Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezglutenowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezglutenowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2016

Ciasto klementynkowe Waltera Mitty ("Sekretne życie Waltera Mitty") / Walter Mitty's clementine cake ("The secret life of Walter Mitty")

Są takie dzieła umysłu i rąk wielkich twórców światowych, które mają moc kojenia duszy. Czy to o filmach mowa, czy o prozie, poezji, czy muzyce. Starczy sam szelest kartek, przeczytanie paru zdań lub strof, pierwsze nuty lub sceny, by z człowieka spłynęło zmęczenie i stresy, problemy zostały pokryte emanującym z dzieła spokojem, ciężkim i dobrym jak miód lejący się na rany i chociaż przez ten krótki czas doświadczania, wszystko było dobrze, nawet jeśli potem znowu będziemy musieli wrócić do sprawy i problem rozwiązać. Wspomnienie tego "dobrego czasu" pomaga jeszcze wiele razy. Starczy sobie przypomnieć.
Dla mnie takim ukojeniem zawsze była niezwykła poezja Dylana Thomasa, baśniowość strof Bolesława Leśmiana, "Sonata księżycowa" Beethovena czy "Cztery Pory Roku" Vivaldiego, których słuchanie zabiera mnie dosłownie w inne wymiary, oraz płyta "Voyager" Michaela Oldfielda, która przenosi mnie wprost do Szkocji i Irlandii; swoim klimatem i brzmieniem swym zabiera absolutnie wszystkie smutki. Starczy też, że odpalę jeden, jedyny film, zupełnie nie pasujący do tego, co zazwyczaj oglądam i kocham - by było mi lepiej, promieniujący tak dobrym, pozytywnym przesłaniem, że bez względu na to jak bardzo by się odechciewało żyć - po tym filmie te chęci wracają. Tak przynajmniej jest u mnie po obejrzeniu "Sekretnego życia Waltera Mitty".
Niepozorny ten film, obyczajówka z pozoru, traktuje o równie z pozoru szarym, małym człowieczku, zamkniętym w jednej z szufladek korporacyjnych wielkiego czasopisma, który... okazuje się nagle być człowiekiem wielu możliwości i niesamowitej wyobraźni, gdy przychodzi do szukania pewnego bardzo ważnego zdjęcia...
Nie będę tu streszczać filmu i pisać jego recenzji. Znajdziecie ich na kopy na blogach poświęconych filmom. Powiem jedynie, że film ten daje nadzieję na lepsze jutro. Na to, że warto jest czasem wyleźć ze swej jamki, nawet jeżeli czyni się to niemal wbrew sobie, będąc zmuszonym okolicznościami. Ponieważ postawiony na samej granicy swoich możliwości nagle odnajdujesz siły i pomysły do realizacji najdzikszych planów, których istnienia nawet byś się nie domyślił, siedząc zamknięty w bezpiecznych czterech ścianach. W pewien sposób w bohaterze odnajduję samą siebie, przede wszystkim dlatego, że z charakteru i wyobraźni bardzo jesteśmy do siebie podobni. I wtedy, gdy po raz kolejny oglądam, co ten facet wyczynia, dążąc uparcie do swego celu, nadchodzi taka refleksja: jeśli on potrafił, nawet jeżeli jest to tylko fikcyjna postać, to może ja też będę potrafiła?
Wiecie, tak właśnie się nad tym zamyśliłam... pierwszy raz obejrzałam ten film na wiosnę tego 2016 jeszcze, roku. I mniej więcej w tym samym czasie zamiast tylko marzyć o tym, że być może kiedyś napiszę coś wartego wydania jako książka, nagle zaczęłam poświęcać pisaniu praktycznie cały swój wolny czas. Szkolę warsztat nieustannie co prawda, pisząc różne rzeczy odkąd skończyłam 15 lat, ale właśnie mija ten rok, gdy na serio wzięłam się za siebie. Czy możliwym jest, by właśnie ten film przepchnął mnie przez barierę, gdzie z jednej strony jest "A po co.. i tak się nie uda...", a z drugiej: "A, do cholery, nie uda się na pewno jak nie spróbuję!"?
Przekroczyłam ją. Piszę mocno i dużo, nie tylko na Bantofelki. I jestem w trakcie projektu, który po dopracowaniu ruszy pewnie do wydawców, choć ku temu długa jeszcze droga, a ja ciągle poprawiam, dokonuję korekty istniejącej treści, dodaję kolejne rozdziały, choć na początku miało być to tylko krótkie opowiadanie i... mam nadzieję. Tym razem nie tylko mrzonkę, która pozostanie wyłącznie marzeniem, bo jak wydać coś, jeśli się nie pisze nic i nie ćwiczy? Tym razem ma tę mięsistość i podstawę. Ma Waltera Mitty pod skórą jak nic. Ten film mnie zdecydowanie natchnął i bez wątpienia nie zapomnę mu tego za nic.

Gdzie w tym wszystkim miejsce dla ciasta klementynkowego? Ano w samym centrum wydarzeń. Dokładnie tam, gdzie zwykle widywanie w tle akcji filmów i książek potrawy (jeżeli to nie o nich jest dzieło), nie lądują. Tutaj, wydawałoby się, że ciasto klementynkowe również podzieli ich los. Pojawia się bowiem całkiem na początku filmu, jako ulubiony wypiek, prezent od matki Waltera na jego urodziny i właściwie każdy by o nim zapomniał... gdyby nie pojawiło się znowu, tym razem w tle jednej z plastycznych fantazji Mitty'ego. Potem ponownie już w trakcie jego niesamowitej podróży. I kolejny raz trafiamy na jego kawałek, gdy literalnie stanowi ścieżkę z okruszków, którą bohater może nadal podążać za swym celem, w momencie, gdy stracił już nadzieję. I na koniec, słuchajcie, to bajeczne ciasto okazuje się być przepustką graniczną, udowadniając, że koczowniczy warlordowie nie powiedzą "nie" temu wypiekowi, ani, rzecz jasna, temu, który ich nim poczęstował. Ciasto klementynkowe ratuje dzień! I na pewno Waltera Mitty, pojawiając się również w finale opowieści, zlepiając ostatnie, luźne wątki w momencie gdy już myślimy, że cała wyprawa bohatera, wszystkie jego pomysły są funta kłaków nie warte i nie będzie happy endu.
Właściwie... nie ma go. Ale jest nadzieja i pozytywny blask w oczach tego, który skończył film oglądać. Ciepło w umyśle. Nadzieja, której być może wcześniej nie dostrzegał. I wspomnienie tego cholernego ciasta, która raz wczepiwszy we mnie kły, nie odpuszczało. I w końcu doczekało się sezonu klementynkowego, który u nas przypada w zimie. A gdy w końcu je upiekłam - dokonało kolejnego, malutkiego tym razem, cudu, udowadniając, że magia istnieje na tym świecie, nawet w tak niepozornej postaci, jak ciasto.

Oto, jak widzimy je w filmie.

Wygląda z pozoru jak biszkopt, więc właściwie niepozorna to rzecz, biszkoptów u nas na pęczki w Polsce. Jednakże, gdy zaczęłam już za nim grzebać, dotarłam do kilku zdumiewających informacji.
Po pierwsze, jest to ciasto całkowicie bezglutenowe. Ani grama mąki pszennej nie ma w tym wypieku, co bez wątpienia ucieszy bezglutenowców.
Po drugie, najwyraźniej ciasto Waltera, jak donosi autorka przepisu, którym się posiłkowałam, nim nie skoczyłam do wersji oryginalnej, bazowane jest na prawdziwym wypieku Nigelli Lawson i z jej przepisu wykonano to oryginalne ciasto klementynkowe, które możemy oglądać w filmie. Naszukałam się jak głupia wersji innej, ponieważ wszyscy rzucili się bezmyślnie na to ciasto Nigelli i nikt nie zastanowił się, czy Cathy Merenda (ta od pierwszego linka) nie robi maniany i reklamy ulubionej kucharce-celebrytce, a ciasto powstało z innego przepisu. I niestety, jedyne, do czego się dogrzebałam, to to, że ciasto klementynkowe wywodzić się może od ciasta pomarańczowego, pochodzącego z kuchni żydowskiej i właściwie tamto też jest bezglutenowe, pieczone, jak i to, na zmielonych migdałach. A inne wersje ciasta klementynkowego, niż ta od Nigelli, były zwyczajnie alteracjami jej przepisu. A zatem pozostaje mi wierzyć, że faktycznie, Nigella przyłożyła tu nieświadomą rękę i stworzyła wypiek, który po filmie stał się sławny.
Po trzecie, w cieście lądują CAŁE owoce. Ze skórką, z "białym" spod niego i, rzecz jasna, samym owocem, dla doskonalszego aromatu. Nie obawiajcie się jednak: chemicznych woni albo goryczki w nim nie poczujecie, ponieważ te klementynki, zanim się wrzuci je pod ostrza miksera, są gotowane co najmniej dwie godziny we wrzątku. Wszystkie chemie po prostu znikają podczas tego procesu. Pozostaje sam wspaniały aromat i mięciuteńkie owoce, jakże łatwo poddające się mieleniu na gładką pulpę, których smak  potem wyczuwamy w cieście.
Po czwarte... właściwie to go nie ma. Chciałam tu się pochwalić, że mój osobisty mąż oświadczył, że to chyba najładniejsze ciasto, jakie kiedykolwiek zrobiłam, a moja ekipa fabularnych wilkołaków zjadła je w takim tempie, że ledwie ocaliłam kawałeczek dla siebie (mówię wam: kwadrans i ciasta zwyczajnie nie było!), ale to chyba nie jest aż takie dziwne, jeśli chodzi o wypieki od Nigelli. Zaprawdę powiadam wam, ta jest prawdziwą Domową Boginią.

Samo ciasto nie przypomina w żaden sposób naszych tradycyjnych wypieków. Na pierwszy rzut oka wygląda jak ciężki biszkopt, ale starczy pierwszy kęs jego kremowej niemal konsystencji i człowiek WIE, że to absolutnie żaden biszkopt nie jest, tylko coś zupełnie niezwykłego. Smacznego. Aromatycznego ponad wszelkie przypuszczenia i jasną barwę ciasta, która nie sugerowała aż takiej eksplozji smaku. Nie za słodkiego, ale przyjemnego i dla tych, co słodkości lubią i dla tych, co lecą w bardziej wytrawne klimaty. Zresztą i tę słodkość regulować możemy sobie lukrem, którym zdobimy górę ciasta. Więcej cukru lub soku, mieszanie go z wodą lub nie i w końcu osiągniemy właściwy efekt. Ja postawiłam na full aromatu i użyłam do lukru wyłącznie soku z klementynek i cukru pudru i byłam zachwycona.
Należy jednak pamiętać, że nie da się tu robić skrótów. Klementynki MUSZĄ być gotowane co najmniej dwie godziny. Inaczej nie zmiękczymy ich należycie, nie pozbędziemy się goryczy ze skórki, a tym bardziej chemii i wosków i popsujemy wypiek. Co prawda możliwe jest gotowanie w mikrofali, ale tu też dotarłam do komentarzy, że nie jest to za dobry sposób i bardzo łatwo spalić owoce, albo ich nie dogotować. Lepiej więc wytrzymać te parę godzin i mieć fantastyczny wypiek (i pełny dom aromatu klementynkowego przez kilka godzin) niż potem z zawodem wyrzucać ciasto do kosza.

Za chwilę Święta, a ciasto klementynkowe może doskonale służyć ozdobie stołów, nawet jeśli nie na Wigilię (wykopane przez tradycyjne makowce i serniki, ale to się im daruje w imię zwyczaju), to na później, gdy zacznie nas odwiedzać rodzina z życzeniami. Podarujcie im... magię ciasta i filmu o  Walterze Mitty. Ona istnieje. Starczy w nią i w siebie tylko uwierzyć...

Please scroll below for the "red" recipe in English version:)

 

 
Składniki:

Ciasto:
375g klementynek
6 jajek
225g cukru
250g mielonych migdałów (najlepiej blanszowanych, bez skórek, które mogą nam zaciemnić niepotrzebnie ciasto; powinny też być praktycznie mąką, żeby ciasto wyszło należycie kremowe w konsystencji)
1 łyżeczka proszku do pieczenia (powinien również być bezglutenowy, ale jeżeli nie mamy takiego, można ten składnik pominąć)

Lukier:
2 szklanki cukru pudru
1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku z klementynek

Klementynki w cukrze:
3 klementynki
2 szklanki cukru
1 szklanka wody


Wykonanie:

Klementynki przeznaczone na ciasto wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i gotujemy co najmniej 2 godziny, by pozbyć się z nich wosków, chemii i innych świństw ze skórki, aż do momentu, gdy będą mięciutkie. Jeżeli tu i ówdzie skórka popęka - nic się nie dzieje.

Wodę odlewamy, ugotowane klementynki chłodzimy, potem przecinamy na pół, wyjmujemy ewentualne pestki i wrzucamy do miksera. Ze wszystkim. Blendujemy owoce na gładką pulpę, odstawiamy na bok.

Nastawiamy piekarnik na 190 stopni Celsjusza.

Do miski od miksera wbijamy jajka, ubijamy mikserem na puszysto.

Następnie dodajemy cukier i zmielone migdały oraz proszek do pieczenia i miksujemy wszystko razem.

Dodajemy pulpę owocową do mikstury, ubijamy raz jeszcze.

Standardową, okrągłą blaszkę wyścielamy papierem do pieczenia.

Wylewamy na nią ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy ciasto około godziny, do momentu, aż patyczek wetknięty w ciasto wydobędziemy suchy.

Po pierwszych 40 minutach pieczenia przykrywamy ciasto płachtą folii aluminiowej, by się nie spiekło u góry i w tej postaci dokańczamy pieczenia.

Wyciągamy ciasto z piekarnika i studzimy je całkowicie, pozostawiając w blaszce, aż będzie zupełnie zimne. Dopiero potem można je wyjąć i ściągnąć papier.

Wtedy też szykujemy sobie lukier i klementynki w cukrze.

Cukier puder mieszamy z taką ilością soku z klementynek, by wyszła nam średnio gęsta, smarowna mikstura. Pokrywamy nią starannie cały wierzch ciasta.

Klementynki do kandyzowania kroimy na dosyć cienkie plasterki (ze wszystkim, ponownie nie obieramy skórki).

Na patelnię wsypujemy cukier i wodę, mieszamy, podgrzewając, aż całkiem się rozpuści.

Do powstałego syropu wrzucamy plasterki klementynek i macerujemy w miksturze cukrowej przez ok. 15 minut, przewracające je co jakiś czas.

Po tym czasie wyjmujemy je z cukru, otrzepujemy jego nadmiar starannie (ostrożnie, są bardzo gorące) i szybko przekładamy na płachtę papieru do pieczenia, by ostygły.

Gdy będą zimne, dekorujemy nimi ciasto klementynkowe, układając na lukrze.

Ciasto najlepiej smakuje dzień po upieczeniu i wtedy doradzam je serwować.

Smacznego!
----------------------------------------------

Ingredients:

Cake:
375g of clementines
6 eggs
225g of sugar
250g of ground almonds (blanched, without the dark skins, otherwise it can make the cake darker)
1 tspn of baking powder (it should be gluten-free, but if we do not have that kind, ommit the ingredient entirely)

Glaze:
2 cups of caster sugar
1/2 cup of freshly squeezed clementine juice

Candied clementines:
3 clementines
2 cups of sugar
1 cup of water


The making of:

The clementines for cake put into the pot, cover with a cold water and cook at least for 2 hours to get rid of any wax, chemistry or other stuff from the skin, until they are soft and not so shiny. The skin may torn here and there while cooking  - do not worry about it, the insides are ok.

Pour out the water and cool the fruits. Then cut half the fruits to get rid of the pips and dump them into the mixer. With skin and everything. Blend them smooth. Set the pulp aside.

Preheat the oven to 375 degrees Fahrenheit.
 
Put the eggs into the bowl of mixer and mix them until light. 

Then add sugar, ground almonds and baking powder and mix it alltogether.

Add the pulp to the mixture, and mix again.

Put the sheet of baking paper into the round baking tin.

Pour inside the dough and take it to the oven. Bake for about 1 hour, until the toothpick comes out clean.

After the first 40 minutes of baking you should cover the top of the cake with a sheet of aluminium foil to prevent overburning the cake.

When the cake is ready, remove it from the oven and let it cool completely on the rack, but do not remove it from the tin, until cold.

When it is cold, remove it from the tin, and take off the baking paper.

 Now you can prepare the glaze and candied clementines.

Mix the caster sugar with enough of clementine juice to get a medium thick mixture. Cover with it the whole top of the cold cake.

The remaining clementines slice thinly (again, with everything, do not remove the skin).

Pour the sugar and water into the deep pan, and mix it until dissolved, heating it up.

Put the slices of clementines into the syrup and cook for about 15 minutes, fliping it up from time to time.

When the time passes, remove them from the sugar mixture, drain it from the excess of sugar syrup and quickly put them on the sheet of baking paper, to cool.

When the candied clementines are cold, decorate the cake with them, fashioning on the glazed top as you wish.

The clementine cake tastes best the day after the baking, and that is when I suggest to serve it.

Cheers!

wtorek, 29 listopada 2016

Cheysulski napitek miodowy (saga "Kroniki Cheysuli") / Cheysuli Honeybrew ("Chronicles of the Cheysuli" saga)

Please scroll below for the "red" English version of the post:)

Pod kilkoma względami post, który będziecie zaraz czytać jest absolutnie unikalny na skalę bantofelkową. Nie było jeszcze takiego, ale, kto wie, jeżeli taka forma spotka się z pozytywnym odzewem, może zechcę ją jednak wprowadzić na stałe. Chociaż, nie ukrywam, będzie to cholernie pracochłonne.
Niezwykłość tego posta leżeć będzie w dwóch podstawowych rzeczach. Po pierwsze: będzie od początku do końca dwujęzyczny, w języku polskim i angielskim, jak zresztą widzicie już po charakterystycznym zdaniu na samej górze, pisanym czerwoną czcionką. Jestem w stanie to zrobić całkiem sprawnie, przyznam nieskromnie, jednakże im dłuższa będzie felka, tym więcej polonizmów i wstydliwych byków wkraść się może, a tego chciałabym wszystkim oszczędzić. Dlatego też postaram się skrócić te dwujęzyczną felkę tak bardzo jak to tylko możliwe, zachowując jednak całość treści, jakie chcę w niej wam przekazać.
Drugi powód ściśle powiązany jest z pierwszym. Jak widzicie w tytule - napitek, który wam tym razem zaproponuję, pochodzi z serii książek "Kroniki Cheysuli" autorstwa amerykańskiej pisarki Jennifer Roberson. A ta seria to praktycznie jeden z dwóch  "kamieni z Rosetty" - podwalin pod moje umiłowanie fantasy. Jest też bezpośrednio odpowiedzialna za moje absolutne uwielbienie tematu ludzi zmieniających się w zwierzęta i rozmawiających z nimi w fantasy, zanim jeszcze dokopałam się do systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa" i oddałam mu serce. Rozumiecie: jedni najbardziej lubią czytać o magach, inni o barbarzyńcach; ja w ten sam sposób łapię się na ślepo za wszystko, co traktuje o zmiennokształtnych rasach.
"Kroniki Cheysuli" były pierwszymi, które zdobyły mnie tak do samego końca i absolutnie. Nawet "Światu Czarownic" Wielkiej Mistrzyni Andre Norton się to nie udało aż w takim stopniu. Ta niezwykła opowieść o magicznej rasie zmiennokształtnych wojowników i ich niezwykle inteligentnych zwierzętach zwanych lirami, z którymi dzielą umysły i dusze, o ich sojusznikach i zajadłym, magicznym wrogu, walce o spełnienie się starożytnego Proroctwa, zdradzie, prawości, polityce, wojnie i miłości (w rozsądnej dawce, w porównaniu z resztą wątków) jest moją ukochaną serią książek odkąd w 1996 roku przeczytałam "Zmiennokształtnych" dosłownie w kilka godzin i przez ten czas ani razu nawet nie pomyślałam, by strącić je z zaszczytnego pierwszego miejsca wśród najukochańszych na świecie książek. W ciągu 20 lat nie zjechały nigdy na drugie miejsce, o trzecim nie wspominając, gdzie spokojnie tasowały się przez lata historie o czarownicach Wielkiej Mistrzyni, opowieści o smokach z Pernu, Pani Smoków Anne MacCaffrey i anielska saga "Samaria" od Sharon Shinn. "Kroniki Cheysuli" są... moje. A ja jestem ich. I tego absolutnie żadna inna książka już nigdy nie zmieni.

Dlatego przepisowi z tej serii poświęciłam naprawdę wiele, wiele serca i wysiłku. Jakżebym też mogła chociażby gdybać na temat napitku cheysulskiego, który wybrałam sobie do powołania do życia na blogu, bez konsultacji z jego twórczynią, panią Roberson? Tak jest... jako do tej pory dzielnie męczyłam pytaniami Kubę Ćwieka i Anetę Jadowską o potrawy z ich książek, tak ośmieliłam się potuptać w ten sam sposób do tej, która... uczyniła mnie taką miłośniczką fantasy, jaką jestem teraz (inaczej się tego nie da określić) i z lekką tremą ośmieliłam się ją zapytać, czy rozważyłaby udzielenie paru informacji największej fance Cheysuli jaką ma w Polsce. Wiecie, że się zgodziła i cudownie ciepło i z entuzjazmem przyjęła moje pomysły odnośnie odtworzenia napitku? Oraz, że dostałam od niej tonę naprawdę przydatnych info, które mnie jednocześnie zachwyciły i sprawiły, że wyklinałam na polskich tłumaczy sagi w żywy kamień za kolejne przekłamania oryginału jeszcze bardziej niż dotychczas? Bo, kurcze to, jakich ludzie ten przeklęty Amber zatrudnił do tłumaczenia książki, to woła o pomstę do nieba. Nie dość, że wydali tylko połowę serii, swoim obrzydliwym zwyczajem olewając fakt, że w Polsce ktoś pragnie poznać te historie do końca, (ale nieee... kasa liczy się najbardziej!), to wzięli do tłumaczenia ludzi dla który cheysulskie nogawice - "Cheysuli leggings" - są tym samym co polskie skarpety! Którzy spowodowali kompletny zamęt w kwestii  charakterystycznej cheysulskiej ozdoby - złotych obręczy - bransolet z lirem, noszonych tuż pod bicepsem - tłumacząc "Lir arm-bands"  na naramienniki z lirem, które, kurwa mać, wybaczcie słownictwo, są zupełnie czym innym niż opisane ozdoby i gdzie indziej się je nosi! I którzy wreszcie najbardziej charakterystyczny napitek mojej uwielbianej rasy zmiennokształtnych Cheysuli, noszący oryginalnie dźwięczną nazwę "Cheysuli Honeybrew" - przetłumaczyli na Cheysulskie piwo miodowe, każąc każdemu w Polsce sądzić, że ta rasa spożywa chmielony napój z pianką na dwa palce. Włącznie ze mną.
Akurat to "honeybrew" i przetłumaczenie go jako piwo mogłabym wybaczyć i nie wkurzam się o to jak o poprzednie koszmarki translacyjne, ponieważ "brew" to faktycznie slangowa, stara nazwa piwa, ale też nie wyłącznie. Pod tą nazwą kryją się również wszelakie, robione domową metodą napoje alkoholowe, a tłumacz też nie siedział w głowie Jennifer, by się domyślić, czy chodzi o piwo czy inny napitek, więc wziął najprostszą formę i osiadł na laurach.

Jako się rzekło (nim się znowu rozpisałam, w swym słusznym gniewie grzmiąc na niedouczonych tłumaczy), przyjemnie pogawędziłam sobie e-mailowo z Jennifer Roberson, co zaowocowało wyjaśnieniem podstawowej kwestii, czyli tego czym jest, a czym nie jest "Cheysuli Honeybrew". Jest, jak się okazuje, cheysulskim napitkiem na bazie miodu pitnego, tylko mocniejszym, słodszym, ciemniejszym i bardziej korzennym, niż nasze zwykłe sklepowe lub pędzone w domu miody. Jako wyrób domowy, a raczej namiotowy:) nie zalatuje też spirytusem i siarczynami konserwującymi, bo cała jego moc idzie prosto z przefermentowanego miodu. Ze względu na moc, serwuje się go w niedużych, drewnianych kubkach, mniejszych niż typowa szklanka (powiedziałabym, że 200ml max.) najlepiej z grubymi ściankami, bo prawidłowa forma podania cheysulskiego napitku miodowego jest na ciepło, czy wręcz na parująco, by rozgrzać i wlać w kości podróżnego ciepło domowego ogniska i powitania. Rzecz jasna na zimno też można go podać i taki też Cheysuli i ich goście popijali w książkach, ale w mojej opinii ciepło dodaje mu kopa i sprawia, że te wszystkie przyprawy korzenne i miód, zawarty w napitku, parują najcudowniejszym na świecie, dzikim charakterem, z którego przecież słyną Cheysuli.

I właśnie z tego względu, że Jennifer wie, że napitek jest w produkcji, że to jest jej dzieło, które okazało się tak fantastyczne w smaku, że moi znajomi już żądają go ode mnie za każdym razem, gdy przyjdą z chłodnej, zimowej aury w odwiedziny i że z takim ciepłem przyjęła mój pomysł i że, do cholery, jest to jedyny sposób w jaki mogę jej podziękować za stworzenie sagi o Cheysuli - przetłumaczę cały ten post na angielski, by i ona mogła go zrozumieć i uśmiechnąć się na myśl jaką to die-hard fankę ma w tym kraju turów, po z górą 30 latach od stworzenia serii "Kroniki Cheysuli". A także, kto wie... może zechce spróbować dzieła swego umysłu i moich rąk i zasmakuje?

A skoro tak, należałoby się już zabrać do pracy z odtwarzaniem cheysulskiego, miodowego napitku, nie? Szczególnie, że tak właściwie to jest to niezwykle szybkie, jeżeli idzie się na skróty.

Miodowy napitek Cheysuli stworzyłam, zgodnie z informacjami od Jennifer, z domowego miodu pitnego, którego pierwszą, chwalebnego smaku partię nastawił mój własny mąż na początku tego roku. Miód odstał i przefermentował swoje, przeniósł się kilkakrotnie do różnych butli i praktycznie w tym momencie jeszcze miesiąc i będzie lądował w butelkach na leżakowanie. Im bowiem miód dłużej leży, tym lepszego nabiera smaku i mocy. Jak jednak widzicie - czeka się co najmniej pół roku  na bazę dla napoju. Jest to więc dłuższa ale i najlepsza możliwa smakowo wersja Honeybrew, jaką uzyskamy, jeżeli do poniższego przepisu użyjemy wyrobu domowego.
Niecierpliwi mogą pomodlić się do bogów o znajomych, którzy również sycą własne miody w domowym zaciszu i są skłonni poratować ich szklaneczką. Lub w ostateczności, zakupić sobie butelkę dobrego czwórniaka, trójniaka, lub dwójniaka i (o ile zapach siarczynów i spirytusu nie zepsuje im odbioru) już po kwadransie od powrotu z monopolowego, cieszyć się napitkiem. Ponieważ jedyne, co zrobimy tak naprawdę, to dosmaczymy nasz miód pitny prawdziwym miodem i przyprawami w ilościach, jakie po wielu próbach i degustacjach kolejnych wersji napoju (po których to testach solidnie kręciło się paru osobom w głowie:D) dobrałam tak, by wszystko w napitku idealnie było czuć: od kopa alkoholowego, po rozwijające się w cieple zapachy i aromaty przypraw korzennych, parujące z kubka, po cień aromatu anyżu na końcu języka, gdy napitek już przełkniemy.
Ważne jest również to, by za każdym razem tworzyć sobie świeżą porcję cheysulskiego napitku. Świeży wiadomo, najlepszy. Natomiast na chwilę obecną nie jestem w stanie przewidzieć, co się stanie, jeżeli miód zaprawiony cheysulsko, zapakujemy do butelki i pozwolimy mu stać. Czy nie skwaśnieje? Czy nie skorzysta z dodanej porcji cukrów, drożdże się nagle nie ruszą do życia i nie przefermentuje w ocet (bo i tak się stać może)? To jest kwestia testów... na które niestety nie bardzo możemy sobie z mężem pozwolić, bo po miód, jeszcze nie gotowy, już ustawia się kolejka chętnych, więc marnowanie go nie leży obecnie w naszej sferze zainteresowań:)

Biorę pod uwagę fakt, że jeżeli zechcecie wypróbować przepis już teraz, to na pewno nie zaczniecie od procesu sycenia miodu, by za rok doczekać się efektów, tylko zwyczajnie sięgniecie po gotowy miód pitny z dowolnego źródła. Dlatego przepis obecny zawierał będzie informację, że użyć powinniśmy jako bazy do napoju domowej produkcji miodu pitnego. Wskazówek teraz na tę produkcję nie podam. Nie w tym przepisie. Raz, bo jak napisałam wyżej, nikt czekał nie będzie rok na to, by go popróbować, jeżeli chce napitek zrobić teraz, a dwa, ponieważ mój ślubny mniejszą uwagę zwraca na proporcje składników niż ja, więc gdy go dziś dręczyłam o dokładne ilości drożdży i innych składników, jakie dodawał do miodu na początku sycenia, prawie rok temu, odpowiedział z niezmąconym spokojem (nie zwracając uwagi na moje sfrustrowane sapania): "nie pamiętam, ale jak będę kupował składniki na nową partię miodu, to się dowiem od winiarza i ci powiem".
Cóż więc zrobić: teraz nie wiem na tyle, by podać wam sprawdzony przepis na doskonały domowy czwórniak, jaki zrobiliśmy, co musicie mi wybaczyć. Ale tak czy siak, Bantofelki doczekają się przepisu na miód pitny, pewnie jeszcze w tym roku, to wam mogę obiecać.

A teraz, bez dalszych opóźnień, przystąpmy do stworzenia cheysulskiego napitku miodowego, by rozgrzać się w ten chłodny, wietrzny i śnieżny (przynajmniej w Polsce), listopadowy czas. A potem zalecam z kubkiem w dłoni zwinąć się w kłębek w ulubionym fotelu, okryć ciepłym kocykiem i sięgnąć po pierwszy tom "Kronik Cheysuli" Jennifer Roberson - "Zmiennokształtnych", by w pełni docenić niezrównane walory pierwszego i kolejnych tomów sagi i jakże tematycznego napoju, pasujące do siebie jak Lir i jego Wojownik, w idealnym sul'harai.

Cheysuli i'halla, shansu (Niech ogarnie was spokój Cheysuli)...


Składniki (na 1 kubek Cheysulskiego napitku miodowego):

240ml domowego miodu pitnego np. czwórniaka
2 goździki
1 łyżka naturalnego miodu gryczanego lub spadziowego (powinien być z gatunku ciemnych)
1 kora cynamonowa
szczypta(na koniec łyżeczki) sproszkowanego imbiru
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 gwiazdka anyżu
1/3 łyżeczki zmielonego cynamonu

Wykonanie:

Miód przelać do garnuszka z grubym dnem, połączyć z łyżką miodu i resztą składników, poza sproszkowanym cynamonem.

Podgrzewać miksturę na niewielkim ogniu aż się zagotuje.

Wyłączyć ogień, dosypać sproszkowany cynamon, starannie wymieszać i raz jeszcze podgrzać, nie zagotowując tym razem.

Gdy napitek zacznie ponownie mocniej parować, ściągnąć z ognia i zostawić na moment w garnuszku, by aromaty sie przegryzły a temperatura napoju nieco spadła.

Przelać ostrożnie mocno ciepły cheysulski napitek miodowy do kubka o grubych ściankach, starając się zostawić przyprawy na dnie garnuszka (można i przez sitko) i spożywać z ogromnym zadowoleniem.

Smacznego!

-------------------------------------------


The following post is a really unique one on this blog. There has never been one like this before on Bantofelki, but, who knows, if you like it and request more in the new fashion I am presenting now, maybe it is a beginning of something new and good and stays that way permanently. Though it will be really time consuming, I must say.
The difference between this and all the previous posts is relaying mainly on two things.
One: it will be bilingual from the top to the bottom, in Polish as well as in English, as you might have already noticed, reading the red note on the top of the text. In my humble opinion, having all the translating experience throughout the years of studying English, I am capable of doing this without many problems. Although the longer the original colie is ("colie" - short from "column", which I obviously cannot write yet. But "colies" - a small columns - indeed I do:) "Felka" is the polish translation for "colie"; shortage from "Felieton"), the more possibilities I may have to make stupid grammar mistakes and polonisms, which, of course, should not appeare in any released text if the author wants to be treated seriously. That is why I will try to make it not as long as I usually do, but still conclude all the information I feel are necesarry, in it.
The second reason, which makes this colie so special, is closely connected with the first one, although at first it may not seem this way. As you can see in the title of the post - the beverage which is the main hero of this colie appeared for the very first time and thus was created for "The Chronicles of the Cheysuli" - a fantasy book series of an American author Jennifer Roberson. And this book series is practically one of the two most important "Rosetta stones" in my career as a fantasy fangirl - a basics which made fantasy my main bookwormy love interest. And The Cheysuli series is definitely the one which conquered me for the topic of humans shapechanging into animal form and having with them telepathic contact to the point it became my most favourite thing in all the fantasy verses, long before I became familiar with "Werewolf: The Apocalypse" role-playing game. Are you getting my point? There are the ones that love to read everything they put their hands on  about mages or barbarians or vampires; For me - it is the shapechangers and everything connected with them.
"The Chronicles of the Cheysuli" series was the first one that owned me to the very core of myself. This never happened before, even with "The Witchworld" series by The Grand Mistress Andre Norton, which I also love dearly and read a year earlier. This amazing tale about the magical race of the Cheysuli - shapechanging warriors, and lir - the animals connected with them on a level of spirit and mind, their allies and lethal, magical enemy, the fight to fullfill the ancient Prophecy of the Firstborn, betrayal, righteousness, politics, war and love (in a reasonable amount in comparison to the rest of the story threads) is my beloved book series from the memorable year 1996, when I read for the first time "The Shapechangers" - the first book of this 8-part-saga. In a matter of a few, short, delightful hours spent on reading it I imediatelly put it on the very TOP THREE of my favourite book series and, while the years have passed by, not even once thought about changing their position. The Cheysuli saga was always on the first place, never gone down to a second or the third position, which belonged interchangeably throughout these 20 years to the witch stories of the Grand Mistress, tales about the dragons of Pern created by The Dragon Queen Anne McCaffrey, and angelic saga "Samaria" by Sharon Shinn. "The Chronicles of the Cheysuli" are... mine. And I am theirs. And there is no changing of them or me, like ever.

Therefore I put a lot of work and heart into the recipe which was based on a beverage from my beloved series. Following this, how could I even think about recreating the traditional Cheysuli beverage without consulting with the author, Ms. Roberson? That is right... till this moment, only the Polish authors: Jakub Ćwiek and Aneta Jadowska had the "pleasure":P to meet with my hurricane of questions concerning the foods and drinks from their books. So, to make it all right and just how it should be, I fought my shyness and allowed myself to contact with the one author who's stories made me... well, me, as fangirly as I am now (there is no other way to describe it) and ask humbly if she would be so kind and answer some Cheysuli based questions to the biggest Cheysuli fan in Poland she has. Can you imagine my wonder when she actually said yes, and approached to the idea of me recreating the Cheysuli beverage in a real life with kind and warm interest? And thanks to Jennifer I got a lot of incredibly important information which, at the same time made me fiery mad for Polish translators! Again! For it is unbearable to read some parts of the Cheysuli saga they translated not paying any attention to what kind of book they translate and even what time period is the whole saga embed if you compared it to the real life history. So, thanks to Amber publishing house it hired them (not to mention about releasing only four of the total eight books of the whole series... how typical for Amber!), we could read in a Polish edition about "Cheysuli leggings" which were translated as "socks", we were misslead that the traditional Cheysuli adornment - "Lir arm-bands" - golden bracelets honouring the lir, worn directly under the biceps by the Cheysulis, are the "Cheysuli pauldrons" - what is a completelly different thing worn in a different part of a body! And who, finally translated the most characteristic Cheysuli beverage called originaly "Cheysuli Honeybrew" as Cheysuli honey beer", making all of us in Poland reading this, including me, to think about this beverage as a typical hop beer with foam, tasting like honey!
Well, ok, in case of  a "honeybrew" I am able not to loose my temper as much as with the other translation mutants they created, for the "brew" is actually an old, slang name for a beer, but not only for a beer. As I researched the topic recently, I found out that the name was used to describe most of home-made alcoholic drinks in the past, not only for a beer, but also for a mead, wine, tincture and so on. Also the translator probably wasn't too interested in explaining this ambiguity with an author, didn't know what kind of drink it was, and what was on Jennifer's mind when she was writing about the honeybrew, so he took the easiest way, translated it as a beer, and closed the case. How typical...

Anyway, as I wrote previously (before I caught fire and started throwing thunders in a direction of those sloppy translators), I shared a pleasant e-mail conversation with Jennifer Roberson, who explained to me what the "Cheysuli Honeybrew" is exactly and what it is not.
It is, as the author explained, the beverage which base is a home-made mead. However it should be sweeter, more powerful, darker and more spicy then the mead we can buy in a shop, or make it at home by ourselves. As a home-made, or a tent-made:) product it also shouldn't have even a hint of added spirit or sulfurs as a preservatives, for all the alcoholic power and the taste of this beverage comes from fermented honey. Also, according to Jennifer and what we can actually read in a books, the Honeybrew should be served in a small cups, wooden preferably, smaller then typical 250ml (200ml is just enough I would say), or in a thick glass cup because of the high percentage of the alcohol. The reason for this is that honeybrew best tastes served warm or even hot, to warm up the guests in a proper way and when you heat up the alcohol it becomes even more powerful so it would be better to serve it in a small amounts at the time, not to drunk a guest with just a one cup. You can also serve it cold, and as far as I remember it was also drunk like that in a books from time to time, but in my opinion, serving it hot makes all the aroma from spices, honey and alcohol vapour straight into your very core and after just one sip, this amazing beverage bites you as wildly as the Cheysuli drink should be capable of.
So there you have it... the reason. The main reason for it all to be translated. Jennifer knows that the Honeybrew was recreated, she was excited about the topic and expressed her interest in trying it out, and it came out so unbelivably great tasting, that my friends are asking every now and then for a cup, especially when they come to visit us from a cold weather, desiring the warm up. And, damn, this is really a good way to express once again my gratitude to Herself for creating this amazing saga, and this real-life Cheysuli Honeybrew makes a great tribute for Jennifer Roberson, thus I translate it all to English, to allow her to read it and understand. Maybe smile a little bit at the die-hard Cheysuli fan she has in Poland still loyal after decades from the moment "The Chronicles of the Cheysuli" was relesed. And who knows... maybe she will actually make for herself the recreated Cheysuli Honeybrew and declares it tasty and just as she imagined?

Then, there is nothing more I can add here, except encourage all of you reading this text, to make yourself a cup of Cheysuli Honeybrew. Especially because it is as easy and quick as one-two-three. And add bits and pieces of useful information about recreating it, so it came out great.

I made my Cheysuli Honeybrew following Jennifer's information, out of a batch of home-made mead, that my husband started making about a year ago. The mead was fermented a few times, it was poured to a different bottles a few times to clear it up and it needs probably another month to achieve the full potential of the taste, though it is possible to drink after the second change of a bottle, about a 7 months after starting the production. Then it should lie some more, bottled, in the dark shelves, like a wine. For the longer you let it rest, the tastier it becomes. So, as you can see - you have to wait at least 6 months for a base of a beverage to be ready. This is probably the longest way of making it right, but also ensuring the best taste results.
However, if you are unpatient, you do not have to wait so long for the mead. If you have a friend that is making his/her own mead - ask nicelly about a cup of this drink, and there you have the necesarry base. Or you can just buy the mead in a supermarket (just choose it carefully, for it should be the best possible quality to achieve the best results) and about 15 minutes after coming home with it, you can sip your own glass of Cheysuli Honeybrew. Because the only thing that you will be doing with it is seasoning it with a real honey, and spices that I carefully selected and measured the amount and after a lot of taste checkes (which resulted sometimes in a, well... a small hangover:P) decided that everything is tasting perfectly in it: you can smell the rising aroma of honey and spices while the hot honeybrew is vapouring and feel the power of alcohol burning in your stomach and warming you at the same time after just one sip. It is also important to make a fresh batch every time for the sake of the best taste, but also because I am not sure now what will happend if you make more then just one cup, bottle the Honeybrew and let it rest. It may become even better, or become a vinegar. I guess it is the matter of time... and more mead to tests, which we do not have as much as we would like now, therefore this kind of tests will take place some time in a future, when there is enough bottles of mead in a cupboard:)
Now, as you supposedly will not start making the Chesyuli Honeybrew creating the home-made mead for the base, and you just grab a cup of this alcohol bough or offered from your friend, I will only hint you in a recipe about the mead base, necesarry to make this beverage. However I will not give you the recipe for creating it, not yet at least. It will appeare on the blog for sure, but as it is not critically necesarry now (and my husband just do not remembers a proper amounts of ingredients that he mixed like a year ago and never wrote it down), you will have to wait patiently for it till the moment my hubby starts making another batch of home-made mead. And this time I will write down the recipe for you as well as for us, for the future use.

So... there you go. Here is a recreated Cheysuli Honeybrew, which you can made from a good quality mead and a mix of spices and honey, and while there is now snowy, cold and winter weather here in Poland, grab a cup of this fantasy beverage, cover yourself with a warm blanket, and drink it while reading the "Shapechangers" by Jennifer Roberson to fully understand why I loosed my mind over it so completelly and to appreciate the story together with a warm beverage matching it so perfectly like a Warrior and his Lir in a union almost like a sul'harai...

Cheysuli i'halla, shansu (May the peace of Cheysuli lie upon you)...


Ingredients (for 1 cup of a Cheysuli Honeybrew): 

240ml of home-made mead (or the best quality store-bough one)
2 cloves
1 tblspn of a natural buckwheat or honeydew honey (it should have a dark brown colour)
1 pce of a cinnamon bark
a pinch (tip of a tspn) of powdered ginger
1/3 tspn of nutmeg
1 anise star
1/3 tspn of a ground cinnamon


The making of:

In a small, heavy pot mix together the mead with a honey and spices, all except ground cinnamon.

Start heating the mixture on a small fire until it starts boiling.

Remove the pot from a fire, add ground cinnamon, mix it all up, and heat it up once again, this time only till it starts simmering. Do not boil it again.

When it start vapouring heavily, giving up the greatest aroma, remove it from fire and leave it to cool a bit for all the tastes to mixed properly.

While still very warm, carefully pour the Honeybrew into the small cup, trying to leave all the spices in a bottom of a pot (you can use a small strainer for this step) and serve it to your guests or to yourself enjoying the amazing taste of this fantastic beverage.

Cheers!

środa, 16 listopada 2016

Sum-a Wszystkich Wilków Alcide'a Herveaux (serial "True Blood) / Alcide Herveaux' Gone to the dogs catfish ("True Blood" TV Show)

Powiada prorok: "Prawda jest jako dupa; każdy ma własną." Powiada też inny prorok: "O gustach się nie dyskutuje." A jeszcze inny prorok rzecze, w mądrości swojej dzieląc się z nami następującą prawdą: "Ale i tak moja prawda jest najmojsza." Ja zaś powiadam, mimo, że prorokowanie to atut mojej wilkołaczej Teurg, nie mój, że każdy z owych dwóch pierwszych mędrców rzecze mądrze, ale prawdziwą nirwanę wiedzy osiągnął ten ostatni. On bowiem wie, że ludź uwag o tolerancji opinii innych wysłucha, ale i tak zawsze będzie dążył do udowodnienia innym, że nie mają racji, bo rację ma tylko on sam jeden, ostoja rozsądku na tym padole płaczu.

Pozwolę sobie więc oszczędzić dalsze moralizowanie i zwyczajnie oświadczę, że poniższy kawałek tekstu, który zaraz nastąpi jest odzwierciedleniem moich opinii, popartych sporą ilością przeczytanych książek i obejrzanych dzieł i w żaden sposób nie zamierzam wpierać swej opinii komukolwiek. Jeżeli jednak i tak się poczujecie obrażeni i zechcecie mi prawdę trzeciego z proroków spróbować wetrzeć w ryjek w komentarzach, być może w próbie udowodnienia, że nie mam racji, a wy dacie radę moją opinię zmienić - zapraszam serdecznie! Nie ma to jak ognista dyskusja dla rozruszania starych kości i poćwiczenia argumentacji.
A moja prawda i tak jest najmojsza, bo na moim blogu, o:D

A zatem: fantasy fatalnie smakuje z romansem. Obrzydliwie! Połączenie tych dwóch gatunków, dodając do tego jeszcze nonsensowe wątki erotyczne, wygląda tak, jakby kto wziął najlepszy miód pitny i w przekonaniu, że wie co robi i osiągnie doskonały efekt - wsadził do niego przepoconą skarpetkę nie praną miesiąc z całym jej smrodem, brudem i wszelakimi kulturami bakterii. A potem jeszcze do niego nasikał, zamknął dymion i oczekiwał ambrozji. Nie doczeka się. Nie dość, że nie będzie żadnej ambrozji to jeszcze popsuje uczciwy, choć prosty napitek i zmarnuje całość. Te dwie kategorie literackie i filmowe nigdy, przenigdy nie powinny iść w parze, szczególnie jeżeli miesza się je w równych proporcjach, a jedna z nich, zazwyczaj ta dotycząca romansu pisana jest kiepściutko, co niestety jest brzemieniem większości książek powstałych z mixu fantasy-romans. Znaczy, wiecie, ja rozumiem porządną historię, gdzie poczujemy jedynie leciutki powiew czegoś, co dziać się może między bohaterem, a bohaterką, podczas gdy akcja skupiona jest na zupełnie czym innym. Coś takiego jest na przykład w stareńkiej produkcji fantasy "Red Sonja", gdzie Czerwona konsekwentnie przeprowadza swoją misję od początku do końca, bez względu na to, że potencjalny kandydat do jej serca, książę Kalidor cały czas kręci się w okolicy. I co? nie wzdychają do siebie bezsensownie, a jedynie czasem łypią okiem? No nie. I jest doskonale. Podobnie mamy przecież wątek Hana i Lei w doskonałych "Star Wars - Nowa nadzieja", następnie w całych seriach klasycznego fantasy, heroic i dark z lat 80-tych i 90-tych, gdy pisarze fantasy należeli jeszcze do starej, klasycznej szkoły tworzenia książek tego gatunku. Wątek romansu gdzieś tam przewijał się w tle i nie wypływał na wierzch, niespodziewanie a śmierdząco, nie pasując do niczego, jak ta skarpetka w dymionie z miodem pitnym.
Niestety, ktoś kiedyś uznał, że znudziło mu się typowe fantasy i że znajdzie miłośników takiego, w którym nie tylko zabija się smoka i ratuje dziewicę, ale także pada przed tą dziewicą na kolana, prosząc o rękę, potem przelatuje jej siostrę, ma finalnie wyrzuty sumienia w tym temacie gdy sarniooka bogdanka spogląda na niego z przemyśleniami słodkimi i rodzinnymi, widocznymi w oczach (i 2 stronach maczkiem), dochodzi do tego wielka kłótnia, gdy dziewica okazuje się być w ciąży ze smokiem-ciemiężycielem, któremu się było zmarło, a jej siostra to tak naprawdę przyrodnia kuzynka bohatera. No i macie... fantasy nagle staje się tylko tłem, a my, w poszukiwaniu tego tła musimy przedzierać się przez strony bzdur, do tej pory zarezerwowanych dla książeczek z logo arlekina i różową okładką.
Żeby jeszcze tego było mało ktoś inny stwierdził, że skoro temat zaczął przyciągać kobiety, do tej pory niezainteresowane fantasy - fajnie będzie fantasy do tej pory wyraźnie utrzymane w klimacie średniowiecza przenieść w czasy obecne i ten wątek ero-miłosno-fantastyczny wcisnąć w teraźniejszość, a bohaterami uczynić, (ba, niedoruchane nastolatki płci żeńskiej to największa grupa docelowa!) zwykłego nastolatka płci obojętnej. I w ten oto sposób, drodzy państwo, powstał urban fantasy paranormal romans, a na gatunku fantasy dokonano przebrzydłego mordu w dniu, gdy pani Meyer wypuściła swój "Zmierzch" - króla potworków tego odłamu literackiego. Potem nic już nie było lepiej, tylko więcej i więcej (no, skoro się sprzedaje, to piszmy i wydawajmy największy chłam, kaska poleci) pisano i wydawano takich książek. Przez kilka ostatnich lat, gdy człowiek przeglądał półki w księgarni, widział przede wszystkim okładki takich właśnie pseudo-fantasy książek z romansem, jako głównym tematem, i długo musiał się naszukać, by natrafić na coś zupełnie normalnego.

Na szczęście boom na to gówno zaczyna w końcu przemijać, pokolenie nastolatek "Team Edward" i "Team Jacob" wielbiących ślady stóp Stephanie Meyer (która, nota bene, nie napisała nic więcej poza "Zmierzchem"... królowa fantasy, co?) wyszło z gimnazjów i zaczęło odkrywać lepsze, klasyczne książki, sprzedając ze wstydem to, co im zapychało do tej pory półki domowych biblioteczek . I słusznie. Ileż, kurwa, można!?

Ale, jak powiedziałam, pojawiła się nadzieja. Szał przeminął, dzięki produkcji HBO "Gra o tron" i "Deadpoolowi" (w których romansowanie nie przejmuje zupełnie akcji, chociaż jest w zjadliwej dozie) uwierzono w końcu, że coś innego może bawić w książce i kinie i przyciągać publiczność nie będąc dzieckiem gwałtu romansu i fantasy. Coraz tego mniej na półkach księgarskich, wraca powolutku moda na klasykę i tylko mogę tej modzie przyklasnąć. Niestety nadal pozostają serie shitu niemożebnego, z samego centrum tego boomu na paranormal romans, które wydawcy wznawiają z nadzieją, że ktoś się jeszcze na to złapie. Jedną z nich niewątpliwie jest seria Charlaine Harris - "Southern Vampire Mysteries", znana u nas jako "True Blood" - Prawdziwa Krew.

Nie lubię jej!

No dobra, skoro nie lubię, nie trawię i plwam od dwudziestu minut na tenże gatunek, którego jest doskonałym przykładem, czemu się za nią złapałam?
BO MA W SOBIE WILKOŁAKI!:D
A skoro coś ma w treści wilkołaki, to poczytam lub obejrzę to z samego umiłowania gatunku, lub radosnego wytykania błędów ichnim łakom, za każdym razem, gdy błąd ten dostrzegę. Tak samo mam ze wszystkim wikingowym i zaprawdę, powiadam wam, powinno mi się wydzierać z rąk książki i filmy, gdzie owe kategorie się pojawią, bo nie mam litości.

Do rzeczy. Wiecie już, że za jedynie słuszną wizję wilkołaków uznaję zmiennokształtne rasy stworzone przez White Wolf (wydawcę systemu RPG w settingu WoD) i system Wilkołak: Apokalipsa. Czyli dzikie, czyli mądre, chociaż silne, posiadające całą kulturę i stojącą za nimi backstory, dysponujące na dodatek potworną, wilczą formą crinos (jak najbardziej odpowiadającą temu, co najstarsze historie o wilkołakach głoszą), a także cztery inne możliwości zmiany postaci, od człowieka do zwyczajnego wilka. Z nieznanego dla mnie powodu w całym tym zalewie paranormali dla nastolatek, gdziekolwiek pojawiały się wilkołaki, ich wilkołaczość ukazywano wyłącznie poprzez możliwość zmiany w wilczą postać i nic więcej (poza nadmierną hutliwością, która jako charakterystyczna dla wilkołactwa nieustannie mnie zadziwia. W sensie, że jak kto zmienia się w zwierzę to jest genetycznie uwarunkowany do pieprzenia wszystkiego, co na drzewo nie ucieka i należy to podkreślić?). Czemu? Po co? Czyżby puszysty wilczuś pasował bardziej do wątku zakochanej w paranormalnej istocie dziewicy, niż ucieczka przed trzymetrowym bydlęciem, wyglądającym jak potworna krzyżówka wilka i człowieka, o której pogłaskaniu warto nawet nie myśleć, o ile nie chcesz mieć ręki odgryzionej przy samej dupie? Prawdopodobnie poszło to w ten deseń:) Bestia nie pasowałaby do ckliwej historyjki z romansem w tle. Wilkołaczek słodziak - "pudel z pudrowaną dupą" (jak dosadnie kiedyś nazwała takie pseudo-wilkołaki moja kumpelka Veni - również miłośniczka oryginalnego spojrzenia na wilki od strony systemu Wilkołaka) został więc opisany raz, a potem powielony setki i tysiące razy. I teraz pewnie tak, a nie inaczej wygląda w masowej wyobraźni, gdy zapytałby się dowolnego osobnika o jego wygląd, kiedy wilczy człowiek nie jest już człowiekiem.

Wilkołaki z "True Blood", pojawiające się w trzecim sezonie serialu powielają ten schemat. Jedna forma i nic więcej. Nie dano im nawet porządnej siły ani specjalnych mocy, poza doskonałym węchem i świecącymi oczami, oraz wrażliwością na pełnię księżyca w kwestii przemiany w wilka. Nie stanowią dla wszędzie się tam kręcących ssaczy praktycznie żadnej konkurencji, a zatem poza właściwą wilkołakom formą bestii, odebrano im także przywilej bycia głównym wrogiem wampirów. Jednakże, twórcom i miłośnikom ku pokrzepieniu serc powiem, że aż tak strasznie źle z nimi nie jest. Są tam brutalną rasą, pasującą bardziej do światka gangów motocyklowych, robią swoje złe, nieco mniej dobrego i nawet dałoby się z nimi dojść do ładu, gdyby nie to, że komuś się ubrdało, że siły dodaje im picie wampirzej krwi. Co, jak? Co za shit?!
Nie wnikam, kto to wymyślił, pragnąc pewnie podkreślić, że i w tym polu wampiry wysuwają się na front opowiadanej historii (jakby mało było im dominacji w całej serii tych książek, podkreślonej jeszcze przez tytuł serii) i spróbuję o tym fakcie zapomnieć z jednej przyczyny: kulturę i podstawy wilkołaczości zachowano nietknięte, takie jak być powinny. Jest alfa, są watahy, są wilki samotnicy i jest multum różnych ich typów charakterologicznych, wśród których spokojnie wskazać by mógł i dobrych i złych bohaterów. A poza tym mają tam absolutnie zajebisty, wilkołaczy bar, zwący się "Lou Pine's", do którego zdecydowanie bym poszła w dowolnej chwili, lać się po mordach, jak na prawdziwą wilczą babę przystało:)

Podsumowując: "True Blood" jako serial i książka - do dupy. Nie śledziłam za dobrze akcji już w pierwszym sezonie (a po przeczytaniu pierwszego tomu, darowałam sobie resztę), ale w momencie jak zaczęły się tam pojawiać hurtowe ilości dziwnych stworów, a bohaterka okazała się być pół-wróżką, jak niesie wieść gminna - darowałam sobie. Interesowały mnie tylko i wyłącznie wilkołaki w tym serialu i z tej przyczyny, myśląc już nad obecną felką dokształciłam się specjalnie, oglądając czujniej te odcinki, w których się pojawiły, dziury w fabule zalepiając wiki.
A także... jakżeby inaczej - żarcie! Ponieważ w fabule, dziejącej się w południowej części Ameryki Północnej, gdzie magikowanie voodoo jest równie często spotykane jak aligatory na bagnach i moskity - żarcie stanowi bardzo ważną część życia i na dodatek jest przepyszne. Wampierzom wszystko jedno, bo tylko krew albo jej Tru-Podróbę-Blood chłepcą, ale wszystko co żyje, jeść musi. I wilkołaki wcale ludziom nie ustępują. Co prawda więcej piją niż jedzą, ale koleś-wilkołak, najbardziej znany wśród tej wyjącej hałastry i przy tym romantyczne zainteresowanie głównej bohaterki o wdzięcznym imieniu Alcide Herveaux, wcale nie odżegnuje się od kuchni domowej czy z baru Merlotte's i na dodatek sobie dogadza!

Bogom dziękować, że i w kwestii spożycia, wilkołaki zostawiono w spokoju i tradycji. Jedzą dużo, tłusto i smacznie, bardzo często smażone rzeczy z deep fry'a, jak na południowych amerykańców przystało, piją jeszcze więcej, ale zdecydowanie niczego sobie nie odmawiają. Zaś ich dieta, w tym i Alcide w człowieczej formie, wcale nie bazuje wyłącznie na mięsie. Rybką wilk nie pogardzi, jak wskazuje dorwana przeze mnie ostatnio wspaniała książka kucharska: "True Blood - Eats, Drinks and Bites from Bon Temps" - zapełniona tematycznymi przepisami na rozmaite żarełka i napitki z serii. I właśnie ryba z deep fry'a - dosyć nietypowa jak na polskie warunki, a tym bardziej godna uwagi i spróbowania - jest, obok steku i jajek jednym z głównych dań, które są sygnowane imieniem i nazwiskiem tej postaci.
Alcide to wielki facet, z brodą i nieładem na głowie, ogólnie taka postać na która popatrzyć przyjemnie, nawet jak wygaduje głupoty i za szybko zmienia się w wilka jak na mój gust, więc gdzie by tam czym dietetycznym się najadł. Rybę spożywa więc zapewne najchętniej taką, na szybko, w towarzystwie ostrej cebulki i sosu tatarskiego z południa. Rybka, którą rzecz jasna odtworzyłam z przepisu pachnie pięknie, jest złota, i w przeciwieństwie do rybich kęsów z MacSzajsa, składa się z prawdziwej ryby w marynacie... no i nie czuć jej rybą, co powinno ucieszyć tych, którym każda ryba nieapetycznie "jedzie". Podawany zaś do tej rybki - suma, jeżeli koniecznie chcecie już wiedzieć już teraz - południowo amerykański sos tatarski jest absolutnym rarytasem i ma bardzo niewiele wspólnego z sosem tatarskim, jaki kojarzymy my, Polacy, ale jest jednak kwintesencją smaku, doskonale pasującą do smażonego suma.

Wiecie... "True Blood" nie lubię nadal i dokształciwszy się wilkołaczo raczej nie dam rady zmęczyć tej serii do końca. Ale jeżeli reszta potraw z wyżej wspomnianej książki jest tak samo smaczna, jak ten sum - to rękami i nogami zanurzę się w ten skrawek świata serii i być może znajdę coś jeszcze, inną jaką perełkę, która znowu mnie zachęci do zerknięcia w stronę tego serialu.

A zatem: macie i cieszcie się kolejnym daniem z serii wilkołaczych potraw, czyli Sum-ą Wszystkich Wilków Alicde'a (pozwoliłam sobie przetłumaczyć oryginalne "Sum, który zszedł na psy" po swojemu, bo niestety nazwa "catfish" jest częścią gierki słownej w tym tytule, a "sum który zszedł na psy" nie brzmiałby już tak zabawnie). Z sosem tatarskim. I zapewne paroma kłakami sierści, tak dla smaku i podkreślenia kłaczastości tej potrawy. Karta do Makro w rękę (jeśli nie ma innego wyjścia i nigdzie nie dostaniecie filetów z suma, to w Makro mają na sto procent) i lecimy łowić wilczą rybę!

Watahy... stworzyć wilczą potrawę numer trzy! Auuuuuuu! Kto ostatni w rybnym, ten wampir!

Please scroll below for the "red" recipe in english version. 



 Składniki: 

Ryba:
700g filetów z suma, oskórowanych i pozbawionych ości
1 łyżeczka soli
1 i 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 szklanka mleka
2 łyżki musztardy
2 łyżki soku z cytryny
3 lub 4 chlapnięcia sosem tabasco
2 szklanki drobnej mąki kukurydzianej
1 łyżka skrobi kukurydzianej



Sos tatarski:
1 szklanka majonezu
1 łyżka musztardy
1 łyżka świeżej, posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżeczka posiekanego czosnku
1/4 łyżeczki sosu tabasco
sól, pieprz

Dodatkowo:
1 cebula pokrojona w cienkie plasterki, rozdzielone na krążki
olej do smażenia ryby


Wykonanie: 

Filety z suma kroimy na kawałki 2-3 centymetrów, tak w sam raz na dwa kęsy, solimy, pieprzymy i wkładamy do miski.

Dodajemy tam mleko, musztardę, sok z cytryny i tabasco. Mieszamy składniki ze sobą i z rybą, zanurzając ją całkowicie w marynacie.

Zakrywamy i wkładamy do lodówki na godzinę.

W tym czasie robimy sos.

Łączymy ze sobą majonez, musztardę, natkę, szczypiorek i czosnek oraz tabasco, mieszamy w wszystko razem w głębokiej misce, a następnie blendujemy mikserem na gładko.

Próbujemy, doprawiamy solą i pieprzem, by na koniec przykryć i schować miskę do lodówki również na godzinę, by smaki się przegryzły.

Gdy czas chłodzenia ryby już nam minął, do woreczka foliowego (małej reklamówki, papierowej torby, jak będzie wygodniej, byle był szczelny) wsypujemy mąkę kukurydzianą i skrobię i mieszamy ze sobą.

Suma w marynacie wyjmujemy z lodówki i wyciągając po jednym kawałku, otrząsamy go z marynaty, a następnie wrzucamy do worka z mąką, gdzie metodą potrząsania całkowicie pokrywamy kawałek mąką. Umączony kawałek odkładamy ostrożnie na talerz, a cały proces powtarzamy do momenty aż skończy się nam ryba.

Do wysokiego garnka nalewamy oleju tak, by sięgał na około 5 centymetrów w górę, a wrzucony doń kawałek ryby pływał po powierzchni, a nie leżał na dnie.

Podgrzewamy olej do momentu gdy testowe kawalątko ryby wrzucone do środka natychmiast zaczyna się smażyć i pływać, po czym wrzucamy po 2-3 kawałki suma naraz i smażymy do momentu aż będą złocisto brązowe i zaczną wypływać na powierzchnię. Większym kawałkom, gdy istnieje ryzyko, że nie dosmażą się w środku, dajemy nieco więcej czasu i wyciągamy z oleju jak są już brązowawe z zewnątrz.

Kawałki usmażonego suma wyciągamy z oleju i kładziemy na talerz wysłany papierowym ręcznikiem, by odciekły z tłuszczu.

Usmażonego suma serwujemy watasze na szerokim talerzu, obłożoną cienkimi krążkami cebuli, w towarzystwie sosu tatarskiego, w taki sposób, by każdy mógł brać sobie kawałek ryby i cebuli z wspólnej miski, maczać w sosie i pakować do paszczy.

Smacznego!

-------------------------------------

Ingredients:

Catfish:
700g skinless catfish fillets
1 tspn of salt
1 and 1/2 tspn cayenne pepper
1 cup of milk
2 tblspns of mustard
2 tblspns of freshly squeezed lemon juice
3 or 4 dashes of tabasco sauce
2 cups of finely ground cornmeal
1 tblspn of cornstarch

Tartar sauce:
1 cup of mayo
1 tblspn of mustard
1 tblspn of chopped fresh flat-leaf parsley
1 tblspn of chopped chive or green onion (green part only)
1 tspn of chopped garlic
1/4 tspn of tabasco sauce
salt, pepper

Additionally:
1 onion thinly sliced and separated into rings
vegetable oil for hot frying


The making of:

Cut the catfish fillets into 1-by-3 inch strips, season with salt and pepper and put into a bowl.

Add milk, mustard, lemon juice and tabasco, mix it all up and cover the fish with the marinade.

Cover the bowl and put into the fridge for 1 hour.

Make a tartar sauce.

Mix together all the ingredients for the sauce, except salt and pepper, then blend it smooth.

Check the taste, season with salt and pepper, then cover the bowl with a sauce and put into refridgerator for 1 hour, for all the aromas mixed with each other.

When 1 hour of fish chilling has past, remove the catfish from the fridge. Put the cornmeal and cornstarch into the plastic or paper bag, mix together.

Remove the catfish from the marinade, a few pieces at the time, allowing the marinade to drip off a bit. Then put the pieces into the bag, and shake well to cover each piece. Remove them, put gently on a plate and repeat the process untill you are out of catfish pieces.

Add enough vegetable oil to a deep pot, to get a depth about 2 inches, so the fish pieces could swim freely on a surface, and not lye at the bottom.

Heat the oil until a small piece of fish covered in the cornmeal imediatelly starts to fry and float freely on the surface. Then Put 2 or 3 pieces at the time into the hot oil. When they rise to the surface and are golden brown, they are ready. A bigger, fatter pieces may take some more time to be ready, so make sure that they are fryed also, removing them from the oil when they are lightly browned.

Remove the pieces of fish and put on a plate, covered with a paper towel to rest a bit.

Serve your gone to the dogs catfish on a wide bowl to your pack, scattered with the onion rings, together with a tartar sauce, so everyone could enjoy it together.

Cheers!

środa, 19 października 2016

Domowy cukier waniliowy / Homemade vanilla sugar

Jak zapewne zauważyliście, w większości moich przepisów od ponad roku nie ma praktycznie wogóle składnika, który jest zazwyczaj spotykany w większości ciast pieczonych przez Polki. Do pewnego momentu również ja używałam go masowo, a jakże, ale trafiłam na pewną informację, która mnie odstraszyła od niego tak skutecznie, że gdyby nie znacznie bardziej aromatyczny, domowy substytut, pewnie zupełnie bym z niego zrezygnowała.
Mowa o cukrze waniliowym, a właściwie wanilinowym, który i tak z przyzwyczajenia nazywamy błędną nazwą. Ponieważ prawdziwej wanilii u większości producentów tego dosmaczacza nie ma - dawno już postawili na syntetyczną wanilinę i nie uznali za stosowne poinformować o tym nikogo, cichcem zmieniając nazwę na paczuszce. A ponieważ nikt się tego nie spodziewał i właściwie jest to tylko dodatkowe "n" w nazwie, łatwe do przeoczenia przez zmęczone oczy gospodyń domowych, pracujących jeszcze zawodowo - cukier wanilinowy cichcem zastąpił waniliowy w latach osiemdziesiątych i tak już zostało.
Żadna kobitka zresztą nie zastanawiała się nawet nad tym, smak był praktycznie taki sam i dopiero kiedyś komuś rzuciło się to w oczy, ale właściwie to już na wszystko było za późno. Cukier wanilinowy od 20 producentów w każdym sklepie, więc po prostu machnęłyśmy ręką.

Czemu o tym piszę? A to temu, że nie dość, że robią nas w balona, licząc, że z przyzwyczajenia dalej będziemy to samo kupować to jeszcze, na kanwie zmniejszania kosztów produkcji i ścinania cen towaru, nie dość, że prawdziwą wanilię ma teraz tylko cukier waniliowy (naprawdę o tej nazwie) Delecty, to jeszcze, ignorowana solidarnie przez społeczeństwo, krąży informacja o rewolucyjnym odkryciu Japończyków, za które otrzymali Nobla. Otóż panowie ci uzyskali syntetyczną etylowanilinę tańszym kosztem niż do tej pory. Z krowiego moczu. Informacja poszła w świat, a kobiety i tak kupują cukier wanilinowy. I biorąc pod uwagę fakt, że nie jest to news z wczoraj, ani nawet sprzed roku czy dwóch - bardzo możliwe, że od dawna to są siki, które dodajecie do ciastek, że tak sparafrazuję sławną wypowiedź "Morfeusza z "Matrixa".
Kurtyna!

Pozwolę, by się to przyswoiło jeszcze przez minutkę.

Przyswojone z odpowiednią odrazą?

No to teraz powiem wam, że jest coś, co możecie zrobić, nie rezygnując z dosmaczania wypieków wanilią, przy okazji nie nabijać kabzy producentom, oszczędzić konkretnie i wiedzieć dokładnie, co dodajecie do ciast. A mianowicie możecie zrobić własny, domowy cukier waniliowy, na naturalnych składnikach i podobnie jak w przypadku ekstraktu waniliowego, ledwie zacznie się kończyć, uzupełniać, by dobro to nigdy się nie skończyło i nie być wystawionymi znowu na krowi mocz z etykietką waniliny na opakowaniu.

Cukier taki robi się w 10 minut, wymaga tylko dwóch składników i słoika ze szczelnym zamknięciem. Oraz około 2-3 tygodni cierpliwości. W zamian otrzymamy dokładnie to, co chcielibyśmy kupować, a już nie możemy, aromat prawdziwej wanilii, a nie sztucznego niewiadomo czego i niekłamaną satysfakcję, że to jest "home-made", a nie sklepowe.

Zanim jednak przejdę do przepisu, chciałabym tylko was uczulić: to, co czujecie po otwarciu cukru waniliowego lub co znacie jako zapach wanilii jedynie elementarnie przypomina zapach prawdziwej wanilii. Dlatego też należy być przygotowanym, że przed upływem 2 tygodni czekania, słoiczek z domowym cukrem waniliowym, po otwarciu wydawał będzie woń szafy z czymś lekko stęchłym w środku, ponieważ tak pachną schnące laski wanilii, z których będziemy wykonywać nasz cukier. Dopiero po tych dwóch czy trzech tygodniach czekania, w nos uderzy was woń podobna do tej znanej z torebek z cukrem wanilinowym, ale też nie identyczna. Krótko mówiąc - do zapachu prawdziwej wanilii nasze nosy, trute całe życie syntetykiem, będą się musiały przyzwyczaić.
Jednakże smak waniliowy i aromat w wypiekach będzie tak absolutnie boski, że naprawdę zrezygnujecie z torebkowego na rzecz prawdziwego cukru waniliowego i nie będziecie go już kupować nigdy więcej.

No to gotowi? Zaczynamy ręczną robotę!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki(na słoiczek cukru waniliowego):

1 szklanka drobnego cukru do wypieków
3 laski prawdziwej wanilii
szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Do umytego i starannie wysuszonego słoiczka wsypujemy 1/3 szklanki cukru do wypieków.

Laskę wanilii przekrawany wzdłuż, końcem noża wydobywamy ze środka nasionka z ciemnym mazidłem, jakie znajduje się w środku laski wanilii i wrzucamy do słoiczka. Mieszamy z cukrem.

Wybebeszoną laskę wanilii kroimy na około 1/2 cm kawałeczki i wrzucamy do cukru.

Zasypujemy kolejną porcją cukru.

Wydobywamy miąższ z kolejnej laski wanilii, ponownie wrzucamy do cukru, mieszamy i wrzucamy resztki laski pokrojone na kawałeczki.

Proces powtarzamy aż wsypiemy do słoiczka cała szklankę cukru i wkroimy wanilię.

Mieszamy ostrożnie wszystko razem, by wanilia była w całej zawartości cukru, zamykamy i nie używamy przez następne dwa do trzech tygodni, z wyjątkiem otwarcia na chwilkę co jakiś czas, przemieszania delikatnie zastałego cukru z wanilią, by aromat równo się rozchodził i ponownego zamknięcia.

Cukier waniliowy będzie gotowy do użycia i o właściwym aromacie dopiero po czasie oczekiwania. Wcześniej woń nas nie zachwyci, dlatego radzę uzbroić się w cierpliwość.

Powodzenia!


--------------------------------------------------------------

Ingredients (for 1 small mason jar):

1 cup of superfine sugar
3 whole vanilla beans
glass mason jar

The making of:

Pour 1/3 cup of superfine sugar into the mason jar.

Cut along one of vanilla beans, then using a tip of the knife remove the beans and dark insights and add to the sugar. Mix it.

Cut what is left of vanilla bean in 1/2cm pieces and add to the sugar.

Pour another 1/3 of sugar.

Remove the insights of another vanilla bean, add to sugar, mix with it, add the pieces.

Repeat the process untill you are out of sugar and vanilla beans.

Mix the whole mixture carefully once again, so vanilla was everywhere in the sugar, close the mason jar and do not use the sugar for another 2-3 weeks, opening the jar just once or twice within that time to mix a bit a sugar and spread the aroma.

Homemade vanilla sugar will be ready to use after 2 or 3 weeks passes. When used before that time, the aroma is not what it should be, so you have to wait patiently to receive the best results.

Good luck!



środa, 5 października 2016

Smok a.k.a Jadeith - ulubiony drink Dory Wilk (Seria o Dorze Wilk) /Dragon a.k.a Jadeith - Dora Wolf's alcoholic drink (Dora Wolf hexalogy)

Od lat wkłada się nam do głów prawdę, powszechnie znaną, że co rude, to wredne. Ale to oczywiście nie wszystko. Rude też jest fałszywe. Rude na głowie oznacza wiedźmę. Nie chcę nawet myśleć ile rudowłosych kobiet posiadających koty i dziedzictwo po przodku w postaci recesywnego genu MC1R, który ubarwił im głowy na kolor płomienia, za mrocznych czasów średniowiecza z miejsca było uznawanych za czarownice, tylko dlatego, że znały się na ziołach i były wolnomyślicielkami. Bo rude! Rude na dodatek są piegowate, a w latach 90tych, gdy sama byłam małą dziewczynką, rude piętnowano, nazywając wiewiórkami lub marchewkami i nie dając im spokoju w podstawówce. Wiadomo, co inne od całego stada wron jednej, burej barwy: zadziobać! Rozszarpać na strzępy! Nie pozwolić się wychylać, bo a nuż pomyśli, że jest lepsze. A, to jeszcze udowodnimy, że jest gorsze od nas bo jest rude. I dalej dręczyć nieszczęsnego rudzielca, doprowadzając do łez, aż się to nie znudziło. Dzieciaki są okrutne, póki im samym los nie da w dupę...
Rudym więc, jak widać, nigdy łatwo nie było. Ani kiedyś, ani teraz, gdy wiadomo już, że gen odpowiadający za ogniste barwy na głowie zanika i za jakieś pięćdziesiąt, sto lat rudych już nie będzie. Ogromna to szkoda, bo wygadując te wszystkie bzdury o naturalnych rudzielcach (naturalnych, to należy podkreślić, bo farbowanych lisic to teraz na pęczki na ulicach), nie dodaje się również, że rudzielce są genetycznymi potomkami Celtów i Wikingów lub też jeszcze starszej nacji, która osiedliła się na Wyspach Brytyjskich dawno, dawno temu, a co za tym idzie są to osoby o niezwykle barwnej osobowości, energiczne i równie ogniste z charakteru, jak ich głowy. Cholerycy, bardzo często, ale równie często artyści. Rudzi są po prostu pełni niespodzianek i jeśli o mnie chodzi, bardzo takie osoby cenię, ponieważ nie można się z nimi nudzić.
A zresztą, opinio publiczna, głosząca te tezy swym dzieciom, tak jak wam głosili je wasi rodzice, koledzy i przodkowie: jeśli rude jest takie złe i fałszywe - czemu sami się tak farbujecie? Aaaaa... dlatego, że rudy człowiek jest bardziej interesujący niż burofutry, a o rudych kobietach powiada się, że są petardami w łóżku. Czyli jednak nie samo zło i fałsz, skoro z taką lubością panie (i nie tylko) używają tej wiedźmiej barwy w setce odcieni... przede wszystkim odróżnienie się od tłumu, w który z taką pasją tłum usiłuje nas z powrotem wcisnąć.
I bardzo słusznie. Niech rude łby błyskają coraz częściej pośród masy czerni i szarości, bo wtedy nadal istnieć będzie nadzieja, że świat do reszty nie pogrążył się w konsumpcjonizmie i pogoni tylko za chlebem powszednim. Te przebłyski ognia, nawet nienaturalnego dają nadzieję, na to, że następny wschód słońca nadal kogoś zachwyci tylko i wyłącznie tym, że nastąpił i to w pięknych, tycjanowskich odcieniach. Rudych, a jakże. Rudzi rządzą i zmieniają świat, który bez nich byłby... jak książka bez iskrzącego jak iskra w mroku, bohatera.
Jak seria o Dorze Wilk, bez Dory.

Wspominam tę bohaterkę nie bez powodu, ponieważ od niej wywodzi się bohater dzisiejszej felki, czyli jej ulubiony drink. Dora jest bohaterką hexalogii autorstwa Anety Jadowskiej, wiedźmą i jest też ogniście ruda, co jednak z byciem wiedźmą w świecie stworzonym przez Anetę Jadowską wcale nie jest równoznaczne. Ona jest ruda z tego samego powodu, dla którego kłopoty bardzo ją kochają i wyłażą jej na spotkanie zza każdego kąta, niespodziewani przodkowie machając z przeszłości, objawiając się w najmniej odpowiednim momencie i obdarzając darem, który, a jakże, najpierw musi sprawić kupę problemów zanim stanie się użyteczny. Dlatego, że takie osoby, którym los nie szykuje spokojnego życia po prostu się czasem pojawiają. Na pewno nie zaznają spokoju, nim ich nie przeczołga przez dżungle kłopotów, oceany ambarasów, armie przeciwników, i na koniec oferuje małą chatkę na zadupiu w komplecie ze spokojem, na który rzucą się z utęsknieniem i nigdy więcej nie zechcą wracać do zbyt żywego świata, by ten świat znowu sobie o nich nie przypomniał.
Dora jest fajna. Bądź jak Dora...
Albo może nie bądź, bo tyle przygód, ile jej zgotowała jej twórczyni, to nie na barki przeciętnej dziewczyny, nawet policjantki z wykształcenia. Niemniej nawet jeśli nie dane ci będzie być Dorą, z chęciami ku temu lub i bez nich, każdy chciałby mieć w swojej okolicy "kąt" z napojami alkoholicznymi i czartem za barem, w którym czuje się bezpieczny jak w domu, serwują mu jego ulubiony napitek i zazwyczaj nie zawracają dupy, póki z tej knajpy nie wyjdzie. Mowa tu o "Szatańskim Pierwiosnku" - ulubionej knajpie naszej rudej wiedźmy, w której, mimo zdecydowanie uczynienia z niej sanktuarium spokoju i miejsca dla złapania oddechu, również, jak druhny na weselu, szczerzą zęby nadchodzące kłopoty, diabelnie przystojne diabły iskrzą aurą, a anioły stróże roztaczają Pełnię Majestatu...

Oszczędzę wam spoilerów... sami przeczytacie książki o Dorze, jeżeli uznacie, że moje słowa o rudej brzmią obiecująco. W hexalogii jest ich sześć i każda jedna przepełniona niezwykłymi wybrykami wiedźmy, diabła i anioła, oraz rozmaitych ich sprzymierzeńców i wrogów w alternatywnej, paranormalnej wersji Torunia, zwanego Thornem. Mimo, że generalnie zwykle ciągnie mnie bardziej do postaci twardych wojowniczek i już teraz należę do "Team Nikita" (nowa książka Jadowskiej -  "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" z wyżej wspomnianą Nikitą porywa tak, że kapcie spadają z wrażenia i na sto procent jeszcze o niej na Bantofelkach usłyszycie. Dziewczyna pochłania 4000 kalorii dziennie i to nie w postaci powietrza... tak, tak, już wiecie, co to oznacza...:D). Do Dory się ciągle przekonuję, niemniej od razu mówię, że nie da się o niej zapomnieć i wcisnąć w szeregi czarownic i wiedźm, łażących tłumnie po wielu światach fantasy. Bo to Wilk. W dodatku Rudy. A Rudy Wilk nie wpasowuje się w żadne ramki. Robi sobie własne i to one muszą dopasować się do niego.

Skoro zaś mowa o dopasowaniu się, nie do wyobrażenia jest, by taka bohaterka sączyła w swej ulubionej knajpie wódkę. Albo zwykłą whisky. Ba, Tequilla Sunrise, który już jest bardziej buzernym koktajlem, bardzo pasującym do umaszczenia Dory, nadal nie jest tym czymś, czym dziewczyna się raczy, a co z miejsca przykuło moją uwagę w pierwszym tomie jej przygód. Bowiem wbrew podejrzeniom, nie pija ona byczej ani demoniej krwi, wina, ani ciężkich alkoholi, przez które umysł idzie spać, albo się wyłącza, dostawszy pałą alkoholową do pary z i tak męczącymi go nadprzyrodzonymi problemami. Dora pija drinka, który jednocześnie wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem i idealnie do niej pasować.
Spójrzmy jednak na to, co nam książka o nim powiada, a co sprawiło, że chwyciłam za długopis i wpisałam go na listę planów bantofelkowych, nie zastanawiając się nawet nad tym, kiedy znajdę na niego czas. Jak widać znalazł się, ale uwierzcie, "Smok" jest wart wciskania go w rozmaite, niewygodne miejsca...
...
Dobra... to ja lepiej będę już cytować, zanim ktoś tu zacznie mieć zbereźne myśli na temat szklanek z drinkiem trzymanych przez wiedźmę-joginkę samymi mięśniami Kegla... wrrrróć!:) Cytat:

"Dopiłam drinka. Byłam chyba jedyną osobą, która zamawiała Smoka: wódka, sok z kaktusa i limonki, plaster ogórka na lodzie. Zielony, orzeźwiający, bez wyczuwalnego smaku alkoholu,
idealny. Podejrzewałam, że Leon specjalnie dla mnie zawsze ma pod ladą karton soku kaktusowego, nie używa go do innych drinków. To było miłe."

Złodziej dusz - Aneta Jadowska

 Na chłopski rozum, jeszcze bez testów, doszłam do wniosku, że Smok albo Jadeith, jak go nazwą od tomu drugiego - jest więc orzeźwiającym połączeniem soku z kaktusa (powiedzmy... jak ten skład produktu na opakowaniu soku potrafi odzierać z nadziei...), limonki, soku, którym ocieka plasterek ogórka na lodzie i naprawdę tak małej ilości wódki, że czuje się jedynie jej leciutkie wierzgnięcie spomiędzy tych chłodnych kwaskowatości. Jest to taki drink, który właściwie można pić jak sok, wiedząc przy tym, że to nie jest sok, bo alkohol wyczujesz, jeśli sobie przypomnisz, że tam jest. Subtelny, przyjemny i dziwnie niepopularny, sądząc po opisie. A także chyba... smaczny. I to mówię ja, która od lat z repertuaru drinków oferowanych przez rozmaite knajpy, konsekwentnie wybieram klasyczną Margaritę, Long Island Ice Tea, albo Lemmy'ego (czyli Johny Walkera z colą), czyli raczej takie, w których da się wyczuć alkohol i cukier.
Ale to tak łatwo nigdy nie jest, że starczy mi lista składników do dania/napitku, które pojawiło się w interesującej postaci w jakiejś historii i zaczęło mnie nawiedzać, co wybitnie świadczy o tym, że ŻYCZY sobie być odtworzone. Udałam się na wywiad do Anety i tak długo zadawałam dziwne pytania, poczynając od składników i ich ilości w "Smoku", a kończąc na rodzaju szklanki, w której jest serwowany w "Pierwiosnku", aż byłam usatysfakcjonowana wiedzą, jaką zdobyłam. Autorka nie posłała mnie, o dziwo, do wszystkich Mironów, co tylko świadczy o jej odporności w kontaktach z ludźmi zadającymi dziwne pytania. Bardzo, bardzo użyteczna umiejętność. Za to podała mi co i jak i oto pewnego pięknego wieczora, tuż przed sesją  RPG w "Wilkołaka: Apokalipsę", stworzyłam ten drink, obfotografowałam z każdej strony, a potem szklanki z nim podsunęłam swoim chłopakom, by testowali. I wiecie co? Wataha składająca się z dorosłych mężczyzn, z czego każdy o innych upodobaniach alkoholicznych, wysiorbała Jadeithy tak szybko i z takim mlaskaniem, że opływając  w samozadowolenie z powodu dobrze wykonanego napitku Dory Wilk, mogę się przyczepić tylko do jednego: albo Dora wcale nie ma aż tak nietypowego smaku, jako jedna z niewielu gustując w Jadeicie, bo może chowają go przed innymi, albo moje chłopaki z watahy wraz ze mną, są jak Dora. Z jednej strony to super, a z drugiej... wszyscy bogowie, brońcie nas, bo dziś szykuje się budzenie caernu i wobec ich wyraźnie widocznego stopnia dziwności umysłu, nie wiem czy nie skończy się na wielkiej wojnie z Fomorami, albo Gają, tak zirytowaną naszymi wariactwami, że zamiast udzielić łaski i obdarzyć bezpiecznym dla wilkołaków miejscem, pośle nas do wszystkich czartów świata Anety Jadowskiej (bo Telluria to za mało)!:D

Podsumowując, na wypadek gdyby ktoś się nie dał rady przedrzeć przez moje pisanie i nie znalazł słów zadowolenia, "Smok" smaczny jest. Śliczny, zieloniutki, orzeźwiający, a ten ogórek na lodzie dodaje naprawdę kapitalnego aromatu. Pewnie, małą ilość alkoholu w nim zawsze można zwiększyć, w zależności od preferencji pijącego, ale, bądźmy szczerzy, wtedy to już nie będzie oryginalny drink Dory Wilk, ale jego wolna interpretacja. No i za dużo alkoholu raczej zepsułoby tę frywolną lekkość smaku. Jest to drink wprost idealny dla każdego, kto ma naturę bardziej niż mniej, że tak się wyrażę, rudowłosą. Dla tych, którzy wierzą w magię i to nie pojmowaną jako machanie łapkami i szeptanie magicznych formuł, ale którzy widzą ją w tęczy, promyku słońca zamkniętym w kropli rosy i cieszą się przez tydzień najmniejszą przyjemnością. Drink optymistyczny.
A jeśli będąc pesymistami lub realistami znajdziecie jego smak mimo wszystko zdecydowanie fajnym, to może jednak świat nie jest aż tak strasznie czarno-biały i poważny, jak wam się wydaje i wciąż jest dla was nadzieja na optymistyczne ogłupienie.

To mówiłem ja, Jarząbek, trener trzeciej klasy...:D

A teraz pogalopujmy do tego, na co spora ilość z was zawsze czeka, lub do czego od razu scrolluje, nie zawracając sobie głowy felką, czyli do przepisu na Smoka (chociaż mam cichą nadzieję, że jednak ktoś to wszystko czyta; głupio by było pisać tylko dla siebie, skoro robię to ku szerszemu gronu:))

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na 2-3 szklanki napitku):

1 litr soku kaktusowego (użyłam "Owoce Świata" Tymbarku, z braku czego innego na rynku)
100ml wódki (niezbyt mocno dającej alkoholem po nosie; Stock albo Krupnik bez dodatków smakowych spełniają zadanie)
sok wyciśnięty z 2 limonek
kruszony lód
plastry świeżego ogórka

Wykonanie:

Do wysokiego naczynia przelewamy schłodzony sok kaktusowy, dodajemy sok wyciśnięty z limonek, dolewamy alkohol.

Mieszamy wszystko razem za pomocą łyżki o długiej rączce tak, by składniki połączyły się porządnie ze sobą. Jeżeli mamy odpowiednio duży shaker, możemy rzecz jasna mieszanie zastąpić potrząsaniem. Na jedno wyjdzie.

Do szklanki z grubego szkła nasypujemy kruszonego lodu do 1/4 wysokości, w lód ten wtykamy plaster ogórka i po łyżce, powoli, nalewamy mieszankę soku kaktusowo-limonkowego z alkoholem tak, by lód jak najwolniej nam podrygiwał, a ogórek poruszał się wraz z nim (to, by ogórek pozostał z lodem jest ważne dla smaku, o wiele lepszego, niż gdyby ogórek miał pływać w drinku bez lodu).

Wtykamy do "Smoka" grubą rurkę, wystarczającą by wciągnąć nią kruszony lód i serwujemy od razu.

Smacznego:)!

------------------------------------------

Ingredients (for 2-3 high glasses):

1 litre of cactus juice
100ml of vodka (not too fragrant)
freshly squeezed juice of 2 limes
crushed ice
thick slices of fresh cucumber

The making of:

Pour cooled cactus juice into the high jug, add squeezed lime juice and alcohol.

Mix it, using a spoon with a long handle, so the ingredients mixed nicely. You can also mix them in a shaker if you have it big enough.

 Pour the crushed ice into a drink glass  so it reached about 1/4 of its height, put a slice of cucumber just between the slights of crushed ice, and slowly pour the drink into the glass, using a tablespoon, so the ice and cucumber stayed together as long as it is possible on the bottom, and finally flowed up together (that is a necesarry procedure, for the cucumber with ice tastes much better then without it).

Put a thick straw into the drink (so you could also get to the crushed ice with it) and serve imediatelly after making.

Cheers!


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Donuty bezglutenowe (Challenge no. 3)//Gluten-free doughnuts (Challenge no. 3)

Był sobie urlop. I się zbył. A ja nadal się czuję niewypoczęta... czyż tak zresztą nie jest zawsze, że wracamy z urlopu i stwierdzamy, że przydałby się jeszcze jeden, nawet jak leżeliśmy plackiem na plaży dwa tygodnie i nic nie robiliśmy? Bo to takie cholernie wyczerpujące, to lenistwo jest...
No, żebym jak tak se plackiem leżała, to też by było dobrze. Prawda jest taka, że przez dwa tygodnie pracowałam nad pewnym, ważnym dla mnie projektem, odkładając na jego rzecz dosłownie wszystko inne i robiłam prawie wyłącznie dwie rzeczy, poza dbaniem o swoich: czytanie i pisanie. Pisanie i czytanie. Przez dwa tygodnie w rezultacie przeczytałam i odświeżyłam sobie jakieś dziewiętnaście książek średniej grubości i cały stos opowiadań i obmyśliłam parę nowych, własnych historyjek i bohaterów, jestem więc z siebie cholernie dumna, ponieważ to, co miało zostać zrobione, zostało zrobione, a teraz czekać mi przyjdzie na efekty;)
Jednak o projekcie nic na razie nie powiem więcej, ścisła tajemnica, ani mru mru, bo mam niestety takiego pecha, że jak za dużo o czymś gadam, nastawiając się na to, prawie zawsze dostaję w czambuł od losu. Więc teraz cisza... starczy wam wiedzieć, że wcale nie odpoczywałam na urlopie, a jak coś wyjdzie z tego projektu, to na pewno się o tym dowiecie.
Ale za Bantofelkami się stęskniłam i teraz, skoro mam kilka felek czekających na spisanie (bo jedzenie dawno zrobione, zjedzone, przetrawione i tylko zdjęcia pozostały), będę was zasypywać co chwila nowymi postami, w których dla przeciwwagi smakołykom, siedzieć będą długie fele - nawet nie felki, bo coraz to więcej wciskam w nie słów, nie uprawiając szczególnie wodolejstwa. Zdaje się, że mam ostatnio dużo do powiedzenia o wszystkim, a skoro nikt nie powie mi kulturalnie, żebym się zamknęła... więc szalejemy!

Dzisiaj w menu, jak widać po tytule, kolejne wyzwanie. Po raz kolejny za sprawą bezglutenowej Tess i prawdziwych, amerykańskich donutów, z którymi zaszalałam w tym przepisie. Donuty Lokiego zdecydowanie zbierają największą uwagę spośród innych postów na blogu od paru miesięcy, ale jak łatwo przypuścić, są na zwykłej mące. A Tesska jeść jej nie może, było jej smutno, gdy zarzucała moim linkiem tu i tam na fejsbooku, promując mnie przecudownie, ja zaś mam czułe serducho, chciałam się też odwdzięczyć za taką uwagę... no i obiecałam specjalnie dla niej znaleźć zjadliwy przepis na donuty, takie same w smaku jak te cuda Lokiego by Kuba Ćwiek(z cukierni "Sweet Emotion" - co z tego, że nie istniejącej, w opowiadaniu siedzą, a to wystarczająco miarodajne środowisko, by na jego podstawie coś robić:)), tyle, że takie, by ona też je mogła zjeść. Bez glutenu, z cukrem, który łatwo można pominąć lub zastąpić czym innym, bo tylko w polewie siedzi i z taką tylko zawartością laktozy, by wszystko trzymało się w kupie i rosło na drożdżach jak należy.
Nie tylko jednak dla Teś został przetestowany ten przepis i obtańcowany Challenge. Ja też miałam ochotę wziąć się za bary z mąką bezglutenową, zobaczyć jak ona reaguje na inne składniki, a przede wszystkim, na poczet przyszłych eksperymentów, jak smakują z nią różne, smaczne rzeczy. Miałam więc lekkiego pietra, przystępując do roboty, ale jeszcze nie było takiego przepisu, który przez zbytnią moją nieśmiałość czy nieznajomość tematu odstraszył mnie od siebie. Zakasałam więc rękawy, poświęciłam kilka dni na poszukiwania, z góry odrzucając wszystko, co zawiera jakieś dziwne składniki w postaci gumy arabskiej i zaczynające się na E z następującym potem jakimś chemicznie woniejącym numerem (dowiadując się od razu, że jedno i drugie to dosyć częste przypadki w przepisach bezglutenowych, zapewniające lepkość, którą normalnie w mące zapewnia gluten). Jednakże wiecie, jakie ja mam podejście do półproduktów, mieszanek z pudełek, puszek i innych magicznych proszków - unikam jak ognia, używając tylko wtedy, gdy nie mam kompletnie innego wyjścia.
Przerzuciło się więc dziesięć czy też dwadzieścia przepisów, odrzuciło większość ze względu na te dziwne składniki lub fakt, że donuty z nich wyszłyby nie takie jak powinny, aż w końcu po dobrym, tygodniu poszukiwań trafiłam na przepis, który był, jak się okazało, strzałem w dziesiątkę.
Nie zawiera gum arabskich, nie zawiera E, nie ma też tych rzeczy, które są szkodliwe dla bezglutenowców, a składniki są poza tym w nim zupełnie normalne dla donutów rosnących na drożdżach - czyli jedynie słusznych (pomijam to dziwadło, co się zwie donutem z ciasta - tak jest, stworzono coś takiego, tylko pytam się, po co, skoro ciasto można sobie zrobić zawsze, a donuty to inna para kaloszy. One MUSZĄ być na drożdżach, by wogóle zasługiwać na miano donutów).
Trema, którą miałam, przystępując do roboty przeszła w momencie, gdy zobaczyłam, jak pięknie rosną. Zupełnie na sposób tych typowych na mące pszennej. A usmażone w głębokim tłuszczu smakowały niemal tak samo jak zwykłe donuty. I to było dokładnie to, czego szukałam.
Eksperyment więc należy uznać za jak najbardziej udany:) Challenge accepted. And done, w dodatku z podskokiem i triumfalnym polskim gestem zwycięstwa upublicznionym lata temu przez Kozakiewicza. W kwestii smaku dość powiedzieć, że moje chłopaki się rzuciły na te donuty bezglutenowe jak zwariowane i ledwie zdołałam zrobić im kilka zdjęć, nim ich liczba zaczęła gwałtownie spadać.
Należy też dodać i pochwalić się, że autorem jednego ze zdjęć jest mój Dominik. Przypadkiem wyszło mu ono bardzo klimatyczne, jakby magiczne, a te donuty na nim aż lśnią, jak oświecone łaską boską... błogosławione donuty od Świętego BezGluta. Zjedz bodaj jednego, a wszystkie twe grzechy jedzeniowe zostaną ci odpuszczone:D
Na pewno rozpoznacie, o którym zdjęciu mowa, bo tylko jedno ma taki klimat. I na wszelki wypadek podpisałam je, jak na dumną matkę przystało, by przypadkiem nie umknęło nikomu.

Kilka uwag technicznych, nim zapodam przepis.
Polewę wykonałam dokładnie taką samą, jak w przepisie na Donuty Lokiego, używając jednak zamiast zwykłego cukru, gruboziarnistego. Jest ona tak idealna w smaku, że nie sądzę, by szukanie innych glazur na klasyczne donuty z dziurką, było potrzebne. Jednak gruby cukier nie rozpuści się wam tak szybko i w całości, jak zwykły czy puder. Dlatego też polewa ta wygląda tak... krystalicznie i smakowicie grubo. Tak chrupiąco, że język sam do niej ucieka. Oczywiście możecie gruby cukier zastąpić drobnym i wtedy otrzymacie lśniącą i gładziutką polewę, o tym samym smaku, ale innej fakturze, jaką możecie podziwiać w Donutach Lokiego.

Donuty musicie zjeść tego samego dnia, w którym je usmażyliście, jeżeli faktycznie chcecie się cieszyć ich oryginalnym smakiem i świeżością. Koniecznie. Każde, nie tylko bezglutenowe. Następnego dnia postarzałe zwyczajnie przestają smakować. Dlatego, jeśli standardowe ilości w obu przepisach na kilkanaście sztuk, to za wiele jak dla waszego dziennego przerobu - zetnijcie składniki z przepisu o połowę. Wszystkie, łącznie z drożdżami. Zamiast nastu sztuk dostaniecie mniej niż dziesięć i kwestia "nie mogę ani jednego już więcej zmieścić, a szkoda mi zostawić, bo się zmarnują", przestanie istnieć. Z dziesięcioma donutami poradzi sobie przecież każdy:)

Olej do głębokiego smażenia nie musi i nie powinien być czysty i nowo nalany. Wręcz poleca się, by był jakoś po dwóch, trzech smażeniach donutów, bo z tego co zrozumiałam, przesiąka wtedy aromatem poprzednich donutów, wszystko, co śmierdzące w nim, zdążyło się wypalić wcześniej i dam głowę (to już moje własne spostrzeżenie), że taki przesmażony olej aż tak w ciasto nie wsiąka jak świeży.

Ręczne zagniatanie ciasta drożdżowego spokojnie zastąpi wam zamontowanie hakowych mieszadeł w mikserze i puszczenie ciasta w obrotowej misce na średnie obroty. Efekt będzie ten sam, a ręce wam się nie zmęczą, tylko troszkę dłużej to mechaniczne zagniatanie potrwa.

Wraz z donutami w pakiet przepisu za każdym razem wchodzą Donut Holes, czyli smażone dziurki z donutów - to, co wytniemy ze środka krążków, a co ślicznie urośnie i usmażone daje nam maleńkie donuty na jeden gryz. Wyrzucać je szkoda, są doskonałym sposobem testowania gorąca i gotowości oleju, wyglądają bardzo ładnie, a sposobów na ich podanie jest mnóstwo. W tym przepisie po prostu wrzuciłam je, jeden po drugim, do garnuszka z glazurą pozostałą mi po właściwej wielkości donutach i wytarzałam w niej w całości. Ale możecie na przykład spróbować wrzucić je w syrop klonowy, pozwolić nasiąknąć i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

No, teraz już jest najwyższy czas, by podać przepis. Trzymajcie się stołków, bo za chwilę wasz uporządkowany świat się zatrzęsie:)
Przepis wzięty stąd, zmodyfikowany.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
 Donuty:
1 łyżka + 1 łyżeczka drożdży instant
1 szklanka dobrze ciepłego mleka
2 - 2 i 1/2 szklanki mąki bezglutenowej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
3 żółtka
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
4 łyżki masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego w małe kawałki
olej do głębokiego smażenia

Polewa:
Polecam skorzystać z przepisu  na "Lukier waniliowy na donuty z dziurką" z tego przepisu.
Wykorzystany w nim cukier puder zastąpiłam w niniejszym przepisie cukrem gruboziarnistym w tej samej ilości.


Wykonanie:

Do miski od miksera wrzucamy 1 łyżkę drożdży instant, oraz wlewamy 3/4 szklanki ciepłego mleka. Mieszamy starannie.

Do mikstury dosypujemy 3/4 szklanki mąki bezglutenowej i ponownie mieszamy wszystko razem tak, by powstała gładka pasta. Przykrywamy czystą ściereczką i stawiamy miskę w ciepłym miejscu na 30 minuty, by drożdże zaczęły pracować.

Po tym czasie pozostałą nam 1 łyżeczkę drożdży łączymy z pozostałym nam mlekiem (1/4 szklanki).

Wlewamy mleko z drożdżami do miski z mieszaniną mączno-drożdżową, dodajemy ekstrakt z wanilii i żółtka i miksujemy, aż wszystkie składniki połączą się.

Wyłączamy mikser, dosypujemy 1 szklankę mąki, oraz cukier i sól. Miksujemy ponownie do momentu aż ciasto zaczyna się łączyć, następnie po trochu dodajemy posiekane, miękkie masło, miksując dalej aż i ono się wmiksuje w ciasto.

Zwykłe mieszadła w mikserze zastępujemy mieszadłami hakowymi (tymi do ciasta drożdżowego) i miksując ciasto zaczynamy dosypywać po trochu pozostałą nam mąkę (za każdym razem przy dodawaniu wyłączając mikser). Miksujemy tak długo aż ciasto zaczyna nam odstawać od ścianek miski. Finalnie będzie bardzo wilgotne, ale już zdatne do ugniatania ręcznie, gdybyśmy mieli taki kaprys.

Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy na  30 minut do wyrośnięcia w ciepłym miejscu.

Po tym czasie należy lekko nacisnąć ciasto, by wypuścić z niego bąbelki gazu, a następnie wsadzamy je do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Jeżeli na robienie donutów przeznaczymy 2 dni, jest to dobry moment by przerwać 1 część pracy ponieważ w tym momencie produkcji ciasto może leżeć w lodówce do 12 godzin.

Po upływie tego czasu przystępujemy do wałkowania ciasta na dounty. Na lekko umączonej powierzchni rozwałkowujemy ciasto do grubości nieco powyżej 1 cm.

Bierzemy szklankę o średnicy ok. 9 cm. i za jej pomocą wykrawamy z ciasta kółka, dziurki wycinając za pomocą nakrętki z butelki oleju (nakrętka może być z dowolnej butelki, byle miała średnicę ok. 3 i 1/2 cm i ostre krawędzie).

Następnie wycięte z ciasta donuty oraz Dziurki z Donutów układamy na stolnicy, zostawiając między donutami tak z pół centymetra wolnego miejsca, przykrywamy ściereczkami i pozwalamy im rosnąć 30-40 minut aż niemal podwoją swoją objętość. Przy czym Dziurki z Donutów zrobią to szybciej, co pozwoli nam potem nimi testować gotowość oleju do smażenia. Po upłynięciu 30 minut należy sprawdzać gotowość donutów co 5 minut, by nie przerosły. Gotowe do smażenia będą wtedy gdy zrobione w nich palcem wgłębienie powoli wróci do poprzedniego kształtu. Jeżeli odkształci się natychmiast - nie są gotowe. Jeżeli natomiast zupełnie nie wróci do poprzedniego kształtu - donuty przerosły. W takim przypadku sytuację można uratować, nie wyrzucając ciasta. Raz jeszcze przerośnięte ciasto rozwałkować i wyciąć nowe donuty.

W międzyczasie przygotowujemy sobie lukier waniliowy z przepisu na Donuty Lokiego.

W momencie, gdy nasze Dziurki z Donutów będą już gotowe (po 30 minutach na pewno), napełniamy głęboką patelnię lub garnczek olejem do smażenia i podgrzewamy, aż zacznie promieniować ciepłem. Testujemy gotowość oleju wrzucając jedną Dziurkę Donutową. Jeżeli zaczyna się natychmiast smażyć - możemy wrzucać donuty, o ile już właściwie wyrosły.

Smażymy donuty po 2 sztuki naraz do złocistości, pilnując, by nie zbrązowiały, z jednej strony, potem odwracamy je na drugą. W praktyce pozwalamy im osiągnąć kolor jasnego złotego i przewracamy wtedy. Dojdą już same.

Gotowe wykładamy na talerze wysłane papierowymi ręcznikami, by odciekły z tłuszczu i stopniowo lukrujemy, gdy nieco ostygną. Można zarówno zanurzać je w całości w lukrze, jak i tylko polewać z góry i po bokach. W obu przypadkach donuty muszą wystygnąć z lukrem na powierzchni, by ładnie on zastygł.

Zjadamy koniecznie tego samego dnia.

Smacznego!
------------------------------------------

Ingredients:

Dough for Doughnuts:
1 tblspn + 1 tspn of active dry yeast
1 cup of warm milk
2 - 2 and1/2 cups of gluten-free flour
1 tspn of vanilla extract
3 large egg yolks
2 tblspns of sugar
1/2 tspn of salt
4 tblspns of butter, softened at room temperature and cut into cubes

Oil for deep-frying

Glaze:
For the glaze, please use the recipe for "Glaze for round donuts" from this recipe.
Confectioners sugar used there, was substituted with coarse sugar in the same amount for this recipe. 


The making of:

In a medium bowl, combine 1 tablespoon of the yeast with 3/4 cup of the warm milk and stir to dissolve the yeast.

Add 3/4 cup of the gluten-free flour and stir to create a smooth paste. Cover the bowl with plastic wrap and let the flour mixture rest in a warm place for 30 minutes.  

Once 30 minutes have passed, in the bowl of a stand mixer fitted with the paddle attachment, combine the remaining 1 teaspoon yeast with the remaining 1/4 cup milk.

Add the rested flour mixture along with the vanilla and egg yolks and mix on low until the ingredients are incorporated and the dough is smooth.

Turn off the mixer and add 1 cup of gluten-free flour, along with the sugar and salt. Mix on medium until the dough starts to come together. Add the butter and mix on medium until it's incorporated.

Remove the paddle attachment from the mixer, and switch to the dough hook. Start adding the remaining flour (turning the mixer off for each addition) and knead the dough on medium until it completely pulls away from the side of the bowl and is smooth and not too sticky. The dough will be very moist but not so sticky that you can't roll it out.

Cover the bowl with plastic wrap and let the dough rest in a warm place for 30 minutes.

Once 30 minutes have passed, gently press down on the dough to remove any gas bubbles then chill, covered, for at least 1 hour. If you decided to divide the baking for two-day period, now it is a good time to end the first part, for the dough may stay in the fridge up to 12 hours.

When ready to roll out the dough, line a baking sheet with a lightly floured non-terry towel. Lightly flour a work surface and roll out the dough to a 1/2-inch thickness.

Using doughnut or cookie cutters, cut out 3-inch-diameter rounds with 1-inch-diameter holes. You may also use a 9cm diameter cup and a  3 and 1/2 diameter bottle nut, to cut the dougnuts beautifully.

Arrange the doughnuts and doughnut holes on the prepared baking sheet, leaving at least 1 inch between doughnuts. Cover the doughnuts loosely with plastic wrap and let them proof in a warm place until almost doubled in size, 30 to 40 minutes. Doughnut Holes will be ready just after 30 minuts, so we will be able to test the readiness of oil for frying with them. Check to see if the doughnuts are ready every 5 minutes. To test, use a fingertip to lightly touch one of the doughnuts. If the dough springs back immediately, it needs more time; if it springs back slowly, it's ready; and if the dough doesn't spring back at all, it's over-proofed. You can punch down and reroll over-proofed dough once.

In the meantime, prepare the Glaze for round dounts of the following recipe.

When our Doughnut Holes are ready (30 minutes at most), heat up the oil in a heavy-bottomed pot or skillet. Thest the readines of oil, throwing there a Doughnut Hole. If it starts frying right away - it is ready for doughnuts.

Fry 2 doughnuts at a time for golden colour at the one side, be careful not to overbrown them. Then flip it and fry in the other side.

Remove from hot oil on the plates covered with sheets of paper to dripped the extras of oil and cover with the glaze when they cool a bit. You can either dip them in fully into the galze or cover only the top and sides. Either way the doughnuts have to cool with the glaze on, to harden it.

Eat it all the same day you baked.

Cheers!

 
 Donuty uduchowione, w obiektywie syna Dominika, lat 6:)