Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pie. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2016

Świąteczne Mince Pies Weasleyów - na dwa sposoby (Harry Potter) / Weasley's Christmas Mince Pies - for two ways (Harry Potter)

Zbliżamy się do półmetka grudnia. Już prawie dziesiąty, za chwilę wszyscy zaczniemy myśleć o zakupach i porządkach przedświątecznych, prezentach i urlopach, a firmy dostaną masowej histerii wobec końca roku i zamykania bilansu zysków i strat w dobie, gdy pracownikowi nie cyferki w głowie, a dzwoneczki dzwonią. I dobrze im tak, niech się i oni trochę pomartwią, a my... odpoczniemy i zagramy im na nosie, niech panowie dyrektorowie i kierownicy sami zobaczą jak to jest robić za trzech, być opłacanym za jednego, a odpowiedzialność na barkach waży tyle, że i dziesięciu by miało powód do narzekania.
Znaczy wiecie, kto odpoczywa, ten odpoczywa. Takie mamy jak ja, pracujące w domu to nie miewają urlopów i za chwilę, jak ta zapracowana księgowość w korpo, ruszę do boju na front kuchenno-sprzątający i poskrobać się po głowie nie będę mieć chwili. Dlatego korzystajcie, miśki, teraz z przepisów, które zapodaję, bo nie wiem w sumie kiedy na ten front pójdę. Już za tydzień, czy wcześniej, a wtedy zrobimy sobie świąteczną przerwę na spożywanie tego wszystkiego, co zdążyliśmy upichcić i ponownie widzieć się będziemy po Nowym Roku. Niemniej o tym czasie posuchy na pewno was zawiadomię, a i choć nowe przepisy pojawią się po przerwie w 2017stym roku, to i tak rozpieszczać was będę zapodawaniem przepisów z poprzedniego i obecnego roku, doskonałych na Święta i balangę sylwestrową, jakie ci, którzy nie są z Bantofelkami od początku mogli przepuścić. Udostępnienie to przecież 5 minut roboty, na które znajdę czas między plackiem, a sałatką, a nie dwie godziny z życia poświęcone na napisanie felki i przepisu w dwóch językach i zrobienie godnych uwagi zdjęć.
Niby więc będzie posucha, ale jednak nie tak do końca. Kilka nowości i tona sprawdzonych smakowitości, które naprawdę warto powtórzyć jeszcze raz. I ponownie. Aż w boczki pójdzie, ale mina będzie przeszczęśliwa.

Na razie jednak, zanim zrobimy sobie sesję przypominajek, wyjeżdżam do was z całkowitą nowinką, idealną na stół świąteczny i noworoczny, którą - jak każdy niezwykły smakołyk na świąteczną okazję - najlepiej zacząć przygotowywać ze dwa tygodnie wcześniej.
Nie o samym cieście na spód mówię, które przecież jest szybkie, proste i polecałam je już do rozmaitych wypieków jako sprawdzone na pie: ani kruche, ani zbite, lekkie i jednocześnie mięsiste - po prostu idealne. Mówię tu o nadzieniu do ciasteczek (lub też mini-pies, czyli anglosaskich ciasteczek w kształcie babeczki na jeden, dwa kęsy, napełnionych niezwykłym nadzieniem), które są bohaterem naszej felki. I na dodatek aktywnie występują w świecie Harry Pottera, która to, bijąca rekordy popularności seria książek, obecnie wyrośnięta solidnie na znany na całym świecie franchise kinowo-literacki, jest przecież brytyjskiej produkcji. Tak jak i nasze mince pies, o których zaraz wam to i owo przekażę.
Mince pie lub mincemeat pie, jak brzmi pełna nazwa to tradycyjnie brytyjski słodki smakołyk, serwowany na Wyspach w czasie świątecznym, najczęściej bożonarodzeniowym. Z Anglii wraz z osadnikami przewędrował do Stanów, ale nie zyskał tam aż tak szalonej popularności jak takie apple pie. Może przez smak, który jest absolutnie niezwykły i nie taki jak pomidorówka lub właśnie paj z jabłkami, że każdy polubi? Może przez przekorę i stawanie okoniem na wszystko co pochodzi ze Zjednoczonego Królestwa i mówi z kartoflanym akcentem? Ja tam nie wiem, jednak jeżeli słyszymy lub mówimy o mince pies, na pewno dziać się to będzie w kontekście czegoś zdecydowanie brytyjskiego i świąt.

Mincemeat, stanowiące w tym wypieku główny creme de la creme to wbrew pozorom nie jest mięso mielone. Racja, jakby ten wyraz napisał osobno i dodał "d" po części "mince", jak nic mielibyśmy właśnie "mięso mielone" (minced meat). Nazwa jest więc dziwna dla nas, współczesnych, zupełnie nie pasująca do słodkiego wypieku. Jednakże w czasach króla Henryka VIII, który, wedle przekazów historycznych mince pies uwielbiał, ciasteczka te wyglądały zupełnie inaczej niż teraz. A w nadzieniu mięso wołowe było, jako żywo. Może nie zmielone, ale pokrojone drobno, połączone całkowicie zrozumiale na te czasy z suszonymi owocami, orzechami i miodem, tworząc nadzienie do ciasta, którym potem napełniano pieczony spód. I co ciekawsze, uważano je za całkowicie normalny, typowy dla wysp brytyjskich, przysmak.
Jeśli chodzi o spojrzenie nowoczesne, od, jak udało mi się znaleźć, pewnie ze stu lat gospodynie domowe niemal całkowicie odeszły od robienia świątecznego mincemeat w starej formie, z mięsem, chociaż, jakby się uparł, tradycyjne przepisy również obecnie znajdziemy. Teraz jedyną pozostałością po mięsie jest w tym nadzieniu dodatek w postaci tłuszczu zwierzęcego - wołowego lub wieprzowego (np. smalcu), tudzież ostatecznie masła, na którym macerujemy wszystkie pozostałe składniki. Są też, rzecz jasna, całkowicie go pozbawione przepisy i naprawdę ciężko jest wybrać, który lepszy. Wiem, ponieważ pokusiłam się przy okazji robienia tych tutaj weasleyowskich mince pies, o zrobienie nie jednego rodzaju, tych tradycyjnych z dodatkiem smalczyku (który, zanim zaczniecie się otrząsać z obrzydzenia, nie wierząc, że można robić smaczne nadzienie do ciasta z owoców i... smalcu!, jest zupełnie niewyczuwalny i póki nie powiecie rodzinie, co jedzą, będą się rozwodzić nad niezwykłością wypieku, baranki niewinne, a potem zbierać zęby z ziemi, gdy dowiedzą się, co wsadzili do ust i protest utknie im w pełnych paszczach, którym jednak, bez wątpienia, dogadzają. Działa za każdym razem:D), a i o drugi typ, zupełnie bez tłuszczu, za to mocno alkoholiczny i owocowy. Oba smakują wspaniale, oba są niezwykłe i bez wątpienia stanowić będą ozdobę i rewelację na świątecznym stole. Oba typy dostaniecie również w tym przepisie, by, jeśli obawiacie się tradycyjnego i nie chcecie ryzykować, użyć tego drugiego, który na pewno spełni wasze oczekiwania.
Mincemeat jest też swego rodzaju konfiturą. Powinno poleżeć co najmniej parę dni w zamkniętym słoiku, nabierając smaku, zanim weźmiemy się do napełniania nim ciastek. Najlepiej to dokonać go ze dwa tygodnie przed planowanym wypiekiem, choć wieść głosi, że może stać nawet i kilka lat, nieruszany, w szafce i tylko staje się lepszy w smaku. Można też i od razu, jak nie macie czasu albo nie wytrzymacie z ciekawości... nadzienie wybacza wiele i doskonale obroni się smakiem. Czy jest "odleżane" czy prosto z garnka, ledwie ostudzone.

To, że mince pies są tradycyjnym, brytyjskim wypiekiem, tylko utorowało im drogę do książek J.K. Rowling, która nie odmawia sobie nigdy w akcji wtrętów dotyczących tak zwyczajnej rzeczy jak opisywanie tego, co spożywają bohaterowie. Jak nasze pierogi w polskich książkach, pomidorowa, kanapka z serem, kiełbasa, naleśniki  - mince pies pojawiają się tam w sposób zupełnie naturalny, ponieważ akcja powieści dzieje się wyłącznie w Wielkiej Brytanii. Nowa odsłona świata potterowsskiego - "Fantastyczne Stworzenia i gdzie je znaleźć" została przeniesiona do Stanów i tam nie zobaczymy już mince pies. Zobaczymy za to hot-dogi oraz... strudel jednej z głównych bohaterek, z którym wezmę się za bary już nie długo. A ponieważ większość tomów Pottera idzie zgodnie z upływem czasu, po lecie przychodzi nam jesień, ciasto marchewkowe i Halloween, a po nim jak nic nadchodzą Święta, które widzimy w towarzystwie nierozłącznych mince pies. I to nie tylko w jednym tomie. O ile dobrze policzyłam, autorka wspomina o tych ciastkach świątecznych, podkreślających ciepło i domową atmosferę oraz tradycję nie w jednym, a w trzech tomach swej opowieści o Harrym Potterze.
1. W "HP i Więzień Azkabanu" pojawiają się po raz pierwszy jako prezent dla Harrego od Pani Weasley, co wyraźnie powiada nam poniższy cytat: 

"Mrs Measley had sent Harry a scarlet jumper with the Gryffindor lion knitted on the front, also a dozen home-baked mince pies, some Christmas cake, and a box of nut brittle."
(Pani Weasley wysłała Harremu szkarłatny sweter z lwem Gryffindoru wyszytym na przodzie, a także tuzin domowych mince pies, nieco ciasta świątecznego i pudełko mieszanki orzechowej).
                                                                                                                          J .K.Rowling - Harry Potter i Więzień Azkabanu

2. W "HP i Czara Ognia" ponownie Potter zostaje nimi obdarowany na Święta przez tę przemiłą nestorkę domostwa pełnego rudzielców
3. W "Księciu Półkrwi" z kolei widzimy je jako część przysmaków na przyjęciu u profesora Slughorna, oraz w może najsławniejszej scenie, gdzie występuję i możemy je porządnie obejrzeć, ponownie na świętach u Weasleyów, gdy Harry'ego częstuje nimi Ginny. 


A oto jak wyglądają weasleyowe Mince Pies na pierwszy rzut oka.



Fajne, nie? Aż się proszą o to, by je zrobić.

A zatem na co jeszcze czekamy! Święta za pasem, mince pies ze świata Harry Pottera nawołują wieloma głosami, polecając się jako alternatywa dla nieśmiertelnych pierniczków, uczyńmy więc nasze święta tak geekowymi, jak się tylko da.
Przepis na Mincemeat I wzięty stąd, poddany modyfikacjom.
Przepis na Mincemeat II wzięty stąd, zmodyfikowany tak mocno, że jest to już ledwie cień tamtego, jednak Nigelli oddajmy to, co nigellowate:)

Please scroll below for the "red" recipe in English version:)



 Składniki:

Ciasto na babeczki (12-14 sztuk):
Używamy tego znakomitego przepisu na ciasto z posta o Apple Pie.

Nadzienie:
Mincemeat I (tradycyjne) - na około 2 szklanki czyli 450-500g
220g  rodzynek (większość angielskich przepisów dzieli w tym miejscu tę właśnie ilość rodzynek pół na pół: na "koryntki" - currants - odmianę słodszą, drobniejszą i ciemniejszą niż zwyczajna, które, siłą rzeczy, bardzo ciężko dostać w sklepie spożywczym w Polsce, oraz na zwykłe, ciemne rodzynki. Różnicy w smaku większej nie będzie jeżeli koryntki zastąpimy zwykłymi rodzynkami, więc tak właśnie zrobiłam. Oczywiście ci, którzy mają dostęp do prawdziwych "currants" powinni ich użyć.)
55g rodzynek sułtanek
1/2 kwaśnego, twardego jabłka, pokrojonego na kawałki, umytego, nieobranego (uwaga! w ten sposób wyciągamy więcej aromatu z jabłka), pozbawionego gniazd nasiennych
30g kandyzowanej skórki pomarańczowej, drobno krojonej
1 i 1/2 łyżki smalcu, łoju wołowego, masła lub innego tłuszczu pochodzenia zwierzęcego
108g brązowego cukru
1/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonych goździków
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
sok i skórka otarta z 1/2 cytryny
sok i skórka otarta z 1/2 pomarańczy
1 i 1/2 łyżki rumu lub brandy

Mincemeat II (beztłuszczowe, żurawinowo-orzechowe) - na około 2 i 1/2 szklanki czyli 500-600g
60ml soku wyciśniętego z pomarańczy
75g brązowego cukru
200g świeżej lub mrożonej żurawiny (można ją zastąpić mrożonymi wiśniami)
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka imbiru
1/2 łyżeczki mielonych goździków
100g rodzynek
100g posiekanych drobno orzechów (mieszanki ulubionych lub jednego typu)
30g suszonej żurawiny
sok i skórka otarta z 1 klementynki
30ml rumu lub brandy
3 krople olejku migdałowego
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
2 łyżki miodu


Wykonanie:

Najpierw zabieramy się za nadzienie Mincemeat. Oba rodzaje robimy ok. 2 tygodnie przed spodziewanym terminem pieczenia, dla uzyskania najlepszego smaku. Można jednak użyć i świeżego, tuż po wystudzeniu.

W obu rodzajach Mincemeat działamy bardzo podobnie.

Składniki odpowiednio do każdej z wersji umieszczamy w garnku - poza alkoholem, który dodawać będziemy na sam koniec.

Podgrzewamy wszystko razem aż cukier w obu przepisach (oraz tłuszcz w tradycyjnej wersji) rozpuści się i połączy z resztą składników.

Na małym ogniu gotujemy około 20 minut, mieszając od czasu do czasu, aż owoce rozpadną się, a następnie składniki wchłoną większość soku z mieszaniny i zaczną przypominać wyglądem konfiturę.

Dosmaczamy cukrem lub miodem, jeżeli wyszło za mało słodkie, dodajemy alkohol, mieszamy i zdejmujemy z ognia.

Następnie, jeżeli mamy zamiar je przeleżakować, pakujemy gorące Mincemeat do wysterylizowanych, szczelnych słoików i przechowujemy w lodówce. Jeżeli będziemy używać
świeżego od razu - ochładzamy zupełnie.

Robimy ciasto według podanego przepisu. Na Mince Pies spokojnie wystarczy nam 2/3 otrzymanego ciasta. Możemy je również wykonać wcześniej, zamrozić i potem mieć znacznie mniej roboty.

Ciasto dzielimy na dwie połowy. Jedną część wkładamy do lodówki. Drugą rozwałkowujemy na lekko namączonej stolnicy do średniej grubości.

Przygotowujemy blaszkę do pieczenia mini-babeczek lub malutkie foremki na babeczki, maśląc ich wnętrze.

Nastawiamy piekarnik na ok. 180 stopni Celsjusza.

Wycinamy z ciasta kółka nieco większe niż średnica "dołków" w blaszce, przy pomocy szklanki lub wycinarki do ciastek.

Każde kółko ostrożnie wkładamy do "dołków" w blaszce, przylepiamy do dna i boków tak, by Mince Pies miały się jak upiec. Pilnujemy, by w powierzchni spodów do babeczek nie było dziur, przez które nadzienie zechce uciekać.

Do każdej babeczki nakładamy solidną łyżkę lub półtorej Mincemeat, ubijamy lekko, w razie potrzeby dokładamy nieco więcej tak, by nadzienie wypełniało babeczkę do samej góry.

Wyciągamy z lodówki drugą część ciasta. Rozwałkowujemy na mniej więcej tę samą grubość co miały spody, a następnie za pomocą foremki do ciastek w kształcie gwiazdki, wycinamy tyle gwiazdek, ile wyszło nam spodów do Mince Pies (w tym przypadku 12, ale jeżeli robić będziecie wielokrotność Mince Pies, liczba ta będzie, rzecz jasna, większa).

Każda gwiazdkę luźno kładziemy na wierzchu napełnionej Mincemeat babeczki, starając się, by końce pozostały na ciastku, a nie poza nim.

Blaszkę lub mini-foremki z Mince Pies wkładamy do piekarnika na 10-15 minut i pieczemy do momentu aż gwiazdki i ciasto spodów lekko się wyzłocą.

Wyciągamy z piekarnika i zostawiamy na kwadrans by się ochłodziły. Następnie ostrożnie podważając nożem wydobywamy Mince Pies z blaszki i przenosimy na kratkę, by ostygły zupełnie.

Jeszcze ciepłe posypujemy cukrem pudrem.

Możemy zjadać od razu, jednak radzę po ochłodzeniu w pokojowej temperaturze wsadzić je do lodówki. Ochłodzone, nie będą wymagać talerzyka, a ryzyko rozpadnięcia się po kilku gryzach będzie znacznie mniejsze, zaś ciastka nic nie stracą na smaku.

PS. Jeżeli zdecydujecie się użyć obu rodzajów Mincemeat do Mince Pies, na 12 sztuk zużyjecie akurat po połowie każdego z typów. Użycie jednego rodzaju na 12 sztuk zaskutkuje wyczerpaniem całego zapasu jednego rodzaju Mincemeat.

Smacznego!
------------------------------


Ingredients:

For the pies (12-14 pcs):
Use this fantastic recipe for the pastry from Lattice-top Apple Pie recipe.

Filling:
Mincemeat I (traditional) - for about 2 cups, 450-500g
220g of raisins (most of the english recipes for Mincemeat divides this amount fifty-fifty for: "currants" - smaller, darker and sweeter type of raisins, hard to buy in an average grocery store in Poland, and for the regular raisins. There is not such a big difference in taste between them, so I used a regular raisins for the whole amount and it turned up fine. For some of you, who can buy "currants" anywhere - do use them.)
55g of golden raisins (sultanas)
1/2 of a hard, large apple, quartered, cored, and diced, unpeeles (attention! unpeeling will help to drain more of the aroma of the apple)
30g of candied orange peel, chopped
1 and 1/2 tblspn of lard, beef suet, unsalted butter or any other fat of animal products
108g of a light brown sugar
1/4 tspn of a ground cinnamon
1/4 tspn of ground cloves
1/4 tspn of nutmeg
zest and juice of 1/2 lemon
zest and juice of 1/2 orange
1 and 1/2 tblspn of rum or brandy

Mincemeat II (fat-free, cranberries and nut studded) - for about 2 and 1/2 cup, 500-600g
60ml of orange juice
75g of brown sugar
200g of fresh or frozen cranberries (you can swap cranberries for the frozen cherries)
1 tspn of ground cinnamon
1 tspn of ground ginger
1/2 tspn of ground cloves
100g of raisins
100g of nicely chopped nuts (use mixed types of nuts for the best taste, of one of your favourite kind)
30g of dried cranberries
zest and juice of 1 clementine
30ml of rum or brandy
3 drops of almond extract
1/2 tspn of vanilla extract
2 tblspns of honey 


The making of:

First prepare yourself a Mincemeat. Both variants should be prepared about 2 weeks in advance before making Mince Pies, for the best taste of the filling. However if you are unpatient or have no time - you may also use cooled, freshly made Mincemeat.

The making of both kinds of Mincemeat is almost identical.

The ingredients for both kinds mix in their pots - all except the alcohol, which will be added in the end.

Heat it up alltogether until the sugar in both variants (and the fat in the traditional one) melts and joins with the rest of ingredients.

Cook it for about 20 minutes on a small fire, stirring from time to time, until the apples dissolve and the most of the juice produced while cooking it, was absorbed by the mixture, which should resemble a thick marmelade.

Check the taste. If the Mincemeat is too sour - add some honey or sugar. Then add the alcohol, mix it once again and remove from fire.

The next step is different, depending what you want to do with a Mincemeat. If you want to let it rest for a while in a fridge, to catch a deeper taste, put the Mincemeat, still hot, into the sterilized mason jar, close it and when it cools down in a room temperature, put in a fridge. If you want to use it instantly as fresh to the pies - just let it cool completely in a room temperature.

Now, make a pastry, according to the recipe. For the shown amount of Mince Pies, the 2/3ds of the whole amount should be just enough. You can also make it fresh, or make it in advance, freeze it and spare some time while doing the Mince Pies.

Divide the dough into two parts. Put one of them into the fridge. Roll the second one on a slightly floured surface until it is medium thick.

Prepare a tin for mini-tarts, or an individual forms for a mini-muffins. Butter lightly the insides from bottom to the top.
 
Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit. 

Cut out circles a little wider than the indentations in the tart tin or the diameter of an individual mini-miffins forms, using a cookie cutter or a glass.

Put every circle into the indentation, pressing it gently to the bottom and sides and check if there is no holes or torns in the surface of the dough, so the filling did not flown off.

Put a full tablespoon of a Mincemeat into the prepared shells, press it gently, if necesarry to fill the shell full, put some more of the filling.

Remove the other part of a dough from the fridge. Roll it as thickly as the first part, and using a star-shaped cookie cutter, cut as many stars as you have prepared Mince Pies (in this case - 12, but if you have multiplied the amount to have more then 12 Mince Pies - the amount of stars also is bigger).

Put each pastry star on the surface of each rough Mince Pie, remembering for the pointy ends of star to lay on a cookie, not on a tin (otherwise they may burn).

Put a Mince Pies into the oven and bake for 10-15 minutes, until the star tops and shells are slightly golden but still bright. 

Remove the pies from the oven and let it cool for a 15 minutes in a tin. Then carefuly remove the Mince Pies from a tin (using a small, sharp knife to pry it a bit, if necesarry) and let them cool in a room temperature.

Sprinke it with a caster sugar while still warm.

You can eat it right away, although I suggest to put it for some more minutes into the fridge to harden it. When cooled, it can be eaten not using a plate, and the risk of falling appart of the cookie, when you start bitting it is really reduced to minimum. And it does not affect the taste in anyway.

PS. If you decide to use both variants of Mincemeat for your Mince Pies, you will use up about the half of the amount of each kind od Mincemeat for the 12 pies. If you use just one kind - you are out of the whole batch of the filling.

Cheers!


niedziela, 30 października 2016

Ciasto Cthulhu (dzieła H.P.Lovecraft'a) / Cthulhu Pie (H.P. Lovecraft's works)

Mija rok od momentu, gdy przeglądając Pinteresta za jakimiś niezwykłymi, Halloweenowymi wypiekami, natrafiłam na niezwykle prosty, ale interesujący ze wszechmiar pie. Posiadał on spód, czyli crust, posiadał nadzienie owocowe i posiadał ozdobnie wycięty wierzch. Niby prościej już się nie da, ale prawdziwa niezwykłość tego ciasta polegała na tym, że ten wierzch był w kształcie Cthulhu - Wielkiego Przedwiecznego, ojca wszelakich monstrów i demonów, w kształcie olbrzymiej ośmiornicy. Nazwę Cthulhu kojarzy każdy, kto słyszał o H.P. Lovecrafcie - pionierze potwornego fantasy. Nawet jeśli nie lubi książek o tej tematyce. Być może oglądał bowiem film... mało opowiadań mistrza zekranizowano? Może chociażby jest graczem RPG i kiedyś natknął się na sławny "Zew Cthulhu"? Ale jeśli myślicie, że to koniec, to jesteście w błędzie. Gry! Planszówki, gry komputerowe... ba, sądzę, że nawet i puzzle Cthulhu są, skoro stworzono maskotkę tego kultowego monstrum, a także trafił jako temat przewodni arcyzabawnej gierki "Munchkin", gdzie trafiają tylko prawdziwe monstra popkulturowe naszego świata. Żyć w nim i nie spotkać się z Cthulhu, chociażby z widzenia, nie zagłębiając się w tematykę jest niemożliwością. Nic więc dziwnego, że trafił i w ostatnie miejsce, w jakim się spodziewała go zobaczyć, to jest do kuchni. I to nie w postaci macek smażonych na masełku.
A sam Cthulhu pojawia się po raz pierwszy w serii opowiadań wspomnianego wyżej Lovecrafta, posiadając wiele imion, poza Wielkim Przedwiecznym, a to, że świat jeszcze istnieje zawdzięczamy temu, że śpi na dnie Pacyfiku, w cyklopowym mieście R'lyeh i tylko przez sny nawiedza swych kultystów i pojedynczych wybrańców, nie dając światu zapomnieć, że ten czas jakie teraz mają, jest tylko pożyczony. Potworna ośmiornica na nietoperzych skrzydłach jeszcze powróci i obejmie to, co jej należne we władanie...

Ależ się zrobiło mrocznie i Halloweenowo, nie? I nawet posępne wycie wilkołaków w tle skłaczonego bloga nie poprawia nastroju, gdy padł na niego cień Set-Hulha. Zabawa przednia, idealnie na Halloween!:D Wróćmy jednak z dna Pacyfiku na ziemię. A tak konkretniej do przepisu.

Odpowiedzialną za Ciasto Cthulhu, którego zdjęcie jest obecnie niezwykle znanym memem, tym bardziej popularnym obecnie im bliżej do Halloween, jest niejaka Sandy Yoo, której potomek, zaczytując się w Lovecrafcie, poprosił pewnego dnia o ciasto ze swym ulubionym Przedwiecznym. No i wiecie... matka Amerykanka, a więc stawiająca na skróty, artystka, więc czuje bluesa w momencie, gdy natrafia na ciekawy temat... myślę, że nie zajęło jej więcej niż pół godziny obmyślenie przysmaku, o którym od kilku lat ciągle jest głośno. Bo tak po prawdzie, ciężko, żeby było cicho. To monstrum zagina przestrzeń i mackami zżera światy. Myśleć o wypieku z Cthulhu w kategoriach innych niż "megatonalnie wielki" byłoby dużym niedopowiedzeniem. Nawet jeśli jest to tylko proste pie.

Sandy Yoo nie zajęło ono dużo czasu. Główka pracuje, a idąc na skróty, sporo składników miała dosłownie pod ręką. Szczerze, nie mam pojęcia w jakim okresie czasu robiła pierwszy raz to ciasto i czy tam są świeże owoce przez cały rok, ale ja musiałam się nieźle nakombinować nad jej wypiekiem, ponieważ w końcówce października w Polsce nie ma co liczyć na świeże, czerwone lub czarne owoce. Trzeba było użyć mrożonych, a skoro już uparłam się na Ciasto Cthulhu na Halloween, to byle jaka trudność mnie nie zwiedzie. A także i kolejna trudność, bo Sandy użyła mrożonego ciasta gotowego, jakiego w polskim sklepie ni dudu. Oraz następną... i jeszcze jedną... kurde, jak na tak proste ciasto, to Polka może dosłownie wyjść z siebie i zawyć w pewnym momencie jak wilkołak z frustracji - co również uczyniłam!

Bez obaw jednak. Skoro oddaję felkę w wasze ręce, a wraz z felką - przepis, znaczy to, że bez najmniejszych wątpliwości udało mi się pokonać logistyczno-pogodowe przeciwności i ciasto potworne zrobiłam. Wy już aż tak kombinować nie będziecie musieli i dla was faktycznie będzie to czysta zabawa. Bo właściwie, czemu by nie? Gotowanie to strasznie fajna czynność, a jeśli jeszcze wykonujemy portret naszego ulubionego potwora, z ciasta i na koniec będziemy mogli pożreć Wszechpożeracza, mlaskając donośnie, a triumfalnie - amen, alleluja i masło orzechowe, jak powiada mój kumpel:)

Problemy z tym arcyprostym ciastem, jakie napotkałam leżały przede wszystkim w tym, że nie miałam jak użyć zalecanego, mrożonego spodu do tarty/pie. Ponieważ w większości polskich sklepów, (nie wiem, czy warszawskie sklepy też tutaj zaliczać, bo może z racji bycia stolicą, w tym mieście mają coś więcej), jedyne mrożone ciasto, jakie dostaniemy to ciasto francuskie. Bomba! Idealne do wszystkiego, tylko nie do pie, gdzie zachowanie kształtu i nie nasiąkanie sokiem akurat ma znaczenie. Z ciasta francuskiego Cthulhu nie zrobię, to wiedziałam już na początku. A ponieważ innego nie miałam, zabawa pajem dla mnie zaczęła się nie od przygotowywania nadzienia i wycinania kształtu, a żmudnego rozkminiania, jakiego typu ciasto pudełkowe autorka używa na swym filmiku (nota bene, jest to jedyne, zapisane źródło przepisu i nawet tam nie ma podanego typu ciasta na pie; możliwe, że dla nich oczywistością jest, że ciasto na pie to takie i takie, nikt nie musi znać nazwy, każdy kupuje w sklepie "ciasto na pie"... kurwa mać...). Marka Pillsbury, jak się okazało. Ale i to nie ułatwiło roboty, bo na zidentyfikowanym pudełku TEŻ nie było nazwy, więc musiałabym na oślep wybierać z co najmniej dziesięciu rodzajów rozmaitych, domowej roboty spodów do pie, jakich się używa powszechnie. Ale ja nie chadzam na oślep, o nie. Więc grzebałam kolejną godzinę tym razem patrząc po zdjęciach i w pamięci mając wskazówkę, że nie może zanadto rosnąć, a ciasto mrożone Sandy lekko się napusza podczas podpiekania. Na ostatniej prostej miałam już tylko jeden typ - a mianowicie tajemnicze ciasto typu "flaky". Listkujące, o którym wspominałam przy okazji Apple Pie. Ale to ciasto, nie mające polskiego odpowiednika (również się listkuje, jak francuskie, ale mniej), musiało mniej rosnąć, nie stracić kształtu. I szukaj, pani, kolejną godzinę, tym razem przepisu na cięższy "flaky crust"... miałam już dosyć, szczerze. Tak to jest jak człowiek się na coś uprze i pokonuje go nie pech w kuchni, a zwykłe przeszkody logistyczne. Jednakże wtedy ponownie przypomniałam sobie Apple Pie, gdzie miałam niemal tę samą jazdę. Potupało się zatem na kilka przepisów obiecujących, a następnie otworzyło swoje ciasto z jabłkami i absolutnie ulubionym spodem do pie. I wiecie co się okazało? Że to całe, cholerne szukanie było psu na buty, bo poszukiwany spód do ciasta Cthulhu miałam na własnym blogu! Inne przepisy różniły się co prawda minimalnie od tego, ale to było bez wątpienia to.

Zabawa, tak?! No to i zrobiłam sobie zabawę, szczerze. Skoro ciasto było, nadzienie właściwie było tylko minimalną przeszkodą. Świeże borówki Sandy zastąpiłam mrożonymi wiśniami o morderczo krwawym kolorze, a ponieważ mowa była o tym, by ciasto nie nasiąkało zanadto sokiem, a z mrożonych będzie go od cholery - do owoców z cukrem dodałam nieco mąki ziemniaczanej, zagęszczając strukturę całego nadzienia. Smak został, objętość również, a dodatkowy efekt, jakoby Cthulhu z wierzchu siedział na krwawym, lśniącym łożu z oślizgłego... nie wiadomo czego, tylko podbił mi walory artystyczne. I jakże pasuje do Przedwiecznego, który straszył bohaterów z lat dwudziestych Lovecrafta do tego stopnia, że starczyło na Cthulhu spojrzeć raz, by stracić rozum.

Niemniej z ciastem Cthulhu jedyna strata jaka wam grozi, to strata głowy na jego punkcie, bo po pokonaniu tych kilku trudności faktycznie, absolutnie prosto się je robi, nadzienie smakuje cudownie, a poszukiwaczom przygód w lovecraftańskim świecie na pewno posmakuje macka, albo paszcza Cthulhu na jego wiśniowo-krwawym łożu, zaś ten, który dotrwa do końca rozgrywki (na przykład jeśli będziecie akurat grać w "Posiadłość Szaleństwa" - strasznie fajna planszówka, polecam), żywy i w miarę nie szalony - dostanie głowę potwora na srebrnej misie:D I jaki klimat, poza walorami smakowymi, och, ach!:D H. P. Lovecraft zdecydowanie by pochwalił.

A my, korzystając z tego, że Halloween już w poniedziałek, łapiemy za przyrządy i składniki i składamy naszego Przedwiecznego do kupy.


Przepis wzięty z oryginalnego filmiku Sandy Yoo. Został jednak na tyle mocno zmieniony, by Polka mogła go wykonać, że...hmmm... nie sugerujcie się nim poza fragmentem, w którym pokazywane jest składanie Cthulhu do kupy z wyciętych z ciasta części, jakoś tak w 8 minucie, 56 sekund.

Cthulhu Fhtagn!

Please scroll below for the "red" recipe in English version:) 



Składniki:

Spód i wierzch:
Wykonujemy ciasto według przepisu na spód z Apple Pie, znajdującego się pod tym linkiem. (Mieszkańcy UK/USA mogą, jeżeli tak im wygodniej, spokojnie użyć gotowego spodu do ciasta "Pillsbury Pie Crusts" - sztuk dwie w opakowaniu, dla 9 calowej blaszki na pie, chociaż zdecydowanie polecam ciasto domowej roboty z podanego przepisu).

Nadzienie:

750g mrożonych wiśni, wypestkowanych
1 i 1/2 szklanki cukru
1 łyżka domowego cukru waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Smarowidło z jajka:
1 żółtko
1/2 łyżeczki wody


Wykonanie:

Wykonujemy ciasto według podanego przepisu.

Dzielimy na dwie, równe części, każdą spłaszczamy w dysk i wstawiamy do lodówki, zawinięte w folię na co najmniej godzinę.

W tym czasie przygotowujemy nadzienie.


Wiśnie, pozbawione pestek (wszystkie, za wyjątkiem dwóch, jednakowego kształtu, z których zrobimy oczy) wrzucamy do garnka. Jeżeli nie są wypestkowane, będziemy musieli wyjmować pestki na bieżąco, w trakcie gotowania i rozgniatania 2/3 z nich.

Dwie zachowane wiśnie ostrożnie odkładamy na sitko i pozwalamy im się odmrażać w swoim tempie. Ważne, by zachowały okrągły kształt, więc one akurat powinny mieć pestkę w środku.

Podgrzewamy aż puszczą sok. Dosypujemy cukry i mieszając co jakiś czas, zagotowujemy.

Do wiśni z sokiem dosypujemy łyżkę mąki ziemniaczanej, starannie mieszamy aż nadzienie zacznie nam gęstnieć.

Gotowe, o konsystencji kisielu z dużą ilością owoców, ściągamy z gazu i bezwzględnie studzimy aż będzie zimne. Gorącego nie wolno nam przekładać na ciasto, bo będzie klops.

W czasie, gdy nadzienie nam stygnie, wyciągamy ciasto z lodówki. Najpierw część, jaką przeznaczymy na spód. Rozwałkowujemy ją na okrągło na płachcie folii na wielkość odpowiadającą podstawie formy do pieczenia tarty, plus kawałek na rant. Czyli ok 22-24 cm.

Formę do pieczenia (szklaną albo metalową), o średnicy spodu 20 cm (lub 8 cali), starannie smarujemy masłem.

Piekarnik nastawiamy na 200 stopni.

Rozbełtujemy żółtko z wodą w małym naczyniu, robiąc smarowidło jajeczne do ciasta.

Rozwałkowany na folii spód odwracamy wraz z folią do góry nogami nad formą i ściągamy folię.

Dopasowujemy spód do formy, przyciskając delikatnie ciasto do spodu i brzegów. Zwisające boki odcinamy za pomocą radełka z falistym kółkiem tuż na obrzeżach blachy.

Smarujemy ciasto dokładnie jajecznym smarowidłem na spodzie i bokach. Podpieczone, zrobi nam rodzaj membrany, by nadmiar soku nie wsiąkł w ciasto.

Wkładamy spód na 10 minut do rozgrzanego piekarnika i podpiekamy do delikatnie złotego koloru i upieczonej warstewki jajecznej na wierzchu.

Pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie na folii rozwałkowujemy drugą część ciasta. Tym razem można prostokątnie.

Z ciasta wycinamy najpierw głowę Cthulhu, część macek, skrzydła i oczy, resztę macek i detale (zajrzyjcie na podany wyżej fragment filmiku Sandy, w którym ten proces jest pokazany). Każdą kolejną, wyciętą część oddzielamy od ciasta i odkładamy na talerz do lodówki, by się zbytnio nie rozgrzało.

Gdy nadzienie jest już zimne, a spód da się dotknąć, wykładamy je na ciasto. Następnie z wyciętych kawałków ciasta formujemy na nadzieniu naszego Cthulhu, zaczynając od skrzydeł, potem wykładając fantazyjnie macki, na wierzch kładąc na nieco wyższy stosik nadzienia - głowę. W rozcięcia wyciętych oczu, wkładamy zachowane wiśnie i również umieszczamy na głowie, starannie przyklejając oczy do głowy. Wykładamy resztę detali (również podpatrzcie w filmiku).

Potwora smarujemy pozostałym smarowidłem i wkładamy ciasto do rozgrzanego piekarnika na 30-35 minut.

Po tym czasie wyjmujemy, studzimy w temperaturze pokojowej i wkładamy do lodówki, by zupełnie ostygł i zestalił się.

Serwujemy po czasie chłodzenia, krojąc w każdy, morderczy sposób, na jaki mamy ochotę.

Wesołego Halloween!:)

-------------------------------------------------------

 Ingredients:

Crust:
Make a homemade crust according to the crust recipe for Apple Pie in this post.
(UK/USA readers may also, if they wish, use bought, frozen pie crust - "Pillsbury Pie Crusts", 2pcs in a pckg, for 9'' dish, although I still reccomend making a homemade crust, from the above recipe).


Filling:
750g of pitted, frozen cherries
1 and 1/2 cup of sugar
1 tblspn of homemade vanilla sugar
1 tblspn of potato flour

Eggwash:
1 egg yolk
1/2 tspn of water


The making of:

Make a crust according tho the instructions in the given recipe.

Divide the ball of dough in two halves, flat both to the disk form, cover with a tin foil and put the into the fridge for at least 1 hour.

Make a filling.

Pour frozen, pitted cherries (all but 2 fruits, about the same size, which will be necesarry to make Cthulhu's eyes), into the pot. If the stones were not removed before frozing the fruits, we remove them while cooking and mashing 2/3rd of them, while making the filling.

Put those 2 saved cherries into a little strainer and let them defrost in its own time. They should hold a round shape so it would be nice if they still had stones inside.

Cook the cherries in the pot until they drain juices. Add the sugars, mix from time to time, and boil them.

Add potato flour and mix it alltogether until the filling starts to become thick.

Remove the filling from the cooker and cool it until it is cold. Do not pour warm filling on the pre-baked crust.

While the filling is cooling down, remove the crust for the bottom part of Cthulhu pie from the fridge. Roll it on a sheet of a tin foil into the circle, matching the size of your baking dish, plus the sides, around 9-9,5''.

Butter 8'' glass baking dish.

Heat the oven to 392 degrees Fahrenheit.

Mix egg yolk with water, creating your egg wash.

Take rolled on a tin foil circle of dough and flip it above the baking dish, fashioning it to fit the rims. Carefully remove the foil.

Press the dough to the bottom and sides of a dish. Cut the excess parts with a zigzag pastry wheel.

Smear the egg wash on the bottom and sides of the crust. Prebaked, it will create a shield for the crust, so it did not  become too soggy of the cherry juice.

Put the baking dish into the oven and bake for about 10 minutes, until light golden colour, and baked egg wash on the surface.

Remove it from the oven and cool a bit. At the same time roll the other part of the dough. Rectangular if you wish.

Cut the head of Cthulhu of the rolled dough, then part of tentacles, wings and eyes, the rest of the tentacles and some details (check how to do it on Sandy's video, in the mentioned above timing). Each part that you cut off, remove from the rest of the dough, and put to the plate in the fridge, so it was cold.

When the filling is cold, and the pre-baked crust possible to touch, fill the crust with the filling. Then create your Cthulhu out of the parts that you cut off the dough, on the surface of a filling, starting with a wings, then a tentacles, curved fantastically, then the head put on a slightly bigger pile of a filling. Put 2 saved cherries into the slits made in the Cthulhu's eyes and fit them on the monsters head. Fashion the rest of the details on the pie (also check how to do it nicely on Sandy's video above).

Smear the rest of an egg wash on a monster, and put the pie into the hot oven for 30-35 minutes.

Remove the baked pie from the oven, cool it in a room temperature until it is just slightly worm, and put it to the fridge for at least 1 hour.

Serve it, after chilling, cutting the Cthulhu Pie in every, morderus way, you might thing of:)

Happy Halloween, you guys!:D


niedziela, 2 października 2016

Klasyczne Apple Pie "z kratką"/ Classic Lattice-top Apple Pie

Czy istnieje bardziej jesienny owoc niż jabłko? Raczej nie spodziewałabym się, by na przykład na takie pytanie w "Familiadzie" ktoś w odpowiedzi pchnął odruchowo śliwkę Strasburgerowi w konferansjerskie oblicze. Albo jarzębinę. Zawsze jabłko, jako pierwsze wstrzela się na myśl, gdy nas zapytają o jesień i owoce. Jabłko zielono, żółto, czerwone, chrupiące i słodkie, twarde, lub wręcz przeciwnie miękkie, rozpływające się w ustach. Jabłko, które lubi praktycznie każdy. Często w jesiennej parze z jeżem, który je nosi na grzbiecie na obrazkach dla dzieci, sugerując, że jeż te je jada. Nic bardziej mylnego... jak jeż przypadkiem ma jabłko nabite na kolce, to nie jako ruchoma spiżarnia, albo jedzenie na wynos, a z powodu soku owocowego, który spływając mu z kolców na skórę, zwalcza pasożyty. Mało poetyczna wizja, ale tak to wygląda. Dzieciakom pozwólcie jednak wierzyć, że jeżyk niesie jabłko, które potem sobie zje w norce w ciszy i spokoju. Obecny świat jest tak porąbany i coraz mniej normalny, że taka przyjazna, przytulaśna wiedza daje to, co nam odbierają politycy swymi nieludzkimi decyzjami.
Nie będę tu wyjeżdżać teraz o polityce. Nie mam siły na to, nie mam też chęci psuć sobie i wam smacznego, jabłkowego nastroju wspomnieniami tego, co się dzieje w ostatnim czasie i do czego państwo rządzący usiłują zredukować kobiety. Nie... wróćmy lepiej do jabłek.

A zatem jabłka. Spożyjecie na surowo - bomba witaminowa i uśmiech na ryjku, szybka przekąska w dosłownie każdym miejscu i sytuacji (pod ławką w szkole też; sama zżerałam cichcem jabłka, gdy przerwa była za daleko, a żołądek stanowczo za pusty, chrupiąc dyskretnie i udając niewinną, gdy mnie łapano z pełnym ryjkiem i kazano interpretować wiersz Szymborskiej. Moja mina ponoć była epicka..:)) Ale przecież nie samą surowizną człowiek żyje. Umówmy się: jabłko surowe jest smaczne. Ale jeżeli jabłko surowe połączymy z czymś jeszcze, to nie tylko nie straci aromatu. Podgrzane albo upieczone z dodatkiem, polepszy smak produktu towarzyszącego, a samo nadal pozostanie świetnie wyczuwalną osobowością. Dlatego tak idealnie pasuje do wszelakich potraw z każdej dziedziny. Używa się je wszędzie, od deserów po zagęszczanie nim gulaszu zamiast mąki, czy to w Polsze, czy w Afryce. Bez jabłka nie byłoby kuchni, tak mi się zdaje, chociaż i kobieta miała tu jakiś wkład. A zatem, spokojnie rzec można, że prawdziwa kariera jabłek zaczęła się nie w rajskim ogrodzie, choć poprzednie zdanie zupełnie ciekawie wpasowuje się w ten pogląd, a w kuchni przedsiębiorczej gosposi, która sobie pomyślała pewnie któregoś dnia parę setek lat temu: "a gdybym tak na tym podpłomyku położyła kawałek jabłka i przykryła go drugim podpłomykiem, a potem upiekła na kamieniu?". Kto zaręczy, że tak się nie zaczęła kariera wszystkich ciast owocowych z jabłkami? Nikt. Ale od tego mamy wyobraźnię, by właśnie teraz widzieć tę kobitkę w gieźle, jak kombinuje nad jabłkiem i ciastem.

Jesień kojarzy się z jabłkiem. A ciasto z jabłkiem? Polakom z szarlotką. Z miejsca. Natomiast wszelakim anglosasom i pochodzącym od nich - z Apple Pie. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że u nich sztandarowe pie to taki wypiek z dwóch cienkich kawałków ciasta i zamkniętego między nimi nadzienia, które czyni to nadzienie głównym bohaterem. U nas niemal zawsze tym bohaterem jest puchata góra ciasta, w którym owoce to tylko dodatek. Szkoda wielka, ale tak już się to utarło. Jednakże nie oznacza wcale, że wyrastając w jednej tradycji, wszystkie inne musimy pro-polsko, odpychać od siebie, bo nie nasze. A takiego... jak chcę ciasta z owocami, to sięgam po takie, które jest pełne owoców, a nie tylko nafaszerowane nimi tu i tam, albo maźnięte czymś w rodzaju konfitury z cienkiej warstwy posiekanych na drobnicę, co się jeszcze rozpłynęły w gorącu piekarnika. Ja chcę owoców, które niemal z niego wypływają, tak ich dużo.
I właśnie takich wrażeń dostarcza mi absolutnie klasyczne Apple Pie.

Apple pie, znane też jako tarta z jabłkami (nie podam tu również określenia ciasto z jabłkami, bo Apple Cake też istnieje i ma swój odpowiednik w polskich ciastach jabłkowych), które pojawia się bardzo wcześnie w angielskich, starych przepisach - już w czternastym wieku, wyobraźcie sobie - stało się tak niesłychanie popularne na świecie (w końcu proste i z dostępnego wszędzie owocu, więc dlaczego by nie), że praktycznie każdy, europejski kraj ma swoją jego wersję. Wspomnę teraz jedynie najsłynniejsze, za które już się brałam lub wezmę się w niedalekiej przyszłości, darząc wszelakie jabłkowe pie i szarlotki, ciasta z jabłkami rozmaitego typu, nieprzemijającym, wielkim uczuciem: Anglosasi i pochodzący od nich Amerykanie - Apple Pie. Ci ostatni zrobili sobie nawet z niego narodowy, wszechamerykański wypiek i przemianowali na American Pie. Polska - szarlotkę. Francuzi mają niesamowitą Tarta Tatin, która dosłownie stoi na głowie, a Niemcy - Apfelkuchen, który właściwie jest ciastem z rozrzuconymi na nim jabłkami. No i strudel wiedeński też mają, ale to, mimo, że z jabłkiem, zupełnie inne, chociaż absolutnie kultowe ciasto. Ogólnie, co kraj, to inna wariacja, ale z tego co zauważyłam, we wszystkich tych wypiekach jabłkowych z całego świata powtarzają się dwie rzeczy: jabłka muszą być z gatunku twardawych, by się nie rozciapały podczas obróbki termicznej, oraz muszą być połączone z cynamonem i innymi, korzennymi przyprawami, które wybijają jabłkowy aromat do stratosfery. Także i cukier lub miód być musi do posłodzenia nadzienia, bo jabłka twarde zazwyczaj są kwaśne i nikt by w sumie nie za bardzo polubił ciasto z kwaśnym nadzieniem. Aczkolwiek, jeżeli absolutnie nie chcecie cukru, nasi przodkowe też wymyślili na to sposób. Cukier był drogi i zamorski, ale gruszki z kolei - słodkie i dostępne równie powszechnie jak jabłka. Temu Apple Pie doprawiano właśnie sokiem z gruszek tam, gdzie było cienko z cukrem. Albo wspomnianym wcześniej miodem.
Na szczęście my nie musimy aż tak bardzo się dostosowywać, więc spokojnie sypniemy sobie białą śmiercią do jabłek i skracając sobie życie o kilka dodatkowych sekund - spożyjemy Apple Pie z absolutną rozkoszą.

Lubię, jak mój kolejny wypiek ma jakieś umocowanie w geek-kuchni, ale w przypadku Apple Pie opadły mi ręce. Ono jest wszędzie! Pojawia się dosłownie w każdym serialu, większości filmów, grach (w RuneScape - grze retro typu MMO wręcz mamy questa, by je zrobić, w Guild Wars 2 - kolejnym MMO, również występuje i to w dwóch wersjach, ale o nich poczytacie dokładniej w innym artykule na Portalu MMO, do którego przyłożyłam rękę:)), i nawet nie wspominajcie mi o książkach, w których też co kartka to Apple Pie. Ćwiekowy "Kłamca" ma je w trzech formach i to tylko w jednym cyklu u Lokim! Wiem, bo sprawdzałam pilnie, a to tylko ten jeden cykl. Wiecie, że siedzi i w innych jego książkach, co zdecydowanie, jak na moje oko czyni Kubę miłośnikiem Apple Pie?:) W "Lyonesse" Jacka Vance'a spożywane jest na uczcie, "Żelazny Druid" Kevina Hearne też je zjada. Nie dam za to głowy, bo dawno czytałam, ale w cyklu "Kobra" Timothy Zahna również było. I w "Pernie" Anne McCaffrey! Powiedzcie mi zatem, czy jest ciasto bardziej epickie i bardziej ukochane przez twórców wszelakich? Bardziej popkulturowe niż to? No, nie ma. Apple Pie musiało więc trafić na Bantofelki i trafi jeszcze na pewno co najmniej raz. W nieco innej wersji, na którą już się czaję, ale najpierw zapoznajcie się z klasykiem. Od klasyki zaczyna się bowiem wszystko: i indoktrynację fantasy Tolkienem młodego umysłu dziecka <złowrogi śmiech:P> i wariacje kuchenne w temacie rozmaitych, niepolskich wypieków.

Jak zwykle, zabierając się za nowy produkt (chociaż Apple Pie robiłam już kilkakrotnie w ostatnich latach, więc tak właściwe to wcale nowy dla mnie nie jest, ale tym razem na bloga chciałam odrobić zadanie jak trzeba), zrobiłam sobie research, poczytałam kilka przepisów i zdecydowałam się na klasyka, ALE z tradycyjną, chociaż nietypową górą dla pie. Czyli z kratką. Co prawda pobawimy się z nią nieco dłużej niż ze zwyczajną górą do pie w postaci nakładanego na wierzch płatu ciasta, ale efekt naprawdę jest nie dość, że dekoracyjny i zgodny z najlepszymi tradycjami, to smakuje fantastycznie.
Skoro klasyk, to klasyk. Trzymamy się właściwie podstawowych dodatków, które w klasyku być muszą. A zatem w nadzieniu jabłka. Twardawe, jak już wspomniałam, ale nie będzie źle, jeżeli między te twarde trafi nam jedno lub dwa miękkie, takie które się szybko rozlecą. Zrobią nam w ten sposób sos jak marzenie i nawet wody nie będziemy musieli dodawać. Cukier, rzecz jasna. Cynamon, gałka muszkatołowa, imbir - musowo. Kardamon dodałam również, bo aromat ma cudowny, świetnie grający z resztą. Rodzynki trafiły do ciasta tradycyjnie. Nie zawsze się je dodaje, ale Ciotka Wiki podpowiada, że tradycyjnie i one lądowały w klasycznych Apple Pie.
Natomiast ciasto stanowiło wyzwanie. Nie sposób znaleźć, jakie było to tradycyjne, najczęściej używane dawniej, szczególnie, że każda gosposia ambitnie będzie wskazywać swoje, jako jedynie słuszne i tradycyjne. Gro przepisów w jakie się zagłębiałam, proponowało zrobienie ciasta o zastanawiającej nazwie "flaky". Jest to odmiana ciasta francuskiego, którego warstwy oddzielają się od siebie, "listkują" w czasie pieczenia. Jednakże nie pasowało mi ono zupełnie ani do tradycyjnego spojrzenia na Apple Pie  - gdzie tam czternastowieczna gosposia będzie wymyślała ciasto listkujące - ani moich preferencji smakowych, co do spodu do pie. Ciasto listkujące chętnie widuję w ciastkach kruchych i drożdżówkach, a nie pełnych nadzienia, dużych ciastach, które się kroi i nie da się rady zjeść w całości tak, by nadzienie nam nie poszło w diabły bokami.
Dlatego też spokojnie ominęłam szalejące, listkujące przepisy i skierowałam spojrzenie na prosto, maślanie wyglądający spód, którego sposób wykonania już dawno sama stosuję. Z tą różnicą, że w jego skład weszły tym razem i żółtka oraz cukier, dzięki którym ciasto zyskało przecudowną elastyczność.
A krateczka na górze, jak już wspomniałam wcześniej, jest zarówno dekoracyjna jak i klasyczna. Pasuje do kultowego, jesiennego przysmaku, na jaki za chwilę dostaniecie przepis.

Wpierw jednak poświęćmy chwilę na napawanie się pięknym widokiem ze zdjęć, które aż pachną jabłkami, przyprawami i jesienią k'nam i tak ładnie polecają Apple Pie jako polepszacz jesiennej aury, że wstydem byłoby teraz go nie zrobić...





Ponapawani?
No to łapiemy się za jabłka i czynimy rzeczywistość jesienną bardziej obłaskawioną, bo unurzaną w cudowne wonie klasycznego Apple Pie - króla ciast jesiennych, udzielnego księcia sadów i postać trzecioplanową co drugiej produkcji kinowo-growo-książkowej realnego świata. Przepis pochodzi z tej strony. Mocno zmodyfikowałam.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
Ciasto:
3 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
250g zimnego masła pokrojonego w kostki
2 żółtka
4 łyżki zimnej wody
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
cukier puder do posypania "kratki"

Nadzienie:
8-10 średnich jabłek, w większości typu twardego i kwaśnawego jak szara reneta (1 lub 2 mogą być miękkie i słodsze; pomogą w utworzeniu części płynnej nadzienia)
1/4 szklanki cukru (lub więcej, zależnie od kwaśności jabłek)
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki zmielonego anyżu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki kardamonu
2 garście rodzynek
1 łyżka mąki ziemniaczanej lub 1/4 opakowania galaretki pomarańczowej


Wykonanie:

Najpierw robimy nadzienie.

Jabłka myjemy, kroimy w ćwierć plasterki, wrzucamy do garnka.

Dosypujemy cukier, mieszamy i podłączamy pod nimi gaz, by się macerowały do momentu aż puszczą sok, a te miększe zaczęły się rozpadać.

Dosypujemy przyprawy i rodzynki, mieszamy i pozwalamy im się gotować jeszcze dłuższą chwilę, mieszając dosyć często, by nie dopuścić do przypalenia się. Jeżeli mamy jabłka, które zawierają mało soku, można dolać parę łyżek wody.

Jabłka trzymamy na ogniu do momentu, aż będą mieć sos - czyli te miększe się już rozleciały, ale nadal w większości będzie sporo kawałków tych twardszych jabłek. Nie chcemy osiągnąć konsystencji konfitury, a po prostu poddusić je we własnym sosie z przyprawami.

Dokonujemy próby smaku. Założenie smakowe w Apple Pie jest takie, by przede wszystkim było czuć jabłka, ale podbite wyraźnie aromatem przypraw. Jeżeli więc podane ilości wam nie wystarczą, zwiększcie ilość przypraw, ale, zaklinam, ostrożnie, by przyprawy nie przejęły jabłek. W przypadku, jeśli "sypnie się" nam czegoś za dużo, możemy sytuację ratować dodając cukru, soku z cytryny lub wody do nadzienia i pozwalając się ostrzejszemu smakowi trochę w tej dodatkowej ilości rozejść.

Na koniec dosypujemy dla zagęszczenia nadzienia mąkę ziemniaczaną lub galaretkę, mieszamy do rozpuszczenia w nadzieniu i jeśli smak po spróbowaniu jest dokładnie taki, jak nam odpowiada, ściągamy jabłka z gazu i pozwalamy nadzieniu ostygnąć.

Następnie wykonujemy ciasto.

Do miski wsypujemy mąkę i cukier, mieszamy razem.

Następnie wrzucamy do nich zimne masło w kostkach i za pomocą dłoni rozcieramy je z mąką i cukrem tak, by otrzymać masę o konsystencji kruszonki.

Dodajemy żółtka, wodę i ekstrakt z wanilii i szybko, starannie zagniatamy w misce ciasto.

Kulę otrzymanego ciasta dzielimy na większą i mniejszą część. Mniejsza - ok. 1/3 ciasta - będzie nam potem służyć do stworzenia "kratki" na wierzch. Z większej - 2/3 ciasta - utworzymy spód.

Obie części formujemy w osobne, spłaszczone dyski i zawinięte w folię wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę, w trakcie której możemy przygotować sobie nadzienie, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Formę na tartę wykładamy folią aluminiową lub smarujemy masłem, aby spód nie przywarł nam do formy.

Wyciągamy większy dysk schłodzonego ciasta z lodówki i na arkuszu folii aluminiowej rozwałkowujemy go tak, by ciasto miało średnicę naszej formy na tartę oraz brzegów i jeszcze coś zostało.

Następnie bierzemy folię z rozwałkowanym dyskiem, zręcznie odwracamy nad foremką do góry nogami tak, by ciasto ją przykryło i ściągamy ostrożnie folię, a ciasto dopasowujemy do spodu i boków formy aż po same brzegi. Naddatek odcinamy.

Napełniamy po brzegi nadzieniem jabłkowym.

Wyciągamy z lodówki mniejszy dysk i rozwałkowujemy tak jak poprzedni kawałek, na folii aluminiowej, by pasował wielkością do średnicy ciasta.

Tniemy go na równe paski 1 i 1/2 lub 2 cm szerokości, w takiej ilości, w jakiej pasuje nam mieć szeroką kratkę na cieście, należy jednak pamiętać, że odstępy między paskami powinny być na tyle duże, by nadzienie miało jak "oddychać".

Następnie tworzymy krateczkę na cieście, w następujący sposób:

1. układamy kilka pasków poziomo na cieście w równych odległościach od siebie i zaginamy do połowy co drugi.
2. układamy 1 pasek pionowo wzdłuż tych zagiętych, zagięte odginamy z powrotem tak, by spoczęły na pasku pionowym. Zaginamy do połowy te, które wcześniej pozostały nie zagięte, czyli ponownie, co drugi.
3. układamy kolejny pionowy pasek tuż przy linii zagięcia zagiętych obecnie pasków, prostujemy je na pasku pionowym. Zaginamy ponownie co drugie.
4. kładziemy kolejny pasek pionowo przy zagiętych, powtarzając cały proces do momentu aż otrzymamy przeplataną krateczkę.

Kratkę lekko zwilżamy wodą i posypujemy cukrem pudrem, po czym wkładamy Apple Pie do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy przez 45 minut lub do momentu aż krateczka będzie złoto-brązowa, a nadzienie zacznie bąbelkować.

Wyciągamy z piekarnika i pozwalamy ciastu ostygnąć.

Serwujemy ciepłe lub na zimno, samo lub z lodami albo bitą śmietaną.

Smacznego!:)




--------------------------------------- 


Ingredients:

Pastry:
3 cups of flour
1/2 cup of caster sugar
250g of butter, cold and cubed
2 egg yolks
4 tblspns of cold water
1 tspn of vanilla extract

caster sugar for lattice sprinkling

Apple filling:
8-10 medium sized apples, mostly hard and sour like Granny Smith (1 or 2 might be softer and sweeter. It will help to create an apple sauce in the filling.)
1/4 cup of sugar (or more, depending on the sourness of your apples)
2 tspns of cinnamon
1/2 tspn of ginger
1/2 tspn of ground cloves
1/2 tspn of ground anise
1/2 tspn of nutmeg
1/2 tspn of cardamom
2 handfulls of raisins
1 tblspn of potato flour

The making of:

First, prepare a filling (or you can make it while the pastry is in the refridgerator):

Wash and peel the apples, cut them into the quarter slices, and put into the pot.

Mix with a sugar and start cooking until the softer ones start to fall apart and first juices appear.

Add the spices and raisins, mix with the apples nicely and cook some more, stirring from time to time, not to let them burn. If the apples happen to be less juicy, add some tblspns of water.

The apples should have a good filling consistence, when there is an apple sauce inside, and still a lot of hard apple pieces. We do not need for them to become a marmelade, just to cook them with spices.

Now it is time for a taste check. We need to have the filling still tasting like apples, but with a clear aroma of spices with it. The amount of spices given in the recipe should be just enough to achieve that, but if you wish to feel more or less of this or that spice, feel free to experiment, just, be careful for the spices not to take over all the apple flavour of the filling.
If something happends and one or more of spices is too much, you can still save the taste, by adding some sugar, or water or lemon juice and mix it vigoriously until the taste is again fine.

Add the potato flour at the end to harden the filling, mix it with the filling until it dissolves, check the taste once again and if everything seems to be ok, put the pot with a filling aside to cool a bit.

Start preparing the pastry.

Mix a flour and sugar in the bowl.

Add cold, cubed butter and work it with your hands until you receive a crumbly mixture.

Add the egg yolks, water and vanilla extract and work it until the dough forms.

Divide the dough into two pieces. Take a third of the dough, shape it into a disc and wrap in plastic wrap. This will be your lattice. Form a disc with the remaining dough and wrap it in plastic wrap. This will be your crust. Refrigerate for at least an hour.

Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminium foil on a pie dish or butter it nicely, so the crust didn't clinged to the dish during baking. 

Remove the larger disc from a fridge. On a lightly floured surface, or between two sheets of baking paper, roll out the dough until it is big enough to line your pie dish.

Flip the baking paper with a sheet of rolled pastry above the pied dish, cover with it, and gently remove the paper, then fashion the pastry to the bottom and sides of the baking dish. Cut of the extras of pastry.

Fill the pie shell with an apple filling.

Remove the second piece of pastry from the fridge and roll is as same as you did with the first one.

Cut the dough into 1.5 - 2 cm wide strips. Arrange them in a lattice over the apples. 

The method of making the lattice:
1. Arrange strips of pastry horizontally across the pie. Fold back every second strip halfway.
2. Place a strip of pastry vertically along the folded strips. Unfold the horizontal strips over the pastry. Fold back the other every second horizontal strip halfway.
3. Place another strip of pastry vertically. Unfold the folded strips. Fold back the originally unfolded strips. 

4. Place another strip vertically and continue with this process until you have a lattice.

Brush a lattice with a little bit of water, sprinkle it with caster sugar, then put the Apple Pie into the oven.

Bake for 45 minutes or till the moment the top will be golden-brown, and the filling starts to bubble. 

Remove the pie from the oven and cool it a bit.

Serve it warm or cold with icecream or whiped cream on top.

Cheers!:)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Pie truskawkowo-rabarbarowy z "Facetów w Czerni III""// Strawberry and rhubarb pie from "Men in Black III"

Faktem pewnym i dokonanym jest to, że lubię fantasy i science-fiction w każdej postaci. Film, gra, książka, nawet muzyka i nic nie jest w stanie się przebić innego przez tą szczelną kurtynę. Romanse nie miały szans nigdy, książki Kinga, sporą, ale też nie podołały - za bardzo boję się horrorów, nawet genialnie napisanych:) Początek tej fiksacji sięga czasów dawniejszych niż przypuszczałam do tej pory. Nie do roku 1996 plus minus rok, dwa lata, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki książkę Wielkiej Mistrzyni Andre Norton i zakochałam się na amen w jej serii "Świat Czarownic", którą do dzisiaj uznaję, za jeden z niedoścignionych, najlepszych klasycznych cykli fantasy. Nie do czasu, gdy ojciec zabrał mnie na "Willow" - mój pierwszy prawdziwy film fantasy dla dorosłych, a miałam wtedy może trzynaście lat. Jeszcze wcześniej, lata wcześniej niż spotkanie ze "Star Wars", gdy miałam dziesięć lat i z otwartą buzią oglądałam na wakacyjnej świetlicy "Nową Nadzieję", stając się fanką SW na wiki wikiw.
To sięga dalej, jak się okazało, do klasyka Clive Staplesa Lewisa. Do cyklu Narni, na którym uczyłam się czytać. Do dzisiaj mam to wydanie z osiemdziesiątego któregoś roku, z nieistniejącego już chyba wydawnictwa KAW. Posklejane, pogryzione przez moje papużki, z latającymi kartkami, ale zajmuje poczesne miejsce na półce z książkami i obecnie czytam je swemu synowi. To samo, stare, przesiąknięte moim dziecięcym zachwytem. Nie zhańbiłabym tego dzieła nowym wydaniem, które nie miałoby... duszy. Sądząc po zachwyconym milczeniu i chłonięciu każdego słowa jak gąbka wodę - indoktrynacja tym klasykiem fantasy idzie pełną parą:D Wcześniej tylko była Mary Poppins, ale nie wiem, czy ten cykl to fantasy tak do końca. Prędzej baśń. W "Lew, czarownica i stara szafa" pojawiają się pierwsze, charakterystyczne cechy gatunku, który mnie zawojował i zdobył na całe życie, pojawia się zło zakamuflowane magią i czarami, walczące z nim dobro i zupełnie dorosłe problemy, czego w Mary Poppins nie było. Dlatego to arcydzieło C.S. Lewisa, a nie żadne inne uznaję za początek tego wszystkiego, co prowadzi nas finalnie do momentu, w którym piszę tę felkę.
I od niego, jak macki wielkiego Przedwiecznego z biegiem czasu, rozpełzły się zainteresowania najpierw w stronę filmów fantasy i sf (rozwijające się równiutko), potem w stronę gier komputerowych, finalnie lokując się w role-playu i planszówkach. I wiecie, uwiłam sobie gniazdo z tych macek, wciągam do niego coraz to nowe rzeczy, adaptuję, rozwijam... i dobrze mi w tym gniazdku jak nigdzie indziej. Jeśli potraficie powiedzieć, że wasze zainteresowanie stanowi integralną część waszego życia, waszego: jestem tym kim się sam stworzyłem, jesteście tak jak ja: szczęśliwym człowiekiem (mimo, a może przede wszystkim) dzięki kopniakom, jakie poza tym sprzedaje nam życie. Ma nas co podnosić i mamy to gniazdo, w którym możemy się bezpiecznie zwinąć i lizać rany, aż w końcu z niego wypełzniemy, by wziąć się z tym sukinsynem za bary.

That being said... jestem fantastką pełną gębą i nie odmawiam sobie niczego w tematach fantasy i science fiction, oraz różnych ich krzyżówek z innymi dziedzinami, jakie zakwitły w kulturze. I, o ile sporo z moich znajomych siedzi, tak jak ja, po końce uszu w literaturze fantasy i sf, znacznie mniejsza ilość wyznaje również filmy z tego gatunku. Dlatego, że raz: nie są książkami i nie wyobraźnia, a ekran podsuwa nam bohaterów, będących na dodatek wizją jakiegoś reżysera, a nie autora i czytelnika. Dwa, jeśli są to ekranizacje książek, to w większości przyjmowane bardzo chłodno i na 90% przypadków - kompletnie pieprzą odbiór ukochanych klasyków. Trzy - powiedzmy sobie szczerze - filmy fantasy i sf są płytkie. W dobie CGI, gdzie każdą magię, każdy dryfujący w kosmosie statek obcych, każdego stwora można stworzyć komputerowo, całe, ogromne budżety wali się właśnie w to. Nie historia, która powinna być sednem opowieści na srebrnym ekranie, staje się ważna, ale to, jak ją pokażą, z jak ogromnymi wybuchami i błyskami, na myśl o których spora ilość epileptyków z miejsca dostaje drgawek. Te historie, które żyją w książkach, które przeżywamy z każdą, odwracaną stroną i suchością w ustach, myśląc dramatycznie  "przeżyje, nie przeżyje... powstrzymam się przed poczytaniem ostatniej strony... o rany... a może jednak? To nie wygląda dobrze, może chociaż zerknę! Jest, Przeżył! Bodaj bym oślepła, teraz wiem jak się skończyło!". Któż z nas, fantastów, tego nie zna:D Te emocje są tak powalające, tak się czasem zżywamy z bohaterami, że sama myśl, że coś z naszych ukochanych, znanych na pamięć dzieł, będą ekranizować, aż boli i wywołuje prawdziwe shit-stormy na mediach społecznościowych, w dyskusjach nad piwem i wszędzie tam, gdzie fandom się gnieździ i nurza w swoim świecie, dymie fajkowym i dyskusjach, tak przez nas kochanych, łączących geeków lepiej niż T-Mobile, ludzi.
Fantaści nie lubią ekranizacji fantasy i sf, ale i tak na nie chodzą, by się po raz kolejny przekonać, że Fabryka Snów nie umie tego robić za grosz (na polską fantastykę w kinie litościwie spuśćmy zasłonę milczenia i nie dodawajmy już ani jednego słowa.). No dobra, "Władca Pierścieni" to całkiem dobry wyjątek. "Star Wars" jedyna, oryginalna pierwsza trylogia - też, aczkolwiek SW było od początku pomyślane jako historia filmowa. Są to jednak nadal wyjątki. I mam przedziwne wrażenie, że filmy sf i fantasy w latach 90tych były... lepsze. Bardziej żywe, miały jednak więcej sensu niż to, co nam teraz w kinach oferują. To, czyli jeden wielki fajerwerk efektów specjalnych. Zdaje się, że CGI - pomyślane jako dźwignia dla urzeczywistnienia tych wszystkich filmów fantastycznych, zadziałało jak kamień młyński, ciągnący ten gatunek na dno, zostawiając niestety na powierzchni cały smród, jaki pozostał po kolejnym, zgwałconym arcydziele fantasy.

Jest źle. Bez wątpienia, jako ktoś, kto od lat jara się całą tą tematyką, potwierdzam, że jest źle. Niedługo zostaną nam tylko książki i komiksy. Filmów nikt oglądał nie będzie, bo niszczą odbiór oryginalnego dzieła. Ludzie będą woleli - jeżeli technologia się rozwinie w tym kierunku - wpakować książkę w jakiś niezwykły czytnik, podłączyć go do fal mózgowych i trafić do ukochanego świata dokładnie takiego, jak on go widzi. I żadne kino nie będzie mu już potrzebne.

W tej powodzi niezadowolenia pływają jednak, jak ostatnie deski po rozbitym statku flagowym "Her Majesty's Cinematic Fantasy", kołyszące się na falach, drobiazgi. Piękne, jak porzucony naszyjnik z diamentem. Błyskotki. Drobinki, które sprawiają, że jeszcze jest coś, dla czego warto pójść do kina na dane sf lub fantasy. Fakt, że to nasze ukochane dzieło będą teraz deflorować... naszym obowiązkiem jest cierpieć przy tym. Nazwisko reżysera. Ukochany aktor, odtwarzający postać, który, de facto, ratuje nam całość samym pojawieniem się na ekranie i tym, że stara się ze wszystkich sił. Muzyka filmowa... ooo... to osobny i zupełnie inny temat, chwała i gloria, trzymająca niektóre filmy do kupy tam, gdzie nie trzyma ich już nic. Detale typu dyskusje, pojedyncze scenki. Śmiech Harley Quinn i różowy kucyk Kapitana Boomeranga na tonącym okręcie, jakim był wyczekiwany z nadzieją Suicide Squad. Rozmowa o pie, którą, jako jedyną, zapamiętałam na długo z filmu Faceci w Czerni III... ta rozmowa, która jest właśnie powodem, dla którego tworzę tę felkę. Ten detal, który sprawia, że całość sequela nie jest tak strasznie głupia, że dziesięć minut po wyjściu z kina, nie pamiętasz o czym był film.
A tak... "hej, oni tam gadali o pie... a wiesz, że to jest dobre? Czasami coś takiego faktycznie pozwala ci nabrać dystansu. Jeden gryz ulubionego ciastka, nie myślisz o tym i pozwalasz by pie ci pomogło.". I wiecie, czasem taki detal zostawia jednak przyjemny posmak na języku. Pamiętasz tą dobrą rzecz, a nie całe to bagno dookoła.
MIB III był do dupy. Ale rozmowa o pie między agentami Smithem (nie pamiętam, kogo grał Smith, dla mnie zawsze gra siebie, kogokolwiek by nie grał) i K. granym przez Tommy Lee Jonesa, była tym czymś, co sprawiło, że film utkwił mi w pamięci. Zerknijcie na ten fragment (pomijając laskę z przodu, bo nie o tym mowa):)

Pie

oraz jeszcze na ten: 

Will Smith Pie (ten akurat dlatego, że mamy tu pokazanego bohatera felki, ale ważniejszy tekstowo jest właśnie tamten:))


Nie analizujesz... filmu na przykład. Pozwalasz by pie... na przykład, zrobiło za ciebie całą tą dobrą robotę. Ono tam jest i to generalnie wystarczy, by jednak coś ruszyło. Coś zapamiętać. I nie skończyć z minus pięcioma dychami w kieszeni i wrażeniem, że właśnie cię wyruchano w ulubioną serię.

A teraz, skoro ta felka zaczyna znowu przekraczać granice normalnej długości, należałoby zająć się samym pie. Tych ciast amerykańskich kilka już mamy na Bantofelkach. Dlatego, że są strasznie dobre i szybkie do zrobienia. I tak inne od tego, do czego przywykliśmy w naszym słowiańskim kraju, opływającym w przekładane masami placki, na cieście o smaku i konsystencji tektury. Właściwie to jest cały dział poświęcony Pie. Jeżeli jesteście zainteresowani, to sobie tam zajrzyjcie, bo to dzisiejsze zdecydowanie nie jest ostatnim z nich.

Jak każde pie, jest ono w największym skrócie nadzieniem zamkniętym w krucho-podobnym cieście z góry i dołu. Bardzo często ta góra ma wzorki, jest też czasem krateczką z ciasta, przez którą widać nadzienie. Czasem jest bezą. Często jej po prostu nie ma, a spód w wielkiej ilości wystaje po bokach, tworząc dekoracyjną barierkę dla nadzienia, by nam nie wypłynęło.
Boki zazwyczaj są karbowane, ponieważ pie piecze się, każde bez wyjątku, w okrągłej foremce na tartę i podaje potem w formie trójkątów. Samo, posypane cukrem, z bitą śmietaną i lodami... tak czy siak, jest cudowne w smaku i nawet jeżeli nie rozwiązuje za nas problemów, to zdecydowanie po jednym kęsie ulubionego pie, człowiek od razu czuje się lepiej.

Agent Smith, w podanym wyżej fragmencie, zamówił pie rabarbarowo-truskawkowe, a ponieważ powtórkę filmu obejrzałam akurat wtedy, gdy sezon na działkowy rabarbar jeszcze trwał, a truskawkowy był w pełni - trafiono w samo sedno, bo akurat szukałam czegoś do upieczenia z mego ulubionego podejrzanego warzywo-owocu, który miałam w lodówce w sporej ilości. Agent zamówił, a ja, podśmiewając się z tych ciastowych scenek, postanowiłam je zrobić.

Niestety nie widzimy go za dokładnie. W drugim filmiku troszkę lepiej niż w pierwszym, chociaż to na apple pie agenta K. jest zbliżenie, ale też wystarczająco je widać. Smithowe pie ma zdecydowanie niechlujny kawałek kratki na górze. Nie wygląda to ani ładnie, ani smacznie, więc machnęłam na kratkę łapą i klasycznie dokonałam tego pie z truskawek i rabarbaru, zamykając je w smakowitej, kruchutkiej skorupce (której nie radzę tykać tuż po upieczeniu bo się wam skruszy, niech stwardnieje w lodówce jak należy... ja wiem, że bosko będzie pachnieć i kusić do krojenia ciepłego, ale wstrzymajcie się!) z góry i dołu.


I oto ono. Niezwykłe, pomagające rozwiązywać problemy, pie truskawkowo-rabarbarowe, które nie ma w sobie części ciał obcych, ani chemicznych dodatków (co pewnie i tak byłoby tym samym, co noga obcego. O, albo paznokieć. Lub macka. I na pewno popsuło by smak.). A skoro lato się nam kończy i nawet jeśli nie mamy już świeżego rabarbaru i truskawek, to na pewno jest w lodówce zapas mrożonych owoców, z których zrobić można prościuteńkie nadzienie. Albo jeszcze lepiej - konfitura z rabarbaru - ta ode mnie na przykład - którą zwyczajnie, zmieszaną ze zmiażdżonymi truskawkami i podgrzaną, by smaki się zlały, przelejcie na spód pie - i wyjdzie wam przecudownie! Ja tak zresztą w tym przypadku zrobiłam eksperymentalnie. I przykład ten polecam, gdy akurat mamy konfitury, a owoców nie, lub nie chce się nam nadzienia robić.
Samo ciasto, nadmieniam, słodkie nie jest wogóle, więc zadbajcie, by środek dostał dość słodyczy, a wierzch został posypany cukrem.

No to jedziemy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Ciasto na spód i wierzch pie:
140g masła
300g mąki tortowej
szczypta soli
3 łyżki lodowatej wody

Nadzienie:
1 słoik domowej konfitury z rabarbaru wedle tego przepisu  (ok. 1/2 litra)
2 garście truskawek mrożonych lub świeżych pokrojonych w kawałki

Wykonanie:

Wszystkie składniki suche muszą mieć temperaturę pokojową. Wszystkie składniki zimne - muszą być dodawane do ciasta zimne.


Do miski wsypujemy mąkę, mieszamy z solą.

Do tej masy wkrawamy masło w małych kawałeczkach, pamiętając, że musi być jak najzimniejsze.

Następnie rozcieramy masło z mąką i solą tak długo, palcami lub widelcem, aż otrzymamy ciasto o konsystencji kruszonki, z malutkimi kawałeczkami masła.

Do tego ciasta dolewamy bardzo zimną wodę i szybko, starannie zagniatamy ciasto, aby połączyło się ze sobą, tworząc zbitą kulę.

Kulę przekrawamy na pół. Jedną część wkładamy od razu do lodówki, a nad drugą będziemy obecnie pracować.

Na poziomej powierzchni rozkładamy płachtę folii aluminiowej, a następnie rozwałkowujemy na niej ciasto na kształt okręgu tak, by pasował wielkością do średnicy formy na tartę, dodając wysokość boków formy, czyli rant.

Formę na tartę smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą lub mąką.

Na tę formę wykładamy rozwałkowane ciasto, zwyczajnie odwracając folię z nim do góry dnem nad foremką, potem ściągamy folię i dopasowujemy ciasto do formy, przyciskając je starannie do dna i boków. Należy pamiętać, by nie zrobić dziur, bo inaczej nadzienie nam wypłynie w czasie pieczenia, oraz by wykleić boki formy do samej góry.

Formę z ciastem wkładamy do lodówki na 40-60 minut.

Nastawiamy piekarnik na ok. 180-190 stopni Celsjusza. Blachę wykładamy folią aluminiową, na wypadek, gdyby nadzienie z ciasta zechciało nam wykipieć podczas pieczenia.

W czasie, gdy będzie się chłodzić, przygotowujemy nadzienie.

Konfiturę z rabarbaru przekładamy ze słoika do garnczka o grubym dnie.

Wsypujemy do niego pokrojone truskawki, mieszamy i zaczynamy podgrzewać, co jakiś czas mieszając, by się nam mikstura nie przypaliła.

Podczas podgrzewania i mieszania konfitura i rabarbar połączą się ładnie ze sobą tworząc spójne nadzienie. Należy wówczas je spróbować, by upewnić się, że ten smak nam pasuje. Jeżeli jest za słodko - nie odmawiamy sobie soku z cytryny, zaczynając od pół łyżeczki. Jeżeli za kwaśno - dosładzamy. Za mało truskawek - dodajemy nieco więcej. I tak aż nadzienie będzie nam idealnie smakowo pasować.

Gotowe nadzienie ściągamy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.

Gdy minie czas leżakowania formy z ciastem w lodówce, wyciągamy je, na ciasto nakładamy ostudzone nadzienie.

Wyciągamy drugą część ciasta i rozwałkowujemy je tak samo jak pierwszą część - na kształt okręgu na folii aluminiowej. I tak samo nakładamy je, tym razem na wierzch ciasta, zakrywając nadzienie.

Dociskamy mocno boki wierzchu do boków spodu, nadmiar odcinamy.

Za pomocą widelca nakłuwamy ciasto w kilku miejscach, robiąc mu wentylację z góry.

Wkładamy formę do nagrzanego piekarnika i pieczemy 30-50 minut, aż wierzch będzie złotawy.

Ponieważ ciasto jest bardzo kruche - popęka na wierzchu podczas pieczenia. Nadzienie również nie za bardzo utrzyma się na miejscu w związku z tym i w którymś momencie pocieknie nam bokiem. Nie trzeba się tym przejmować, ponieważ po zakończeniu pieczenia, ciasto wyciągamy i studzimy w temperaturze pokojowej, a potem wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Przez ten czas wszelakie pęknięcia ładnie się zejdą, a nadzienie zestali i pie będzie można spokojnie kroić.

Gotowy, schłodzony pie posypujemy cukrem pudrem lub kryształem po wierzchu i podajemy samo, lub w towarzystwie kulki lodów waniliowych, lub bitej śmietany.

Smacznego!

-------------------------------------

Ingredients:

Pie dough:
140g of butter
300g of all purpose flour
a pinch of salt
3 tblspns of ice cold water

Filing:
1 jar of home-made rhubarb jam acc. to this recipe (approx. 1/2 litre of jam)
2 handfuls of fresh or frozen strawberries, cut into pieces


The making of:

 All dry ingredients must be in a room temperature. All fridge ingredients - have to be cold.

Mix flour and salt in a bowl.

Chop finely cold butter and put it also in a bowl.

Using a fork or your own hands work the butter into the flour mix, until it all resembles crumbs with a visible little lumps of butter.

Mix it with a cold water and quickly squeeze it all together, receiving a ball of dough. Divide the ball into two halves. One, wrapped in a foil, put into the fridge. You will be working on the remaining one now.

Put a sheet of aluminium foil on a flat surface. Roll on the dough there in the shape of a circle, matching the size of your pie dish, plus a little extra for the sides.

Smear your pie dish with a butter and sprinkle it with flour.

Put a circle of dough into the pie dish, flipping the aluminium foil with it upside down above the pie dish, then remove the foil and fit the dough to the pie dish nicely. Remember not to leave or make a holes in the dough cirlce, for the filing could flow outsides the pie through it.

Put the rough pie in a pie dish into the fridge for about 40-60 minutes.

Heat the oven to 356-374 Fahrenheit. Put a sheet of aluminium foil on the surface of a baking tin, in case the filing boiled out.

While te rough pie is in the fridge, start preparing the filing.

Pour the rhubarb jam from a jar into a pot. 

Put there chopped strawberries, mix it all and start heating up, stirring from time to time.

While heating up, the jam and strawberries should become one, smooth filing, which you should try now. If the taste suits you - remove it from the heat. If it is too sour - add some sugar. If too sweet - ad some lemon juice. Not enough strawberries - add some more.

All in all, the filing, when ready, should be left to chill, before there comes the time to put it into a pie.

When the time is right, remove the rough pie from the fridge and fill it with a filing.

Remove the second part of ball of dough and repeat the process of rolling as same as for the previous part. Put the circle of rolled dough in the top of pie with a filing.

Grip together the ends of the top cirlce with the sides of crust, cut off the extras.

Using a fork, make some ventilation holes in the top of pie.

Put the pie into the heated oven and bake for about 30-50 minutes until golden on a top.

The crust is very crispy and delicate, so it is highly possible, it will break during the baking, and some drips of the filing bubbles out. If this happends, do not fret, for when it bakes already, you should remove it and let it cool in a room temperature, and then put it into the frigde for couple of hours. And during this cold treatment ale the cracks go together nicely and the filing steadies, so the pie will be ready to cut and serve.

The pie, cold and ready to serve should be sprinkled with caster or grated sugar and served with vanilla ice cream or whipped cream.

Enjoy!