Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Comfort food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Comfort food. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2016

Kanapka z sałatką z kurczaka Clay'a (jak w serialu "Bitten") / Clay's chicken salad sandwich (as in "Bitten" TV Show)

Już za chwileczkę, już za momencik nadejdzie anglosaskie święto potworów i koszmarów wszelakich - Halloween. W zeszłym roku uczciłam je bardziej tradycyjnym Pumpkin pie, ale w tym postanowiłam zaszaleć i faktycznie na ten okres końca października i początku listopada, spotworzę Bantofelki. A właściwie zwilkołaczę. Skłaczę! Blog będzie przez kilka nadchodzących postów wył przy pełni księżyca, z zacięciem polował na wampierze i rzecz jasna podtykał wam wszelakie, kłaczaste żarcia - jedno po drugim, z etykietką czegoś, co z rozkoszą zjadłby zmiennokształtny. Doświadczycie wszystkiego wilkowego, co stworzyła moja wyobraźnia (parafrazując jakże znany tekst z początku serialu "Twilight Zone"), a raczej co ta wyobraźnia sobie przypomniała, i gdzie ją skierowała pamięć, w poszukiwaniu książek i filmów, a także internetów, w których wilkołaki coś spożywały.
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.

A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.

Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!

Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.

Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.

W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...

Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.

Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.

Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.

Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!

No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.

Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!

A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):

12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek


Wykonanie:

Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.

Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.

Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.

Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.

Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.

Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.

Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.

Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.

W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.

Smacznego!:)
----------------------------------------------------


Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):

12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram


The making of:

 Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.

When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.

Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.

Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together. 

Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.

When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.

When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.

This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D

If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.

Cheers!


wtorek, 20 września 2016

Pigułki z Suszonej Żaby (Świat Dysku)/ Dried Frog Pills (Terry Pratchett's Discworld)

W 1983 roku pewien Anglik o ciętym poczuciu humoru, w jakie wyposażył swoje pióro i jedynym w swoim rodzaju zmyśle obserwacji świata i rozmaitych spraw toczących się wokół niego, oraz cudownej zdolności przekuwana tej, niekiedy nudnej i pospolitej rzeczywistości w iskrzącą dowcipem i pomysłami fikcję, stworzył pewną książkę. Książka ta traktowała o bohaterach fantastycznego świata, niesionego przez wszechświat na skorupie Wielkiego A'Tuina, który był żółwiem. Żółwicą, jak utrzymywali niektórzy, ale nikt płci sprawdzić nie dał rady. Osobiście sądzę, że była to baba, bo tylko baba, nawet żółwia, miałaby powód by latać bez celu przez kosmos ze światem na grzbiecie. I słoniami, które ten świat podtrzymują. Z czystej przekory, że może to zrobić i żaden zasmarkany samiec dowolnej rasy nie będzie jej udowadniał, że jej na to nie stać.
Książka nosiła tytuł "Kolor Magii", a Anglik zwał się Terry Pratchett i z miejsca zyskał uwielbienie i miłość fanów, których ilość rosła z każdą kolejną książką z cyklu "Świat Dysku", jakie Kreator raczył nam dawać w prezencie. Zaś świat, dysk na żółwiu i słoniach bawił i zachwycał czytelników przez ponad dwadzieścia lat. Pratchett stał się Sir Pratchettem, co tylko podkreśliło jak ważną pełni rolę w świecie tych, którym za chleb powszedni literacki nie wystarczają Greye, codzienne gazety i Harlequiny, ale i ta jedyna w swoim rodzaju fantazja, która magicznym sposobem zabiera od ciebie całe zło nawet na ten krótki czas lektury.

12 marca 2015 roku ten wielki człowiek, niezwykły pisarz odszedł, ze Śmiercią pod rękę, pogrążając fanów fantasy w żałobie. Pamiętam, że w ten dzień płakał cały fejsbook, płakał cały fandom, a każdy z moich znajomych wiedział co się stało. Ja sama miałam łzy w oczach i do tej pory mi się kręcą, gdy wspomnę, że Pratchetta już nie ma. Że "Pasterska Korona" - ostatnie jego dzieło, ostatnie spojrzenie na "Świat Dysku", jest pożegnaniem. I nigdy już, choćby stawano na rzęsach i pisano najlepsze rzeczy, nikt nie powtórzy tego, co ten białobrody osobnik z długim piórem na zabawnym kapeluszu, osiągnął. Nikt nie zdobędzie aż takiej miłości zupełnie mu obcych ludzi z całego świata i nie spowoduje takiej żałoby jak on. Z papieżami mi tu niech nikt nie wyjeżdża, bo to zupełnie inny temat, inna wariacja smutku i nie na aż tak globalną skalę. Zresztą mówimy tu teraz o Sir Terry'm, którego uważam za jednego ze ścisłej piątki mych ulubionych autorów literackich i chociaż tym razem jemu w hołdzie, spróbuję nie pętać się po zaułkach mej rozkrzewionej na wszystkie strony wyobraźni, dywagując na wszelkie możliwe tematy, chociażby pośrednio z nim związane.

Terry Pratchett odszedł, zostawiając po sobie historie, które nigdy tak naprawdę nie dadzą o sobie zapomnieć. Dzięki którym będzie żył wiecznie. Za każdym razem gdy otworzymy jedną z jego książek i parskniemy śmiechem czytając przypis u dołu strony, albo jakiś nieprawdopodobny wątek nieludzko żywej postaci, wyglądającej zza literek - autor uśmiechnie się do nas przekornie po raz kolejny. A ja choć raz powiem "A nie mówiłam?" bez ponurej satysfakcji w głosie:) Bo wy to wiecie, wy wszyscy, którzy czytaliście cokolwiek ze "Świata Dysku". On żyje. I nawet jego nieskończona wyprawa w nieznane ze Śmiercią, Pimpusiem i Śmiercią Szczurów, jest tylko dalszym rozdziałem wielkiej opowieści, którego niestety nie dane będzie nam już przeczytać.

Możemy się jednak inspirować nim w nieskończoność, tak przebogaty materiał pozostawił po sobie. 41 powieści samego Świata Dysku - jako jedynotwórca. A jeszcze te pisane z innymi autorami, których też wcale nie jest mało. Do tego historie z innych uniwersów, opowiadania publikowane w zbiorkach i czasopismach, filmy na podstawie jego książek, gry, słuchowiska, przedstawienia teatralne... przypuszczam, że sporo osób próbuje wzorować się na jego stylu pisząc własne, pierwsze opowiadania. I dobre to jest, chociaż to jak próbować sięgać gwiazd, łowiąc ich odbicie w jeziorze za pomocą sieci. Wszystko to jednak to fajny, naprawdę świetny hołd dla tego niezwykłego człowieka.

I ja również chciałam dołożyć cegiełkę od siebie na swój pokręcony sposób. Piszę inaczej niż on, chociaż też dosyć zabawnie ale gdzie mi tam do jego stylu i pomysłowości. Robię jednak co innego, a mianowicie tworzę tego bloga. Już jeden przepis prosto z jego książki wylądował na nim, zresztą jako pierwszy, nieopierzony jeszcze, gdy nie do końca łapałam, jak chcę to wszystko zrobić. Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda, gdyby ktoś był zaciekawiony, okazały się super smaczne i dały mi pomysł na to jak tworzyć kolejne zjadliwości wyczajone w książkach i nie tylko, by było to inne niż na pozostałych blogach. I choć długość tekstów, jakie towarzyszą obecnie większości przepisów na Bantofelkach, zapewne nie zdobywa mi nadmiaru zachwytów i czytelników - nadal jest to dokładnie tak, jak chcę to robić. Sir Terry'emu też ktoś kiedyś na pewno powiedział, że coś się ze Świata Dysku nie przyjmie, więc powinien pisać to inaczej i zapewne kazał się on mu szlachecko pier... no, robiąc dokładnie to, co uważał za właściwe. I wyszło mu to na dobre. Tedy i ja kontynuuję swoje dzieło. I dziś mam wam zamiar przedstawić jedno ze sławniejszych dań, choć nie jest to danie per se, jakie przewija się w praktycznie każdej książce ze "Świata Dysku", w której wspomina się o magach z Niewidocznego Uniwersytetu (w szczególności o Kwestorze) i ich kuriozalnym polatywaniu na falach magicznego oddechu Ankh-Morpork, jakie inni nazywają życiem.
Miasto i Uniwersytet z zasady są dziwne, więc czemu i kadra magiczna miałaby być normalna? Wszyscy, od Nadrektora Ridcully, po maga Rincewinda zdrowo są szajbnięci, przeto taki doskonały lek (do pary z alkoholem) by rzeczywistość chociaż trochę była im bliższa niż zwykle, to jest Pigułki z Suszonej Żaby, idealnym są sposobem by na moment zdozować sobie ich świat.

Emetyk ten cudowny został wynaleziony na Niewidocznym Uniwersytecie przez Myślaka Stibbonsa i stosowany jest jako lek na szaleństwo, po którym szaleniec ma halucynacje, że jest normalny. Zbzikowanemu Kwestorowi - głównemu użytkownikowi tych pigułek - do pewnego stopnia pomagają. O ile spożywa je w ilości liczonej na łyżki, a nie na pigułki.
Wedle tego, co powiadają nam książki, pigułki te produkowane są z pewnej szczególnie trującej odmiany żab, hodowanych na NU. Gdy magowie zabierają się za ich produkcję, jedną z żab uszczęśliwiają do stopnia, w której jej dusza ulatuje do wielkiej dżungli na niebiesiech, natomiast szczątki doczesne są suszone i wraz z innymi składnikami ukręcane w małe pigułki. Niestety nie powiedziano nam, co robią tej żabie, ale skoro jest uszczęśliwiana...
W sumie to chyba nie chcę wiedzieć...

Wracając do pigułek. Całkiem dobrze opisuje je poniższy cytat z "Wiedźmikołaja" (tłumaczony własnołapnie z angielskiego, ponieważ nie mam pod ręką książki):

"- Tak czy siak wydaje się być bardzo szczęśliwy.
- To przez pigułki z suszonej żaby; spożywa je garściami. - oświadczył z lekceważeniem Pierwszy Prymus. - W sumie czemu nie miałby tego robić...
- Oh, mam nadzieję, że nie uzależniają.
- Jestem pewien, że nie jadłby ich w takiej ilości, gdyby były uzależniające. - powiedział Pierwszy Prymus."
Terry Pratchett - Wiedźmikołaj

No, ja tam bym się kłóciła, ale w sumie jako czytelnik niewiele mam do powiedzenia.
Jako geek-food blogerka jednakże powiem wam: zrobiłam, spróbowałam jedną i za tą jedną poleciały kolejne... uzależniają!

Ale skoro już jestem przy tym, że zrobiłam, należy wyjaśnić pewną kwestię. Nie z żaby. Żaby są pod ochroną. Żadna żaba nie ucierpiała w wyniku moich eksperymentów z Pigułkami z Suszonej Żaby, co zresztą zaleca cudowna " Książka kucharska Niani Ogg", z której wzięłam humanitarny i bardzo smaczny przepis na nie. Nie jest zresztą jedynym, z jakim mam zamiar się zmierzyć, zawartym w tym dziele. Teraz jednak ponownie skupmy się na pigułkach, które przecież są głównym bohaterem tej felki.

Ponieważ nie używamy żaby, trującej czy nie, należy pamiętać, że coś musi sprawiać, że pigułki te powinno się zjadać łyżkami. Muszą być smaczne, wręcz zaginające rzeczywistość swoją niezwykłością. I na szczęście takie są, zgodnie z przepisem zapodanym przez frywolną wiedźmę z Lancre. Ja go tylko nieco podrasowałam, bo pewne wartości z tekstu nie zgadzały się z rzeczywistością. Ale smak jest absolutnie autentyczny i jestem skłonna przyznać, że nawet jeśli spożycie Pigułek z Suszonej Żaby nie wyciągnie was z szaleństwa, ani nie wywoła halucynacji, że jesteście normalni (sic!), to na pewno poprawi wam humor.

Kreator nie podał nam żadnego opisu wyglądu tych pigułek, poza tym, że są małe (no, skoro łyka się je garściami albo łyżkami, to wielkości jabłka by być nie mogły) i, zakładając, że inkryminowana Żaba, z której ją robiono, miała zielonkawą skórę - i one są zielonkawe. Suszenie żaby co prawda logicznie temat ujmując, powinno zieleni dodać odcienia brązu i taki mieszany kolor otrzymamy finalnie, dostosowując się do przepisu Niani Ogg.
Zresztą co ja wam będę... zdjęcie, proszę ja was, mówi samo za siebie. Oto poniżej Pigułki z Suszonej Żaby.
A także przepis na nie, który wzięłam z "Książki Kucharskiej Niani Ogg" autorstwa Terry Pratchetta. Polecam tak nawiasem, przezabawny dodatek do "Świata Dysku". Nie zawiera żab, jest w sumie bardzo prosty i jedyne, czego wymaga to cierpliwość. A Pigułki zrobią się już same i będą jednocześnie miękkie w środku i o twardawej, zewnętrznej skorupce, smakowo - poezja. Czysta magia, powiedziałabym, gdyby nie był to pratchettowski lek na magicznego świra, co chyba wymagałoby ulotki z przeciwwskazaniami:D Ni ma ale i tak jedziemy z przepisem. Świat jest pełen domniemanych szaleńców, którym zdecydowanie się przydadzą.

PS. Podziękowania dla Kuby "Arathiego" Nowosada, za podsunięcie mi tej, pełnej skarbów, książki:) Czuj się dumny i wyróżniony;)





Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:

0 żab
1 białko jajka
30g + przesianego cukru pudru (zdecydowanie użyjecie więcej, to jest tylko na początek)
1 czubata łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka olejku rumowego
1 łyżeczka zielonego barwnika spożywczego

Wykonanie:

Ostrożnie NIE bierzemy żadnej żaby i NIE suszymy jej. Zamiast tego:

Ubijamy białko jajka mikserem na sztywno w głębokiej misce.

Dosypujemy większość z 30g cukru pudru i mieszamy z białkiem za pomocą drewnianej łyżki.

Dosypujemy cynamon i dolewamy olejek rumowy oraz barwnik zielony, mieszamy wszystko razem aż utworzy gładką masę o jednolitej buro-zielonej barwie.

Dosypujemy resztę cukru pudru, mieszamy raz jeszcze.

Następnie dosypujemy i mieszamy z miksturą taką ilość cukru pudru aż przestanie się ona lepić do palców. Ja zużyłam około 30 dodatkowych gramów, poza tymi wstępnymi, a masa i tak nadal lekko się lepiła. Jednak dała się już potem rolować, więc orientacyjnie trzeba mieć pod ręką całe opakowanie cukru pudru.
Podczas dosypywania cukru i mieszania, smak również nam się lekko rozmyje, więc doradzam, w momencie gdy zaczniecie osiągać już odpowiednią gęstość mazidła - popróbować i w razie potrzeby dosypać jeszcze cynamonu i dolać olejku rumowego.

Gdy osiągniemy odpowiednią konsystencję masy, o kolorze suszonej żaby (buro-zielona z przewagą zieleni) i właściwym, mocnym, cynamonowo - rumowym smaku, wyścielamy blachę papierem do pieczenia.

Następnie zanurzamy obie dłonie w cukrze pudrze, odrywamy małe kawałeczki masy i rolujemy je w ucukrzonych dłoniach na kształt kulek wielkości ziarnka grochu. Każdą kolejną kulkę odkładamy na blachę z papierem. Zanurzanie będzie trzeba powtarzać co kilka rolowań, więc jak najbardziej warto mieć szeroko otwarte opakowanie, albo cukier wysypany na szeroki talerz. Kulki nie powinny się stykać ze sobą.

Gdy zrolujemy w kulki całą masę, zostawiamy pigułki do wysuszenia na co najmniej 8 godzin (najlepiej 12 lub na cała noc) w temperaturze pokojowej, w miejscu możliwie mało wilgotnym. Będą musiały wyschnąć zanim zabierzemy się do jedzenia. Po około 5 godzinach można ostrożnie je poprzewracać na drugą stronę, by i tam podeschły.

Gotowe przesypujemy do pojemnika z przykrywką i spożywamy jedną (lub garście) za każdym razem gdy świat nam za bardzo dopieka, albo głosy w głowie nam to nakażą.

Nie wsadzajcie ich do piekarnika, bo wyjdą wam kiepskie, zapadnięte makaroniki! Pigułki z Suszonej Żaby muszą schnąć na powietrzu.

Smacznego:D

-----------------------------------------------------

Ingredients:

0 frogs

1 egg white

30g and more of sifted icing sugar (you will need more, this amount is just for starters)

1 heaped tspn of ground cinnamon

1 tspn of rum flavouring

1 tspn of green food colouring


The making of:


Carefully take NO frogs and DO NOT dry them. Instead:


Whisk the egg white in a deep bowl until stiff.


Gradually beat in most of the 30g of sugar using a wooden spoon.

Sift in the cinnamon, add the rum flavouring and the colouring and stir until well blended, until the consistence is smooth and has nice green-brown colour.

Add the rest of icing sugar, mix once again.

Add enough of the remaining sugar to form a mixture that doesn't stick to the fingers when patted. I used additional ca. 30g, besides the one mentioned in the ingredients, and the mixture still was a bit sticky. It was possible to roll, however, so be prepared and have a full package of icing sugar next to your work place.

While adding the icing sugar, you have to check the taste and in case it gets blurry for all the additional sugar, add some more cinnamon or rum flavouring.

When the mixture is ready, having supposedly the colour of dried frog (brown-green) and heavy, rum and cinnamon taste, put a sheet of baking paper on a baking tin.

Then cover your hands totally in icing sugar and roll with it a small bits of mixture into a pea-sized balls. Each tiny ball put on a baking paper, remebering not to let them stick one to another. You will have to repeat covering your hands with the sugar, so all the pills could be easily rolled.

Leave the tin with a pills to dry for at least 8 hours (or 12, even overnight) in a room temperature, in a dry place, possibly with the lowest moisture level. After 5 hours has passed, you can try carefully flip the, so the bottom side dried as well.

When it is ready put them into a closed container. Or/and eat one (or a handful) everytime the world gets too much or when the voices tell you to.

Do not dry them or bake them in the oven! Dried Frog Pills have to dry in a room temperature, or you get stupid looking, sad-layer macarons.


Cheers!:) 



sobota, 27 sierpnia 2016

Ekspresowy kremowy Mac'n'Cheese// Quick and easy creamy Mac&Cheese

Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.

Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.

Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D

Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.

Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):

70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz


Wykonanie:

Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.

Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.

2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.

Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał. 

Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.

Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.

Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!

Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.

Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.

W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.

Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.

Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.

Smacznego!

----------------------------------

Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):

70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper



The making of:

Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.

Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.

Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.

Mix it and cook until fragrant.

Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.

Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.

Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!

When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.

Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time,  so nothing burned.

When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.

Sreve right away, still hot, in a deep bowl.

Cheers!








czwartek, 7 lipca 2016

Zupa Żony z "Firefly" //Wife Soup from "Firefly" (Challenge no. 2)

Pewne rzeczy nie trafiają do mnie tak z miejsca. Do niektórych muszę się przekonywać całe lata. Do innych nie przekonam się nigdy, nawet po setnej próbie. Są też i takie, do których nie ma mnie co namawiać, bo nawet prób się nie podejmę. I to w każdej dziedzinie życia. Nie ubiorę się w róż - nie ma nawet co próbować. Nie zacznę słuchać bladego dicho, żadnej z jego odmian narodowych, włącznie z rodzimą. Szczególnie z rodzimą. Nie przekonam się do Harlequinów, chociaż przyznam, próbowałam i nawet te pisane normalnie, szczególnie z tłem historycznym, które przeczytałam do końca bez wrażenia zmarnowanego czasu i ciskania literalnie książką w kąt, nie nawróciły starej wyjadaczki fantasy i sf na ten typowo kobiecy nurt literacki. Próby jednak były i nikt mi nie wciśnie, że "nie znasz, a nawet nie sprawdziłaś, co to".
Do pasztetu nawet dałam się przekonać po 30 latach nienawiści zakorzenionej przez obrzydliwość serwowaną w przedszkolu. Taki bez wątróbek w przesadnej ilości, pieczony, zjem. I to całkiem chętnie. "Lukr" (japiszońska knajpa rzeszowska, całkiem zresztą smaczna, której bardziej luzacka odmiana "Sport's BBQ" to moja ulubiona knajpa z amerykańskim żarciem; polecam wstąpić do jednej i drugiej, jak będziecie w Rzeszowie, w Millenium Hall, tylko nie bierzcie brownie, bo piec ciast w stylu USA to oni tam zupełnie nie potrafią:D) serwuje jako czekadełko znakomity pasztecik pieczony z królika z krakersem i konfiturą żurawinową. Warto więc czasem spróbować na przekór sobie, ale tylko tej jednej odmiany. Reszty pasztetów, poza tym jednym, z "Lukru", nienawidzę hurtowo.
Z jedzeniem w sumie to jest tak u każdego. Z książkami podobnie, ale jakoś tak to jest z filmami i serialami, że jak się nie "zaskoczy" z jakimś pierwszy raz, to bardzo ciężko zaskoczyć już wogóle. Weźmy takiego na przykład "Arrowa". Zaczęłam oglądać, bo fajny koleś z bródką, fabuła oparta na komiksowej, generalnie moja tematyka, ale wiecie dokąd z nim dojechałam? Do 6 odcinka 1 sezonu i potem dałam sobie spokój. Tyle mniej więcej kręciło mnie oglądanie Olivera Quinna prężącego mięśnie i po 6 odcinku zaczęło mnie straszliwie nudzić. Nic serial nie miał dla mnie do zaoferowania poza tym.
Na "Flasha" natomiast - niby to samo universum, ci sami ludzie robili - zareagowałam zgoła odmiennie. Już pierwszy odcinek mnie zdobył i przykuł do serialu tak samo skutecznie jak zrobiła to "BattleStar Galactica" (remake klasyka w postaci serialu - wszystkie 4 sezony i następujące po nich filmy), stareńki obecnie serial "Piękna i Bestia" (którego odbiór popsuł koszmarny remake z ostatnich lat z Kristen Kreuk w roli głównej) z Lindą Hamilton i zawsze wspaniałym Ronem Perlmanem, a także "M.A.S.H", "Allo, Allo", "Kindred: The Embraced" i "Przyjaciele", którzy nigdy się nie zestarzeją i nie uciekną z niczyjej pamięci, czy od premiery mija trzydzieści czy pięćdziesiąt lat, albo czy śmierć głównego bohatera kończy ich karierę. Są po prostu takie rzeczy, takie seriale i filmy, które od początku są "twoje", a ty jesteś "ich" i już pierwsze minuty, wlepione z zachwytem w ekran oczy i bezgłośne "o, kurwa", wydobywające się z twoich ust, świadczą dobitnie, że trafiły na siebie jabłko i pasująca do niego pestka, by się złączyć i nigdy już nie rozdzielić.

Mogłabym się jeszcze porozwodzić nad tym ile dla mnie znaczą "Star Wars" i że znałam na pamięć niemieckie dialogi z "Imperium Kontratakuje" (gdyż kiedyś na kasetach VHS tylko taką wersję można było dostać), nie mając pojęcia o języku niemieckim, tak często oglądałam tę część, cytowałam z pamięci "Nową Nadzieję", a Yodę z "Powrotu Jedi" podrabiałam bezbłędnie mając 13 lat... ale to nie o tym tu mowa ma być, więc wrócę do "Star Wars" przy innej okazji. Mowa będzie o jednej z tych rzeczy, które już spisałam na straty.

"Firefly". Tudzież "Serenity", jeśli ktoś spotkał się najpierw z filmem, potem dopiero trafił na serial. Jestem tym drugim przypadkiem. Z postaciami z serialu spotkałam się z dziesięć lat temu, gdy wyszedł film - niejakie kompendium z 1 sezonu serialu "Firefly" i, co tu kryć, sf bo sf, fajne. Nigdy nie odmawiam sobie solidnej porcji wybuchów, laserów, miałkiej akcji i płaskiej fabuły, jeśli tylko towarzyszyła jej wystarczająca ilość CGI i blue-screenowych ujęć. Ale poszłam na film ów jako kompletny random i wyszłam jako kompletny random. Nawet nie zapamiętałam za wiele z tego filmu, ale sądzę, że to dobrze, bo teraz poznaję to wszystko od nowa. Nic szczególnego tam mnie nie zachwyciło, i tylko potem śmieszyła mnie zabójcza ilość masakrycznie brzydkich grafik, w których kopiowano pozy dziewczyny z plakatu u każdej, mającej wyglądać bojowo, wojowniczki. Mogłam wskazać grafikę, rycząc ze śmiechu: "o, kolejna z tego tam... ej, Domin, ten film sf, gdzie na końcu ludzie zjadali ludzi, a panna była terminatorem...!?". Tak, tak, do trzech lat wstecz od chwili obecnej tak wyglądała moja wiedza w tym temacie.
Oświecenie nie przyszło ani wtedy, gdy dowiedziałam się, że jest serial na podstawie filmu (chociaż było odwrotnie), ani gdy obejrzałam pierwszy odcinek. Nie przemówiło. Nie tknęło. Ta pestka zupełnie nie chciała się wpasować do jabłka. "Crash and burn, co, Maverick?", że tak zacytuję z "Top Gun". Ano... nie załapałam ani za pierwszym razem, ani za kolejnym podejściem, w zeszłym roku, przy okazji zainteresowania serialem "Castle". Czy było to związane z innymi, lepszymi serialami na tapecie, czy ze złym podejściem, bo bezcelowym, nie wiem. Ale drugi raz też nie zaskoczył.

A potem, ledwie miesiąc temu, jak dobrze liczę, Bantofelki rozkręciły mi się na całego, zaczęły się pojawiać pierwsze Challenge'e i Tesska (tak, ty, właśnie ty, Szkarłatną Literą odpowiedzialnej cię oznaczam:D), szukając dla mnie czegoś ciekawego, rzuciła nagle hasłem "Firefly". Czy znam. Znam, odrzekłam, ale nie lubię. A oni coś tam jedzą, że na felkę? Ano cały czas coś żrą. I piją. W sf z westernowym posmakiem.
I w tym miejscu proponuję minutę pełnej szacunku ciszy dla tej kobiety, która sprawiła, że po raz pierwszy i jedyny w swej karierze dałam trzecią szansę jakiemuś serialowi i sięgnęłam po niego mimo uprzedzeń i wcześniejszych, kiepskich doświadczeń.

....
...
..
.
i jeszcze chwileczka, Tesska, bądź pochwalona ty i Kocie Komando Krówek Twoje (i wszystkie pchły jego), a także Samiec i ten, który na ciebie "Firefly" wypuścił.
.
Już.

Powiedzieć, że kocham ten serial, to z lekka niedopatrzenie. Dopiero  trzy - cztery odcinki za mną, ale już zdążyłam się wciągnąć. Już kończąc jeden, rozmyślam nad drugim, nerwowo patrząc na późno-nocną godzinę na zegarku. I to są oznaki tego, że w końcu "Świetlik" mi się przyjął, jeśli nie jako jeden z ulubionych seriali, to takich fajnych, do których pewnie jeszcze wrócę. I wierzyć będę, że może kiedyś zrobią drugi sezon...

Czemu trzecia szansa i dopiero teraz zaskoczyło? Bo żarcie podane w sposób nietypowy. Niby postacie w każdym filmie coś jedzą, jest się na czym oprzeć pisząc felki, ale jakoś... spodobało mi się to, co tam zdążyłam zobaczyć. Takie w sumie proste toto, choć robione na statku kosmicznym. Proste ale... z twistem. Lubimy twisty. Lubimy jak coś się dzieje i wali nas to coś w czoło, prostotą, ale wyrafinowaną wysoce, gdy się tego wogóle nie spodziewamy, działając na ambicję. Dlatego też z tej racji, że nie lubiłam, i nagle mi się odmieniło i wsiąkłam, z powodu poszukiwania nowego wzywania i przez to, że Zupa Żony przedstawiła mi się tak fajnie w jednym z odcinków i niezwykle smacznie w wygrzebanym przepisie - oto wasz bohater. Oto felka. I oto ja, pokorna sługa, która dzisiaj z rozkoszą patrzyła, jak jej chłop wyskrobuje z miski ostatnią makaronową muszelkę i skrycie wylizuje talerz z resztek zupy, gdy myślał, że nie patrzę, ja, która nie chciałam, a zrobiłam. I Zupa Żony, która w wykonaniu Zoë dla jej męża za to, że "dobrze się sprawił" to absolutnie niespodziewane, proste mistrzostwo świata dań jednogarnkowo-zupnych. Coś, co każdy z nas by zjadł w pewnym momencie życia. I tylko ciasta by potem zawołał.

Wife's Soup czyli "Zupę Żony" widzimy w odcinku o nazwie "War Stories". Przy samym końcu. Zupy nie pokazują za wiele, ale z samej konsystencji tego, czemu się uważnie przyjrzałam ze trzy razy, skapującego z chochelki, wynikło to, że mamy do czynienia z czymś bardzo gęstym. Nadto jasnym, ale niezbyt. Niestety zawartości talerza już nam nikt nie pokazał ale w sumie... przeciętna laska mająca gościa, zna też jego apetyty, więc może sobie dośpiewać, czego by sobie życzył facet w zupie ku swej czci. Tak ogólnie. Pobawiłam się więc we wróżkę, zanim jeszcze zaczęłam szukać za godnym swego miana przepisem i spisałam sobie podstawową zawartość zupy, jaką żaden mięsożerny mężczyzna nie pogardzi, a wręcz pochwali.
Gęsta. Ma być gęsta. Najlepiej tak, by łyżka stawała, ale nadal ma to być zupa. Z dużą ilością ziemniaków, mięsa, najlepiej krwistego, czyli kłania się wołowina. Warzyw może być trochę, ale chłop to nie królik, kalarepki i pietruszki nie są potrzebne. Samiec-mięsożerca, dostarczyciel dóbr doczesnych dla rodziny potrzebuje czegoś porządnego na walkę o byt, a nie jakieś fruwające farfocle. Natomiast groszek jest fajny. Groszek lubi każdy, więc groszek pasuje. Doprawione. Pieprz, sól, ale papryka i chili nie - jak ktoś będzie akurat oglądał ten odcinek, niech się przyjrzy - jakoś szczególnie wiele wody do picia w towarzystwie zupy nie ma, więc ostra nie jest. Ale przyprawiona po męsku być powinna. Czosnek, drogie panie, to nasz pomocnik w tym przypadku, bo zrobi nam całą robotę aromatyczną.
Do tej listy dodałam jeszcze parę ziół i przypraw, oraz cebulę, ale, jak się okazało po czasie, gdy już miałam przepis na dodatek powiązany z wiki Firefly, trafiłam niemal w dziesiątkę z większością rzeczy, a zioła zupełnie nie są potrzebne. Makaron mnie jednak zaskoczył, bo jednak ja go nie dodaję do zup, które rysują się tak zawiesiście jak "żonina". Jednak, skoro piszą, że ma być, to dodamy. I powiem wam, że swoje ten makaron zrobił.

Jak wyszło, z maksimum składników, minimum zielenin i burzą potężnych, mocnych, męskich aromatów? Zajebiście!
To typowe danie jednogarnkowe. Nikt wam nie zakwiczy o drugie danie po tej zupie, bo jest tak cudownie sycąca, ale jakimś cudem nie zapychająca, że nic już ci po niej nie będzie trzeba. No, chyba, że ciasta.
Mięso, ziemniaki i marchewka to mocna baza, "woda" jest bardziej sosem gulaszowym, czosnek z pieprzem to królowie aromatu w tym prostym daniu, a po dodaniu makaronu do tego wszystkiego... o mamo... aż zacytuję swoją drugą połowę: "Wziąłbym dokładkę... ale nie zmieszczę... ale może jeszcze trochę...<stłumione beknięcie sytości, za który Chińczyk pokłoniłby się w pół, w podzięce za tak głębokie wyrazy uznania>... o Jezu, nie mogę. Ale może jednak trochę...":D
Wylizał talerz!

A teraz wy, jeżeli wasze drugie połowy "sprawiły się dobrze" w dowolnej sytuacji i zasłużyły na tę cudowną potrawę, łapcie za składniki i gotujcie własną Zupę Żony. Nawet jeśli nie jesteście żonami, a dziewczynami, albo siostrami. Mężczyznom czasem trzeba takiego wyrazu uznania, bo przecież chociaż raz w życiu "sprawią się dobrze". I za taką formę podzięki (a potem może ciasto... lub seks... i ciasto:P) będą wam najbardziej wdzięczni.

Przepis częściowo wzięty stąd. Adaptowany pod polskie gotowanie.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

3-4 duże ziemniaki (ja użyłam około 12-15 młodych, więc małych)
3-4 marchewki
5 ząbków czosnku
1/2 kg wołowiny
1/2 litra bulionu wołowego (może być z kostki)
3 liście laurowe
1/2 opakowania mrożonego, zielonego groszku
1 -1 i 1/2 szklanki makaronu kolanka

ostry, łatwo topiący się ser (np. salami), do starcia na zupę(opcjonalnie)
krakersy o dowolnym smaku (polecam te z serem lub czyste solone, by nic nam się nie wcinało w smak zupy)(opcjonalnie)
sól, pieprz 

Wykonanie:

Marchewki obieramy i kroimy w drobniejsze kawałki (u mnie plasterki) i wrzucamy do średniego garnka z grubym dnem.

Ziemniaki myjemy starannie i obieramy (niekoniecznie, ale o starannym wymyciu i wycięciu "oczek" trzeba pamiętać), kroimy w mniejsze kawałki i dorzucamy do marchewek.

Warzywa zalewamy wodą na tyle by je porządnie przykryło i z odrobiną zapasu, solimy i stawiamy na ogień, by zagotowały się aż do prawie miękkości.

Po ugotowaniu odlewamy 3/4 wody.

Do warzyw i resztki wody wlewamy bulion i ponownie stawiamy na ogień, by się zagotowało, zmniejszamy ogień i pozwalamy im "pyrkać" dalej.

Mięso kroimy na małe kawałeczki (nieco drobniej niż gulasz, szczególnie, jeśli to wołowina - skróci się czas gotowania z mniejszymi jej kawałkami) i wrzucamy do popyrkujących warzyw, po czym zagotowujemy na porządnie, szumy zbierając, jeśli się pojawią (nie powinny, lub bardzo mało) lub rozmieszując je w zupie.

Ząbki czosnku obieramy, przekrawamy na pół i wrzucamy do zupy.

Dorzucamy liście laurowe i wsypujemy pieprz, sporą, ale zjadliwą ilość.

Mieszamy wszystko razem, ogień ustawiamy na średni i gotujemy tak długo, ile mamy czasu. Może być nawet kilka godzin. Mięso jednak na pewno musi być miękkie. Mnie zajęło to 1,5-2 godzin. Raz na jakiś czas trzeba podejść, zamieszać, dolać wody, jeśli wyparowała, a potrawa nadal wymaga gotowania.

Jakieś pół godziny przed końcem gotowania dorzucamy do zupy groszek. W tym momencie będzie już gęsta, więc warto rozważyć dolanie nieco wody, zamieszanie i doprawienie ponownie solą i pieprzem. Można też dorzucić dodatkowy czosnek.  

Pod sam koniec, gdy mięso i warzywa są już miękkie, a Zupa Żony ewidentnie prosi się już o jedzenie (a rodzina obgryza ci pięty, bo chce już!), dosypujemy makaron kolanka i często mieszając, gotujemy aż będą al dente.

Raz jeszcze sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli zupa wyszła za gęsta - dolewamy wody, zagotowujemy, doprawiamy w razie potrzeby.

Gotową zupę zdejmujemy z ognia.

Napełniamy głęboką miskę solidną, gorącą porcją. Jeżeli chcemy jeszcze bardziej mężczyźnie udowodnić, jak wspaniała kobietę ma przy sobie, ścieramy na dużych oczkach ser żółty i kładziemy na środek zupy spory "tupecik", oraz podsuwamy krakersy do zagryzania potrawy.

Następnie cmokamy w polik i życząc smacznego, głośno i wyraźnie oświadczamy, że "dobrze się sprawił". 

--------------------------------------------------------------------

Ingredients:


3 or 4 (or more) big potatoes (or 12-15 small, young ones)
3-4 carrots
5 garlic cloves
1/2 kg of beef 

1/2 litre of beef broth
3 bay leaves
1/2 bag of frozen peas
1 - 1 and 1/2 cup of elbow macaroni
sharp cheese for shredding (optional)
crackers (optional)


 

The making of:

Peel and cut the carrots into smaller pieces and put into a pot.

Wash and peel (if you want) the potato, cut into smaller pieces and add to the carrots.

Cover them with water, add salt and boil them until they are almost tender.

Drain off about 3/4 of the boiling water.


Return to heat and add the broth, then let it boil. Make the fire smaller and let it simmer.

Cut the meat in the small pieces, add to the vegetables and simmer some more.

Cut the garlic cloves in half and drop them in there.

Add the bay leaves and generously sprinkle the pepper.

Mix it alltogether, set the fire to medium and tet this cook for awhile. Couple hours, whatever you got. The meat, however, has to be tender. It took me about 1,5-2hrs. Stir it every once in a while, add the water if the soup is too thick, but it still needs to be cooked.

About half an hour before you want to eat, dump in the peas. Consider also the taste and the consistence. You should check if the soup needs some more salt or pepper, or another garlic clove.

Add the elbow macaroni about 5 minutes before you want to serve the soup (depending on the cooking time of the macaroni), and stirring constantly the soup make sure it is cooked al dente, and the soup ready to serve, thick, but still considered as a soup. 

Take it off the fire.

Serve in the deep bowl, hot.
If you want to make sure that your man surely knows how amazing woman he's got, put some of the shredded cheese on the center of the soup and add some crackers to eat with it.

Then kissing him in the cheek, say it loudly and clear that he has " done good".

piątek, 3 czerwca 2016

Donuty Lokiego/ Loki's donuts

Happy National Doughnut Day, fellow Americans!

A polskojęzycznym nie obchodzącym tego smacznego święta (amerykański Dzień Donuta), przypadającego na pierwszy piątek czerwca, czyli dzień trzeci obecnego miesiąca, pozostaje powiedzieć: niesłychanie smacznego obżarstwa i nabijania kalorii, bo jedno i drugie zacznie się, ledwie przeczytacie tę felkę i zobaczycie foty, jakie do niej dołączyłam. Dodatkowo tym, co lubią łączyć przyjemne z pożytecznym i żywią przeogromną miłość do potraw inspirowanych dziełem pisanym: got ya! Nie oderwiecie się, bo Donuty Lokiego to właśnie to, co mole książkowe kochają najbardziej. Leniwie opychać się w spokoju smakołykiem, czytając o ulubionym bohaterze, spożywając to, o czym właśnie czytacie, przez to w dwójnasób przeżywać przygody Kłamcy... bowiem o Kłamcy będzie tu dużo. Równie dużo co o donutach, ponieważ jedno i drugie ubóstwiam, a twórca Lokiego, jaśnie nam panujący Jakub Ćwiek Pierwszy Tego Imienia i Konweniencji, zrobił nam niespodziankę trzecim numerem Bangarang i przeładował go Lokim i donutami. A także ironicznym humorem, stadem zapomnianych bogów, terapią grupową, side-kickiem Michałem Od Trzech Par Skrzydeł i Płonącej Gęby (a także od słabości do donutów, jak wam już złośliwie zaspoileruję), nawiązaniami do Johna Rambo i Aerosmith i stadem innych rzeczy, przez które z ręką na sercu powiadam - nie ma dla mnie innego, polskiego pisarza fantasy z jajem, nad Ćwieka, amen:)

A skoro już z takim pietyzmem ucałowałam jaśnie oświecone Conversy guru, wyrażając nieprzemijające uwielbienie dla wszystkiego co napisał i nie napisał, ale napisze, nawet jak nie napisze, pozwolę sobie darować resztę wazelinki, maślenia i tuptania dookoła jak na piszczącą groupie przystało i pozwolę sobie przejść do głównych tematów felki, sztuk dwóch. Trzech! W jednej, wcielonej, donutowej, rozkosznej postaci, wyposażonej w cień posiadający gnata, jasne pióra i zarost, gębę a'la Brad Pitt wersja bardziej męska, trampki i nieodłącznego misia puszczającego guzikowe oko znad ramienia Anielskiego Cyngla. Wspomniałam o zmiennokształtnej magii i schowanej na podorędziu czerwonej, damskiej bieliźnie, na wypadek, gdyby cyngiel zapragnął zamienić się w długonogą laskę? A, i o urokliwości łobuza i czarującej bezwzględności, przez którą majtki same dziewczynom spadają (God, I love the bad guys too freakin' much...)? Nie? No to teraz już wiecie.
Donuty Lokiego! Voila, zaczynamy.

Jak zaczyna się przygodę z bohaterem książkowym, który zagrzebuje się jakimś cudem na stałe w nasze gusta literackie już po pierwszej, przeczytanej stronie jego przygód? Ano, tak jak zawsze - od pierwszej książki, najlepiej pierwszego tomu, jaki o nim traktuje. Miałam to szczęście i jakoś w 2008 roku dopadłam "Kłamcę", pierwsze wydanie, z polecenia kumpelki Magdy zwanej Wiedźmą w Śląskim Klubie Fantastyki. Lub Aliteą w innych, znanych nam, kręgach:). Za to jestem jej dozgonnie wdzięczna, bowiem przedstawiony tomik opowiadań o nim, popełniony przez mało wtedy rozpoznawalnego J. Ćwieka, zrobił z w miarę normalnej studentki kończącej europeistykę, wiernego fana, który do czasów obecnych nie ma ochoty ani podstaw, by rezygnować z miłowania Kłamcy Lokiego i jego przygód. Czy to w formie opowiadań, czy całych tomiszcz, których przez lata wyszło... ohohooo... Temu czai się na wszystko co z Lokim (i nie tylko, bo chodzi też o tworzące powieść pióro) związane, napada na księgarnie w dniu premiery wyczekiwanej książki i żąda od przerażonej panny na kasie podekscytowano-żądającym pisko-rykiem:
"- NOWEGO ĆWIEKA, RAZ!".
Z jakim pędem zamawiają przez internet, albo przynoszą z półki z nowościami, nawet nie macie pojęcia. Taka straszna jestem? Eeee, chyba nieee... nawiedzona prędzej:D
Anyway, gdy zaczęły wychodzić Bangarangi, to się chwilowo przynajmniej uwolnili ode mnie w tych Empikach i Matrasach. Za to ja zaczęłam kolekcjonować, tym razem również i na kompie, nie tylko na półkach i napawać się każdym kolejnym numerem, jak wąchacz nową porcją kleju. W ten sposób we wszystko, co ćwiekowe zaczęłam opływać, jak pączek w lukier, poznałam sobie Loco - nowego bohatera (ten też pożeracz pączków, gdzie oni się tak mnożą, powiedzcie mi? I każdy jeden bucha zajebistością... to pewnie przez to wchłanianie pączków w postępie geometrycznym...) ale i tak to trzeci numer powitałam z piskiem zagłodzonej myszy, na którą spadła świeża bułka. Bo był Loki, (bez Jenny, ha!) za to z Michałem i z donutami. Duuuużą ilością donutów. Więc i kolejny pisk - myszy do pary z bułką, zleciał z nieba ser - ponieważ zawsze chciałam wziąć je na "warsztat", tylko nigdy jakoś nie miałam na to weny. I odnośnika. Ale skoro Loki i donuty przyszły mi w parze i rozsiadły się na dysku twardym, kusząc na dodatek okładką... nie ma zmiłuj się, Goś ruszył do kuchennego boju, uzbrojony w tablet i facebooka, a Kuba Ćwiek został zasypany dziwacznymi pytaniami (jak i w przypadku Pączków z różą Loco). Jednakże po kolei...

Oto, co nam mówi opowiadanie "Jestem Mike..." z trzeciego numeru Bangarang, a co posłużyło mi za wstępny research w kwestii donutów a'la Loki (bo, rzecz jasna, chcemy, pożądamy i pragniemy donutów Lokiego, a nie przypadkowych, wydartych z jakiegoś przepisu, szlag wie jakich frędzli podających się za donuty, robionych z proszku z pudełka... musi być w punkt! Z klasą! I rozmachem.):

"(...) Carl miał brązowy, dwucyfrowy żeton i ilekroć się zjawiał, dbał o świeże donuty na koniec spotkania."
(...)Winston jak zawsze zachwalał świeżość donutów, opychając się kolejnym, klasycznym, lukrowanym, bo innych nie uznawał. Znowu zapytał Carla o to, skąd je bierze, a Carl znowu zapewnił, że z troski o tuszę kolegi z grupy zachowa tę informację dla siebie.
(...)[Carl] Zaraz po oficjalnej części wyszedł na chwilę i dopiero teraz wrócił, toteż nie mógł się ze wszystkimi przywitać. Susannah nastawiła policzek, a on udał, że go całuje, po czym wyjął z różowego pudełka ostatniego donuta z nadzieniem toffi."
(...) - Nie mogę ci zapłacić za nasłanie mnie na chorych ludzi, Loki - powiedział rozbawiony. - Ale tyle warta jest dla mnie informacja, skąd brałeś donuty.
Kącik ust Kłamcy uniósł się lekko. Przy najbliższej okazji zawrócili i pognali z powrotem.
Gdy już zatrzymali się przed cukiernią Sweet Emotion, na obrzeżach miasteczka Hope...(...)"
Jakub Ćwiek - "Jestem Mike..."

No, materiału dosyć, by mieć na czym pracować, nie? Bez wątpienia więc, gdy było na czym, należało pogrzebać najpierw w wiki, potem w przepisach, by ugryźć temat z właściwej strony.
Nie będę wam pisać tu elaboratów o ciastach drożdżowych i ich pochodzeniu, bo każdy, kto w latach 90tych i wyżej miał przynajmniej 13-14 lat i oglądał amerykańskie filmy i seriale, wie co to jest donut (lub doughnut, zależnie od poziomu wykształcenia amerykanina piszącego tę nazwę, oraz tego, skąd pochodzi). Z grubsza, odpowiednik naszego pączka. Nawet, jak się zorientowałam, jedna z teorii na temat tego, skąd ten rodzaj ciastek wziął się w Stanach, głosi, że to za sprawą emigrującej, polskiej braci, która odpowiedzialna jest również za wszechamerykańskie bajgle w ichniej kulturze tak rozpowszechnione.
Niemniej u nas został pączek i osiągnął status ciastka popularnego i kochanego, pożeranego namiętnie w Tłusty Czwartek, podczas gdy w USA urósł do poziomu ikony i obrodził w tyle odmian, że nasze skromne, różniące się od siebie wyraźnie tylko nadzieniem i lukrem, wychodzą bledziutko. 

Donuty najczęściej kojarzone to te klasyczne ciastka z dziurką, polane (a czasem całkowicie obtoczone) lukrem, o rozmaitych kolorach z dodatkami posypek. Klasyk jednak to klasyk i gdy doszłam do wniosku, że autor może mieć na myśli tylko ten, dokopałam się do szczegółów, potem jeszcze upewniłam u źródła i w ten właśnie sposób odtworzyłam pierwszy rodzaj - donuta klasycznego - który pojawia się w powyższym zbiorze cytatów, na miejscu drugim.
Następny jednak, ten z toffi, był dla mnie zagwozdką i zaskoczeniem, gdy Kuba podsunął mi konkretne referki, z konkretnej, autentycznej cukierni (nie tej wymienionej w opowiadaniu, zupełnie fikcyjnej, ale miłośnicy Aerosmith i Sylvestra Stallone w moment zakojarzą nazwy) i cóż się okazało? Donut z toffi nie ma być okrągły, a długi i prostokątny! Bez lukru standardowego, za to bywa polany czekoladą (która jednak była, cytuję "blee":D). Doszliśmy więc do wniosku, że skoro ten konkretny typ donuta to wybór Lokiego, a Loki to wytwór Kuby, przeto Kuba nadaje mu kształt ostateczny, zgodny ze swą wizją. Kształt i nadzienie zostało zatem, zgodnie z oryginalną referencją, ale na górze wylądował epicki (jak się potem okazało w smaku) lukier z prawdziwych truskawek.

I na tym skończyłyby się wymieniane w opowiadaniu donuty, gdyby nie fakt, że po tworzeniu klasycznych zawsze zostają krążki wycinane ze środka, tzw. donut holes. Wyrzucać to grzech, na nadziewanie za małe, ale nadal jest to doskonałe ciasto donutowe. Przeto zwyczajem kolegów ze Stanów potraktowałam Dziurki Donutowe tak samo jak resztę donutów i gdy wyrosły - usmażyłam, obtoczyłam w drobniutkim, brązowym cukrze i w ten sposób powstał trzeci, nie wymieniony, ale bardzo dekoracyjny rodzaj donutów - na jeden kąsek. Uznajmy to drobne odstępstwo za ukłon w stronę wszelkich dam, niewiastek, kociaków i kobietek, które za Lokim szaleją i szaleć będą, jak długo jego przygody będą powstawały. Na osłodę, że ten towar zajęty (dwukrotnie), więc elegancko zapchać można gorycz tymi malutkimi, okrągłymi kuleczkami, wrzucanymi w usta z rozpaczą w oczach i gromkim "obyś zdechł, kłamliwy zdrajco!" Co prawda nie pamiętam, by pochodna takiej chwili się trafiła gdziekolwiek w opowiadaniach lub książkach,  (poza osławioną Mary Ann, ale tej wybaczmy, bo ją to Kłamca potraktował naprawdę niefajnie), ale nic nie stoi na przeszkodzie puścić wodze wyobraźni i sznur takich panien sobie wyobrazić, plwających na ślady po Lokim i zjadających Donut Holes tonami.

A teraz zerknijcie sobie na nie, bo jest na co spoglądać (pudełko nie jest, co prawda, różowe, ale zrobiłam co mogłam, by jak najbardziej zbliżyć się do opisu, włącznie z okolicznościami podania donutów):


Kilka słów o konsystencji i smaku, ponieważ wbrew wyobrażeniom polaków, donuty i pączki mimo niewątpliwego podobieństwa, wcale nie smakują tak samo.
Ciasto bez wątpienia nie jest ciężkie. Jest mięsiste, elastyczne, gryźliwe, jak to lubię określać. Przy tym jest zadziwiająco gładkie i jakimś cudem nie nasiąka zupełnie tłuszczem. Nic a nic. Nie zrozummy się źle: trzeba naprawdę nieźle spartolić polskie pączki, by wyciskało się je z tłuszczu jak gąbkę, ale i tak sądzę, że donuty wedle przepisu, z którego je robiłam, biją jakiś rekord w tłuszczoodporności ciasta. Tłuszczyk jest tylko na zewnątrz, tuż po smażeniu, do momentu aż nie odcieknie i nie wsiąknie w papierowy ręcznik. Potem odczuwamy już tylko smak tych ciastek. Podobny... ale jednak inny. Coś jakby jadł poziomkę i truskawkę. Twierdzenie, że któraś jest lepsza mija się z celem, bo mimo wspólnego przodka (tudzież pochodzenia jednej od drugiej i podobieństwa), są jednak całkiem od siebie różne. Jak... bliźniaczki dwujajowe. No, kurde, bliżej już nie określę moich odczuć w tej materii.
Donuty nie są też puchowe, a użycie drożdży wyklucza ciężkość typowego ciasta. Są w punkt. Zrozumiecie, jak spróbujecie.
Lukier to osobna sprawa. Szczególnie w przypadku klasycznych donutów z dziurką. My, Polacy, przyzwyczajeni jesteśmy do najzwyklejszej polewy z cukru pudru i wody, tudzież z cukru pudru i śmietanki, czasem z dodatkiem smakowym. Natomiast tutaj smaczność lukru osiąga całkowicie inny wymiar, dzięki dwu dodatkom, o których nigdy bym nie pomyślała, że mogą tak wyostrzyć i "wylaszczyć" smak. Ten lukier robi niesamowitą robotę i tylko jego potrzeba do tak prostego donuta. I niczego więcej.
Truskawkowy natomiast to moja własna inwencja twórcza i również postawiłam na prostotę łącząc tylko truskawki z cukrem pudrem. I też połączenie smaków owoców i toffi przeszło najśmielsze oczekiwania.
Co ja zresztą będę dalej wam nawijać. Do Tłustego Czwartku co prawda jeszcze kupa czasu, ale skoro mamy właśnie w światowym kalendarzu National Doughnut Day i jest 3 czerwca, z wdziękiem ulegnę ogólnej, kulturowej, wciskanej gdzie się da "bo najlepszej" amerykanizacji świata i ten jeden raz uznam, że co mi tam... świętujemy dziś hamerykańskie święto, hamerykańskimi donutami, powiewając hamerykańską flagą.
Ale, ale, zanim zaczniecie podskakiwać, co ja tu wyprawiam, powiem wam, że Loki to Bóg Północy, autorka niniejszej felki i bloga to w jednej szesnastej Niemka i w jednej ósmej Ukrainka, a odpowiedzialny za cały ten bałagan i wszelkie opowieści to Ślunzak, więc mamy już taki miks kulturowy i narodowościowy, że lepiej nie grzebać dalej, by zupełnie nie zatracić wiary, że cokolwiek tutaj jeszcze jest rdzennie polskie.
Zresztą podążanie tylko jedną ścieżką jest tak bardzo nudne i szablonowe...
Buntujcie się! Jedzcie polskie rzeczy w obcych krajach, a donuty popijajcie sake, drąc ryło w gaelicu w irlandzkiej knajpie, a życie od razu nabierze smaku!
I w końcu z książką zawędrujcie do kuchni, a ścieżki, na które was to wariactwo wyprowadzi zaskoczą was niesłychanie przyjemnie. Dla smaku życia. I dla samych siebie.

Aaaa... w kwestii formalnej: przepis, jakiego użyłam to zmodyfikowana wersja tego, dla wszystkich trzech typów donutów. A smakowo każdy jeden i tak wyjdzie inny:) 

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)






Składniki (na ok. 20-25 typowych donutów z dziurką):

Ciasto:
2 łyżki suszonych drożdży
1/4 szklanki ciepłej wody
1 i 1/2 szklanki ciepłego mleka
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2 jajka
1/3 szklanki masła
5 szklanek mąki
olej do smażenia

 Lukier waniliowy na donuty z dziurką:
1/3 szklanki masła
2 i 1/2 szklanki cukru pudru
1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3-4 łyżki gorącej wody (zależnie od pożądanej konsystencji)

Lukier truskawkowy na donuty z toffi:
4-5 świeżych truskawek
cukier puder (ilość zależna od pożądanej konsystencji)

Nadzienie toffi:
1 mała puszka (ok 200g) gotowanego mleka kondensowanego tzw. "masy krówkowej"
2-3 łyżki mleka

Posypka na Dziurki Donutowe:
1/2 szklanki drobniutkiego, brązowego cukru

Wykonanie:

Drożdże wsypujemy do miski od miksera i zalewamy ciepłą wodą. Mieszamy i zostawiamy na 5 minut, lub do czasu aż się spienią.

Do mikstury bąbelkującej dorzucamy mleko, cukier, sól, jajka, masło i 2 szklanki mąki. Na mikser zamocowujemy standardowe mieszadła i miksujemy wszystko aż do uzyskania gładkiej masy.

Następnie mieszadła zmieniamy na hakowe i dosypujemy pozostałe 3 szklanki mąki po 1/2 szklanki naraz, miksując na niskich lub średnich obrotach do momentu aż ciasto zacznie nam odstawać od miski, jak to porządnie wyrobione drożdżowe ma w zwyczaju. Po tym czasie miksujemy je jeszcze przez 5 dalszych minut, aż stanie się elastyczne.

Ciasto wyjmujemy z miski, namaszczamy masłem inną, wkładamy do niej ciasto i zakrywszy czystą ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce na wyrastanie, do czasu aż podwoi objętość. Czyli na około 1 godzinę. Można sprawdzić dotykowo, czy jest gotowe: jeśli naciśniemy je palcem, a zagłębienie po nim pozostanie, znaczy, że można je już brać na dalszą obróbkę.

Ciasto wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i wałkujemy na około 1 cm na grubości. Następnie przy pomocy szklanki i nakrętki od oliwy (tak jest, wcale nie musicie kupować zalecanego w przepisie oryginalnym specjalnego wycinacza do donutów; szklanka o średnicy 8 i 1/2 cm wystarczy spokojnie na wycięcie donuta, a nakrętką wytniecie dziurki w samym środku i będzie wszystko w porządku), wycinamy w cieście klasyczne donuty z dziurką.

Jeżeli poprzestaniemy tylko na nich, układamy je na podstawie lekko zamączonej, przykrywamy ściereczką i ponownie dajemy wyrastać, aż podwoją objętość. Ok. 45 minut tym razem.
Jeżeli jednak chcemy zrobić i donuty z toffi, zużywamy połowę ciasta na donuty okrągłe, a resztę (i resztki po wycinaniu) rozwałkowujemy ponownie i używając przykrywki do prostokątnego, plastikowego lub innego, sztywnego pudełka o długości ok. 18 cm i ostrym brzegu, wycinamy równe prostokąty w cieście, które potem przecinamy na szerokość ok 4-5 cm każdy. I te donuty przekładamy na umączoną powierzchnię, przykrywamy i pozwalamy im wyrastać.

W czasie, gdy ciasto będzie mniej więcej w połowie drugiego wyrastania, w wysokim garnku lub głębokiej patelni nastawiamy gorący tłuszcz do smażenia donutów, a także lukier waniliowy.

Masło topimy w garnuszku, dosypujemy do niego cukier puder i dolewamy ekstrakt z wanilii, po czym rozcieramy na gładką masę. Do niej dolewamy po jednej, łyżki gorącej wody aż uzyskamy lukrową masę o wymaganej, gęstej konsystencji, jaką będziemy potem zdobić donuty. Gotowy lukier odstawiamy na bok i wracamy do donutów.

Nasze krążki pozostałe po wycinaniu okrągłych donutów, same z siebie i bez przykrywania powinny w tym momencie być już wyrośnięte i gdy olej zrobi się nam gorący w garnku, możemy je testowo zaczynać smażyć, sprawdzając przy okazji temperaturę oleju.
Jeśli wrzucane po 3-4 sztuki naraz, w ciągu kilkunastu sekund zaczną skwierczeć, pływać swobodnie i się wyzłacać, oznacza to, że olej jest już gotowy do smażenia większych donutów. Dziurki natomiast smażymy na złoto najpierw z jednej strony, potem z drugiej i natychmiast po wyłowieniu i odsączeniu wstępnym z oleju na łyżce cedzakowej, wrzucamy do miseczki z brązowym cukrem i obtaczamy w nim najdokładniej je oblepiając. Potem odkładamy na talerz do ostygnięcia.

Wyrośnięte donuty wrzucamy na gorący olej i smażymy na złoto z jednej i drugiej strony, pomagając im się obrócić. Okrągłe bezpiecznie jest smażyć po 2-3 naraz. Dłuższe po jednym.

Usmażone donuty wyciągamy z oleju łyżką cedzakową i wykładamy na tacki przykryte papierowymi ręcznikami, by odsączyć nadmiar tłuszczu. Zostawiamy na nich do momentu aż będą tylko ciepłe, możliwe do dotknięcia.

Przyszykowujemy sobie talerz i kratkę, na której będziemy pokrywać lukrem donuty, by nadmiar lukru bezpiecznie na niego ściekał, a donuty jeszcze trochę stygły.
Lukier waniliowy mieszamy raz jeszcze i starannie pokrywamy górną część okrągłych donutów, pilnując szczególnie, by lukier oblepił wnętrze otworu i wierzch. Można również przygotować luźniejszy lukier i zanurzać je w całości, ale według mnie sama góra i wylukrowany środek wystarczy aż nadto. Pozostawiamy na kratce dounty aż są tylko ciepłe a lukier stężał conieco, przekładając je finalnie na talerze lub paterę, z której będą serwowane.

Po usmażeniu prostokątnych donutów, podczas gdy one będą stygnąć, przyszykowujemy lukier truskawkowy i nadzienie toffi.

Truskawki rozcieramy na puch z cukrem pudrem, pamiętając, że lukier musi być gęsty, bo inaczej popłynie z donutów. Może też przetrzeć owoce przez sitko, by nie było śladu po miąższu i pestkach, ale osobiście podobały mi się te owocowe "farfocle" u mnie, więc je zostawiłam, również dla smaku.

Masę krówkową przekładamy do garnuszka, dolewamy mleka i podgrzewamy, stale mieszając by solidnie ją rozrzedzić, inaczej nie uda się nam napełnić nią szprycy. Powinna być o konsystencji luźnego budyniu, by napełnianie i szprycowanie donutów nie było męczącym procesem.

Ciepłą masą toffi napełniamy szprycę (albo strzykawkę "setkę") i nadal ciepłe donuty prostokątne nadziewamy, UWAGA, z 4 stron. Wkłuwamy się najpierw w oba węższe końce, a potem niesymetryczne do siebie szpryce dostaje jeden i drugi bok, by zapewnić masę toffi na całej długości donuta.

Nadziane toffi donuty pokrywamy z wierzchu warstwą truskawkowego lukru i gdy stężeje on, możemy serwować.


Smacznego i oby się wam Kłamca z donutami w nocy przyśnił:)

------------------------------------------------------------------

Ingredients (for 20-25 round classic donuts):

Dough:
2 tbspns of active dry yeast
1/4 cup of warm water
1 and 1/2 cups of warm milk
1/2 cup of white sugar
1 tspn of salt
2 eggs
1/3 cup of butter
5 cups all-purpose flour
oil for deep frying

Glaze for round conuts:
1/3 cup of butter
2 and 1/2 cups of confectioners' sugar
1 and 1/2 tspns of vanilla extract
4 tblspns of hot water or as needed

Strawberry glaze for toffee filled donuts:
4-5 fresh strawberries
confectoners' sugar (the amount depending on your choice and consistence of the glaze)

Toffee filling:
1 small can (ca. 200g) of  dulce de luche
203 tblspns of milk
 Sprinkle for Donut Holes:
 1/2 cup of finely grated brown sugar


The making of:

Sprinkle the yeast over the warm water, and let stand for 5 minutes, or until foamy. 

In a large bowl, mix together the yeast mixture, milk, sugar, salt, eggs, butter, and 2 cups of the flour. Mix for a few minutes at low speed, until smooth. 

Assemble on your standing mixer a hook paddles and beat in remaining flour 1/2 cup at a time, until the dough no longer sticks to the bowl. Knead for about 5 minutes, or until smooth and elastic.

Place the dough into a greased bowl, and cover. Set in a warm place to rise until double, about 1 hour. Dough is ready if you touch it, and the indention remains.  

Turn the dough out onto a floured surface, and gently roll out to 1/2 inch thickness. Cut with a floured donut cutter. 

Let donuts sit out to rise again until double. Cover loosely with a cloth and let them rise about 45 minutes. If we decide to make also dounts with a toffee filling, use a rectangular plastic box cover with a sharp end to cut even rectangular donuts out of the half of the dough. Let them rise also, such as you do with the round ones.

While the donuts are rising for the 2nd time, heat oil in a deep-fryer or large heavy skillet, and while it is warming up, prepare a glaze for a round donuts.  

Melt butter in a saucepan over medium heat. Stir in confectioners' sugar and vanilla until smooth. Remove from heat, and stir in hot water one tablespoon at a time until the icing is somewhat thin, but not watery. Set aside. 

Our remaining Donut Holes should already by risen, without our help, so we may easily test the hottnes of oil, by putting them in it. Put 3-4 at one time into the oil and observe. If after a few seconds start to crackle, flow freely on the surface and become golden, it means the oil is hot enough to fry the dounts. As for the Donut Holes, fry them golden on both sides, then, still hot, put into the bowl with brown sugar, covering them with it nicely. Remove, and put onto the plate, so they cooled.

When the big donuts arose, put them (2-3 round or 1 rectangular at the same time) into a hot oil and fry until golden brown.

Remove the donuts, and put onto the plates covered with paper kitchen towels, so to drain the fat. Let them cool a bit until possible to touch.

Put the donuts onto the wire rack, and cover the top with the glaze, or dip donuts into the glaze and set onto wire racks to drain off excess. Let them cool again and the glaze harden a bit, then they are ready to serve.

After the rectangular donuts were fried and are cooling, prepare strawberry glaze and toffee filling.

Mash the fruit with the sugar until smooth and thick. You can also do it, using sieve, so to remove the strawberry seeds, leaving only the colour and taste of strawberries in the glaze.

Put dulce de luche into the small pot, add milk, one tablespoon after another, and heat it up stirring frequently, to loosen dulce de leche until it is somewhat watery and possible to put into the syringe.

Finally fill the warm rectangular donuts with dulce de luche filling on both narrow ends and both sides, so the filling was spread  evenly inside the whole donut.

Cover the toffee filled donuts with a strawberry glaze, and let it harden a bit before serving.

Cheers!:)