Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanapki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanapki. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2016

Kanapka z sałatką z kurczaka Clay'a (jak w serialu "Bitten") / Clay's chicken salad sandwich (as in "Bitten" TV Show)

Już za chwileczkę, już za momencik nadejdzie anglosaskie święto potworów i koszmarów wszelakich - Halloween. W zeszłym roku uczciłam je bardziej tradycyjnym Pumpkin pie, ale w tym postanowiłam zaszaleć i faktycznie na ten okres końca października i początku listopada, spotworzę Bantofelki. A właściwie zwilkołaczę. Skłaczę! Blog będzie przez kilka nadchodzących postów wył przy pełni księżyca, z zacięciem polował na wampierze i rzecz jasna podtykał wam wszelakie, kłaczaste żarcia - jedno po drugim, z etykietką czegoś, co z rozkoszą zjadłby zmiennokształtny. Doświadczycie wszystkiego wilkowego, co stworzyła moja wyobraźnia (parafrazując jakże znany tekst z początku serialu "Twilight Zone"), a raczej co ta wyobraźnia sobie przypomniała, i gdzie ją skierowała pamięć, w poszukiwaniu książek i filmów, a także internetów, w których wilkołaki coś spożywały.
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.

A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.

Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!

Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.

Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.

W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...

Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.

Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.

Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.

Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!

No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.

Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!

A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):

12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek


Wykonanie:

Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.

Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.

Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.

Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.

Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.

Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.

Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.

Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.

W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.

Smacznego!:)
----------------------------------------------------


Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):

12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram


The making of:

 Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.

When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.

Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.

Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together. 

Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.

When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.

When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.

This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D

If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.

Cheers!


niedziela, 4 września 2016

Domowy serek kremowy/Homemade cream cheese

Załapałam fazę na sernik jakieś dwa tygodnie temu. Nie w ten sposób, że śnił mi się co noc, czułam jego zapach dosłownie wszędzie i jak się to często dzieje w przypadku, gdy się na czymś mocno zafiksujesz, wszystko mi się z nim kojarzyło do tego stopnia, że niemal widziałam go na ulicy,  wołającego z każdej witryny cukierni "Kup mnie!". Nie. To by była naturalna kolej rzeczy, że w końcu ulegam takiej długofalowej ciągocie z bez wątpienia przyrodzonym mi wdziękiem. Ja, jako dusza wybitnie rogata, jak zwykle zrobiłam to po swojemu. Któregoś wieczora po prostu mnie pierdzielnęła chęć na sernik. Jakikolwiek, chociaż tak w sumie to nie bardzo na polski. Akurat sobie przeglądałam opowiadania z cyklu "Chłopcy" i tam gdzieś mi się przewinął sernik, jaki jadła Dzwoneczek. Najprawdopodobniej ze Starbucks'a, ale akurat w to się nie miałam chęci zagłębiać. Ważniejszym od tego, jaki konkretnie to był sernik i z jakim wzorkiem na wierzchu, był fakt, że to sernik na serku kremowym, bo jak sieciówka amerykańska to przecież polskiego sernika nie będą podawać. Żadnych serów, nie ważne ile razy mielonych, zawsze będą zbyt ziarniste. Sernik rodem z hameryki. Następnie jedno doprowadziło do drugiego, zanim się obejrzałam miałam usta pełne śliny i już wiedziałam, że jakikolwiek wypiek powstanie w najbliższej przyszłości, będzie wymagał tego gładziutkiego serka. A więc będzie sernikiem w mniejszym lub większym stopniu i zaspokoi moje szurnięte pragnienie.
Nie, nie jestem w ciąży, to nie jest zachciewajka. Po prostu strasznie zachciało mi się sernika typu nowojorskiego. Nie mówcie, że wam się coś takiego nie trafia, hm?
No, niby, żaden problem. Sernik wymaga serka i paru innych rzeczy. Pójdę do sklepu, kupię i zrobię. Niby nic. Ale, wiecie, mimo różnicy w konsystencji sera twarogowego i kremowego, ważą niemal tak samo. I jak na sernik polski kupowałabym jakiś kilogram za zwyczajną, serną cenę, to kupienie kilograma serka kremowego już by zabolało. Mało tego. Za liche 200g z których nie zrobimy pełnowielkościowego ciasta, trzeba zapłacić tyle, że w sumie niektórym przechodzą zachcianki na samą myśl o ok. 10 złotych wywalonych na sam ser, a gdzie, przepraszam reszta, inni się zadowalają zwykłym twarogiem i na tym się kończą różne egzotyczne chciejstwa. A przecież nie powinno tak być! Żyjemy w czasach, kiedy w sklepach nie mamy na półkach wyłącznie octu, a dobra luksusowe można dostać wyłącznie w Baltonie za ciężkie dolary. Jest więc i ten serek kremowy w lodówkach w każdym sklepie. Ale najwyraźniej producent uznaje, że Polak użyje go tylko do kanapek, a do kanapek 200g wystarczy. O tych, co ambitnie chcą pojechać dalej, raczej się nie myśli. Solidarnie będziemy, kurna, żreć wyłącznie rodzimy, polski produkt, a jak się komu chce nowości, to do restauracji, won. Albo za granicę. Takie coś, takie potężne śrubowanie cen morduje nie tylko chęci, ale i wenę dla wszystkich, którym nie tylko schabowy i nieśmiertelna szarlotka z lodami w głowie. Czasem potrzebują... sernika z serka kremowego, no!
Ale za taką cenę...

Za taką cenę, to ja, wkurzona, przypomniałam sobie, że rzucił mi się w oczy niedawno przepis na serek kremowy robiony domowym sposobem. Tańszy. Smaczniejszy, bo bez zagęszczaczy i polepszaczy smaku i tak absolutnie prosty, nie wymagający niczego, poza czasem. Czemu nadal się zastanawiam i pieklę na ceny, skoro po dokonaniu prostych obliczeń, wyjdę na plus z podwójną ilością serka robionego w domu, w porównaniu do mizernych dwustu ubitych na kamień maszynowo gramów ze sklepu i zdecydowanie o wiele mniej za to zapłacę, niż gdybym miała całość kupić w sklepie.
Ominęłam więc dział serków kremowych, wyszukując przepis na internecie, zamarłam z zaskoczenia na widok listy składników i... chwyciłam wiaderko litrowego jogurtu. A potem w aptece - gazę.
Reszty domyślić się już łatwo. Ser się robił już po 10 minutach od powrotu do domu. Sam. A ja cała zadowolona czekałam na rezultaty, które, jak się okazało po 36 godzinach okazały się spektakularne.

Żadnej chemii. Żadnej soli, którą tak polscy producenci lubią dodawać do serka kanapkowego (przekonani, że każdy Polak weźmie go z zamiarem użycia na kanapce). Ba, żadnego miksera, masła, śmietan, dodatków... nic. Tylko lodówka. Tylko gaza, jogurt i grawitacja, która za ciebie wyciąga z jogurtu serwatkę, zostawiając w gazie dokładnie to, co znamy jako serek kremowy. Tak jest! Serek kremowy to jogurt pozbawiony serwatki. I za ten prostacko zwykły pomysł każą nam przepłacać? Nigdy więcej.
Szczególnie, że z 1 litra jogurtu wyszło mi prawie 400g serka. Przeliczając więc... nie, nie jestem dobra w matmie. Przejdźcie się do sklepu i dla rozrywki zobaczcie ile zapłacicie za litr jogurtu w porównaniu do cen serków typu Filadelfia i President. Rezultaty was zaskoczą i to bardzo pozytywnie:)
Serek, jak widać na poniższym zdjęciu, wychodzi śliczny. Bielutki. Tłuściutki. Mógłby być piękniejszy, gdybym nie robiła go z zamiarem przerobienia potem na sernik. Mógłby. W przepisie poniżej macie sposób, jak uczynić go małym, cudownie ukształtowanym dziełem sztuki. Ale ci, co im tylko serniki w głowie, wyrzucą zawartość gazy już po procesie produkcyjnym wprost na wagę, odważą właściwą ilość na ciasto, a resztę pożrą łyżkami błogosławiąc się za rozum i oszczędność. A smak? Poezja nie smak. Troszkę podobnie smakuje do Bielucha, ale lepiej. Bogatsza nuta, przyjemniejsza jedwabistość... jeśli nie zjecie w serniku, to zdecydowanie na chleb też się nie dostanie. Prosto z gazy do ryjka, słowo. O ile nie macie mocnego samozaparcia, znaczy się:)
Same plusy, miśki. Jeśli więc wasze chęci na serniki wytrzymają półtorej doby, to problem ceny serka kremowego zupełnie przestanie was dotyczyć. Pojawi się pewnie problem z dodatkowymi centymetrami w biodrach, ale, warto zaryzykować i raz na jakiś czas rozpieścić siebie samego. Ci, co dyktują ceny w sklepach wystarczająco dużo robią, by nam nadwątlić samopoczucie, ale, jak to się mówi, gdzie bogowie zamykają drzwi, gdzieś indziej otwierają okna. To akurat otwarło się na innowację.
To co, wyłazimy?:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na 350-400g serka):

1 litr jogurtu naturalnego (ja wybrałam Jogurt Kuchmistrza z Mlekovity)
gaza (zakupiłam 3 opakowania metrowe, najtańsze i było w porządku)


Wykonanie:
 
Na durszlak wykładamy jedna po drugiej, 3 warstwy gazy. Każda rozłożona metrowa gaza składa się tak naprawdę z dwóch warstw, więc w sumie powinniśmy otrzymać izolację z 6 warstw gazy.

Pod sito wkładamy garnek lub talerz, ponieważ niemal od razu serwatka zacznie przeciekać.

Jogurt wylewamy na środek gazy.

Zbieramy ostrożnie jej końce, zwisające dotąd po bokach z każdej strony sita i zbieramy je ze sobą u góry w taki sposób by jogurt w gazie utworzył kształt woreczka. Już w tym momencie serwatka z jogurtu zacznie wyciekać kroplami na sito i do naczynia pod spodem.

Końce gazy związujemy mocno ze sobą przy pomocy długiego kawałka sznurka lub włóczki bezbarwnej. Następnie bierzemy wysokie naczynie (najlepiej gdyby miało ze dwa litry), oraz drewnianą łyżkę.

Korzystając z tego, że sznurka do wiązania gazy zostało nam jeszcze sporo, przywiązujemy go mniej więcej pośrodku rączki łyżki tak wysoko jak tylko się da, po czym wkładamy gazę z zawartością ostrożnie do wysokiego naczynia i opieramy łyżkę o jego krawędzie. Musimy przy tym pamiętać, by między dnem naczynia, a końcem gazy z jogurtem była przestrzeń wolna, ponieważ aby serek się utworzył, serwatka musi wycieknąć, a pozostałość podeschnąć.

Wysokie naczynie z gazą i łyżką wkładamy do lodówki na 24-36 godzin. Co jakiś czas należy kontrolować ilość serwatki na dnie i wylewać ją (najlepiej nie do zlewu, a do innego naczynia, by użyć do czego innego, ponieważ jest bardzo zdrowa), ponieważ tworzący się serek nie może w niej być zanurzony.

Po 36 godzinach, gdy przy ostatnim wylewaniu serwatki było jej znacząco mało, przenosimy naszą gazę ponownie na sito. Odcinamy gazę ze sznurkiem i ostrożnie rozchylamy warstwy, zaczynając od najwyższej. Delikatnie odciągamy gazę z boków powstałego serka kremowego, a potem przenosimy go do naczynia, skąd będziemy go wybierać i używać.

Ponieważ mój serek powstał z przeznaczeniem na użycie w serniku, nie dbałam zbytnio o wygląd zewnętrzny produktu i swobodnie wybierałam rozmaite kawałki powstałego serka z górnej warstwy, a potem z dolnej, gdzie jak się okazało, było go najwięcej i przekładałam do miski. Jeżeli zależy nam jednak na równiutkiej łezce albo kształcie babeczki lub równego kręgu, w dodatku z wzorkiem gazy na wierzchu, możemy wyścielić kokilkę ponownie dwoma warstwami gazy, starannie układając ją na dnie i po bokach, wyłożyć do środka serek, przyciskając go, by zawierał jak najmniej powietrza, następnie przykryć krążkiem wyciętym z folii o średnicy kokilki, docisnąć i włożyć ponownie do lodówki na kilka godzin.

Po tym czasie zdjąć plastik, ostrożnie odwrócić kokilkę na talerz do góry dnem, wyjąć serek w gazie i ostrożnie ją ściągnąć. Otrzymamy serek z ozdobną, koronkową siateczką na wierzchu i w pożądanym kształcie, gotowy do zachwycania nim gości.

Proponowany przepis służy do wykonania serka kremowego o naturalnym smaku. Zawsze jednak można go dosolić, dodać przypraw, szczególnie, jeżeli ma służyć do jedzenia z pieczywem, a nie do pieczenia sernika. Dosmaczamy go na etapie formowania, gdy pakujemy go do kokilki.

Smacznego!

-----------------------------

 Ingredients (for about 350-400g of cream cheese):

1 litre of natural yoghurt
1 cheesecloth


The making of:

Put 3 layers of cheesecloth on the collander. Each layer consists of 2 parts, so all in all you will have 6 layers of cheesecloth.

Put a dish under the collander, for the whey starts to drop throughout the cheesecloth almost imediatelly.

Pour the whole yoghurt in the middle of cheesecloth layers.

Gather all the outside parts of cheesecloth and gather them together, creating a kind of sack, with a yoghurt inside. The wey should start to drop like now. 

Tie the ends of cheesecloth with a twine. Then prepare a wooden spoon and a high dish (2litre for instance).

Tie the cheesecloth with the same twine to the wooden spoon, in the middle of a handle, then put the sack into the high dish and rest the spoon on the edges. Remember that there has to be a space left between the bottom and the end of sack, for if the cream cheese is ought to create, the whey must flow out and the remaining part of yoghurt dry and harden apart of it.

Put the dish with cream cheese-to-be into the fridge for 24-36 hours. Check it from time to time to pour the whey into the separate dish (do not throw it away, it is good for your health), for the cream cheese cannot flow in it.

After 36 hours have passed, remove the dish from a fridge, and relocate the cheesecloth again into the collander. Cut out the top part of cheesecloth and carefully uncover the cream cheese. Remove it from your homemade cream cheese and put the cheese into the dish you will be using it of.

Now, I created my homemade cream cheese exclusively for a cheesecake, so I did not bother with its look, just the taste, so I removed it just because from its cheesecloth and put it into the bowl, and that was the end of a job. But if you want it to look nicely, and have a shape of a tear or like a little, even circle, with a lacey pattern on the surface, there are some more things to do.
In this case you should put like two clean layers of cheesecloth into the ramekin or any dish you want to shaped your cream cheese, then put the cream cheese inside, pressing it gently, so there was no air bubbles left. Then cover it with a foil circle having the same diameter as the dish, preasure it gently again, and put into the fridge for another couple of hours.

Then remove the foil circle, turn the dish upside down to remove the cream cheese together with cheesecloth, then peel it off gently. And there you have - a pretty, little homemade cream cheese, looking all fine and dandy.

Using this recipe you will get a cream cheese having the natural flavour. No salt, no seasoning. But you can always give it your desired flavour, especially when you want to eat it with bread, not use it to any cheesecake. In that case all the seasoning should be added during the process of putting the cream cheese into the dish of the desired shape, and you will receive a cream cheese with a flavour of your choice.

Cheers!

piątek, 1 lipca 2016

Podpłomyki / Ye Olde Flatbreads

Ciekawa jestem ilu z was, czytających felki Bantofelkowe, interesuje się żywą historią. A tak konkretnie odtwórstwem historycznym, w którym, tak w wielkim skrócie opisując, uczestnicy stają  na głowie, by w jak najdokładniejszy sposób odtworzyć życie codzienne naszych przodków sprzed tysiąca lat. I to nie tylko naszych, Słowian, jeśli myślimy o współczesnych Polakach, ale i innych nacji, na przykład Wikingów, Rzymian, Barbarzyńców, Rusinów i tak dalej.
Od razu chciałabym też wyjaśnić, że wbrew pozorom, rekonstrukcja historyczna to nie to, co nam wciskają rozmaite filmy amerykańskie, pokazujące pryszczatych nastolatków poubieranych w zbroje z tektury, dzierżących miecze z plastiku pociągniętego srebrną farbką, z doprawionymi elfimi uszami, ganiających po lesie. To akurat najbardziej pasowałoby do miana LARP-u, czyli Live Action Role-Playing, na polski tłumacząc: Gry na Role na Żywo. Z odtwórstwem historycznym ma to tylko tyle wspólnego, że ludzie się przebierają weekendowo za coś, w czym teraz nie wyszliby na ulicę, by nie przyciągać zagubionych spojrzeń innych, dyskretnie dzwoniących po panów z psychiatryka "bo jakiś wariat gania po deptaku z mieczem, szukając smoka i dziewicy. Nie zaginął wam ktoś na oddziale?"
Nie, nie, odtwórstwo/rekonstrukcja historyczna i LARP to dwie odmienne rzeczy. Za tę drugą się nigdy nie brałam, natomiast jestem szczerą fanką i uczestnikiem tych pierwszych aktywności. Co prawda teraz znacznie mniej niż 6 lat temu. Niemniej nadal czasem w wolnym czasie z codziennej siebie, Gosi, lat 30 coś tam, na co dzień mamy, żony i freelancera-tłumacza, tudzież blogerki, lubię przeistoczyć się w Gudrun, duńską volwę - wiedźmę i wieszczkę, w której jak najbardziej rzeczywiste przedstawienie włożyłam wiele pracy i spędziłam wiele czasu, by była od góry do dołu jak najbardziej realistyczna, z ubiorem i zachowaniami bazującymi na rzeczywistych znaleziskach archeologicznych. Bowiem to nie tylko chęci, nie tylko zapał do realistycznego odtwarzania, ale i mnóstwo przeczytanych książek i artykułów i niestety kupa kasy w to wszystko włożona - bo pewnych rzeczy, na przykład miecza dla wojownika, użytecznego do walk turniejowych - w supermarkecie nie kupi. Musi go wykuć prawdziwy kowal i we wszystkim, poza zaostrzeniem, broń musi być prawdziwa.

Jednak mimo tych przeszkód, drużyn odtwórców jest naprawdę sporo w Polsce, co znakomicie świadczy o zainteresowaniu historią i kulturą tych, co byli przed naszymi czasami. W sezonie odtwórczym, który tak naprawdę zaczyna się w kwietniu, spotykamy się często na zlotach i rozmaitych imprezach odtwórczych, wymieniamy doświadczeniami, uzupełniamy wiedzę i ciągle się rozwijamy. Nadal bowiem archeologia odkrywa przed nami nowe tajemnice przodków, z których jesteśmy w stanie dopaść jedynie fragmentów i nie do końca czasem składamy je w całość jak należy. To, co było na przykład uznawane za historyczne kilka lat temu i prawidłowe u odtwórcy oblatanego w temacie - choćby lamelka u Słowian, czy karwasze, jako ochrona dla przedramienia walczącego - dziś uznawane jest za Mroki - czyli błąd odtwórczy, ponieważ dokopano się do nowych dowodów i te weszły już w kanon wiedzy historycznej, przeto odtwórcy muszą być na czasie, jeżeli chcą się zwać prawdziwymi rekonstruktorami.

Pomijając aspekty bojowe i wygląd, kuchnia również odgrywa sporą rolę w odtwórstwie. Skoro bowiem już banda ludzi robi z siebie dosłownie przedstawienie, ma namioty historyczne, broń, zbroję i całą resztę, jak by to wyglądało, gdyby taki woj z dziesiątego wieku, z wyglądu Duńczyk dążący na pole walki, gdzie ku chwale Odyna będzie walił po hełmach innowierców, nagle wydarł skądś kanapkę z Subwaya i zaczął zajadać, ocierając sos majonezowy z brody skórzaną rękawicą? No, głupio. Skoro więc dbamy o wygląd, dbamy też o oprawę. A więc kuchnię również mamy tak historyczną, jak tylko się da.
W przypadku gotowania sprzed wieków jest nieco prościej, niż odtwarzając wygląd i zachowanie. Przede wszystkim eliminuje się wszystkie sztuczności, proszki do pieczenia, margaryny, herbaty i kawy, dosmaczacze, nawet cukier i sól, ponieważ szczególnie ta druga była dobrem luksusowym w niektórych krajach 900 lat temu. Miewano jej odrobinę w woreczkach i na pewno nie sypano tonami gdzie się da. Zastępowano jej brak smakiem tłuszczu z mięsa, szeroko używanymi do wszystkiego ziołami, w palecie o wiele szerszej, niż stosuje się obecnie. To samo było z cukrem. Nie cukier, a miód. Naturalność przede wszystkim. W kuchni odtwórczej pamiętać trzeba przede wszystkim o tym. I o rejonie, z jakiego się odtwarza. Pomarańcz w starej Polsce nie znalazłby za żadne skarby, tak samo jak u Norwegów nie dostanie swojskich poziomek (truskawki - niehistoryczne - hybryda poziomki powstała w dziewiętnastym wieku, o ile dobrze pamiętam:)).

Jest jednak nadal na tyle dużo wspólnych mianowników, że nawet nie posiadając dowodów pisanych i przepisów naszych babek wyrytych gdzieś w kamieniu lub na tysiącletnim pergaminie (przekazywano je ustnie, z matki na córkę, dlatego zachowało się ich mniej niż czegokolwiek innego po przodkach), z łatwością można założyć, że pieczono jakiś chleb na mące regionalnej, robiono piwo na chmielu lub zbożu, warzono miody, a mięso pieczono nad ogniem, doprawiając je sowicie tym, co zaradne gosposie zebrały o świtaniu na łące.

I tego właśnie chleba czepić się zamierzam. Pieczywa właściwie, tak prostego i mono-składnikowego, że i u Wikingów i u Słowian z wieków wczesnych i średnich, prawdopodobnie i u kultur wschodnich w zupełnej spokojności można założyć, że obficie go było na ucztach. Podpłomyki, proszę państwa. Płaskie, niewielkie kawałki ciasta, pieczone na blasze z jednej i drugiej strony, twarde i miękkie jednocześnie, cudownie zaspokajające głód. Coś, czego jako młody odtwórca uczysz się na pierwszej swej imprezie historycznej, odnośnie jedzenia. Podpłomyk historyczny jest wszędzie i nie zrobisz z siebie wariata wyciągając go z kaletki lub sakwy i gryząc gdziekolwiek.
Poza lekko słonym smakiem, nie ma w sobie wiele aromatu. Nasi przodkowie byli prostolinijni. Wysmakowane pieczywo spożywano na królewskich dworach, a zwykły szaraczek, nawet i wojak łapał podpłomyk i kawałek mięsa i szedł do pracy lub na wyprawę. Byle pieczywo było świeże i zapychało żołądek. Tak więc i my nie kombinujmy z podpłomykami, jeśli zaczniemy je już robić. Ta ich prostota to strzał w dziesiątkę, bo pasują dosłownie do wszystkiego: od mięs do konfitur.

O tym, że nie trzeba do nich wielu znalezisk historycznych, by przekonać świat o ich starym pochodzeniu, świadczyć może choćby to, że wyrób podpłomyków przetrwał całe wieki w niemal nie zmienionej formie. Po co ruszać bowiem coś, co już jest doskonałe i sprawdzone? Skład ciasta jest zawsze prawie ten sam, pieczone smakuje identycznie wszędzie. A gotowane... pierogi znacie wszyscy. Jak myślicie, co to za ciasto, z którego je robicie? Nic innego tylko najprostsze ciasto na podpłomyki. Dlatego też, podając przepis na Ciasto Pierogowe czyli Zhakowanie Pierogi Ruskie, nie omieszkałam zaznaczyć, byście absolutnie nie wyrzucali resztek, pozostałych po wykrojonym cieście. Ponieważ właśnie podpłomyki z niego wyjdą cudowne. Doskonała alternatywa dla chleba i Proziaków, a przy tym i powiew historii na stole. Pieczywo idealne, szybkie i tak nęcące, że niejeden zacznie eksperymentować ze smakiem (ja zaczęłam... za wiele cukru dodanego do nich sprawi, że się rozpłyną, a nie upieką:D No, co, ja też popełniam błędy:D), ale i tak przy najbliższej sposobności wróci do jedynie słusznego oryginału.

Czy więc jesteś odtwórcą, i szykujesz się na imprezę historyczną, czy zwykłym ludzikiem, zaciekawionym tą felką - łap za składniki, wrzucaj do miski i działamy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Mąka
Ciepła woda (opcjonalnie mleko lub miks mleka z wodą)
Sól
Nieco stopionego masła lub oliwy (oleju)
lub
Ten przepis na ciasto 

Wykonanie:

Do miski wsypujemy dowolną ilość mąki. Solimy. Kropimy tłuszczem.

Dolewając po trochu cieczy do mąki wyrabiamy ręką po odrobinie ciasto, lepiąc ze sobą powstałe grudki, aż otrzymamy kawałki ciasta wielkości dłoni.

Kawałki wałkujemy lub spłaszczamy i rozciągamy w rękach, aż otrzymamy nieregularnego kształtu płaskie placuszki i wykładamy bezpośrednio na blachę w rozgrzanym piekarniku. Ewentualnie na blachę wysłaną folią aluminiową.

Pieczemy z obu stron, aż podpłomyki stwardnieją i dorobią się wyraźnych brązowych i złotawych plamek.

Serwujemy same lub ze wszystkim, co nam wpadnie w rękę. Szczególnie smaczne są jeszcze ciepłe, z masłem i solą oraz z konfiturami.
 
Smacznego!

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Flour
Warm water (milk, or milk and water mix)
Salt
Some melted butter or vegetable oil
or
The dough from this recipe 


The making of:

Pour as many flour as you wish into the bowl. Add salt. Add the fat.

Work with the dry ingredients with your hand, adding the fluid ingredient bit by bit. You should receive the clumps of dough very quickly. Stick it together until you get them just about the size of your hand.

Roll the bits of dough or flat it in your hands so to get a flat, irregular shaped breads. Put it on the baking tin, or you can first put a sheet of baking foil and then put the bread there.

Bake on both sides till the flatbreads become hard and get golden and browny spots on both sides.

Serve as it is, or with everything you wish. However, they taste the best when served warm, with butter and salt, or any fruit marmelade.

Cheers!




 

wtorek, 1 marca 2016

Zielony Chlebek Rey z Jakku ( Star Wars: Przebudzenie Mocy)/Rey's Green Ration bread (Star Wars: The Force Awakens)

Minęło dwadzieścia pięć długich lat, odkąd obejrzałam po raz pierwszy "Star Wars: Epizod IV - Nowa Nadzieja". Dwadzieścia pięć lat, pełnych uwielbienia dla produkcji science-fiction, nierealnych, pełnych magicznych efektów specjalnych, dosyć często z niskich lotów fabułą, ale kto by na to patrzył, gdy tak cudownie wykopują wyobraźnię poza wszelkie granice. Dwadzieścia pięć lat, w trakcie których na dobre wsiąkłam i wdzięcznie pozwoliłam się podbić wszelkiej fantastyce naukowej; zaczynając na rajdach kosmicznych, a na historiach fantasy kończąc. I to nie tylko filmom, ale i książkom, komiksom i grom (chociaż tutaj nieco mniej, bo granie w taki Mass Effect wymagało dobrego sprzętu, którego nie miałam), w końcu i historiom, które sama zaczęłam pisać.
Ten i ów powiedziałby, że to wcale nie Star Wars. Że to najzwyklejsze dążenie umysłu do bujania w obłokach, więc tak czy siak skłoniłabym się ku fantastyce nie tylko naukowej, gdyby ktoś mi tylko wetknął w łapę pierwszą książkę w tej tematyce, albo pierwszy film na VHS puścił (tak, tak, do dziś wspominam z nostalgią tę martwą technologię, ale kiedyś nie było nic innego, na czym rozprowadzano by filmy:)). Ale wiecie? Nie sądzę by taki Łowca Androidów zrobił swym mrocznym klimatem aż takie wrażenie na małej dziewczynce, jak widziany w Gwiezdnych Wojnach ogrom Niszczyciela Gwiezdnego, który w pierwszych kadrach sunie przez kosmos, goniąc za małym stateczkiem i strzelając do niego z laserów. I ten podskok na krzesełku, to wgapienie się w telewizor z otwartą buzią... trafi, czy nie trafi? Uciekną? Trafił! I co teraz, co teraz?! Absolutnie nic nie jest w stanie przebić tego uczucia, gdy pierwszy raz w życiu oglądasz Star Wars i stajesz się fanem do końca życia. I tysiąc twarzy Greya, dziesiątki stron Harlequinów, tony mądrości z poradników "Jak go zdobyć?". Wszystko to nic, w porównaniu z wrażeniem jakie Star Wars wywierają na kimś, kto ma przeznaczone stanie się fanem tego gatunku i zaczyna od najlepszego, do czego może sięgnąć.

Po tym filmie pragnęłam wszystkiego, co było z nim związane, ale gadżeciarstwo w Polsce we wczesnych latach 90tych praktycznie nie istniało. Szczytem marzeń była koszulka z Darthem Vaderem, jaką zobaczyłam u kolegi, co dostał ją z paczki ze Stanów. Han Solo był pierwszym ideałem mężczyzny dla mej, dorastającej osoby, piski R2D2 naśladować usiłowałam bardzo długo, a kota (jeśliby ktoś tylko mi go podarował) planowałam nazwać Chewbacca. Szał! Dzikość serca! Tak rodzi się Star Wars maniac!

Z biegiem lat i pojawiających się kolejnych produkcji, poznawania nowych światów, w tym i fantasy, pełnego magii i niezwykłych wydarzeń, lekko ta mania przybladła. Ale w kręgu zainteresowań Gwiezdne Wojny zawsze zostały. Toteż ledwie pojawiły się plotki o nowej trylogii, czy też poprawionej wersji w kinach, byłam pierwsza w kolejce po bilety.

Nie inaczej stało się z "Przebudzeniem Mocy", kontynuującym zachwycającą historię, jakiej pozbawiono mnie po "Powrocie Jedi". Ja, stara kopa, pognałam w pierwszy dzień przedsprzedaży biletów i je kupiłam, ledwo otwarto kasę. W dzień premiery odcięłam się całkiem od internetu, by wbrew swemu zwyczajowi, nie dostać po łbie spoilerem. Tym razem nie chciałam wiedzieć nic pewnego o fabule. Chciałam przeżyć wszystko na nowo. Jak te dwadzieścia pięć lat temu.

I nie zawiodłam się. Nowy reżyser, nowi bohaterowie, ale i stara ekipa była. Stary klimat. Magia powróciła, promieniując z galaktyki daleko, daleko stąd wprost w moje zachwycone oczy...

Jak się łatwo domyślić, inaczej się odbiera uwielbiany film w wieku dziesięciu lat, inaczej mając trzeci krzyżyk na karku i troszkę innych zainteresowań. Kiedyś oglądałam tylko dla efektów, a teraz zachwycałam się dodatkowo szczegółami, nawiązaniami do ukochanej trylogii. I nowościami, jakie przedstawili.

Na ten przykład, zauważyliście, że w jedynej słusznej pierwszej trylogii prawie nic nie jedzą? Mamy sławne niebieskie mleko w scenie z "Nowej Nadziei" u Larsów, mamy coś, co wygląda jak długa chrupka kukurydziana w "Imperium", jako część rebelianckiej racji żywnościowej Luke'a na Dagobah i... tyle! Ja rozumiem, że jedzenie mało ważne wobec poważniejszych wydarzeń, ale dopiero jak zachwyciłam się tym, co nam pokazali w "Przebudzeniu Mocy" uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi tam przyziemnej konsumpcji nieziemskich potraw.

Mowa oczywiście to sławnym chlebku Rey, który wyrasta w kilka sekund, po połączeniu tajemniczego proszku z wodą i podgrzaniu. Jejku, ten chlebek intrygował mnie bardziej niż wiele ciekawszych dla innych, rzeczy, tylko dlatego, że był jedną z niewielu potraw z uniwersum, jakie przedstawiono. I wygląda wprost... cudnie i kosmicznie. Popatrzcie na ten gif:






Było więc tylko kwestią czasu, kiedy go spróbuję odtworzyć.

I tak się stało kilka dni temu, po przekopaniu sporej ilości informacji na internetach, które dostarczyły zresztą ciekawych wniosków.

Według Wookipedii na przykład, chlebek ten, a właściwie proszek, z jakiego go robią, stanowi część imperialnej racji żywnościowej i nosi intrygującą nazwę "Polystarch". "Starch" to z angielskiego "mąka" albo "skrobia". Czyli, jakby nie spojrzał, mowa tu o pieczywie.
Co jeszcze ciekawsze, twórcom filmu stworzenie tego chlebka zajęło całe trzy miesiące. Nie jest to bowiem absolutnie żaden efekt komputerowy. Oni naprawdę go zrobili, naprawdę wyrósł tak, jak pokazują, a aktorka naprawdę go ugryzła. Co prawda potem ponoć łyknęła bez gryzienia, bo był ohydny w smaku, ale jednak! Ponownie ukłony w stronę starej trylogii, gdzie większość efektów osiągano przy pomocy starych, dobrych konstrukcji z patyczków do lodów i różnych, przypadkowych części na blue screenie, osiągając kosmiczne efekty.
Nikt niestety nie podał z czego go zrobiono na potrzeby filmu, ale skoro był zjadliwy, a Daisy Ridley nie padła na miejscu z zatrucia pokarmowego, coś musiało tam być normalnym składnikiem spożywczym.

Aż tak daleko nie poszłam, by bawić się w chemika i próbować odtworzyć efekt filmowy, ale jak łatwo przypuścić, swoim sposobem postanowiłam odtworzyć ten chlebek, robiąc z niego nie tylko jak najdokładniejsza kopię filmowego, ale i przyjemną do zjedzenia. W końcu mamy odczuwać przyjemność z konsumpcji, oglądając przy okazji Star Warsy, a nie dzielnie pluć tworzywem sztucznym. Albo kawałkami żelatyny.

Swoim sposobem więc odnalazłam tego giffa, przyjrzałam się chlebkowi z każdej strony i tak oto powstała owa felka.
A więc co my tu mamy...

Mamy tu z pewnością pieczywo. Wielkości takiej, że zmieści się w jednej, małej ręce, czyli chlebek jest wielkości dużej bułki. Giff nie oddaje pełni kolorów, ale widać nieco złota typowej bułki mącznej po pieczeniu, ale i zaskakującą zieleń. Ta zieleń jest tak charakterystyczna, podkreślona również w Wookipedii, że nie ma mowy, by ją ominąć.
Filmik pokazuje nam też, że powierzchnia tej bułeczki nie jest równa. Wręcz przeciwnie. Są pęknięcia, bardziej kaniony, jakby powierzchnia nie została wygładzona. Taki efekt daje ciasto wyrośnięte na drożdżach, ugniatane dodatkowo jeszcze chwilę ręcznie z mąką, do takiej postaci, w której niektóre kawałki doczepiamy, gdy się już oderwały od głównej masy, a potem powstają nam takie piękne kaniony podczas rośnięcia.
Konsystencji nam nie pokazano, ale na oko bułeczka jest ciężka. Żadnego dmuchanego, pszennego pieczywa, a coś, co, w założeniu fabuły, przetrwa ciężkie życie szturmowca, obijanie i gniecenie w torbie podróżnej i nadal zachowa swój kształt. Pieczywo więc musi być mięsiste. I nie przesadzone smakowo, skoro to racja żywnościowa. Trzymamy się więc podstawowych smaków i nie kombinujemy.

Niewiele przepisów do tej pory opiewa na ten wyrób. Dwie wersje łącznie znalazłam. Jedna, udostępniona przez Disneya, całkiem idiotycznie podsuwa nam wersję ciasta z kubka, rosnącego w mikrofali, które tylko zielenią przypomina pierwowzór z filmu. Nie, tego nie chciałam. Bułka to bułka i akurat szybki efekt rośnięcia mniej znaczył niż ogólny wygląd po wykonaniu.
Czy Rey wyżerała z kubka? Nie, Rey nie wyżerała z kubka, brała gotową bułeczkę do ręki i szła konsumować z czymś, co wyglądało jak gulasz z wodorostów. I na pewno w racji żywnościowej dla szturmowców nie przewidziano by herbaty jako dodatku smakowego. Przepis z matcha i mikrofali, wyrastany w kubku uznałam więc za kompletnie chybiony. Szczególnie w obliczu drugiego, który spełnił większość kryteriów, jakie powinien spełnić. A to, że rośnie łącznie około 2 godzin, to zupełny detal, wobec tego, jak się prezentuje i jak cudowną barwę i smak nadaje mu całkiem pospolity szpinak.
A przecież ustaliliśmy, że powinien być prosty, prawda? Bardziej pospolitej, zieleń dającej rośliny chyba nie ma...

Proponuję więc wam taką, a nie inną wersję chlebka Rey z Jakku, dla odmiany bardzo smacznego, szczególnie, gdy zjada się go na ciepło. Doskonałego w towarzystwie masła i pomidorów, lub jako zagryzka do dowolnego gulaszu:)

Przepis wzięty stąd. Zmodyfikowany w kilku miejscach.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



 Składniki:

Ok. 15dkg mrożonego szpinaku (zdaję sobie sprawę, że nie każdy może lubić szpinak, dlatego do uzyskania koniecznej, zielonkawej barwy chlebka, by nie sięgać po sztuczny barwnik, można użyć również świeżej bazylii w postaci pulpy lub proszku matcha - tego zielonego, herbacianego, który podaje Disney. Jednakże wtedy uzyskacie najzwyklejszy smak bułki drożdżowej, bez arcyciekawego aromatu oferowanego przez szpinak)
2 ząbki czosnku (opcjonalnie)
1/2 szklanki ciepłej, przegotowanej wody
2 łyżeczki suszonych drożdży
1/2 łyżeczki cukru
3 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki soli
1 łyżka stopionego masła

 Wykonanie:

Szpinak rozmrażamy, pulpę dajemy do garnuszka, stawiamy na ogień, i podgrzewamy, mieszając często, by pozbyć się nadmiaru wody.

Ząbki czosnku, jeśli będziemy je dodawać, obieramy, miażdżymy i dorzucamy do szpinaku, by przejął nieco ich aromatu.

Szpinak trzymamy na ogniu aż będzie gęsty, a nadmiar wody wyparuje. Wtedy zdejmujemy z ognia i pozwalamy mu ostygnąć.

Do miski od miksera wlewamy ciepłą wodę, dodajemy cukier i drożdże, mieszamy i zostawiamy na około 10 mintu, przykryte ściereczką, do momentu aż pojawi się bąbelkująca pianka na powierzchni.

Dodajemy do drożdży masło, sól, papkę szpinakową (lub inny dodatek nadający kolor zielony), oraz 1 szklankę mąki i włączamy mikser  z mieszadłami hakowymi do ciasta drożdżowego.

Miksujemy zawartość miski aż składniki się połączą, stopniowo dodając resztę mąki, i pozwalamy się ciastu miesić jeszcze przez co najmniej 5 minut.

Po tym czasie, gdy uformowało kulę dookoła mieszadeł, ale nadal jest sporo niewymieszanej mąki i luźne kawałki ciasta, wykładamy je na stolnicę i chwilę zagniatamy ręcznie aż wszystko połączy się w jedną, nierówną na powierzchni kulę.

Gotowe ciasto wkładamy do miski, lekko smarujemy oliwą i przykryte czystą ściereczką zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na około 1 i 1/2 do 2 godzin. Aż podwoi swoją objętość.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia.

Zależnie od tego, czy chcemy jeden, wielki chlebek, czy kilka mniejszych, formuujemy z ciasta albo jedną kulę, albo 4-5 mniejszych, okrągłych chlebków tak na rękę, ponownie przykrywamy ściereczką i pozwalamy im rosnąć następne 45 minut.

Po tym czasie wkładamy blachę z chlebkami do piekarnika na środkową szufladę. Na dolną wkładamy napełnione wodą naczynie żaroodporne, by parowało podczas pieczenia. Dzięki temu pieczywo będzie miało chrupiącą skórkę. Zamykamy piekarnik i pieczemy chlebki około 35-45 minut (krócej, jeśli są to małe chlebki, dłużej, jeżeli to jeden, większy chlebek).

Wyciągamy z piekarnika, pozwolimy im ostygnąć, a potem spożywamy, ciepłe jeszcze w towarzystwie gulaszu, masła i takich dodatków, jakie zapragniemy.

Niech Moc będzie z Wami!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:


5 oz./150g frozen spinach pulp
2 garlic cloves (optionally)
1/2 cup warm water
2 tsp. active dry yeast
1/2 tsp. sugar
3 cups all purpose flour

1 and 1/2 tsp. salt
1 tbsp. melted butter




The making of:

 Defrost a spinach pulp. Put a pulp into a small pot, and put into the heat to boil and vapourate excess water.

Crash the garlic cloves, if you intend to add them, and put into the pot of spinach pulp. Heat it up, so the garlic aroma came into the spinach. Cook it together a little bit, then put the pot aside and let it cool.

In a large mixing bowl, stir together the 1/2 cup of warm water, sugar and yeast. Let it sit for about 10 minutes to get foamy.

Add the butter, salt and spinach pulp (or any other green colouring, like basil leaves pulp, or matcha powder) and 1 cup of flour. Mix it, using the dough hook, and then add the rest of flour little by little, then kneed it for about 5 minutes.

When the dough forms a ball around the hooks, but there is still left over flour in the bowl, remove it and manually kneed the dough, so all the flour is mixed with the dough, forming uneven ball.

Lightly coat the dough with oil and then put it back in the mixing bowl. Cover with a damp towel to rise in a warm place for about 1 1/2 – 2 hours.

Heat your oven to 400ºF/200 Celcius.

Put a sheet of baking paper on a baking pan.

Remove the dough from a bowl (it should double the size by now) and form it either in a one greater ball, or 4-5 smaller ones. Cover it with a damp towel and let it rise again for about 45 minutes.

Ater that time, place a casserole dish of water on the bottom rack, then place the bread pan on the middle rack. Bake for about 35-45 minutes (depending on the size of you breads).

Remove it to cool slightly. Best served warm, together with a meat stew, smeared with butter and any addition you wish.

May the Force be with you!






wtorek, 10 listopada 2015

Proziaki

Ci, co znają mnie odrobinę, wiedzą, że jedną z moich pasji (poza ciężką muzyką i fantasy w każdej postaci, przede wszystkim książkowej) jest zainteresowanie kulturą wczesnośredniowieczną. Jeszcze gdy miałam więcej pary ku temu i czasu, bawiłam się w odtwórstwo historyczne i trzeba przyznać, że moja wikińska völva - wiedźma, z duńskiej nacji i z czasów mniej więcej 9-10 wieku była jedyna w swoim rodzaju. Potem pojawiło się nas więcej i w mojej drużynie i w drużynach bratnich, czy to słowiańskich, czy odtwarzających kulturę wikingów. Grunt, że byłam jedną z pierwszych i bardzo miło wspominam ten czas.
Mimo jednak tego, że już nie odtwarzam, nadal interesuję się wczesnym życiem naszych przodków. Zarówno słowiańskich, jak i celtyckich oraz wikińskich. Źródeł, by swą pasję zaspokajać jest dosyć, szczególnie w kwestii broni i ubiorów, ale niestety maleńko w kwestiach dla nich tak zwyczajnych, że przekazy są bardzo szczątkowe i musimy polegać na strzępach wiedzy. Jedną z tych kwestii jest kuchnia naszych przodków.
Nie raz i nie dwa, za czasów swego odtwórstwa miałam ogromną ochotę ugotować coś, czego nie powstydziłaby się kobieta z dziesiątego wieku i żeby nie była to w kółko kasza wymieszana z mięsem. Co z ich wypiekami? Co ze słodyczami w dobie, gdy cukier był dla nich zamorską przyprawą i dosładzali wszystko miodem?
Większości takich rzeczy możemy się obecnie tylko domyślać, zbierać drobiny informacji i niekiedy polegać tylko na tym, co mieli przodkowie do dyspozycji, bo przepisów, moi drodzy, nie zapisywano wówczas dla potomności. Nie było takiej potrzeby, bowiem matki przekazywały córkom wiedzę ustnie i praktycznie, córki swoim córkom i tak to szło, z biegiem czasu pewnie modyfikowane, ulepszane. I w końcu ze starożytnego przepisu pozostawał tylko cień, nazwa, wspomnienie wyryte w pamięci i słowa "to jest przepis mojej babci, a jej przekazała go jej babcia".

Z odmętów rozważań o utraconych skarbach przeszłości, pragnę jednak powrócić na właściwe wody. Dla wszystkich, którzy tak jak ja, zatęsknili za smakami przeszłości, pojawiła się niedawno nadzieja. Trafiła się dwójka odtwórców, którzy wzięli się z pasją za odtwarzanie starożytnych przepisów kulinarnych Słowian. Owocem ich pracy jest książka: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Autorami są Hanna i Paweł Lis. I powiem wam szczerze: jest to niesamowita skarbnica wiedzy, zawierająca nie tylko rewelacje w dziedzinie odkryć na temat produktów wczesnych mieszkańców naszych ziem, ale także ciężką drogę odtwórcy w odkrywaniu starej wiedzy i fantastyczne zdjęcia, dokumentujące w jaki sposób być może gotowano w dawnych czasach, gdy nie było prądu. Że nie wspomnę o tym, że ku mej głodnej radości zaopatrzono książkę w mnóstwo przepisów, zarówno w wersji "piekarnikowej" jak i w niektórych przypadkach, do wytwarzania pewnych dań starymi metodami. Raj dla odtwórcy, powiadam wam, i zdecydowanie polecam książkę każdemu łowcy nieznanych niekiedy smaków.
Z książki tej podam wam kilka przepisów już wypróbowanych na dania, z których potem wyrosły znane nam obecnie zupy, napitki i słodkości. Jednakże to, z biegiem czasu i w odpowiednim dziale.

Dziś za to przekażę wam przepis na pewien stary, stareńki wypiek, charakterystyczny dla podkarpacia i Polski południowej, nieznany, jak się okazuje tym z "centralnej" i północy. Nie występuje on co prawda w wyżej wspomnianej, rozkosznej książce, ale jest właśnie tym daniem, jakie matka przekazuje córce, a ta z kolei swojej i ta linia ciągnie się zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość długim, pachnącym chlebem i historią cięgiem.

A czemu chlebem? Bowiem chodzi o bułeczki. Tak konkretnie to o Proziaki. Nazwa dziwna - dla nas. Nasi przodkowie bez trudu zorientowaliby się o co chodzi i na dodatek od razu wskazaliby składnik, czyniący bułeczki tak dobrymi, puszystymi, a jednocześnie mięsistymi, czyli prozę. A Proza to po staropolsku Soda. Dodatek kefiru w cieście czyni je jeszcze starszym i bardziej historycznym, szczególnie, że nie jest to obecnie często stosowany do wypieków dodatek. Jednak powoli wraca do łask, co mnie ogromnie cieszy, gdyż zdecydowanie czyni wszelakie wypieki bardziej interesującymi, niż powszechnie stosowane mleko lub śmietana.
Oryginalnie proziaki piec się powinno na patelni, rumieniąc z obu stron. Ale ja zaproponuję wam nowomodną wersję, która, moim zdaniem daje nam znacznie bardziej puszyste, większe bułeczki niż te "patelniane" spłaszczone i nieco nieładne, bo bezkształtne. No i generalnie zdrowsze, bo na blachę i folię nie dodajemy tłuszczu, który niezbędny byłby przy "patelnianych". Jednak jeżeli chcecie spróbować i tego i tego sposobu, możecie spokojnie wykorzystać niniejszy przepis do eksperymentów, gdyż zmiana sposobu obróbki termicznej wpływa tylko na końcowy wygląd i puszystość. Smak pozostaje ten sam.

Proziaki najlepiej zjadać jeszcze ciepłe, posmarowane masłem lub konfiturą. Same, lub jako dodatek do innych starych dań, na przykład zagryzając nimi polewkę grzybową. Jakkolwiek jednak je zjecie, obiecuję, że będziecie zadowoleni i nieraz pojawią się one u was w domu jako zastępstwo sklepowego "chleba powszedniego" albo bułek.
Sklepowe proziaki też są, ale szczerze - absolutnie ich nie polecam. Tylko się zniechęcicie i nie poznacie jak może smakować własnołapnie uczyniony proziaczek - historyczny ukłon w stronę naszych prababek i niewątpliwa rozkosz dla podniebienia.





Składniki:

1/2 kg mąki
400 ml kefiru naturalnego
szczypta soli
1 płaska łyżeczka sody

Wykonanie:

 Mąkę, sodę i sól mieszamy ze sobą i wysypujemy na stolnicę, czyniąc z nich górkę.

W centralnej części górki robimy dołek, do którego wlewamy na początek trochę kefiru.

W kefir i mąkę wtykamy palce i wyrabiamy kefir i suche składniki w gładką grudkę ciasta, którą odkładamy na chwilę na bok stolnicy. Do mąki dolewamy kolejną porcję kefiru i ponownie ponawiamy proces wyrabiania grudki. Każdą kolejną doklejamy do powstałych i urabiamy chwilę w palcach, by je ze sobą połączyć w większą kulę. Proces powtarzamy do momentu aż skończą nam się składniki, a kula z ciasta będzie gładka i ścisła.

Nastawiamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Stolnicę lekko posypujemy mąką.

Kulę ciasta rolujemy w wałek grubości nadgarstka. Następnie za pomocą noża kroimy go na mniej więcej kwadratowe kawałki.

Każdy kawałek bierzemy w dłonie i spłaszczamy do grubości ok. 1,5 centymetra.

Proziaki układamy na blasze od piekarnika wyścielonej folią, zostawiając między nimi niewielkie odstępy (trochę urosną).

Wkładamy bułeczki do piekarnika i pieczemy na jednej stronie do momentu aż zaczną twardnieć. Następnie odwracamy je na drugą stronę (spód powinien w tym momencie być już złotawy) i pieczemy do wyzłocenia drugiej strony.

Wyjmujemy z piekarnika i pozwalamy im nieco ostygnąć.
Gdy dadzą się już wziąć w ręce, możemy jeść. Z masłem, konfiturą, jako dodatek do zup i gulaszu. Nawet i same.

Proziaki przechowywać można do 3 dni w pudełku z zamknięciem, ale nie wytrzymają tyle, bo rodzina się rzuci na nie jak zwariowana i pochłonie w jeden;)

Smacznego:)


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Chlebek kukurydziany z tapenadą (pastą) z oliwek

Oto danie szybkie, proste, a więc i za wiele nie ma się co nad nim rozpisywać. No, pyszne, więc cokolwiek jednak napiszę. Na dodatek z rodzaju tak modnej obecnie kuchni fusion - mieszania na jednym talerzu potraw z różnych stron świata.
A, że mieszamy, to widać już po nazwie. Chlebki kukurydziane na pierwszy rzut oka pochodzą gdzieś z południa świata. U nas bowiem jada się kukurydzę z kolby, gotowaną, z grilla albo puszkową. Nie bardzo jest tradycja jedzenia jej inaczej. A zachodni sąsiedzi nie ograniczają się i jedzą ją na różne sposoby. Naturalnie też, rzecz jasna, ugotowaną, w ramach na przykład sałatki do obiadu, ale i przetwarzają na, na przykład syrop, kukurydziany - niemożliwie słodki i niezdrowy dodatek do ciast (i nie ma się potem co dziwić legionom otyłych dzieci ze Stanów, jak im się to implementuje od maleńkości). Ale też robią z niej mąkę. Naturalną koleją rzeczy pszenica u nich nie rośnie aż tak fantastycznie jak w Europie, bo strasznie gorąco tam. Natomiast kukurydza takie temperatury kocha. I tak jak u nas łany pszenicy, tam tak całe pola kukurydziane rosną. I to w kilku odmianach. Więc i rozwinęli sztukę produkowana mnóstwa dobra z tego produktu.
Co do oliwek, pierwsze skojarzenie to Włochy, prawda? Albo Meksyk. I właśnie na Meksyk kierujemy spojrzenie, patrząc na nazwę pasty, jaką proponuję w tej ekspresowej przekąsce. Tapenada to cudownie prosta i maksymalnie szybka do zrobienia pasta z oliwek. Najlepiej dwóch ich rodzajów, dla smaku. Ale można też zrobić pastę tylko z zielonych, albo tylko z czarnych. Zależnie jakie akurat dopadniemy w sklepie. Zresztą, jakie by nie były - na pewno muszą być absolutnie bez pestek i galaretki z pimento (czyli pasty paprykowej, wsadzanej w dziurki po pestkach w zielonych oliwkach). No i oczywiście, zamarynowane. Raczej nie sądzę, by w Polsce udało nam się dopaść świeże "świeże". A marynowane oliwki to dokładnie to, co nam wystarczy do przyrządzenia wspaniałego dodatku do chlebka kukurydzianego, który sam w sobie jest zamulający. Pasta oliwkowa dodaje mu właściwego poślizgu i sami nie wiemy, kiedy znika i cały bochenek i cała miseczka tapenady.

Na danie nabrałam ochoty, gdy w jednej z moich ulubionych knajpek w Rzeszowie - BBQ Sport's Bar (serdecznie polecam zresztą, kapitalne steki i O-ringi tam mają, że o właściwie doprawionym Chili Con Carne nie wspomnę) jako czekadełko (amuse bouche - jedno, dwu-kęsowa przekąska, serwowana podczas czekania na zamówione potrawy) zaserwowano nam właśnie chlebek albo bułeczkę kukurydzianą i tę niesamowitą, super smaczną pastę.
Rzecz jasna, postanowiłam to kiedyś zrobić w domu. I w końcu się to stało, że miałam wszystko pod ręką, i mąkę kukurydzianą i oliwki, więc zrobiłam. Co prawda mój luby uważa, że jednak trochę inaczej tamto pieczywo smakowało, było lżejsze i bardziej puszyste, ale wiecie, nie kręcił nosem mimo tego kręcenia nosem i co zaglądałam do kuchni do tego chlebka i tapenady, to było ich coraz mniej...
Przekąska (poza wiadomą użytkowością podczas oglądania meczu, filmów, czy podjadania między posiłkami, można też potrawę traktować jako kanapeczkę lub szybkie śniadanie) otrzymuje więc znak jakość mego męża, czyli "a może zrobisz jeszcze kiedyś ten żółty chleb i to dobre smarowidło?" a zatem warta jest zapodania na blogu, dla użytku społecznego.
Czynię to więc z przyjemnością. Fusion kuchni amerykańsko-włosko-meksykańskiej czas zacząć!


Składniki:

Chlebek kukurydziany (przepis pochodzi stąd):

1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki stopionego masła
2 jajka
1 szklanka maślanki (uwaga: jeżeli nie mamy pod ręką maślanki, możemy zrobić sobie szklankę ekspresowo sami. Starczy 1 szklanka mleka i 1 łyżka soku z cytryny. Pomieszać, odstawić na 5 minut. Używać zamiast 1 szklanki maślanki)

Tapenada z oliwek (przepis zmodyfikowany pochodzi stąd):

1 opakowanie zielonych oliwek bez pestek i pasty paprykowej (180 gramów)
1 opakowanie czarnych oliwek (180 gramów)
5-6 sztuk kaparów
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek lub oliwy z pestek winogron


Wykonanie:

Chlebek:

Piekarnik nagrzewamy na 200 stopni Celsjusza.

Do miski miksera wsypujemy i mieszamy ze sobą suche składniki: obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Osobno łączymy ze sobą składniki mokre: masło, jajka i maślankę.

Wlewamy składniki mokre do suchych, miksujemy starannie na gładką masę.

Blaszkę - keksówkę smarujemy starannie masłem, zwracając uwagę na rogi blaszki.

Wlewamy do niej gotowe ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika, by się piekło przez 20-25 minut. Albo do momentu aż patyczek wsadzony w środek ciasta wyjdzie suchy.

Wyciągamy i zostawiamy w blaszce do ostygnięcia, aż chlebek będzie tylko ciepły. Po tym czasie odwracamy blaszkę do góry dnem i na czystą ściereczkę wyrzucamy ostrożnie chlebek z blaszki. Powinien wyjść bez problemów. Jeżeli nie wychodzi warto za pomocą nożyka spróbować podważyć boki, a potem, gdy odwrócimy blaszkę do góry dnem, popukać w nie i poczekać, aż ciasto samo "zejdzie".
Przechowujemy okryty starannie ściereczką, by nie wysechł.


Tapenada:

Oba rodzaje oliwek odsączamy z soku i wrzucamy do wysokiego naczynia.

Dorzucamy ząbek czosnku i kapary.

Wszystko starannie blendujemy aż składniki staną się drobniutko posiekaną masą, łatwą do nałożenia na chlebek.
Na koniec dolewamy oliwę i starannie mieszamy pastę, próbując. Jeżeli za mało czuć czosnek, można dorzucić jeszcze jeden ząbek.
Generalnie ilość oliwek i czosnku jest od siebie zależna. Można pastę zrobić nawet i z kilograma jednych i kilograma drugich oliwek, jak ktoś ma taką ochotę, ale wtedy trzeba będzie zwiększyć proporcjonalnie ilość pozostałych składników. Podana ilość starcza na miseczkę pasty oliwkowej.
Przechowujemy w szklanym naczyniu przykrytym folią aluminiową.

Chlebek kukurydziany kroimy jak jest jeszcze ciepły.
Na każdy ukrojony kawałek nakładamy pastę oliwkową i spożywamy z zadowoleniem w ilościach ogromnych, potem się dziwiąc kiedy to wszystko zostało zjedzone:)

Smacznego!










poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda

Ah, kanapki. Ciężko wyobrazić sobie obecnie bez nich życie. Są wszędzie. W każdym kraju jest jakiś ich rodzaj; od klasycznych dwóch kawałków chleba i zawartości, po monstrualne piętrusy, które nie tylko ciężko ugryźć, bo z samego patrzenia boli żuchwa choć żołądek kwiczy z głodu, tak smacznie wyglądają, to są prawdziwymi kompozycjami. Dziełami sztuki. A dzieł sztuki się nie maca i nie spożywa, tylko na nie się patrzy.
Dla mnie kanapki to tzw. "soul food" - jedzenie dla duszy. Gdy jestem głodna, spragniona ukojenia, jakie tylko pewna ilość jedzenia w żołądku i kubek herbaty mogą zapewnić i nie mam dosłownie siły robić czegoś bardzo wymyślnego, to starczy, że zajrzę do chlebownika i wyciągnę dowolne pieczywo, wrzucę na nie cokolwiek z lodówki i można jeść. Na dodatek zaspokoją głód nie gorzej niż przysłowiowy schaboszczak z kapustą. Odpowiednio zrobiona kanapka ma wszystko, czego trzeba organizmowi, by dostał jeden z głównych posiłków w ciągu dnia.

Królowie plecaków szkolnych, knajp z fastfoodami (a myślicie, że czym jest hamburger, jak nie kanapką?:)) eleganckich przyjęć i podróży... nikt by nie przypuszczał, że kanapka zrobi taką karierę.
Na pewno nie Lord Sandwich, angielski arystokrata, uważany za autora pierwszej kanapki na świecie. Choć tak po prawdzie jej autorem był kucharz Lorda Sandwicha. Ten właśnie, poproszony o przygotowanie czegoś do jedzenia dla swego chlebodawcy, o późnej, nocnej porze, podczas, gdy pan rozgrywał kolejną partię wista z przyjaciółmi szlachetnej krwi, ruszył zaspaną głową, i przygotował coś, co można trzymać w jednej ręce, nie ubrudzić się, a jednocześnie tym nasycając, grać dalej. Czyli między dwa kawałki chleba wpakował plaster pieczeni i takie coś podał swemu panu. Tak przynajmniej głosi legenda.
Czy ta pierwsza kanapka była faktycznie tylko taka, czy maźnięto ją jeszcze musztardą i popijano porterem, chwaląc pomysłowość kucharza - o tym historia milczy. Kanapka jednak przetrwała, otrzymując swą nazwę  - sandwich - od Lorda, który pochłoną pierwszą jej sztukę. I z Anglii rozlazła się na cały świat.

Bez kanapki (jakąkolwiek przybierze ona formę), nie potrafimy sobie w sumie wyobrazić istnienia; czy to jako "kromka z tylżyckim" - jaka królowała często na polskich stołach za czasów PRL-u, czy przepełnione dobrem włoskie Calzone, lub rożki z francuskiego ciasta - jakby nie spojrzał, też mają coś z kanapki. Jest również i w literaturze. Jako angielski twór jakże więc nie miałaby się pojawić u Terry Pratchetta w jego sławnym "Świecie Dysku" i to wielokrotnie?
Spójrzmy zatem do książki, poszukując jednej z przesławnych kanapek, jakie tam odgrywają niekiedy niezwykle ważną rolę...


"- Nie spodziewałem się, że jeszcze kogoś tutaj zastanę - zabrzmiał głos przy uchu Rincewinda. Był to głos nieco urażony, głos odpowiedni do narzekania, ale przynajmniej nie brzmiała w nim groźba. Rincewind pozwolił swemu ciału obrócić się.
Mały człowieczek o szczurzej twarzy siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mu się nieco podejrzliwie. Miał za uchem ołówek.
- Oj... dzień dobry - powiedział Rincewind. - A gdzie właściwie jest to "tutaj"?
- Nigdzie. Na tym rzecz polega, nie?
- Zupełnie nigdzie?
- Jeszcze nie.
- No dobrze - ustąpił Rincewind - A kiedy to już będzie gdzieś?
- Trudno powiedzieć - stwierdził człowieczek. - Patrząc na was dwóch i dodając jedno do drugiego, tempo metabolizmu i takie tam różne, powiedziałbym, że to miejsce znajdzie się gdzieś w ciągu...hm... mniej więcej, powiedzmy, pięciuset sekund. - zaczął odwijać pakunek, który trzymał na kolanach. - Masz może ochotę na kanapkę? Skoro i tak musimy czekać...
- Co? Czy ja... - W tym momencie żołądek Rincewinda, świadom, że jeśli pozwoli mózgowi na samodzielność, ryzykuje utratą inicjatywy, wtrącił się i skłonił dopytania: - A z czym?
- Nie mam pojęcia. A z czym chciałabyś, żeby była?
- Słucham?
- Nie marudź. Powiedz tylko, z czym chciałbyś, żeby była.
- Aha... - Rincewind przyjrzał mu się uważnie. - Gdybyś miał z jajkiem i rzeżuchą...
- Niech się stanie jajko i rzeżucha, mniej więcej - powiedział człowieczek.
Sięgnął do pakunku i wręczył Rincewindowi biały prostokąt.
- O rany - ucieszył się mag. - Co za przypadek.
(...)
- Ale posłuchaj - szeptał Eryk. - Jeśli to naprawdę stwórca świata, to twoja kanapka jest relikwią religijną!
- O rany... - jęknął Rincewind. Nie jadł już chyba od wieków. Zastanowił się, jaką karę przewidziano za zjedzenie obiektu kultu. Prawdopodobnie surową.
- Mógłbyś umieścić ją w jakiejś świątyni, a miliony ludzi przychodziłoby popatrzeć.
Mag ostrożnie podniósł kromkę chleba.
- Nie ma majonezu - zauważył. - Czy taka też się liczy?"
Terry Pratchett - Eryk


Powyższy tekst to wyjątek z jednej z przyjemniejszych książek serii Świata Dysku, nieodżałowanego Terry Pratchetta. Mamy w nim fragment, który nieodmiennie zawsze mnie śmieszył: bóstwo sprawcze niewielkich elementów świata tworzy dla głodnego Rincewinda jego ulubioną Kanapkę. Kanapkę właśnie przez duże K, nie dlatego, że jest ona główną bohaterką dzisiejszej felki, ale dlatego, że dzięki tej Kanapce Rincewind (mag, który jak większość z was pamięta - potrafił krzyczeć "Ratunku!" w czternastu językach i skamleć o litość w kolejnych dwunastu) dokonał dzieła stworzenia świata. Kanapka ta dokonała dzieła stworzenia, znaczy się, a potem przestała mieć znaczenie w tej przygodzie, ale u nas... cóż... uczyniliśmy ją głównym bohaterem tego tekstu. Jesteśmy to winni wszystkim tym bakteriom, co się na niej wychowały, a potem w toku ewolucji stały się ludźmi, nie wiedzieć czemu spragnionymi majonezu...

Lubię kanapki. Lubię rzeżuchę i jajka i szalenie lubię majonez. Nie ten niskotłuszczowy, reklamowany jako "light". Toż to nie majonez tylko udawanie, że go zjadamy. Gdzie te kalorie, co tak rozkosznie idą w biodra i tyłek! Gdzie smak, jeśli zabierzecie z niego tłuszcze? Nie ma. Zupełnie jak w stworzonej z niczego kanapce.
Ale w takim razie skoro nie było w niej majonezu, a być powinien, co jeszcze o niej wiemy, jeżeli interesuje nas odtworzenie tego przysmaku?

Na pewno będąc kanapką brytyjskiego pochodzenia (Terry Pratchett pochodził z Wielkiej Brytanii) jest z białego chleba. Niczym innym nie może być ów "biały prostokąt". Na pewno też ma odciętą skórkę, tak jak brytyjczycy lubią, a zatem mamy do czynienia z chlebem typu tostowego, w jak najbardziej klasycznym kształcie. Poza tym, bądźmy szczerzy - "Eryka" pisał mężczyzna, a mężczyźni jadają męskie kanapki - kwadraty. Nie serduszka czy inne motylki wykrawane foremką.
Poza chlebem mamy też jajko. Na twardo, stosownie rozdrobnione, skoro gryzienie kanapki nie wiąże się z łapaniem plasterków wylatujących z chleba do łapy. Oraz rzeżuchę. Zabrakło majonezu, który łączyłby ten duet. Jednakże starczy nam to, co już mamy, by wyszykować sobie jak najbardziej Rincewindzią kanapkę z jajkiem i rzeżuchą, która być może nie stworzy nowego uniwersum, ale na pewno napełni nam żołądki i rozjaśni rzeczywistość.
I to też mamy zamiar uczynić.
Niech się stanie Kanapka z jajkiem i rzeżuchą!



Składniki (1 kanapka - 1 osoba. Dla większej liczby osób/kanapek, stosownie powiększamy proporcje):

2 kromki pszennego chleba tostowego
2 średnie jajka
1 łyżka majonezu
1 solidna garść rzeżuchy (wraz z łodyżkami)
sól, pieprz, majeranek, trochę szczypiorku do smaku

Wykonanie:

Jajka ugotować na twardo. Ochłodzić, obrać ze skorupek, w misce rozdrobnić widelcem (nadal chcemy czuć, że gryziemy jajko w kanapce, więc nie robimy całkowitej miazgi).
Do pogniecionych jajek dodajemy majonez, przyprawiamy solą pieprzem i ziołami, dorzucamy rzeżuchę i starannie mieszamy. Na chleb nakładamy solidną, grubą warstwę jajeczno-majonezowo-rzeżuchowej mikstury (przez solidną rozumiemy niemal takiej grubości jak i kromka) i przykładamy drugą kromką. Przyciskamy lekko, by się nam warstwy zlepiły. Następnie ostrym nożem odcinamy skórkę, zostawiając równy kwadrat... i kanapka właściwie jest gotowa.
Anglicy zazwyczaj tną ją jeszcze po przekątnej, ponieważ szalenie lubią trójkątne kanapki do swej "5 o'clock tea", ale skoro my mamy w zamyśle zjeść idealną kanapkę Rincewinda, więc zostawmy sobie kwadrat.

Podawać radzę od razu. Chleb tostowy szybko namaka, a kanapka przesiąknięta na wskroś, to coś, czego i Bagaż by nie chciał powąchać. Aczkolwiek pastę tę wykonać można sobie chwilę wcześniej (to nawet dobry pomysł, bo smaki się zdążą przegryźć), przechować w szczelnym pojemniku z zamknięciem i nałożyć na chleb tuż przed planowanym zjedzeniem.
Jak podawać? W towarzystwie bóstwa i młodocianego demonologa, mając przed oczami kształtujący się świat i zjeść tylko pół? Nie nie nie nie... zjedzmy Kanapkę w towarzystwie kubka doskonałej, mocnej herbaty Earl Gray, czytając na przykład po raz kolejny "Eryka". Lub każdy inny tom "Świata Dysku", gdzie przewija się Rincewind.

Gotowe. Magia dokonana, kanapka "stała się" praktycznie sama.
Smaczy wam się?:)