Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obiady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Rootleaf Yody - potrawka z Dagobah ("Star Wars: Imperium Kontratakuje") / Yoda's Rootleaf - stew from Dagobah ("Star Wars - Empire Strikes Back")

Już za trzy dni polska premiera "Star Wars - Rogue One", który to fakt doprowadza do niespokojnego wrzenia fanów Uniwersum Gwiezdnych Wojen na całym świecie. Szczególnie, że 10 grudnia była oficjalna premiera tego filmu w Stanach. Nie wiem czy tylko dla prasy, czy dla prasy i wybrańców, czy też po prostu premiera ogólnokrajowa, niemniej była i zapewne niejeden z nas, w Polsce, życzył sobie by na ten jeden wieczór stać się amerykaninem i wylądować tam, na sali kinowej, a potem z tajemniczą miną czytać domysły kolegów i z ciężkim trudem powstrzymywać się od spoilerowania. Kto by nie chciał z nas... no kto!?
Franchise'u, z którego pochodzi najnowsza odsłona nikomu przedstawiać nie trzeba. Chyba w sumie łatwiej byłoby znaleźć dziewicę w gimnazjum niż kogoś, poza ludźmi z pokolenia naszych dziadków, kto o Star Wars nie słyszał. Bodaj po tytule, wiedząc, że taki film jest, kojarząc logo, już nawet nie wspominam o kojarzeniu bohaterów. Nie wiedzieć o istnieniu Star Wars to praktycznie jak... nie uczestniczyć w ostatnich trzydziestu latach rozwoju cywilizacyjnego świata!  Fenomenalne to kino, rozpoczęte "Epizodem IV - Nowa Nadzieja" było przełomem dla wszystkich produkcji sf i tym kamieniem milowym, od którego zaczęto liczyć lata nowej ery kina science fiction. Wszystkim Trekkie, którzy teraz zaczną się burzyć, że to bzdura, bo przecież, cytując aktora grającego Scotty'ego w oryginalnych filmach i pierwszym serialu: "We started the whole damn thing", powiem jedynie, że nie do końca jest to prawda. Oba uniwersa ruszyły mniej więcej jednocześnie, z podobnymi efektami specjalnymi, obu należy się chwała i sława, ale to Star Wars George'a Lucasa jest tym fenomenem na skalę światową, a nie twór Gene'a Roddenberry'ego i nic tego niestety nie zmieni. Żeby nie było, Star Trek też bardzo lubię, franchise'u nie opluwam ani nie równam z ziemią, jednak każdy ma ten pierwszy obraz sf, który go zmienił w miłośnika tego typu filmów. Dla mnie były to Star Wars, więc choćbym i chciała, to cieplejszych, niż obecnie uczuć dla Star Treka nie wykrzeszę. Jest świetny. Ale nie jest Gwiezdnymi Wojnami:)

O Star Wars i moim pierwszym kontakcie z tym światem pisałam już poprzednio, przy okazji przepisu na Zielone Chlebki Rey z Jakku z "Przebudzenia Mocy". A także przy "Futrzakach" - Ciastkach Wookie. Powtarzać więc się nie ma potrzeby, szczególnie, że gdzieś jeszcze na pewno o tym jest w innych przepisach związanych z produkcjami sf. Zagaję za to o tym, co nas najbardziej interesuje w temacie bloga i Star Wars, to jest o jedzeniu. Istnieje ono bowiem, nawet w klasycznej sadze, chociaż w rozpaczliwie małej ilości.

Właściwie jest to zrozumiałe. Kiedy oni wszyscy mieliby coś jeść, mając co chwila różne przygody i nie mogąc usiedzieć za wiele w miejscu, gdy Imperium siada im bezustannie na tyłki? Poza tym, zauważcie, jest to świat technicznie bardziej zaawansowany niż nasz, chociaż "dawno, dawno temu". Logicznym jest więc, że spora część tego, co tam jedzą, jest w postaci cholernie trudnej do zidentyfikowania pod względem składników. Są też jednak rzeczy, które chociaż częściowo można by zidentyfikować.
Każde z nas pamięta niebieskie mleko banthy, jakie popija Luke i jego wujostwo w "Nowej nadziei" -  pierwszy raz wspominają wtedy o Anakinie Skywalkerze. Tudzież podejrzanie podobny, różowy napój z Kantyny Mos Eisley, który, jak na me oko, może być destylatem z tego mleka. Może bimbrem? Na Tatooine, pustynnej przecież planecie, mieli tak niewiele wody i świeżych roślin, że marnowanie ich na bimber byłoby... no, głupie, skoro potrzeba ich do jedzenia. A zatem ten rodzaj kumysu z banthy serwowany w knajpie, ma sens, szczególnie, że, poza brandy koreliańską, nie dawali tam chyba nic więcej.
Wspomniane wcześniej, przetworzone racje żywnościowe - coś w rodzaju tego, co Rey znalazła we wraku machiny imperialnej na Jakku - pojawiły się również w "Imperium kontratakuje", oraz w "Powrocie Jedi". Ciężkie jak wszyscy diabli do zidentyfikowania. Popatrzcie zresztą na to, co Luke trzyma w łapie. Na pewno było tam coś przypominającego suszone mięso uformowane w kształt kiełbaski, coś, co wyglądało jak ciasteczka z granoli, tudzież paski jakiegoś pasztecika, różnokolorowe tic-taki, psie chrupki, pianki... szlag wie, co to wszystko było, niemniej w takiej postaci na pewno nie wyrosło. Wiemy na pewno, że miało utrzymać zagubionego na obcej planecie Rebelianta przy życiu, więc zdecydowanie musiało zawierać różne substancje odżywcze, chociaż niekoniecznie dobrze smakujące. Zestaw, który posiadała Leia w "Powrocie Jedi" i z którego jakąś odmianą ciastka zbożowego poczęstowała Ewoka, już nam nie pokazano, jednak musiało być to to samo.
Natomiast przetwarzanie gotowych płodów rolnych, tudzież roślin jadalnych widzimy w Star Wars - klasycznej, jedynie słusznej trylogii (nawet nie zaczynajcie mi wspominać o żarciu w trylogii prequelowej, bo ja z tych, co uważają ją za "zło" i wyznają tylko jedynie słuszną, pierwszą trylogię:D) - tylko dwa razy.
W "Nowej Nadziei" - gdy Beru Lars wrzuca jakieś pękate warzywa do czegoś, co wygląda jak jakiegoś rodzaju mikser albo maszyneria rodzaju Thermomix - nie jestem pewna, ale chyba tam widać jakieś korzenie chrzanu, selera, rodzaj grzybów, być może trufli, seler... niemniej wszystko to prawdopodobnie było przemielane na zupę albo jakąś potrawkę lub smażone w kształt kotletów, jakie sobie kładli na talerze.
Drugi raz gotowanie widzimy natomiast w "Imperium Kontratakuje", w wykonaniu Yody. Gdy spotyka on Luke'a pierwszy raz i testuje, co to za koleś do szkolenia mu się trafił, gości go w swej chatce, gdzie przygotowuje poczęstunek. Zapytany, co to jest, odpowiada krótko "Rootleaf!" Nie wiem, z jakim tłumaczeniem "Imperium..." spotkaliście się do tej pory. Ja za szczeniaka oglądałam takie z niemieckiej wersji jeszcze na kasetach VHS, potem to odnowione na dwudziestą rocznicę wypuszczenia trylogii nadal z kaset, by skończyć na tych z kompa. Wszędzie raczej ominięto nazwę własną, i tylko w jednej, najstarszej wersji jaką znam pojawiło się tłumaczenie z niemieckiego, gdzie tajemnicze "Rootleaf", przetłumaczono z nie wiadomo jakiej paki na "Korzenionóżka!". Co ogólnie jest bardzo zabawne, ale z prawdą nie ma wiele wspólnego.
Wookiepedia, którą zapytałam niedawno o to, cóż to jest - nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi, tłumacząc "Rootleaf", jako składnik diety Yody na Dagobah, którego część stanowią "mushroom spores" - zarodniki grzybów, "galla seeds" - wyglądające wybitnie jak cała gałka muszkatołowa, jeżeli już miałabym porównywać do naszych, ziemskich odpowiedników. Także i "sohli bark" - rodzaj jadalnej kory, który aż prosi się o przełożenie go na nasz cynamon i ostatecznie "yarum seeds" - jaskrawo czerwone nasiona, służące również do zaparzania herbaty. Aż krzyczą o nazwanie ich pieprzem cayenne, który i u nas służy do tego samego.
Całość potrawy zaś, gotowana była przez Mistrza Yodę w kociołku, z którego Luke potem nałożył sobie do małej miseczki zupowatej, zielonkawej papki i (zależnie od tego czy znamy tylko film, czy wiemy również, co było w oryginalnym skrypcie): skrzywił się po spróbowaniu (gorące, ostre lub niedobre - z tym ostatnim się nie zgodzę, bo nie pluł tylko wziął jakiś podpłomyk jako zagryzkę i zaczął jeść potrawę Yody, a więc musiało być zjadliwe), lub też mu posmakowało, jak było w oryginalnej wersji scenariusza.

Jak łatwo zgadnąć, tę właśnie potrawę wzięłam na warsztat, skoro już i mnie wciągnęło oczekiwanie na nowy film Star Wars i przyparła paląca potrzeba zrobienia kolejnej potrawy z tego uniwersum. Nic innego właściwie nie miałam do wyboru (NIE wspominajcie o nowej trylogii!:D), i przyznam, ta potrawka jednak bardzo mnie zaczęła kusić, ponieważ stanowiła też wyzwanie dla instynktu gotującego fana, by zrobić ją jak najbliżej oryginałowi, szczególnie że żaden składnik poza grzybami nie brzmi nawet podobnie do ziemskich. Co ciekawsze: "Rootleaf Stew" - pod jakim to mianem pojawia się na necie - była częścią kampanii reklamowej "Imperium kontratakuje" Lucasfilm w 1983 roku. Specjalnie zatrudniono ówcześnie popularnego kucharza Craig'a Claiborne'a do stworzenia jadalnej wersji. No i stworzył. Coś co... kompletnie nie pasuje mi do Yody, Dagobah i całej otoczki tej sceny jako uważnemu, oddanemu fanowi świata. A zatem, mimo, że oficjalnie zatwierdzono tę potrawę wówczas jako jedynie słuszne Rootleaf Stew w wersji ziemskiej - ja, po obejrzeniu przepisu i wgryzieniu się w składniki, zaczęłam kręcić przecząco głową. Jagnięcina w składzie! No, dajcie spokój, gdzie na bagnie zwierzę rodzaju jagnięcia! Prędzej żabie udka! Niemniej kucharz, chociaż znany - niekoniecznie wiedział, co ma odtworzyć, może nawet i filmu nie oglądał, zrobił jak sądził, że będzie dobrze. No i zrobił źle:D
Przepisu na jego potrawę nawet nie będę zapodawać. Znajdziecie sobie ją w necie, jeżeli macie potrzebę. Natomiast ja osobiście zaproponuję wam alterację od tego przepisu, wegetariańską. Bagienną. Zieloną. Z normalnych, ziemskich składników, które z największą pieczołowitością dobrałam do tych z Wikipedii, posiłkując się inną jeszcze, prawie dobrą wersją "Rootleaf" na jaką natrafiłam. Co prawda nigdzie nie ma potwierdzenia, że Yoda był wegetarianinem (ani nawet z jakiej był rasy, co z sobie tylko znanej przyczyny Lucas skrzętnie skrywał i nigdy nie ujawnił), wręcz ostre zęby, przystosowane do rozszarpywania mięsa, jakie można u niego zauważyć, oraz rozstaw oczu i uszu, sugeruje pochodzenie od mięsożercy, jednakże, bądźmy rozsądni - polujący z łukiem na bagnach 900 letni staruszek, który na dodatek głosi przez całą trylogię teorie o byciu świetlistymi istotami, powiązanymi Mocą, miałby rozlewać krew? Filozofia Jedi ma w sobie wiele z buddyzmu, ogromne poszanowanie dla życia, więc... nie. Yoda, nawet jeśli nie genetycznie, to z przekonań musiał nie jeść mięsa. I to uczyni moją wersję "Rootleaf" (które z samej nazwy jest wegetariańskie - "Korzenioliść") tym bardziej autentyczną.

Mała uwaga, zanim przejdę do przepisu, która może się wam przydać na klimatyczny obiad tuż "przed godziną zero." Rootleaf Yody powinno być przygotowane dzień wcześniej, by osiągnąć pełnię smaku. Można, rzecz jasna, spożyć i od razu po przygotowaniu, jednak nie będzie jeszcze ono tak aromatyczne, jak po odstaniu kilku godzin w spokoju. Dlatego za przygotowywanie "Rootleaf" zabierzcie się któregoś dzionka wieczorem, dzień przed planowanym podaniem go na obiad. Na ten przykład 14 grudnia, by na obiad rodzinie fanów Star Wars 15 grudnia zaserwować dagobańską potrawkę Yody, a następnie z pełnymi brzuchami udać się na premierę "Rogue One" już wprowadzeni w nastrój. Co też będzie doskonałym pomysłem zdrowotnym, ze względu na nadchodzące, trzaskające mrozy. To danie niezwykle rozgrzewa, zaskakująco wręcz, patrząc na składniki. Jest też niesamowicie dobre, nawet dla zapalonych mięsożerców, mimo, że jedyny składnik zwierzęcy, jaki w nim jest, to masło. Aż sama byłam zdziwiona. Ale skoro mówię, że jest dobre, to dobre być musi.

Za garnek chwyć więc padawanie młody, łyżkę weź i ugotować musisz potrawę tę, dla zdrowia i spokoju, z Mocą połączenia się takoż...

A Moc będzie z Wami...

 Please scroll below for the "red" recipe in English:)


Składniki:

1/2 szklanki ugotowanej świeżej ciecierzycy (lub z puszki, choć zdecydowanie polecam świeżą)
200g świeżego lub mrożonego szpinaku w liściach
100g świeżego lub mrożonego szczawiu w liściach
200-250g młodych grzybów, np. boczniaków (pieczarki też mogą być, byle małe)
4 średnie ziemniaki
3 łyżki masła + 2 łyżki oleju do smażenia
1 średnia cebula, posiekana
2-3 duże ząbki czosnku, posiekane
1 łyżka świeżego, startego imbiru
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 łyżeczka zmielonej kolendry
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1/2 łyżeczki zmielonej kurkumy
1 szczypta zmielonego kardamonu
1 szczypta zmielonego cynamonu
1 szczypta zmielonych goździków
1 liść laurowy
1 i 1/2 szklanki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz do smaku


Wykonanie:

Jeżeli używać będziemy surowej soczewicy, kilka godzin przed zaplanowanym gotowaniem wsypujemy suche ziarna do garnka, zalewamy wodą i zostawiamy aż napęcznieją. Potem gotujemy w tej samej wodzie aż będą prawie miękkie. Odsączamy, odstawiamy na bok. Jeżeli użyjemy puszkowanej, ten krok, poza odsączeniem z zalewy i odmierzeniem odpowiedniej ilości - pomijamy.

Młodziutkie grzyby myjemy, siekamy i przysmażamy aż do puszczenia soku na 2 łyżkach masła i 1 łyżce oleju. Gdy puszczą sok i skurczą się - wydobywamy z patelni, odkładamy na bok.

Na patelnię po grzybach dolewamy łyżkę oleju i dodajemy pozostałą łyżkę masła. Topimy tłuszcz, a następnie dodajemy starty imbir, pieprz cayenne, kolendrę, kumin, kurkumę, kardamon, cynamon i goździki i smażymy przyprawy na tłuszczu mieszając często aż zaczną mocno pachnieć i utworzą nam pastę-bazę do potrawki.

Następnie do przypraw dodajemy posiekaną drobno cebulę, przysmażamy aż jej aromat dołączy do przypraw i na koniec posiekany czosnek (pilnujemy by ani cebuli ani czosnku nie przypalić podczas smażenia).

Ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy na kawałki wielkości jak do zupy i wkładamy do średniego garnka.

Do ziemniaków dołączamy pastę z przypraw, cebuli i czosnku i całość zalewamy tylko taką ilością wody, by wszystko przykryło. Gotujemy, aż kawałki ziemniaków będą prawie miękkie. W razie potrzeby dolewamy wody.

Do prawie gotowych ziemniaków i przypraw dorzucamy grzyby oraz siekaną natkę pietruszki, oraz ugotowaną ciecierzycę. Gotujemy wszystko razem do momentu aż wszystko będzie już miękkie i niemal gotowe do podania.

Na koniec dodajemy posiekany szpinak i szczaw (jeżeli były w postaci mrożonej najlepiej odcisnąć z nich wodę i pokroić brykieciki nieco drobniej, jednak nie na papkę; liście ma być widać w potrawce).

Dogotowujemy na małym ogniu aż szpinak i szczaw będą miękkie, a potrawka zgęstnieje i pozielenieje. Jeżeli życzymy sobie mieć ją w formie bardziej zupnej - dolewamy wody. Ja dodałam tak 1 i 1/2 szklanki gorącej z 10 minut przed końcem gotowania, i była zupa, a następnego dnia i tak otrzymałam wersję bliższą średnio gęstej potrawki. I było super smaczne.

Doprawiamy ostatecznie do smaku solą i pieprzem tudzież którąś z pozostałych przypraw, jeżeli jej nie czujemy. Odradzam dodawanie więcej cayenne; pół łyżeczki dane na początku pali pięknie i umiarkowanie cały czas, nawet po dodaniu kolejnych składników, tylko podbijając smak. Więcej mogłoby uczynić potrawę niezjadliwą.

Jeżeli wybierzemy wersję gęstej potrawki, świetnie smakuje z ryżem.

Serwujemy Rootleaf  gorące, w drewnianych, niewielkich, głębokich miseczkach dla klimatu, w towarzystwie starwarsowej ścieżki dźwiękowej lub oglądając ulubiony film z ukochanej sagi.

Smacznego!
------------------------------------------------------


Ingredients:

1/2 cup of freshly cooked lentils (or canned, though I suggest cooking the raw seeds yourself for the sake of the taste)
200g of fresh or frozen, chopped spinach leaves
100g of fresh of frozen, chopped sorrel leaves
200-250g of baby mushrooms (portobella is fine, I used baby oyster mushrooms)
4 medium potato
3 tblspns of butter + 2 tblspns of vegetable oil
1 medium onion, chopped
2-3 large garlic cloves, chopped
1 tblspn of ginger root, finely minced
1/2 tspn of cayenne pepper
1 tspn of ground coriander
1 tspn of ground cumin
1/2 tspn of ground turmeric
1 pinch of ground cardamon
1 pinch of ground cinnamon
1 pinch of ground cloves
1 bay leaf
1 and 1/2 chopped fresh parsley
salt and pepper for taste


The making of:

If you intend to use a raw lentils, pour the measured amount to a pot a few hours before planned cooking of the stew, cover with water and leave like that to swell. Then cook in the same water until almost soft. Drain it and put aside. If you intend to use canned ones, just drain the measured amount, put aside and skip this process.

Wash, chop and fry baby mushrooms on a 2 tablespoon of butter and 1 tablespoon of oil. When the juices flow and the mushroom pieces become smaller - remove them from the pan and put aside.

Add the remaining tablespoons of oil and butter to the same pan, and melt it. Then add minced ginger, cayenne pepper and spices and bloom the spices, cooking them until the aroma rises, stirring frequently. They will create a base for the Rootleaf.

Next, add chopped onion and cook it until its aroma mixes with the spicy one. Finally add the chopped garlic and cook it alltogether (remember not to burn the onion and garlic, so stir.)

Wash, peel and chop the potatoes for smaller pieces and put them into a medium pot.

Pour the mix from the pan inside and and add just enough water to cover it up. Cook, until the potato pieces are almost soft. Add some more water if necesarry.

Add mushrooms, parsley and cooked lentils. Cook it alltogether until almost ready to serve.

At the end add spinach and sorrel leaves (if they came frozen, first drain the excess of water, then chop a little but not too much; the leaves should be visible in the stew).

Cook it until spinach and sorrel are soft, a few minutes more and the Rootleaf becomes thicker and greenish. If you want to have it more like a soup then like a stew - add water. I added ca. 1 and 1/2 cup of hot water about 10 minutes before end of cooking and I got soup that I wanted, but the next day it appeared like medium thick stew and it was just fine.

Season the dish with salt and pepper or any of the other spices if you do not sense them, but not cayenne. 1/2 a teaspoon is just enough for the whole dish; it is sensible, mixes beautifully with the rest of the tastes. Adding more of this spice could spoil the dish.

If you choose to eat Rootleaf as a thick stew, it tastes great with rice.

Serve Rootleaf hot, in a small, deep bowls, and the day after the cooking for the tastes to achieve its full potential, listening to the Star Wars OST or watching the favourite part of the Saga.

Cheers!

środa, 16 listopada 2016

Sum-a Wszystkich Wilków Alcide'a Herveaux (serial "True Blood) / Alcide Herveaux' Gone to the dogs catfish ("True Blood" TV Show)

Powiada prorok: "Prawda jest jako dupa; każdy ma własną." Powiada też inny prorok: "O gustach się nie dyskutuje." A jeszcze inny prorok rzecze, w mądrości swojej dzieląc się z nami następującą prawdą: "Ale i tak moja prawda jest najmojsza." Ja zaś powiadam, mimo, że prorokowanie to atut mojej wilkołaczej Teurg, nie mój, że każdy z owych dwóch pierwszych mędrców rzecze mądrze, ale prawdziwą nirwanę wiedzy osiągnął ten ostatni. On bowiem wie, że ludź uwag o tolerancji opinii innych wysłucha, ale i tak zawsze będzie dążył do udowodnienia innym, że nie mają racji, bo rację ma tylko on sam jeden, ostoja rozsądku na tym padole płaczu.

Pozwolę sobie więc oszczędzić dalsze moralizowanie i zwyczajnie oświadczę, że poniższy kawałek tekstu, który zaraz nastąpi jest odzwierciedleniem moich opinii, popartych sporą ilością przeczytanych książek i obejrzanych dzieł i w żaden sposób nie zamierzam wpierać swej opinii komukolwiek. Jeżeli jednak i tak się poczujecie obrażeni i zechcecie mi prawdę trzeciego z proroków spróbować wetrzeć w ryjek w komentarzach, być może w próbie udowodnienia, że nie mam racji, a wy dacie radę moją opinię zmienić - zapraszam serdecznie! Nie ma to jak ognista dyskusja dla rozruszania starych kości i poćwiczenia argumentacji.
A moja prawda i tak jest najmojsza, bo na moim blogu, o:D

A zatem: fantasy fatalnie smakuje z romansem. Obrzydliwie! Połączenie tych dwóch gatunków, dodając do tego jeszcze nonsensowe wątki erotyczne, wygląda tak, jakby kto wziął najlepszy miód pitny i w przekonaniu, że wie co robi i osiągnie doskonały efekt - wsadził do niego przepoconą skarpetkę nie praną miesiąc z całym jej smrodem, brudem i wszelakimi kulturami bakterii. A potem jeszcze do niego nasikał, zamknął dymion i oczekiwał ambrozji. Nie doczeka się. Nie dość, że nie będzie żadnej ambrozji to jeszcze popsuje uczciwy, choć prosty napitek i zmarnuje całość. Te dwie kategorie literackie i filmowe nigdy, przenigdy nie powinny iść w parze, szczególnie jeżeli miesza się je w równych proporcjach, a jedna z nich, zazwyczaj ta dotycząca romansu pisana jest kiepściutko, co niestety jest brzemieniem większości książek powstałych z mixu fantasy-romans. Znaczy, wiecie, ja rozumiem porządną historię, gdzie poczujemy jedynie leciutki powiew czegoś, co dziać się może między bohaterem, a bohaterką, podczas gdy akcja skupiona jest na zupełnie czym innym. Coś takiego jest na przykład w stareńkiej produkcji fantasy "Red Sonja", gdzie Czerwona konsekwentnie przeprowadza swoją misję od początku do końca, bez względu na to, że potencjalny kandydat do jej serca, książę Kalidor cały czas kręci się w okolicy. I co? nie wzdychają do siebie bezsensownie, a jedynie czasem łypią okiem? No nie. I jest doskonale. Podobnie mamy przecież wątek Hana i Lei w doskonałych "Star Wars - Nowa nadzieja", następnie w całych seriach klasycznego fantasy, heroic i dark z lat 80-tych i 90-tych, gdy pisarze fantasy należeli jeszcze do starej, klasycznej szkoły tworzenia książek tego gatunku. Wątek romansu gdzieś tam przewijał się w tle i nie wypływał na wierzch, niespodziewanie a śmierdząco, nie pasując do niczego, jak ta skarpetka w dymionie z miodem pitnym.
Niestety, ktoś kiedyś uznał, że znudziło mu się typowe fantasy i że znajdzie miłośników takiego, w którym nie tylko zabija się smoka i ratuje dziewicę, ale także pada przed tą dziewicą na kolana, prosząc o rękę, potem przelatuje jej siostrę, ma finalnie wyrzuty sumienia w tym temacie gdy sarniooka bogdanka spogląda na niego z przemyśleniami słodkimi i rodzinnymi, widocznymi w oczach (i 2 stronach maczkiem), dochodzi do tego wielka kłótnia, gdy dziewica okazuje się być w ciąży ze smokiem-ciemiężycielem, któremu się było zmarło, a jej siostra to tak naprawdę przyrodnia kuzynka bohatera. No i macie... fantasy nagle staje się tylko tłem, a my, w poszukiwaniu tego tła musimy przedzierać się przez strony bzdur, do tej pory zarezerwowanych dla książeczek z logo arlekina i różową okładką.
Żeby jeszcze tego było mało ktoś inny stwierdził, że skoro temat zaczął przyciągać kobiety, do tej pory niezainteresowane fantasy - fajnie będzie fantasy do tej pory wyraźnie utrzymane w klimacie średniowiecza przenieść w czasy obecne i ten wątek ero-miłosno-fantastyczny wcisnąć w teraźniejszość, a bohaterami uczynić, (ba, niedoruchane nastolatki płci żeńskiej to największa grupa docelowa!) zwykłego nastolatka płci obojętnej. I w ten oto sposób, drodzy państwo, powstał urban fantasy paranormal romans, a na gatunku fantasy dokonano przebrzydłego mordu w dniu, gdy pani Meyer wypuściła swój "Zmierzch" - króla potworków tego odłamu literackiego. Potem nic już nie było lepiej, tylko więcej i więcej (no, skoro się sprzedaje, to piszmy i wydawajmy największy chłam, kaska poleci) pisano i wydawano takich książek. Przez kilka ostatnich lat, gdy człowiek przeglądał półki w księgarni, widział przede wszystkim okładki takich właśnie pseudo-fantasy książek z romansem, jako głównym tematem, i długo musiał się naszukać, by natrafić na coś zupełnie normalnego.

Na szczęście boom na to gówno zaczyna w końcu przemijać, pokolenie nastolatek "Team Edward" i "Team Jacob" wielbiących ślady stóp Stephanie Meyer (która, nota bene, nie napisała nic więcej poza "Zmierzchem"... królowa fantasy, co?) wyszło z gimnazjów i zaczęło odkrywać lepsze, klasyczne książki, sprzedając ze wstydem to, co im zapychało do tej pory półki domowych biblioteczek . I słusznie. Ileż, kurwa, można!?

Ale, jak powiedziałam, pojawiła się nadzieja. Szał przeminął, dzięki produkcji HBO "Gra o tron" i "Deadpoolowi" (w których romansowanie nie przejmuje zupełnie akcji, chociaż jest w zjadliwej dozie) uwierzono w końcu, że coś innego może bawić w książce i kinie i przyciągać publiczność nie będąc dzieckiem gwałtu romansu i fantasy. Coraz tego mniej na półkach księgarskich, wraca powolutku moda na klasykę i tylko mogę tej modzie przyklasnąć. Niestety nadal pozostają serie shitu niemożebnego, z samego centrum tego boomu na paranormal romans, które wydawcy wznawiają z nadzieją, że ktoś się jeszcze na to złapie. Jedną z nich niewątpliwie jest seria Charlaine Harris - "Southern Vampire Mysteries", znana u nas jako "True Blood" - Prawdziwa Krew.

Nie lubię jej!

No dobra, skoro nie lubię, nie trawię i plwam od dwudziestu minut na tenże gatunek, którego jest doskonałym przykładem, czemu się za nią złapałam?
BO MA W SOBIE WILKOŁAKI!:D
A skoro coś ma w treści wilkołaki, to poczytam lub obejrzę to z samego umiłowania gatunku, lub radosnego wytykania błędów ichnim łakom, za każdym razem, gdy błąd ten dostrzegę. Tak samo mam ze wszystkim wikingowym i zaprawdę, powiadam wam, powinno mi się wydzierać z rąk książki i filmy, gdzie owe kategorie się pojawią, bo nie mam litości.

Do rzeczy. Wiecie już, że za jedynie słuszną wizję wilkołaków uznaję zmiennokształtne rasy stworzone przez White Wolf (wydawcę systemu RPG w settingu WoD) i system Wilkołak: Apokalipsa. Czyli dzikie, czyli mądre, chociaż silne, posiadające całą kulturę i stojącą za nimi backstory, dysponujące na dodatek potworną, wilczą formą crinos (jak najbardziej odpowiadającą temu, co najstarsze historie o wilkołakach głoszą), a także cztery inne możliwości zmiany postaci, od człowieka do zwyczajnego wilka. Z nieznanego dla mnie powodu w całym tym zalewie paranormali dla nastolatek, gdziekolwiek pojawiały się wilkołaki, ich wilkołaczość ukazywano wyłącznie poprzez możliwość zmiany w wilczą postać i nic więcej (poza nadmierną hutliwością, która jako charakterystyczna dla wilkołactwa nieustannie mnie zadziwia. W sensie, że jak kto zmienia się w zwierzę to jest genetycznie uwarunkowany do pieprzenia wszystkiego, co na drzewo nie ucieka i należy to podkreślić?). Czemu? Po co? Czyżby puszysty wilczuś pasował bardziej do wątku zakochanej w paranormalnej istocie dziewicy, niż ucieczka przed trzymetrowym bydlęciem, wyglądającym jak potworna krzyżówka wilka i człowieka, o której pogłaskaniu warto nawet nie myśleć, o ile nie chcesz mieć ręki odgryzionej przy samej dupie? Prawdopodobnie poszło to w ten deseń:) Bestia nie pasowałaby do ckliwej historyjki z romansem w tle. Wilkołaczek słodziak - "pudel z pudrowaną dupą" (jak dosadnie kiedyś nazwała takie pseudo-wilkołaki moja kumpelka Veni - również miłośniczka oryginalnego spojrzenia na wilki od strony systemu Wilkołaka) został więc opisany raz, a potem powielony setki i tysiące razy. I teraz pewnie tak, a nie inaczej wygląda w masowej wyobraźni, gdy zapytałby się dowolnego osobnika o jego wygląd, kiedy wilczy człowiek nie jest już człowiekiem.

Wilkołaki z "True Blood", pojawiające się w trzecim sezonie serialu powielają ten schemat. Jedna forma i nic więcej. Nie dano im nawet porządnej siły ani specjalnych mocy, poza doskonałym węchem i świecącymi oczami, oraz wrażliwością na pełnię księżyca w kwestii przemiany w wilka. Nie stanowią dla wszędzie się tam kręcących ssaczy praktycznie żadnej konkurencji, a zatem poza właściwą wilkołakom formą bestii, odebrano im także przywilej bycia głównym wrogiem wampirów. Jednakże, twórcom i miłośnikom ku pokrzepieniu serc powiem, że aż tak strasznie źle z nimi nie jest. Są tam brutalną rasą, pasującą bardziej do światka gangów motocyklowych, robią swoje złe, nieco mniej dobrego i nawet dałoby się z nimi dojść do ładu, gdyby nie to, że komuś się ubrdało, że siły dodaje im picie wampirzej krwi. Co, jak? Co za shit?!
Nie wnikam, kto to wymyślił, pragnąc pewnie podkreślić, że i w tym polu wampiry wysuwają się na front opowiadanej historii (jakby mało było im dominacji w całej serii tych książek, podkreślonej jeszcze przez tytuł serii) i spróbuję o tym fakcie zapomnieć z jednej przyczyny: kulturę i podstawy wilkołaczości zachowano nietknięte, takie jak być powinny. Jest alfa, są watahy, są wilki samotnicy i jest multum różnych ich typów charakterologicznych, wśród których spokojnie wskazać by mógł i dobrych i złych bohaterów. A poza tym mają tam absolutnie zajebisty, wilkołaczy bar, zwący się "Lou Pine's", do którego zdecydowanie bym poszła w dowolnej chwili, lać się po mordach, jak na prawdziwą wilczą babę przystało:)

Podsumowując: "True Blood" jako serial i książka - do dupy. Nie śledziłam za dobrze akcji już w pierwszym sezonie (a po przeczytaniu pierwszego tomu, darowałam sobie resztę), ale w momencie jak zaczęły się tam pojawiać hurtowe ilości dziwnych stworów, a bohaterka okazała się być pół-wróżką, jak niesie wieść gminna - darowałam sobie. Interesowały mnie tylko i wyłącznie wilkołaki w tym serialu i z tej przyczyny, myśląc już nad obecną felką dokształciłam się specjalnie, oglądając czujniej te odcinki, w których się pojawiły, dziury w fabule zalepiając wiki.
A także... jakżeby inaczej - żarcie! Ponieważ w fabule, dziejącej się w południowej części Ameryki Północnej, gdzie magikowanie voodoo jest równie często spotykane jak aligatory na bagnach i moskity - żarcie stanowi bardzo ważną część życia i na dodatek jest przepyszne. Wampierzom wszystko jedno, bo tylko krew albo jej Tru-Podróbę-Blood chłepcą, ale wszystko co żyje, jeść musi. I wilkołaki wcale ludziom nie ustępują. Co prawda więcej piją niż jedzą, ale koleś-wilkołak, najbardziej znany wśród tej wyjącej hałastry i przy tym romantyczne zainteresowanie głównej bohaterki o wdzięcznym imieniu Alcide Herveaux, wcale nie odżegnuje się od kuchni domowej czy z baru Merlotte's i na dodatek sobie dogadza!

Bogom dziękować, że i w kwestii spożycia, wilkołaki zostawiono w spokoju i tradycji. Jedzą dużo, tłusto i smacznie, bardzo często smażone rzeczy z deep fry'a, jak na południowych amerykańców przystało, piją jeszcze więcej, ale zdecydowanie niczego sobie nie odmawiają. Zaś ich dieta, w tym i Alcide w człowieczej formie, wcale nie bazuje wyłącznie na mięsie. Rybką wilk nie pogardzi, jak wskazuje dorwana przeze mnie ostatnio wspaniała książka kucharska: "True Blood - Eats, Drinks and Bites from Bon Temps" - zapełniona tematycznymi przepisami na rozmaite żarełka i napitki z serii. I właśnie ryba z deep fry'a - dosyć nietypowa jak na polskie warunki, a tym bardziej godna uwagi i spróbowania - jest, obok steku i jajek jednym z głównych dań, które są sygnowane imieniem i nazwiskiem tej postaci.
Alcide to wielki facet, z brodą i nieładem na głowie, ogólnie taka postać na która popatrzyć przyjemnie, nawet jak wygaduje głupoty i za szybko zmienia się w wilka jak na mój gust, więc gdzie by tam czym dietetycznym się najadł. Rybę spożywa więc zapewne najchętniej taką, na szybko, w towarzystwie ostrej cebulki i sosu tatarskiego z południa. Rybka, którą rzecz jasna odtworzyłam z przepisu pachnie pięknie, jest złota, i w przeciwieństwie do rybich kęsów z MacSzajsa, składa się z prawdziwej ryby w marynacie... no i nie czuć jej rybą, co powinno ucieszyć tych, którym każda ryba nieapetycznie "jedzie". Podawany zaś do tej rybki - suma, jeżeli koniecznie chcecie już wiedzieć już teraz - południowo amerykański sos tatarski jest absolutnym rarytasem i ma bardzo niewiele wspólnego z sosem tatarskim, jaki kojarzymy my, Polacy, ale jest jednak kwintesencją smaku, doskonale pasującą do smażonego suma.

Wiecie... "True Blood" nie lubię nadal i dokształciwszy się wilkołaczo raczej nie dam rady zmęczyć tej serii do końca. Ale jeżeli reszta potraw z wyżej wspomnianej książki jest tak samo smaczna, jak ten sum - to rękami i nogami zanurzę się w ten skrawek świata serii i być może znajdę coś jeszcze, inną jaką perełkę, która znowu mnie zachęci do zerknięcia w stronę tego serialu.

A zatem: macie i cieszcie się kolejnym daniem z serii wilkołaczych potraw, czyli Sum-ą Wszystkich Wilków Alicde'a (pozwoliłam sobie przetłumaczyć oryginalne "Sum, który zszedł na psy" po swojemu, bo niestety nazwa "catfish" jest częścią gierki słownej w tym tytule, a "sum który zszedł na psy" nie brzmiałby już tak zabawnie). Z sosem tatarskim. I zapewne paroma kłakami sierści, tak dla smaku i podkreślenia kłaczastości tej potrawy. Karta do Makro w rękę (jeśli nie ma innego wyjścia i nigdzie nie dostaniecie filetów z suma, to w Makro mają na sto procent) i lecimy łowić wilczą rybę!

Watahy... stworzyć wilczą potrawę numer trzy! Auuuuuuu! Kto ostatni w rybnym, ten wampir!

Please scroll below for the "red" recipe in english version. 



 Składniki: 

Ryba:
700g filetów z suma, oskórowanych i pozbawionych ości
1 łyżeczka soli
1 i 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 szklanka mleka
2 łyżki musztardy
2 łyżki soku z cytryny
3 lub 4 chlapnięcia sosem tabasco
2 szklanki drobnej mąki kukurydzianej
1 łyżka skrobi kukurydzianej



Sos tatarski:
1 szklanka majonezu
1 łyżka musztardy
1 łyżka świeżej, posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżeczka posiekanego czosnku
1/4 łyżeczki sosu tabasco
sól, pieprz

Dodatkowo:
1 cebula pokrojona w cienkie plasterki, rozdzielone na krążki
olej do smażenia ryby


Wykonanie: 

Filety z suma kroimy na kawałki 2-3 centymetrów, tak w sam raz na dwa kęsy, solimy, pieprzymy i wkładamy do miski.

Dodajemy tam mleko, musztardę, sok z cytryny i tabasco. Mieszamy składniki ze sobą i z rybą, zanurzając ją całkowicie w marynacie.

Zakrywamy i wkładamy do lodówki na godzinę.

W tym czasie robimy sos.

Łączymy ze sobą majonez, musztardę, natkę, szczypiorek i czosnek oraz tabasco, mieszamy w wszystko razem w głębokiej misce, a następnie blendujemy mikserem na gładko.

Próbujemy, doprawiamy solą i pieprzem, by na koniec przykryć i schować miskę do lodówki również na godzinę, by smaki się przegryzły.

Gdy czas chłodzenia ryby już nam minął, do woreczka foliowego (małej reklamówki, papierowej torby, jak będzie wygodniej, byle był szczelny) wsypujemy mąkę kukurydzianą i skrobię i mieszamy ze sobą.

Suma w marynacie wyjmujemy z lodówki i wyciągając po jednym kawałku, otrząsamy go z marynaty, a następnie wrzucamy do worka z mąką, gdzie metodą potrząsania całkowicie pokrywamy kawałek mąką. Umączony kawałek odkładamy ostrożnie na talerz, a cały proces powtarzamy do momenty aż skończy się nam ryba.

Do wysokiego garnka nalewamy oleju tak, by sięgał na około 5 centymetrów w górę, a wrzucony doń kawałek ryby pływał po powierzchni, a nie leżał na dnie.

Podgrzewamy olej do momentu gdy testowe kawalątko ryby wrzucone do środka natychmiast zaczyna się smażyć i pływać, po czym wrzucamy po 2-3 kawałki suma naraz i smażymy do momentu aż będą złocisto brązowe i zaczną wypływać na powierzchnię. Większym kawałkom, gdy istnieje ryzyko, że nie dosmażą się w środku, dajemy nieco więcej czasu i wyciągamy z oleju jak są już brązowawe z zewnątrz.

Kawałki usmażonego suma wyciągamy z oleju i kładziemy na talerz wysłany papierowym ręcznikiem, by odciekły z tłuszczu.

Usmażonego suma serwujemy watasze na szerokim talerzu, obłożoną cienkimi krążkami cebuli, w towarzystwie sosu tatarskiego, w taki sposób, by każdy mógł brać sobie kawałek ryby i cebuli z wspólnej miski, maczać w sosie i pakować do paszczy.

Smacznego!

-------------------------------------

Ingredients:

Catfish:
700g skinless catfish fillets
1 tspn of salt
1 and 1/2 tspn cayenne pepper
1 cup of milk
2 tblspns of mustard
2 tblspns of freshly squeezed lemon juice
3 or 4 dashes of tabasco sauce
2 cups of finely ground cornmeal
1 tblspn of cornstarch

Tartar sauce:
1 cup of mayo
1 tblspn of mustard
1 tblspn of chopped fresh flat-leaf parsley
1 tblspn of chopped chive or green onion (green part only)
1 tspn of chopped garlic
1/4 tspn of tabasco sauce
salt, pepper

Additionally:
1 onion thinly sliced and separated into rings
vegetable oil for hot frying


The making of:

Cut the catfish fillets into 1-by-3 inch strips, season with salt and pepper and put into a bowl.

Add milk, mustard, lemon juice and tabasco, mix it all up and cover the fish with the marinade.

Cover the bowl and put into the fridge for 1 hour.

Make a tartar sauce.

Mix together all the ingredients for the sauce, except salt and pepper, then blend it smooth.

Check the taste, season with salt and pepper, then cover the bowl with a sauce and put into refridgerator for 1 hour, for all the aromas mixed with each other.

When 1 hour of fish chilling has past, remove the catfish from the fridge. Put the cornmeal and cornstarch into the plastic or paper bag, mix together.

Remove the catfish from the marinade, a few pieces at the time, allowing the marinade to drip off a bit. Then put the pieces into the bag, and shake well to cover each piece. Remove them, put gently on a plate and repeat the process untill you are out of catfish pieces.

Add enough vegetable oil to a deep pot, to get a depth about 2 inches, so the fish pieces could swim freely on a surface, and not lye at the bottom.

Heat the oil until a small piece of fish covered in the cornmeal imediatelly starts to fry and float freely on the surface. Then Put 2 or 3 pieces at the time into the hot oil. When they rise to the surface and are golden brown, they are ready. A bigger, fatter pieces may take some more time to be ready, so make sure that they are fryed also, removing them from the oil when they are lightly browned.

Remove the pieces of fish and put on a plate, covered with a paper towel to rest a bit.

Serve your gone to the dogs catfish on a wide bowl to your pack, scattered with the onion rings, together with a tartar sauce, so everyone could enjoy it together.

Cheers!

środa, 9 listopada 2016

Węgierska zupa gulaszowa z klopsikami Panny Waci ("Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" A. Jadowskiej)/ Miss Wacia's Hungarian goulash soup with meatballs ("The girl from District of Miracles" by A. Jadowska)

Z pewnością pamiętacie jak całkiem niedawno, przy okazji felki na temat ulubionego drinka Dory Wilk - Smok a.k.a Jadeith - wspominałam o rudych i ich fejmie. Opinii, jaką ma na temat rudzielców świat. Nie jest to opinia przesadzona, nie jest też zła. Nie do końca. Tak czy siak wychodzi na to, że czy chcemy, czy nie chcemy - rudzi budzą emocje. Są nietuzinkowi, niezwykli, są takimi osobowościami w większości, że głowy same się odwracają, gdy płonąca makówka miga nam na horyzoncie. Sensacja lubi rudzielców, świat fascynuje się rudymi, rudzi są bohaterami najciekawszych historii. I w związku z tym wszystkim są tak bardzo, tak przeokropnie, to masakrycznie eksploatowani! Ludzi ze zmutowanym genem, zapewniającym naturalną rdzę na głowie jest niewielu, a na ulicy co druga laska jest ruda, bez względu, czy ma ku temu karnację, czy nie! Jeżeli oglądamy film, w którym na mur beton jest bohater/bohaterka wykraczający poza utarte ramy, od której się wymaga bycia niezwykłą - będzie na 90% rudowłosym bohaterem! W grach komputerowych, wszelakie diabły w ludzkiej skórze lubią być rude! O branży porno wspominać nawet nie będę, bo jej nie znam, ale idę o zakład, że rudych uważa się za magnetycznie erotycznych i wtyka wszędzie tam, gdzie potrzebna laska z biczem albo oszustka, którą trzeba ukarać wychędożeniem. No i temat wiedźm w literaturze... o, rany boskie. Tam od wiedźm rudych jak marchewka zupełnie się już nie opędzimy. Gdzie wiedźma to ruda, złocisto ruda, zgaszona ruda... nawet jak siwa, to pasma rudości u czarownicy na głowie są widoczne, sugerując, że i ona podzieliła los standardowego wiedźmiego wyglądu i ruda była w młodości. Takie ogranie tematu też złe nie jest. Wynika po prostu z przyzwyczajeń, i już nawet tylko mimochodem zmęczony tą całą rudością człowiek sobie myśli, czytając o kolejnej ognistowłosej wiedźmie "czasem bym chciał, by zrobiono ją łysą jak Bene Gesserit, a nie rudą, bo to nudne...". Łysą, rzecz jasna, zgodnie z pierwszą ekranizacją powieści "Diuna". Nie powiem, że najlepszą, za co mnie możecie swobodnie rwać końmi na ćwierci, bo zdania nie zmienię. Nie była najlepsza, odbiegała za bardzo od treści książki (jak ja teraz od tematu felki:P), była jednym wielkim streszczeniem, przepełnionym symbolizmem z ogromnymi brakami fabuły , których wyjaśnieniem nie zawracano sobie głowy i topornymi efektami specjalnymi, ale mimo to Herbert uznał ją za dobrą, oddającą cześć jego dziełu, więc niechże ma etykietkę dzieła kultowego. Ja jednak uważam, że mini seria "Diuna" oraz kontynuacja "Dzieci Diuny" zrobiona kilka lat wstecz była znacznie, znacznie lepsza, bardziej zgodna z książkami, bardziej poskładana i tak dalej. Ale wróćmy jednak do tematu, bowiem o "Diunie" też dla was coś na przyszłość szykuję. Cierpliwości, wszystko w swoim czasie.
Czytelnik do rudych, interesujących postaci wiedźm przywykł. Poza tym odruchowo widząc na okładce rudzielca spodziewamy się fajerwerków i kupujemy książkę, by potwierdzić lub zaprzeczyć tej opinii. Tak działa marketing, jak mi kiedyś uświadomiono. Żeby coś sprzedać - trzeba postawić na przyzwyczajenie i archetypy. W tym przypadku powiązanie rudego z niezwykłością. Choćby było to ograne jak winylowa płyta Mietka Fogga na herbatce tańcującej w domu starców.  Dlatego z niekłamaną rozkoszą spieszę was powiadomić, że nie będąca rudą Nikita, bohaterka "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów", książki zaczynająca nową serię Anety Jadowskiej, bije wszelkie rude "fajerwerki" bohaterek niezwykłością na głowę!

Zapytacie teraz zapewne, po co ten cały, przydługi wstęp o rudych, skoro każdy, który już zetknął się z najnowszą bohaterką książki Anety Jadowskiej wie, że Nikita to absolutna ciemna brunetka. Ona była tylko kochanką rudej, a tej rudej, która była z nią powiązana, czyli Dory Wilk szukać powinniśmy w innym cyklu. Ano dlatego, że podkreślam w ten sposób, że wcale nie trzeba ozdabiać baby rudością, by stworzyć fenomenalną postać. Starczy dać jej taki charakter, przy którym dotychczasowe, iskrzące rudości są...eee... blade jak szatynki na ulicy w dżdżysty dzień. A przy tym z magią ma tyle wspólnego, że żyje w świecie tą magią wypełnionym po brzegi i ma pewien... talent, o którym pisać nie będę, by nikomu nie psuć zabawy spoilerami. Niemniej Nikita, przynajmniej w mojej opinii wcale nie potrzebuje być ruda, by się wyróżniać. Chyba, że ma rudej barwy serce, duszę i aurę. To by zdecydowanie do niej pasowało.

Ci, którzy kojarzą moje preferencje fantasy co do bohaterek, wiedzą, że mając do wyboru maga i wojownika/łotrzyka, zawsze skłonię się ku pierwotnej sile i mieczowi/broni niż ku machaniu łapami i mamrotaniu zaklęć. No i generalnie historię o kimś takim kupię prędzej niż o magu. Dlatego wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy mając mieszane uczucia w stosunku do cyklu o Dorze Wilk, być może przez skojarzenie serii z etykietką romans paranormalny (nie tak całkiem bezpodstawnie, patrząc choćby na podchody z Mironem w pierwszym tomie), która mnie zwykle odrzuca z hukiem od książki, nie wiedząc zupełnie o czym jest "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" powzięłam niesamowitą potrzebę, by tę książkę przeczytać. Tak jakby bohaterka zagadała do mnie przez sam tytuł  na modłę:  "Ej, stara, my to się dogadamy lepiej niż ty i ruda. Kup mnie, a nie pożałujesz." Macie pojęcie, że tak mnie "Dziewczyna..." prześladować zaczęła, że śledziłam każdą wieść o książce, a potem praktycznie bez czytania obwoluty, kupiłam? I, do cholery, miałam rację! Dogadałam się z Nikitą jak złoto, pochłonęłam książkę w półtora dnia, zachwyciłam się fabułą tak, że teraz tylko czekam z wywieszonym językiem na kontynuację. Jakże to życie czytelnicze kręci się dziwnie to w prawo, to w lewo, nie? Jakie perły można stracić, jeżeli odruchowo się odrzuca jedno dzieło wraz z tym czymś, co nas zniechęciło, a potem nie zda na instynkt, który ci powiada, że może tamto nie podeszło, ale koniecznie zajrzyj do tej nowej książki. Mój zadziałał bez pudła. "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" jest obłędną książką, którą polecam każdemu, komu setting serii o Dorze Wilk podszedł, tylko bohaterów to by się chciało innych i mniej romansu na rzecz większej liczby zwrotów akcji. I fajnego przedstawienia "Dzielnicy Cudów" - o której też pisać nie będę, by nie spoilerzyć. Poza tym w tej książce wreszcie coś się je! I to JE przez duże Jot.

Jedzeniu w fantasy zawsze poświęcam sporo serca. Niezmiernie mnie to cieszy, gdy czytam o czymś smakowitym. I zawsze mi burczy w żołądku, podczas odwracania kartek, gdzie bohater, do którego przylgnęłam, coś ze smakiem spożywa. Podzielam w tym opinię Ani z Zielonego Wzgórza, która pierwsza wyraziła mą myśl w sposób doskonały, odpowiadając niemal bezbłędnie na pytanie, jakie mi już zadawano: czemu robię tego bloga? Pozwólcie, że sparafrazuję, a nie będę cytować:
"Za każdym razem, gdy ją [książkę "Klub Pickwicka"] czytam, robię się głodna. Bohaterowie nieustannie pałaszują gorącą szynkę, jajka i zapijają to wszystko doskonałym ponczem." Ja dodać mogę od siebie, że przez to burczenie w brzuchu i identyfikowanie się z bohaterami, przez co zapragnęłam w pewnym momencie jeść dokładnie to, co oni, teraz męczycie się z moimi tekstami, by na koniec, jak do deseru, dorwać się do wycyzelowanego przepisu.
Osobliwy przypadek, parole: przez miłowanie bohatera, do bloga i kuchni. Za to z jaką frajdą!

Ejże, wróćmy do tematu. Nikita to moja kumpelka, umówmy się, inaczej już jej nazywać nie mogę. A tej mojej kumpelce do przeżycia dziennie potrzeba czterech tysięcy kalorii (czemu? a nie powiem, poczytacie sami:D), czyli tyle, ile zjadają dwie normalne kobiety. Niestety na gotowanie nie ma ona ani chęci, ani czasu. W domu odgrzewa rozmaite dania gotowe, ale jak akurat ma ochotę na coś świeżego udaje się do Dzielnicy Cudów, do Jadłodajni Panny Waci - jedynego "pewnego" miejsca w Dzielnicy, w którym wieprzowina będzie wieprzowiną, a nie psem albo szczurem (na pozostałe możliwości spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia).  Co ciekawsze, ta knajpka z powodów, o jakich sobie również poczytacie, bardzo kojarzy mi się z barami mlecznymi z początku wieku i ichnim, prostym ale smacznym jedzeniem. Co prawda, sądząc po opisie żarełka, jakie tam dają, a jakich nam Aneta nie skąpi, nie tylko mleczne produkty, ale i obiadowe tam serwują, w przyjemnym settingu i atmosferze szalonych, ekskluzywnych lat dwudziestych.

Potrawę z tej właśnie knajpki, z rozkoszą spożywaną przez Nikitę i jej partnera Robina, postanowiłam uczynić głównym bohaterem niniejszej felki. Potrawę prostą, idealną na chłody, jakimi hojnie szafuje jesień obecnie, smakowitą, danie prawie że jednogarnkowe i na dodatek takie, którym nawet i polak-tradycjonalista nie pogardzi. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po spektakularnym sukcesie "Jadeithu" zaczęły padać pytania o to, kiedy akurat tę potrawę dokonam. A zatem, skoro taka ze mnie istota lubiąca spełniać życzenia, a poza tym sama miałam przeogromną ochotę wziąć się za bary z tą potrawą - przedstawiam wam z dumą Węgierską Zupę Gulaszową z Klopsikami, jakiej Panna Wacia by się nie powstydziła w swej Jadłodajni, a Nikita bez wątpienia zjadła cztery talerze i poprosiła o piąty.

Swym zwyczajem najpierw dokonałam researchu i zajrzałam do kilku tradycyjnych przepisów na węgierskie zupy gulaszowe, gromadząc wspólne składowe dla nich wszystkich i odrzucając w kąt wszystkie, zawierające kostki rosołowe, magii i inne sztuczności. Pamiętajcie, że "Dzielnica Cudów" to miejsce niezwykłe, niejako zawieszone w czasie. Wszystko tam jest z minionej epoki, a zatem gdzie z wymysłem myśli naukowej pana von Liebiga (ojca kostki rosołowej) do garnka! Gdzie ze sztucznościami! W naszej węgierskiej gulaszowej nie ma prawa być glutaminianu sodu i sztucznych aromatów. Absolutnie cały smak wygenerują nam składniki.
Potem przyszła kolej na nękanie Anety Jadowskiej, która z podziwu godnym spokojem zniosła multum dziwnych pytań i udzieliła mi bardzo cennych rad, bez który może i bym zrobiła węgierską gulaszową z klopsikami, ale zdecydowanie nie TĄ węgierską gulaszową z klopsikami, na którą wszyscy czekają. Nie o tym smaku, który powinna mieć, i który bez wątpienia uczyni ją TĄ WŁAŚCIWĄ ZUPĄ z "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów". A przy tym, wiecie, nauczyłam się czegoś nowego, a takie okazje są zawsze cenne.

Potem zaczęło się gotowanie, smażenie, krojenie, pitraszenie zajmujące kupę czasu ale w efekcie, gdy złożyłam już wszystko razem i zaczęło się macerować, po pół godzinie smak zupy był boski, paprykowy, pomidorowy, gulaszowy, arcypięknie dymny. Po następnej godzinie, gdy dodałam już wszystko i zupa dochodziła - smak wybijał sufit i wylatywał kominem, a cała klatka w bloku czuła, że "pod siódemką" gotuje się coś smacznego.
Potem zaś przyszła kolej na zdjęcia klimatyczne, testy od strony najbardziej wymagającej publiczności czyli węgierską gulaszową z klopsikami na obiad dostał mój syn (niejadek) i mąż (o guście bardzo wyrafinowanym, który dosyć często kręci nosem na coś, co ja uznaję za szczyt smaku). Cuda się stały, bo obaj opróżnili miski w takim tempie, że nie zauważyłam, kiedy ta gulaszowa z klopsikami zniknęła. A potem solidarnie polecieli po dokładkę do garnka, podkradając sobie klopsiki z talerzy:D O tym, że następnego dnia smak był jeszcze wspanialszy, a na dzisiaj zostawiłam sobie malutką resztkę, której bronię zębami i pazurami, bo mi wszystko prawie zjedli sami, wspominać już nie muszę chyba. To zresztą jest wspólną miarą każdego gulaszu, stew i zupy - najsmaczniejsze są dzień po gotowaniu, gdy wszystkie smaki uczynią perfekcyjną harmonię i sprawią, że po przepis sięgniemy jeszcze nie raz. I po książkę też, zarówno by poczytać ponownie, jak i po to, by wyciągnąć z niej kolejny wspaniały, staromodny przepis.

A tym czasem zapraszam was do przepisu na węgierską zupę gulaszową z jadłodajni panny Waci, do zdjęć tak klimatycznych, jak tylko je uczynić mogłam, oraz honorujących Autorkę i Książkę, a następnie do gotowania, które może i zajmie wam pół dnia, ale na pewno nie uznacie tego czasu za zmarnowany.

Ah, najcudowniej byłoby szykować tę zupę w kociołku nad ogniem, jak węgierscy pasterze ją dawno temu gotowali, nazywając Gulyásleves lub w skrócie Gulyás, ale właściwy smak i tak osiągniemy nawet na kuchence w domu i w pięciolitrowym garnku. Zaś samej zupy spokojnie wam wystarczy na 6-8 solidnych porcji. Zresztą gdzie tam Panna Wacia latałaby po pastwiskach za kociołkami i pasterzami... porządna, utalentowana kucharka dokona cudów i w swojej "Dzielnicy", na swej własnej kuchni. Starczy cierpliwość, wena i źródło inspiracji. A tej zdecydowanie nam tu brakować nie będzie, o ile tylko Aneta Jadowska pisać będzie dalej. Czekamy na "Akuszera Bogów"tak niecierpliwie, jak tylko się da i z tej tęsknoty aż zaczynamy gotować, aye?:D

No to lecimy, bo w brzuchach już burczy jak Nikicie przed jadłodajnią!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


A gdyby tę zupę ugotował pasterz lub rekonstruktor historyczny, wyglądałaby nie mniej smakowicie, czyli właśnie tak, jak na ostatnim zdjęciu, przed którego załączeniem nie mogłam się powstrzymać. W tym settingu zupę gulaszową zobaczycie również w moim felietonie dla Portalu MMO, gdzie podpasowała się bez pudła pod danie o dźwięcznej nazwie "Stew Świętego Weriana".

Składniki:

Na zupę gulaszową (6-8 porcji)
500g szpondra wołowego z kością
2 cebule
1 marchewka
1 pietruszka
1 ćwiartka selera
1 duża, dojrzała papryka czerwona
1 duży pomidor
4 ząbki czosnku
2 łyżki czerwonej papryki wędzonej
1 łyżeczka kminku mielonego
1 łyżeczka ostrej papryki
2 małe przeciery pomidorowe (najlepiej domowe, jeśli macie pod ręką, a jeśli nie, to polecam puszeczki Pudliszek)
2 liście laurowe
sól, pieprz
3 łyżki smalcu (nie zastępujcie go pod żadnym pozorem margaryną ani masłem!)
ok 2 litrów wody
3 duże ziemniaki z gatunku sałatkowych, nie rozpadających się po ugotowaniu

Na klopsiki (ok. 35 sztuk):
500g mięsa mielonego wieprzowo-wołowego
1 jajko
2-3 łyżki bułki tartej
sól, pieprz
mąka do obtaczania


Wykonanie:

Najpierw szykujemy zupę.

Szponder kroimy na średniej wielkości kawałki.

Cebule obieramy, kroimy dość drobno choć bez przesady, bo i tak się rozpadnie podczas gotowania.

Marchew, pietruszkę obieramy, kroimy w ćwierć-plasterki, seler obieramy, kroimy w kostkę, paprykę kroimy w kostkę.

Pomidor sparzamy wrzątkiem, ściągamy z niego skórę, kroimy w kostkę. Czosnek kroimy bardzo drobno w kosteczkę.

Do dużego garnka, w którym będziemy gotować zupę, wrzucamy smalec i podłączamy ogień na kuchni. Podczas, gdy będzie się topił, wrzucamy do garnka kawałki szpondra, pokrojoną cebulę, marchew, pietruszkę i seler i smażymy całość, często mieszając, aż cebula się zeszkli, a mięso się podsmaży. Zajmie to około 10 minut.

Na osobną, małą patelnię wsypujemy wędzoną paprykę, kminek i paprykę ostrą i podgrzewamy na sucho, by wydobyć maksimum smaku. Gdy zacznie pachnieć, szybko dodajemy koncentrat pomidorowy, mieszamy z przyprawami i smażymy masę na patelni aż pasta-baza do zupy zacznie się robić brązowa.

Pastę papryczano-pomidorową wrzucamy do garnka z mięsem i warzywami i starannie łączymy ją z resztą, by rozpuściła się w smalcu i sokach warzywno-mięsnych.

Smażymy całość do momentu aż mięso będzie porządnie podsmażone z każdej strony. Dorzucamy wtedy pokrojoną paprykę, pomidora i posiekany czosnek. Mieszamy. Zalewamy ok 1 i 1/2 litra wody, wrzucamy liście laurowe i doprowadzamy do wrzenia.

Po tym, jak zupa się zagotuje, zmniejszamy ogień i pozwalamy się zupie gotować co najmniej godzinę samej, mieszając od czasu do czasu. Już po półgodzinie smak będzie bardzo mocno paprykowy, dymny, ale przy tym i mięsny, co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze.

Po około godzinie należy sprawdzić, czy zupa nie zmienia się nam w gulasz, czyli czy aby za dużo wody nie odparowało. Dolewamy wówczas pozostałe pół litra gorącej wody i zagotowujemy raz jeszcze. Należy ponownie sprawdzić smak, by dodatek wody nie rozwodnił go. Co prawda uwzględniłam tę dodatkową wodę w ilości papryki wędzonej i ostrej przewidzianej w tym przepisie, by smak, nawet pod dodaniu wody był jak należy, ale każdy lubi co innego. Jeśli po dodaniu wody nadal będziecie mieć ten sam smak, co przed jej dodaniem, więcej "spapryczać" nie musicie. Jeżeli jednak wam za mało, ponownie nasypcie sobie na patelnię papryki wędzonej i ostrej, podgrzejcie, by wydobyć smak, zmieszajcie z odrobiną przecieru pomidorowego i dodajcie do zupy.

Jeżeli smak paprykowy jest już ok, doprawiamy solą i pieprzem wedle upodobań, obieramy i kroimy w kostkę ziemniaki i dodajemy je do zupy. Gotujemy wszystko razem, aż ziemniaki zmiękną, dodatkowe 30-40 minut.

W czasie, gdy zupa będzie dochodzić, robimy klopsiki.

Mięso mielone mieszamy z jajkiem, solą, pieprzem i bułką tartą w gładką masę.

Mokrą ręką nabieramy odrobinę mięsa, formujemy z niego kuleczkę tak ledwie na jeden, dwa gryzy i obraczamy ją lekko w mące. Powtarzamy proces, aż skończy nam się mięso mielone.

Klopsiki wrzucamy na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą i podsmażamy z obu stron, by się nam potem nie rozleciały w zupie.

Z prawie gotowej zupy wyjmujemy kawałki szpondra (warto zachować je na później, bo gotowane wołowe do wielu rzeczy się jeszcze może przydać) i ostrożnie wkładamy do niej klopsiki. Gotujemy na małym ogniu jeszcze przez 15 minut, by klopsiki wchłonęły smaki z zupy i się ugotowały w niej.

Ostatni raz sprawdzamy smak, a następnie serwujemy gorącą węgierską gulaszową z klopsikami na głębokie talerze, każdą porcję posypując pokrojoną natką pietruszki.

Smacznego!
----------------------------------------------------------------

Ingredients:

For the goulash soup (6-8 bowls):
500g flat rib beef
2 onions
1 carrot
1 parsley root
1 quarter of a celery root
1 large, ripe, red paprika
1 large tomato
4 cloves of garlic
2 tblspns of pimiento (smoked paprika powder)
1 tspn of cumin
1 tspn of hot paprika powder
2 small(70g) cans of tomato paste (it would be better to use homemade, but canned one is also fairly good)
2 bay leaves
salt, pepper
3 tblspns of lard (do not substitute it with a butter, margarine or shortening!)
about 2 litres of water
3 large potatoes

For the meatballs (about 35 pcs):
500g minced beef-pork meat
1 egg
2-3 tblspns od bread crumbs
salt, pepper
some all purpose flour to sprinkle the meatballs


The making of:

First prepare a goulash soup.

Cut the flat rib beef on a medium pieces.

Peel and chop the onions on smaller pieces which will become the part of the soup anyway, so it doesn't have to be cut very finelly.

Peel and slice carrot and parsley root, peel and chop celery root, chop red paprika.

Peel tomato, cut in cubes, chop the garlic cloves finely.

Put the lard into the large pot, you will cook the soup in, make the fire on and start melting the fat. While it is melting, add meat, onions, carrot, parsley and celery and cook it until the meat starts to brown a little and the onions become transparent. It will take about 10 minutes.

Put pimiento, cumin and hot paprika on the separate frying pan, mix it and start heating it up to build the spices flavour. When it becomes fragrant, add the tomato paste, quickly mix it and cook until the paste - your base for the soup - becomes brown.

Add the base to the pot with meat and veggies and mix it all as good as possible, so the paste mixed with melted lard and the juices.

Cook it all together until the meat is nicely fried. Then add the paprika, tomato and garlic. Mix it up. Then add about 1 and 1/2 litre of water, add bay leaves and boil it.

After boiling up the soup, reduce the fire and cook the soup at least 1 hour more, mixing from time to time. When half of the time passes you should already feel the distinctive taste of paprika and tomato, very noticable. This means that you are on a good way to finish the dish beautifully.

After 1 hour has passed, check if there is still enough water in the pot, to call the dish a soup and not a goulash. If the mixture it too thick indeed, add the remaining 1/2 a litre of hot water and boil the soup again. Then make a taste check. Although in the ingredients I already added enough paprika to cover the additional water, we all have a different tastes. So if the taste is too watery after the additional water, just add some more pimiento and hot paprica heated on a dry pan as before, mixed with a bit of tomato paste and this should do the magic.

When the taste is just ok, season the soup with salt and pepper, peel and chop the potatoes, dice it and add to the soup. Cook it alltogether again, until the potatoes are soft, about 30-40 minutes.

While the soup is finishing, it is time to make our meatballs.

Mix the minced meat with an egg, salt and pepper, and bread crumbs, until smooth.

Form a small meatballs (just enough for a bite or two) of the mixture, then roll it in a flour. Continue the process until you are out of minced meat mixture.

Put the meatballs (not all of them, in parts, not to overcrown the pan) on a frying pan with a hot oil, and fry them all around, so it kept its shape in the soup.

Remove the pieces of a flat rib from the soup (and keep it for further usage) and add the metballs, dipping them gently into the hot soup. Cook it all up for about 15 more minutes so the meatballs cooked and cought the soup flavour.

Check the taste for the last time, then you can serve the hungarian goulash soup, hot, in a deep bowls, sprinkled with a fresh, chopped parsley.

Cheers!:)

czwartek, 3 listopada 2016

Fianna Coddle z wilczym chlebkiem sodowym("Wilkołak: Apokalipsa" RPG)/ Fianna Coddle with Irish werewolf soda bread ("Werewolf: The Apocalypse" Role-Playing Game)


Oto Rhiannon z rodu Óir, obdarzona wilczym imieniem "Stąpającej po Krawędzi". Ragabash z plemienia Fianna, pochodząca z watahy "Synów Świtu", strzegącej Caernu Czterech Wiatrów na Eire. Samica w randze Adren. Obecnie przebywa z watahą Ataku Znikąd w San Francisco, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, dowodzoną przez Wulfgara Hrothgerssona, Alfę szczepu.
Rhiannon jest Celtką. Jest ruda, zielonooka i charakterna.
Jest wilkołakiem.

Sam ten opis (oraz karta postaci i grafika pod linkiem powyżej) powinny już wam dawać pewną wizję tej postaci, jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jakie mogłyby być wilkołaki pochodzące od Celtów, gdyby istniały naprawdę.  Bardzo często takie jak ona. Żywiołowe, artystyczne duchy, robiące dokładnie to, co im każą instynkty, ale jednocześnie niezwykle mocno strzegące tradycji wilczej rasy. Właściwie, gdy tak sobie pomyślę, Celtom bardzo niewiele brakowałoby do wilkołaków. To, że byli ludźmi, a nie wilczymi ludźmi można by uznać za drobne przeoczenie, jeden chromosom za mało, o którym zapomniała natura. Bowiem wszystko inne pasuje do obrazu jakoby Zieloną Wyspę od zarania dziejów zamieszkiwali zmiennokształtni.

Przejdźmy jednak do samego początku, bowiem mam wrażenie, że parę osób już czuje się zagubionych.
Ten link powyżej zawiera kartę postaci do gry role-play "Wilkołak: Apokalipsa", należącej do uniwersum Świat Mroku (World of Darkness) - najsłynniejszego mrocznego, paranormalnego systemu wśród gier RPG. Pozycji wręcz kultowej, której nie wypada nie znać, jeżeli się ma za gracza RPG z prawdziwego zdarzenia. W jego skład, oprócz uniwersum wilkołaczego, wchodzi także świat wampirów, magów, upiorów, mumii i pół tuzina innych, kultowych postaci, jakie na pewno kojarzycie z horrorów i fantasy.
Okres świetności WoD i Wilkołaka przypada na lata 90te, kiedy na całym świecie niemal bezustannie tłuczono w którąś z jego odsłon, do czasu aż przestały wychodzić dodatki, i powstawać zaczęły coraz to nowe uniwersa do gry na role. Wszystko czasem się przykrzy, prawda? Tak też WoD zachował swą pozycję kultowej gry, ale teraz to przede wszystkim starzy wyjadacze i weterani nadal nurzają się w jego mrocznych odmętach. Nowi gracze zaczynają od lżejszego fantasy, które nie wydaje się im tak bardzo passe, napiętnowane "sparkleniem" ze Zmierzchu i indiańskiej krwi wilkołakami, latającymi w podartym gatkach. Lub od ciężkiego sf. Umówmy się: WoD to pozycja, której musi spróbować każdy szanujący się gracz RPG, ale której czasy świetności już przeminęły.

To jednak, że korona mu z głowy już spadła nie znaczy, że wszyscy już o nim zapomnieli. Tu i tam nadal są ekipy, które z rozkoszą grają w tym systemie. Ja mam szczęście być w jednej z takich grup, składającej się z zapalonych graczy, którzy swoje lata grania liczą już nie miarą kalendarzową, a ilością zdekompletowanych setów kości, pogubionych podczas emocjonujących rozgrywek, posiadającej doskonałego MG i przede wszystkim - uważającej świat Wilkołaka, za najwspanialszy na świecie.
"Wilkołak: Apokalipsa" to, najkrócej rzecz ujmując, system gry, gdzie prowadzi się postać wilkołaka - jednego z dwunastu plemion wilczych ludzi, jakie zamieszkują Ziemię - Gaję, strzegąc jej przed złem. Jednakże przegrywają, wobec postępu i zatrucia środowiska, o czym mówi już sama nazwa systemu. Apokalipsa - koniec świata, gdzie resztek broni już tylko garstka Kłów i Pazurów Gai - Garou. Można by powiedzieć, że toczą ostatnią, przegraną walkę, bowiem postępu zatrzymać się już nie da. Czy aby na pewno? Nooo... wampirzy body-count u nas na sesjach daje nieco optymistyczniejszą wizję tej Apokalipsy, świadczy o tym, że jeszcze nie upadliśmy, jeszcze wilki się stroszą i kąsają, ale nie uprzedzajmy faktów, bo mój MG, czytający zapewne tę notatkę, zaraz się rozsierdzi i przysięgnie sobie, że "on nam zaraz pokaże Apokalipsę jak należy", skoro w nią upieram się nie wierzyć:D
Wilkołak właściwie jest jedynym systemem, o jakim wiem, tak bardzo podkreślającym temat ochrony Gai, a więc i środowiska naturalnego, tak nafaszerowanym duchowością i rytuałami, że najmniejsze osiągnięcie postaci wilkołaczej (awans w grupie, utworzenie watahy, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegoś totemu lub przewodnika) zasługuje na osobną celebrację. Walki walkami, rozrywanie wampirów i innego żmijostwa (Żmij - największy przeciwnik Garou w systemie, a wampierze są jego najwyraźniej widocznym stronnikiem), odprężającym rozrywaniem i szaberkiem, ale dzięki temu naciskowi na umiłowanie ginącej na tury przez wilczych ludzi, jest tak niezwykłym, niespotykanie mamiącym środowiskiem.
No, nie każdy to lubi. Większość graczy, jakich znam chętnie gra w heroic fantasy z mordowaniem dziewic, ratowaniem smoków i gromadzeniem skarbów, albo strzela z broni laserowej do wszystkiego co się rusza, jednak mnie akurat bardzo podoba się klimat tej gry. I wilczy Celtowie. Zawsze... zawsze Celtowie.

Już na pewno wiecie, że do Celtów, Szkotów i Irlandczyków mam stosunek pełen zachwytu. Uwielbiam te klimaty, kulturę celtycką kocham, kiedyś na pewno na Wyspy Brytyjskie się wybiorę i chyba nie było bardziej nieszczęśliwej Polki, gdy referendum Szkotów o niepodległość od Brytoli zakończyło się fiaskiem. Cóż więc w tym dziwnego, że skoro w systemie o mej ulubionej rasie jest możliwość zagrania celtyckim wilkołakiem, natychmiast go wybieram, a towarzystwo zna mnie do tego stopnia, że swoich postaci nie mieli jeszcze zrobionych, a już wiedzieli, że Fianna, czyli celtycka wilcza dusza będzie w watasze, w związku z czym mają nastawić się na przedziwne gadki w gaeliku, zaczepki i rozmaite numery, jakie, w ramach energicznej rozrywki, będę im wykręcać. Bo plemię Fianna to Celci do szpiku kości, nawet i bardziej. Są najstarszym plemieniem Garou, wręcz twórcami wilczej mowy, bajarzami i pieśniarzami, a legendy o wielkich dokonaniach rasy są naszpikowane tym czy tamtym rudym, wymalowanym na niebiesko wilkiem, którego czyny położyły podwaliny pod to, czym jest teraz ginący świat wilkołaków. A skoro wilki są celtami, to większość prawdziwej, celtyckiej kultury, którą tak kocham, jest z nimi bardzo ściśle związana. Czyli muzyka. Mowa. Wzornictwo. A także zachowanie i, najważniejsze dla mnie w tym momencie - zwyczaje żywieniowe.

Pierwsze i najważniejsze: jedynie właściwe wilkołaki, czyli te z WoD - nie jedzą ludzkiego mięsa. Mają zakaz z litanii - listy wilkołaczych praw, których złamanie ściąga im na głowy nie lada kłopoty. Nawet jeżeli są w formie innej niż ludzka, a tych do wyboru są jeszcze cztery. Potwornego Crinosa, postać bojową Garou, czyli pół ludzką, pół wilczą bestię znacie w tej lub innej formie z filmów i książek. Jest także normalny wilk - Lupus, i obie te formy lubują się w surowiźnie, ale nie w ludzinie. Poza nimi jest jeszcze wilk potworny, przerośnięty, maszynka do mordowania na czterech nogach - Hispo, oraz neandertalczyk - Glabro - bardzo włochaty, przerośnięty człowiek.
Skoro ludzkiego mięsa w diecie wilkołaczej nie ma - co jedzą? Ano, jako rasa właściwie prosta, nie przejmująca się konwenansami, wyobrażam sobie, że jedzą również nie przekombinowane rzeczy, najchętnie te, do których przywykli i którymi karmiono ich od maleńkości. A ponieważ w Wilcu niemal każde plemię ma swój odpowiednik wśród ludzkich ras (poza Celtami są też Wikingowie, Indiańce i Rosjanie) i oryginalne terytorium plemienia wychodzące z ziem, na których te rasy ludzkie żyją - jedzą to, co się je tam i to najbardziej lubią.

Fianna są celtyckim plemieniem wilkołaków, z Irlandii. Zaś Irlandia nigdy nie była zbyt bogatą wyspą, a jej surowy klimat nie dostarcza aż tak ogromne obfitości rodzajów jedzenia, jak każdy by chciał. Czyli właściwie większość potraw rodem z Eire składa się z rzeczy prostych, roślin niewymagających (a ponieważ wilki to mięsożercy, więc jeszcze w ich kuchni będzie mniej tego zielonego badziewia, niż u ludzi) i mięs tłustych. Żadnych diet dla Garou nie trzeba - byle było dużo, tłusto i smakowicie. Taka zresztą jest i kuchnia irlandzka sama w sobie. Dlatego bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie to i owo danie, jakie wilkołaki by chciały przygotować dla swoich, bez zbytniego babrania się i kombinowania ze składnikami. Ot, wrzucić do garnka, doprawić i zostawić, by się samo gotowało, a potem, w przerwie między jedną akcją a drugą, przyjść i zjeść, rozkoszując się mocnym smakiem. Jeszcze i mój Mistrz Gry ułatwił mi sprawę, gdy jego NPC - Wulfgar, wspomniany wyżej, zabrał mą Rhiannon do irlandzkiej knajpy w fabule, gdzie zaserwowali właśnie to danie, które dzisiaj postanowiłam dla was odtworzyć, a mianowicie Dublin Coddle (który na potrzeby wilkołaczego tematu przemianowałam na Fianna Coddle).

Trudno o bardziej wilcze jedzenie: ziemniaki, kiełbaski, cebula, w postaci gorącej ni to zupy, ni to gulaszu, dużo, dużo, do tego tradycyjny chlebek irlandzki, podawane w towarzystwie irlandzkiego piwa Guinness. Człowiek napycha się połową głębokiej miski tego pachnącego pieczonymi kiełbaskami i natką pietruszki dania, a wilk po jego spożyciu pewnie w końcu poczułby się syty. Zaś zawiesina, w której wszelakie, smakowite dobra się nam unoszą - poezja to, a nie zupo-sos. Szczególnie, jeżeli macza się w niej cudownie absorbujący ją chlebek sodowy.

Coddle wykonałam tradycyjne, bazując na kilku przepisach, które połączyłam w jeden, wilczy. Bez dodatków warzyw, które poleca się w nowszej, obecnej wersji. Wyobrażam sobie, że właśnie takie woleliby jeść Fianna. Co prawda w polskich warunkach nie miałam jak położyć rąk na oryginalnych, irlandzkich kiełbaskach (i prawdę mówiąc, po rozbadaniu tematu, nie miałam ochoty na tę białą mieszaninę tłuszczu i wieprzowego mięsa, które trzeba mocno zesmażyć, by dało się wogóle je zjeść, szczególnie, że my dysponujemy znacznie smaczniejszymi kiełbaskami w Polsce; to jest jedyny wyłom w celtyckości potrawy), ale wygrzebałam informacje, jak smakują i do polskich kiełbasek podczas ich smażenia dodałam składnika, którym tam się je doprawia - szałwii. Myślę, że dzięki temu smak zyskał na oryginalności. Co zaś do chlebka sodowego, z jakim się je podaje - pamiętacie podkarpackie Proziaki, na które przepis już jest na Bantofelkach? Otóż dziś dostaniecie przepis na wielki proziak w kształcie chleba, bo tym właśnie jest tradycyjny, sodowy chlebek irlandzki. Smakuje wyśmienicie, sos wciąga jak złoto, i, prawdę mówiąc, nie wiem na ile wam starczy, bo u mnie cały bochenek poszedł przy okazji jedzenia Coddle i tylko ciepłe okruchy zostały, bo nie pozwolono mu nawet wystygnąć przed pożarciem:)
Powiadam wam, bardziej wilkołaczego dania niż bohater dzisiejszej felki nie ma, niezależnie od plemienia wilkołaka, który zostanie skonfrontowany z jego miską. A skoro tak... łapać przepis, wilki, robić i spożywać, nim Żmij siedzi w swojej norze i liże rany po ostatniej walce.
My się wzmocnić musimy, ku ochronie Gai i ginącego świata!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki

Fianna Coddle:
 1 i 1/2 kilograma ziemniaków (odmiana, która nie rozpada się po gotowaniu)
500g cienkich kiełbasek wieprzowych z dobrego mięsa (posiadający możliwość kupienia oryginalnych kiełbasek irlandzkich - jak najbardziej skorzystajcie z tej opcji)
500g grubo krojonego boczku wędzonego
2-3 cebule
szałwia (do smażenia z kiełbaskami)
majeranek (do doprawiania Coddle)
3 łyżki drobno pokrojonej, świeżej natki pietruszki
sól, pieprz
1-2 kostki bulionu z szynki (ew. z kurczaka)
  
Wilczy chlebek sodowy: 

4 szklanki mąki
1 i 3/4 szklanki maślanki naturalnej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki sody oczyszczonej



Wykonanie:

Ziemniaki obieramy, kroimy w grube kawałki (większe najdrobniej na cztery części, małe zostawiamy w całości).

Pietruszkę kroimy drobniutko.

Cebulę kroimy w grube plastry.

Zagotowujemy 500ml wody i rozpuszczamy w niej 1 kostkę bulionową.

Na głębokiej patelni smażymy plastry boczku aż się wyzłocą i puszczą tłuszcz. Usmażone ściągamy z patelni i pozwalamy im ostygnąć. Chłodniejsze kroimy na centymetrowe kostki.

Na patelnię z tłuszczem z boczku wykładamy kiełbaski porwane na mniejsze części (na przykład na pół) i smażymy aż mocno zbrązowieją, a skórka zrobi się chrupiąca, obficie podsypując podczas odwracania na drugą stronę szałwią.

W dużym garnku zaczynamy układać składniki Coddle warstwami. Idąc od spodu garnka: plastry cebuli, kawałki boczku, usmażone kawałki kiełbasek, kawałki ziemniaków. Posypujemy natką pietruszki i pieprzymy i ponownie: cebula, boczek, kiełbaski, ziemniaki. Postępujemy w ten sposób aż do skończenia się składników, warstwy oddzielając od siebie pietruszką i pieprzem.

Warstwy Coddle zalewamy przygotowanym bulionem, a jeżeli nie przykrył nam składników, dolewamy wody tak by miały się jak gotować. Dodajemy dodatkową, pokruszoną kostkę bulionu oraz majeranek. Nic nie mieszamy.

Stawiamy na ogień i zagotowujemy całość, potem natychmiast przykrywamy garnek przykrywką, ustawiamy ogień na minimalny i gotujemy Coddle co najmniej godzinę (czas gotowania zależny jest od ilości składników, temperatury w jakiej gotujemy i tego, jak szybko zmiękną ziemniaki. Przy 1 i 1/2 kilograma, oraz zakryciu wodą i malutkim ogniu wystarczyło mi 90 minut. Przy większej ilości składników i mniejszej ilości wody czas ten rozciąga się i na 3-4 godziny).

Coddle będzie gotowe gdy ziemniaki będą już miękkie, wody będzie mniej więcej w połowie garnka, a smak wybitnie kiełbasiano- ziołowy.

W czasie, gdy Coddle będzie się nam gotował, robimy chlebek sodowy.

Mąkę, sól i sodę mieszamy razem w misce.

Stopniowo dolewamy maślanki, wyrabiając ciasto palcami do momentu aż składniki się skończą.

Wyrabiamy ciasto, podsypując mąką, aż tylko trochę będzie się nam lepić do palców.

Piekarnik nastawiamy na 220 stopni Celsjusza.

Blachę wyścielamy folią do pieczenia.

Na blachę wykładamy ciasto formując je w lekko spłaszczony bochenek.

Za pomocą noża wycinamy na górze glif Fianna na głębokość centymetra. O taki:


Rzecz jasna można i przeciąć chlebek innym glifem, albo po chrześcijańsku (zupełnie już nie po wilczemu, pffff...) na krzyż. Niemniej ozdobę-przecięcie, będące jednocześnie sposobem, by ciepło dostało się w głąb ciasta, posypujemy nie zmielonym kminkiem.

Chlebek przykrywamy tortownicą i blachę wkładamy do nagrzanego piekarnika.

Po 30 minutach pieczenia ściągamy tortownicę i dopiekamy jeszcze 10 minut lub do momentu aż chlebek przybierze złoto-brązową barwę skórki.

Wyciągamy i lekko studzimy.

Gotowe, gorące jeszcze Coddle nakładamy do głębokiej miski, mieszając wszystkie składniki i dolewając zupy tak, by było w czym maczać pieczywo. Posypujemy odrobiną natki pietruszki. Podajemy w towarzystwie grubych pajd chlebka sodowego, obowiązkowo w towarzystwie piwa Guinness.

Po zjedzonym posiłku wydajemy wilcze, dziękczynne wycie do księżyca, w podzięce Gai za to, że pozwoliła nam spożyć tak doskonały posiłek:)

Ith gu leòir! (Smacznego!)
---------------------------------------------------

Ingredients:

Fianna Coddle:
1 and 1/2kg potatoes
500g good quality thin pork sausages (if you can buy the original irish sausages - be my guest)
500g thick sliced bacon
2-3 onions
dried sage (for frying the sausages if it is not originally irish)
marjoram (to season Coddle)
3 tblspns of fresh, finely chopped parsley
salt, pepper
1-2 ham or chicken stock cubes

Irish werewolf soda bread:
4 cups of flour
1 and 3/4 cup of buttermilk
1 tspn of salt
2 tspns of baking soda


The making of:

Peel and chop the potatos into a large pieces (the bigger ones in 3-4 pieces, the smaller ones leave whole).

Chop finely fresh parsley. 

Chop the onions into thick slices.

Boil 500ml of water and melt the bulion cube in it.

Fry the slices of bacon until golden brown on the skillet. Remove on the side, when ready, and let it cool, then dice on 1cm cubes. Leave the bacon fat on the pan.

On the same pan fry sausages torn on smaller parts, until browned and with a crunchy skin, adding the sage while frying.

In a big pot start layering the ingredients: onion slices, bacon, sausages, potato pieces. Season with fresh parsley and freshly ground pepper. Then again: onion, bacon, sausages, potatos, seasoning, until all ingredients are out.

Cover Coddle layers with a prepared stock. If the stock is not enough to cover the ingredients, pour some more water, so it could cook, and add additional stock cube. Do not mix the layers.

Let the Coddle boil, then imediatelly cover the pot and  reduce the fire to minimum. Cook at least for an hour (the time of cooking depends on the amount of ingredients, the temperature of cooking and how quickly the potatos become soft. In my case it took about 90 minutes. If there is a bigger amount of ingredients and smaller amount of water - the cooking takes about 3-4 hours).

Your Coddle is ready when the potatos are soft, there is about half the pot of gravey and the dish tastes strongly with sausage and herbs.

While the Coddle is cooking, prepare the soda bread.

In a bowl mix together the flour, salt and baking soda.

Bit by bit add the buttermilk to the mix, working on a dough with your fingers, until you are out of ingredients.

Knead the dough a few times, adding some more flour, until it sticks to your fingers just a little bit.

Heat the oven to 425 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of tin foil on a baking tin.

Form the dough into a ball then flat it a bit.

Cut the Fianna glyph on a top, 1cm deep. Looking like this:


You can cut some other sign or werewolf glyph if you wish. Or a cross. As as final touch pour some whole cumin seeds on your sign, to highlight it a bit.

Cover the bread with a baking pan and bake in the oven for 30 minutes. When the time passed, remove the pan and bake additional 10 minutes until the bread in golden brown.

Remove from the oven and let it cool a bit.

Pour your hot Coddle into the deep bowl, mixing now the ingredients and adding some soup from the bottom of pot, sprinkle with some fresh parsley and serve with a thick slices of Irish werewolf soda bread and definitely with an irish Guinness beer.

After you finish your dish, howl with your pack to the moon, thanking Gaia for letting you eat this delicious werewolfy meal:)

Ith gu leòir! (Eat plenty!)

sobota, 27 sierpnia 2016

Ekspresowy kremowy Mac'n'Cheese// Quick and easy creamy Mac&Cheese

Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.

Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.

Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D

Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.

Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):

70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz


Wykonanie:

Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.

Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.

2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.

Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał. 

Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.

Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.

Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!

Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.

Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.

W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.

Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.

Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.

Smacznego!

----------------------------------

Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):

70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper



The making of:

Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.

Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.

Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.

Mix it and cook until fragrant.

Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.

Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.

Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!

When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.

Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time,  so nothing burned.

When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.

Sreve right away, still hot, in a deep bowl.

Cheers!