Niektóre rzeczy się nie zmieniają: brunetka zawsze wraca do własnego koloru włosów po kilku latach eksperymentów z czerwieniami i błękitami, mężczyźni 90% czasu myślą o seksie, a pozostałe 10% - jak ten seks dostać (chociaż i tu zdania są podzielone: między seks, a jego osiągnięcie wkrada się ponoć też i jedzenie i sport. Nie od rzeczy jest też wspomnienie o sławetnym "nothing boxie", ale to już zupełnie z innej beczki), a "Friends" mimo upływu ponad dekady po zakończeniu serii - nadal są źródłem dobrego nastroju i, a jakże, inspiracji dla starych fanów i tych świeżynek, co jeszcze z nimi nie mieli do czynienia. Chociaż, czy ktoś taki jeszcze istnieje poniżej pięćdziesiątki, rzecz jasna?
Jeśli są, to dorosłe dzieci i wnuki szybko sprowadzą ich z błędnej ścieżki niewiedzy i zawleką w chaszcze serialu, by już nigdy nie odnaleźli drogi powrotnej.
O "Friends" pisałam przy okazji sernika nowojorskiego - odcinek o sernikach zainspirował mnie wreszcie do zrobienia tego ciasta i zachwycenia się nim z miejsca. Poza tym, powiem wam, spód do ciasta nigdy już nie będzie u mnie bezsmakowy, o konsystencji bułki tartej, suchy, taki jak kojarzymy z większości ciast przekładanych masami i cukiernianych. Zamierzam już wszędzie stosować ten cudowny crust z ciastek digestive albo własnołapnie uczyniony grahamowy. Życie i gotowanie od razu stanie się ciekawsze.
No, a skoro mówię ponownie o "Przyjaciołach" i inspiracji - po sernikach pojechałam dalej, obejrzałam sobie jak Ross i Rachel ponownie się schodzą i rozstają, aż w końcu nadszedł odcinek z zagubionym w autobusie przez "wujków" dzieciakiem Rossa.
W tymże odcinku pojawił się dzisiejszy bohater felki - czyli Key Lime Pie, wyrobu oczywiście, Moniki. Chociaż w sumie to nie tak do końca prawda... zresztą zerknijcie:
Friends i Kiwi Lime Pie
Pomijając cały cyrk z zagubionym dzieciakiem i alergią, w tym momencie mnie zastopowało. Key Lime Pie. Co to jest Key Lime? Takie było moje pierwsze zapytanie do Wujka Google. Następnym krokiem było odszukanie ciasta, które dostało taką nazwę, by ostatecznie wkopać się po swojemu w przepisy i odszukać coś smakowitego.
Ale, żeby nie było tak prosto: tam w odcinku składnikiem ciasta jest kiwi. Ja nie lubię kiwi. Kiwi z jakiegoś powodu mnie odrzuca, a poza tym zupełnie nie współpracuje z galaretkami - nic przy nich nie zastyga. Czuję do kiwi taką awersję, jakbym faktycznie była uczulona na ten owoc. Siłą rzeczy, raz kolejny przeglądając ten odcinek - bo, rzecz jasna, gdy podjęłam decyzję o stworzenia przysmaku, postanowiłam zrobić jak najdokładniej z tym ciastem, co tam jest - pozwoliłam sobie zapomnieć o kiwi i skupić się na key lime - czyli oryginalnym składniku ulubionego letniego pie amerykańców.
Key lime to limonka. Ale nie taka jak u nas w sklepach są. Nie jest zielona, tylko żółta. Mniejsza i podobno intensywniej smakuje. Jest też jednocześnie słodsza i ma mocniejszą goryczkę. Nie muszę chyba dodawać, że key lime's nie dostaniemy w naszych sklepach kompletnie?
Czyli, jak widać, zostałam zmuszona pójść na jedno odstępstwo i zamiast key lime zakupić zwykłe limonki, ale jak najbardziej żółte, samodzielnie kopnęłam drugie (kiwi do domu!), ale za spód wzięłam się już jak należy.
Spód do key lime pie, jak w wielu przypadkach ciast typu pie, robiony jest z pokruszonych ciastek. Rzecz tak smaczna i tak prosta, że się w głowie nie mieści, że u nas nadal pieką przypalone spody bez smaku i raczą je zjadać, a nie odrzucać ze wstrętem.
Jednakże każdy przepis na klasyczny key lime pie na który natrafiłam, krzyczał o spód z krakersów grahamowych. W Stanach - spoko - pójdzie babka do sklepu, kupi, pogniecie, voila. Ale u nas tylko ciastka pełnoziarniste albo nic?
A guzik. Ciasto rząda graham crackers, tym razem ciasto dostanie graham crackers.
Szczególnie, że w mojej polityce odtworzenia ciasta Moniki, wkopałam się w odcinek, i jej teksty, a potem raz jeszcze zerkałam w przepisy. Zauważcie, że w pewnym momencie wymienia ona składniki do ciasta takie jak jajka, masło, key lime, kiwi, mąka... chwiiilaaaa... na jakiego grzyba mąka w pie, które zupełnie mąki nie wymaga. Jedyna mączna rzecz według przepisów to te krakersy grahamowe, a te są kupowane gotowe. Chyba, że spód w cieście Moniki nie jest z gotowego crustu z ciastek kupnych, a robiony.
No to jesteśmy w domu.
Takim to sposobem zrobiłam konferencję z własnymi oczekiwaniami, możliwościami sklepowymi i czasowymi, oraz dziesięcioma lub dwunastoma przepisami na klasyczne key lime pie (by na pewno zrobić klasyk, a nie jaką wariację) i doszłam do wniosku, że:
- muszę zrobić własny, domowy grahamowy crust, o ile ma się to ciasto liczyć jako prawdziwy, friendowy "copy cat"
- kiwi do domu!
- key lime zastąpię zwykłymi limonkami i cytryną, by uzyskać nie zielony, a ładnie żółty kolor nadzienia (to się okazało niepotrzebne, bo limonki zielonkawą miały tylko skórkę. Sok był żółty)
- szykuje się dwudniowa robota, bo jest za gorąco, by się kilka godzin kisić w kuchni.
I tak oto dokonałam wpierw wypieku krakersa grahamowego (o nim jest specjalna felka z przepisem, to poczytacie dokładniej), zaprzęgłam męża do kruszenia go na spód dnia następnego, a sama zakasałam rękawy i dokonałam pierwszego w dziejach mej rodziny Key Lime Pie (bez Key, ale to się wytnie).
Ciasto wyszło genialne. Lekkie, kwaśno-słodkie limonkowe, żółte jak słoneczko nadzienie, puszysta bita śmietana na wierzchu, a ten spód... dość powiedzieć, że zwykłe "może być" mego małżonka, zmieniło się w jojczenie o kolejne kawałki przez cały czas istnienia ciasta (czyli do dziś popołudnia - niecałe 2 dni).
Już się w sumie nie dziwię, czemu jest to ulubiony, letni pie Ameryki.
Dziwię się sobie, że tyle czasu czekałam, nim w końcu je zrobiłam.
Gwoli praw autorskich: z masy różnych w końcu wykorzystałam ten przepis, modyfikując go, rzecz jasna, dla większej czytelności i w kwestiach niektórych składników.
No to teraz łapcie za limonki i do dzieła!
Składniki:
Crust (spód):
1,5 szklanki pokruszonych krakersów grahamowych własnej roboty
2 łyżki cukru
5 łyżek rozpuszczonego masła
Nadzienie:
1 puszka słodzonego mleka kondensowanego ( zawiera 1,5 szklanki)
4 żółtka
sok wyciśnięty z 3 limonek (wychodzi 0,5 szklanki, ale dla lubiących nieco kwaśniejsze nadzienie proponuję zaszaleć i wcisnąć jeszcze z jedną lub dwie)
skórka otarta z 2 limonek
Bita śmietana:
1 kubeczek śmietany 36%
cukier waniliowy
cukier zwykły, jak podejdzie smakowo
Wykonanie:
Rozgrzewamy piekarnik do 176 stopni Celsjusza.
Przygotowujemy sobie domowe krakersy grahamowe (najwygodniej dzień wcześniej, im się nic przez noc nie stanie, a będą bardziej chrupiące), łamiemy na kawałki, potem miażdżymy tak, by otrzymać grube okruszyny. Nie pył. Dobrze jest jak coś zgrzytnie w zębach i czuje się, że się gryzie crust, a nie gotowy spód. Wielkie kawały też być nie mogą, więc tak pośrodku wyważamy fakturę.
Odmierzamy odpowiednią ilość pokruszonego "grahamka", wrzucamy do miski, dodajemy cukier i stopione masło i za pomocą łyżki starannie mieszamy, do otrzymania konsystencji mokrego piasku.
Formę na tartę wykładamy papierem do pieczenia, a następnie przekładamy na nią crust i przyciskamy do dnia i boków mocno, za pomocą łyżki. Zależy nam, by crust był zarówno na spodzie, jak i na bokach, więc staramy się równo to wszystko rozłożyć. Na bokach powinno być jakoś do 3/4 wysokości formy.
Formę ze spodem pakujemy do piekarnika i podpiekamy 8-10 minut. Niech się wyzłoci. Następnie wyciągamy i pozwalamy mu całkowicie ostygnąć.
Gdy nasz spód stygnie, zabieramy się do nadzienia. Piekarnik można zostawić na trzymaniu temperatury. KLP będzie się piekł w tej samej, co crust.
Do miski miksera wlewamy mleko kondensowane i wbijamy 4 żółtka. Miksujemy aż masa będzie gładka i gęsta.
Wlewamy do niej sok z limonek i dosypujemy otartą skórkę. Raz jeszcze miksujemy, by otrzymać gładką, coraz gęstszą masę (sok z cytryn i limonek ścina białko, o ile mi wiadomo, więc to, że masa zrobi się gęstsza niż wcześniej to proces naturalny. Tak ma być, więc bez obawy.)
Na ostudzony crust w naszej formie na tartę przekładamy nadzienie. Początkowo łyżkami, ostrożnie, by nie zaburzyć crustu na ściankach, potem już można przelewać. Następie wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy w 176 stopniach przez 15 minut.
Po upłynięciu tego czasu otwieramy piekarnik, wysuwamy lekko szufladę z blachą na której się KLP piekł i w cieple stygnącego piekarnika zostawiamy pie w spokoju aż będziemy w stanie go przenieść goła ręką stamtąd na jakiś blat. Musi ostygnąć całkowicie w temperaturze pokojowej. Po tym czasie należy go wpakować do lodówki na co najmniej 3 godziny, lub na całą noc. Nie kroić wcześniej, by się nam masa nie rozlała. Musi stężeć jak trzeba.
Gdy już planujemy ciasto podawać, wyjmujemy z formy (tak, dopiero teraz) i dokonujemy bitej śmietany.
Zawartość kubeczka przenosimy do garnuszka i zaczynamy ubijać śmietanę "na sucho" bez cukru, inaczej się nie ubije jak należy. Stopniowo dodajemy najpierw cukier waniliowy, a gdy się on skończy, a śmietana zaczyna przypominać ubitą i tworzyć falki (tzw. "soft peaks", gdy się mieszadła miksera kontrolnie podnosi i ogląda, co nam wychodzi), powoli i również po trochu wsypujemy cukier w wybranej ilości, nadal śmietanę ubijając. Celowo nie podałam, ile tego cukru, bo to już od każdego zależy jak bardzo chce słodką bitą śmietanę. Smakowo do Key Lime Pie, warto by była słodka, bo przełamie kwaskowatość nadzienia. Im bardziej nadzienie kwaskowe, tym słodsza powinna być śmietana.
Ubitą śmietaną dekorujemy ciasto, wedle życzenia. Ja, nie posiadając wyrafinowanych narzędzi, po prostu pokryłam jego całą powierzchnię, ale można robić rozetki, ozdobić tylko boki dookoła i kombinować na wszelkie sposoby, jak doradzi wyobraźnia.
Jeść w ilości takiej, jak mamy pragnienie. Key Lime Pie nie zamula, jest leciutki i niewiarygodnie uzależniający. Niemal nikt nie kończy na jednym kawałku.
Przechowujemy w lodówce do trzech dni... ale wątpię, czy dotrwa do końca drugiego, tak je wszyscy kochają:)
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
wtorek, 4 sierpnia 2015
Domowe graham crackers (krakersy grahamowe)
Nie wiem jak wyglądają w formie kupowanej w sklepie (znaczy nie widziałam na oczy, bo w internecie wszystko można znaleźć. I krakersy grahamowe w dwudziestu sześciu odmianach i nagie zdjęcia córki prezydenta Dudy. Starczy pogrzebać. Nie żebym szukała tych drugich... kurczę, o czym ja piszę!:P). Nie mam pojęcia jak smakują i tylko gdzieś mi się tam kołata po łbie, że jak graham, to ciemne toto i ziarniste - jak nasze bułki grahamki.
No i krakersy: muszą chrupać, a przynajmniej być chrupiące i konkretne w fakturze.
Muszą. Ale czy są? Diabli i emigranci w WB wiedzą (tam pewnie mają wszelkiego dobra, które ja w Polsce robić muszę sama) przed oczami aż nadto. Ale z kolei nie mają świeżych wiśni, ha! A ja właśnie wyżeram zawartość miseczki po dwa złocisze za pół litra i pluję triumfalnie pestkami o porcelanę. Tylko szczurów ganiających te pestki tu brakuje, do pełnego obrazu szczęścia.
...
Pojechałam po bandzie. Nie o wiśniach, nie o szczurach, czy też moich narzekaniach na braki składników do ciekawych dań w sklepach, miało być tu, a o krakersach grahamowych, które chodzą mi po głowie od czasu upieczenia prawdziwego sernika nowojorskiego. On wymagał takich krakersików, pogniecionych, doprawionych masłem i cukrem na crust - czyli spód.
Niestety, nie mając ich pod ręką, użyłam drugiej, dobrej rzeczy, polecanej jako zastępstwo - ciastek pełnoziarnistych.
Nie było tak źle, nawet, powiedziałabym, całkiem smacznie, ale niedosyt pozostał. Nie lubię pozostawiać rzeczy przypadkowi, a smaki poznawać lubię po raz pierwszy takie, jak być powinny. Eksperymenty zostawiamy na później.
Dlatego też krakersy grahamowe zaczęły mnie prześladować. Wiedziałam, że prędzej czy później zechcę ich nadgryźć, mimo problemu z lokacją, w której ich po prostu nie ma i gdzie się ich nie sprowadza do "sklepu za rogiem".
Żaden jednak problem: są przecież całkiem nietrudne do znalezienia przepisy na własnołapnie uczynione krakresy grahamowe, aby smak oryginalny crustu Polak poznał, i więcej po substytuty po zbójeckich cenach "za producenta" - nie sięgał.
W istocie. Patrząc na przepis z którego skorzystałam, zgromadzone tam składniki nie są absolutnie drogie. A przepis naprawdę łatwy. W obliczu takiej sytuacji, mowy nie ma bym buliła znowu za substytut, skoro sama mogę zrobić w pół godziny blachę krakersów nie na jedno, a na dwa crusty (plus to, co zjedzą ukradkiem moje chłopaki).
Jednak jak w każdym przepisie zachodnim - są (a raczej pojawiły się chwilowe) problemy. W tym przypadku z mąką numer dwa.
Szukał ktoś kiedyś mąki grahamowej w sklepie? Ja tak. Trzy razy, w kilkunastu sklepach, bo przepisy dietetyczne dla mego męża podsuwają ją jako zamiennik pszennej. NIE MA! Polski sprzedawca nie wie co to mąka grahamowa, nigdy w życiu jej nie widział i podsuwa nam pełnoziarnistą jasną. Co nam, kurna, po jasnej, skoro krakersy mają wyjść ciemne i samo pieczenie tego nie załatwi?!
Ale nie ma tego złego... mąki grahamowej nie znalazłam (chociaż, o dziwo, znalazłam samorosnącą, której do pewnego momentu również nigdzie nie można było dostać!), ale trafiłam na mąkę-mieszankę do wypieku chleba "Chleb Polski - Graham z orkiszem" popełnioną przez GFT GOLDFRUCT sp. z.o.o.
Łapiecie analogię? Graham i orkisz - będzie więc ciemna i gruba z rozmaitym badziewiem, którego poszukujemy właśnie do krakersów grahamowych. Nie byłam tylko pewna, czy fakt, że jest to produkt polecany do wypieku chleba, nie zepsuje mi ciastek... no, ale bez ryzyka nie ma potem oświecenia, więc wypróbowałam.
Wiecie, że wyszło?
Co prawda nadal nie mam pojęcia, czy moje krakersy smakują chociaż w przybliżeniu jak krakersy grahamowe oryginalne, ale nadzieja umiera ostatnia. Poza tym przyjemnie się je podjada nawet i bez towarzyszącego crustowi uczynionemu z nich, ciasta.
Ten oto przepis, zmodyfikowany do polskich warunków, daję więc wam, byście crust grahamowy czynili i nigdy więcej nie musieli przepłacać za ciastka digestive.
Składniki:
2 i 1/2 szklanki mąki tortowej
1 szklanka mieszanki do wypieku chleba "Chleb Polski - Graham z orkiszem"
1/4 szklanki i 1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli
80 gramów masła, pokrojonego w wiórki (co najmniej kostkę)
1/2 szklanki miodu
1 cukier waniliowy
1/3 szklanki wody
1 łyżeczka cynamonu
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsiusza.
Wszystkie składniki wrzucamy do miski miksera i miksujemy tak długo aż się połączą, pilnując, by masło nie zostało gdzieś po bokach. Ciasto będzie gęste, więc chwilę nam staranne wymieszanie składników zajmie.
Kładziemy na na przykład stolnicy płachtę papieru do pieczenia.
Wybieramy kawałki ciasta z miski i przekładamy na papier. Bardzo przyjemne jest, jak plastelina, ziarniste, do palców się nie klei, ale cudownie się formuje. Ciapy ciasta rozkładamy od środka blaszki, tak by zajęły nam 3/4 powierzchni papieru. Przyciskamy każdą zarówno do sąsiadów, jak i do blachy.
Przykrywamy wyłożone ciasto drugą płachtą papieru do pieczenia.
Bierzemy wałek i wałkujemy przez papier ciasto tak długo, aż stworzy jednolitą powierzchnię i zapełni cały papier. To, jak grube nam wyjdzie, potem przełoży się na to, jak blacik krakersowy wyjdzie chrupiący i ile będzie się piekł. Generalnie - im cieniej, tym bardziej chrupko i szybciej.
Nie popadajmy jednak w przesadę. Około trzy centymetrowej grubości ciasto będzie akurat w sam raz.
Ściągamy górny papier z rozwałkowanego ciasta.
Dolny papier z ciastem przekładamy na blachę i pakujemy całość do piekarnika.
Pieczemy około 8 minut. Potem wyjmujemy blachę, odwracamy i pieczemy kolejne 10 minut (czyli ta część, która wcześniej dotykała nam tylnej ściany piekarnika, teraz powinna być przy drzwiczkach). Ogólny czas pieczenia zależny jest od grubości ciasta i piekarnika. Niby wystarczyłoby te 18 minut, by ciasto przybrało złoto-brązowy kolor, ale ja na przykład piekłam swoje około pół godziny, bo było grube. A jeszcze pewnie spokojnie przyjęłoby z dziesięć minut pieczenia.
Wyciągamy naszego krakresa grahamowego z piekarnika i całkowicie ostudzamy.
Potem łamiemy na kawałki, by kawałki te następnie zmielić na crust.
Lub też zjeść jak leci, do herbaty.
Albo można w połowie pieczenia podziurkować linie widelcem w cieście - w ten sposób połamie się nam potem ono równiutko w paski.
Ilość crusta jaka nam wychodzi jest spora. Nawet biorąc pod uwagę podżerającą go rodzinę, wystarczy nam nie na 1, a co najmniej na 2 spody do ciast i jeszcze zdołamy zachomikować trochę na kiedy indziej. W tym celu należy resztki krakersa grahamowego przesypać do pudełka i schować do lodówki. Lub zamrozić.
Jak już pisałam wyżej, najbardziej popularnym sposobem wykorzystania krakersów grahamowych, jest zmielenie ich i wykorzystanie jako crust do wszelkiej maści ciast typu "pie", które nie wołają o całościowy spód. New York Cheescake - oczywiście. Key Lime Pie - także. Możliwości jest naprawdę dużo, a, kto wie, czy nie odnajdziecie i własnego zastosowania:)
Smacznego!
No i krakersy: muszą chrupać, a przynajmniej być chrupiące i konkretne w fakturze.
Muszą. Ale czy są? Diabli i emigranci w WB wiedzą (tam pewnie mają wszelkiego dobra, które ja w Polsce robić muszę sama) przed oczami aż nadto. Ale z kolei nie mają świeżych wiśni, ha! A ja właśnie wyżeram zawartość miseczki po dwa złocisze za pół litra i pluję triumfalnie pestkami o porcelanę. Tylko szczurów ganiających te pestki tu brakuje, do pełnego obrazu szczęścia.
...
Pojechałam po bandzie. Nie o wiśniach, nie o szczurach, czy też moich narzekaniach na braki składników do ciekawych dań w sklepach, miało być tu, a o krakersach grahamowych, które chodzą mi po głowie od czasu upieczenia prawdziwego sernika nowojorskiego. On wymagał takich krakersików, pogniecionych, doprawionych masłem i cukrem na crust - czyli spód.
Niestety, nie mając ich pod ręką, użyłam drugiej, dobrej rzeczy, polecanej jako zastępstwo - ciastek pełnoziarnistych.
Nie było tak źle, nawet, powiedziałabym, całkiem smacznie, ale niedosyt pozostał. Nie lubię pozostawiać rzeczy przypadkowi, a smaki poznawać lubię po raz pierwszy takie, jak być powinny. Eksperymenty zostawiamy na później.
Dlatego też krakersy grahamowe zaczęły mnie prześladować. Wiedziałam, że prędzej czy później zechcę ich nadgryźć, mimo problemu z lokacją, w której ich po prostu nie ma i gdzie się ich nie sprowadza do "sklepu za rogiem".
Żaden jednak problem: są przecież całkiem nietrudne do znalezienia przepisy na własnołapnie uczynione krakresy grahamowe, aby smak oryginalny crustu Polak poznał, i więcej po substytuty po zbójeckich cenach "za producenta" - nie sięgał.
W istocie. Patrząc na przepis z którego skorzystałam, zgromadzone tam składniki nie są absolutnie drogie. A przepis naprawdę łatwy. W obliczu takiej sytuacji, mowy nie ma bym buliła znowu za substytut, skoro sama mogę zrobić w pół godziny blachę krakersów nie na jedno, a na dwa crusty (plus to, co zjedzą ukradkiem moje chłopaki).
Jednak jak w każdym przepisie zachodnim - są (a raczej pojawiły się chwilowe) problemy. W tym przypadku z mąką numer dwa.
Szukał ktoś kiedyś mąki grahamowej w sklepie? Ja tak. Trzy razy, w kilkunastu sklepach, bo przepisy dietetyczne dla mego męża podsuwają ją jako zamiennik pszennej. NIE MA! Polski sprzedawca nie wie co to mąka grahamowa, nigdy w życiu jej nie widział i podsuwa nam pełnoziarnistą jasną. Co nam, kurna, po jasnej, skoro krakersy mają wyjść ciemne i samo pieczenie tego nie załatwi?!
Ale nie ma tego złego... mąki grahamowej nie znalazłam (chociaż, o dziwo, znalazłam samorosnącą, której do pewnego momentu również nigdzie nie można było dostać!), ale trafiłam na mąkę-mieszankę do wypieku chleba "Chleb Polski - Graham z orkiszem" popełnioną przez GFT GOLDFRUCT sp. z.o.o.
Łapiecie analogię? Graham i orkisz - będzie więc ciemna i gruba z rozmaitym badziewiem, którego poszukujemy właśnie do krakersów grahamowych. Nie byłam tylko pewna, czy fakt, że jest to produkt polecany do wypieku chleba, nie zepsuje mi ciastek... no, ale bez ryzyka nie ma potem oświecenia, więc wypróbowałam.
Wiecie, że wyszło?
Co prawda nadal nie mam pojęcia, czy moje krakersy smakują chociaż w przybliżeniu jak krakersy grahamowe oryginalne, ale nadzieja umiera ostatnia. Poza tym przyjemnie się je podjada nawet i bez towarzyszącego crustowi uczynionemu z nich, ciasta.
Ten oto przepis, zmodyfikowany do polskich warunków, daję więc wam, byście crust grahamowy czynili i nigdy więcej nie musieli przepłacać za ciastka digestive.
Składniki:
2 i 1/2 szklanki mąki tortowej
1 szklanka mieszanki do wypieku chleba "Chleb Polski - Graham z orkiszem"
1/4 szklanki i 1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli
80 gramów masła, pokrojonego w wiórki (co najmniej kostkę)
1/2 szklanki miodu
1 cukier waniliowy
1/3 szklanki wody
1 łyżeczka cynamonu
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsiusza.
Wszystkie składniki wrzucamy do miski miksera i miksujemy tak długo aż się połączą, pilnując, by masło nie zostało gdzieś po bokach. Ciasto będzie gęste, więc chwilę nam staranne wymieszanie składników zajmie.
Kładziemy na na przykład stolnicy płachtę papieru do pieczenia.
Wybieramy kawałki ciasta z miski i przekładamy na papier. Bardzo przyjemne jest, jak plastelina, ziarniste, do palców się nie klei, ale cudownie się formuje. Ciapy ciasta rozkładamy od środka blaszki, tak by zajęły nam 3/4 powierzchni papieru. Przyciskamy każdą zarówno do sąsiadów, jak i do blachy.
Przykrywamy wyłożone ciasto drugą płachtą papieru do pieczenia.
Bierzemy wałek i wałkujemy przez papier ciasto tak długo, aż stworzy jednolitą powierzchnię i zapełni cały papier. To, jak grube nam wyjdzie, potem przełoży się na to, jak blacik krakersowy wyjdzie chrupiący i ile będzie się piekł. Generalnie - im cieniej, tym bardziej chrupko i szybciej.
Nie popadajmy jednak w przesadę. Około trzy centymetrowej grubości ciasto będzie akurat w sam raz.
Ściągamy górny papier z rozwałkowanego ciasta.
Dolny papier z ciastem przekładamy na blachę i pakujemy całość do piekarnika.
Pieczemy około 8 minut. Potem wyjmujemy blachę, odwracamy i pieczemy kolejne 10 minut (czyli ta część, która wcześniej dotykała nam tylnej ściany piekarnika, teraz powinna być przy drzwiczkach). Ogólny czas pieczenia zależny jest od grubości ciasta i piekarnika. Niby wystarczyłoby te 18 minut, by ciasto przybrało złoto-brązowy kolor, ale ja na przykład piekłam swoje około pół godziny, bo było grube. A jeszcze pewnie spokojnie przyjęłoby z dziesięć minut pieczenia.
Wyciągamy naszego krakresa grahamowego z piekarnika i całkowicie ostudzamy.
Potem łamiemy na kawałki, by kawałki te następnie zmielić na crust.
Lub też zjeść jak leci, do herbaty.
Albo można w połowie pieczenia podziurkować linie widelcem w cieście - w ten sposób połamie się nam potem ono równiutko w paski.
Ilość crusta jaka nam wychodzi jest spora. Nawet biorąc pod uwagę podżerającą go rodzinę, wystarczy nam nie na 1, a co najmniej na 2 spody do ciast i jeszcze zdołamy zachomikować trochę na kiedy indziej. W tym celu należy resztki krakersa grahamowego przesypać do pudełka i schować do lodówki. Lub zamrozić.
Jak już pisałam wyżej, najbardziej popularnym sposobem wykorzystania krakersów grahamowych, jest zmielenie ich i wykorzystanie jako crust do wszelkiej maści ciast typu "pie", które nie wołają o całościowy spód. New York Cheescake - oczywiście. Key Lime Pie - także. Możliwości jest naprawdę dużo, a, kto wie, czy nie odnajdziecie i własnego zastosowania:)
Smacznego!
czwartek, 30 lipca 2015
Golden syrup (złoty syrop)
Jak obiecywałam kilka dni temu, przedstawię wam za chwilę przepis na doskonały Golden Syrup, którego Polki w sklepach normalnie nie dostaną. Wpierw jednak kilka słów, z czym to się je i co to jest.
Golden Syrup to składnik deserów. Nie widziałam go, jako składnika, w niczym innym do tej pory, czy to anglosaskim, czy to niemiecki, czy innym, co nie byłoby jakimś deserem. W polskich przepisach, rzecz jasna nie uświadczymy tej rzeczy. Co zresztą wcale nie jest takie dziwne: polacy mają doskonały miód, więc coś takiego jak Złoty Syrop uważają za niepotrzebne. No i kto by się wziął za produkcję? Średnio opłacalne jest marnowanie cukru, wody i cytryny na coś, co kupi tylko co dziesiąty hobbysta gotowania i to tylko dlatego, że przepis o to krzyczy.
Stanęło więc na tym, że Golden Syrupu w normalnym sklepie "za rogiem" nie dostaniemy i basta. Musimy więc go zrobić sami, by zaspokoić naszą potrzebę na przykład na pół kilogramowy kawał marcepanu domowej roboty (jakże błędnie myślą ci, co uważają, że robi się go z migdałów i miodu!) po cenie 20 dekowej paczki mielonych migdałów.
Golden Syrup jako taki to ni mniej, ni więcej, tylko syrop cukrowy. Zrobiony ze zwykłego cukru białego i wody, oraz dodatku soku z cytryny. Nic więcej. Tylko tyle, że trzeba bardzo koło niego chodzić, jak się go przygotowuje. Albo aż tyle, jak ktoś nie ma cierpliwości.
Na Złoty Syrop natknęłam się w przepisie na domowy marcepan na genialnej stronie Moje Wypieki , którą bez wątpienia kojarzy masa ludzi. Na domowy marcepan też się tam natknęłam, a wszystko po to, by zrobić pewno duńskie, świąteczne ciasto, którego głównym składnikiem jest właśnie kawał marcepanu poddanego obróbce termicznej. Long story short: nie wyszło, a ja się póki co zniechęciłam, ale wszystko jeszcze przede mną. W końcu zrobię doskonałe Kransekakke i podzielę się z wami przepisem.
Generalnie, jak biorę czyjś przepis, to tak go zmieniam w trakcie produkcji dowolnej potrawy, że ciężko go uznać już potem za czyjś splagiatowany. Ale w przypadku przepisu zarówno na Golden Syrup, jak i Marcepan z powyższej strony - trzymałam się ich ściśle, a i tak pierwsza porcja Złotego mi nie wyszła.
Zrzucać to mogę jedynie na nieco zbyt skąpe wskazówki, bo chodziłam dookoła garnczka jak nioska wokół jajka, więc o moim zaniedbaniu mowy nie ma.
Dlatego też bez bicia przyznaję się: przepis, który znajdziecie poniżej, pochodzi z bloga Doroty, a skąd ona go wzięła, to już nie wnikam. Moim wkładem jest tutaj zrobienie Golden Syrupu według niego od podstaw, oraz nieco dokładniejsze wskazówki, co do zachowania się podczas, gdy cukier podczas macerowania ulega rozmaitym przemianom.
Jak smakuje i wygląda Golden Syrup?
Wyglądem bardzo przypomina syrop klonowy. Jest nieco mniej brązowy, bardziej złocisto-miedziany. Przelewany pod słońce lśni jak czyste złoto - stąd nazwa.
Gęstością również przypomina syrop klonowy, chociaż to już zależy od indywidualnego wykonania i tego, jak się go długo trzyma na ogniu, czy rozcieńcza lub podgrzewa potem, lub czy się nie zaczął zbrylać w butelce. Czasem się właśnie cukrzy, ale są na uratowanie go proste metody, o których potem. Jest gęsty, nie ciągnie się może jak krówka, ale na pewno jest gęstszy od naszych rozmaitych syropów owocowych.
W smaku jest bardzo słodki, ale nie tak mulący jak syrop klonowy. Zapewne dzięki sporej ilości soku z cytryny, którym się go dosmacza. Wymieszany z syropem klonowym na Pancakes'ach jest absolutnym, smakowym mistrzostwem świata w dziedzinie dodatków do słodkich potraw i przede wszystkim tam bym go polecała. Dodawałam go również eksperymentalnie do przepisu na sernik nowojorski, zamiast części cukru, ale nie specjalnie było go czuć, co jest zupełną potwarzą dla rewelacyjnego smaku syropu. Lepiej więc używać go jako coś do "podlania" potrawy, niż do środka, gdzie jego smak zupełnie zaginie.
Wykonanie Golden Syrupu nie jest w zasadzie trudne. Wymaga jedynie czujności i ciągłej obserwacji, by nie przegapić przykładowo momentu, gdy syrop zaczyna nam gęstnieć i ciemnieć.
Tym przepisem więc uroczyście otwieram dział Dodatków DIY - czyli Zrób To Sam, w którym znajdziecie wszelakie, domowej roboty zastępstwa dla niezbędnych w zagranicznych przepisach składników, które wypróbowałam i zatwierdzam, jako możliwe do wykonania i naprawdę przydatne.
Powodzenia:)
Składniki i wykonanie (na 1 szklankę Golden Syropu - wystarczy wam aż nadto do różnych rzeczy, wierzcie mi):
Etap 1:
50 gramów cukru
13 gramów wody
Cukier i wodę wrzucamy do niedużego garnuszka z grubym dnem. Nie może być za duży, bo nam się wszystko spali z kretesem, zanim w ogóle zacznie się topić. Zanim w ogóle włączymy średni ogień i postawimy na nim garnuszek z zawartością, dobrze jest wymieszać ten cukier z wodą starannie i na zimno, bo potem absolutnie odradzam choćby tykanie go łyżką.
Stawiamy garnuszek na ogień i... nic z nim nie robimy. Łyżki i szpachetki z daleka od garnka, możemy ewentualnie potrząsnąć nim raz na jakiś czas, ale nic więcej! Obserwujcie za to, co się tam dzieje.
Musi nam najpierw zacząć substancja bąbelkować, potem stopniowo przybierać złoty kolor. Nie bójcie się, jeśli garnuszek i ogień nie jest zbyt duży, to cukier faktycznie się stopi, a nie przypali lub zbryli.
Gotujemy, aż substancja w garnuszku zrobi się płynna, rzadka (jak ktoś kiedyś oglądał przygotowanie "zamajania" dla spirytusu, to bez problemu dostrzeże analogię) i pięknie złocista i ściągamy garnczek z palnika.
Etap 2:
250 gramów cukru
150 gramów wrzącej wody
1/2 szklanki soku z cytryny
Do gorącej bazy naszego Golden Syrupu wlewamy wrzątek, trzymając garnuszek z dala od siebie. Konieczne, bo nie dość że pójdzie ostry dym, to zaczątek karmelu może pryskać na wszystkie strony, a jest gorący jak piekło.
Wsypujemy cukier i dodajemy sok z cytryny.
TERAZ MOŻEMY WSZYSTKO ZAMIESZAĆ. RAZ!
Stawiamy garnuszek na malutki ogień i ponownie odrzucamy od siebie precz łyżkę. Zapomnijcie, że w ogóle istnieje - mieszanie jest i na tym etapie kompletnie zakazane. Obserwacja za to konieczna.
Pozwolimy syropowi gotować się w spokoju bez mieszania do momentu aż zacznie nam gęstnieć. Rozpoznacie to po ostrożnym poruszeniu garnuszkiem: to, że zgęstniał zauważycie od razu, tak samo jak i zmianę koloru.
Dorota podaje czas tego gotowania na około 45 minut. Szczerze, nie pamiętam ile mi to zajęło, ale patrzyłam przede wszystkim na kolor i cały czas wąchałam mieszaninę, by wychwycić ewentualny zapach spalenizny, w tworzącym się syropie. Jeśli tę spaleniznę wyczujecie - syrop do wyrzucenia, bo zrobi się gorzki. Ale wtedy będzie też o wiele za ciemny, więc zanim zacznie śmierdzieć, zdążycie zareagować.
Generalnie kucharze ślepi nie są - widać, że syrop ściemniał do barwy bursztynowej (jak na powyższym zdjęciu) i jest gęstszy.
W takim wypadku ściągamy go z ognia i pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie będzie gęstniał jeszcze bardziej.
Obserwujemy, ewentualnie próbujemy konsystencji łyżeczką, naciągając fakturę syropu. Jeśli zaczyna wyglądać jak twardy karmel i się ciągnąć, dolewamy po trochu gorącej wody, i mieszamy, aż uzyskamy właściwą konsystencję. Ma być niemal jak syrop klonowy, ale nieco gęstszy.
Jak nam gadzina mimo wszystko nie zgęstniała jak trzeba, a jeszcze nie jest zbyt ciemna, stawiamy ponownie garnuszek na ogień i jeszcze dajemy mu chwilkę.
Po uzyskaniu właściwej konsystencji i koloru, przelewamy syrop do naczynia. Sugeruję szklane, zamykane czymś szczelnym, by się wam nic pełzającego lub latającego przypadkiem do płynnej słodyczy nie dobrało.
Stawiamy do szafki albo na półkę i używamy do czego dusza zapragnie, lub przepis wymaga.
Golden Syrup można przechowywać długo, nie wymaga lodówki, nic mu się nawet i po pół roku nie stanie. Jeśli w tym czasie go nie używaliście i zaczął się cukrzyć - dolewamy doń gorącej wody i merdamy łyżką w naczyniu do czasu aż bryłki się nie rozpuszczą. Jednak taki problem nie powinien się nawet po takim czasie pojawić, jeśli Złoty Syrop został zrobiony właściwie.
Golden Syrup to składnik deserów. Nie widziałam go, jako składnika, w niczym innym do tej pory, czy to anglosaskim, czy to niemiecki, czy innym, co nie byłoby jakimś deserem. W polskich przepisach, rzecz jasna nie uświadczymy tej rzeczy. Co zresztą wcale nie jest takie dziwne: polacy mają doskonały miód, więc coś takiego jak Złoty Syrop uważają za niepotrzebne. No i kto by się wziął za produkcję? Średnio opłacalne jest marnowanie cukru, wody i cytryny na coś, co kupi tylko co dziesiąty hobbysta gotowania i to tylko dlatego, że przepis o to krzyczy.
Stanęło więc na tym, że Golden Syrupu w normalnym sklepie "za rogiem" nie dostaniemy i basta. Musimy więc go zrobić sami, by zaspokoić naszą potrzebę na przykład na pół kilogramowy kawał marcepanu domowej roboty (jakże błędnie myślą ci, co uważają, że robi się go z migdałów i miodu!) po cenie 20 dekowej paczki mielonych migdałów.
Golden Syrup jako taki to ni mniej, ni więcej, tylko syrop cukrowy. Zrobiony ze zwykłego cukru białego i wody, oraz dodatku soku z cytryny. Nic więcej. Tylko tyle, że trzeba bardzo koło niego chodzić, jak się go przygotowuje. Albo aż tyle, jak ktoś nie ma cierpliwości.
Na Złoty Syrop natknęłam się w przepisie na domowy marcepan na genialnej stronie Moje Wypieki , którą bez wątpienia kojarzy masa ludzi. Na domowy marcepan też się tam natknęłam, a wszystko po to, by zrobić pewno duńskie, świąteczne ciasto, którego głównym składnikiem jest właśnie kawał marcepanu poddanego obróbce termicznej. Long story short: nie wyszło, a ja się póki co zniechęciłam, ale wszystko jeszcze przede mną. W końcu zrobię doskonałe Kransekakke i podzielę się z wami przepisem.
Generalnie, jak biorę czyjś przepis, to tak go zmieniam w trakcie produkcji dowolnej potrawy, że ciężko go uznać już potem za czyjś splagiatowany. Ale w przypadku przepisu zarówno na Golden Syrup, jak i Marcepan z powyższej strony - trzymałam się ich ściśle, a i tak pierwsza porcja Złotego mi nie wyszła.
Zrzucać to mogę jedynie na nieco zbyt skąpe wskazówki, bo chodziłam dookoła garnczka jak nioska wokół jajka, więc o moim zaniedbaniu mowy nie ma.
Dlatego też bez bicia przyznaję się: przepis, który znajdziecie poniżej, pochodzi z bloga Doroty, a skąd ona go wzięła, to już nie wnikam. Moim wkładem jest tutaj zrobienie Golden Syrupu według niego od podstaw, oraz nieco dokładniejsze wskazówki, co do zachowania się podczas, gdy cukier podczas macerowania ulega rozmaitym przemianom.
Jak smakuje i wygląda Golden Syrup?
Wyglądem bardzo przypomina syrop klonowy. Jest nieco mniej brązowy, bardziej złocisto-miedziany. Przelewany pod słońce lśni jak czyste złoto - stąd nazwa.
Gęstością również przypomina syrop klonowy, chociaż to już zależy od indywidualnego wykonania i tego, jak się go długo trzyma na ogniu, czy rozcieńcza lub podgrzewa potem, lub czy się nie zaczął zbrylać w butelce. Czasem się właśnie cukrzy, ale są na uratowanie go proste metody, o których potem. Jest gęsty, nie ciągnie się może jak krówka, ale na pewno jest gęstszy od naszych rozmaitych syropów owocowych.
W smaku jest bardzo słodki, ale nie tak mulący jak syrop klonowy. Zapewne dzięki sporej ilości soku z cytryny, którym się go dosmacza. Wymieszany z syropem klonowym na Pancakes'ach jest absolutnym, smakowym mistrzostwem świata w dziedzinie dodatków do słodkich potraw i przede wszystkim tam bym go polecała. Dodawałam go również eksperymentalnie do przepisu na sernik nowojorski, zamiast części cukru, ale nie specjalnie było go czuć, co jest zupełną potwarzą dla rewelacyjnego smaku syropu. Lepiej więc używać go jako coś do "podlania" potrawy, niż do środka, gdzie jego smak zupełnie zaginie.
Wykonanie Golden Syrupu nie jest w zasadzie trudne. Wymaga jedynie czujności i ciągłej obserwacji, by nie przegapić przykładowo momentu, gdy syrop zaczyna nam gęstnieć i ciemnieć.
Tym przepisem więc uroczyście otwieram dział Dodatków DIY - czyli Zrób To Sam, w którym znajdziecie wszelakie, domowej roboty zastępstwa dla niezbędnych w zagranicznych przepisach składników, które wypróbowałam i zatwierdzam, jako możliwe do wykonania i naprawdę przydatne.
Powodzenia:)
Składniki i wykonanie (na 1 szklankę Golden Syropu - wystarczy wam aż nadto do różnych rzeczy, wierzcie mi):
Etap 1:
50 gramów cukru
13 gramów wody
Cukier i wodę wrzucamy do niedużego garnuszka z grubym dnem. Nie może być za duży, bo nam się wszystko spali z kretesem, zanim w ogóle zacznie się topić. Zanim w ogóle włączymy średni ogień i postawimy na nim garnuszek z zawartością, dobrze jest wymieszać ten cukier z wodą starannie i na zimno, bo potem absolutnie odradzam choćby tykanie go łyżką.
Stawiamy garnuszek na ogień i... nic z nim nie robimy. Łyżki i szpachetki z daleka od garnka, możemy ewentualnie potrząsnąć nim raz na jakiś czas, ale nic więcej! Obserwujcie za to, co się tam dzieje.
Musi nam najpierw zacząć substancja bąbelkować, potem stopniowo przybierać złoty kolor. Nie bójcie się, jeśli garnuszek i ogień nie jest zbyt duży, to cukier faktycznie się stopi, a nie przypali lub zbryli.
Gotujemy, aż substancja w garnuszku zrobi się płynna, rzadka (jak ktoś kiedyś oglądał przygotowanie "zamajania" dla spirytusu, to bez problemu dostrzeże analogię) i pięknie złocista i ściągamy garnczek z palnika.
Etap 2:
250 gramów cukru
150 gramów wrzącej wody
1/2 szklanki soku z cytryny
Do gorącej bazy naszego Golden Syrupu wlewamy wrzątek, trzymając garnuszek z dala od siebie. Konieczne, bo nie dość że pójdzie ostry dym, to zaczątek karmelu może pryskać na wszystkie strony, a jest gorący jak piekło.
Wsypujemy cukier i dodajemy sok z cytryny.
TERAZ MOŻEMY WSZYSTKO ZAMIESZAĆ. RAZ!
Stawiamy garnuszek na malutki ogień i ponownie odrzucamy od siebie precz łyżkę. Zapomnijcie, że w ogóle istnieje - mieszanie jest i na tym etapie kompletnie zakazane. Obserwacja za to konieczna.
Pozwolimy syropowi gotować się w spokoju bez mieszania do momentu aż zacznie nam gęstnieć. Rozpoznacie to po ostrożnym poruszeniu garnuszkiem: to, że zgęstniał zauważycie od razu, tak samo jak i zmianę koloru.
Dorota podaje czas tego gotowania na około 45 minut. Szczerze, nie pamiętam ile mi to zajęło, ale patrzyłam przede wszystkim na kolor i cały czas wąchałam mieszaninę, by wychwycić ewentualny zapach spalenizny, w tworzącym się syropie. Jeśli tę spaleniznę wyczujecie - syrop do wyrzucenia, bo zrobi się gorzki. Ale wtedy będzie też o wiele za ciemny, więc zanim zacznie śmierdzieć, zdążycie zareagować.
Generalnie kucharze ślepi nie są - widać, że syrop ściemniał do barwy bursztynowej (jak na powyższym zdjęciu) i jest gęstszy.
W takim wypadku ściągamy go z ognia i pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie będzie gęstniał jeszcze bardziej.
Obserwujemy, ewentualnie próbujemy konsystencji łyżeczką, naciągając fakturę syropu. Jeśli zaczyna wyglądać jak twardy karmel i się ciągnąć, dolewamy po trochu gorącej wody, i mieszamy, aż uzyskamy właściwą konsystencję. Ma być niemal jak syrop klonowy, ale nieco gęstszy.
Jak nam gadzina mimo wszystko nie zgęstniała jak trzeba, a jeszcze nie jest zbyt ciemna, stawiamy ponownie garnuszek na ogień i jeszcze dajemy mu chwilkę.
Po uzyskaniu właściwej konsystencji i koloru, przelewamy syrop do naczynia. Sugeruję szklane, zamykane czymś szczelnym, by się wam nic pełzającego lub latającego przypadkiem do płynnej słodyczy nie dobrało.
Stawiamy do szafki albo na półkę i używamy do czego dusza zapragnie, lub przepis wymaga.
Golden Syrup można przechowywać długo, nie wymaga lodówki, nic mu się nawet i po pół roku nie stanie. Jeśli w tym czasie go nie używaliście i zaczął się cukrzyć - dolewamy doń gorącej wody i merdamy łyżką w naczyniu do czasu aż bryłki się nie rozpuszczą. Jednak taki problem nie powinien się nawet po takim czasie pojawić, jeśli Złoty Syrop został zrobiony właściwie.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Blueberry Pancakes (naleśniki amerykańskie z borówkami)
Cud śniadaniowy, wielbiony przez kolegów zza oceanu. W każdym serialu bodaj raz się pojawiają. Nie ważne czy to horror, czy komedia - jak jest produkcji amerykańskiej, na pewno w którymś momencie typowe amerykańskie pancakes zagrają swoją rolę.
Jak większość z was się orientuje, pancakes nie mają niemal nic wspólnego z naszymi naleśnikami. Inne składniki, inna faktura, zupełnie inny smak po upieczeniu. Nawet pora zjadania ich różni się od naszej pory naleśnikowej - czyli obiadu. Obywatele USA pożerają swoje pancakes najczęściej na śniadanie lub brunch (późne śniadanie przeciągające się aż do popołudnia), w wersji klasycznej nie wkładają nic do nich, nawet ich nie zawijają, tylko stosik pancakesów polewają syropem klonowym z masłem lub bez niego.
Ciężko by zresztą było tego dokonać, gdyż typowe pancakes są grubości trzech naszych, polskich naleśników, jeśli nie pięciu. Szczególnie wyrośnięte, z małej patelni i bazujące mocno na swych korzeniach czyli na naleśnikach irlandzkich, grubością przypominają nasze racuchy. Ciężko sobie więc wyobrazić, by dało się je zwinąć w rulonik, a do środka wpakować dżem. Masakra, okruszyny wszędzie dookoła, naleśnik w kawałkach i przeklinająca pani domu - nie radzę więc kombinować. Lepiej trzymać się oryginalnego sposobu podania, a na pewno się nie zawiedziecie.
Gwoli wyjaśnienia, nasze, typowe naleśniki, te cienkie jak papier, również goszczą w bratnich paszczach kolegów z Ameryki. Noszą tam jednak nazwę crepes. Czyli z francuskiego - naleśnik.
My jednak zamiast interesować się teraz polskimi naleśnikami, przejdźmy do typowych pancakes.
Jak już wspomniałam, w klasycznej postaci, czyste, podawane są tylko z dodatkiem syropu klonowego. Jednak istnieje uznawana za równie klasyczną, wersja z borówkami amerykańskimi, które wsypuje się do gotowego ciasta i smaży całość na patelni. Borówki pękają w czasie smażenia, a ich sok robi z pancakesami niesłychanie smaczne rzeczy.
Poniższy przepis właśnie jest przykładem takich typowych blueberry pancakes - amerykańskich naleśników z borówkami. Bo właściwie, czemu by nie? Dwie działki, na każdej krzaki borówek uginają się obecnie pod ciężarem owoców, nie skorzystać byłoby grzechem. Szczególnie, że mój Młody wyjątkowo lubi akurat te naleśniki, na równi ze mną i mym chłopiną, więc zamiast kręcenia nosem i "ble" wyjaśniającego, że mu nie pasuje to, co ma na talerzu, podczas posiłku złożonego z pancakes słychać tak podnoszące na duchu mielenie trzech par szczęk, tudzież okazyjne oblizanie palców z syropu i soku borówkowego.
Serce rośnie! Dupa pewnie też, ale w obliczu tak dobrego jedzenia, spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Genialnie prosty i smaczny przepis na pancakes, podobnie jak ten na klasyczne brownie dopadłam całe lata temu z jakiejś gazety, więc nie jest obecnie możliwe podanie źródła. Zresztą... kto by na to patrzył w obliczu tak złocisto-jagodowej cudowności przed swoim nosem...
Składniki (wychodzi z nich 7 sztuk pancakes, czyli porcja dla przeciętnie głodnej 1 osoby):
1 szklanka mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżka cukru
szczypta soli
1 cukier waniliowy
1 szklanka maślanki (temperatura pokojowa!)
1 jajko (temperatura pokojowa!)
2 łyżki rozpuszczonego masła
masło do smażenia
garść borówek amerykańskich
1 łyżka golden syrup'u
syrop klonowy
Wykonanie:
W jednej misce mieszamy wszystkie suche składniki, czyli mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cukier i cukier waniliowy, oraz szczyptę soli.
W drugiej misce umieszczamy maślankę, jajko i wcześniej rozpuszczone i nieco ostudzone masło.
Składniki mokre miksujemy ze sobą, po czym przelewamy je do składników suchych.
Wszystko razem miksujemy aż się połączy, wrzucamy do ciasta umyte wcześniej borówki amerykańskie i mieszamy z ciastem za pomocą łyżki.
Ciasto można odstawić na godzinę. Wtedy pancakes będą bardziej puszyste, ale równie dobrze można od razu brać się za smażenie.
Bierzemy malutką patelnię, rozgrzewamy ją i omaszczamy kawałkiem masła.
Na tę patelnię i rozgrzewające się masło, przy pomocy chochelki po kolei wylewamy porcje ciasta - mniej więcej połowę jej zawartości na smażenie jednego naleśnika.
Ciasto rozprowadzamy równo po całej patelence i zaczynamy smażyć. Będzie rosło i bąbelkowało, więc dobrze jest potrząsnąć patelnią od czasu do czasu, by górna, nie usmażona część ciasta wylądowała po bokach i również się smażyła.
Gdy większość górnej części pancakesa jest ścięta, a brzegi złotawe i wyrośnięte, przy pomocy teflonowej łopatki zdecydowanym ruchem przewracamy go na drugą stronę i smażymy, czym prędzej maśląc po bokach patelni, by tłuszcz dostał się i do drugiej strony naleśnika.
Potrząsamy, by nie przywarł.
Borówki w tym momencie już będą puszczać sok i pękać.
Naleśnika uważamy za upieczonego, gdy jest złoty z brązowawymi kręgami lub ciapami.
Przerzucamy go na talerz i smażymy kolejne w ten sam sposób. Każdy kolejny kładziemy na ten pierwszy, tworząc zgrabny stosik.
Gdy zużyjemy całe ciasto, możemy przystępować do konsumpcji. Na szczyt górki z pancakes nalewamy solidną łyżkę golden syrup'u (doda świeżego, cytrynowego smaku w tej całej słodyczy syropu klonowego), a potem nie żałując sobie, polewamy pancakes ulubioną ilością syropu klonowego.
I zjadamy, jak komu pasuje. Po jednym, lub od razu siedem na raz, krojąc z góry do dołu całą porcję.
Pancakes powinny wyjść nam puszyste, odrobinę tylko słodkie, smak borówek wyraźnie wyczuwalny. Im mniejsza patelnia, na której smażymy, tym będą wyższe i bardziej puchate.
A przepisu na domowej roboty golden syrup możecie spodziewać się już wkrótce:)
Jak większość z was się orientuje, pancakes nie mają niemal nic wspólnego z naszymi naleśnikami. Inne składniki, inna faktura, zupełnie inny smak po upieczeniu. Nawet pora zjadania ich różni się od naszej pory naleśnikowej - czyli obiadu. Obywatele USA pożerają swoje pancakes najczęściej na śniadanie lub brunch (późne śniadanie przeciągające się aż do popołudnia), w wersji klasycznej nie wkładają nic do nich, nawet ich nie zawijają, tylko stosik pancakesów polewają syropem klonowym z masłem lub bez niego.
Ciężko by zresztą było tego dokonać, gdyż typowe pancakes są grubości trzech naszych, polskich naleśników, jeśli nie pięciu. Szczególnie wyrośnięte, z małej patelni i bazujące mocno na swych korzeniach czyli na naleśnikach irlandzkich, grubością przypominają nasze racuchy. Ciężko sobie więc wyobrazić, by dało się je zwinąć w rulonik, a do środka wpakować dżem. Masakra, okruszyny wszędzie dookoła, naleśnik w kawałkach i przeklinająca pani domu - nie radzę więc kombinować. Lepiej trzymać się oryginalnego sposobu podania, a na pewno się nie zawiedziecie.
Gwoli wyjaśnienia, nasze, typowe naleśniki, te cienkie jak papier, również goszczą w bratnich paszczach kolegów z Ameryki. Noszą tam jednak nazwę crepes. Czyli z francuskiego - naleśnik.
My jednak zamiast interesować się teraz polskimi naleśnikami, przejdźmy do typowych pancakes.
Jak już wspomniałam, w klasycznej postaci, czyste, podawane są tylko z dodatkiem syropu klonowego. Jednak istnieje uznawana za równie klasyczną, wersja z borówkami amerykańskimi, które wsypuje się do gotowego ciasta i smaży całość na patelni. Borówki pękają w czasie smażenia, a ich sok robi z pancakesami niesłychanie smaczne rzeczy.
Poniższy przepis właśnie jest przykładem takich typowych blueberry pancakes - amerykańskich naleśników z borówkami. Bo właściwie, czemu by nie? Dwie działki, na każdej krzaki borówek uginają się obecnie pod ciężarem owoców, nie skorzystać byłoby grzechem. Szczególnie, że mój Młody wyjątkowo lubi akurat te naleśniki, na równi ze mną i mym chłopiną, więc zamiast kręcenia nosem i "ble" wyjaśniającego, że mu nie pasuje to, co ma na talerzu, podczas posiłku złożonego z pancakes słychać tak podnoszące na duchu mielenie trzech par szczęk, tudzież okazyjne oblizanie palców z syropu i soku borówkowego.
Serce rośnie! Dupa pewnie też, ale w obliczu tak dobrego jedzenia, spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Genialnie prosty i smaczny przepis na pancakes, podobnie jak ten na klasyczne brownie dopadłam całe lata temu z jakiejś gazety, więc nie jest obecnie możliwe podanie źródła. Zresztą... kto by na to patrzył w obliczu tak złocisto-jagodowej cudowności przed swoim nosem...
Składniki (wychodzi z nich 7 sztuk pancakes, czyli porcja dla przeciętnie głodnej 1 osoby):
1 szklanka mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżka cukru
szczypta soli
1 cukier waniliowy
1 szklanka maślanki (temperatura pokojowa!)
1 jajko (temperatura pokojowa!)
2 łyżki rozpuszczonego masła
masło do smażenia
garść borówek amerykańskich
1 łyżka golden syrup'u
syrop klonowy
Wykonanie:
W jednej misce mieszamy wszystkie suche składniki, czyli mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cukier i cukier waniliowy, oraz szczyptę soli.
W drugiej misce umieszczamy maślankę, jajko i wcześniej rozpuszczone i nieco ostudzone masło.
Składniki mokre miksujemy ze sobą, po czym przelewamy je do składników suchych.
Wszystko razem miksujemy aż się połączy, wrzucamy do ciasta umyte wcześniej borówki amerykańskie i mieszamy z ciastem za pomocą łyżki.
Ciasto można odstawić na godzinę. Wtedy pancakes będą bardziej puszyste, ale równie dobrze można od razu brać się za smażenie.
Bierzemy malutką patelnię, rozgrzewamy ją i omaszczamy kawałkiem masła.
Na tę patelnię i rozgrzewające się masło, przy pomocy chochelki po kolei wylewamy porcje ciasta - mniej więcej połowę jej zawartości na smażenie jednego naleśnika.
Ciasto rozprowadzamy równo po całej patelence i zaczynamy smażyć. Będzie rosło i bąbelkowało, więc dobrze jest potrząsnąć patelnią od czasu do czasu, by górna, nie usmażona część ciasta wylądowała po bokach i również się smażyła.
Gdy większość górnej części pancakesa jest ścięta, a brzegi złotawe i wyrośnięte, przy pomocy teflonowej łopatki zdecydowanym ruchem przewracamy go na drugą stronę i smażymy, czym prędzej maśląc po bokach patelni, by tłuszcz dostał się i do drugiej strony naleśnika.
Potrząsamy, by nie przywarł.
Borówki w tym momencie już będą puszczać sok i pękać.
Naleśnika uważamy za upieczonego, gdy jest złoty z brązowawymi kręgami lub ciapami.
Przerzucamy go na talerz i smażymy kolejne w ten sam sposób. Każdy kolejny kładziemy na ten pierwszy, tworząc zgrabny stosik.
Gdy zużyjemy całe ciasto, możemy przystępować do konsumpcji. Na szczyt górki z pancakes nalewamy solidną łyżkę golden syrup'u (doda świeżego, cytrynowego smaku w tej całej słodyczy syropu klonowego), a potem nie żałując sobie, polewamy pancakes ulubioną ilością syropu klonowego.
I zjadamy, jak komu pasuje. Po jednym, lub od razu siedem na raz, krojąc z góry do dołu całą porcję.
Pancakes powinny wyjść nam puszyste, odrobinę tylko słodkie, smak borówek wyraźnie wyczuwalny. Im mniejsza patelnia, na której smażymy, tym będą wyższe i bardziej puchate.
A przepisu na domowej roboty golden syrup możecie spodziewać się już wkrótce:)
Tajemnicze składniki z nie-polskich przepisów i gdzie je dopaść w kraju
Pieczecie, gotujecie, smażycie, podduszacie, korzystacie z różnych przepisów. Mamy, babci, swoich innowacyjnych wymysłów, które zdumiewająco okazują się być dobre. Ostatnio, tak jakoś w ciągu pięciu ostatnich lat, korzystacie również z internetu i tego, co oferują angielskojęzyczni fani kuchmacenia. Jak jeszcze znacie język to bomba - można robić rzeczy, o których się smakowo naszym matkom nie śniło.
Pojawia się tu jednak haczyk. Znamy język więc rozpoznamy co jest mąką, a co proszkiem do pieczenia lub rodzajem owoców. Znajdziemy też sobie ilościowy odpowiednik anglosaskich "szklanek" (cups) lub przeliczymy uncje na gramy, w których oni mierzą większość składników, czy to w Wielkiej Brytanii czy w Stanach. Wagi i nazwy nie są więc dla kucharzącej Polki mieszkającej w kraju, problemem.
Problem pojawia się, gdy przepis, szczególnie na ciasto, krzyczy o "corn syrup", "golden syrup", "graham crackers", lub będące coraz mniejszym problemem "chocolate chips" lub "syrop klonowy". Jak je dopaść? W sklepach nie ma połowy z nich, sprzedawcy zapytywani o te składniki otwierają szeroko oczy z inteligentnym "yyy?" na ryju i to cała reakcja jaką od nich dostaniemy (poza ewentualnym "nie ma").
Najprostsze wyjście to szukać po supermarketach, najlepiej sieciówkach z zagranicy rodem, do skutku. Oni raz na jakiś czas sprowadzają coś "dziwnego", co w krajach producenta jest czymś normalnie stojącym na półce i to w kilku rodzajach.
Inne wyjście to kupować na Allegro lub innej stronie oferującej produkty zagraniczne, np. na Britishshop.pl . Co prawda ceny niektórych składników są tam kosmiczne, ale jak akurat dysponujemy gotówką i gorącym pragnieniem wypróbowania danego przepisu, to ta bariera to żadna bariera.
Jeszcze inna, to odszukać sobie na Internecie domowej roboty zamiennik danego produktu. Z doświadczenia powiem wam, że na przykład "golden syrup" robiony w domu ma znacznie lepszy smak niż sklepowy. To samo się ma w przypadku domowym sposobem robionego marcepanu. Na dodatek jest tańszy i otrzymuje się go dwa-trzy razy więcej niż w sklepie za ciężkie pieniądze malutką porcję.
Zanim jednak rzucimy się w wir robienia domowym sposobem niedostępnych w Polsce zagranicznych składników, zerknijmy poniżej. Przygotowałam tu listę produktów wraz ze sklepami, gdzie w Polsce można je dostać poza Internetem. Lista będzie uzupełniana w miarę, jak będę odnajdywać inne opcje.
No więc lecimy:
Syrop klonowy:
SUBSTYTUTY
Golden syrup - syrop cukrowy, nieco mniej niezdrowy niż kukurydziany. "W sklepie za rogiem" nie dostaniecie. Samemu zrobić można z tym przepisem.
Corn syrup - syrop kukurydziany, którego główną cechą jest to, że zapobiega scukrzaniu się syropów i sosów. Tak bogaty w sacharozę, że nawet ja bym się zastanowiła przed użyciem.
W "sklepie za rogiem" nie dostaniecie. Poza tym jest bardzo niezdrowy. Zastąpienie go Golden Syrupem to najwygodniejsze wyjście.
Graham crackers - "w sklepie za rogiem" - bez szans. Warto jednak zrobić zgodnie z tym przepisem.
Canned condensed Cream of mushroom soup (puszkowana kremowa zupa grzybowa, najczęściej Campbell's) - niektóre przepisy na dania zapiekane tzw. casserole, bardzo często zawierają w sobie ten składnik. Nie dostaniemy jej w Polsce, a jeśli dostaniemy to w cenie niewspółmiernej do korzyści. Znacznie lepiej zrobić sobie jej domowy odpowiednik, który fantastycznie zastąpi puszkowaną papkę i będzie o wiele smaczniejszy.
Half-and half - pod tą tajemniczą nazwą, na jaką natraficie pewnie czasem w przepisach na wypieki, kryje się produkt mleczny, będący połączeniem mleka i śmietany. Nie ma co szukać go u nas po sklepach. Ale w sumie po co sobie tym zawracać głowę, skoro można to zrobić w mniej niż pięć minut? Starczy w równych proporcjach wymieszać mleko i śmietanę, otrzymując mieszaninę o zawartości tłuszczu do 11-13%. I to wszystko.
Bisquick - gotowa mieszanka do wypieku naleśników, biszkopcików, ciastek rozmaitych i tak dalej, fruwająca tu i tam w przepisach, traktujących głównie o tartach z budyniowatą zawartością, tzw. custardach i ciastach-niemożliwium. Na upartego znalazłby pewnie polską odmianę w multum pudełkowych mixów dla leni, w sklepach. Ale ja wam zaproponuję substytut do zrobienia z tego, co macie w domu: 1 szklankę mąki, 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli oraz 2 i 1/2 łyżki stopionego masła. Wymieszać, dodać do reszty składników ciasta, do którego potrzebny jest nam Bisquick.
Cake mix - gotowa mieszanka do wypieku ciast. O dowolnych kolorach i smakach. Pojawia się w wielu przepisach, które mnie przyciągają, ale starczy, że zobaczę iż ciasto w proszku jest głównym składnikiem, od razu mi się odechciewa próbować przepisu. Niby w Polsce też są, ale zdecydowanie mniej rozpowszechnione ciasta pudełkowe, na dodatek są to proszki do ciast jednego typu, np. karpatka. Ostatnio się wkurzyłam, gdy smakowicie prezentujący się przepis, okazał się być bazowanym na "Cake mixie" i zamiast wyłączać przepis, włączyłam swoją skłonność do rozkładania na czynniki pierwsze. W wyniku drobnych tych badań, uczynionych na internecie i konfrontacji z kilkoma przepisami, jestem w stanie podać wam to, czym spokojnie można zastąpić ciasto w proszku z przepisu. A więc zamiast "cake mix" bierzemy: 2 i 3/4 szklanki mąki, 1 i 3/4 szklanki drobniutkiego cukru, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 łyżeczki soli. Mieszamy suche składniki razem, wsypujemy do słoika i mamy własny, domowy "Cake mix", w ilości mniej więcej takiej, ile go zawiera 1 pudełko z przepisów zagranicznych (tam jest to jakieś 5 szklanek, tutaj ok. 4 i pół). Do tego proszku rzecz jasna należy dodać jeszcze mokre składniki, ale zwykle w przepisach wymagających "cake mix", potrzebny jest tylko ten proszek. Co należy jeszcze dodać podają poza tym. Ten "cake mix" to mieszanka do białego ciasta. Najprostszego, podstawowego. Jeśli potrzebujemy zrobić czekoladowe albo inne smakowe, będziemy musieli dodać składnik smakowy. Nie miałam czasu by szukać każdego jednego, więc dajcie znać, jeżeli jakiś wam będzie potrzebny. od tego przecież są komentarze i facebook bantofelkowy:)
Shredded sweetened/unsweetened coconut (rwane słodzone/nie słodzone kawałki kokosa) - Najczęściej spotykane w przepisach amerykańskich. W USA wiórki są mniej rozpowszechnione niż w Europie. Shredded coconut spotkamy w ciastach, gdzie stawia się na dekoracyjny wygląd, ponieważ w przeciwieństwie do wiórków, shredded coconut składa się z dłuższych pasm wyglądających jak poszarpane. Poza shredded coconut istnieją również wersje: desiccated (suszone wiórki), grated (wiórki) i flaked (płatki kokosa), które są dosyć często stosowane jako zamienniki. Warto zapamiętać w sumie, że jeżeli chcemy, żeby kokos na cieście wyglądał ładnie i przepis woła o "shredded coconut" na górę - chodzi o dekorowanie i lepiej poszukać jednak tego o większych kawałkach. Natomiast do środka ciasta dla konsystencji i smaku dodać możemy każdy z rodzajów, pamiętając jedynie by go solidnie posiekać.
W Polsce niestety w zwykłych sklepach mamy tylko wiórki, ale Lidl czasami oferuje mieszankę suszonego mango z kokosem, gdzie kawałki kokosa są znacznie większe i można je przerabiać po swojemu.
Currants (rodzynki koryntki) - bardzo słodka odmiana greckich rodzynek, malutkich i ciemnych. Nie mają nic wspólnego z porzeczkami, chociaż nazwa jest bardzo myląca. Z powodzeniem można je zastąpić zwykłymi rodzynkami, ponieważ do kupienia są przede wszystkim w sklepach z kuchniami świata lub przez internet i w zwykłym spożywczaku w Polsce można sobie szukać ich do zdechnięcia, i tak nie znajdując, a różnica w smaku nie jest aż tak powalająca, by się tym przejmować.
Pojawia się tu jednak haczyk. Znamy język więc rozpoznamy co jest mąką, a co proszkiem do pieczenia lub rodzajem owoców. Znajdziemy też sobie ilościowy odpowiednik anglosaskich "szklanek" (cups) lub przeliczymy uncje na gramy, w których oni mierzą większość składników, czy to w Wielkiej Brytanii czy w Stanach. Wagi i nazwy nie są więc dla kucharzącej Polki mieszkającej w kraju, problemem.
Problem pojawia się, gdy przepis, szczególnie na ciasto, krzyczy o "corn syrup", "golden syrup", "graham crackers", lub będące coraz mniejszym problemem "chocolate chips" lub "syrop klonowy". Jak je dopaść? W sklepach nie ma połowy z nich, sprzedawcy zapytywani o te składniki otwierają szeroko oczy z inteligentnym "yyy?" na ryju i to cała reakcja jaką od nich dostaniemy (poza ewentualnym "nie ma").
Najprostsze wyjście to szukać po supermarketach, najlepiej sieciówkach z zagranicy rodem, do skutku. Oni raz na jakiś czas sprowadzają coś "dziwnego", co w krajach producenta jest czymś normalnie stojącym na półce i to w kilku rodzajach.
Inne wyjście to kupować na Allegro lub innej stronie oferującej produkty zagraniczne, np. na Britishshop.pl . Co prawda ceny niektórych składników są tam kosmiczne, ale jak akurat dysponujemy gotówką i gorącym pragnieniem wypróbowania danego przepisu, to ta bariera to żadna bariera.
Jeszcze inna, to odszukać sobie na Internecie domowej roboty zamiennik danego produktu. Z doświadczenia powiem wam, że na przykład "golden syrup" robiony w domu ma znacznie lepszy smak niż sklepowy. To samo się ma w przypadku domowym sposobem robionego marcepanu. Na dodatek jest tańszy i otrzymuje się go dwa-trzy razy więcej niż w sklepie za ciężkie pieniądze malutką porcję.
Zanim jednak rzucimy się w wir robienia domowym sposobem niedostępnych w Polsce zagranicznych składników, zerknijmy poniżej. Przygotowałam tu listę produktów wraz ze sklepami, gdzie w Polsce można je dostać poza Internetem. Lista będzie uzupełniana w miarę, jak będę odnajdywać inne opcje.
No więc lecimy:
Produkt:
Chocolate chips:
LIDL
E.LECLERC
Syrop klonowy:
LIDL
Pimento(s) - papryka prażona bez skóry (często spotykana jako składnik zapiekanek)
E.LECLERC
Melasa trzcinowa (zamiennik cukru)
E.LECLERC
Syrop trzcinowy (sklepowy zamiennik najbliższy Golden Syrup'owi, jaki można dostać w sklepach, z tym, że produkowany z trzciny cukrowej)
BI1. AUCHAN
Skrobia kukurydziana (cornstarch, często mylona z mąką ziemniaczaną)
AUCHAN, E.LECLERC, TESCO
Mąka bezglutenowa
E.LECLERC
SUBSTYTUTY
Golden syrup - syrop cukrowy, nieco mniej niezdrowy niż kukurydziany. "W sklepie za rogiem" nie dostaniecie. Samemu zrobić można z tym przepisem.
Corn syrup - syrop kukurydziany, którego główną cechą jest to, że zapobiega scukrzaniu się syropów i sosów. Tak bogaty w sacharozę, że nawet ja bym się zastanowiła przed użyciem.
W "sklepie za rogiem" nie dostaniecie. Poza tym jest bardzo niezdrowy. Zastąpienie go Golden Syrupem to najwygodniejsze wyjście.
Graham crackers - "w sklepie za rogiem" - bez szans. Warto jednak zrobić zgodnie z tym przepisem.
Canned condensed Cream of mushroom soup (puszkowana kremowa zupa grzybowa, najczęściej Campbell's) - niektóre przepisy na dania zapiekane tzw. casserole, bardzo często zawierają w sobie ten składnik. Nie dostaniemy jej w Polsce, a jeśli dostaniemy to w cenie niewspółmiernej do korzyści. Znacznie lepiej zrobić sobie jej domowy odpowiednik, który fantastycznie zastąpi puszkowaną papkę i będzie o wiele smaczniejszy.
Half-and half - pod tą tajemniczą nazwą, na jaką natraficie pewnie czasem w przepisach na wypieki, kryje się produkt mleczny, będący połączeniem mleka i śmietany. Nie ma co szukać go u nas po sklepach. Ale w sumie po co sobie tym zawracać głowę, skoro można to zrobić w mniej niż pięć minut? Starczy w równych proporcjach wymieszać mleko i śmietanę, otrzymując mieszaninę o zawartości tłuszczu do 11-13%. I to wszystko.
Bisquick - gotowa mieszanka do wypieku naleśników, biszkopcików, ciastek rozmaitych i tak dalej, fruwająca tu i tam w przepisach, traktujących głównie o tartach z budyniowatą zawartością, tzw. custardach i ciastach-niemożliwium. Na upartego znalazłby pewnie polską odmianę w multum pudełkowych mixów dla leni, w sklepach. Ale ja wam zaproponuję substytut do zrobienia z tego, co macie w domu: 1 szklankę mąki, 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli oraz 2 i 1/2 łyżki stopionego masła. Wymieszać, dodać do reszty składników ciasta, do którego potrzebny jest nam Bisquick.
Cake mix - gotowa mieszanka do wypieku ciast. O dowolnych kolorach i smakach. Pojawia się w wielu przepisach, które mnie przyciągają, ale starczy, że zobaczę iż ciasto w proszku jest głównym składnikiem, od razu mi się odechciewa próbować przepisu. Niby w Polsce też są, ale zdecydowanie mniej rozpowszechnione ciasta pudełkowe, na dodatek są to proszki do ciast jednego typu, np. karpatka. Ostatnio się wkurzyłam, gdy smakowicie prezentujący się przepis, okazał się być bazowanym na "Cake mixie" i zamiast wyłączać przepis, włączyłam swoją skłonność do rozkładania na czynniki pierwsze. W wyniku drobnych tych badań, uczynionych na internecie i konfrontacji z kilkoma przepisami, jestem w stanie podać wam to, czym spokojnie można zastąpić ciasto w proszku z przepisu. A więc zamiast "cake mix" bierzemy: 2 i 3/4 szklanki mąki, 1 i 3/4 szklanki drobniutkiego cukru, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 łyżeczki soli. Mieszamy suche składniki razem, wsypujemy do słoika i mamy własny, domowy "Cake mix", w ilości mniej więcej takiej, ile go zawiera 1 pudełko z przepisów zagranicznych (tam jest to jakieś 5 szklanek, tutaj ok. 4 i pół). Do tego proszku rzecz jasna należy dodać jeszcze mokre składniki, ale zwykle w przepisach wymagających "cake mix", potrzebny jest tylko ten proszek. Co należy jeszcze dodać podają poza tym. Ten "cake mix" to mieszanka do białego ciasta. Najprostszego, podstawowego. Jeśli potrzebujemy zrobić czekoladowe albo inne smakowe, będziemy musieli dodać składnik smakowy. Nie miałam czasu by szukać każdego jednego, więc dajcie znać, jeżeli jakiś wam będzie potrzebny. od tego przecież są komentarze i facebook bantofelkowy:)
Shredded sweetened/unsweetened coconut (rwane słodzone/nie słodzone kawałki kokosa) - Najczęściej spotykane w przepisach amerykańskich. W USA wiórki są mniej rozpowszechnione niż w Europie. Shredded coconut spotkamy w ciastach, gdzie stawia się na dekoracyjny wygląd, ponieważ w przeciwieństwie do wiórków, shredded coconut składa się z dłuższych pasm wyglądających jak poszarpane. Poza shredded coconut istnieją również wersje: desiccated (suszone wiórki), grated (wiórki) i flaked (płatki kokosa), które są dosyć często stosowane jako zamienniki. Warto zapamiętać w sumie, że jeżeli chcemy, żeby kokos na cieście wyglądał ładnie i przepis woła o "shredded coconut" na górę - chodzi o dekorowanie i lepiej poszukać jednak tego o większych kawałkach. Natomiast do środka ciasta dla konsystencji i smaku dodać możemy każdy z rodzajów, pamiętając jedynie by go solidnie posiekać.
W Polsce niestety w zwykłych sklepach mamy tylko wiórki, ale Lidl czasami oferuje mieszankę suszonego mango z kokosem, gdzie kawałki kokosa są znacznie większe i można je przerabiać po swojemu.
Currants (rodzynki koryntki) - bardzo słodka odmiana greckich rodzynek, malutkich i ciemnych. Nie mają nic wspólnego z porzeczkami, chociaż nazwa jest bardzo myląca. Z powodzeniem można je zastąpić zwykłymi rodzynkami, ponieważ do kupienia są przede wszystkim w sklepach z kuchniami świata lub przez internet i w zwykłym spożywczaku w Polsce można sobie szukać ich do zdechnięcia, i tak nie znajdując, a różnica w smaku nie jest aż tak powalająca, by się tym przejmować.
to be continued...
wtorek, 21 lipca 2015
Brownie z toffee
O brownie pisałam dosyć szczegółowo, przy okazji brownie truskawkowego w Bantofelkach. Nie ma więc sensu powtarzać tych samych faktów przy okazji wpisu o klasycznej jego wersji i perfekcyjnym przepisie, z którego nie ma prawa nie wyjść jak trzeba. Wiem, co mówię, od lat robię z niego brownie i za każdym razem wychodzi. A przepis? Wygrzebany kiedyś z jakiejś gazety.
No dobrze, nie jest do końca klasyczny. Klasyczne brownie to czyste, czekoladowe, bez dodatku toffee, być może z odrobiną orzechów włoskich w środku. Takie zna każdy amerykaniec i spora część mieszkańców tego świata i nie myli z niczym innym.
Bowiem to cudownie płaskie, zbite i wilgotne, maksi czekoladowe ciasto jest jednym z najbardziej charakterystycznych na świecie. Wokół niego narosły legendy poczynając od przypadkowości powstania (ponoć gospodyni domowa, która pierwszy raz je zrobiła, do ciasta czekoladowego, które zamierzała upiec dosypała za mało mąki i w ten sposób wyszło jej brownie), a na właściwościach "terapeutycznych" kończąc (lata 70te, dzieci-kwiaty i brownie z marihuaną sprowadzające odmienne stany świadomości). O odmianach już nie ma co wspominać - zresztą zrobiłam to poprzednio. Ze wszystkim chyba je już robiono. Słodkim. Przypuszczam jednak, że i jakiś żartowniś dodał ser żółty i kiełbasę i otrzymał wersję śniadaniową:)
Tak czy siak, najsławniejsze ciasto Ameryki (zaraz po serniku nowojorskim, na który przepis i w Bantofelskach znajdziecie) wymaga jeśli nie osobnego bloga, by eksplorować wszystkie jego odsłony, to na pewno potrzebuje, by je przedstawić w odsłonie klasycznej.
Oto więc przepis, czytelnicy (jeśli ktoś jeszcze czyta faktycznie me wypociny), który, ujmując z niego masę krówkową, zaprowadzi was prosto do blachy klasycznego brownie, przysparzając temu ciastu kolejnego wielbiciela. I tak w sumie radziłabym zrobić najpierw. Pierwszą blaszkę, na próbę, zapełnić klasycznym brownie. Drugą zrobić już z dodatkiem, jaki podrzuci wam wyobraźnia. Tak jak ja spełniłam prośby mego chłopiny i dodałam eksperymentalnie do ciasta masę krówkową z gotowanego, kondensowanego, słodkiego mleka, która spokojnie można nazwać masą toffee.
A potem jeść, jeść, jeść, licząc po cichu, że "pójdzie w cycki":)
No to jedziemy...
Składniki:
2 tabliczki czekolady gorzkiej (polecam Wedlowską)
6 jajek
1 kostka masła (20 dkg)
10 dkg mąki tortowej
30 dkg cukru
1 cukier waniliowy
1 puszka gotowej masy krówkowej (lub 1 puszka mleka kondensowanego słodzonego, które ugotowaliśmy wcześniej i ochłodziliśmy)
Wykonanie:
Kroimy masło w kostkę, na kostki łamiemy czekolady i wszystko razem rozpuszczamy na parze, do stanu ciekłego. Odstawiamy, by nieco ostygło.
Jajka miksujemy w towarzystwie mąki i cukrów aż składniki się połączą, a ciasto będzie puszyste.
Do masy stopniowo wmiksowujemy roztopioną czekoladę z masłem (nie ma być gorąca, ale może być ciepła) i miksujemy tak długo, aż ciasto nabierze ciepłego, brązowego koloru czekolady. Będzie też przyjemnie słodkie i gęste, ale płynne.
Nagrzewamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza.
Standardową blachę wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy na nią ciasto.
UWAGA:
W wersji klasycznej po tym kroku pakujemy blaszkę z brownie do piekarnika i pieczemy przez około 20 minut. Wyjmujemy, gdy na cieście widzicie wyraźną skorupkę, może być i parę pęknięć, a testowy patyczek wtykany w ciasto w różne miejsca, wychodzi suchy. Potem tylko dajemy ciastu ostygnąć, wyjmujemy z blaszki (sugeruję dla wygody stosować taką z wyjmowanym spodem) i kroimy w kwadraty (koniecznie, tak się podaje brownie). Można przechowywać w lodówce, lub poza nią, ciastu nie zrobi to różnicy przez te marne godziny, póki go nie pochłoną:)
W wersji z toffee czyli masą krówkową, robimy jeszcze parę czynności.
A więc jeśli wykonujecie klasyczne brownie - smacznego już teraz. Resztę zapraszam do kontynuacji przepisu:)
W przypadku wykonywania brownie z toffee, na blachę wylewamy połowę ciasta. Nawet i jedną trzecią, tak, by solidnie zakryło dno blachy. Następnie otwieramy puszkę z gotową masą krówkową i masę tę przekładamy na wylane ciasto. Masa jest gęsta, nie rozsmarujecie równo, bo ciasto pod spodem ma za delikatną konsystencję. A nie chcemy, by się wszystko pomieszało. Mają być wyraźnie widoczne fragmenty toffee w brownie. Dlatego też polecam rozłożyć masę na wylanym brownie za pomocą dużej łyżki, tak równo, jak tylko się da. W rzędach. W ten sposób każdy kawałek będzie miał na oko swoje serce z toffee.
Jeżeli nie mamy gotowej masy krówkowej, tylko puszkę skondensowanego, słodkiego mleka, należy je przed zaczęciem brownie ugotować i ostudzić. Zajmie nam to około 3 godzin, ale wszystko, czego trzeba pilnować, to to, by puszka była całkowicie zakryta wodą podczas całego gotowania i otwarta dopiero jak wystygnie.
Po wyłożeniu masy toffee na masę brownie, wylewamy na wierzch resztę ciasta brownie, pilnując, by zakryło całe toffee. I dopiero teraz możemy wkładać ciasto do piekarnika.
Pieczemy około 30 minut (ze względu na toffee w środku, które zmienia nieco konsystencję ciasta) i wyciągamy dopiero wtedy jak będzie na wierzchu charakterystyczna skorupka, a patyczek testowy wyjdzie na wpół suchy.
Tak jest, nie ma szans, by w przypadku brownie z toffee wyszedł całkiem suchy. Masa krówkowa sprawia, że ciasto wyjdzie wilgotniejsze niż zwykle.
Dlatego też po wyjęciu go z piekarnika pod żadnym pozorem nie należy go kroić, aż całkiem nie ostygnie. Inaczej, nawet w przypadku pokrojenia ciepłego, otrzymamy środek prawie jak w lava cake, a krojone kawałki zaczną się kleić do noża.
Moja sugestia? Studzimy brownie z toffee do spodu, a potem od razu pakujemy do lodówki na kilka godzin. I dopiero po tym czasie całkiem składnie da się pokroić, chociaż nadal będzie bardzo wilgotne. Nieodzowne jest jedzenie za pomocą łyżki lub widelczyka, by się nie upaprać, ale efekty smakowe przejdą najśmielsze oczekiwania. Warto:)
Na zdjęciach poniżej macie rzut z góry na to, jak wygląda skorupka w brownie, oraz na konsystencję ciasta:)
No dobrze, nie jest do końca klasyczny. Klasyczne brownie to czyste, czekoladowe, bez dodatku toffee, być może z odrobiną orzechów włoskich w środku. Takie zna każdy amerykaniec i spora część mieszkańców tego świata i nie myli z niczym innym.
Bowiem to cudownie płaskie, zbite i wilgotne, maksi czekoladowe ciasto jest jednym z najbardziej charakterystycznych na świecie. Wokół niego narosły legendy poczynając od przypadkowości powstania (ponoć gospodyni domowa, która pierwszy raz je zrobiła, do ciasta czekoladowego, które zamierzała upiec dosypała za mało mąki i w ten sposób wyszło jej brownie), a na właściwościach "terapeutycznych" kończąc (lata 70te, dzieci-kwiaty i brownie z marihuaną sprowadzające odmienne stany świadomości). O odmianach już nie ma co wspominać - zresztą zrobiłam to poprzednio. Ze wszystkim chyba je już robiono. Słodkim. Przypuszczam jednak, że i jakiś żartowniś dodał ser żółty i kiełbasę i otrzymał wersję śniadaniową:)
Tak czy siak, najsławniejsze ciasto Ameryki (zaraz po serniku nowojorskim, na który przepis i w Bantofelskach znajdziecie) wymaga jeśli nie osobnego bloga, by eksplorować wszystkie jego odsłony, to na pewno potrzebuje, by je przedstawić w odsłonie klasycznej.
Oto więc przepis, czytelnicy (jeśli ktoś jeszcze czyta faktycznie me wypociny), który, ujmując z niego masę krówkową, zaprowadzi was prosto do blachy klasycznego brownie, przysparzając temu ciastu kolejnego wielbiciela. I tak w sumie radziłabym zrobić najpierw. Pierwszą blaszkę, na próbę, zapełnić klasycznym brownie. Drugą zrobić już z dodatkiem, jaki podrzuci wam wyobraźnia. Tak jak ja spełniłam prośby mego chłopiny i dodałam eksperymentalnie do ciasta masę krówkową z gotowanego, kondensowanego, słodkiego mleka, która spokojnie można nazwać masą toffee.
A potem jeść, jeść, jeść, licząc po cichu, że "pójdzie w cycki":)
No to jedziemy...
Składniki:
2 tabliczki czekolady gorzkiej (polecam Wedlowską)
6 jajek
1 kostka masła (20 dkg)
10 dkg mąki tortowej
30 dkg cukru
1 cukier waniliowy
1 puszka gotowej masy krówkowej (lub 1 puszka mleka kondensowanego słodzonego, które ugotowaliśmy wcześniej i ochłodziliśmy)
Wykonanie:
Kroimy masło w kostkę, na kostki łamiemy czekolady i wszystko razem rozpuszczamy na parze, do stanu ciekłego. Odstawiamy, by nieco ostygło.
Jajka miksujemy w towarzystwie mąki i cukrów aż składniki się połączą, a ciasto będzie puszyste.
Do masy stopniowo wmiksowujemy roztopioną czekoladę z masłem (nie ma być gorąca, ale może być ciepła) i miksujemy tak długo, aż ciasto nabierze ciepłego, brązowego koloru czekolady. Będzie też przyjemnie słodkie i gęste, ale płynne.
Nagrzewamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza.
Standardową blachę wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy na nią ciasto.
UWAGA:
W wersji klasycznej po tym kroku pakujemy blaszkę z brownie do piekarnika i pieczemy przez około 20 minut. Wyjmujemy, gdy na cieście widzicie wyraźną skorupkę, może być i parę pęknięć, a testowy patyczek wtykany w ciasto w różne miejsca, wychodzi suchy. Potem tylko dajemy ciastu ostygnąć, wyjmujemy z blaszki (sugeruję dla wygody stosować taką z wyjmowanym spodem) i kroimy w kwadraty (koniecznie, tak się podaje brownie). Można przechowywać w lodówce, lub poza nią, ciastu nie zrobi to różnicy przez te marne godziny, póki go nie pochłoną:)
W wersji z toffee czyli masą krówkową, robimy jeszcze parę czynności.
A więc jeśli wykonujecie klasyczne brownie - smacznego już teraz. Resztę zapraszam do kontynuacji przepisu:)
W przypadku wykonywania brownie z toffee, na blachę wylewamy połowę ciasta. Nawet i jedną trzecią, tak, by solidnie zakryło dno blachy. Następnie otwieramy puszkę z gotową masą krówkową i masę tę przekładamy na wylane ciasto. Masa jest gęsta, nie rozsmarujecie równo, bo ciasto pod spodem ma za delikatną konsystencję. A nie chcemy, by się wszystko pomieszało. Mają być wyraźnie widoczne fragmenty toffee w brownie. Dlatego też polecam rozłożyć masę na wylanym brownie za pomocą dużej łyżki, tak równo, jak tylko się da. W rzędach. W ten sposób każdy kawałek będzie miał na oko swoje serce z toffee.
Jeżeli nie mamy gotowej masy krówkowej, tylko puszkę skondensowanego, słodkiego mleka, należy je przed zaczęciem brownie ugotować i ostudzić. Zajmie nam to około 3 godzin, ale wszystko, czego trzeba pilnować, to to, by puszka była całkowicie zakryta wodą podczas całego gotowania i otwarta dopiero jak wystygnie.
Po wyłożeniu masy toffee na masę brownie, wylewamy na wierzch resztę ciasta brownie, pilnując, by zakryło całe toffee. I dopiero teraz możemy wkładać ciasto do piekarnika.
Pieczemy około 30 minut (ze względu na toffee w środku, które zmienia nieco konsystencję ciasta) i wyciągamy dopiero wtedy jak będzie na wierzchu charakterystyczna skorupka, a patyczek testowy wyjdzie na wpół suchy.
Tak jest, nie ma szans, by w przypadku brownie z toffee wyszedł całkiem suchy. Masa krówkowa sprawia, że ciasto wyjdzie wilgotniejsze niż zwykle.
Dlatego też po wyjęciu go z piekarnika pod żadnym pozorem nie należy go kroić, aż całkiem nie ostygnie. Inaczej, nawet w przypadku pokrojenia ciepłego, otrzymamy środek prawie jak w lava cake, a krojone kawałki zaczną się kleić do noża.
Moja sugestia? Studzimy brownie z toffee do spodu, a potem od razu pakujemy do lodówki na kilka godzin. I dopiero po tym czasie całkiem składnie da się pokroić, chociaż nadal będzie bardzo wilgotne. Nieodzowne jest jedzenie za pomocą łyżki lub widelczyka, by się nie upaprać, ale efekty smakowe przejdą najśmielsze oczekiwania. Warto:)
Na zdjęciach poniżej macie rzut z góry na to, jak wygląda skorupka w brownie, oraz na konsystencję ciasta:)
sobota, 18 lipca 2015
Smażony makaron z kurczakiem i warzywami
Każdemu się zdarza, że czas go goni. Że po prostu go nie ma, szczególnie, jeśli uważał, że ma go bardzo dużo i ze wszystkim zdąży, więc nie musi się spieszyć. A tu nagle nawarstwia się do cholery spraw i nim się obejrzysz z całej masy rzeczy, jakie były do zrobienia, zrobiłeś jedną trzecią i to na dodatek po łebkach.
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












