Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.
Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.
Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D
Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.
Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):
70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz
Wykonanie:
Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.
Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.
2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.
Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał.
Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.
Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.
Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!
Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.
Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.
W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.
Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.
Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.
Smacznego!
----------------------------------
Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):
70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper
The making of:
Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.
Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.
Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.
Mix it and cook until fragrant.
Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.
Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.
Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!
When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.
Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time, so nothing burned.
When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.
Sreve right away, still hot, in a deep bowl.
Cheers!
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obiad-hacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obiad-hacki. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 sierpnia 2016
piątek, 1 lipca 2016
"Ruskie" ciasto pierogowe / Potato and cheese dumpling pie
Na pewno macie tak czasem, że coś dobrego do jedzenia za wami łazi, męczy, wchodzi w oczy, wizualizując się wszędzie i w końcu jedyne o czym myślicie to zjeść to, kupić albo to zrobić i w końcu znormalnieć. Taka głupia potrzeba placków ziemniaczanych. Zalewajki. Gofra, (szczególnie zimą) z budki, a nie z kawiarni, pierogów ruskich. I jakkolwiek poprzedzające pierogi dania są takimi, że od biedy pędem polecimy do sklepu, kupimy składniki i zrobimy w końcu tego dręczyciela, o tyle z pierogami jest to cięższa sprawa, związana z niemal całodzienną aktywnością w kuchni. Bo trzeba przecież zrobić farsz, potem zrobić ciasto, i najgorsze z tego wszystkiego - lepić pierogi. Dziesiątki pierogów. Siedzieć, dziubdziać się z każdym, by podczas gotowania nadzienie nie wyleciało przez źle sklejony brzeg, i mechanicznie łapać za krążek z ciasta, napełniać, zaklejać, odkładać, łapać kolejny. Razy sto. Nie żartuję. Większość przepisów jest przewidziana średnio na dobrą setkę pierogów i ani żadnej z moich babć, ani mamie, ani mnie nigdy nie wychodziło mniej.
A ulepić sto pierogów znaczy siedzieć w kuchni bite pół dnia tylko nad tym. A gdzie jeszcze gotowanie partiami? W sumie po tym wszystkim to jakoś tak patrzysz na te pierogi czekające przed tobą, parujące, polane masełkiem, z miseczką śmietany obok, patrzysz i stwierdzasz, że w sumie to już ci się nie chce.
A nie chodzi przecież o to, by się zniechęcić robotą, a zaspokoić palące pragnienie w sumie prostej, smakowitej, ale strasznie pracochłonnej potrawy.
Za mną chodziły ruskie od tygodnia. Dzień w dzień, w tym upale wakacyjnym, myślałam sobie, że zjadłabym takie domowe. Nie ze sklepu ani z pierożarni, własnołapne. Ale, mimo, że ze składnikami to nigdy nie był problem, brakowało zawsze czasu. I samozaparcia, by ten pomysł, powracający do mnie jak bumerang, wyrósł ponad zwyczajne chciejstwo. Nie chciało mi się lepić.
Dlatego gdy ostatnio ponownie powróciła do mnie gryząca potrzeba ruskich i nadszedł piątek, skapitulowałam. Ale nie myślcie, że pokornie siadłam do kilkugodzinnego lepienia, niemal mdlejąc z gorąca, i jeszcze potem gotując w zaparowanej kuchni setkę pierogów. Nic z tego. Popatrzyłam na gotowy farsz, a potem na gotowe ciasto i pomyślałam jedną, jedyną rzecz: HAKUJEMY!
Wiecie już do czego to zmierza, nie? Zrobić to, co zaplanowane, ale używając takiej ilości skrótów, obejść i kiksów kuchennych, nie używając półproduktów, jeśli to tylko możliwe, by się nie napracować.
Bo w sumie... problem jest tylko z wykrawaniem tych kółek z ciasta, i lepieniem pierogów. Wszystko co przed tym etapem, właściwie to nie jest żadna robota. Ziemniaki ugotują się same, babranie się z ciastem jest szybkie i przyjemne... tylko to lepienie!
Jak więc już napisałam, zerknęłam na te dwa składniki, które tylko czekały, by zaspokoić mój pierogowy głód, a potem spojrzałam przypadkiem na nie do końca zjedzony pie owocowy w lodówce. Leżał tak sobie, świecił nadzieniem zamkniętym w dwóch warstwach ciasta i nagle zaczął głosić prawdę oświeconą: pieróg przecież też jest zamknięty. Tylko mały i z kółka. A gdyby tak nie wycinać i zrobić nie pierogi, a pieroga? I to absolutnie bez lepienia, w formie do tarty? Taki... dumpling pie, czyli ciasto ruskie pierogowe? No przecież!
Od pomysłu do wykonania, gdy się jest głodnym, droga krótka. Moja kreatywność wybuchła nagle i gdy z pasją atakowałam wałkiem ciasto, już kombinowałam, w jaki sposób wszystko zrobić tak, by ciasto pierogowe przypominało jak najbardziej pierogi w smaku w każdej części, ale było dopieczone, kruche i miękkie, piękne z wierzchu i od środka, smaczne.
Zważcie, gotowanie odpadało, więc mogło wyjść tu tylko pieczenie, ale nie wiedziałam jak typowe ciasto na pierogi się zachowa. Znaczy, każdy wie, co się robi z resztek ciasta po pierogach - Podpłomyki . Ale gdy jest w postaci płaskich kawałków, opiekanych swobodnie z obu stron. W tym przypadku obracanie nie wchodziło w grę - ciasto pierogowe musiało więc zostać podpieczone przed nałożeniem farszu. Dodatkowe kilka minut czekania, ale zawsze mniej niż 3 godziny lepienia.
Ryzyk-fizyk, nie było co czekać. Miałam idealne nadzienie, idealne ciasto, więc zrobiłam to, co mi ułańska fantazja i kreatywność podpowiedziała... i wyszło! Koncertowo, smacznie, nietypowo i po prostu pięknie.
Macie więc, podzielę się z wami pomysłem na zhakowanie pierogi ruskie w formie ciasta, które zajmą połowę tego czasu, jaki poświęcilibyście im w tradycyjnej formie i jedną trzecią całej pracy. Rzecz idealna na obecne upały i cholernie satysfakcjonująca. Już teraz, po samej zapowiedzi na stronie fejsbookowej, spotkałam się z zachwyconymi komentarzami mych znajomych: widać też chcą ruskich, ale odstrasza ich robota.
Cóż, teraz już wymówki nie znajdziecie, by nie ulec swemu pragnieniu i dumpling pie nie zrobić:)
Popatrzcie na to cudo i... zaczynamy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto:
1kg mąki
oliwa z pestek winogron
sól
1/2litrowy garnuszek z wymieszanymi ze sobą jak najcieplejszą wodą i mlekiem
Nadzienie:
7-10 średnich ziemniaków (odpowiednio 14-20 małych, młodych)
1 średnia cebula
200g sera białego
sól
pieprz
1 roztrzepane jajko
suszona natka pietruszki lub suszony tymianek
Wykonanie:
Obieramy ziemniaki, wrzucamy do garnka, zalewamy wodą aż je przykryje, wsypujemy sól i gotujemy je do miękkości.
Gotowe ziemniaki gnieciemy dokładnie na puree, pamiętając, by było gładkie, bez ziemniaczanych grud.
Drobimy do środka biały ser, mieszamy lub ugniatamy ponownie wszystko razem.
Cebulę obieramy, kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na maśle do stopnia jaki lubimy w pierogach (jedni tylko szklą, inni lubią zbrązowiałą). Gotową cebulę wrzucamy do puree ziemniaczano-sernego. Mieszamy lub gnieciemy raz jeszcze, aż wszystkie składniki się połączą, dodając w trakcie soli i pieprzu.
Sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli jest gładka, a smakowo nam odpowiada, odstawiamy nadzienie na bok, na czas wykonania ciasta.
Na stolnicę wysypujemy mąkę, robiąc z niej górkę, w górce robimy palcami kilka dziurek.
Posypujemy mąkę solą, a w dziurki wlewamy po kilka solidnych kropel oliwy.
Na samym środku górki robimy większą dziurę i w ten otwór wlewamy nieco mieszaniny mleczno-wodnej.
Przy pomocy palców merdamy w tej dziurze, miętosząc ciecz z mąką, aż w palcach znajdzie się nam gruda miękkiego ciasta. Ugniatamy ją do momentu aż przestanie się lepić do skóry, odkładamy na bok i ponownie w otwór w mące wlewamy trochę mleka z wodą, poszerzając stopniowo krąg, gdy coraz więcej mąki wpadać zacznie do dziury.
Proces powtarzamy, do poprzedniej grudki ciasta dołączając kolejne, w ten sposób uzyskane, aż w końcu otrzymamy solidną kulę miękkiego ciasta, a z górki mąki i garnuszka z wodą i mlekiem nic nam nie zostanie.
Lekko oprószamy stolnicę mąką i dzielimy kulę ciasta na dwie równe części.
Wałkujemy wpierw jedną cieniutko tak, by uzyskała średnicę naszej formy na tartę wraz z brzegami i naddatkiem.
Nastawiamy piekarnik na 180-200 stopni Celsjusza.
Formę na tartę wykładamy folią do pieczenia, następnie wykładamy na nią krąg ciasta, przylepiając je do dna i brzegów. Naddatki, jakie na pewno zawisną nam nad brzegiem, odcinamy, zgniatamy w kulkę i zostawiamy w misce. Przydadzą się do innej potrawy.
Na ciasto wykładamy płachtę papieru do pieczenia i wysypujemy na niego groch, szklane kulki, fasolę, obciążając spód, który będziemy podpiekać, by nie wyrósł w górę.
Spód wkładamy do piekarnika i podpiekamy aż przestanie być surowy i nieco podeschnie, tak około 10 -15 minut.
W międzyczasie rozwałkowujemy cienko drugą porcję ciasta, która utworzy nam wierzch naszego ciasta pierogowego.
Podpieczony spód wyciągamy z piekarnika, usuwamy papier z obciążnikiem i napełniamy formę kopiato całym farszem ziemniaczano-serowym.
Na wierzch wykładamy rozwałkowany krąg ciasta, mocno przylepiamy do boków i ciasta spodniego, przykrywając ziemniaki. Nadmiar ciasta odcinamy, dołączamy do wcześniejszych resztek ze spodu.
Przygotujemy z nich potem Podpłomyki Staropolskie (przepis już niedługo).
Smarujemy wierzch ciasta dokładnie rozbełtanym jajkiem, posypujemy ziołami i wycinamy ostrym nożem kilka otworków wentylacyjnych na wierzchu.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy do momentu aż wierzch będzie pięknie złotawy i lśniący, a boki ciasta okażą się być twarde. Zajmie to około 25-35 minut, zależnie od piekarnika.
Wyciągamy z piekarnika ciasto pierogowe i pozwalamy mu nieco ostygnąć, zanim wydobędziemy je z formy.
Serwujemy, podając trójkąty ciasta w towarzystwie zimnej, kwaśnej śmietany lub kwaśnego mleka, położonej bezpośrednio na porcjach, lub w miseczce obok.
Podgrzane następnego dnia, smakuje jeszcze lepiej.
Smacznego!
------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Dough:
1kg of all-purpose flour
grape-seed oil
1/2litre mix of hot water and milk (half water and half milk mixed in a 1/2 l cup)
Filling:
7-10 medium size potato (or 14-20 smaller ones)
1 medium onion
200g of farmer's cheese (dry cottage cheese)
salt
pepper
1 beaten egg
dry parsley or dry thyme for sprinkling
The making of:
Wash and peel the potatos, put them into a pot, cover with water, add salt and cook until soft.
Mash the potato into puree, remembering it has to be smooth, without clumps.
Add farmer's cheese in the small bits, once again mash it alltogether or mix.
Chop the onion nicely, then put in on the frying pan with a bit of butter and fry it the way you like it in the puree (some of you may prefer when it is only glazed, the others like it to be browned). Add the fried onion to the potato-cheese mix, and once again mix it, adding salt and pepper to taste.
Check the taste and the consistence of the filling. If it is smooth and you like the taste, then put it aside for the time necesarry to prepare the dough.
Pour the flour on the flat surface, creating a small pile, and make some small holes in it in various places.
Salt the flour and drop some oil into the small holes.
On the center of flour pile, make a bigger hole, and pour there some of milk and water mix.
Working with your fingers, dig into the hole, mixing together the fluid and the flour until you end up with a lump od soft dough in your fingers. Mash it a little until it stops to stick to your fingers, put it aside, and pour again into the hole some more water and milk.
Repeat the process, making more small lumps of dough, sticking it together until you get a big ball of dough, and there is hardly nothing flour and milk with water left.
Lightly flour the surface, divide the ball into two even parts.
Roll the first part thin so it achieved the diameter of your pie dish, together with rims and some extras.
Preheat the oven to 356 - 392 degrees Fahrenheit.
Put a sheet of baking foil onto a pie dish, then put there a rolled dough, pressing it to the bottom and sides. Cut the extra dough, squash it again into the ball and leave it covered. It will find it's use for something else.
Put a sheet of baking paper onto a bottom dough, and pour there glass marbles, dry beans or any other stuff to burden the bottom while it is prebaked.
Put it into the oven and bake around 10-15 minutes until it starts to be dry.
In the meantime, roll the other part of the dough as you did with the first one.
Remove the prebaked crust of the oven, remove the paper and its burden and fill it to the top with potato-cheese filling.
Cover it with the second sheet of rolled dough, and press it to the edges of prebaked crust. Cut off the extra dough and add it to the ball of leftovers. We will use it to make Ye Olde-Polish Flatbreads (check for the recipe later).
Smear the surface of dumpling pie with a beaten egg, sprinkle with dried herbs and cut some ventil holes in the surface.
Put the rough dumpling pie into the oven and bake it until golden and shiny, and the rims appear hard while touched. Depending on you oven - 25-35 minutes.
Remove the dumplig pie of the oven and cool it a bit, before removing from the pie dish.
Serve cut into triangles with a splash of cold sour cream on top, or in a small bowl next to it, to dip.
Reheated the day after, it tastes even better then fresh one.
Cheers!
A ulepić sto pierogów znaczy siedzieć w kuchni bite pół dnia tylko nad tym. A gdzie jeszcze gotowanie partiami? W sumie po tym wszystkim to jakoś tak patrzysz na te pierogi czekające przed tobą, parujące, polane masełkiem, z miseczką śmietany obok, patrzysz i stwierdzasz, że w sumie to już ci się nie chce.
A nie chodzi przecież o to, by się zniechęcić robotą, a zaspokoić palące pragnienie w sumie prostej, smakowitej, ale strasznie pracochłonnej potrawy.
Za mną chodziły ruskie od tygodnia. Dzień w dzień, w tym upale wakacyjnym, myślałam sobie, że zjadłabym takie domowe. Nie ze sklepu ani z pierożarni, własnołapne. Ale, mimo, że ze składnikami to nigdy nie był problem, brakowało zawsze czasu. I samozaparcia, by ten pomysł, powracający do mnie jak bumerang, wyrósł ponad zwyczajne chciejstwo. Nie chciało mi się lepić.
Dlatego gdy ostatnio ponownie powróciła do mnie gryząca potrzeba ruskich i nadszedł piątek, skapitulowałam. Ale nie myślcie, że pokornie siadłam do kilkugodzinnego lepienia, niemal mdlejąc z gorąca, i jeszcze potem gotując w zaparowanej kuchni setkę pierogów. Nic z tego. Popatrzyłam na gotowy farsz, a potem na gotowe ciasto i pomyślałam jedną, jedyną rzecz: HAKUJEMY!
Wiecie już do czego to zmierza, nie? Zrobić to, co zaplanowane, ale używając takiej ilości skrótów, obejść i kiksów kuchennych, nie używając półproduktów, jeśli to tylko możliwe, by się nie napracować.
Bo w sumie... problem jest tylko z wykrawaniem tych kółek z ciasta, i lepieniem pierogów. Wszystko co przed tym etapem, właściwie to nie jest żadna robota. Ziemniaki ugotują się same, babranie się z ciastem jest szybkie i przyjemne... tylko to lepienie!
Jak więc już napisałam, zerknęłam na te dwa składniki, które tylko czekały, by zaspokoić mój pierogowy głód, a potem spojrzałam przypadkiem na nie do końca zjedzony pie owocowy w lodówce. Leżał tak sobie, świecił nadzieniem zamkniętym w dwóch warstwach ciasta i nagle zaczął głosić prawdę oświeconą: pieróg przecież też jest zamknięty. Tylko mały i z kółka. A gdyby tak nie wycinać i zrobić nie pierogi, a pieroga? I to absolutnie bez lepienia, w formie do tarty? Taki... dumpling pie, czyli ciasto ruskie pierogowe? No przecież!
Od pomysłu do wykonania, gdy się jest głodnym, droga krótka. Moja kreatywność wybuchła nagle i gdy z pasją atakowałam wałkiem ciasto, już kombinowałam, w jaki sposób wszystko zrobić tak, by ciasto pierogowe przypominało jak najbardziej pierogi w smaku w każdej części, ale było dopieczone, kruche i miękkie, piękne z wierzchu i od środka, smaczne.
Zważcie, gotowanie odpadało, więc mogło wyjść tu tylko pieczenie, ale nie wiedziałam jak typowe ciasto na pierogi się zachowa. Znaczy, każdy wie, co się robi z resztek ciasta po pierogach - Podpłomyki . Ale gdy jest w postaci płaskich kawałków, opiekanych swobodnie z obu stron. W tym przypadku obracanie nie wchodziło w grę - ciasto pierogowe musiało więc zostać podpieczone przed nałożeniem farszu. Dodatkowe kilka minut czekania, ale zawsze mniej niż 3 godziny lepienia.
Ryzyk-fizyk, nie było co czekać. Miałam idealne nadzienie, idealne ciasto, więc zrobiłam to, co mi ułańska fantazja i kreatywność podpowiedziała... i wyszło! Koncertowo, smacznie, nietypowo i po prostu pięknie.
Macie więc, podzielę się z wami pomysłem na zhakowanie pierogi ruskie w formie ciasta, które zajmą połowę tego czasu, jaki poświęcilibyście im w tradycyjnej formie i jedną trzecią całej pracy. Rzecz idealna na obecne upały i cholernie satysfakcjonująca. Już teraz, po samej zapowiedzi na stronie fejsbookowej, spotkałam się z zachwyconymi komentarzami mych znajomych: widać też chcą ruskich, ale odstrasza ich robota.
Cóż, teraz już wymówki nie znajdziecie, by nie ulec swemu pragnieniu i dumpling pie nie zrobić:)
Popatrzcie na to cudo i... zaczynamy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto:
1kg mąki
oliwa z pestek winogron
sól
1/2litrowy garnuszek z wymieszanymi ze sobą jak najcieplejszą wodą i mlekiem
Nadzienie:
7-10 średnich ziemniaków (odpowiednio 14-20 małych, młodych)
1 średnia cebula
200g sera białego
sól
pieprz
1 roztrzepane jajko
suszona natka pietruszki lub suszony tymianek
Wykonanie:
Obieramy ziemniaki, wrzucamy do garnka, zalewamy wodą aż je przykryje, wsypujemy sól i gotujemy je do miękkości.
Gotowe ziemniaki gnieciemy dokładnie na puree, pamiętając, by było gładkie, bez ziemniaczanych grud.
Drobimy do środka biały ser, mieszamy lub ugniatamy ponownie wszystko razem.
Cebulę obieramy, kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na maśle do stopnia jaki lubimy w pierogach (jedni tylko szklą, inni lubią zbrązowiałą). Gotową cebulę wrzucamy do puree ziemniaczano-sernego. Mieszamy lub gnieciemy raz jeszcze, aż wszystkie składniki się połączą, dodając w trakcie soli i pieprzu.
Sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli jest gładka, a smakowo nam odpowiada, odstawiamy nadzienie na bok, na czas wykonania ciasta.
Na stolnicę wysypujemy mąkę, robiąc z niej górkę, w górce robimy palcami kilka dziurek.
Posypujemy mąkę solą, a w dziurki wlewamy po kilka solidnych kropel oliwy.
Na samym środku górki robimy większą dziurę i w ten otwór wlewamy nieco mieszaniny mleczno-wodnej.
Przy pomocy palców merdamy w tej dziurze, miętosząc ciecz z mąką, aż w palcach znajdzie się nam gruda miękkiego ciasta. Ugniatamy ją do momentu aż przestanie się lepić do skóry, odkładamy na bok i ponownie w otwór w mące wlewamy trochę mleka z wodą, poszerzając stopniowo krąg, gdy coraz więcej mąki wpadać zacznie do dziury.
Proces powtarzamy, do poprzedniej grudki ciasta dołączając kolejne, w ten sposób uzyskane, aż w końcu otrzymamy solidną kulę miękkiego ciasta, a z górki mąki i garnuszka z wodą i mlekiem nic nam nie zostanie.
Lekko oprószamy stolnicę mąką i dzielimy kulę ciasta na dwie równe części.
Wałkujemy wpierw jedną cieniutko tak, by uzyskała średnicę naszej formy na tartę wraz z brzegami i naddatkiem.
Nastawiamy piekarnik na 180-200 stopni Celsjusza.
Formę na tartę wykładamy folią do pieczenia, następnie wykładamy na nią krąg ciasta, przylepiając je do dna i brzegów. Naddatki, jakie na pewno zawisną nam nad brzegiem, odcinamy, zgniatamy w kulkę i zostawiamy w misce. Przydadzą się do innej potrawy.
Na ciasto wykładamy płachtę papieru do pieczenia i wysypujemy na niego groch, szklane kulki, fasolę, obciążając spód, który będziemy podpiekać, by nie wyrósł w górę.
Spód wkładamy do piekarnika i podpiekamy aż przestanie być surowy i nieco podeschnie, tak około 10 -15 minut.
W międzyczasie rozwałkowujemy cienko drugą porcję ciasta, która utworzy nam wierzch naszego ciasta pierogowego.
Podpieczony spód wyciągamy z piekarnika, usuwamy papier z obciążnikiem i napełniamy formę kopiato całym farszem ziemniaczano-serowym.
Na wierzch wykładamy rozwałkowany krąg ciasta, mocno przylepiamy do boków i ciasta spodniego, przykrywając ziemniaki. Nadmiar ciasta odcinamy, dołączamy do wcześniejszych resztek ze spodu.
Przygotujemy z nich potem Podpłomyki Staropolskie (przepis już niedługo).
Smarujemy wierzch ciasta dokładnie rozbełtanym jajkiem, posypujemy ziołami i wycinamy ostrym nożem kilka otworków wentylacyjnych na wierzchu.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy do momentu aż wierzch będzie pięknie złotawy i lśniący, a boki ciasta okażą się być twarde. Zajmie to około 25-35 minut, zależnie od piekarnika.
Wyciągamy z piekarnika ciasto pierogowe i pozwalamy mu nieco ostygnąć, zanim wydobędziemy je z formy.
Serwujemy, podając trójkąty ciasta w towarzystwie zimnej, kwaśnej śmietany lub kwaśnego mleka, położonej bezpośrednio na porcjach, lub w miseczce obok.
Podgrzane następnego dnia, smakuje jeszcze lepiej.
Smacznego!
------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
Dough:
1kg of all-purpose flour
grape-seed oil
1/2litre mix of hot water and milk (half water and half milk mixed in a 1/2 l cup)
Filling:
7-10 medium size potato (or 14-20 smaller ones)
1 medium onion
200g of farmer's cheese (dry cottage cheese)
salt
pepper
1 beaten egg
dry parsley or dry thyme for sprinkling
The making of:
Wash and peel the potatos, put them into a pot, cover with water, add salt and cook until soft.
Mash the potato into puree, remembering it has to be smooth, without clumps.
Add farmer's cheese in the small bits, once again mash it alltogether or mix.
Chop the onion nicely, then put in on the frying pan with a bit of butter and fry it the way you like it in the puree (some of you may prefer when it is only glazed, the others like it to be browned). Add the fried onion to the potato-cheese mix, and once again mix it, adding salt and pepper to taste.
Check the taste and the consistence of the filling. If it is smooth and you like the taste, then put it aside for the time necesarry to prepare the dough.
Pour the flour on the flat surface, creating a small pile, and make some small holes in it in various places.
Salt the flour and drop some oil into the small holes.
On the center of flour pile, make a bigger hole, and pour there some of milk and water mix.
Working with your fingers, dig into the hole, mixing together the fluid and the flour until you end up with a lump od soft dough in your fingers. Mash it a little until it stops to stick to your fingers, put it aside, and pour again into the hole some more water and milk.
Repeat the process, making more small lumps of dough, sticking it together until you get a big ball of dough, and there is hardly nothing flour and milk with water left.
Lightly flour the surface, divide the ball into two even parts.
Roll the first part thin so it achieved the diameter of your pie dish, together with rims and some extras.
Preheat the oven to 356 - 392 degrees Fahrenheit.
Put a sheet of baking foil onto a pie dish, then put there a rolled dough, pressing it to the bottom and sides. Cut the extra dough, squash it again into the ball and leave it covered. It will find it's use for something else.
Put a sheet of baking paper onto a bottom dough, and pour there glass marbles, dry beans or any other stuff to burden the bottom while it is prebaked.
Put it into the oven and bake around 10-15 minutes until it starts to be dry.
In the meantime, roll the other part of the dough as you did with the first one.
Remove the prebaked crust of the oven, remove the paper and its burden and fill it to the top with potato-cheese filling.
Cover it with the second sheet of rolled dough, and press it to the edges of prebaked crust. Cut off the extra dough and add it to the ball of leftovers. We will use it to make Ye Olde-Polish Flatbreads (check for the recipe later).
Smear the surface of dumpling pie with a beaten egg, sprinkle with dried herbs and cut some ventil holes in the surface.
Put the rough dumpling pie into the oven and bake it until golden and shiny, and the rims appear hard while touched. Depending on you oven - 25-35 minutes.
Remove the dumplig pie of the oven and cool it a bit, before removing from the pie dish.
Serve cut into triangles with a splash of cold sour cream on top, or in a small bowl next to it, to dip.
Reheated the day after, it tastes even better then fresh one.
Cheers!
środa, 2 grudnia 2015
Mleczny ryż z rodzynkami i sosem waniliowym
Niezależna Produkcja Żarełkowa
"Ban-to-felki"
przedstawia obraz z cyklu:
"Idą Święta! Pomocy!"
Odc.1
"Nie mam czasu, zaraz trafi mnie szlag, rodzina zje pizzę na obiad!"
Miejsce akcji:
CAŁKIEM ZWYCZAJNE DOMOSTWO
Bohaterowie:
PAN DOMUPANI DOMU
MŁODZIAN
Scena 1: Panika!
Czas: OKOLICE ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA
PANI:
"- Nie mam czasu na nic. Wigilia i Święta w porządku obrad! [kursuje z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki do pokoju i z powrotem do kuchni, wykrzykując w biegu do rodziny, zaskoczonej włączonym trybem "błyskawica". Trzaski i pomniejsze trzęsienia ziemi dochodzą z miejsc, w które wpadła, lub które opuściła.] - Weź Młodziana na spacer i przy okazji zróbcie zakupy. Potem pójdziecie wytrzepać dywany. Potem pójdziecie znowu po zakupy. Potem do centrum handlowego. Kupiliśmy choinkę? Gdzie jest choinka? Czemu światełka nie działają?! Działały rok temu! Pójdziemy jeszcze po żarówki albo nowy komplet! Wielcy Bogowie, gdzie jest moja keksówka! Czemu w niej jest ziemia! Kto zjadł ostatnie jajka! Obiad? Jaki obiad?! Chyba sam ugotujesz, bo ja nie mam kiedy. Sprzątanie, mycie okien, gotowanie, zakupy, zresztą nie mogę cię tu wpuścić z gotowaniem, bo ja tu gotuję. Zamów pizzę! Gdzie jest mąka? Czemu..."
Pomińmy może kontynuację tego odcinka, ponieważ każdy wie, co się dzieje z paniami domu przed Świętami. Wszystkie solidarnie dostajemy kota, wychodząc z siebie, by przygotować wszystko na Boże Narodzenie i to w najwyższym możliwym standardzie. Nie ma miejsca na drobne i większe wpadki, ale i tak się zdarzą, nie ma się co oszukiwać.
A tu dodatkowo w tym całym kotle musimy jeszcze pamiętać, że rodziny nie nakarmimy dopiero w Święta i trzeba im wyszykować jedzenie trzy razy dziennie w normalnych porach. I żołądki nie są zainteresowane tym, że krucho z czasem, a szybką przekąską się nie zadowolą. Problem w tym, że najwyraźniej doba się skurczyła, a roboty zwaliło się więcej, niż przypuszczaliśmy. I jak w tym wszystkim zrobić tak, by zjedli obiad, jeśli już gotujemy pięć innych rzeczy, więc na takie przykładowe skrobanie ziemniaków i smażenie schabowego zwyczajnie nie starczy nam kończyn?
Nie skrobać ziemniaków i nie piec schabowego!
Zrobić coś, co robi się praktycznie samo.
I tu wkraczam z kolejnym z moich pomocnych obiad-hacków, specjalnie przydatnych w takich sytuacjach.
Proponowany przeze mnie szybki posiłek wymagał będzie od nas pilnowania jedynie w pierwszych 5-10 minutach od rozpoczęcia akcji. Potem dojdzie sam. My będziemy tylko doprawiać i w ostatnim pociągnięciu pędzla (łyżki, w tym wypadku) przypilnujemy sosu. TO zdecydowanie nie przerwie nam, ani nie zakłóci obłędnego wiru gotowania rzeczy bardziej wymagających i sprzątania. Przy tym danie nie wymaga w porze świątecznej szukania składników po sklepach - wszystko będziemy mieć w lodówce pod ręką od zaraz. Co do czasu - 40 minut tak na oko i możecie jeść.
A ponad to rodzina zje coś ciepłego, co im zapełni żołądki i nawet marudne przy stole dzieciaki taki obiad pokochają. Wiem co mówię. Ryż z rodzynkami i sosem waniliowym to moje ulubione danie z dzieciństwa, a byłam niegdyś niejadkiem.
No i nie jest pizzą, a czymś, co wyszło z własnej, zajętej jak diabli, ale własnej ręki i znanych składników. Jedyne E, jakie usłyszycie w związku z nim to "Eeee... tylko tyle? Dolej sosu, mama/żona!"
Nie pozostaje mi nic innego, jak przejść do przepisu.
Przecież nie mamy czasu!
Przepis autorstwa pań Aliny i Pauliny Fedak, z których książką kucharską stawiałam pierwsze kroki w jakże fascynującej sztuce gotowania.
Składniki:
Mleczny ryż:
1 szklanka ryżu
1 szklanka wody
1 i 1/4 szklanki mleka
1 łyżka masła
2 łyżki cukru
2 garście rodzynek (można więcej)
Sos waniliowy:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki ziemiaczanej
1 żółtko
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (ew. 1 cukier z prawdziwą wanilią - od cukru wanilinowego niech was strzegą wszelkie większe i pomniejsze bóstwa)
Wykonanie:
Przyszykowujemy sobie dwa garnczki. Mniejszy, na ryż i większy, w którym umieścimy mniejszy z ryżem, na dogotowanie się.
Szklankę wody i łyżkę masła umieszczamy razem w małym garnczku. Zagotowujemy.
Do wody wsypujemy umyty ryż i przeganiając go łyżką raz na jakiś czas, by nie przywarł, pozwalamy mu wchłonąć całą wodę.
W międzyczasie nalewamy gorącej wody z czajnika (tak jest szybciej) do większego garnka i zagotowujemy do wrzenia.
Gdy ryż wchłonie całą wodę w mniejszym garnczku, wlewamy do niego mleko. Mieszamy i krótko podgotowujemy. Tak do 5 minut.
Po tym czasie mniejszy garnczek z ryżem i mlekiem wstawiamy do większego garnczka z wodą wrzącą, pod którym zmniejszamy gaz (nie, że nam się ryż przypali, ale wrzątek może chlapać na wszystkie strony). Mniejszy garnczek przykrywamy pokrywką.
W tym momencie możemy się przestać nimi interesować. Ryż się gotował będzie sam. Należy tylko co 10 minut zerkać do niego, przegonić łyżką, by sprawdzić, jak wsiąka nam mleko i raz na jakiś czas popróbować, czy zmiękł.
Po pierwszych 10 minutach powinien być już taki na wpół miękki, a mleka o połowę lub 2/3 mniej. Wówczas dorzucamy do ryżu 2 łyżki cukru i sparzone gorącą wodą rodzynki. Mieszamy wszystko razem i zostawiamy ponownie w kąpieli wodnej, aż ryż zmięknie całkiem, rodzynki napęcznieją, a mleko zniknie.
W czasie gdy ryż będzie dochodził, robimy ekspresowy sos waniliowy.
Do szklanki wbijamy żółtko, wsypujemy cukier i wanilię w takiej postaci, w jakiej sobie życzymy (czy to jako ekstrakt, czy jako cukier z wanilią). Mieszamy tak, jakbyśmy szykowali kogel mogel, tyle, że nie do białości, a po prostu dokładnie. Odstawiamy.
W niewielkim garnuszku umieszczamy szklankę mleka wraz z łyżeczką mąki ziemniaczanej i stawiamy na średni ogień. Mieszamy cały czas, pilnując by mąka nie przywarła do dna, do momentu aż mleko zacznie nam wyraźnie gęstnieć.
W tym momencie raz jeszcze pomerdajmy w rozkręconym żółtku, wlejmy mu dodatkowo łyżkę gorącego mleka z garnuszka, by je zahartować i następnie mieszankę jajkową ze szklanki wlewamy powoli do mleka z mąką ziemniaczaną, stale i porządnie mieszając.
To, co nam wyjdzie to nie mniej, ni więcej, a domowy budyń, tyle że w lżejszej postaci sosu. Gdy dodamy już całe żółtko, cały czas mieszając trzymamy jeszcze chwilę sos na ogniu, by składniki połączyły się ze sobą dokładnie, a sos delikatnego, jasno żółtego koloru zaczął wypuszczać pierwsze, pachnące bulki, świadczące o zagotowywaniu się. Wówczas ściągamy go z ognia i odstawiamy na bok.
W tym czasie ryż powinien nam już dochodzić. Jeżeli potrzebuje jeszcze chwili, nic się nie dzieje. Sos zawsze można podgrzać. Byle nie przypalić.
Gdy wszystko mamy już gotowe nabieramy mlecznego ryżu z rodzynkami, układamy fantazyjnie na talerzu (na przykład za pomocą dwóch łyżek formując obłe kulki - przekładamy z jednej do drugiej aż kształt się ustali - czyniąc tak jak ja - koniczynkę), i na koniec polewamy go sosem.
Można też po prostu nałożyć ryżu do miski, zalać go sosem i podać tak. Rodzina i tak będzie zachwycona.
Tyle. Krótko i na temat.
A podczas gdy oni będą mlaskać obiad w jadalni (a ty w biegu w kuchni, prosto z garnka:P), sprawiedliwie dzieląc się sosem, możemy działać nadal nad tym, by tegoroczne Święta były magiczne.
PS: Ryż taki można podać również jako podwieczorek. Lub do sosu dodać owoców i zrobić z niego deser.
Albo z samego sosu, wystudzonego, którym polaliśmy zamrożone owoce wrzucone do miseczki, zrobić fantastyczny, domowy budyń. Jeśli tylko zostawią wam miseczki w spokoju na kilka godzin, by wystygł i bardziej stężał. Można i dodać tam, podczas stygnięcia, kawałki czekolady, to się przepięknie rozpuści.
Smacznego:)
sobota, 18 lipca 2015
Smażony makaron z kurczakiem i warzywami
Każdemu się zdarza, że czas go goni. Że po prostu go nie ma, szczególnie, jeśli uważał, że ma go bardzo dużo i ze wszystkim zdąży, więc nie musi się spieszyć. A tu nagle nawarstwia się do cholery spraw i nim się obejrzysz z całej masy rzeczy, jakie były do zrobienia, zrobiłeś jedną trzecią i to na dodatek po łebkach.
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







