelic", którym się posługują bohaterowie, niezrozumiałego dla Angielki, póki się go nie zaczęła sama uczyć. Zaprezentowano tam tez takie perełki, jak charakterystyczne ozdoby, tańce szkockie, wygląd domów, kuchnię... no właśnie. Potraw anglosaskich w Outlanderze jest multum. Jak więc mogłoby zabraknąć do gruntu szkockiego ciasta mięsnego, które jadają co prawda na całych Wyspach, od Anglii po Irlandię, tak charakterystycznego dla tej kultury, ale w sumie cholernie mało znanego poza nią?
Na warsztat Meat-Pie wzięłam już kilka lat temu, z ciekawości. Jako Polka, ciasta jadam z owocami, a nie z mięsem i o ile idea "Pie" była mi znana, to takiego pomysłu, by do środka, na spód z półkruchego ciasta dać mięsne nadzienie i przykryć warstwą tego samego ciasta, nie mogłam przełknąć, póki w końcu nie spróbowałam. I wiecie co? To ciasto ląduje u mnie na stole obiadowym średnio raz na miesiąc, a rodzina jest zachwycona! Z dodatkiem sałatki z świeżych warzyw, żadnych ziemniaków, na Boga! I na jednym kawałku tego złotego, aromatycznego cuda się nigdy nie kończy. Nawet na zimno się go czepiają, choć prawdziwa poezja to się dzieje po wyjęciu go na świeżo z piekarnika, a w całym domu pachnie wołowinką, tymiankiem i grzybami.
Meat-pie, na które przepis zaraz wam zapodam, posiada nadzienie z wołowiny i grzybów (cudownie by było mieć świeże lub suszone leśne, ale pieczarki też ujdą od biedy), które śmiałoby można nazwać gulaszem, gdyby nie gotowano go w taki sposób, by sos był pięknie zwarty i pozostawał potem w cieście po przekrojeniu, nie wypływając z niego. Mięso jest mięciutkie, a jeśli dodacie jeszcze porteru do sosu, po odparowaniu otrzymacie iście szkocką potrawę, jaką nie pogardził by żaden anglosas, a i zaciekawiony Polak zje i poprosi o dokładkę. Ciasto, w jakim zapiekamy mięso należy koniecznie potraktować żółtkiem po wierzchu, by było cudownie złociste i chrupiące, a dodatek tymianku w nim to już ostateczny creme-de-la-creme potrawy, łączący wszystko ze sobą w fantastyczną, niezwykłą całość.
Szczególnie polecam danie tym, którzy szukają alternatywy dla w kółko gotowanych gulaszy, schabowych i sznycli z ziemniakami. Odrobina ekstrawagancji rodem z Wysp Brytyjskich nikomu nie zaszkodzi, a wypędzi nudę z kuchni lepiej niż te wszystkie reklamowane pół produkty Winiar czy innych Knorrów, jakie nam się pchają przed oczy w telewizji. Jasne, trzeba poświęcić trochę czasu na zrobienie i nadzienia i mięsa, ale efekt przerośnie wasze najśmielsze oczekiwania.
A zatem, skoro przyciągnęłam już wasze zainteresowanie, najwyższa pora rzucić się do roboty.
Przepis wzięty z tej strony. Korzystałam z niej wielokrotnie, gdyż autorka doskonale wie jak odtwarzać przepisy z serii "Outlander" i pobocznych, trzyma się szczegółów opisanych w książkach, robiąc najdokładniej tak, jak tam jest opisane i w sumie, sama wprowadziłam tylko niewielkie poprawki, by bardziej trafić w smak:) A teraz wy możecie spróbować tego wszystkiego sami.
Niech więc zagrają dudy i ruszmy w tany z garnkiem i patelnią!
Slainte Mhaith!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Nadzienie mięsne:
70dkg wołowiny (im mniej białych powięzi, tym lepiej)
1 i 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki musztardy
1/2 łyżeczki pieprzu
2 plastry boczku wędzonego (ja preferuję surowy, bo pięknie oddaje smak w potrawie; wystarczą tak na szerokość kciuka)
Oliwa z pestek winogron
1 średnia cebula
23-25dkg grzybów leśnych suszonych lub świeżych, ew. pieczarek
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki mąki
1 butelka piwa typu porter (polecam Guinness)(opcjonalnie)
1/2 litra bulionu wołowego
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 liść laurowy
Ciasto:
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki świeżego tymianku (lub solidna szczypta suszonego; powinien być widoczny w cieście)
1/2 łyżeczki soli
2/3 szklanki masła
2 żółtka
3-4 łyżki zimnej wody
Jajeczne smarowidło na wierzch ciasta:
1 żółtko
1 łyżeczka wody
Wykonanie:
Wołowinę kroimy jak mięso na gulasz, starając się by kawałki mięsa nie były większe od paznokcia kciuka.
Grzyby suszone namaczamy przez noc w wodzie. Następnego dnia wydobywamy z cieczy, odciskamy i kroimy na drobno. Świeże grzyby lub pieczarki myjemy i kroimy na półplasterki.
Wkładamy mięso do miski, dodajemy do mięsa sól, musztardę i pieprz, starannie mieszamy wszystko razem i wstawiamy do lodówki, by mięso przechodzić zaczęło smakiem.
Z boczku odcinamy skórę, kroimy na drobno i wrzucamy na patelnię (sugeruję dużą i głęboką, bo na niej będziemy robić ostatecznie całe nadzienie). Podsmażamy, pilnując by nie zbrązowiał za bardzo. Następnie ściągamy boczek (tłuszcz wytopiony zostawiamy), odkładamy na talerz, a na patelnię dolewamy tyle tłuszczu by w raz z wytopionym z boczku wyszło na oko ze 2 łyżki.
Wyciągamy wołowinę z lodówki i kawałki mięsa wrzucamy na patelnię, by je obsmażać około 5 minut. Następnie ściągamy ją z patelni, zostawiając tłuszcz i wytopione soki z mięsa i odstawiamy mięso na talerzu na bok.
Dolewamy 2 łyżki oliwy i wrzucamy na patelnię pokrojone grzyby oraz cebulę pokrojoną w kostkę. Dusimy aż cebula się zeszkli, a grzyby zmiękną - około 5 minut.
Na patelnię do grzybów i cebuli dorzucamy posiekane ząbki czosnku, smażymy razem około 1 minuty, następnie dosypujemy mąkę i smażymy wszystko razem, stale mieszając, przez kolejne 2 minuty.
Jeżeli zdecydujemy się do potrawy dodać porteru, wlewamy piwo na patelnię i mieszamy z obecnymi tam składnikami.
Dolewamy bulion wołowy, dodajemy podsmażone boczek i wołowinę, tymianek oraz liść laurowy. Starannie wszystko mieszamy i doprowadzamy do wrzenia.
Następnie zmniejszamy ogień pod patelnią tak, by zawartość patelni tylko "pyrkała", częściowo przykrywamy i gotujemy w ten sposób aż mięso będzie miękkie, a sos gęsty i ciężki. Zajmie to około 1 godziny.
Doprawiamy ostatecznie do smaku, zdejmujemy patelnię z gotowym nadzienie z ognia i odstawiamy, by nieco się ostudziło zanim przełożymy je na ciasto.
Następnie wykonujemy ciasto.
W osobnej misce mieszamy razem mąkę, posiekany, świeży tymianek i sól.
Dodajemy posiekane masło i końcami palców mieszamy wszystko razem, rozdrabiając mąkę z kawałkami masła, aż całość zacznie nam przypominać nieco kruszonkę o lekko żółtym kolorze z pojawiającymi się tu i tam małymi kawałeczkami masła.
Rozrabiamy żółtka z 3 łyżkami zimnej wody, dolewamy do mącznej masy i tak jak poprzednio wyrabiamy rękami, aż przyjmie postać suchej kuli ciasta. Wody dodajemy tylko w ostateczności. Całość ma się trzymać ze sobą, a nie być ciastem pierogowym.
Kulę ciasta kładziemy na płachcie folii aluminiowej, zawijamy w nią, a następnie spłaszczamy ją aż przyjmie postać grubego dysku. Dysk wkładamy do lodówki co najmniej na 1 godzinę. Można też zostawić na noc.
Nagrzewamy piekarnik na 205 stopni Celsjusza.
Schłodzony dysk z ciasta wyciągamy z lodówki i odwijamy z folii. Ostrożnie przecinamy na pół tak, by otrzymać dwa węższe dyski. Pierwszy rozwałkowujemy na stolnicy, a następnie przekładamy na standardową formę na tartę, wysmarowaną wcześniej masłem. Może się okazać, że ciasto nie da się przełożyć w całości. Żaden to problem. Kawałkami wylepiamy po prostu spód i boki aż do samej góry formy.
Następnie do ciastem wyłożonej formy przekładamy ostudzoną zawartość patelni z nadzieniem. Całą. Miejsca wystarczy, a jak się nam zrobi górka to też nie ma co płakać.
Rozwałkowujemy drugi dysk ciasta podobnie jak pierwszy i przykrywamy nim ciasto, dociskając je do brzegów tak, by zamknąć nadzienie w szczelnej ciastowej skorupce. Tym razem staramy się przenieść tę kołderkę w całości, więc na przykład nawinięcie go na wałek i wyłożenie w ten sposób, może się akurat udać.
Przy pomocy noża robimy w wierzchniej warstwie ciasta dwie lub trzy dziurki, następnie smarujemy je jajecznym smarowidłem (ukręcone ze sobą żółtko i woda) po wierzchu, by podczas pieczenia przybrało piękny, złoty kolor i blask.
Meat-Pie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 35-40 minut aż będzie złote. Wyjmujemy wtedy z piekarnika i pozwalamy nieco mu ostygnąć zanim je zaserwujemy, w towarzystwie świeżych ogórków, pomidorów i sałaty połączonych w zgrabną, wiosenną sałatkę.
Ith gu leòir! (Zjadać w wielkiej ilości!)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Beef & Mushroom Filling:
700 g of beef
1 and 1/2 tsp of salt
2 tsps of mustard
1/2 tsp of pepper
2 slices of bacon
Vegetable Oil
1 medium onion
230-250g wild or button mushroom
2 cloves of garlic
1/4 cup of flour
1 bottle of dark beer/porter (optional)
2 cups of beef stock
1 tsp of dried thyme
1 bay leaf
Pastry:
2 and 1/4 cup of all-purpose flour
2 tspn of fresh thyme leaves
1/2 tsp of salt
2/3 cup of butter
2 egg yolks
3-4 tblspns of cold water
Egg-wash:
1 egg yolk
1 tsp of water
The making of:
Chop the beef on small cubes.
Soak the dried mushroom overnight, then chop them. If you have fresh mushroom, just wash them and chop.
Toss the cubed beef with the salt, mustard and pepper. Set aside.
Chop the bacon then crisp it over medium heat, careful not to overbrown. Remove fried bacon to a small plate. Add enough vegetable oil to the pan to make 2 tablespoons of fat.
Brown the beef for about 5 minutes. Set the beef aside, add another 2 tablespoons of oil as well as the onion and mushrooms to the pan and saute until soft and translucent, another 5 minutes.
Add the garlic and cook until fragrant, about 1 minute, then stir in the flour and cook for 2 minutes, stirring constantly.
If we decide to add porter to the dish, add it now and mix with the rest of the ingredients.
Add the stock or water, reserved beef and bacon, thyme and bay leaf. Stir well, and bring to the boil.
Reduce to a simmer, partially cover and cook until the beef is tender and the gravy shiny and thick, about 1 hour.
Season to taste, then remove from the heat and cool slightly.
Now prepare the pastry.
Stir together the flour, thyme and salt in a bowl.
Add the butter, and with your fingers, rub the butter into the flour until everything resembles cornmeal: slightly yellow, with only small lumps of butter.
Whisk the yolks into 3 tablespoons of cold water. Add to the flour mixture and mix with your hands until it comes together into a very dry ball. Add the extra water only if necessary.
Dump the mixture onto a large sheet of plastic wrap and bring the edges of the wrap together to form a ball. Press together into a firm disc with your hands and refrigerate for 1 hour and up to overnight.
Preheat the oven to 400° Fahrenheit.
Remove the pastry from the frisge and divide into 2 pieces. Roll out the bottom part and transfer to a standard size tart dish. If you find it difficut to transfer it as one big piece, put it in the smaller pieces, one by one, and carefully coat the bottom and sides of dish up to the top with pastry.
Fill it to the top with a mushroom &beef filling.
Roll out the other piece of pastry and use it to cover the pie, crimping to attach to the bottom crust.
Use a knife or small cutter to cut 1 or 2 vents in the top. Whisk together the egg yolk and water for the egg wash, then brush it on the top of the pie, so it was bright, shiny and beautifully golden after the baking id finished.
Put your meat-pie into the oven and bake for 35-40 minutes until golden. Cool slightly before serving, and then serve together witha a fresh vegetable salad.
Ith gu leòir! (Eat plenty!)
A teraz jest gorąco, czerwiec za kilka dni, poziomki zaczynają dojrzewać w skrzyneczce na balkonie (Młody codziennie zagląda do nich, liczy pieczołowicie i skacze jak piłka w górę i w dół z radości, bo może jutro będzie już je jadł!).
Wysypał się też worek z filmami i serialami, na które wyczekiwałam. Większość jest już w połowie sezonu, intrygi się zawęźlają, a fabuła po solidnym pierdzielnięciu przewidzianym na środek akcji powolutku zaczyna zwalniać, by przypadkiem finałowe odcinki nie miały za małej oglądalności, gdy przyjdzie do podsumowywania, największego łomotu akcji przewidzianego na finał i kancelacji seriali w przyszłym sezonie.
"Outlander" jest właśnie w równiutkiej połowie i akcja przenosi się do Szkocji z ludwikowskiej Francji, a to oznacza, że znowu będę gapić się na ukochane klimaty i kilty.
Ach, kilty na odważnych samcach! Ach, Szkocja. Ach, mój ulubiony konik i długofalowy cel podróży ściśle powiązany z mym najtrwalszym na świecie zainteresowaniem i miłością, to jest kulturą celtycką. Ach... nie dziwcie się więc, że pierwszy wpis po długiej przerwie związany jest z tak wenotwórczym tematem - Szkocją i jednym z moich ulubionych cyklów powieściowych w Szkocji się dziejących, na podstawie którego robią ten wspaniały serial.
W skrócie, bo to przecież nie jest blog o książkach i filmach:
"Outlander" to historia pielęgniarki, żyjącej spokojnie we wczesnych latach pięćdziesiątych, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, która po przyjeździe do Szkocji przechodzi przypadkowo przez jeden z kamiennych kręgów, rozsianych tam przecież gęsto i jakimś cudem przenosi się w czasie o 200 lat do Szkocji, jeszcze zanim but Anglików zmiażdżył niepodległość, klany i prawie zmiótł ich niezwykłą kulturę. Claire przeżywa tam niezwykłe przygody, dostosowuje się do rzeczywistości i podczas poszukiwania drogi powrotnej do swoich czasów poznaje przypadkiem wielką miłość swego życia - Szkota Jamie Frasera.
Skracając 7 kolejnych tomów, które tę dwójkę rzucają od Szkocji po przed rewolucyjną Amerykę na przestrzeni kolejnych 50 "szkockich" lat (z 20 letnią przerwą, gdy Claire wraca do swoich czasów, by uciec z nich znowu ostatecznie do Frasera), jest to historia tak fantastyczna, tak sławna o całej rzeszy fanów i tak potencjalnie serialowy hit, że stworzenie na jej podstawie serialu lub filmu było tylko kwestią czasu.
Powróćmy jednak do samej Szkocji, w której tak de facto dzieje się w całości akcja pierwszego tomu "Obcej", a także 1 sezonu serialu. Siedemnastowieczna kultura szkocka została przedstawiona bardzo dokładnie, z dbałością o szczegóły, nie tylko w sferze wyglądu postaci i języka "gaelic", którym się posługują bohaterowie, niezrozumiałego dla Angielki, póki się go nie zaczęła sama uczyć. Zaprezentowano tam tez takie perełki, jak charakterystyczne ozdoby, tańce szkockie, wygląd domów, kuchnię... no właśnie. Potraw anglosaskich w Outlanderze jest multum. Jak więc mogłoby zabraknąć do gruntu szkockiego ciasta mięsnego, które jadają co prawda na całych Wyspach, od Anglii po Irlandię, tak charakterystycznego dla tej kultury, ale w sumie cholernie mało znanego poza nią?
Na warsztat Meat-Pie wzięłam już kilka lat temu, z ciekawości. Jako Polka, ciasta jadam z owocami, a nie z mięsem i o ile idea "Pie" była mi znana, to takiego pomysłu, by do środka, na spód z półkruchego ciasta dać mięsne nadzienie i przykryć warstwą tego samego ciasta, nie mogłam przełknąć, póki w końcu nie spróbowałam. I wiecie co? To ciasto ląduje u mnie na stole obiadowym średnio raz na miesiąc, a rodzina jest zachwycona! Z dodatkiem sałatki z świeżych warzyw, żadnych ziemniaków, na Boga! I na jednym kawałku tego złotego, aromatycznego cuda się nigdy nie kończy. Nawet na zimno się go czepiają, choć prawdziwa poezja to się dzieje po wyjęciu go na świeżo z piekarnika, a w całym domu pachnie wołowinką, tymiankiem i grzybami.
Meat-pie, na które przepis zaraz wam zapodam, posiada nadzienie z wołowiny i grzybów (cudownie by było mieć świeże lub suszone leśne, ale pieczarki też ujdą od biedy), które śmiałoby można nazwać gulaszem, gdyby nie gotowano go w taki sposób, by sos był pięknie zwarty i pozostawał potem w cieście po przekrojeniu, nie wypływając z niego. Mięso jest mięciutkie, a jeśli dodacie jeszcze porteru do sosu, po odparowaniu otrzymacie iście szkocką potrawę, jaką nie pogardził by żaden anglosas, a i zaciekawiony Polak zje i poprosi o dokładkę. Ciasto, w jakim zapiekamy mięso należy koniecznie potraktować żółtkiem po wierzchu, by było cudownie złociste i chrupiące, a dodatek tymianku w nim to już ostateczny creme-de-la-creme potrawy, łączący wszystko ze sobą w fantastyczną, niezwykłą całość.
Szczególnie polecam danie tym, którzy szukają alternatywy dla w kółko gotowanych gulaszy, schabowych i sznycli z ziemniakami. Odrobina ekstrawagancji rodem z Wysp Brytyjskich nikomu nie zaszkodzi, a wypędzi nudę z kuchni lepiej niż te wszystkie reklamowane pół produkty Winiar czy innych Knorrów, jakie nam się pchają przed oczy w telewizji. Jasne, trzeba poświęcić trochę czasu na zrobienie i nadzienia i mięsa, ale efekt przerośnie wasze najśmielsze oczekiwania.
A zatem, skoro przyciągnęłam już wasze zainteresowanie, najwyższa pora rzucić się do roboty.
Przepis wzięty z tej strony. Korzystałam z niej wielokrotnie, gdyż autorka doskonale wie jak odtwarzać przepisy z serii "Outlander" i pobocznych, trzyma się szczegółów opisanych w książkach, robiąc najdokładniej tak, jak tam jest opisane i w sumie, sama wprowadziłam tylko niewielkie poprawki, by bardziej trafić w smak:) A teraz wy możecie spróbować tego wszystkiego sami.
Niech więc zagrają dudy i ruszmy w tany z garnkiem i patelnią!
Slainte Mhaith!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Nadzienie mięsne:
70dkg wołowiny (im mniej białych powięzi, tym lepiej)
1 i 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki musztardy
1/2 łyżeczki pieprzu
2 plastry boczku wędzonego (ja preferuję surowy, bo pięknie oddaje smak w potrawie; wystarczą tak na szerokość kciuka)
Oliwa z pestek winogron
1 średnia cebula
23-25dkg grzybów leśnych suszonych lub świeżych, ew. pieczarek
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki mąki
1 butelka piwa typu porter (polecam Guinness)(opcjonalnie)
1/2 litra bulionu wołowego
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 liść laurowy
Ciasto:
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki świeżego tymianku (lub solidna szczypta suszonego; powinien być widoczny w cieście)
1/2 łyżeczki soli
2/3 szklanki masła
2 żółtka
3-4 łyżki zimnej wody
Jajeczne smarowidło na wierzch ciasta:
1 żółtko
1 łyżeczka wody
Wykonanie:
Wołowinę kroimy jak mięso na gulasz, starając się by kawałki mięsa nie były większe od paznokcia kciuka.
Grzyby suszone namaczamy przez noc w wodzie. Następnego dnia wydobywamy z cieczy, odciskamy i kroimy na drobno. Świeże grzyby lub pieczarki myjemy i kroimy na półplasterki.
Wkładamy mięso do miski, dodajemy do mięsa sól, musztardę i pieprz, starannie mieszamy wszystko razem i wstawiamy do lodówki, by mięso przechodzić zaczęło smakiem.
Z boczku odcinamy skórę, kroimy na drobno i wrzucamy na patelnię (sugeruję dużą i głęboką, bo na niej będziemy robić ostatecznie całe nadzienie). Podsmażamy, pilnując by nie zbrązowiał za bardzo. Następnie ściągamy boczek (tłuszcz wytopiony zostawiamy), odkładamy na talerz, a na patelnię dolewamy tyle tłuszczu by w raz z wytopionym z boczku wyszło na oko ze 2 łyżki.
Wyciągamy wołowinę z lodówki i kawałki mięsa wrzucamy na patelnię, by je obsmażać około 5 minut. Następnie ściągamy ją z patelni, zostawiając tłuszcz i wytopione soki z mięsa i odstawiamy mięso na talerzu na bok.
Dolewamy 2 łyżki oliwy i wrzucamy na patelnię pokrojone grzyby oraz cebulę pokrojoną w kostkę. Dusimy aż cebula się zeszkli, a grzyby zmiękną - około 5 minut.
Na patelnię do grzybów i cebuli dorzucamy posiekane ząbki czosnku, smażymy razem około 1 minuty, następnie dosypujemy mąkę i smażymy wszystko razem, stale mieszając, przez kolejne 2 minuty.
Jeżeli zdecydujemy się do potrawy dodać porteru, wlewamy piwo na patelnię i mieszamy z obecnymi tam składnikami.
Dolewamy bulion wołowy, dodajemy podsmażone boczek i wołowinę, tymianek oraz liść laurowy. Starannie wszystko mieszamy i doprowadzamy do wrzenia.
Następnie zmniejszamy ogień pod patelnią tak, by zawartość patelni tylko "pyrkała", częściowo przykrywamy i gotujemy w ten sposób aż mięso będzie miękkie, a sos gęsty i ciężki. Zajmie to około 1 godziny.
Doprawiamy ostatecznie do smaku, zdejmujemy patelnię z gotowym nadzienie z ognia i odstawiamy, by nieco się ostudziło zanim przełożymy je na ciasto.
Następnie wykonujemy ciasto.
W osobnej misce mieszamy razem mąkę, posiekany, świeży tymianek i sól.
Dodajemy posiekane masło i końcami palców mieszamy wszystko razem, rozdrabiając mąkę z kawałkami masła, aż całość zacznie nam przypominać nieco kruszonkę o lekko żółtym kolorze z pojawiającymi się tu i tam małymi kawałeczkami masła.
Rozrabiamy żółtka z 3 łyżkami zimnej wody, dolewamy do mącznej masy i tak jak poprzednio wyrabiamy rękami, aż przyjmie postać suchej kuli ciasta. Wody dodajemy tylko w ostateczności. Całość ma się trzymać ze sobą, a nie być ciastem pierogowym.
Kulę ciasta kładziemy na płachcie folii aluminiowej, zawijamy w nią, a następnie spłaszczamy ją aż przyjmie postać grubego dysku. Dysk wkładamy do lodówki co najmniej na 1 godzinę. Można też zostawić na noc.
Nagrzewamy piekarnik na 205 stopni Celsjusza.
Schłodzony dysk z ciasta wyciągamy z lodówki i odwijamy z folii. Ostrożnie przecinamy na pół tak, by otrzymać dwa węższe dyski. Pierwszy rozwałkowujemy na stolnicy, a następnie przekładamy na standardową formę na tartę, wysmarowaną wcześniej masłem. Może się okazać, że ciasto nie da się przełożyć w całości. Żaden to problem. Kawałkami wylepiamy po prostu spód i boki aż do samej góry formy.
Następnie do ciastem wyłożonej formy przekładamy ostudzoną zawartość patelni z nadzieniem. Całą. Miejsca wystarczy, a jak się nam zrobi górka to też nie ma co płakać.
Rozwałkowujemy drugi dysk ciasta podobnie jak pierwszy i przykrywamy nim ciasto, dociskając je do brzegów tak, by zamknąć nadzienie w szczelnej ciastowej skorupce. Tym razem staramy się przenieść tę kołderkę w całości, więc na przykład nawinięcie go na wałek i wyłożenie w ten sposób, może się akurat udać.
Przy pomocy noża robimy w wierzchniej warstwie ciasta dwie lub trzy dziurki, następnie smarujemy je jajecznym smarowidłem (ukręcone ze sobą żółtko i woda) po wierzchu, by podczas pieczenia przybrało piękny, złoty kolor i blask.
Meat-Pie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 35-40 minut aż będzie złote. Wyjmujemy wtedy z piekarnika i pozwalamy nieco mu ostygnąć zanim je zaserwujemy, w towarzystwie świeżych ogórków, pomidorów i sałaty połączonych w zgrabną, wiosenną sałatkę.
Ith gu leòir! (Zjadać w wielkiej ilości!)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Beef & Mushroom Filling:
700 g of beef
1 and 1/2 tsp of salt
2 tsps of mustard
1/2 tsp of pepper
2 slices of bacon
Vegetable Oil
1 medium onion
230-250g wild or button mushroom
2 cloves of garlic
1/4 cup of flour
1 bottle of dark beer/porter (optional)
2 cups of beef stock
1 tsp of dried thyme
1 bay leaf
Pastry:
2 and 1/4 cup of all-purpose flour
2 tspn of fresh thyme leaves
1/2 tsp of salt
2/3 cup of butter
2 egg yolks
3-4 tblspns of cold water
Egg-wash:
1 egg yolk
1 tsp of water
The making of:
Chop the beef on small cubes.
Soak the dried mushroom overnight, then chop them. If you have fresh mushroom, just wash them and chop.
Toss the cubed beef with the salt, mustard and pepper. Set aside.
Chop the bacon then crisp it over medium heat, careful not to overbrown. Remove fried bacon to a small plate. Add enough vegetable oil to the pan to make 2 tablespoons of fat.
Brown the beef for about 5 minutes. Set the beef aside, add another 2 tablespoons of oil as well as the onion and mushrooms to the pan and saute until soft and translucent, another 5 minutes.
Add the garlic and cook until fragrant, about 1 minute, then stir in the flour and cook for 2 minutes, stirring constantly.
If we decide to add porter to the dish, add it now and mix with the rest of the ingredients.
Add the stock or water, reserved beef and bacon, thyme and bay leaf. Stir well, and bring to the boil.
Reduce to a simmer, partially cover and cook until the beef is tender and the gravy shiny and thick, about 1 hour.
Season to taste, then remove from the heat and cool slightly.
Now prepare the pastry.
Stir together the flour, thyme and salt in a bowl.
Add the butter, and with your fingers, rub the butter into the flour until everything resembles cornmeal: slightly yellow, with only small lumps of butter.
Whisk the yolks into 3 tablespoons of cold water. Add to the flour mixture and mix with your hands until it comes together into a very dry ball. Add the extra water only if necessary.
Dump the mixture onto a large sheet of plastic wrap and bring the edges of the wrap together to form a ball. Press together into a firm disc with your hands and refrigerate for 1 hour and up to overnight.
Preheat the oven to 400° Fahrenheit.
Remove the pastry from the frisge and divide into 2 pieces. Roll out the bottom part and transfer to a standard size tart dish. If you find it difficut to transfer it as one big piece, put it in the smaller pieces, one by one, and carefully coat the bottom and sides of dish up to the top with pastry.
Fill it to the top with a mushroom &beef filling.
Roll out the other piece of pastry and use it to cover the pie, crimping to attach to the bottom crust.
Use a knife or small cutter to cut 1 or 2 vents in the top. Whisk together the egg yolk and water for the egg wash, then brush it on the top of the pie, so it was bright, shiny and beautifully golden after the baking id finished.
Put your meat-pie into the oven and bake for 35-40 minutes until golden. Cool slightly before serving, and then serve together witha a fresh vegetable salad.
Ith gu leòir! (Eat plenty!)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










