Jak się ma szesnaście lat, wszystko uchodzi. I bunty w oczach rodziny - bo kiedyś trzeba pokazać, że ma się własne zdanie i przychodzenie później do domu z randki niż o ustalonej godzinie - widocznie syn/córka dobrze się bawił, odpuścimy. I wreszcie jedzenie wszystkiego bez ograniczeń.
Nastolatek ma żołądek zdrowy jak koń. Wszystko strawi, czy to płynne, wysokoprocentowe (część wróci na hucznej imprezie, ale hej, wypił, prawda?), czy to najbardziej szajsowaty fast-food.
Gdy ja miałam piętnaście - szesnaście lat, fast foodem dla mnie były słynne zapiekanki "na stacji". Gdyby ktoś nie wiedział - tam, w jednej z budek sprzedawano najlepsze zapiekanki w Rzeszowie, na które chodziło całe miasto (zupełnie jak na najlepsze, rzeszowskie, lody z polewą "Do Myszki" na "Trzeciego Maja"). Było to jednak ponad dwie dekady temu. W tym czasie zapiekanki zdążyły się popsuć, a stolicę podkarpacia nawiedziły wielkie koncerny i sieciówki jedzeniowe, z których bodaj pierwszą był MacDonald.
Jejku, jaki to był szał! Malutkie burgerki pochłanialiśmy tonami, frytki były źródłem obłędnego zachwytu, nawet swego czasu, zabranie tam na randkę dziewczyny wcale nie było obciachem, a pokazaniem "coś do ciebie mam, ale nie podniecaj się zanadto z tego powodu. Weź jeszcze fryteczkę." I nikt nie miał się źle po zjedzeniu tego jedzenia w dowolnej ilości.
Potem pojawił się drugi MacDonald, trzeci, ich kopie i w końcu zaczęła się zdrowa konkurencja, w której MacSzajs zaczął przegrywać. Szczególnie, gdy wkroczyło na arenę KFC i PizzaHut. Oni co prawda też szajs food mają, ale inny, więc tłum przewalił się z jednego dostawcy równo po wszystkich, w zależności, czy kto wolał pizzę czy kurczaki, czy burgery, które, przy rosnącej konkurencji, szybko straciły koronę niekwestionowanego króla niezdrowego żarcia fast-fodów.
Latka upłynęły jednak, młodzież dorosła i nagle się okazało, czy to z powodu standardowego "popsucia" się fajnego jedzenia, czy z powodu mniejszej tolerancji na to, co pakuje się do brzucha - że po jednym burgerze i frytkach dostaje się boleści, a po kwadransie od zjedzenia przysięga człowiek, że więcej tam nie pójdzie. Przynajmniej na ich kanapki.
Rzecz jasna jest to tylko moja opinia, oparta na bieżących doświadczeniach. Są tacy, co mając trzydzieści parę lat, nadal zjadają hamburgery z MacSzajsa tonami i nic im nie jest. Ja już nie mogę. Ale nie same kanapki w sieciówce siedzą. Lody MacFlurry zawsze mieli tam fajne. Jednakże jeden produkt nie zawiódł mnie nigdy, a mianowicie ich ciastko z gorącym wnętrzem.
Jak spróbowałam go raz, nigdy nie przestałam być jego fanką. Jabłkowe, wiśniowe, z owocami leśnymi, czy też z czekoladą i pomarańczą, z nadzieniem zamkniętym w cieniutkim, niezwykłym, chrupiącym cieście, lśniącym i wyposażonym w zabawne bąbelki na powierzchni. Kto nie jadł - niech się natychmiast poprawi, bo to jest najlepsze ciasto na świecie jakie jadłam kiedykolwiek, w jakiejkolwiek sieciówce z fast-foodem. Kto nie jadł - nie wie co traci.
Ale właściwie jak nie jadł... to też nie jest źle. Będzie miał świeży start.
To właśnie ciastko jest dzisiaj królem mej felki. Ono... i jego substytut, który postanowiłam stworzyć, robiąc wcześniej, rzecz jasna, mały research. Ale po co, skoro ciacho nie kosztuje nawet 4 złotych, więc można pójść i w każdej chwili sobie kupić, zapyta niejeden?
Bo mam taki kaprys, spróbować metodą domową osiągnąć to, co osiągnęli oni. U podstaw każdego jedzenia z fast-foodu leży jakiś oryginalny przepis. Po latach pewnie spore w nim zachodzą zmiany, ale nadal jest sposób, by się do niego dogrzebać metodą prób i błędów.
Po co? Bo lubię wyzwania, a jak ktoś ukrywa przepis przed światem i nawet nieupieczonego ciastka nie da do obejrzenia (pytałam, uprzejmie mi odmówiono, bo "polityka firmy"), to czuję przekorną potrzebę udowodnić im, że dupa tam, polityka firmy, potrafię zrobić to samo co wy, może większym kosztem, ale przynajmniej wiem, co tam wkładam!
Poza tym zrobić własne, domowe ciastko z MacDonalda i usłyszeć, że jest "lepsze niż tam" od męża, któremu trudno dogodzić, skąpiącego komplementów - bezcenne.
Tak, zrobiłam. Tak, wyszło mi. Tak! Jest to możliwe do zrobienia w domu. Tylko trzeba przestrzegać przepisu, szczególnie w końcowej fazie, bo nie wyjdzie;)
Zaczynając od podstaw: ciastko z MacDonalda nie jest pieczone. Przynajmniej te z knajp w Polsce i połowie Europy. U nas nadal ciastka te robią w deep-fry'u, czyli tak jak frytki, smażą w głębokim oleju. I jest to jedyna metoda uzyskania tego ciastka w takiej postaci jak w ich restauracjach. W Stanach dawno już przeżucili się na pieczone i w związku z tym jest masa nieszczęśliwych miłośników tego ciastka, które po upieczeniu przestało smakować jak trzeba.
Ciastko z MacDonalda nie jest z ciasta francuskiego. Absolutnie i zdecydowanie nie. Nie jest też z żadnego ciasta charakterystycznego dla naszego kraju. Najbliższy ekwiwalent dla ciasta, które mają w MacDonaldzie to, jak się okazuje, ciasto, jakie w Meksyku stosują do pierożków samosas. Powiem, na podstawie swego eksperymentu, że jest ono w 95% zgodne smakowo z tym, co mamy w knajpie w ciastku.
Nadzienie... no to już jest kwestia gustu. Można zrobić jabłkowe dokładnie tak, jak w MacSzajsie, czyli mało jabłka, dużo soku, galaretka owocowa. Albo można zrobić tak, jak robimy na nasze tradycyjne szarlotki. Akurat nie miałam galaretki, miałam za to dużo szarej renety, więc poleciałam w szarlotkowe... i było faktycznie lepsze niż to, jakie mamy w restauracji. Smakowo wpasowuje się świetnie w ciasto.
Uzyskanie odpowiedniej faktury to sprawa zabawna, ponieważ trzeba pamiętać, że te bąbelki uzyska się tylko i wyłącznie gdy: zamoczy się lekko gotowe ciastko i wrzuci je zaraz potem na wściekle gorący olej. Wtedy się pojawiają. Jak zapomnimy o którymkolwiek z tych kroków, albo wrzucimy je na olej średnio rozgrzany, dostaniemy ciastko bez bąbelków, koniec kropka.
Po kolejne... ale w sumie lepiej będzie, jak zapodam wam przepis, w którym na bieżąco napiszę, co i jak. Źródło przepisu: nieznane. Znaczy natrafiłam na jakieś fora angielskojęzyczne, skąd zebrałam garść porad i świetny przepis na ciasto. Autorzy nie podali swoich maili, więc umówmy się. Źródło to google.com:)
Jedziemy:)
Składniki (na 4-5 długich, prostokątnych ciastek):
Ciasto:
2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki soli
1/4 szklanki masła
1/4 szklanki tłuszczu roślinnego (użyłam Planty)
ok 1/2 szklanki wody
Nadzienie:
4-5 dużych jabłek z rodzaju szara reneta (powinny być kwaskowate i nie rozlatujące się za szybko podczas obróbki termicznej)
cukier
sok z cytryny
cynamon
imbir
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Wykonanie:
Najpierw robimy nadzienie.
Jabłka myjemy, obieramy z łupek i kroimy, ale nie tak całkiem drobno. Jeśli chcemy, to w kostkę. Można też zwyczajnie pokroić tak jak na szarlotkę. Rozlecą się częściowo podczas smażenia, ważne jednak, by nadal zostało trochę całych kawałków.
Wrzucamy je do garnczka i stawiamy na średni ogień. Stale mieszając podgrzewamy aż zaczną się rozpadać.
Dosypujemy cukier. Tyle, ile uznamy, że nam wystarczy. Trzeba jednak pamiętać, że są kwaskowate, a nadzienie mimo wszystko ma być słodkie, bo w cieście cukru nie ma ani grama.
Mieszamy i smażymy nadal, aż do momentu gdy będą prawie gotowe. Jak na szarlotkę. Wówczas dosypujemy po trochu mąki ziemniaczanej, mieszając starannie, by nie zostały grudki, dodajemy przyprawy i wciskamy sok z cytryny. Ponownie - według własnego smaku.
Nadzienie powinno być aromatyczne, słodkie, ale nie bez wyrazu, z wyczuwalnymi i widocznymi kawałkami jabłek w jabłkowym musie.
Gotowe, zdejmujemy z ognia i pozwalamy mu ostygnąć.
Teraz przystępujemy do ciasta.
Do miski wsypujemy mąkę, sól, mieszamy je ze sobą.
Dodajemy masło i tłuszcz roślinny, zimne, pokrojone w małe kawałki i ręką wrabiamy tłuszcz w mąkę do momentu aż mieszanina zacznie nam przypominać płatki owsiane.
Następnie dolewamy zimnej wody po troszeczku, za każdym razem mieszając i ugniatając ciasto. Czynimy tak tylko do chwili aż ciasto zacznie się zbijać ze sobą w kulę.
Po tym przenosimy je na stolnicę i starannie zagniatamy.
Gotową kulę rozwałkowujemy najcieniej jak się da. Można podzielić sobie nawet ciasto i rozwałkować najpierw jedną połowę, a potem dopiero drugą. Musi być prawie tak cienkie, jak do uszek lub pierogów, na ten przykład.
Następnie, w zależności od chęci wykrawamy kształty. I tu panuje w sumie dowolność. Można zrobić ciastka pierożkowe, czyli wykroić duże kółka, nałożyć nadzienie na jedną połowę, skleić razem, ale można też zrobić kopię ciastek z MacDonalda również i w kształcie. W tym celu naszemu ciastu nadajemy kształt kwadratu, odcinając koliste boki (resztki zostawiamy do dalszego użycia), następnie zaginamy jeden z boków tak, by jedna z dłuższych części była cała w ciastku, nie wymagająca sklejenia, dopasowujemy do wymaganej szerokości - tak na oko 7-8 centymetrów - i idąc od zagiętego rogu odcinamy nożem od ciasta na wzór górnej, dolną część, do której zaginaliśmy. W rezultacie otrzymamy około czternasto-centymetrowy pas ciasta, po złożeniu będzie on wyglądał jak dłuuuugie ciastko. Dlatego w połowie (lub w 1/3) przecinamy go, by uzyskać odpowiednią długość, jakiej zapragniemy.
Wycinankę powtarzamy z ciastem do momentu aż otrzymamy gotowe "foremki" na ciastka, wymagające tylko nadziania i sklejenia im boków.
Moczymy palce i smarujemy wodą krótsze, otwarte boki ciastka, po czym szybko je zalepiamy. Woda podziała na ciasto jak klej, więc się w smażeniu nie rozkleją.
Do powstałej kieszonki nakładamy ostrożnie łyżką nadzienie, na tyle, by ciastko było napchane, ale nie na tyle by pękło.
Ponownie moczymy palce i moczymy ostatni pozostały, najdłuższy brzeg od środka zarówno w górnej, jak i dolnej części i zaklejamy.
Na koniec zaciskamy również i bok, który wcześniej był wykrojony jako cały, aby ciastko miało równy rant lepienia na całej powierzchni.
Powtarzamy proces w przypadku wszystkich pozostałych ciastek.
Nagrzewamy w garnku olej do głębokiego smażenia i przyszykowujemy sobie specjalną siateczkę (na przykład taką do frytek). Olej nagrzewamy bardzo mocno. Testujemy gorąc w sposób następujący: jeśli skrawek ciasta zanurzony w oleju natychmiast zacznie nam skwierczeć i bulgotać, olej ma odpowiednią temperaturę.
Ciastka tuż przed wkładaniem do koszyczka i zanurzaniem w oleju, smarujemy dokładnie warstwą białka i skrapiamy wodą z góry i dołu, a potem, bardzo uważając, jednym, szybkim ruchem, zanurzamy w oleju.
Uwaga, będzie wściekle pryskać na wszystkie strony!
Smażymy obustronnie do uzyskania złoto-brązowego koloru i bąbelków na powierzchni. Czyli, jeśli olej będzie naprawdę mocno nagrzany, zajmie to dosłownie parę minut.
Gotowe ciastka wykładamy na papierowy ręcznik, by odsączyć je z oleju. Podajemy jeszcze ciepłe, bo takie smakują najlepiej.
Moja krótka uwaga:
Należy zwrócić uwagę, by nie przywarły nam do koszyczka, czyli dobrze jest merdać ostrożnie koszyczkiem w oleju podczas smażenia, by ciastko było w ruchu.
Można też obyć się bez koszyczka i wrzucać bezpośrednio na głęboki olej. Potem jednak trzeba je ostrożnie wyławiać przy pomocy szczypiec.
Proste? Proste! A jakie smaczne! I ładne! Dobrze zrobione ciastko będzie mieć wszystko to, czego poszukujecie w ciastkach z MacDonalda, plus da wam satysfakcję z tego, że zrobiliście je sami.
Poniżej zaś jeszcze parę fotek nadzienia i skórki z bąbelkami:)
Smacznego:)
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
poniedziałek, 14 grudnia 2015
niedziela, 13 grudnia 2015
Ekstrakt z migdałów
Oto kolejne z ułatwień dla każdego, kto bardzo lubi piec rozmaite słodkości, ale średnio lubi sięgać po sklepowe polepszacze smaku.
Nie zrozumcie mnie źle. Przeciw olejkom smakowym nie mam nic, wręcz przeciwnie, sądząc po składzie na opakowaniach nie posiadają żadnych "smakowitych" E. Nie rozkręcam też burzy, jak w przypadku cukru wanilinowego, który od lat nam wciskają w sklepach. Syntetyczna wanilina wiadomo z czego jest otrzymywana i jak ta wiedza bardzo zochydza odbiór (dlatego większość z nas nie chce wiedzieć co tak naprawdę dosypuje do ciast), a takie olejki pomarańczowe lub migdałowe to tylko mają w składzie produkt, którego zapach posiadają, oraz płynny tłuszcz. Tak przynajmniej to wygląda.
Nie zaglądałam do fabryk, nie mogę więc potwierdzić, czy faktycznie miażdżą owoce lub skórki i mieszają je z olejem w procesie produkcyjnym, by otrzymać olejki. Czy prawdziwe owoce, albo bodaj ich koncentraty lub pulpa wogóle są używane przy produkcji olejków do ciast. Wierzę. Ale można zrobić drugą, najlepszą rzecz, zaraz po pokornym kupowaniu w sklepie olejku, który, jak mamy nadzieję, nie powstał z czegoś paskudnego.
Możemy sami zrobić sobie dany dosmaczacz do ciast. I to naprawdę niewielkim kosztem. Oraz cierpliwością, ponieważ ekstrakcja swój czas musi zająć.
Już wcześniej na łamach Bantofelków zaproponowałam ekstrakt z wanilii. I faktycznie, po miesiącu był już gotowy do użycia, doskonały... od czasu, jak zaczęłam go używać, cukier wanilinowy zniknął z mego domu. Dlatego pomyślałam sobie: czemu by nie spróbować tego samego w przypadku mego drugiego ulubionego składnika smakowo-zapachowego w ciastach, to jest migdałów? Olejek migdałowy się zużywa u mnie bardzo szybko, a więc posiadanie całej buteleczki własnego wyrobu ekstraktu, byłoby coś wspaniałym. Tak oto, przedstawiam wam ekstrakt z migdałów.
Jego wyrób jest bardzo prosty: migdały zalewamy alkoholem i uzbrajamy się w cierpliwość. Jednakże to czekanie zdecydowanie się nam opłaci, gdy nie będziemy musieli kupować co chwilę kolejnej buteleczki z lejkiem migdałowym a sami, po pańsku, sięgniemy po własny wyrób i szczodrze przysmaczymy nim ciasto, dumnie potem odpowiadając na zachwycone szepty "cóż to? cóż to?" - domowy ekstrakt z migdałów, kochana.
A więc, aby chwilę tę przyspieszyć i ciastom naszym zapewnić odpowiednie zachwyty, zakasajmy rękawy i zabierzmy się do roboty.
Składniki:
30 - 40 całych migdałów
1 szklanka wódki (najlepiej wysoko procentowej, ale tak 40% jest całkiem wystarczające)
1 szklany pojemnik z zamknięciem, np. butelka
Wykonanie:
Szklaną butelkę myjemy i przelewamy gorącą wodą.
Migdały sparzamy wrzątkiem i zdejmujemy z nich skórkę. Skórka nadałaby ekstraktowi goryczy, dlatego zdjęta być musi.
Kroimy je wedle zachcianki. Albo na drobno, albo na większe kawałki, ważne, by były pokrojone, zanim wejdą w kontakt z alkoholem.
Wrzucamy kawałeczki migdałów do butelki i zalewamy je alkoholem.
Zatykamy butelkę, starannie mieszamy, potrząsając nią, by na koniec włożyć butelkę w ciemne miejsce w temperaturze pokojowej.
Raz na jakiś czas wydobywamy butelkę i potrząsamy nią, by wzburzyć ekstrakt.
Produkt gotowy otrzymujemy po mniej więcej miesiącu od zrobienia.
Można dosmaczać nim wszelkie wypieki, na jakie mamy ochotę. Zazwyczaj dodaje się po łyżeczce, ale należy pamiętać, że ekstrakt, to nie olejek. Aż tak mocno nie będzie pachniał jak produkt sklepowy, dlatego porównując ilość olejku zalecaną w danym przepisie, z naszym ekstraktem, należy dodać go zawsze nieco więcej.
Uwaga:
Poprzednia informacja o 10-12 sztukach została zmieniona. Z 12 sztuk polskich migdałów ekstrakt nam nie wyjdzie. Dlatego patrząc na swoje doświadczenie, gdy po miesiącu nadal było czuć przede wszystkim alkohol, dodałam dodatkowe 20 sztuk. Załatwia to sprawę, chociaż ekstraktu wyjdzie mniej. Przynajmniej na tę chwilę czuć mniej alkohol, ale swoje muszę wyczekać.
Nie zrozumcie mnie źle. Przeciw olejkom smakowym nie mam nic, wręcz przeciwnie, sądząc po składzie na opakowaniach nie posiadają żadnych "smakowitych" E. Nie rozkręcam też burzy, jak w przypadku cukru wanilinowego, który od lat nam wciskają w sklepach. Syntetyczna wanilina wiadomo z czego jest otrzymywana i jak ta wiedza bardzo zochydza odbiór (dlatego większość z nas nie chce wiedzieć co tak naprawdę dosypuje do ciast), a takie olejki pomarańczowe lub migdałowe to tylko mają w składzie produkt, którego zapach posiadają, oraz płynny tłuszcz. Tak przynajmniej to wygląda.
Nie zaglądałam do fabryk, nie mogę więc potwierdzić, czy faktycznie miażdżą owoce lub skórki i mieszają je z olejem w procesie produkcyjnym, by otrzymać olejki. Czy prawdziwe owoce, albo bodaj ich koncentraty lub pulpa wogóle są używane przy produkcji olejków do ciast. Wierzę. Ale można zrobić drugą, najlepszą rzecz, zaraz po pokornym kupowaniu w sklepie olejku, który, jak mamy nadzieję, nie powstał z czegoś paskudnego.
Możemy sami zrobić sobie dany dosmaczacz do ciast. I to naprawdę niewielkim kosztem. Oraz cierpliwością, ponieważ ekstrakcja swój czas musi zająć.
Już wcześniej na łamach Bantofelków zaproponowałam ekstrakt z wanilii. I faktycznie, po miesiącu był już gotowy do użycia, doskonały... od czasu, jak zaczęłam go używać, cukier wanilinowy zniknął z mego domu. Dlatego pomyślałam sobie: czemu by nie spróbować tego samego w przypadku mego drugiego ulubionego składnika smakowo-zapachowego w ciastach, to jest migdałów? Olejek migdałowy się zużywa u mnie bardzo szybko, a więc posiadanie całej buteleczki własnego wyrobu ekstraktu, byłoby coś wspaniałym. Tak oto, przedstawiam wam ekstrakt z migdałów.
Jego wyrób jest bardzo prosty: migdały zalewamy alkoholem i uzbrajamy się w cierpliwość. Jednakże to czekanie zdecydowanie się nam opłaci, gdy nie będziemy musieli kupować co chwilę kolejnej buteleczki z lejkiem migdałowym a sami, po pańsku, sięgniemy po własny wyrób i szczodrze przysmaczymy nim ciasto, dumnie potem odpowiadając na zachwycone szepty "cóż to? cóż to?" - domowy ekstrakt z migdałów, kochana.
A więc, aby chwilę tę przyspieszyć i ciastom naszym zapewnić odpowiednie zachwyty, zakasajmy rękawy i zabierzmy się do roboty.
Składniki:
30 - 40 całych migdałów
1 szklanka wódki (najlepiej wysoko procentowej, ale tak 40% jest całkiem wystarczające)
1 szklany pojemnik z zamknięciem, np. butelka
Wykonanie:
Szklaną butelkę myjemy i przelewamy gorącą wodą.
Migdały sparzamy wrzątkiem i zdejmujemy z nich skórkę. Skórka nadałaby ekstraktowi goryczy, dlatego zdjęta być musi.
Kroimy je wedle zachcianki. Albo na drobno, albo na większe kawałki, ważne, by były pokrojone, zanim wejdą w kontakt z alkoholem.
Wrzucamy kawałeczki migdałów do butelki i zalewamy je alkoholem.
Zatykamy butelkę, starannie mieszamy, potrząsając nią, by na koniec włożyć butelkę w ciemne miejsce w temperaturze pokojowej.
Raz na jakiś czas wydobywamy butelkę i potrząsamy nią, by wzburzyć ekstrakt.
Produkt gotowy otrzymujemy po mniej więcej miesiącu od zrobienia.
Można dosmaczać nim wszelkie wypieki, na jakie mamy ochotę. Zazwyczaj dodaje się po łyżeczce, ale należy pamiętać, że ekstrakt, to nie olejek. Aż tak mocno nie będzie pachniał jak produkt sklepowy, dlatego porównując ilość olejku zalecaną w danym przepisie, z naszym ekstraktem, należy dodać go zawsze nieco więcej.
Uwaga:
Poprzednia informacja o 10-12 sztukach została zmieniona. Z 12 sztuk polskich migdałów ekstrakt nam nie wyjdzie. Dlatego patrząc na swoje doświadczenie, gdy po miesiącu nadal było czuć przede wszystkim alkohol, dodałam dodatkowe 20 sztuk. Załatwia to sprawę, chociaż ekstraktu wyjdzie mniej. Przynajmniej na tę chwilę czuć mniej alkohol, ale swoje muszę wyczekać.
piątek, 11 grudnia 2015
Tarta cytrynowa z bezą (Lemon Meringue Pie)
Mój mąż kocha bezę. A ja kocham mego męża. Synonimem tej miłości jest robienie mu dobrze... w innym sensie niż teraz wszyscy, uśmiechając się lubieżnie, myślicie:D Znaczy, nie wchodźmy w sfery, które tu w blogu opisywane nie będą. Pomijając je, wiadomo, że szczęśliwy samiec, to samiec nakarmiony dobrym jedzeniem, które kocha i o które prosi swą kochaną żonę.
A więc wracamy do punktu wyjścia. Skoro mój mąż kocha bezę, a ja kocham mego męża, a także bez wątpienia kocham gotować dla mego męża i piec mu ciasta rozmaite, a niezwykłe, w pewnym momencie musiało wypłynąć ciasto z bezą.
Nie jest pierwszym ciastem z bezą na tym blogu bez wątpienia. Już zaproponowałam wam jakiś czas temu znakomitą tartę wiśniową, która zamiast tradycyjnego pokrycia z ciasta, miała bezę. Nie będzie też ostatnim, ponieważ, powiedzmy sobie szczerze, ciasta z bezą są fantastyczne. Bardzo dekoracyjne i naprawdę leciutkie. Ta chmurka z ubitych na sztywno białek robi tu znakomitą robotę i znaczenia naprawdę nie ma, czy spód i nadzienie wydają wam się kamieniem młyńskim dla żołądka. Beza dodaje ciastu skrzydeł. Tak było, jest i będzie, ament.
Drugim powodem dla którego postanowiłam uczynić Lemon Meringue Pie bohaterem dzisiejszej felki jest fakt, że jest ono cytrynowe. A ciasta cytrynowe są naprawdę strzałem w dziesiątkę. Jakbyście szukali, już ich tu kilka jest, w rozmaitej postaci. I cytrynowe ciasto "niemożliwe" i ciastka cytrynowe Sansy(jak malutkie puddingi pieczone na parze) i ciasto cytrynowo-borówkowe (taki keksik owocowy) i fantastyczne Key-Lime Pie (bez Key) i typowe ciastka cukrowe buchające smakiem cytryny. Zimową porą cytryna kusi do jak najczęstszego jej używania, więc folguję swoim chęciom na różne sposoby. Tak zresztą wdzięczny to produkt, tak aromatyczny, że nie wypróbowywać go wszędzie, gdzie się da, byłoby marnotrawstwem.
I wreszcie coś, co nakręciło mnie na samym początku, do zajęcia się cytrynową tartą z bezą. Ciekawość. Już wcześniej słyszałam o tym cieście, ale dopiero pewien serial mnie natchnął, by na poważnie pomyśleć o wzięciu się za nie.
Pamiętacie serial "Terranova"? Przedziwne połączenie sf, post-apokaliptycznej wizji zniszczonej ziemi i Parku Jurajskiego? Nie? W sumie, nie dziwię się, bo jego żywot krótki był. Szkoda. Ciekawe, ile jeszcze dziwnych rzeczy byliby w stanie tam wepchnąć, poza już istniejącą ludzkością uciekającą przez tunel czasowy ze zniszczonej smogiem, przeludnionej Ziemi do czasów, gdy żyły dinozaury, by tam zacząć budować nową przyszłość. W przeszłości. Zupełnie nie ma w tym paradoksu czasowego...
Ale, pomijając ten fakt, serial był zabawny, został skasowany po 1 sezonie i od tego czasu upłynęło pewnie 2-3 lata. Oglądałam go jednak chętnie i tak oto w 4 odcinku pojawiła się scena, w której dziewczyna imieniem Maddy (córka głównych bohaterów) zajada z chłopakiem, któremu wpadła w oko, ciekawie wyglądające ciasto. Poniżej właśnie ta scenka:
Niestety dźwięku nie ma, bo to gif, ale w skrócie ujmując, wymieniają tam nazwę "fake lemon meringue pie". Czemu "fake"? Ano dlatego, że nie wolno było zbierać owoców i robić z nich niczego zjadliwego, póki ich nie przebadano, nawet znajomych cytryn. Czyli ciasto zostało zrobione z syntetycznego... czegoś.
Pomińmy jednak dalsze dywagacje. Nazwa pasowała do wyglądu tego ciasta, na które już dawno temu natrafiłam. Jasny spód, jaskrawo-żółty środek i kopiasta chmurka bezy. Coś pięknego. I na tę scenkę, o ile się nie mylę, wpadł mój mąż i zagapił się na ciasto w serialu z miłością...
Nie pozostało mi więc nic innego, jak je zrobić.
I absolutnie się nie zawiodłam. Beza jest słodka, jak na bezę przystało, krem cytrynowy rozkosznie kwaskowaty, a spód cienki i smakowity. Wszystko razem pasuje do siebie tak perfekcyjnie, jak w tym serialu nie pasowały do siebie poszczególne wątki.
I zupełnie nie zamula.
Poza tym, mając za oknem zimę bez śniegu, jedynie z zimnem, takie ciasto przypomni nam o słonecznym lecie.
Nie pytajcie o źródło przepisu. Znalazłam już nie wiem gdzie i nie mam pojęcia kto jest autorem. Ważne, że wychodzi perfekcyjnie. Lepiej niż zdjęcia (żaden ze mnie fotograf, idiot-kamera była w użyciu, ale widać dość, by wiedzieć, jaki chcemy osiągnąć efekt.)
Cytrynowo, smacznie i z wigorem... zaczynajmy:
Składniki:
Spód:
175 g mąki
100 g zimnego masła w kawałkach
1 łyżka cukru pudru
1 jajko (białko i żółtko osobno)
Krem cytrynowy:
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
100 g cukru
skórka otarta z 2 cytryn
sok z 2-3 cytryn
sok z 1 pomarańczy
85 g masła pokrojonego w kawałki
3 jajka (żółtka i białka osobno)
1 całe jajko
Beza:
4 białka w temperaturze pokojowej (3 z kremu i 1 z ciasta)
200 g cukru
2 płaskie łyżeczki mąki ziemniaczanej
Wykonanie:
Najpierw robimy ciasto.
Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.
Wszystkie składniki: mąkę, masło, cukier puder i żółtko z jajka zagniatamy ręcznie aż utworzy zwartą kulę.
Owijamy je w folię spożywczą i wkładamy do lodówki, by je schłodzić, przez ok. 30 minut.
Formę na tartę z wyjmowalnym dnem smarujemy starannie masłem i posypujemy bułką tartą.
Ciasto wyjmujemy z lodówki po upływie określonego wyżej czasu, rozwałkowujemy i równomiernie wykładamy do formy, wylepiając starannie dno i boki aż do samej góry.
Na ciasto kładziemy płachtę papieru do pieczenia, na niego wysypujemy groch, dla obciążenia go podczas pieczenia.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 15 minut. Następnie usuwamy papier i groch i pieczemy dodatkowe 20-25 minut do momentu, aż ciasto osiągnie złocisto-brązowy kolor, stając się niemal całkowicie upieczone.
Wyciągamy z lodówki, zostawiamy do ostygnięcia.
Następnie przygotowujemy krem cytrynowy.
Do garnuszka wsypujemy mąkę, cukier i skórkę z cytryny. Wlewamy sok cytrynowy. Sok wyciśnięty z pomarańczy uzupełniamy w szklance wodą aż do osiągnięcia ilości 200ml i również wlewamy do składników.
Zagotowujemy wszystko razem mieszając cały czas, aż całość zgęstnieje. Zdejmujemy z ognia jak tylko zacznie wrzeć(pojawią się pierwsze bąbelki uciekające z dna).
Do gorącej mieszaniny dodajemy masło i mieszamy aż się rozpuści.
Dodajemy 3 żółtka jajek i 1 całe jajko, ponownie mieszamy.
Garnuszek z zawartością ponownie stawiamy na średnim ogniu i podgrzewamy, aż powstanie nam masa podobna do budyniu.
Natychmiast zdejmujemy z ognia. Studzimy co nieco i ciepły jeszcze wylewamy na ostudzony spód.
Ciasto z wkładką studzimy całkowicie nim nałożymy na nie bezę.
Przystępujemy do wykonania bezy.
Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno mikserem. Następnie po trochu dodajemy cukier, cały czas miksując.
Na koniec dodajemy mąkę i ponownie ubijamy pianę.
Bezę wykładamy na całkowicie wystudzoną tartę i zimny krem cytrynowy, w taki sposób, by na środku ciasta było jej najwięcej i utworzyła się charakterystyczna górka.
Całość wkładamy do piekarnika i pieczemy dodatkowe 20 minut.
Studzimy przed pokrojeniem i podaniem.
Kilka uwag ode mnie:
Beza powinna wyjść krucha na zewnątrz, a piankowa w środku. Podany czas pieczenia to akurat tyle, by osiągnąć ją właśnie w takim stanie.
Ciasto na spód będzie bardzo trudne do wyłożenia w całości na blachę. Najlepiej po prostu przekładać je w rozwałkowanych kawałkach i wylepiać nimi blaszkę.
Krem wychodzi kwaskowaty. Można dodać do niego nieco więcej cukru, ale to już zależy od indywidualnych smaków każdego.
Smacznego:)
piątek, 4 grudnia 2015
Świąteczne ciasteczka według przepisu "MeMaw" Sheldona Coopera (BBT)
Za dwa dni zaczyna się kocioł z prezentami. Przynajmniej tutaj, w Polsce. Bowiem 6 grudnia obchodzimy Mikołajki - święto na które czekają wszystkie dzieciaki. To taka zapowiedź magicznego czasu przed świętami, gdy zaczyna się powódź prezentów. Przynajmniej dla mojego synka. Najpierw Młodzian ma Mikołajki, potem Aniołek (Gwiazdka albo Gwiazdor, jak się przyjmuje w różnych częściach kraju) przynosi mu coś pod choinkę w Wigilię, a ulewa prezentowa kończy mu się de facto pod koniec stycznia, w urodziny.
Więc generalnie nie ma się co dziwić, że temat "co dostanę od Mikołaja i jak szalone mogą to być pomysły, bo a nóż, dostanę" jest u nas na wokandzie od dobrych 3 tygodni. W tym roku opócz normalnych prezentów, moje dziecię poprosiło i nawet własnoręcznie narysowało dom z basenem i przyległościami, w liście do Mikołaja.
To ja się może dołaczę do jego prośby, gdyby ktoś z góry miał nadwymiarowy przydział szczęścia i chciał się podzielić, na przykład podczas losowania Lotto. Ten dom byłby całkiem miłą niespodzianką:D
Żarty jednak na bok, list został w końcu napisany, przyklejony na okno i Mały zaczął czekać, codziennie sprawdzając, czy zniknął. Wczoraj nawet upiekliśmy specjalnie dla Mikołaja ciasteczka, ozdobiliśmy (ciasteczka i pół kuchni) lukrem i ozdobami i z pietyzmem zanieśliśmy talerzyk ciastek i szkalnkę mleka, by ustawić obok listu na parapecie. Mikołaj przecież już je zbiera, musi być zmęczony i głodny, niechże więc spróbuje, co to dobrego Dominik z mamą przygotowali dla niego.
I zostawi "tłusty" upominek. Taki zamerykanizowany zwyczaj, ale w sumie... bardzo miły:) Dlatego go stosujemy kolejny rok.
A ciastka? Musiały być świąteczne, piękne i smaczne. Innych się przecież jako haracz nie zostawia. No i świeże, robione ze szczerego serca sześciolatka (nic to, że to serce tak pięknie wałkowało ciasto i wycinało ciacha, dekorując potem je z zapałem, napędzane tym, że to fajna zabawa i coś może potem z tego "skapnąć":)).
Mnie z kolei jak zwykle przyświecał inny pomysł. Od roku miałam upatrzone ciastka i bardzo chciałam je wypróbować. Nadarzyła się okazja... i są. MeMaw Sheldona Coopera z Big Bang Theory na pewno by poleciła.
A tak, ponieważ ciasteczka świąteczne, które są bohaterami dzisiejszej felki, są tymi ciastkami, które Sheldon Cooper kocha najbardziej, robionymi przez babcię. To te ciasteczka "smakują jak jej uściski" i zdecydowanie rozgrzały serce zimnego jak ryba naukowca, gdy jego dziewczyna Amy dała mu je w prezencie, własnoręcznie upieczone. Zresztą popatrzcie:
Moment z ciastkami
Jak zwykle zatrzymajmy się w miejscu, gdy ciastka oglądają światło dzienne w filmiku. Skoro już udało mi się dopaść przepis, to swoim zwyczajem odtwarzam jak najdokładniej to, co widzę.
Mamy więc tutaj ciastka świąteczne, o kształcie choineczek, polukrowane bardzo ładnie.
Niewiele nam wiadomo o konsystencji, chociaż troszeczkę widać. Nie rozsypują się gryzione, ani nie wyglądają na ciągnące, jak większość amerykańskich snickerdoodles, z mokrym środkiem i chrupiącą warstwą zewnętrzną. W istocie, świąteczne ciasteczka w Stanach przypominają dosyć to, co my nazywamy ciasteczkami świątecznymi, gdy nie robimy nieśmiertelnych pierniczków. Półkruche, powiedziałabym, ale raczej nie są na drożdżach. Nie za twarde, tak, że ugryzienie nie jest siłowe. W końcu Sheldon nadgryzł swoje ciastko całkiem miękko.
Nie mają też nadzienia, ani kawałków czekolady w środku.
Przypuszczam też, że w przypadku Sheldona - zbiorowiska rozmaitych fobii i dziwacznych przyzwyczajeń - nie mogłyby być zbyt napakowane przyprawami korzennymi. Zresztą teksańczycy, o ile się zdołałam zorientować, lubią swoją kuchnię prostą, nie wymodzoną, a wypieki słodkie.
Czyli przepis, który podobno jest właśnie na te ciasteczka, udostępniony przez Fox'a rok temu - pasuje jak ulał. Jak zwykle nieco go zmodyfikowałam, dodając własne uwagi i uzupełnienia, ale generalnie trzymałam się go.
Nie ma więc co dalej kombinować. Jest przepis, jest potrzeba, są chęci i składniki - całkiem, zresztą, zwyczajne - bierzmy się za pieczenie, bo Mikołaj tuż, tuż, poganiany Świętami.
Składniki:
1 i 1/2 szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru
1 jajko
1 łyżeczka olejku migdałowego lub ekstraktu z migdałów (przepis wkrótce na Bantofelkach w dziale DIY)
3 i 1/2 szklanki mąki
lukier do ozdoby, ozdoby wszelakie cukrowe, mazaki cukrowe do pisania po ciastkach, co wam się zamarzy
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 190 stopni Celsjusza.
Masło kroimy na wiórki i wrzucamy do miski od miksera. Ubijamy na puszysto.
Dodajemy cukier, jajko i olejek migdałowy, ponownie starannie miksujemy.
Do masy dosypujemy po jednej szklance mąki. Każdą starannie wmiksowujemy w masę, zanim dosypiemy kolejną. W tym momencie ciasto może nam się zacząć robić sypkie. Ponieważ będziemy je jeszcze zagniatać, musi się połączyć. W tym celu do ciasta dolewamy po łyżce mleka. Wmiksowujemy i czekamy na efekty. Po 2 lub 3 łyżkach ciasto ładnie nam się zacznie łączyć w misce miksera.
Przekładamy je na stolnicę nieco posypaną mąką i zagniatamy szybko, kilkakrotnie, tworząc zwartą kulę.
Przecinamy ciasto na pół. Jedną część dajemy do lodówki w folii aluminiowej, drugą rozwałkowujemy na stolnicy za pomocą wałka, na grubość tak około 1/2 centymetra. Może być nieco więcej, ale generalnie ciastko grubsze niż 1 cm może nam się nie upiec. Pół centymetra to taka fajna, optymalna wielkość.
Za pomocą foremek wykrawamy ciasteczka o świątecznych kształtach. Ścinki zbieramy razem, zbijamy w kulę, gnieciemy w rękach i powtarzamy proces do momentu aż ciasto nam się skończy i zostaną tylko wykrojone ciastka. To samo robimy z pozostałym ciastem schowanym wcześniej w lodówce.
Surowe ciastka przekładamy na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i dekorujemy. Tak, przed pieczeniem. Szczególnie, jeśli używamy pisaków cukrowych i rozmaitych cukrowych posypek. Nic się im nie stanie podczas pieczenia, trzeba tylko pamiętać, by za dużo tego lukru na ciastka nie dać, by nie spłynął.
Ciastka, na blaszce, udekorowane wedle naszej chęci, wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 11-15 minut (zależnie od piekarnika) aż stwardnieją. Mogą też leciutko wyzłocić się na brzegach, ale wtedy to jest ostatnia chwila, by je zdjąć. Mają tendencję do szybkiego przypalania się na spodzie.
Ciasteczka wyjmujemy z piekarnika, chwilę pozostawiamy na blasze, by wystygły. Po paru minutach przekładamy je na czystą ściereczkę, każde osobno i pozwalamy in wystygnąć zupełnie.
Nie kładziemy jedno na drugie póki całkiem nie ostygną! Lukier może przywrzeć do spodu poprzednika i zniszczy całą ciężką pracę z dekorowaniem.
Możemy spożywać ciepłe, chociaż zimne, następnego dnia, są smaczniejsze.
Alternatywny sposób dekorowania też wchodzi w grę.
Jeżeli mamy pragnienie zrobić im domowy, smakowy lukier, powstrzymujemy się przed dekorowaniem, zanim ciastka się upieką. Dopiero na zimne, upieczone rozsmarowujemy lukrową mieszaninę (standardowe 10 łyżek cukru pudru i tyle gorącej wody by lukier był gęsty, plus sok z cytryny - na cytrynowy, łyżeczka lub dwie konfitury - na czerwony, z dodatkiem zielonego barwnika spożywczego - na zielony, itp.). Zaraz na ten ciepły lukier narzucamy ozdoby cukrowe i pozwalamy lukrowi stwardnieć, zanim zabierzemy się do jedzenia, czy składania ich na jedną stertę.
Smacznego i stosu prezentów od zachwyconego Mikołaja:)
Więc generalnie nie ma się co dziwić, że temat "co dostanę od Mikołaja i jak szalone mogą to być pomysły, bo a nóż, dostanę" jest u nas na wokandzie od dobrych 3 tygodni. W tym roku opócz normalnych prezentów, moje dziecię poprosiło i nawet własnoręcznie narysowało dom z basenem i przyległościami, w liście do Mikołaja.
To ja się może dołaczę do jego prośby, gdyby ktoś z góry miał nadwymiarowy przydział szczęścia i chciał się podzielić, na przykład podczas losowania Lotto. Ten dom byłby całkiem miłą niespodzianką:D
Żarty jednak na bok, list został w końcu napisany, przyklejony na okno i Mały zaczął czekać, codziennie sprawdzając, czy zniknął. Wczoraj nawet upiekliśmy specjalnie dla Mikołaja ciasteczka, ozdobiliśmy (ciasteczka i pół kuchni) lukrem i ozdobami i z pietyzmem zanieśliśmy talerzyk ciastek i szkalnkę mleka, by ustawić obok listu na parapecie. Mikołaj przecież już je zbiera, musi być zmęczony i głodny, niechże więc spróbuje, co to dobrego Dominik z mamą przygotowali dla niego.
I zostawi "tłusty" upominek. Taki zamerykanizowany zwyczaj, ale w sumie... bardzo miły:) Dlatego go stosujemy kolejny rok.
A ciastka? Musiały być świąteczne, piękne i smaczne. Innych się przecież jako haracz nie zostawia. No i świeże, robione ze szczerego serca sześciolatka (nic to, że to serce tak pięknie wałkowało ciasto i wycinało ciacha, dekorując potem je z zapałem, napędzane tym, że to fajna zabawa i coś może potem z tego "skapnąć":)).
Mnie z kolei jak zwykle przyświecał inny pomysł. Od roku miałam upatrzone ciastka i bardzo chciałam je wypróbować. Nadarzyła się okazja... i są. MeMaw Sheldona Coopera z Big Bang Theory na pewno by poleciła.
A tak, ponieważ ciasteczka świąteczne, które są bohaterami dzisiejszej felki, są tymi ciastkami, które Sheldon Cooper kocha najbardziej, robionymi przez babcię. To te ciasteczka "smakują jak jej uściski" i zdecydowanie rozgrzały serce zimnego jak ryba naukowca, gdy jego dziewczyna Amy dała mu je w prezencie, własnoręcznie upieczone. Zresztą popatrzcie:
Moment z ciastkami
Jak zwykle zatrzymajmy się w miejscu, gdy ciastka oglądają światło dzienne w filmiku. Skoro już udało mi się dopaść przepis, to swoim zwyczajem odtwarzam jak najdokładniej to, co widzę.
Mamy więc tutaj ciastka świąteczne, o kształcie choineczek, polukrowane bardzo ładnie.
Niewiele nam wiadomo o konsystencji, chociaż troszeczkę widać. Nie rozsypują się gryzione, ani nie wyglądają na ciągnące, jak większość amerykańskich snickerdoodles, z mokrym środkiem i chrupiącą warstwą zewnętrzną. W istocie, świąteczne ciasteczka w Stanach przypominają dosyć to, co my nazywamy ciasteczkami świątecznymi, gdy nie robimy nieśmiertelnych pierniczków. Półkruche, powiedziałabym, ale raczej nie są na drożdżach. Nie za twarde, tak, że ugryzienie nie jest siłowe. W końcu Sheldon nadgryzł swoje ciastko całkiem miękko.
Nie mają też nadzienia, ani kawałków czekolady w środku.
Przypuszczam też, że w przypadku Sheldona - zbiorowiska rozmaitych fobii i dziwacznych przyzwyczajeń - nie mogłyby być zbyt napakowane przyprawami korzennymi. Zresztą teksańczycy, o ile się zdołałam zorientować, lubią swoją kuchnię prostą, nie wymodzoną, a wypieki słodkie.
Czyli przepis, który podobno jest właśnie na te ciasteczka, udostępniony przez Fox'a rok temu - pasuje jak ulał. Jak zwykle nieco go zmodyfikowałam, dodając własne uwagi i uzupełnienia, ale generalnie trzymałam się go.
Nie ma więc co dalej kombinować. Jest przepis, jest potrzeba, są chęci i składniki - całkiem, zresztą, zwyczajne - bierzmy się za pieczenie, bo Mikołaj tuż, tuż, poganiany Świętami.
Składniki:
1 i 1/2 szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru
1 jajko
1 łyżeczka olejku migdałowego lub ekstraktu z migdałów (przepis wkrótce na Bantofelkach w dziale DIY)
3 i 1/2 szklanki mąki
lukier do ozdoby, ozdoby wszelakie cukrowe, mazaki cukrowe do pisania po ciastkach, co wam się zamarzy
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 190 stopni Celsjusza.
Masło kroimy na wiórki i wrzucamy do miski od miksera. Ubijamy na puszysto.
Dodajemy cukier, jajko i olejek migdałowy, ponownie starannie miksujemy.
Do masy dosypujemy po jednej szklance mąki. Każdą starannie wmiksowujemy w masę, zanim dosypiemy kolejną. W tym momencie ciasto może nam się zacząć robić sypkie. Ponieważ będziemy je jeszcze zagniatać, musi się połączyć. W tym celu do ciasta dolewamy po łyżce mleka. Wmiksowujemy i czekamy na efekty. Po 2 lub 3 łyżkach ciasto ładnie nam się zacznie łączyć w misce miksera.
Przekładamy je na stolnicę nieco posypaną mąką i zagniatamy szybko, kilkakrotnie, tworząc zwartą kulę.
Przecinamy ciasto na pół. Jedną część dajemy do lodówki w folii aluminiowej, drugą rozwałkowujemy na stolnicy za pomocą wałka, na grubość tak około 1/2 centymetra. Może być nieco więcej, ale generalnie ciastko grubsze niż 1 cm może nam się nie upiec. Pół centymetra to taka fajna, optymalna wielkość.
Za pomocą foremek wykrawamy ciasteczka o świątecznych kształtach. Ścinki zbieramy razem, zbijamy w kulę, gnieciemy w rękach i powtarzamy proces do momentu aż ciasto nam się skończy i zostaną tylko wykrojone ciastka. To samo robimy z pozostałym ciastem schowanym wcześniej w lodówce.
Surowe ciastka przekładamy na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i dekorujemy. Tak, przed pieczeniem. Szczególnie, jeśli używamy pisaków cukrowych i rozmaitych cukrowych posypek. Nic się im nie stanie podczas pieczenia, trzeba tylko pamiętać, by za dużo tego lukru na ciastka nie dać, by nie spłynął.
Ciastka, na blaszce, udekorowane wedle naszej chęci, wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 11-15 minut (zależnie od piekarnika) aż stwardnieją. Mogą też leciutko wyzłocić się na brzegach, ale wtedy to jest ostatnia chwila, by je zdjąć. Mają tendencję do szybkiego przypalania się na spodzie.
Ciasteczka wyjmujemy z piekarnika, chwilę pozostawiamy na blasze, by wystygły. Po paru minutach przekładamy je na czystą ściereczkę, każde osobno i pozwalamy in wystygnąć zupełnie.
Nie kładziemy jedno na drugie póki całkiem nie ostygną! Lukier może przywrzeć do spodu poprzednika i zniszczy całą ciężką pracę z dekorowaniem.
Możemy spożywać ciepłe, chociaż zimne, następnego dnia, są smaczniejsze.
Alternatywny sposób dekorowania też wchodzi w grę.
Jeżeli mamy pragnienie zrobić im domowy, smakowy lukier, powstrzymujemy się przed dekorowaniem, zanim ciastka się upieką. Dopiero na zimne, upieczone rozsmarowujemy lukrową mieszaninę (standardowe 10 łyżek cukru pudru i tyle gorącej wody by lukier był gęsty, plus sok z cytryny - na cytrynowy, łyżeczka lub dwie konfitury - na czerwony, z dodatkiem zielonego barwnika spożywczego - na zielony, itp.). Zaraz na ten ciepły lukier narzucamy ozdoby cukrowe i pozwalamy lukrowi stwardnieć, zanim zabierzemy się do jedzenia, czy składania ich na jedną stertę.
Smacznego i stosu prezentów od zachwyconego Mikołaja:)
środa, 2 grudnia 2015
Mleczny ryż z rodzynkami i sosem waniliowym
Niezależna Produkcja Żarełkowa
"Ban-to-felki"
przedstawia obraz z cyklu:
"Idą Święta! Pomocy!"
Odc.1
"Nie mam czasu, zaraz trafi mnie szlag, rodzina zje pizzę na obiad!"
Miejsce akcji:
CAŁKIEM ZWYCZAJNE DOMOSTWO
Bohaterowie:
PAN DOMUPANI DOMU
MŁODZIAN
Scena 1: Panika!
Czas: OKOLICE ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA
PANI:
"- Nie mam czasu na nic. Wigilia i Święta w porządku obrad! [kursuje z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki do pokoju i z powrotem do kuchni, wykrzykując w biegu do rodziny, zaskoczonej włączonym trybem "błyskawica". Trzaski i pomniejsze trzęsienia ziemi dochodzą z miejsc, w które wpadła, lub które opuściła.] - Weź Młodziana na spacer i przy okazji zróbcie zakupy. Potem pójdziecie wytrzepać dywany. Potem pójdziecie znowu po zakupy. Potem do centrum handlowego. Kupiliśmy choinkę? Gdzie jest choinka? Czemu światełka nie działają?! Działały rok temu! Pójdziemy jeszcze po żarówki albo nowy komplet! Wielcy Bogowie, gdzie jest moja keksówka! Czemu w niej jest ziemia! Kto zjadł ostatnie jajka! Obiad? Jaki obiad?! Chyba sam ugotujesz, bo ja nie mam kiedy. Sprzątanie, mycie okien, gotowanie, zakupy, zresztą nie mogę cię tu wpuścić z gotowaniem, bo ja tu gotuję. Zamów pizzę! Gdzie jest mąka? Czemu..."
Pomińmy może kontynuację tego odcinka, ponieważ każdy wie, co się dzieje z paniami domu przed Świętami. Wszystkie solidarnie dostajemy kota, wychodząc z siebie, by przygotować wszystko na Boże Narodzenie i to w najwyższym możliwym standardzie. Nie ma miejsca na drobne i większe wpadki, ale i tak się zdarzą, nie ma się co oszukiwać.
A tu dodatkowo w tym całym kotle musimy jeszcze pamiętać, że rodziny nie nakarmimy dopiero w Święta i trzeba im wyszykować jedzenie trzy razy dziennie w normalnych porach. I żołądki nie są zainteresowane tym, że krucho z czasem, a szybką przekąską się nie zadowolą. Problem w tym, że najwyraźniej doba się skurczyła, a roboty zwaliło się więcej, niż przypuszczaliśmy. I jak w tym wszystkim zrobić tak, by zjedli obiad, jeśli już gotujemy pięć innych rzeczy, więc na takie przykładowe skrobanie ziemniaków i smażenie schabowego zwyczajnie nie starczy nam kończyn?
Nie skrobać ziemniaków i nie piec schabowego!
Zrobić coś, co robi się praktycznie samo.
I tu wkraczam z kolejnym z moich pomocnych obiad-hacków, specjalnie przydatnych w takich sytuacjach.
Proponowany przeze mnie szybki posiłek wymagał będzie od nas pilnowania jedynie w pierwszych 5-10 minutach od rozpoczęcia akcji. Potem dojdzie sam. My będziemy tylko doprawiać i w ostatnim pociągnięciu pędzla (łyżki, w tym wypadku) przypilnujemy sosu. TO zdecydowanie nie przerwie nam, ani nie zakłóci obłędnego wiru gotowania rzeczy bardziej wymagających i sprzątania. Przy tym danie nie wymaga w porze świątecznej szukania składników po sklepach - wszystko będziemy mieć w lodówce pod ręką od zaraz. Co do czasu - 40 minut tak na oko i możecie jeść.
A ponad to rodzina zje coś ciepłego, co im zapełni żołądki i nawet marudne przy stole dzieciaki taki obiad pokochają. Wiem co mówię. Ryż z rodzynkami i sosem waniliowym to moje ulubione danie z dzieciństwa, a byłam niegdyś niejadkiem.
No i nie jest pizzą, a czymś, co wyszło z własnej, zajętej jak diabli, ale własnej ręki i znanych składników. Jedyne E, jakie usłyszycie w związku z nim to "Eeee... tylko tyle? Dolej sosu, mama/żona!"
Nie pozostaje mi nic innego, jak przejść do przepisu.
Przecież nie mamy czasu!
Przepis autorstwa pań Aliny i Pauliny Fedak, z których książką kucharską stawiałam pierwsze kroki w jakże fascynującej sztuce gotowania.
Składniki:
Mleczny ryż:
1 szklanka ryżu
1 szklanka wody
1 i 1/4 szklanki mleka
1 łyżka masła
2 łyżki cukru
2 garście rodzynek (można więcej)
Sos waniliowy:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki ziemiaczanej
1 żółtko
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (ew. 1 cukier z prawdziwą wanilią - od cukru wanilinowego niech was strzegą wszelkie większe i pomniejsze bóstwa)
Wykonanie:
Przyszykowujemy sobie dwa garnczki. Mniejszy, na ryż i większy, w którym umieścimy mniejszy z ryżem, na dogotowanie się.
Szklankę wody i łyżkę masła umieszczamy razem w małym garnczku. Zagotowujemy.
Do wody wsypujemy umyty ryż i przeganiając go łyżką raz na jakiś czas, by nie przywarł, pozwalamy mu wchłonąć całą wodę.
W międzyczasie nalewamy gorącej wody z czajnika (tak jest szybciej) do większego garnka i zagotowujemy do wrzenia.
Gdy ryż wchłonie całą wodę w mniejszym garnczku, wlewamy do niego mleko. Mieszamy i krótko podgotowujemy. Tak do 5 minut.
Po tym czasie mniejszy garnczek z ryżem i mlekiem wstawiamy do większego garnczka z wodą wrzącą, pod którym zmniejszamy gaz (nie, że nam się ryż przypali, ale wrzątek może chlapać na wszystkie strony). Mniejszy garnczek przykrywamy pokrywką.
W tym momencie możemy się przestać nimi interesować. Ryż się gotował będzie sam. Należy tylko co 10 minut zerkać do niego, przegonić łyżką, by sprawdzić, jak wsiąka nam mleko i raz na jakiś czas popróbować, czy zmiękł.
Po pierwszych 10 minutach powinien być już taki na wpół miękki, a mleka o połowę lub 2/3 mniej. Wówczas dorzucamy do ryżu 2 łyżki cukru i sparzone gorącą wodą rodzynki. Mieszamy wszystko razem i zostawiamy ponownie w kąpieli wodnej, aż ryż zmięknie całkiem, rodzynki napęcznieją, a mleko zniknie.
W czasie gdy ryż będzie dochodził, robimy ekspresowy sos waniliowy.
Do szklanki wbijamy żółtko, wsypujemy cukier i wanilię w takiej postaci, w jakiej sobie życzymy (czy to jako ekstrakt, czy jako cukier z wanilią). Mieszamy tak, jakbyśmy szykowali kogel mogel, tyle, że nie do białości, a po prostu dokładnie. Odstawiamy.
W niewielkim garnuszku umieszczamy szklankę mleka wraz z łyżeczką mąki ziemniaczanej i stawiamy na średni ogień. Mieszamy cały czas, pilnując by mąka nie przywarła do dna, do momentu aż mleko zacznie nam wyraźnie gęstnieć.
W tym momencie raz jeszcze pomerdajmy w rozkręconym żółtku, wlejmy mu dodatkowo łyżkę gorącego mleka z garnuszka, by je zahartować i następnie mieszankę jajkową ze szklanki wlewamy powoli do mleka z mąką ziemniaczaną, stale i porządnie mieszając.
To, co nam wyjdzie to nie mniej, ni więcej, a domowy budyń, tyle że w lżejszej postaci sosu. Gdy dodamy już całe żółtko, cały czas mieszając trzymamy jeszcze chwilę sos na ogniu, by składniki połączyły się ze sobą dokładnie, a sos delikatnego, jasno żółtego koloru zaczął wypuszczać pierwsze, pachnące bulki, świadczące o zagotowywaniu się. Wówczas ściągamy go z ognia i odstawiamy na bok.
W tym czasie ryż powinien nam już dochodzić. Jeżeli potrzebuje jeszcze chwili, nic się nie dzieje. Sos zawsze można podgrzać. Byle nie przypalić.
Gdy wszystko mamy już gotowe nabieramy mlecznego ryżu z rodzynkami, układamy fantazyjnie na talerzu (na przykład za pomocą dwóch łyżek formując obłe kulki - przekładamy z jednej do drugiej aż kształt się ustali - czyniąc tak jak ja - koniczynkę), i na koniec polewamy go sosem.
Można też po prostu nałożyć ryżu do miski, zalać go sosem i podać tak. Rodzina i tak będzie zachwycona.
Tyle. Krótko i na temat.
A podczas gdy oni będą mlaskać obiad w jadalni (a ty w biegu w kuchni, prosto z garnka:P), sprawiedliwie dzieląc się sosem, możemy działać nadal nad tym, by tegoroczne Święta były magiczne.
PS: Ryż taki można podać również jako podwieczorek. Lub do sosu dodać owoców i zrobić z niego deser.
Albo z samego sosu, wystudzonego, którym polaliśmy zamrożone owoce wrzucone do miseczki, zrobić fantastyczny, domowy budyń. Jeśli tylko zostawią wam miseczki w spokoju na kilka godzin, by wystygł i bardziej stężał. Można i dodać tam, podczas stygnięcia, kawałki czekolady, to się przepięknie rozpuści.
Smacznego:)
poniedziałek, 30 listopada 2015
Marcepan
Idą Święta. Czuje się to już w powietrzu, nie oglądając nawet sklepów, od połowy listopada straszących mikołajami, aniołkami i ozdobami świątecznymi. Coś jest wokół nas, wszędzie dookoła. Czuje się pewno oczekiwanie, prawie węszy zapach uszek i barszczu wigilijnego w powietrzu, smażonego na maśle karpia, który nadal, mimo polepszenia się stanu portfeli polaków, mogących sobie pozwolić na łososia na stole, kupują karpia i oglądają te zimne, mułem woniejące ryby niemal z rozrzewnieniem w oku. Tradycja jest tradycją. I w sumie ich rozumiem. Ja też bym sobie nie potrafiła wyobrazić Wigilii bez karpia. Jakoś... tak.
Są tradycje z którymi się nie zrywa, ale są też takie, rozkosze dla języka i ducha, po które można sięgnąć w tym specjalnym czasie, tylko dlatego, że można. I że ma się chęci sprawić sobie i innym nieco radości.
Marcepan nie należy do tradycyjnych przysmaków polskich i nikt go nie położy na stole wigilijnym w towarzystwie barszczu i karpia. Ale konia z rzędem temu, kto go nie podjada w rozmaitej postaci w święta, czy to jako kulki w czekoladzie, czy jako dodatek do ciast albo chlebek marcepanowy. Ta niesamowicie dobra mieszanka migdałów i słodyczy, dosyć błędnie uważanych przez większość ludzi za miód, jest jednak droga. Skąpią nam jej sklepy i to bardzo, żądając za malutkie chlebki marcepanowe, wagi może 10-20 deko kosmicznych pieniędzy. No wiadomo, migdały. Ale gdy przeciętna gosposia nosi się z zamiarem zrobienia masy marcepanowej na tort, to widząc tę cenę - zrezygnuje prędzej z westchnieniem z przysmaku, niż wyda aż tyle. Jednakże gorycz pozostanie, mimo, że i pieniądze w portfelu też.
A gdybym wam powiedziała, że możecie mieć pół kilogramowy kawał marcepanu za cenę 20 dekowej paczuszki migdałów i jedyne, czego od nas to wymaga, to poświęcenie nieco czasu w kuchni? Niemożliwe? Ależ wręcz przeciwnie!
Minął prawie rok, odkąd sama, przeklinając ceny w sklepach, sięgnęłam do internetu w poszukiwaniu innej możliwości i natrafiłam na blog Doroty. Wielu znane doskonale "Moje Wypieki". A tam... marcepan - cud! Ogromny kawał, który starczy na potrzeby ówcześnie planowanego ciasta świątecznego z Danii, ale i dla moich chłopaków, którzy marcepan kochają. I wszystko, czego potrzeba, to najpierw zrobić sobie Golden Syrup, a potem poświęcić odrobinę czasu?
Nic więc dziwnego, że machnęłam ręką na sklepy i ich marcepanowe bobki po kosmicznych cenach i zakasałam rękawy.
Golden Syrup już znajduje się na tym blogu. Wyszedł i nadal zużywam wówczas zrobioną ilość do wielu smacznych rzeczy. Rok się trzyma już, dacie wiarę?
A zaraz potem zrobiłam marcepan. I on nie wytrzymał. Wyszedł doskonały, a potem wyparował jak kamfora w żołądkach moich chłopaków. To chyba samo świadczy o tym, że lepszy już być nie mógł:)
Podam więc wam przepis na domowy marcepan - 1/2 kilogramową kłodę dobrości za śmieszną cenę paczuszki migdałów, tak, jak ja go robiłam, czyli według przepisu z Moich Wypieków, opatrując go jedynie własnymi komentarzami i tylko odrobinkę odjeżdżając od oryginału. Te być może uznacie za pomocne. Marcepan ten został przygotowywany BEZ użycia termometru cukierniczego.
Zanurzmy się więc aż po końce uszu w aromacie zwiastującym nadchodzące Boże Narodzenie... nie, nie smażonego, rybiego zewłoka, a słodyczy.
Pierwszy z ciągu przepisów ozdobionych bańkami, jemiołą i kokardką, jak przystało na prezent świąteczny, czas zapodać.
"Jingle Bells, Batman smells, Robin laied an egg...:D"
Składniki:
20 dkg paczka drobno mielonych migdałów (jeśli w paczce natrafimy - prawdopodobnie tak, na dnie - na większe kawałki, musicie je niestety zmielić drobniej. Inaczej marcepan nie zechce wam wyjść jak trzeba. Można za pomocą maszynki do maku, albo zatrudnić męża, niech tłucze drewnianym młotkiem do mięsa w co większe grudy przez folię. Oba sposoby działają:D Migdały muszą być praktycznie jak mąka.)
20 dkg cukru pudru
1 szklanka cukru
1/2 szklanki wody
2 łyżki Golden Syrupu
1 łyżeczka aromatu migdałowego
Wykonanie:
Przygotowujemy sobie szklankę z zimną wodą i kostkami lodu. Trzymamy w lodówce, do momentu aż będzie potrzebna.
W niewielkim garnuszku o grubym dnie umieszczamy cukier zwykły, wodę i Golden Syrup. Mieszamy wszystko razem, następnie stawiamy na ogień.
Mieszaninę gotujemy, aż cukier się rozpuści (ogień warto, by był pod kontrolą). Potem trzymamy ją na ogniu jeszcze trochę, co jakiś czas obwąchując, czy aby się nic nie przypala.
Po 5-10 minutach (zależnie od ognia, na jakim trzymamy miksturę) wyciągamy szklankę z lodówki, łyżeczką nabieramy kroplę mikstury z garnuszka i wpuszczamy do wody, robiąc tzw. "soft ball test". Czyli zaraz po tej kropli pakujemy do środka szklanki palce i próbujemy tę kroplę ugnieść. Jeśli jest plastyczna jak plastelina i zachowała kształt po ugnieceniu - masa cukrowa jest gotowa.
Jeśli nie, gotujemy kolejne 5 minut i po tym czasie test powtarzamy aż do skutku.
Masa cukrowa jest gotowa. Zdejmujemy ją z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.
Drobniutko zmielone migdały wsypujemy do miski. Dodajemy cukier puder. Do nich dolewamy zawartość garnuszka i miksujemy wszystko razem mikserem. Jeśli po jakimś czasie wszystko zacznie się ładnie zbrylać - jesteśmy na dobrej drodze do otrzymania marcepanu. Jeśli jednak masa jest za sucha, dolewamy odrobinę wody - po łyżce, sprawdzając konsystencję. W drugą stronę - jeśli masa wychodzi za mokra - działamy cukrem pudrem.
Otrzymawszy porządną kulę, formujemy marcepan na przykład w kłodę, lub kulkę (zależnie do czego zechcemy jej używać) - jeśli zbytnio się lepi do palców, można podsypać stolnicę cukrem pudrem i na nim formować - zawijamy w folię i wkładamy marcepan do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Najlepiej na noc.
Po tym czasie używamy go do czego dusza zapragnie.
Przechowujemy w lodówce.
Z podanych składników wychodzi około 1/2 kilograma marcepanu.
Są tradycje z którymi się nie zrywa, ale są też takie, rozkosze dla języka i ducha, po które można sięgnąć w tym specjalnym czasie, tylko dlatego, że można. I że ma się chęci sprawić sobie i innym nieco radości.
Marcepan nie należy do tradycyjnych przysmaków polskich i nikt go nie położy na stole wigilijnym w towarzystwie barszczu i karpia. Ale konia z rzędem temu, kto go nie podjada w rozmaitej postaci w święta, czy to jako kulki w czekoladzie, czy jako dodatek do ciast albo chlebek marcepanowy. Ta niesamowicie dobra mieszanka migdałów i słodyczy, dosyć błędnie uważanych przez większość ludzi za miód, jest jednak droga. Skąpią nam jej sklepy i to bardzo, żądając za malutkie chlebki marcepanowe, wagi może 10-20 deko kosmicznych pieniędzy. No wiadomo, migdały. Ale gdy przeciętna gosposia nosi się z zamiarem zrobienia masy marcepanowej na tort, to widząc tę cenę - zrezygnuje prędzej z westchnieniem z przysmaku, niż wyda aż tyle. Jednakże gorycz pozostanie, mimo, że i pieniądze w portfelu też.
A gdybym wam powiedziała, że możecie mieć pół kilogramowy kawał marcepanu za cenę 20 dekowej paczuszki migdałów i jedyne, czego od nas to wymaga, to poświęcenie nieco czasu w kuchni? Niemożliwe? Ależ wręcz przeciwnie!
Minął prawie rok, odkąd sama, przeklinając ceny w sklepach, sięgnęłam do internetu w poszukiwaniu innej możliwości i natrafiłam na blog Doroty. Wielu znane doskonale "Moje Wypieki". A tam... marcepan - cud! Ogromny kawał, który starczy na potrzeby ówcześnie planowanego ciasta świątecznego z Danii, ale i dla moich chłopaków, którzy marcepan kochają. I wszystko, czego potrzeba, to najpierw zrobić sobie Golden Syrup, a potem poświęcić odrobinę czasu?
Nic więc dziwnego, że machnęłam ręką na sklepy i ich marcepanowe bobki po kosmicznych cenach i zakasałam rękawy.
Golden Syrup już znajduje się na tym blogu. Wyszedł i nadal zużywam wówczas zrobioną ilość do wielu smacznych rzeczy. Rok się trzyma już, dacie wiarę?
A zaraz potem zrobiłam marcepan. I on nie wytrzymał. Wyszedł doskonały, a potem wyparował jak kamfora w żołądkach moich chłopaków. To chyba samo świadczy o tym, że lepszy już być nie mógł:)
Podam więc wam przepis na domowy marcepan - 1/2 kilogramową kłodę dobrości za śmieszną cenę paczuszki migdałów, tak, jak ja go robiłam, czyli według przepisu z Moich Wypieków, opatrując go jedynie własnymi komentarzami i tylko odrobinkę odjeżdżając od oryginału. Te być może uznacie za pomocne. Marcepan ten został przygotowywany BEZ użycia termometru cukierniczego.
Zanurzmy się więc aż po końce uszu w aromacie zwiastującym nadchodzące Boże Narodzenie... nie, nie smażonego, rybiego zewłoka, a słodyczy.
Pierwszy z ciągu przepisów ozdobionych bańkami, jemiołą i kokardką, jak przystało na prezent świąteczny, czas zapodać.
"Jingle Bells, Batman smells, Robin laied an egg...:D"
Składniki:
20 dkg paczka drobno mielonych migdałów (jeśli w paczce natrafimy - prawdopodobnie tak, na dnie - na większe kawałki, musicie je niestety zmielić drobniej. Inaczej marcepan nie zechce wam wyjść jak trzeba. Można za pomocą maszynki do maku, albo zatrudnić męża, niech tłucze drewnianym młotkiem do mięsa w co większe grudy przez folię. Oba sposoby działają:D Migdały muszą być praktycznie jak mąka.)
20 dkg cukru pudru
1 szklanka cukru
1/2 szklanki wody
2 łyżki Golden Syrupu
1 łyżeczka aromatu migdałowego
Wykonanie:
Przygotowujemy sobie szklankę z zimną wodą i kostkami lodu. Trzymamy w lodówce, do momentu aż będzie potrzebna.
W niewielkim garnuszku o grubym dnie umieszczamy cukier zwykły, wodę i Golden Syrup. Mieszamy wszystko razem, następnie stawiamy na ogień.
Mieszaninę gotujemy, aż cukier się rozpuści (ogień warto, by był pod kontrolą). Potem trzymamy ją na ogniu jeszcze trochę, co jakiś czas obwąchując, czy aby się nic nie przypala.
Po 5-10 minutach (zależnie od ognia, na jakim trzymamy miksturę) wyciągamy szklankę z lodówki, łyżeczką nabieramy kroplę mikstury z garnuszka i wpuszczamy do wody, robiąc tzw. "soft ball test". Czyli zaraz po tej kropli pakujemy do środka szklanki palce i próbujemy tę kroplę ugnieść. Jeśli jest plastyczna jak plastelina i zachowała kształt po ugnieceniu - masa cukrowa jest gotowa.
Jeśli nie, gotujemy kolejne 5 minut i po tym czasie test powtarzamy aż do skutku.
Masa cukrowa jest gotowa. Zdejmujemy ją z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.
Drobniutko zmielone migdały wsypujemy do miski. Dodajemy cukier puder. Do nich dolewamy zawartość garnuszka i miksujemy wszystko razem mikserem. Jeśli po jakimś czasie wszystko zacznie się ładnie zbrylać - jesteśmy na dobrej drodze do otrzymania marcepanu. Jeśli jednak masa jest za sucha, dolewamy odrobinę wody - po łyżce, sprawdzając konsystencję. W drugą stronę - jeśli masa wychodzi za mokra - działamy cukrem pudrem.
Otrzymawszy porządną kulę, formujemy marcepan na przykład w kłodę, lub kulkę (zależnie do czego zechcemy jej używać) - jeśli zbytnio się lepi do palców, można podsypać stolnicę cukrem pudrem i na nim formować - zawijamy w folię i wkładamy marcepan do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Najlepiej na noc.
Po tym czasie używamy go do czego dusza zapragnie.
Przechowujemy w lodówce.
Z podanych składników wychodzi około 1/2 kilograma marcepanu.
Staropolska polewka grzybowa
Grzyby poszły w pierony. Teraz to już na pewno, bo kilka dni temu w Rzeszowie i okolicach wreszcie spadł śnieg. Młodzian prawie się zapowietrzył z radości na jego widok i powtarzał "mama" i "śnieg!" z rozmaitym natężeniem emocji tak długo, latając jak kot z pęcherzem po cieniutkiej, białej warstewce pierwszego puchu, że w końcu się wywalił i zaprzestał.
A więc skoro pojawiła się pierwsza warstewka i utrzymała przez noc - był przymrozek. A skoro był przymrozek, o grzybach definitywnie możemy zapomnieć w tym roku. Zbieranych, bo sklepowe za ciężkie pieniądze każdy jeszcze dostanie w supermarketach. Ale to już nie to samo. Grzybiarz to ten, co własnoręcznie zebrał zawartość farszu do uszek wigilijnych, łażąc w gumiakach po rozmaitych wykrotach leśnych, iskając się potem przez cały wieczór z rozmaitych urojonych i niekoniecznie kleszczy, a nie ten, co poleciał do sklepu i kupił 20 deko suszonych za 10 złotych. W tym momencie niesamowicie nadymam się z dumy, od lat będą zapalonym grzybiarzem dzięki dziadkowi od strony mamy, a tradycja ta obecnie podtrzymywana jest przez mego chłopinię, też grzybiarza i również z winy jego dziadka i ojca. Co lepsze - tradycja ta przetrwa, bo mój Młody ostatnio zaczął z zapałem szukać grzybów i co ciekawsze, znajdować je. Jadalne!
Grzyby znajdywane na kilku wyprawach do lasu w jesieni, ususzyliśmy i złożyliśmy, jak święte relikwie, do szczelnych pudełek. Jeszcze 23 dni i skończą dumnie jako farsz w uszkach wigilijnych. Ale jakimś cudem udało mi się jeszcze, gdy był wysyp, wyrwać ze szponów suszarki piękną ilość zdrowych borowików i podgrzybków i przyszykować je dla przepisu, który od początku mamił me oko w książce "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniach dawnych smaków."
O książce tej pisałam przy okazji przepisu na Proziaki. Te domowe bułeczki na sodzie co prawda tam się nie znajdują, ale idę o zakład, że przepis ma swoje setki lat i sporo pokoleń, przez które był przekazywany z matki na córkę. Niemniej jednak znajduje się tam takie multum przepisów na staro-słowiańskie potrawy przygotowane pieczołowicie przez odtwórców historycznych, że ja, miłośniczka odtwórstwa i wszystkiego co "było, a nie jest", choć już niepraktykująca, że tak powiem, jestem zachwycona i coraz to wygrzebuję kolejną perełkę.
Napój z czereśni i mięty zrobiłam jeszcze w sezonie. Nie wiem w sumie na co czekałam z jego zamieszczeniem, ale... czekam dalej. Dzisiaj natomiast podam prastary przepis na prastarą polewkę - pra-prababkę naszej typowej zupy grzybowej.
O polewkach słyszymy od maleńkości. Czytają nam o nich w bajkach rodzice i nie bardzo wyjaśniają, co to. A dziecko ciekawe jest. Nie pyta tylko dlatego, że w tych bajkach wspomina się też o smokach, a to nieporównanie ciekawszy temat do dręczenia rodziców. Poza tym rodzic prędzej będzie wiedział co to smok, niż co to polewka, przynajmniej ten wzięty z zaskoczenia pytaniem i średnio interesujący się historią.
Na chłopski rozum - polewka to zupa. Również, w slangu sprzed kilkunastu lat - masowe nabijanie się z czegoś. Płynne i obfite jak woda. Czyli - myśli taki rodzic - musi to być zupa-wodzianka. Dużo płynu, mniej zawartości. Łyżka nie staje i da się "siorbać". I ma rację. Polewki były to właśnie takie zupy. Przygotowywane na bazie dziko rosnących roślin i z warzyw, zawierające dużo zdrowych, często wodnistych rzeczy. Zagęszczane rozmaitego typu kaszami stanowiły wspaniały obiad, śniadanie, podwieczorek, ale i kolację dla naszych przodków. Uwaga, śmietaną ich raczej nie zagęszczano, ani nie zaciągano mąką, tak jak teraz robi się z zupami. Cała gęstość, smakowitość i miodność polewki brała się z gotowania jej składników. A jak komuś było trzeba jeszcze jakiegoś stałego zagryzacza do polewki - brał chleb.
Do polewki grzybowej dlatego właśnie zalecam wziąć grzyby zebrane w lesie lub, od biedy, zakupione na rynku, jeśli to możliwe, świeże. Ale prawdziwe, a nie jakieś hodowlane pieczarki. Żadna pieczarka ani grzybek shitake nie zastąpi wam smaku borowików w zupie. I błagam, nie myślcie nawet o dodawaniu kostki rosołowej.
Polewka to polewka. Zrobiona porządnie wykopie na orbitę wszystkie kostki rosołowe świata i przypomni, że w pędzącym na złamanie karku świecie, można na moment się zatrzymać i zadumać nad tym co było.
Oferuję wam taką chwilę spoczynku.
Grzyby w łapy i gotujemy!
Składniki:
60-80 dkg świeżych grzybów leśnych (borowiki, podgrzybki, kozaki), lub spora garść leśnych grzybów suszonych
1/2 szklanki kaszy pęczak
1 i 1/2 - 2 litrów wody
1 marchewka
1/2 małego selera
1 cebula
1 pasternak lub 1 pietruszka
sól
mielona kolendra i mielony kminek,
gałązki macierzanki (którą również można zastąpić tymiankiem)
Wykonanie:
Grzyby świeże opłukujemy z piasku i igliwia. Suszone grzyby płuczemy i zalewamy wodą na jakieś 2 godziny.
Grzyby, zarówno świeże, jak i namoczone wcześniej suszone, kroimy w spore kawałki, tak, by było widać w zupie, z czego ona zrobiona (dodatkowy walor dekoracyjny dla oczu). Na chwilę odstawiamy.
Do wody wkładamy pozostałe umyte i pokrojone warzywa i doprowadzamy do wrzenia.
Gotujemy dalsze 5 minut, pozwalając wodzie wrzeć, by po tym czasie dosypać opłukaną kaszę i pozostawić w stanie wrzenia jeszcze przez 15 minut.
Po tym czasie wsypujemy pokrojone grzyby i gotujemy wszystko razem do momentu aż kasza i grzyby będą miękkie.
Doprawiamy solą, szczyptą lub dwoma kolendry i kminku - nie za wiele, bo przyprawy te mogą nam przejąć smak polewki, a nie o to chodzi. Na koniec gotowania dorzucamy do polewki gałązki tymianku lub macierzanki.
I gotowe. Polewka grzybowa powinna być niezbyt gęsta. Zawarta w niej kasza jeszcze będzie pęcznieć, więc warto jej zostawić "zapas" wody.
Polewkę najsmaczniej spożywać w towarzystwie domowej roboty bułeczek, ciepłych jeszcze, na przykład proziaków.
Nie zabielamy śmietaną.
Smacznego!
A więc skoro pojawiła się pierwsza warstewka i utrzymała przez noc - był przymrozek. A skoro był przymrozek, o grzybach definitywnie możemy zapomnieć w tym roku. Zbieranych, bo sklepowe za ciężkie pieniądze każdy jeszcze dostanie w supermarketach. Ale to już nie to samo. Grzybiarz to ten, co własnoręcznie zebrał zawartość farszu do uszek wigilijnych, łażąc w gumiakach po rozmaitych wykrotach leśnych, iskając się potem przez cały wieczór z rozmaitych urojonych i niekoniecznie kleszczy, a nie ten, co poleciał do sklepu i kupił 20 deko suszonych za 10 złotych. W tym momencie niesamowicie nadymam się z dumy, od lat będą zapalonym grzybiarzem dzięki dziadkowi od strony mamy, a tradycja ta obecnie podtrzymywana jest przez mego chłopinię, też grzybiarza i również z winy jego dziadka i ojca. Co lepsze - tradycja ta przetrwa, bo mój Młody ostatnio zaczął z zapałem szukać grzybów i co ciekawsze, znajdować je. Jadalne!
Grzyby znajdywane na kilku wyprawach do lasu w jesieni, ususzyliśmy i złożyliśmy, jak święte relikwie, do szczelnych pudełek. Jeszcze 23 dni i skończą dumnie jako farsz w uszkach wigilijnych. Ale jakimś cudem udało mi się jeszcze, gdy był wysyp, wyrwać ze szponów suszarki piękną ilość zdrowych borowików i podgrzybków i przyszykować je dla przepisu, który od początku mamił me oko w książce "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniach dawnych smaków."
O książce tej pisałam przy okazji przepisu na Proziaki. Te domowe bułeczki na sodzie co prawda tam się nie znajdują, ale idę o zakład, że przepis ma swoje setki lat i sporo pokoleń, przez które był przekazywany z matki na córkę. Niemniej jednak znajduje się tam takie multum przepisów na staro-słowiańskie potrawy przygotowane pieczołowicie przez odtwórców historycznych, że ja, miłośniczka odtwórstwa i wszystkiego co "było, a nie jest", choć już niepraktykująca, że tak powiem, jestem zachwycona i coraz to wygrzebuję kolejną perełkę.
Napój z czereśni i mięty zrobiłam jeszcze w sezonie. Nie wiem w sumie na co czekałam z jego zamieszczeniem, ale... czekam dalej. Dzisiaj natomiast podam prastary przepis na prastarą polewkę - pra-prababkę naszej typowej zupy grzybowej.
O polewkach słyszymy od maleńkości. Czytają nam o nich w bajkach rodzice i nie bardzo wyjaśniają, co to. A dziecko ciekawe jest. Nie pyta tylko dlatego, że w tych bajkach wspomina się też o smokach, a to nieporównanie ciekawszy temat do dręczenia rodziców. Poza tym rodzic prędzej będzie wiedział co to smok, niż co to polewka, przynajmniej ten wzięty z zaskoczenia pytaniem i średnio interesujący się historią.
Na chłopski rozum - polewka to zupa. Również, w slangu sprzed kilkunastu lat - masowe nabijanie się z czegoś. Płynne i obfite jak woda. Czyli - myśli taki rodzic - musi to być zupa-wodzianka. Dużo płynu, mniej zawartości. Łyżka nie staje i da się "siorbać". I ma rację. Polewki były to właśnie takie zupy. Przygotowywane na bazie dziko rosnących roślin i z warzyw, zawierające dużo zdrowych, często wodnistych rzeczy. Zagęszczane rozmaitego typu kaszami stanowiły wspaniały obiad, śniadanie, podwieczorek, ale i kolację dla naszych przodków. Uwaga, śmietaną ich raczej nie zagęszczano, ani nie zaciągano mąką, tak jak teraz robi się z zupami. Cała gęstość, smakowitość i miodność polewki brała się z gotowania jej składników. A jak komuś było trzeba jeszcze jakiegoś stałego zagryzacza do polewki - brał chleb.
Do polewki grzybowej dlatego właśnie zalecam wziąć grzyby zebrane w lesie lub, od biedy, zakupione na rynku, jeśli to możliwe, świeże. Ale prawdziwe, a nie jakieś hodowlane pieczarki. Żadna pieczarka ani grzybek shitake nie zastąpi wam smaku borowików w zupie. I błagam, nie myślcie nawet o dodawaniu kostki rosołowej.
Polewka to polewka. Zrobiona porządnie wykopie na orbitę wszystkie kostki rosołowe świata i przypomni, że w pędzącym na złamanie karku świecie, można na moment się zatrzymać i zadumać nad tym co było.
Oferuję wam taką chwilę spoczynku.
Grzyby w łapy i gotujemy!
Składniki:
60-80 dkg świeżych grzybów leśnych (borowiki, podgrzybki, kozaki), lub spora garść leśnych grzybów suszonych
1/2 szklanki kaszy pęczak
1 i 1/2 - 2 litrów wody
1 marchewka
1/2 małego selera
1 cebula
1 pasternak lub 1 pietruszka
sól
mielona kolendra i mielony kminek,
gałązki macierzanki (którą również można zastąpić tymiankiem)
Wykonanie:
Grzyby świeże opłukujemy z piasku i igliwia. Suszone grzyby płuczemy i zalewamy wodą na jakieś 2 godziny.
Grzyby, zarówno świeże, jak i namoczone wcześniej suszone, kroimy w spore kawałki, tak, by było widać w zupie, z czego ona zrobiona (dodatkowy walor dekoracyjny dla oczu). Na chwilę odstawiamy.
Do wody wkładamy pozostałe umyte i pokrojone warzywa i doprowadzamy do wrzenia.
Gotujemy dalsze 5 minut, pozwalając wodzie wrzeć, by po tym czasie dosypać opłukaną kaszę i pozostawić w stanie wrzenia jeszcze przez 15 minut.
Po tym czasie wsypujemy pokrojone grzyby i gotujemy wszystko razem do momentu aż kasza i grzyby będą miękkie.
Doprawiamy solą, szczyptą lub dwoma kolendry i kminku - nie za wiele, bo przyprawy te mogą nam przejąć smak polewki, a nie o to chodzi. Na koniec gotowania dorzucamy do polewki gałązki tymianku lub macierzanki.
I gotowe. Polewka grzybowa powinna być niezbyt gęsta. Zawarta w niej kasza jeszcze będzie pęcznieć, więc warto jej zostawić "zapas" wody.
Polewkę najsmaczniej spożywać w towarzystwie domowej roboty bułeczek, ciepłych jeszcze, na przykład proziaków.
Nie zabielamy śmietaną.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













