piątek, 3 czerwca 2016

Donuty Lokiego/ Loki's donuts

Happy National Doughnut Day, fellow Americans!

A polskojęzycznym nie obchodzącym tego smacznego święta (amerykański Dzień Donuta), przypadającego na pierwszy piątek czerwca, czyli dzień trzeci obecnego miesiąca, pozostaje powiedzieć: niesłychanie smacznego obżarstwa i nabijania kalorii, bo jedno i drugie zacznie się, ledwie przeczytacie tę felkę i zobaczycie foty, jakie do niej dołączyłam. Dodatkowo tym, co lubią łączyć przyjemne z pożytecznym i żywią przeogromną miłość do potraw inspirowanych dziełem pisanym: got ya! Nie oderwiecie się, bo Donuty Lokiego to właśnie to, co mole książkowe kochają najbardziej. Leniwie opychać się w spokoju smakołykiem, czytając o ulubionym bohaterze, spożywając to, o czym właśnie czytacie, przez to w dwójnasób przeżywać przygody Kłamcy... bowiem o Kłamcy będzie tu dużo. Równie dużo co o donutach, ponieważ jedno i drugie ubóstwiam, a twórca Lokiego, jaśnie nam panujący Jakub Ćwiek Pierwszy Tego Imienia i Konweniencji, zrobił nam niespodziankę trzecim numerem Bangarang i przeładował go Lokim i donutami. A także ironicznym humorem, stadem zapomnianych bogów, terapią grupową, side-kickiem Michałem Od Trzech Par Skrzydeł i Płonącej Gęby (a także od słabości do donutów, jak wam już złośliwie zaspoileruję), nawiązaniami do Johna Rambo i Aerosmith i stadem innych rzeczy, przez które z ręką na sercu powiadam - nie ma dla mnie innego, polskiego pisarza fantasy z jajem, nad Ćwieka, amen:)

A skoro już z takim pietyzmem ucałowałam jaśnie oświecone Conversy guru, wyrażając nieprzemijające uwielbienie dla wszystkiego co napisał i nie napisał, ale napisze, nawet jak nie napisze, pozwolę sobie darować resztę wazelinki, maślenia i tuptania dookoła jak na piszczącą groupie przystało i pozwolę sobie przejść do głównych tematów felki, sztuk dwóch. Trzech! W jednej, wcielonej, donutowej, rozkosznej postaci, wyposażonej w cień posiadający gnata, jasne pióra i zarost, gębę a'la Brad Pitt wersja bardziej męska, trampki i nieodłącznego misia puszczającego guzikowe oko znad ramienia Anielskiego Cyngla. Wspomniałam o zmiennokształtnej magii i schowanej na podorędziu czerwonej, damskiej bieliźnie, na wypadek, gdyby cyngiel zapragnął zamienić się w długonogą laskę? A, i o urokliwości łobuza i czarującej bezwzględności, przez którą majtki same dziewczynom spadają (God, I love the bad guys too freakin' much...)? Nie? No to teraz już wiecie.
Donuty Lokiego! Voila, zaczynamy.

Jak zaczyna się przygodę z bohaterem książkowym, który zagrzebuje się jakimś cudem na stałe w nasze gusta literackie już po pierwszej, przeczytanej stronie jego przygód? Ano, tak jak zawsze - od pierwszej książki, najlepiej pierwszego tomu, jaki o nim traktuje. Miałam to szczęście i jakoś w 2008 roku dopadłam "Kłamcę", pierwsze wydanie, z polecenia kumpelki Magdy zwanej Wiedźmą w Śląskim Klubie Fantastyki. Lub Aliteą w innych, znanych nam, kręgach:). Za to jestem jej dozgonnie wdzięczna, bowiem przedstawiony tomik opowiadań o nim, popełniony przez mało wtedy rozpoznawalnego J. Ćwieka, zrobił z w miarę normalnej studentki kończącej europeistykę, wiernego fana, który do czasów obecnych nie ma ochoty ani podstaw, by rezygnować z miłowania Kłamcy Lokiego i jego przygód. Czy to w formie opowiadań, czy całych tomiszcz, których przez lata wyszło... ohohooo... Temu czai się na wszystko co z Lokim (i nie tylko, bo chodzi też o tworzące powieść pióro) związane, napada na księgarnie w dniu premiery wyczekiwanej książki i żąda od przerażonej panny na kasie podekscytowano-żądającym pisko-rykiem:
"- NOWEGO ĆWIEKA, RAZ!".
Z jakim pędem zamawiają przez internet, albo przynoszą z półki z nowościami, nawet nie macie pojęcia. Taka straszna jestem? Eeee, chyba nieee... nawiedzona prędzej:D
Anyway, gdy zaczęły wychodzić Bangarangi, to się chwilowo przynajmniej uwolnili ode mnie w tych Empikach i Matrasach. Za to ja zaczęłam kolekcjonować, tym razem również i na kompie, nie tylko na półkach i napawać się każdym kolejnym numerem, jak wąchacz nową porcją kleju. W ten sposób we wszystko, co ćwiekowe zaczęłam opływać, jak pączek w lukier, poznałam sobie Loco - nowego bohatera (ten też pożeracz pączków, gdzie oni się tak mnożą, powiedzcie mi? I każdy jeden bucha zajebistością... to pewnie przez to wchłanianie pączków w postępie geometrycznym...) ale i tak to trzeci numer powitałam z piskiem zagłodzonej myszy, na którą spadła świeża bułka. Bo był Loki, (bez Jenny, ha!) za to z Michałem i z donutami. Duuuużą ilością donutów. Więc i kolejny pisk - myszy do pary z bułką, zleciał z nieba ser - ponieważ zawsze chciałam wziąć je na "warsztat", tylko nigdy jakoś nie miałam na to weny. I odnośnika. Ale skoro Loki i donuty przyszły mi w parze i rozsiadły się na dysku twardym, kusząc na dodatek okładką... nie ma zmiłuj się, Goś ruszył do kuchennego boju, uzbrojony w tablet i facebooka, a Kuba Ćwiek został zasypany dziwacznymi pytaniami (jak i w przypadku Pączków z różą Loco). Jednakże po kolei...

Oto, co nam mówi opowiadanie "Jestem Mike..." z trzeciego numeru Bangarang, a co posłużyło mi za wstępny research w kwestii donutów a'la Loki (bo, rzecz jasna, chcemy, pożądamy i pragniemy donutów Lokiego, a nie przypadkowych, wydartych z jakiegoś przepisu, szlag wie jakich frędzli podających się za donuty, robionych z proszku z pudełka... musi być w punkt! Z klasą! I rozmachem.):

"(...) Carl miał brązowy, dwucyfrowy żeton i ilekroć się zjawiał, dbał o świeże donuty na koniec spotkania."
(...)Winston jak zawsze zachwalał świeżość donutów, opychając się kolejnym, klasycznym, lukrowanym, bo innych nie uznawał. Znowu zapytał Carla o to, skąd je bierze, a Carl znowu zapewnił, że z troski o tuszę kolegi z grupy zachowa tę informację dla siebie.
(...)[Carl] Zaraz po oficjalnej części wyszedł na chwilę i dopiero teraz wrócił, toteż nie mógł się ze wszystkimi przywitać. Susannah nastawiła policzek, a on udał, że go całuje, po czym wyjął z różowego pudełka ostatniego donuta z nadzieniem toffi."
(...) - Nie mogę ci zapłacić za nasłanie mnie na chorych ludzi, Loki - powiedział rozbawiony. - Ale tyle warta jest dla mnie informacja, skąd brałeś donuty.
Kącik ust Kłamcy uniósł się lekko. Przy najbliższej okazji zawrócili i pognali z powrotem.
Gdy już zatrzymali się przed cukiernią Sweet Emotion, na obrzeżach miasteczka Hope...(...)"
Jakub Ćwiek - "Jestem Mike..."

No, materiału dosyć, by mieć na czym pracować, nie? Bez wątpienia więc, gdy było na czym, należało pogrzebać najpierw w wiki, potem w przepisach, by ugryźć temat z właściwej strony.
Nie będę wam pisać tu elaboratów o ciastach drożdżowych i ich pochodzeniu, bo każdy, kto w latach 90tych i wyżej miał przynajmniej 13-14 lat i oglądał amerykańskie filmy i seriale, wie co to jest donut (lub doughnut, zależnie od poziomu wykształcenia amerykanina piszącego tę nazwę, oraz tego, skąd pochodzi). Z grubsza, odpowiednik naszego pączka. Nawet, jak się zorientowałam, jedna z teorii na temat tego, skąd ten rodzaj ciastek wziął się w Stanach, głosi, że to za sprawą emigrującej, polskiej braci, która odpowiedzialna jest również za wszechamerykańskie bajgle w ichniej kulturze tak rozpowszechnione.
Niemniej u nas został pączek i osiągnął status ciastka popularnego i kochanego, pożeranego namiętnie w Tłusty Czwartek, podczas gdy w USA urósł do poziomu ikony i obrodził w tyle odmian, że nasze skromne, różniące się od siebie wyraźnie tylko nadzieniem i lukrem, wychodzą bledziutko. 

Donuty najczęściej kojarzone to te klasyczne ciastka z dziurką, polane (a czasem całkowicie obtoczone) lukrem, o rozmaitych kolorach z dodatkami posypek. Klasyk jednak to klasyk i gdy doszłam do wniosku, że autor może mieć na myśli tylko ten, dokopałam się do szczegółów, potem jeszcze upewniłam u źródła i w ten właśnie sposób odtworzyłam pierwszy rodzaj - donuta klasycznego - który pojawia się w powyższym zbiorze cytatów, na miejscu drugim.
Następny jednak, ten z toffi, był dla mnie zagwozdką i zaskoczeniem, gdy Kuba podsunął mi konkretne referki, z konkretnej, autentycznej cukierni (nie tej wymienionej w opowiadaniu, zupełnie fikcyjnej, ale miłośnicy Aerosmith i Sylvestra Stallone w moment zakojarzą nazwy) i cóż się okazało? Donut z toffi nie ma być okrągły, a długi i prostokątny! Bez lukru standardowego, za to bywa polany czekoladą (która jednak była, cytuję "blee":D). Doszliśmy więc do wniosku, że skoro ten konkretny typ donuta to wybór Lokiego, a Loki to wytwór Kuby, przeto Kuba nadaje mu kształt ostateczny, zgodny ze swą wizją. Kształt i nadzienie zostało zatem, zgodnie z oryginalną referencją, ale na górze wylądował epicki (jak się potem okazało w smaku) lukier z prawdziwych truskawek.

I na tym skończyłyby się wymieniane w opowiadaniu donuty, gdyby nie fakt, że po tworzeniu klasycznych zawsze zostają krążki wycinane ze środka, tzw. donut holes. Wyrzucać to grzech, na nadziewanie za małe, ale nadal jest to doskonałe ciasto donutowe. Przeto zwyczajem kolegów ze Stanów potraktowałam Dziurki Donutowe tak samo jak resztę donutów i gdy wyrosły - usmażyłam, obtoczyłam w drobniutkim, brązowym cukrze i w ten sposób powstał trzeci, nie wymieniony, ale bardzo dekoracyjny rodzaj donutów - na jeden kąsek. Uznajmy to drobne odstępstwo za ukłon w stronę wszelkich dam, niewiastek, kociaków i kobietek, które za Lokim szaleją i szaleć będą, jak długo jego przygody będą powstawały. Na osłodę, że ten towar zajęty (dwukrotnie), więc elegancko zapchać można gorycz tymi malutkimi, okrągłymi kuleczkami, wrzucanymi w usta z rozpaczą w oczach i gromkim "obyś zdechł, kłamliwy zdrajco!" Co prawda nie pamiętam, by pochodna takiej chwili się trafiła gdziekolwiek w opowiadaniach lub książkach,  (poza osławioną Mary Ann, ale tej wybaczmy, bo ją to Kłamca potraktował naprawdę niefajnie), ale nic nie stoi na przeszkodzie puścić wodze wyobraźni i sznur takich panien sobie wyobrazić, plwających na ślady po Lokim i zjadających Donut Holes tonami.

A teraz zerknijcie sobie na nie, bo jest na co spoglądać (pudełko nie jest, co prawda, różowe, ale zrobiłam co mogłam, by jak najbardziej zbliżyć się do opisu, włącznie z okolicznościami podania donutów):


Kilka słów o konsystencji i smaku, ponieważ wbrew wyobrażeniom polaków, donuty i pączki mimo niewątpliwego podobieństwa, wcale nie smakują tak samo.
Ciasto bez wątpienia nie jest ciężkie. Jest mięsiste, elastyczne, gryźliwe, jak to lubię określać. Przy tym jest zadziwiająco gładkie i jakimś cudem nie nasiąka zupełnie tłuszczem. Nic a nic. Nie zrozummy się źle: trzeba naprawdę nieźle spartolić polskie pączki, by wyciskało się je z tłuszczu jak gąbkę, ale i tak sądzę, że donuty wedle przepisu, z którego je robiłam, biją jakiś rekord w tłuszczoodporności ciasta. Tłuszczyk jest tylko na zewnątrz, tuż po smażeniu, do momentu aż nie odcieknie i nie wsiąknie w papierowy ręcznik. Potem odczuwamy już tylko smak tych ciastek. Podobny... ale jednak inny. Coś jakby jadł poziomkę i truskawkę. Twierdzenie, że któraś jest lepsza mija się z celem, bo mimo wspólnego przodka (tudzież pochodzenia jednej od drugiej i podobieństwa), są jednak całkiem od siebie różne. Jak... bliźniaczki dwujajowe. No, kurde, bliżej już nie określę moich odczuć w tej materii.
Donuty nie są też puchowe, a użycie drożdży wyklucza ciężkość typowego ciasta. Są w punkt. Zrozumiecie, jak spróbujecie.
Lukier to osobna sprawa. Szczególnie w przypadku klasycznych donutów z dziurką. My, Polacy, przyzwyczajeni jesteśmy do najzwyklejszej polewy z cukru pudru i wody, tudzież z cukru pudru i śmietanki, czasem z dodatkiem smakowym. Natomiast tutaj smaczność lukru osiąga całkowicie inny wymiar, dzięki dwu dodatkom, o których nigdy bym nie pomyślała, że mogą tak wyostrzyć i "wylaszczyć" smak. Ten lukier robi niesamowitą robotę i tylko jego potrzeba do tak prostego donuta. I niczego więcej.
Truskawkowy natomiast to moja własna inwencja twórcza i również postawiłam na prostotę łącząc tylko truskawki z cukrem pudrem. I też połączenie smaków owoców i toffi przeszło najśmielsze oczekiwania.
Co ja zresztą będę dalej wam nawijać. Do Tłustego Czwartku co prawda jeszcze kupa czasu, ale skoro mamy właśnie w światowym kalendarzu National Doughnut Day i jest 3 czerwca, z wdziękiem ulegnę ogólnej, kulturowej, wciskanej gdzie się da "bo najlepszej" amerykanizacji świata i ten jeden raz uznam, że co mi tam... świętujemy dziś hamerykańskie święto, hamerykańskimi donutami, powiewając hamerykańską flagą.
Ale, ale, zanim zaczniecie podskakiwać, co ja tu wyprawiam, powiem wam, że Loki to Bóg Północy, autorka niniejszej felki i bloga to w jednej szesnastej Niemka i w jednej ósmej Ukrainka, a odpowiedzialny za cały ten bałagan i wszelkie opowieści to Ślunzak, więc mamy już taki miks kulturowy i narodowościowy, że lepiej nie grzebać dalej, by zupełnie nie zatracić wiary, że cokolwiek tutaj jeszcze jest rdzennie polskie.
Zresztą podążanie tylko jedną ścieżką jest tak bardzo nudne i szablonowe...
Buntujcie się! Jedzcie polskie rzeczy w obcych krajach, a donuty popijajcie sake, drąc ryło w gaelicu w irlandzkiej knajpie, a życie od razu nabierze smaku!
I w końcu z książką zawędrujcie do kuchni, a ścieżki, na które was to wariactwo wyprowadzi zaskoczą was niesłychanie przyjemnie. Dla smaku życia. I dla samych siebie.

Aaaa... w kwestii formalnej: przepis, jakiego użyłam to zmodyfikowana wersja tego, dla wszystkich trzech typów donutów. A smakowo każdy jeden i tak wyjdzie inny:) 

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)






Składniki (na ok. 20-25 typowych donutów z dziurką):

Ciasto:
2 łyżki suszonych drożdży
1/4 szklanki ciepłej wody
1 i 1/2 szklanki ciepłego mleka
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2 jajka
1/3 szklanki masła
5 szklanek mąki
olej do smażenia

 Lukier waniliowy na donuty z dziurką:
1/3 szklanki masła
2 i 1/2 szklanki cukru pudru
1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3-4 łyżki gorącej wody (zależnie od pożądanej konsystencji)

Lukier truskawkowy na donuty z toffi:
4-5 świeżych truskawek
cukier puder (ilość zależna od pożądanej konsystencji)

Nadzienie toffi:
1 mała puszka (ok 200g) gotowanego mleka kondensowanego tzw. "masy krówkowej"
2-3 łyżki mleka

Posypka na Dziurki Donutowe:
1/2 szklanki drobniutkiego, brązowego cukru

Wykonanie:

Drożdże wsypujemy do miski od miksera i zalewamy ciepłą wodą. Mieszamy i zostawiamy na 5 minut, lub do czasu aż się spienią.

Do mikstury bąbelkującej dorzucamy mleko, cukier, sól, jajka, masło i 2 szklanki mąki. Na mikser zamocowujemy standardowe mieszadła i miksujemy wszystko aż do uzyskania gładkiej masy.

Następnie mieszadła zmieniamy na hakowe i dosypujemy pozostałe 3 szklanki mąki po 1/2 szklanki naraz, miksując na niskich lub średnich obrotach do momentu aż ciasto zacznie nam odstawać od miski, jak to porządnie wyrobione drożdżowe ma w zwyczaju. Po tym czasie miksujemy je jeszcze przez 5 dalszych minut, aż stanie się elastyczne.

Ciasto wyjmujemy z miski, namaszczamy masłem inną, wkładamy do niej ciasto i zakrywszy czystą ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce na wyrastanie, do czasu aż podwoi objętość. Czyli na około 1 godzinę. Można sprawdzić dotykowo, czy jest gotowe: jeśli naciśniemy je palcem, a zagłębienie po nim pozostanie, znaczy, że można je już brać na dalszą obróbkę.

Ciasto wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i wałkujemy na około 1 cm na grubości. Następnie przy pomocy szklanki i nakrętki od oliwy (tak jest, wcale nie musicie kupować zalecanego w przepisie oryginalnym specjalnego wycinacza do donutów; szklanka o średnicy 8 i 1/2 cm wystarczy spokojnie na wycięcie donuta, a nakrętką wytniecie dziurki w samym środku i będzie wszystko w porządku), wycinamy w cieście klasyczne donuty z dziurką.

Jeżeli poprzestaniemy tylko na nich, układamy je na podstawie lekko zamączonej, przykrywamy ściereczką i ponownie dajemy wyrastać, aż podwoją objętość. Ok. 45 minut tym razem.
Jeżeli jednak chcemy zrobić i donuty z toffi, zużywamy połowę ciasta na donuty okrągłe, a resztę (i resztki po wycinaniu) rozwałkowujemy ponownie i używając przykrywki do prostokątnego, plastikowego lub innego, sztywnego pudełka o długości ok. 18 cm i ostrym brzegu, wycinamy równe prostokąty w cieście, które potem przecinamy na szerokość ok 4-5 cm każdy. I te donuty przekładamy na umączoną powierzchnię, przykrywamy i pozwalamy im wyrastać.

W czasie, gdy ciasto będzie mniej więcej w połowie drugiego wyrastania, w wysokim garnku lub głębokiej patelni nastawiamy gorący tłuszcz do smażenia donutów, a także lukier waniliowy.

Masło topimy w garnuszku, dosypujemy do niego cukier puder i dolewamy ekstrakt z wanilii, po czym rozcieramy na gładką masę. Do niej dolewamy po jednej, łyżki gorącej wody aż uzyskamy lukrową masę o wymaganej, gęstej konsystencji, jaką będziemy potem zdobić donuty. Gotowy lukier odstawiamy na bok i wracamy do donutów.

Nasze krążki pozostałe po wycinaniu okrągłych donutów, same z siebie i bez przykrywania powinny w tym momencie być już wyrośnięte i gdy olej zrobi się nam gorący w garnku, możemy je testowo zaczynać smażyć, sprawdzając przy okazji temperaturę oleju.
Jeśli wrzucane po 3-4 sztuki naraz, w ciągu kilkunastu sekund zaczną skwierczeć, pływać swobodnie i się wyzłacać, oznacza to, że olej jest już gotowy do smażenia większych donutów. Dziurki natomiast smażymy na złoto najpierw z jednej strony, potem z drugiej i natychmiast po wyłowieniu i odsączeniu wstępnym z oleju na łyżce cedzakowej, wrzucamy do miseczki z brązowym cukrem i obtaczamy w nim najdokładniej je oblepiając. Potem odkładamy na talerz do ostygnięcia.

Wyrośnięte donuty wrzucamy na gorący olej i smażymy na złoto z jednej i drugiej strony, pomagając im się obrócić. Okrągłe bezpiecznie jest smażyć po 2-3 naraz. Dłuższe po jednym.

Usmażone donuty wyciągamy z oleju łyżką cedzakową i wykładamy na tacki przykryte papierowymi ręcznikami, by odsączyć nadmiar tłuszczu. Zostawiamy na nich do momentu aż będą tylko ciepłe, możliwe do dotknięcia.

Przyszykowujemy sobie talerz i kratkę, na której będziemy pokrywać lukrem donuty, by nadmiar lukru bezpiecznie na niego ściekał, a donuty jeszcze trochę stygły.
Lukier waniliowy mieszamy raz jeszcze i starannie pokrywamy górną część okrągłych donutów, pilnując szczególnie, by lukier oblepił wnętrze otworu i wierzch. Można również przygotować luźniejszy lukier i zanurzać je w całości, ale według mnie sama góra i wylukrowany środek wystarczy aż nadto. Pozostawiamy na kratce dounty aż są tylko ciepłe a lukier stężał conieco, przekładając je finalnie na talerze lub paterę, z której będą serwowane.

Po usmażeniu prostokątnych donutów, podczas gdy one będą stygnąć, przyszykowujemy lukier truskawkowy i nadzienie toffi.

Truskawki rozcieramy na puch z cukrem pudrem, pamiętając, że lukier musi być gęsty, bo inaczej popłynie z donutów. Może też przetrzeć owoce przez sitko, by nie było śladu po miąższu i pestkach, ale osobiście podobały mi się te owocowe "farfocle" u mnie, więc je zostawiłam, również dla smaku.

Masę krówkową przekładamy do garnuszka, dolewamy mleka i podgrzewamy, stale mieszając by solidnie ją rozrzedzić, inaczej nie uda się nam napełnić nią szprycy. Powinna być o konsystencji luźnego budyniu, by napełnianie i szprycowanie donutów nie było męczącym procesem.

Ciepłą masą toffi napełniamy szprycę (albo strzykawkę "setkę") i nadal ciepłe donuty prostokątne nadziewamy, UWAGA, z 4 stron. Wkłuwamy się najpierw w oba węższe końce, a potem niesymetryczne do siebie szpryce dostaje jeden i drugi bok, by zapewnić masę toffi na całej długości donuta.

Nadziane toffi donuty pokrywamy z wierzchu warstwą truskawkowego lukru i gdy stężeje on, możemy serwować.


Smacznego i oby się wam Kłamca z donutami w nocy przyśnił:)

------------------------------------------------------------------

Ingredients (for 20-25 round classic donuts):

Dough:
2 tbspns of active dry yeast
1/4 cup of warm water
1 and 1/2 cups of warm milk
1/2 cup of white sugar
1 tspn of salt
2 eggs
1/3 cup of butter
5 cups all-purpose flour
oil for deep frying

Glaze for round conuts:
1/3 cup of butter
2 and 1/2 cups of confectioners' sugar
1 and 1/2 tspns of vanilla extract
4 tblspns of hot water or as needed

Strawberry glaze for toffee filled donuts:
4-5 fresh strawberries
confectoners' sugar (the amount depending on your choice and consistence of the glaze)

Toffee filling:
1 small can (ca. 200g) of  dulce de luche
203 tblspns of milk
 Sprinkle for Donut Holes:
 1/2 cup of finely grated brown sugar


The making of:

Sprinkle the yeast over the warm water, and let stand for 5 minutes, or until foamy. 

In a large bowl, mix together the yeast mixture, milk, sugar, salt, eggs, butter, and 2 cups of the flour. Mix for a few minutes at low speed, until smooth. 

Assemble on your standing mixer a hook paddles and beat in remaining flour 1/2 cup at a time, until the dough no longer sticks to the bowl. Knead for about 5 minutes, or until smooth and elastic.

Place the dough into a greased bowl, and cover. Set in a warm place to rise until double, about 1 hour. Dough is ready if you touch it, and the indention remains.  

Turn the dough out onto a floured surface, and gently roll out to 1/2 inch thickness. Cut with a floured donut cutter. 

Let donuts sit out to rise again until double. Cover loosely with a cloth and let them rise about 45 minutes. If we decide to make also dounts with a toffee filling, use a rectangular plastic box cover with a sharp end to cut even rectangular donuts out of the half of the dough. Let them rise also, such as you do with the round ones.

While the donuts are rising for the 2nd time, heat oil in a deep-fryer or large heavy skillet, and while it is warming up, prepare a glaze for a round donuts.  

Melt butter in a saucepan over medium heat. Stir in confectioners' sugar and vanilla until smooth. Remove from heat, and stir in hot water one tablespoon at a time until the icing is somewhat thin, but not watery. Set aside. 

Our remaining Donut Holes should already by risen, without our help, so we may easily test the hottnes of oil, by putting them in it. Put 3-4 at one time into the oil and observe. If after a few seconds start to crackle, flow freely on the surface and become golden, it means the oil is hot enough to fry the dounts. As for the Donut Holes, fry them golden on both sides, then, still hot, put into the bowl with brown sugar, covering them with it nicely. Remove, and put onto the plate, so they cooled.

When the big donuts arose, put them (2-3 round or 1 rectangular at the same time) into a hot oil and fry until golden brown.

Remove the donuts, and put onto the plates covered with paper kitchen towels, so to drain the fat. Let them cool a bit until possible to touch.

Put the donuts onto the wire rack, and cover the top with the glaze, or dip donuts into the glaze and set onto wire racks to drain off excess. Let them cool again and the glaze harden a bit, then they are ready to serve.

After the rectangular donuts were fried and are cooling, prepare strawberry glaze and toffee filling.

Mash the fruit with the sugar until smooth and thick. You can also do it, using sieve, so to remove the strawberry seeds, leaving only the colour and taste of strawberries in the glaze.

Put dulce de luche into the small pot, add milk, one tablespoon after another, and heat it up stirring frequently, to loosen dulce de leche until it is somewhat watery and possible to put into the syringe.

Finally fill the warm rectangular donuts with dulce de luche filling on both narrow ends and both sides, so the filling was spread  evenly inside the whole donut.

Cover the toffee filled donuts with a strawberry glaze, and let it harden a bit before serving.

Cheers!:)

  

środa, 25 maja 2016

Babciny jabłkowy "płaszczak" czyli szarlotka-błyskawica//Extremely quick Granny's apple slab pie

Tak mnie niedawno naszła refleksja: ile zawdzięczam moim babciom. Niby jutro Dzień Matki, ale w sumie babcia też mama, tyle, że mamy, więc jakby nie spojrzał jej święto, chociażby pośrednio. Podążając tym krętym tokiem rozumowania doszłam do wniosku, że patrząc długofalowo - wszystko. Gdyby nie babcie, moich rodziców nie byłoby na świecie. Nie byłoby więc i mnie. Gdyby jedna z moich babć nie kochała tak bardzo mocno słodkiej herbaty, ja bym się nie nauczyła jej pić, bo pierwsze moje herbaciane wspomnienie, to właśnie taka mocna, słodka herbata u babci. Gdyby z kolei nie druga babcia i jej ewidentnie najlepszy na świecie kurczak w sosie śmietankowym, pewnie bym nigdy nie wzięła się za gotowanie i tej, pierwszej w sumie mięsnej potrawy w mojej karierze, nie zrobiła samodzielnie. A jeszcze nieśmiertelny, epicki krupnik jednej, orzechowy torcik bez pieczenia drugiej, tysiące innych powodów, bez który bez posiadania moich cudownych babć nie byłabym tym, kim jestem teraz... kurde, babcie są tym największym na świecie dobrem, a często zapominamy o tym by chwycić za słuchawkę i tak bez powodu zadzwonić, dowiedzieć się co u nich...
Nie zamierzam tu moralizować, uczyć ludzi jak mają postępować wobec swoich dziadków, ani prawić wam kazań. Ot, mam wrażenie, że prostota uciekła spod naszych dachów jak przestraszony widokiem człowieka wróbel. Że zwykłe "jak się masz?" urosło do rangi niezwykłego zachowania, a potem, gdy na podniesienie tej słuchawki i zadanie tego najzwyklejszego pytania, jest już za późno...

Na jedną z mych cudownych babć nadszedł jej czas kilka lat temu. Zostało mi po niej mnóstwo miłych wspomnień i żyłka do badań genealogicznych nad rodem, z którego pochodzę. A także bez wątpienia przepis na jedno z najukochańszych ciast mojego dzieciństwa, wręcz idealne na kilkulatka, by go przekonać, że nie tylko drożdżówka i ciastka ze sklepu warto brać do pyszczka.
Szarlotka "płaszczak" - taką bowiem nazwę dostała u mnie w domu i jakoś tak każdemu to podeszło  - jest ekspresowym ciastem z jabłkami. Nie narobisz się za wiele przy niej. Ot, obrać jabłka, pokroić pi razy oko, składniki ciasta połączyć ze sobą wszystkie naraz, ciasto na spód, jabłka do środka, ciasto na wierzch i pieczemy. Tyle. Przygotowań na max. 40 minut. Ale kto by się spodziewał, że płaskie ciasto jakie otrzymamy w rezultacie to kwintesencja smaku szarlotkowego! Żadnych pian z białek, żadnych mas, żadnych galaretek, ulepszaczy, ba! proszku do pieczenia nawet nie ma. Żadnych kruszonek, bo to niepotrzebne. Prostota, mości państwo. Prostota. Tak samo odsuwana ostatnio w kwestii wypieków na plan dalszy, że generalnie na korzyść rozbuchania ozdobami zapomina się o smaku. Dlatego nie wyjdziesz z siebie przy "płaszczaku" ze zmęczenia, aż potem będzie ci się odechciewać próbowania. Zrobisz jak z bicza strzelił i potem z rozkoszą będzie wyjadać po kawałku z blachy, całym pasku na raz (jak to ostatnio zrobił mój mąż), tudzież złapiesz całą, uchowaną połówkę i zjesz ot tak, trzymając z w łapie jak pizzę. Da się. Nie dość bowiem, że ciasto jest ekspresowe, wygodnie płaskie to jeszcze na tyle mocno trzyma się ze sobą, że można jeść bez użycia widelczyka w nieprzyzwoitej wielkości kawałkach.

Sezon na jabłka nawet nie jest na horyzoncie, a szara reneta pojawia się najczęściej w zimie, ale sądzę, że do wyboru na rynku mamy dosyć kwaśnych jabłek, by nie było problemu, gdyby naszła was ochota na ekspresowego, jabłkowego "płaszczaka" mojej babci. A nawet jeśli nie jabłka... zachęcam do użycia wiśni! Truskawek, które już się pojawiają (w potwornej cenie za kilogram, ale jeszcze tydzień, dwa i da się kupować), rabarbaru, które jest teraz i cudownie zgra się z tym ciastem. A jeśli nie świeże, to czemu nie mrożone owoce. Ciasto nie rozmoknie od nich, jedynie nasiąknie smakiem. Tysiąc powodów, by zrobić płaszczaka, ani jednej wymówki by go nie robić. No, pomijając manie alergii i nietolerancji niektórych składników. Tak czy siak leniem nie ma się też co wykręcać. Długi weekend przed nami, sprawcie więc sobie i rodzinie kapitalnego, smakowitego "płaszczaka" i obserwujcie w jakim tempie wam zniknie z blachy.
A dla ciekawych nazwy angielskiej - "slab pie" - chodzi o kształt i płaskość. Nie urasta za bardzo, podobnie do brownie, robi się je w długiej blasze, a kawałki przypominają tabliczki. Lub płytki. A płytki są płaskie... czyli "płaszczak", s'il vous plaît. 

Zadzwońcie potem do babci, powiedzieć jej, że jest najlepsza na świecie. Ot tak;)
I bon appetit... jedziemy z tym koksem:)


Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

1-1 i 1/2 kg kwaśnych jabłek (szara reneta, albo inne twarde, kwaśne, jakie dopadniecie)
25dkg masła
1 szklanka kwaśnej śmietany
3 szklanki mąki
15dkg cukru
3 żółtka
Cynamon, imbir, mielone goździki, cukier - do wymieszania z jabłkami 
Cukier puder do posypania

Wykonanie:

Jabłka myjemy, obieramy ze skórki, kroimy na plasterki. Wrzucamy do miski i posypujemy przyprawami i cukrem, w ilości zależnej od tego, jak bardzo jabłka są kwaśne i jak przyprawione lubimy jabłka. Mieszamy wszystko razem, odstawiamy do lodówki.

Rozgrzewamy piekarnik do ok. 200 stopni Celsjusza.

Wszystkie składniki ciasta siekamy nożem na stolnicy, następnie zagniatamy z nich gładkie ciasto.

Kulę ciasta dzielimy na dwie części. 1 część zostawiamy na stolnicy, 2 część owijamy w folię i wkładamy do lodówki.

 Pozostawioną część rozwałkowujemy, wykładamy na prostokątną blachę wysłaną papierem do pieczenia i wsadzamy do piekarnika celem podpieczenia. Wyjmujemy, gdy spód jest złotawy na brzegach i lekko po wierzchu. Podpiekanie zajmuje ok. 15 minut.

Spód wyjmujemy i pozwalamy mu nieco ostygnąć.

Na lekko ciepły spód wykładamy pokrojone jabłka, posypujemy po wierzchu raz jeszcze cynamonem i cukrem.

Część ciasta z lodówki wyjmujemy, rozwałkowujemy i wykładamy na wierzch jabłek, przyklejając starannie boki do boków podpieczonego spodu. Może być ciężko wyłożyć wierzch w całości, więc można sobie poradzić, wykładając go kawałkami, jeden za drugim, byle jabłka były równo przykryte. Po upieczeniu i tak nierówności nie będzie widać.

Gotowe ciasto wkładamy z powrotem do piekarnika i pieczemy aż do wyzłocenia góry.

Wyciągamy z piekarnika, lekko studzimy i jeszcze ciepłe posypujemy cukrem pudrem.

Serwujemy w całej jego prostocie, bez dodatków, lub ewentualnie z kulką lodów waniliowych. 

Smacznego!

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1 - 1 and 1/2 kg sour apples (Granny Smith will do nicely)
250g of butter
1 cup of sour cream
3 cups of all-purpose flour
150g of sugar
3 egg yolks
Powdered cinnamon, powdered ginger, crushed cloves, sugar - to mix with apples
Caster sugar for sprinkling


The making of:

Wash and peel the apples, then chop them on smaller slices. Put the slices into a bowl and mix with spices and sugar, in the amount that suits you best. Mix it all together and put the bowl into the fridge.

Preheat the oven to ca. 392 degrees Fahrenheit.

Chop all the dough ingredients together with a sharp knife to mix them, then kneed by hand so the dough formed a ball.

Divide the ball into two parts. One of them  put into the foil and put into the fridge, the second one will be the one you will be working on now.

Roll the dough, put it on the rectangular baking pan (which has also a sheet of baking paper on the bottom), and put into the oven to pre-bake it. Remove the dish, when the dough is slightly golden on the sides and on the top. Pre-baking takes around 15 minutes, but check it regulary not to overbrown the pie crust.

When ready, remove the pan from the oven, and let the pie cool a bit.

Put the chopped apples with spices onto pre-baked pie, and add a little more sugar and cinnamon on the top.

Remove the remaining dough from the fridge, roll it and put the sheets of dough onto the apples, pressing the sides to a previously baked pie crust. If you have troubles to move it in one piece, do not fret. You can put it on in smaller pieces, putting them one next to the other to cover the apples. Possible roughness of the top surface will not be visible after baking is finished.

Put the finished slab pie into the oven and bake until golden.

Remove from the oven, cool it a bit, and sprinkle the top with a caster sugar.

Serve simply, as it is, or with a scoop of vanilla ice-cream.

Cheers! 



 


wtorek, 24 maja 2016

Szkockie meat-pie czyli ciasto z wołowiną i grzybami ("Outlander")/Scottish meat and mushroom pie ("Outlander")

Czas szybko leci. Jak z bicza trzasnął. Jeszcze niedawno zachwycałam się naprawdę ładnym zdjęciem, jakie mi wyszło przy ciastkach Wookie, prawie że takie, że nie uciekają z krzykiem z bloga, o próbowaniu przepisu nie mówiąc, a zaraz potem miałam na głowie masę kłopotów rodzinnych, chorego syna, męża i siebie, gdy zima zostawiła swój ostatni prezent, rejterując przed wiosną.
A teraz jest gorąco, czerwiec za kilka dni, poziomki zaczynają dojrzewać w skrzyneczce na balkonie (Młody codziennie zagląda do nich, liczy pieczołowicie i skacze jak piłka w górę i w dół z radości, bo może jutro będzie już je jadł!).
Wysypał się też worek z filmami i serialami, na które wyczekiwałam. Większość jest już w połowie sezonu, intrygi się zawęźlają, a fabuła po solidnym pierdzielnięciu przewidzianym na środek akcji powolutku zaczyna zwalniać, by przypadkiem finałowe odcinki nie miały za małej oglądalności, gdy przyjdzie do podsumowywania, największego łomotu akcji przewidzianego na finał i kancelacji seriali w przyszłym sezonie.
"Outlander" jest właśnie w równiutkiej połowie i akcja przenosi się do Szkocji z ludwikowskiej Francji, a to oznacza, że znowu będę gapić się na ukochane klimaty i kilty.
Ach, kilty na odważnych samcach! Ach, Szkocja. Ach, mój ulubiony konik i długofalowy cel podróży ściśle powiązany z mym najtrwalszym na świecie zainteresowaniem i miłością, to jest kulturą celtycką. Ach... nie dziwcie się więc, że pierwszy wpis po długiej przerwie związany jest z tak wenotwórczym tematem - Szkocją i jednym z moich ulubionych cyklów powieściowych w Szkocji się dziejących, na podstawie którego robią ten wspaniały serial.
W skrócie, bo to przecież nie jest blog o książkach i filmach:
"Outlander" to historia pielęgniarki, żyjącej spokojnie we wczesnych latach pięćdziesiątych, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, która po przyjeździe do Szkocji przechodzi przypadkowo przez jeden z kamiennych kręgów, rozsianych tam przecież gęsto i jakimś cudem przenosi się w czasie o 200 lat do Szkocji, jeszcze zanim but Anglików zmiażdżył niepodległość, klany i prawie zmiótł ich niezwykłą kulturę. Claire przeżywa tam niezwykłe przygody, dostosowuje się do rzeczywistości i podczas poszukiwania drogi powrotnej do swoich czasów poznaje przypadkiem wielką miłość swego życia - Szkota Jamie Frasera.
Skracając 7 kolejnych tomów, które tę dwójkę rzucają od Szkocji po przed rewolucyjną Amerykę na przestrzeni kolejnych 50 "szkockich" lat (z 20 letnią przerwą, gdy Claire wraca do swoich czasów, by uciec z nich znowu ostatecznie do Frasera), jest to historia tak fantastyczna, tak sławna o całej rzeszy fanów i tak potencjalnie serialowy hit, że stworzenie na jej podstawie serialu lub filmu było tylko kwestią czasu.
Powróćmy jednak do samej Szkocji, w której tak de facto dzieje się w całości akcja pierwszego tomu "Obcej", a także 1 sezonu serialu. Siedemnastowieczna kultura szkocka została przedstawiona bardzo dokładnie, z dbałością o szczegóły, nie tylko w sferze wyglądu postaci i języka "gaelic", którym się posługują bohaterowie, niezrozumiałego dla Angielki, póki się go nie zaczęła sama uczyć. Zaprezentowano tam tez takie perełki, jak charakterystyczne ozdoby, tańce szkockie, wygląd domów, kuchnię... no właśnie. Potraw anglosaskich w Outlanderze jest multum. Jak więc mogłoby zabraknąć do gruntu szkockiego ciasta mięsnego, które jadają co prawda na całych Wyspach, od Anglii po Irlandię, tak charakterystycznego dla tej kultury, ale w sumie cholernie mało znanego poza nią?

Na warsztat Meat-Pie wzięłam już kilka lat temu, z ciekawości. Jako Polka, ciasta jadam z owocami, a nie z mięsem i o ile idea "Pie" była mi znana, to takiego pomysłu, by do środka, na spód z półkruchego ciasta dać mięsne nadzienie i przykryć warstwą tego samego ciasta, nie mogłam przełknąć, póki w końcu nie spróbowałam. I wiecie co? To ciasto ląduje u mnie na stole obiadowym średnio raz na miesiąc, a rodzina jest zachwycona! Z dodatkiem sałatki z świeżych warzyw, żadnych ziemniaków, na Boga! I na jednym kawałku tego złotego, aromatycznego cuda się nigdy nie kończy. Nawet na zimno się go czepiają, choć prawdziwa poezja to się dzieje po wyjęciu go na świeżo z piekarnika, a w całym domu pachnie wołowinką, tymiankiem i grzybami.
Meat-pie, na które przepis zaraz wam zapodam, posiada nadzienie z wołowiny i grzybów (cudownie by było mieć świeże lub suszone leśne, ale pieczarki też ujdą od biedy), które śmiałoby można nazwać gulaszem, gdyby nie gotowano go w taki sposób, by sos był pięknie zwarty i pozostawał potem w cieście po przekrojeniu, nie wypływając z niego. Mięso jest mięciutkie, a jeśli dodacie jeszcze porteru do sosu, po odparowaniu otrzymacie iście szkocką potrawę, jaką nie pogardził by żaden anglosas, a i zaciekawiony Polak zje i poprosi o dokładkę. Ciasto, w jakim zapiekamy mięso należy koniecznie potraktować żółtkiem po wierzchu, by było cudownie złociste i chrupiące, a dodatek tymianku w nim to już ostateczny creme-de-la-creme potrawy, łączący wszystko ze sobą w fantastyczną, niezwykłą całość.
Szczególnie polecam danie tym, którzy szukają alternatywy dla w kółko gotowanych gulaszy, schabowych i sznycli z ziemniakami. Odrobina ekstrawagancji rodem z Wysp Brytyjskich nikomu nie zaszkodzi, a wypędzi nudę z kuchni lepiej niż te wszystkie reklamowane pół produkty Winiar czy innych Knorrów, jakie nam się pchają przed oczy w telewizji. Jasne, trzeba poświęcić trochę czasu na zrobienie i nadzienia i mięsa, ale efekt przerośnie wasze najśmielsze oczekiwania.
A zatem, skoro przyciągnęłam już wasze zainteresowanie, najwyższa pora rzucić się do roboty.
Przepis wzięty z tej strony. Korzystałam z niej wielokrotnie, gdyż autorka doskonale wie jak odtwarzać przepisy z serii "Outlander" i pobocznych, trzyma się szczegółów opisanych w książkach, robiąc najdokładniej tak, jak tam jest opisane i w sumie, sama wprowadziłam tylko niewielkie poprawki, by bardziej trafić w smak:) A teraz wy możecie spróbować tego wszystkiego sami.
Niech więc zagrają dudy i ruszmy w tany z garnkiem i patelnią!
Slainte Mhaith!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)








Składniki:

Nadzienie mięsne:
70dkg wołowiny (im mniej białych powięzi, tym lepiej)
1 i 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki musztardy
1/2 łyżeczki pieprzu
2 plastry boczku wędzonego (ja preferuję surowy, bo pięknie oddaje smak w potrawie; wystarczą tak na szerokość kciuka)
Oliwa z pestek winogron
1 średnia cebula
23-25dkg grzybów leśnych suszonych lub świeżych, ew. pieczarek
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki mąki
1 butelka piwa typu porter (polecam Guinness)(opcjonalnie)
1/2 litra bulionu wołowego
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 liść laurowy

Ciasto:
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki świeżego tymianku (lub solidna szczypta suszonego; powinien być widoczny w cieście)
1/2 łyżeczki soli
2/3 szklanki masła
2 żółtka
3-4 łyżki zimnej wody

Jajeczne smarowidło na wierzch ciasta:
1 żółtko
1 łyżeczka wody

Wykonanie:

Wołowinę kroimy jak mięso na gulasz, starając się by kawałki mięsa nie były większe od paznokcia kciuka.
Grzyby suszone namaczamy przez noc w wodzie. Następnego dnia wydobywamy z cieczy, odciskamy i kroimy na drobno. Świeże grzyby lub pieczarki myjemy i kroimy na półplasterki.

Wkładamy mięso do miski, dodajemy do mięsa sól, musztardę i pieprz, starannie mieszamy wszystko razem i wstawiamy do lodówki, by mięso przechodzić zaczęło smakiem.

Z boczku odcinamy skórę, kroimy na drobno i wrzucamy na patelnię (sugeruję dużą i głęboką, bo na niej będziemy robić ostatecznie całe nadzienie). Podsmażamy, pilnując by nie zbrązowiał za bardzo. Następnie ściągamy boczek (tłuszcz wytopiony zostawiamy), odkładamy na talerz, a na patelnię dolewamy tyle tłuszczu by w raz z wytopionym z boczku wyszło na oko ze 2 łyżki.

Wyciągamy wołowinę z lodówki i kawałki mięsa wrzucamy na patelnię, by je obsmażać około 5 minut. Następnie ściągamy ją z patelni, zostawiając tłuszcz i wytopione soki z mięsa i odstawiamy mięso na talerzu na bok.

Dolewamy 2 łyżki oliwy i wrzucamy na patelnię pokrojone grzyby oraz cebulę pokrojoną w kostkę. Dusimy aż cebula się zeszkli, a grzyby zmiękną - około 5 minut.

Na patelnię do grzybów i cebuli dorzucamy posiekane ząbki czosnku, smażymy razem około 1 minuty, następnie dosypujemy mąkę i smażymy wszystko razem, stale mieszając, przez kolejne 2 minuty.

Jeżeli zdecydujemy się do potrawy dodać porteru, wlewamy piwo na patelnię i mieszamy z obecnymi tam składnikami.

Dolewamy bulion wołowy, dodajemy podsmażone boczek i wołowinę, tymianek oraz liść laurowy. Starannie wszystko mieszamy i doprowadzamy do wrzenia.

Następnie zmniejszamy ogień pod patelnią tak, by zawartość patelni tylko "pyrkała", częściowo przykrywamy i gotujemy w ten sposób aż mięso będzie miękkie, a sos gęsty i ciężki. Zajmie to około 1 godziny.

Doprawiamy ostatecznie do smaku, zdejmujemy patelnię z gotowym nadzienie z ognia i odstawiamy, by nieco się ostudziło zanim przełożymy je na ciasto.

Następnie wykonujemy ciasto.

W osobnej misce mieszamy razem mąkę, posiekany, świeży tymianek i sól.

Dodajemy posiekane masło i końcami palców mieszamy wszystko razem, rozdrabiając mąkę z kawałkami masła, aż całość zacznie nam przypominać nieco kruszonkę o lekko żółtym kolorze z pojawiającymi się tu i tam małymi kawałeczkami masła.

Rozrabiamy żółtka z 3 łyżkami zimnej wody, dolewamy do mącznej masy i tak jak poprzednio wyrabiamy rękami, aż przyjmie postać suchej kuli ciasta. Wody dodajemy tylko w ostateczności. Całość ma się trzymać ze sobą, a nie być ciastem pierogowym.

Kulę ciasta kładziemy na płachcie folii aluminiowej, zawijamy w nią, a następnie spłaszczamy ją aż przyjmie postać grubego dysku. Dysk wkładamy do lodówki co najmniej na 1 godzinę. Można też zostawić na noc.

Nagrzewamy piekarnik na 205 stopni Celsjusza.

Schłodzony dysk z ciasta wyciągamy z lodówki i odwijamy z folii. Ostrożnie przecinamy na pół tak, by otrzymać dwa węższe dyski. Pierwszy rozwałkowujemy na stolnicy, a następnie przekładamy na standardową formę na tartę, wysmarowaną wcześniej masłem. Może się okazać, że ciasto nie da się przełożyć w całości. Żaden to problem. Kawałkami wylepiamy po prostu spód i boki aż do samej góry formy.

Następnie do ciastem wyłożonej formy przekładamy ostudzoną zawartość patelni z nadzieniem. Całą. Miejsca wystarczy, a jak się nam zrobi górka to też nie ma co płakać.

Rozwałkowujemy drugi dysk ciasta podobnie jak pierwszy i przykrywamy nim ciasto, dociskając je do brzegów tak, by zamknąć nadzienie w szczelnej ciastowej skorupce. Tym razem staramy się przenieść tę kołderkę w całości, więc na przykład nawinięcie go na wałek i wyłożenie w ten sposób, może się akurat udać.

Przy pomocy noża robimy w wierzchniej warstwie ciasta dwie lub trzy dziurki, następnie smarujemy je jajecznym smarowidłem (ukręcone ze sobą żółtko i woda) po wierzchu, by podczas pieczenia przybrało piękny, złoty kolor i blask.

Meat-Pie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 35-40 minut aż będzie złote. Wyjmujemy wtedy z piekarnika i pozwalamy nieco mu ostygnąć zanim je zaserwujemy, w towarzystwie świeżych ogórków, pomidorów i sałaty połączonych w zgrabną, wiosenną sałatkę.

Ith gu leòir! (Zjadać w wielkiej ilości!)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Beef & Mushroom Filling:
700 g of beef
1 and 1/2 tsp of salt
2 tsps of mustard
1/2 tsp of pepper
2 slices of bacon
Vegetable Oil
1 medium onion

230-250g wild or button mushroom
2 cloves of garlic

1/4 cup of flour
1 bottle of dark beer/porter (optional)
2 cups of beef stock
1 tsp of dried thyme
1 bay leaf


Pastry:
2 and 1/4 cup of all-purpose flour
2 tspn of fresh thyme leaves
1/2 tsp of salt 

2/3 cup of butter
2 egg yolks
3-4 tblspns of cold water

Egg-wash:
1 egg yolk
1 tsp of water


The making of:

Chop the beef on small cubes. 
Soak the dried mushroom overnight, then chop them. If you have fresh mushroom, just wash them and chop.

Toss the cubed beef with the salt, mustard and pepper.  Set aside.

Chop the bacon then crisp it over medium heat, careful not to overbrown. Remove fried bacon to a small plate.  Add enough vegetable oil to the pan to make 2 tablespoons of fat.
Brown the beef for about 5 minutes. Set the beef aside, add another 2 tablespoons of oil as well as the onion and mushrooms to the pan and saute until soft and translucent, another 5 minutes.

Add the garlic and cook until fragrant, about 1 minute, then stir in the flour and cook for 2 minutes, stirring constantly.

If we decide to add porter to the dish, add it now and mix with the rest of the ingredients.

Add the stock or water, reserved beef and bacon, thyme and bay leaf.  Stir well, and bring to the boil. 

Reduce to a simmer, partially cover and cook until the beef is tender and the gravy shiny and thick, about 1 hour.  

Season to taste, then remove from the heat and cool slightly.  

Now prepare the pastry.

Stir together the flour, thyme and salt in a bowl.  

Add the butter, and with your fingers, rub the butter into the flour until everything resembles cornmeal:  slightly yellow, with only small lumps of butter.

Whisk the yolks into 3 tablespoons of cold water.  Add to the flour mixture and mix with your hands until it comes together into a very dry ball.  Add the extra water only if necessary.   

Dump the mixture onto a large sheet of plastic wrap and bring the edges of the wrap together to form a ball.  Press together into a firm disc with your hands and refrigerate for 1 hour and up to overnight.

Preheat the oven to 400° Fahrenheit.

Remove the pastry from the frisge and divide into 2 pieces.  Roll out the bottom part and transfer to a standard size tart dish. If you find it difficut to transfer it as one big piece, put it in the smaller pieces, one by one, and carefully coat the bottom and sides of dish up to the top with pastry. 

Fill it to the top with a mushroom &beef filling.

Roll out the other piece of pastry and use it to cover the pie, crimping to attach to the bottom crust.  

Use a knife or small cutter to cut 1 or 2 vents in the top. Whisk together the egg yolk and water for the egg wash, then brush it on the top of the pie, so it was bright, shiny and beautifully golden after the baking id finished.

Put your meat-pie into the oven and bake for 35-40 minutes until golden. Cool slightly before serving, and then serve together witha a fresh vegetable salad.

Ith gu leòir! (Eat plenty!)






piątek, 25 marca 2016

Świąteczne Gniazdka Zająca Wielkanocnego / Easter Bunny's Nest cookies


Co ja się tu będę już produkować... Wielkanoc! Czas szukać jajek poukrywanych w krzakach przez Zająca Wielkanocnego, wyżerać zawartość lodówki, a nam, tym, które piekły i gotowały przez ostatnie dwa-trzy dni, po ciężkiej robocie należy się wreszcie odrobina odpoczynku. A zatem rodzina niech nie siedzi przed kompem (no dobra, możecie poczytać jedną felkę:)) tylko raduje się z najwspanialszych Świąt w roku, a my leżymy i pachniemy jak bogowie przykazali.

Tak tylko jeszcze, by post nie był pustakiem, zapodaję wam malutkie, smaczne, świąteczne cudo, jakie można zrobić dzięki wykonaniu poprzedniego przepisu na ciastka Wookie, dosłownie jako ostatnie pociągnięcie pędzla na Święta.

Oto ciastka Świąteczne Gniazdka Zająca Wielkanocnego!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Zastosuj te same składniki, jakie znajdziesz w felce "Futrzaki" - ciastka Wookie
plus
opakowanie małych jajek czekoladowych w cukrowej polewie (ja użyłam tych od Milki)


Wykonanie:

Postępuj dokładnie tak samo, jak podczas wykonywania ciastek Wookie.

Gdy ciastka będą już prawie zimne, wetknij na nie po kilka jajek czekoladowych i smakowita ozdoba stołu i ciastko za razem - gotowe:)

Wesołych Świąt Wielkiej Nocy i do napisania już wkrótce!

 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Use the same ingredients as in the recipe for "Fuzzballs" - Wookie's cookies
plus
1 pckge of small chocolate eggs covered with sugar crisp


The making of:

Follow the same steps as in the recipe for "Fuzzballs" - Wookie's cookies.

When the cookies are almost completelly cool, put into them some chocolate eggs. And it's ready: beautiful and tasty at the same time:)

Happy Easter and see you soon!

"Futrzaki" - ciastka Wookie / "Fuzzballs" - Wookie's cookies

Bez wątpienia 90% z was oglądało trylogię Star Wars i ją czci. Znakomita ilość z was widziała też trylogię prequelową, którą mniej czcimy, bo, krótko mówiąc, była do luftu w porównaniu z jedynie słuszną "oryginalną". W zeszłym roku zaś Lucasfilm (będący obecnie częścią MouseHouse) ucieszył nas pierwszą częścią trylogii sequelowej, dziejącej się 30 lat po wydarzeniach jedynie słusznej trylogii oryginalnej. Wiadomo - nowe filmy, zaraz jedni lecą z miejsca szukać błędów (jak trampki u szturmowca), albo ukrytych Easter Egg, inni piszczą radośnie, odkrywając stare, dobrze znane wątki, ulubione hasła postaci, czy też ponownie zaczynają kombinować, jak tu zbudować miecz świetlny, dysponując jedynie tym, co ziemska technologia ma do zaoferowania.
Ja należę zarówno do grupy "piszczącej" i szukającej starej magii w nowych filmach, jak i kombinującej nad mieczem świetlnym i płaszczem Jedi (w końcu go sobie uszyję!). Ale nie kombinuję tylko nad tym, ale i nad wszelką kosmiczną zjadliwością Gwiezdnych Wojen.

Star Warsy niestety nie uszczęśliwiają nas za dużą liczbą rzeczy jadalnych, które możemy sobie obejrzeć w filmie. Expanded Universe (czyli wszelkiego typu książki, gry i inne bazujące na kanonicznych filmach) polepszają nieco sprawę, podsuwając tu i tam jakieś gwiezdno-wojenne potrawy, ale co jest w oryginalnym filmie, to jest w oryginalnym filmie.

Ostatnio udało mi się zapodać wam jak najbardziej kanoniczny chlebek Rey z "Przebudzenia Mocy", który, mówiąc skromnie, tylko tym się różnił od filmowego, że dłużej się go robiło i na pewno lepiej smakował po zrobieniu niż racje imperialne instant, z których pochodził pierwowzór. Tym razem jednak postanowiłam zrobić... deser.
Deserów w Star Wars jeszcze mniej niż normalnego, galaktycznego jedzenia, więc niestety, ach, niestety, ciastka, które wam teraz zaproponuję są tylko inspirowane Star Warsami. Chociaż czy to tak źle? Można dzięki temu, założyć, że gdyby ktoś tam wpadł na ten sam pomysł, to pewnie by je zrobił. A może już były, tylko zwyczajnie ich nie pokazano, bo nie były potrzebne? Mnożyć możliwości można w kółko, zatrzymajmy się jednak na tej ostatniej: co mógłby zjeść Wookie na deser?

Aż tak die-hard fanem nie jestem, by znać szczegóły biologiczne każdej z rasy występujących w świecie Star Wars, ale jestem dość dobrym obserwatorem. Wookie w filmie nie jadł nic. Nic też nie pił. Ani w oryginalnej, ani w prequelu, ani w nowej części. Dlatego możemy sobie gdybać i gdybając dochodzę do wniosku, że mając kły, Wookie zapewne chociaż częściowo jest mięsożerny. Patrząc na jego zainteresowanie krwawym łupem w "Powrocie Jedi", nawet na pewno. Pochodzi on jednak z planety Kashyyk, która jest jedną, wielką dżunglą, więc wobec tego rośliny Wookie też musi jeść. A zatem, gdyby Wookie zechciał spożyć deser, to na produkcie pochodzenia roślinnego raczej by się skupił. Poza tym... mam przedziwne wrażenie, że Wookie mają poczucie humoru. Przynajmniej raz dano nam posłuchać śmiechu Wookie w filmach, a skoro dowcip jest im nieobcy, to może mała igraszka deserowa? Uczynić jedzenie na swój obraz i podobieństwo? Czyli porosnąć je futrem! Deser futrzak... patrzcie, nawet Han Solo uważa, że "Futrzak" to świetna nazwa.

"Futrzak!"

Kimże więc jestem skromna ja, by zignorować tak jasne przesłanie. Wookie z rozbawieniem zobaczył by włochaty deser, obwąchał, a potem pewnie zjadł, bo i czemu nie. Same naturalne (może nieco przetworzone) rzeczy! Same słodkie! Pycha. Wookiście:D

Jeśli jeszcze dodam, że zrobienie "Futrzaków" wymaga tylko 5 składników i nie mają one absolutnie żadnego kontaktu z piekarnikiem, a jedyny problem dla mieszkańców Polski to wystarać się o składnik główny do nich, to myślę, że choćby dla samej zabawy ubabracie się, robiąc je, po pachy i wybuchając śmiechem. Nie zapominajmy też o smaku. Chrupiąca niespodzianka w środku, masa słodyczy orzechowo-karmelowej i czekoladowo-karmelowej na zewnątrz. Radocha, którą ja z nich miałam godna jest podzielenia się, więc przekazuję w dobre ręce "Futrzaki", życząc takiej samej zabawy i wam:)
Inspiracja przepisem z tej strony. Poszerzyłam go o wersję ciemniejszą, specjalnie dla tych, co są uczuleni na orzechy, jak mój synek, ale też mogliby chcieć spróbować ciastkowego żartu.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na około 12 ciastek, zawsze jednak można dorobić więcej masy):

3 brykiety niteczkowych płatków pszennych "Shredded wheat biscuits" czyli 1 i 1/2 opakowania z paczki (spieszę wyjaśnić, że w polskich sklepach, nawet supermarketach marne są szanse, by je dostać. Żaden polski producent nie wypuścił ich na nasz rynek, dlatego jedyną szansą na zdobycie tych konkretnych płatków o specyficznej fakturze są sklepy oferujące towary spożywcze z zagranicy. Oczywiście mieszkańcy WB albo Stanów problemu z nimi na pewno mieć nie będą, ale zwykła, zasiedziała w kraju Polka te konkretne płatki może kupić na przykład na tej stronie, albo osobiście w warszawskiej filii tego sklepu.)

Na jasne "Futrzaki":
3 łyżki masła orzechowego, gładkiego
3 łyżki domowego sosu butterscotch

Na ciemne "Futrzaki":
1 czekolada gorzka
3-4 łyżki domowego sosu butterscotch
2-3 łyżki mleka



Wykonanie:

1- 2 godziny przed produkcją ciastek wyciągajmy z lodówki sos butterscotch, by się ogrzał.

Brykiety odpakowujemy z papierka i łamiemy oraz rozdzielamy poszczególne nitki do dużej miski ostrożnie tak, by zostało nam jak najwięcej długich nitek, ale brykiet był dokładnie rozdrobniony.

Na jasne "Futrzaki":
Wkładamy sos butterscotch i masło orzechowe do rondelka, mieszamy i podgrzewamy tylko na tyle, by masa zrobiła się płynna, ale nadal dało się wetknąć do niej palce i się nie poparzyć.

Rozkładamy na płaskiej powierzchni płachtę papieru do pieczenia.

Dużą szczyptę nitek pszennych wrzucamy do masy orzechowo-karmelowej i jak najdokładniej, ale delikatnie obtaczamy w masie, następnie wyciągamy  "kłaki" i robimy ciastko na papierze do pieczenia, kształtując nitki z karmelem mniej więcej w spłaszczoną kulkę, uważając by ich nie połamać.

Pozwalamy "Futrzakom" stygnąć w temperaturze pokojowej, a potem pakujemy do lodówki na całą noc.

Na ciemne "Futrzaki":

Czekoladę łamiemy drobno do rondelka, dodajemy sos butterscotch oraz mleko podgrzewamy aż powstanie nam gęsta masa, nadal jednak płynna.

Ostudzamy do chwili, gdy nadal jest płynna, ale można jej dotknąć i dalej postępujemy dokładnie jak jak z "Futrzakami" jasnymi.

Po nocy spędzonej w lodówce, można je serwować.

Rzecz jasna tą metodą i mając zapas zarówno sosu butterscotch, masła orzechowego i płatków możemy ich naprodukować znacznie więcej niż tylko dwanaście, a także możemy z nich zrobić inne cudo, na przykład na Święta Wielkanocne, dodając jeden malutki składnik. Ale to bez niego "Futrzaki" są prawdziwymi ciastkami Wookie, którymi żaden Futrzak nie pogardzi. Ani ten z galaktyki daleko, daleko stąd, ani własny, bardzo zarośnięty futrzak-mężczyzna, albo malutki łażący dywanik, który chętnie rąbnie sobie "Futrzaka" ledwie będzie wystudzony i wpakuje do buzi:)
Smacznego im wszystkim i wam, gotującym.

I niech Moc będzie z Wami!

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients: (for approx. 12 cookies, but you always can make more sauces):

3 large Shredded Wheat Biscuits ( I used Nestle's)

For the bright "Fuzzballs":
3 tblspns of peanut butter, smooth
3 tblspns of home-made butterscotch sauce

For the dark "Fuzzballs":
100g dark chocolate
3-4 tblspns of home-made buttescotch sauce
2-3 tblspns of milk


The making of:

Remove the butterscotch sauce from the fridge 1-2 hours before making a cookies, so it had a room temperature.

Carefully break apart shredded wheat biscuits so that they are completely broken up but there are still lots of long strands, and put the strands into the large bowl.

For the bright "Fuzzballs":
Put your butterscotch sauce and peanut butter into a small pot, mix, and the heat it up a little so it became liquid but still possible to touch with bare hand.

Put a sheet of baking paper on a flat surface.

Put a large pinch of strands into the caramel-peanut butter sauce and carefully mix them together. Form into a clump and put into a baking paper, forming a "fuzzball".

Let them harden in a room temperature, and then put into a fridge for the whole night.

For the dark "Fuzzballs":
 Chop a chocolate for a smaller pieces, put it together with a butterscotch and milk into a small pot, mix it and melt together, so to get a liquid, yet possible to touch sauce.

If it is too hot, let it cool a little, but it still has to be liquid so to form a "fuzzballs". Then do exactly the same steps as with the "bright fuzzballs".

After they spent the night in the fridge, you may serve the cookies to your guests.

Having some more shredded wheat, butterscotch sauce and peanutbutter, and chocolate you can always make some more of then, than just 12 pcs. You can also add one little ingredient and create a wonderful little treat for the Easter. I promise your guests will love it: Wookie, or nor.

Cheers and may the Force be with you!


środa, 23 marca 2016

Zupa-krem z dyni z piekła rodem / Cream of pumpkin "straight from hell" soup

Przy okazji innego przepisu, na Pumpkin Pie, pisałam już, że dynia w Polsce jest niedocenianym warzywem. Może i nie jest rodzimego pochodzenia, a okres jej świetności przypadał na czasy bardzo odległe od lat osiemdziesiątych, w których zaczyna się moja własna historia, ale kiedyś jedzono jej znacznie więcej. Potem, w czasach gdy byłam już świadoma, że lubię taką zupę, a takiej nie lubię, zniknęła kompletnie z polskich stołów i dla celów dekoracyjnych jedynie się tu i tam pojawiała (zresztą nie tylko dynia znikła, ale i sporo innych podstawowych rzeczy. One jednak wróciły, a dynia - nie). Nigdy jednak nie używano jej do ciast, nie robiono z niej zup, a o dodatkach do "schabowego" w takiej, czy innej postaci, można było zapomnieć. Nie było tradycji, nie było chęci, by próbować czegoś nowego, niczego nie było (pan Kononowicz nie obrazi się, że go zacytuję, albowiem jego słowa są już częścią popkultury i nic na to nikt nie poradzi, a już tym bardziej sam wywołany do tablicy, nawet przy swym zdecydowanym sprzeciwie;)). Dopiero gdy coś drgnęło ostatnimi czasy i gospodynie odkryły, że jest coś takiego jak dynia i jej uniwersalna i jedyna w swoim rodzaju zdolność przejmowania i ulepszania smaków jej towarzyszących, że zupy wcale nie trzeba zabielać mąką dla zagęszczenia, a zwyczajnie zmiksować (lub tylko jej część, jak ktoś pragnie czuć, że je zupę, a nie papkę dla niemowlaka) i że po pozbyciu się skóry otrzymujemy tak cudowny, naturalny kolor, który się nie rozmywa w innych dodatkach, wtedy dopiero dynia wróciła do łask.
U nas, rzecz jasna, z opóźnieniem. Najczęściej spożywa się zupę dyniową, krem, na łagodnie lub słodko. Za oceanem robią z dyni cuda. Poczynając od zup, a kończąc na deserach i to takiego rodzaju, że zaskoczeni bylibyście, że dynia jest w środku. Lody z dynią, muffinki z dynią, dyniowe brownie, ba, serniki też dyniowe robią i wszystko do siebie pasuje i smakuje.
Inną sprawą, która przesądziła o tym, że Polak i dynia to tak jeszcze po macoszemu się traktują, jest niezdecydowany smak tego warzywa. Sama dynia... no, nie bardzo. Nikt jej nieprzyprawionej nie zje, bo jest mdła. Dlatego, moje drogie ofiary grafomańskich Bantofelków, Polacy tak jak ten kot, któremu raz podsunięto omyłkowo chleb, zamiast mięsa. Obwącha, nadgryzie, obrazi się, że ktoś tu go w balona robi, a potem długo trzeba się nachodzić, by zmienił zdanie i namówić na drugą próbę.

Ja też byłam oporna. Nie ma co się oszukiwać. Dyniowej spróbowałam jako osoba dorosła, zachęcona rodzącą się właśnie ciekawością kulinarnych dóbr tego świata. Szczęściem z miejsca trafiłam na doskonały przepis, który po ulepszeniu stosuję do dzisiaj, karmiąc dyniową-kremem od czasu do czasu moich mężczyzn. Tym, którzy mieli pecha i się zawiedli na swoim pierwszym przepisie i oświadczyli, że "nigdy więcej", mogę tylko współczuć, bo dynia to temat trudny do przełknięcia, jak raz stanie kością w gardle. Ale i zachęcić do spróbowania raz jeszcze: naprawdę, z dobrym przepisem, gdy wybalansujecie już swój własny smak i przyprawy, zachwycicie się dynią do tego stopnia, że zacznie się na zupie, a skończy na lodach. I nigdy nie przeminie. Pękata dama zaśpiewa trzy tony waszemu sercu i żołądkowi, trafi w punkt G (sic!) i zostaniecie podbici, zawojowani i spragnieni zupy dyniowej, ledwie sezon na dynie nadejdzie wraz z jesienią.
Inna sprawa, że może trwać cały rok, jak sobie dynię zamrozicie:)

Zupę zrobić prosto. Każdy wie, że gotuje się warzywa. wrzucane na hurra do garnka, w ilości, jaka nam akurat podejdzie na "wodziankę", albo zupę o konsystencji takiej, że łyżka staje sztorcem. Nie inaczej jest i z dyniową. Proces jej produkcji różni się od jarzynówki jedynie samą końcówką. A skoro dyniowa-krem jest zupą, zupę zrobić potrafi każdy, to przecież nie ma co kręcić nosem, szczególnie, jeśli szukacie zupy nowej, wartej by ją wprowadzić do własnego domu i usadzić w nim na zawsze.

Moim wtrętem w tę zupę jest doprawienie. Jak już pisałam, dyniowa pięknie chłonie smaki towarzyszące, samej mając niezdecydowanie słodkawy. Oraz kolor, jakiego nie uzyskamy żadnym, sztucznym barwnikiem. Dla odmiany robionej wszędzie wersji  łagodnej i na słodko, razu pewnego słuchając randomowych kawałków na metalowej liście z Winampa, rozważałam jak by tu dodać charakteru niemal gotowej zupie dyniowej. I, jak łatwo przypuszczać, muzyka, która leciała gdzieś mimo uszu, metalowe riffy na gitarach, tudzież wokalista drący mordę, któremu wtórowałam co jakiś czas, śpiewając do łyżki drewnianej, lub używając dwóch jak pałeczek bębniarza na meblach, miała konkretny wpływ na to, po jaką przyprawę sięgnęła moja ręka.
A jeszcze jak ryknęło z głośników Rage - Staright to Hell, to nie było już wyproś. Dyniowa-krem stała się zupą z piekła rodem, która cię tam zaprowadzi prostą, szybką trasą, a ty pójdziesz za nią grzecznie, bo nie będziesz miał jej dość.
Zresztą, przysięgam, gdyby zdarzyła się kiedyś taka okoliczność, że talerz mej piekielnej dyniowej zacząłby śpiewać (załóżmy, że tak by się stało... skoro w "Hotelu Transylvania" mieli krzyczący ser, to czemu i Zupa-Krem z Dyni nie miałaby też dostać głosu:P), miałby głos Petera Burtza, wokalisty kapeli Rage.

Czyli generalnie wiecie już, czemu dyniowa jest zupą piekielną. Przynajmniej, patrząc na słowa mej felki i przepis poniżej. A teraz najwyższy czas udać się po przyprawy, posiekać dynię i zacząć robić swojego własnego dyniowego piekielnika, do czego serdecznie zapraszam:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1/2 kg dyni
1 pietruszka
3 marchewki
1 plaster selera
1 cebula
1 kostka bulionowa warzywna
2 łyżki masła
3 liście laurowe
3 ziarnka ziela angielskiego
Szczypty: soli, pieprzu, pietruszki, kolendry, imbiru, gałki muszkatołowej, chili, curry, słodkiej papryki
Kwaśna śmietana na przybranie

Wykonanie: 

Dynię (jeśli kupiliśmy w całości) rozcinamy, pozbywamy się włókien ze środka i pestek (pestki można zasuszyć i zostawić do późniejszego użycia), kroimy na plastry, razem ze skórą.

Piekarnik nastawiamy na ok. 180 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy folią aluminiową, kładziemy na niej skórą do dołu kawałki dyni i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy dynię tak długo, aż miąższ dźgany widelcem, jest miękki i odchodzi od skóry, skóra z kolei jest nieco przypalona lub pomarszczona. Wydobywamy wówczas dynię z piekarnika, bez trudu pozbywamy się skóry i kroimy już miękką, na mniejsze kawałki. Odstawiamy na chwilę na bok.

Cebulę kroimy w drobną kostkę, marchewki i pietruszkę w plasterki, seler w kostkę.

Na patelnię wrzucamy cebulę, podsmażamy ją na maśle aż się zeszkli.

Dorzucamy do niej marchewki i pietruszkę wraz z selerem, oraz upieczoną dynią, mieszamy wszystko razem i smażymy ok. 5 dalszych minut.

Następnie warzywa przekładamy do garnka, zalewamy wodą tylko na tyle aby je przykryła, dorzucamy kostkę rosołową, oraz liść laurowy i gotujemy aż warzywa zmiękną.

Pod koniec gotowania dorzucamy po szczypcie pozostałych przypraw, mieszamy zupę i pozwalamy jej jeszcze "pyrkać" przez 5 minut na ogniu.

Po tym czasie zdejmujemy zupę z ognia, miksujemy całość do gładkiej, aksamitnej konsystencji i raz jeszcze doprawiamy. "Piekielnica" ma być ostrzejsza, więc należy pamiętać, by nie żałować sobie przypraw, jedynie ostrożniej szafując imbirem i chili. Tego pierwszego na próbę dałabym najpierw 1/4 łyżeczki, a potem sprawdziła, czy zupa odpowiednio pali i wiedzie kubki smakowe do piekła.
UWAGA: następnego dnia po ugotowaniu, smaki zupy się intensyfikują, imbir i chili czuć mocniej, więc i to należy brać pod uwagę przy doprawianiu.

Gotową zupę przelewamy na talerze. Na każdą porcję zupy wykładamy ostrożnie solidny kleks śmietany, by nieco łagodziła piekiełko w gardle i podbijała smak.

Konsumujemy przy dźwiękach muzyki dowolnej kapeli metalowej.

Kozioł... znaczy dynia... z wami!:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 kg pumpkin
1 parsley root
3 carrots
1 slice of celery
1 onion
1 vegetable stock cube
2 tblspns of butter
3 bay leaves
3 allspice seeds
a pinch of: salt, pepper, dried parsley, crushed coriander, powdered ginger, nutmeg, powdered chilli, curry, powdered sweet paprika
sour cream as a add-on

The making of:

If the pumpkin is whole and fresh, cut it half, remove the insides (you can keep the seeds, dry it and then use it for something else), slice it and do not remove the skin from the slices.

Heat the oven to approx. 180 degrees Celcius / 356 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminum foil on a baking tray. Put the slices of pumpkin on (skin down), and put into the oven to bake it.

Bake the pumpkin until the pulp, when touched with a fork, is soft, and the skin is slightly burned or wrinkled, and the pulp is easy to peel off. Remove the pumpkin from the oven, remove the skin, and cut the pulp in a smaller pieces. Set aside for a moment.

Chop the onion and celery into a small cubes, carrots and parsley root cut into slices.

Put a butter on a frying pan, add the onion and fry, stirring from time to time, until it is glazed.

Add the rest of vegetables: carrots, parsley, celery and the pumpkin and cook it alltogether for about 5 minutes.

Move the veggies to a medium pot, pour enough water to cover them, add the stock cube and bay leaves, and allspice and cook until the vegetables are soft.

Then, when it is almost ready, add the rest of seasoning, one pinch for starters , stir it one last time, and let it simmer for 5 more minutes.

Remove the pot from heat, and blend the soup until smooth and velvety consistence, then season it one last time. Remember that "hellish soup" has to be spicy so be careful only when using ginger and chilli. With ginger and chilli start with 1/4 tspn and check how hot it has become.
ATTENTION: The day after cooking, the taste of soup intensifies, especially when it comes to ginger and chili. Remember about it, while seasoning.

When to soup is ready to serve, put it on the plates, and add a solid splash of sour cream into each portion, so it alleviated a little the hottness of soup.

Eat it all up, listening to your favourite metal band.

May the goat... the pumpkin... be with you:)