Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napitki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napitki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2016

Cheysulski napitek miodowy (saga "Kroniki Cheysuli") / Cheysuli Honeybrew ("Chronicles of the Cheysuli" saga)

Please scroll below for the "red" English version of the post:)

Pod kilkoma względami post, który będziecie zaraz czytać jest absolutnie unikalny na skalę bantofelkową. Nie było jeszcze takiego, ale, kto wie, jeżeli taka forma spotka się z pozytywnym odzewem, może zechcę ją jednak wprowadzić na stałe. Chociaż, nie ukrywam, będzie to cholernie pracochłonne.
Niezwykłość tego posta leżeć będzie w dwóch podstawowych rzeczach. Po pierwsze: będzie od początku do końca dwujęzyczny, w języku polskim i angielskim, jak zresztą widzicie już po charakterystycznym zdaniu na samej górze, pisanym czerwoną czcionką. Jestem w stanie to zrobić całkiem sprawnie, przyznam nieskromnie, jednakże im dłuższa będzie felka, tym więcej polonizmów i wstydliwych byków wkraść się może, a tego chciałabym wszystkim oszczędzić. Dlatego też postaram się skrócić te dwujęzyczną felkę tak bardzo jak to tylko możliwe, zachowując jednak całość treści, jakie chcę w niej wam przekazać.
Drugi powód ściśle powiązany jest z pierwszym. Jak widzicie w tytule - napitek, który wam tym razem zaproponuję, pochodzi z serii książek "Kroniki Cheysuli" autorstwa amerykańskiej pisarki Jennifer Roberson. A ta seria to praktycznie jeden z dwóch  "kamieni z Rosetty" - podwalin pod moje umiłowanie fantasy. Jest też bezpośrednio odpowiedzialna za moje absolutne uwielbienie tematu ludzi zmieniających się w zwierzęta i rozmawiających z nimi w fantasy, zanim jeszcze dokopałam się do systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa" i oddałam mu serce. Rozumiecie: jedni najbardziej lubią czytać o magach, inni o barbarzyńcach; ja w ten sam sposób łapię się na ślepo za wszystko, co traktuje o zmiennokształtnych rasach.
"Kroniki Cheysuli" były pierwszymi, które zdobyły mnie tak do samego końca i absolutnie. Nawet "Światu Czarownic" Wielkiej Mistrzyni Andre Norton się to nie udało aż w takim stopniu. Ta niezwykła opowieść o magicznej rasie zmiennokształtnych wojowników i ich niezwykle inteligentnych zwierzętach zwanych lirami, z którymi dzielą umysły i dusze, o ich sojusznikach i zajadłym, magicznym wrogu, walce o spełnienie się starożytnego Proroctwa, zdradzie, prawości, polityce, wojnie i miłości (w rozsądnej dawce, w porównaniu z resztą wątków) jest moją ukochaną serią książek odkąd w 1996 roku przeczytałam "Zmiennokształtnych" dosłownie w kilka godzin i przez ten czas ani razu nawet nie pomyślałam, by strącić je z zaszczytnego pierwszego miejsca wśród najukochańszych na świecie książek. W ciągu 20 lat nie zjechały nigdy na drugie miejsce, o trzecim nie wspominając, gdzie spokojnie tasowały się przez lata historie o czarownicach Wielkiej Mistrzyni, opowieści o smokach z Pernu, Pani Smoków Anne MacCaffrey i anielska saga "Samaria" od Sharon Shinn. "Kroniki Cheysuli" są... moje. A ja jestem ich. I tego absolutnie żadna inna książka już nigdy nie zmieni.

Dlatego przepisowi z tej serii poświęciłam naprawdę wiele, wiele serca i wysiłku. Jakżebym też mogła chociażby gdybać na temat napitku cheysulskiego, który wybrałam sobie do powołania do życia na blogu, bez konsultacji z jego twórczynią, panią Roberson? Tak jest... jako do tej pory dzielnie męczyłam pytaniami Kubę Ćwieka i Anetę Jadowską o potrawy z ich książek, tak ośmieliłam się potuptać w ten sam sposób do tej, która... uczyniła mnie taką miłośniczką fantasy, jaką jestem teraz (inaczej się tego nie da określić) i z lekką tremą ośmieliłam się ją zapytać, czy rozważyłaby udzielenie paru informacji największej fance Cheysuli jaką ma w Polsce. Wiecie, że się zgodziła i cudownie ciepło i z entuzjazmem przyjęła moje pomysły odnośnie odtworzenia napitku? Oraz, że dostałam od niej tonę naprawdę przydatnych info, które mnie jednocześnie zachwyciły i sprawiły, że wyklinałam na polskich tłumaczy sagi w żywy kamień za kolejne przekłamania oryginału jeszcze bardziej niż dotychczas? Bo, kurcze to, jakich ludzie ten przeklęty Amber zatrudnił do tłumaczenia książki, to woła o pomstę do nieba. Nie dość, że wydali tylko połowę serii, swoim obrzydliwym zwyczajem olewając fakt, że w Polsce ktoś pragnie poznać te historie do końca, (ale nieee... kasa liczy się najbardziej!), to wzięli do tłumaczenia ludzi dla który cheysulskie nogawice - "Cheysuli leggings" - są tym samym co polskie skarpety! Którzy spowodowali kompletny zamęt w kwestii  charakterystycznej cheysulskiej ozdoby - złotych obręczy - bransolet z lirem, noszonych tuż pod bicepsem - tłumacząc "Lir arm-bands"  na naramienniki z lirem, które, kurwa mać, wybaczcie słownictwo, są zupełnie czym innym niż opisane ozdoby i gdzie indziej się je nosi! I którzy wreszcie najbardziej charakterystyczny napitek mojej uwielbianej rasy zmiennokształtnych Cheysuli, noszący oryginalnie dźwięczną nazwę "Cheysuli Honeybrew" - przetłumaczyli na Cheysulskie piwo miodowe, każąc każdemu w Polsce sądzić, że ta rasa spożywa chmielony napój z pianką na dwa palce. Włącznie ze mną.
Akurat to "honeybrew" i przetłumaczenie go jako piwo mogłabym wybaczyć i nie wkurzam się o to jak o poprzednie koszmarki translacyjne, ponieważ "brew" to faktycznie slangowa, stara nazwa piwa, ale też nie wyłącznie. Pod tą nazwą kryją się również wszelakie, robione domową metodą napoje alkoholowe, a tłumacz też nie siedział w głowie Jennifer, by się domyślić, czy chodzi o piwo czy inny napitek, więc wziął najprostszą formę i osiadł na laurach.

Jako się rzekło (nim się znowu rozpisałam, w swym słusznym gniewie grzmiąc na niedouczonych tłumaczy), przyjemnie pogawędziłam sobie e-mailowo z Jennifer Roberson, co zaowocowało wyjaśnieniem podstawowej kwestii, czyli tego czym jest, a czym nie jest "Cheysuli Honeybrew". Jest, jak się okazuje, cheysulskim napitkiem na bazie miodu pitnego, tylko mocniejszym, słodszym, ciemniejszym i bardziej korzennym, niż nasze zwykłe sklepowe lub pędzone w domu miody. Jako wyrób domowy, a raczej namiotowy:) nie zalatuje też spirytusem i siarczynami konserwującymi, bo cała jego moc idzie prosto z przefermentowanego miodu. Ze względu na moc, serwuje się go w niedużych, drewnianych kubkach, mniejszych niż typowa szklanka (powiedziałabym, że 200ml max.) najlepiej z grubymi ściankami, bo prawidłowa forma podania cheysulskiego napitku miodowego jest na ciepło, czy wręcz na parująco, by rozgrzać i wlać w kości podróżnego ciepło domowego ogniska i powitania. Rzecz jasna na zimno też można go podać i taki też Cheysuli i ich goście popijali w książkach, ale w mojej opinii ciepło dodaje mu kopa i sprawia, że te wszystkie przyprawy korzenne i miód, zawarty w napitku, parują najcudowniejszym na świecie, dzikim charakterem, z którego przecież słyną Cheysuli.

I właśnie z tego względu, że Jennifer wie, że napitek jest w produkcji, że to jest jej dzieło, które okazało się tak fantastyczne w smaku, że moi znajomi już żądają go ode mnie za każdym razem, gdy przyjdą z chłodnej, zimowej aury w odwiedziny i że z takim ciepłem przyjęła mój pomysł i że, do cholery, jest to jedyny sposób w jaki mogę jej podziękować za stworzenie sagi o Cheysuli - przetłumaczę cały ten post na angielski, by i ona mogła go zrozumieć i uśmiechnąć się na myśl jaką to die-hard fankę ma w tym kraju turów, po z górą 30 latach od stworzenia serii "Kroniki Cheysuli". A także, kto wie... może zechce spróbować dzieła swego umysłu i moich rąk i zasmakuje?

A skoro tak, należałoby się już zabrać do pracy z odtwarzaniem cheysulskiego, miodowego napitku, nie? Szczególnie, że tak właściwie to jest to niezwykle szybkie, jeżeli idzie się na skróty.

Miodowy napitek Cheysuli stworzyłam, zgodnie z informacjami od Jennifer, z domowego miodu pitnego, którego pierwszą, chwalebnego smaku partię nastawił mój własny mąż na początku tego roku. Miód odstał i przefermentował swoje, przeniósł się kilkakrotnie do różnych butli i praktycznie w tym momencie jeszcze miesiąc i będzie lądował w butelkach na leżakowanie. Im bowiem miód dłużej leży, tym lepszego nabiera smaku i mocy. Jak jednak widzicie - czeka się co najmniej pół roku  na bazę dla napoju. Jest to więc dłuższa ale i najlepsza możliwa smakowo wersja Honeybrew, jaką uzyskamy, jeżeli do poniższego przepisu użyjemy wyrobu domowego.
Niecierpliwi mogą pomodlić się do bogów o znajomych, którzy również sycą własne miody w domowym zaciszu i są skłonni poratować ich szklaneczką. Lub w ostateczności, zakupić sobie butelkę dobrego czwórniaka, trójniaka, lub dwójniaka i (o ile zapach siarczynów i spirytusu nie zepsuje im odbioru) już po kwadransie od powrotu z monopolowego, cieszyć się napitkiem. Ponieważ jedyne, co zrobimy tak naprawdę, to dosmaczymy nasz miód pitny prawdziwym miodem i przyprawami w ilościach, jakie po wielu próbach i degustacjach kolejnych wersji napoju (po których to testach solidnie kręciło się paru osobom w głowie:D) dobrałam tak, by wszystko w napitku idealnie było czuć: od kopa alkoholowego, po rozwijające się w cieple zapachy i aromaty przypraw korzennych, parujące z kubka, po cień aromatu anyżu na końcu języka, gdy napitek już przełkniemy.
Ważne jest również to, by za każdym razem tworzyć sobie świeżą porcję cheysulskiego napitku. Świeży wiadomo, najlepszy. Natomiast na chwilę obecną nie jestem w stanie przewidzieć, co się stanie, jeżeli miód zaprawiony cheysulsko, zapakujemy do butelki i pozwolimy mu stać. Czy nie skwaśnieje? Czy nie skorzysta z dodanej porcji cukrów, drożdże się nagle nie ruszą do życia i nie przefermentuje w ocet (bo i tak się stać może)? To jest kwestia testów... na które niestety nie bardzo możemy sobie z mężem pozwolić, bo po miód, jeszcze nie gotowy, już ustawia się kolejka chętnych, więc marnowanie go nie leży obecnie w naszej sferze zainteresowań:)

Biorę pod uwagę fakt, że jeżeli zechcecie wypróbować przepis już teraz, to na pewno nie zaczniecie od procesu sycenia miodu, by za rok doczekać się efektów, tylko zwyczajnie sięgniecie po gotowy miód pitny z dowolnego źródła. Dlatego przepis obecny zawierał będzie informację, że użyć powinniśmy jako bazy do napoju domowej produkcji miodu pitnego. Wskazówek teraz na tę produkcję nie podam. Nie w tym przepisie. Raz, bo jak napisałam wyżej, nikt czekał nie będzie rok na to, by go popróbować, jeżeli chce napitek zrobić teraz, a dwa, ponieważ mój ślubny mniejszą uwagę zwraca na proporcje składników niż ja, więc gdy go dziś dręczyłam o dokładne ilości drożdży i innych składników, jakie dodawał do miodu na początku sycenia, prawie rok temu, odpowiedział z niezmąconym spokojem (nie zwracając uwagi na moje sfrustrowane sapania): "nie pamiętam, ale jak będę kupował składniki na nową partię miodu, to się dowiem od winiarza i ci powiem".
Cóż więc zrobić: teraz nie wiem na tyle, by podać wam sprawdzony przepis na doskonały domowy czwórniak, jaki zrobiliśmy, co musicie mi wybaczyć. Ale tak czy siak, Bantofelki doczekają się przepisu na miód pitny, pewnie jeszcze w tym roku, to wam mogę obiecać.

A teraz, bez dalszych opóźnień, przystąpmy do stworzenia cheysulskiego napitku miodowego, by rozgrzać się w ten chłodny, wietrzny i śnieżny (przynajmniej w Polsce), listopadowy czas. A potem zalecam z kubkiem w dłoni zwinąć się w kłębek w ulubionym fotelu, okryć ciepłym kocykiem i sięgnąć po pierwszy tom "Kronik Cheysuli" Jennifer Roberson - "Zmiennokształtnych", by w pełni docenić niezrównane walory pierwszego i kolejnych tomów sagi i jakże tematycznego napoju, pasujące do siebie jak Lir i jego Wojownik, w idealnym sul'harai.

Cheysuli i'halla, shansu (Niech ogarnie was spokój Cheysuli)...


Składniki (na 1 kubek Cheysulskiego napitku miodowego):

240ml domowego miodu pitnego np. czwórniaka
2 goździki
1 łyżka naturalnego miodu gryczanego lub spadziowego (powinien być z gatunku ciemnych)
1 kora cynamonowa
szczypta(na koniec łyżeczki) sproszkowanego imbiru
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 gwiazdka anyżu
1/3 łyżeczki zmielonego cynamonu

Wykonanie:

Miód przelać do garnuszka z grubym dnem, połączyć z łyżką miodu i resztą składników, poza sproszkowanym cynamonem.

Podgrzewać miksturę na niewielkim ogniu aż się zagotuje.

Wyłączyć ogień, dosypać sproszkowany cynamon, starannie wymieszać i raz jeszcze podgrzać, nie zagotowując tym razem.

Gdy napitek zacznie ponownie mocniej parować, ściągnąć z ognia i zostawić na moment w garnuszku, by aromaty sie przegryzły a temperatura napoju nieco spadła.

Przelać ostrożnie mocno ciepły cheysulski napitek miodowy do kubka o grubych ściankach, starając się zostawić przyprawy na dnie garnuszka (można i przez sitko) i spożywać z ogromnym zadowoleniem.

Smacznego!

-------------------------------------------


The following post is a really unique one on this blog. There has never been one like this before on Bantofelki, but, who knows, if you like it and request more in the new fashion I am presenting now, maybe it is a beginning of something new and good and stays that way permanently. Though it will be really time consuming, I must say.
The difference between this and all the previous posts is relaying mainly on two things.
One: it will be bilingual from the top to the bottom, in Polish as well as in English, as you might have already noticed, reading the red note on the top of the text. In my humble opinion, having all the translating experience throughout the years of studying English, I am capable of doing this without many problems. Although the longer the original colie is ("colie" - short from "column", which I obviously cannot write yet. But "colies" - a small columns - indeed I do:) "Felka" is the polish translation for "colie"; shortage from "Felieton"), the more possibilities I may have to make stupid grammar mistakes and polonisms, which, of course, should not appeare in any released text if the author wants to be treated seriously. That is why I will try to make it not as long as I usually do, but still conclude all the information I feel are necesarry, in it.
The second reason, which makes this colie so special, is closely connected with the first one, although at first it may not seem this way. As you can see in the title of the post - the beverage which is the main hero of this colie appeared for the very first time and thus was created for "The Chronicles of the Cheysuli" - a fantasy book series of an American author Jennifer Roberson. And this book series is practically one of the two most important "Rosetta stones" in my career as a fantasy fangirl - a basics which made fantasy my main bookwormy love interest. And The Cheysuli series is definitely the one which conquered me for the topic of humans shapechanging into animal form and having with them telepathic contact to the point it became my most favourite thing in all the fantasy verses, long before I became familiar with "Werewolf: The Apocalypse" role-playing game. Are you getting my point? There are the ones that love to read everything they put their hands on  about mages or barbarians or vampires; For me - it is the shapechangers and everything connected with them.
"The Chronicles of the Cheysuli" series was the first one that owned me to the very core of myself. This never happened before, even with "The Witchworld" series by The Grand Mistress Andre Norton, which I also love dearly and read a year earlier. This amazing tale about the magical race of the Cheysuli - shapechanging warriors, and lir - the animals connected with them on a level of spirit and mind, their allies and lethal, magical enemy, the fight to fullfill the ancient Prophecy of the Firstborn, betrayal, righteousness, politics, war and love (in a reasonable amount in comparison to the rest of the story threads) is my beloved book series from the memorable year 1996, when I read for the first time "The Shapechangers" - the first book of this 8-part-saga. In a matter of a few, short, delightful hours spent on reading it I imediatelly put it on the very TOP THREE of my favourite book series and, while the years have passed by, not even once thought about changing their position. The Cheysuli saga was always on the first place, never gone down to a second or the third position, which belonged interchangeably throughout these 20 years to the witch stories of the Grand Mistress, tales about the dragons of Pern created by The Dragon Queen Anne McCaffrey, and angelic saga "Samaria" by Sharon Shinn. "The Chronicles of the Cheysuli" are... mine. And I am theirs. And there is no changing of them or me, like ever.

Therefore I put a lot of work and heart into the recipe which was based on a beverage from my beloved series. Following this, how could I even think about recreating the traditional Cheysuli beverage without consulting with the author, Ms. Roberson? That is right... till this moment, only the Polish authors: Jakub Ćwiek and Aneta Jadowska had the "pleasure":P to meet with my hurricane of questions concerning the foods and drinks from their books. So, to make it all right and just how it should be, I fought my shyness and allowed myself to contact with the one author who's stories made me... well, me, as fangirly as I am now (there is no other way to describe it) and ask humbly if she would be so kind and answer some Cheysuli based questions to the biggest Cheysuli fan in Poland she has. Can you imagine my wonder when she actually said yes, and approached to the idea of me recreating the Cheysuli beverage in a real life with kind and warm interest? And thanks to Jennifer I got a lot of incredibly important information which, at the same time made me fiery mad for Polish translators! Again! For it is unbearable to read some parts of the Cheysuli saga they translated not paying any attention to what kind of book they translate and even what time period is the whole saga embed if you compared it to the real life history. So, thanks to Amber publishing house it hired them (not to mention about releasing only four of the total eight books of the whole series... how typical for Amber!), we could read in a Polish edition about "Cheysuli leggings" which were translated as "socks", we were misslead that the traditional Cheysuli adornment - "Lir arm-bands" - golden bracelets honouring the lir, worn directly under the biceps by the Cheysulis, are the "Cheysuli pauldrons" - what is a completelly different thing worn in a different part of a body! And who, finally translated the most characteristic Cheysuli beverage called originaly "Cheysuli Honeybrew" as Cheysuli honey beer", making all of us in Poland reading this, including me, to think about this beverage as a typical hop beer with foam, tasting like honey!
Well, ok, in case of  a "honeybrew" I am able not to loose my temper as much as with the other translation mutants they created, for the "brew" is actually an old, slang name for a beer, but not only for a beer. As I researched the topic recently, I found out that the name was used to describe most of home-made alcoholic drinks in the past, not only for a beer, but also for a mead, wine, tincture and so on. Also the translator probably wasn't too interested in explaining this ambiguity with an author, didn't know what kind of drink it was, and what was on Jennifer's mind when she was writing about the honeybrew, so he took the easiest way, translated it as a beer, and closed the case. How typical...

Anyway, as I wrote previously (before I caught fire and started throwing thunders in a direction of those sloppy translators), I shared a pleasant e-mail conversation with Jennifer Roberson, who explained to me what the "Cheysuli Honeybrew" is exactly and what it is not.
It is, as the author explained, the beverage which base is a home-made mead. However it should be sweeter, more powerful, darker and more spicy then the mead we can buy in a shop, or make it at home by ourselves. As a home-made, or a tent-made:) product it also shouldn't have even a hint of added spirit or sulfurs as a preservatives, for all the alcoholic power and the taste of this beverage comes from fermented honey. Also, according to Jennifer and what we can actually read in a books, the Honeybrew should be served in a small cups, wooden preferably, smaller then typical 250ml (200ml is just enough I would say), or in a thick glass cup because of the high percentage of the alcohol. The reason for this is that honeybrew best tastes served warm or even hot, to warm up the guests in a proper way and when you heat up the alcohol it becomes even more powerful so it would be better to serve it in a small amounts at the time, not to drunk a guest with just a one cup. You can also serve it cold, and as far as I remember it was also drunk like that in a books from time to time, but in my opinion, serving it hot makes all the aroma from spices, honey and alcohol vapour straight into your very core and after just one sip, this amazing beverage bites you as wildly as the Cheysuli drink should be capable of.
So there you have it... the reason. The main reason for it all to be translated. Jennifer knows that the Honeybrew was recreated, she was excited about the topic and expressed her interest in trying it out, and it came out so unbelivably great tasting, that my friends are asking every now and then for a cup, especially when they come to visit us from a cold weather, desiring the warm up. And, damn, this is really a good way to express once again my gratitude to Herself for creating this amazing saga, and this real-life Cheysuli Honeybrew makes a great tribute for Jennifer Roberson, thus I translate it all to English, to allow her to read it and understand. Maybe smile a little bit at the die-hard Cheysuli fan she has in Poland still loyal after decades from the moment "The Chronicles of the Cheysuli" was relesed. And who knows... maybe she will actually make for herself the recreated Cheysuli Honeybrew and declares it tasty and just as she imagined?

Then, there is nothing more I can add here, except encourage all of you reading this text, to make yourself a cup of Cheysuli Honeybrew. Especially because it is as easy and quick as one-two-three. And add bits and pieces of useful information about recreating it, so it came out great.

I made my Cheysuli Honeybrew following Jennifer's information, out of a batch of home-made mead, that my husband started making about a year ago. The mead was fermented a few times, it was poured to a different bottles a few times to clear it up and it needs probably another month to achieve the full potential of the taste, though it is possible to drink after the second change of a bottle, about a 7 months after starting the production. Then it should lie some more, bottled, in the dark shelves, like a wine. For the longer you let it rest, the tastier it becomes. So, as you can see - you have to wait at least 6 months for a base of a beverage to be ready. This is probably the longest way of making it right, but also ensuring the best taste results.
However, if you are unpatient, you do not have to wait so long for the mead. If you have a friend that is making his/her own mead - ask nicelly about a cup of this drink, and there you have the necesarry base. Or you can just buy the mead in a supermarket (just choose it carefully, for it should be the best possible quality to achieve the best results) and about 15 minutes after coming home with it, you can sip your own glass of Cheysuli Honeybrew. Because the only thing that you will be doing with it is seasoning it with a real honey, and spices that I carefully selected and measured the amount and after a lot of taste checkes (which resulted sometimes in a, well... a small hangover:P) decided that everything is tasting perfectly in it: you can smell the rising aroma of honey and spices while the hot honeybrew is vapouring and feel the power of alcohol burning in your stomach and warming you at the same time after just one sip. It is also important to make a fresh batch every time for the sake of the best taste, but also because I am not sure now what will happend if you make more then just one cup, bottle the Honeybrew and let it rest. It may become even better, or become a vinegar. I guess it is the matter of time... and more mead to tests, which we do not have as much as we would like now, therefore this kind of tests will take place some time in a future, when there is enough bottles of mead in a cupboard:)
Now, as you supposedly will not start making the Chesyuli Honeybrew creating the home-made mead for the base, and you just grab a cup of this alcohol bough or offered from your friend, I will only hint you in a recipe about the mead base, necesarry to make this beverage. However I will not give you the recipe for creating it, not yet at least. It will appeare on the blog for sure, but as it is not critically necesarry now (and my husband just do not remembers a proper amounts of ingredients that he mixed like a year ago and never wrote it down), you will have to wait patiently for it till the moment my hubby starts making another batch of home-made mead. And this time I will write down the recipe for you as well as for us, for the future use.

So... there you go. Here is a recreated Cheysuli Honeybrew, which you can made from a good quality mead and a mix of spices and honey, and while there is now snowy, cold and winter weather here in Poland, grab a cup of this fantasy beverage, cover yourself with a warm blanket, and drink it while reading the "Shapechangers" by Jennifer Roberson to fully understand why I loosed my mind over it so completelly and to appreciate the story together with a warm beverage matching it so perfectly like a Warrior and his Lir in a union almost like a sul'harai...

Cheysuli i'halla, shansu (May the peace of Cheysuli lie upon you)...


Ingredients (for 1 cup of a Cheysuli Honeybrew): 

240ml of home-made mead (or the best quality store-bough one)
2 cloves
1 tblspn of a natural buckwheat or honeydew honey (it should have a dark brown colour)
1 pce of a cinnamon bark
a pinch (tip of a tspn) of powdered ginger
1/3 tspn of nutmeg
1 anise star
1/3 tspn of a ground cinnamon


The making of:

In a small, heavy pot mix together the mead with a honey and spices, all except ground cinnamon.

Start heating the mixture on a small fire until it starts boiling.

Remove the pot from a fire, add ground cinnamon, mix it all up, and heat it up once again, this time only till it starts simmering. Do not boil it again.

When it start vapouring heavily, giving up the greatest aroma, remove it from fire and leave it to cool a bit for all the tastes to mixed properly.

While still very warm, carefully pour the Honeybrew into the small cup, trying to leave all the spices in a bottom of a pot (you can use a small strainer for this step) and serve it to your guests or to yourself enjoying the amazing taste of this fantastic beverage.

Cheers!

czwartek, 13 października 2016

Nuka Cola Quantum (Fallout 3)

"War... war never changes..."
Czy jest na świecie jakikolwiek gracz, który nie kojarzyłby tego hasła? Nawet taki weekendowy, nie posiadający wypasionej maszyny z przeznaczeniem na gry komputerowe? Stawiam dziesięć do jednego, że nawet, jeśli nie grał w grę, dla której to hasło jest niejako sloganem reklamowym, to na sto procent każdy wie, że chodzi o "Fallout" - najsłynniejszy, postapokaliptyczny cRPG wszechczasów. Absolutny klasyk, nie do pomylenia z niczym innym, tak jak Super Mario Bros, Tetris czy Mortal Kombat lub Tomb Raider sprzed kilku dekad. I tak jak te gry, "Fallout" doczekał się kilku sequeli, z których tylko jeden ogólnie jest nazywany gniotem - trójka, jakby kto nie był pewien - i niezliczonej liczby klonów. Ponieważ większość gier post-apo, jaka powstała po "Falloucie", jest budowana na jego sukcesie.
Należę niestety do tych, których kompy nawet przed 2000 rokiem nie mogły za wiele udźwignąć, więc grałam tylko przelotnie w "jedynkę". W "dwójkę" wsiąkłam za to koncertowo, i mimo mnóstwa bugów i zwiech gry w najmniej odpowiednim momencie, "Fallout 2" była tą, w którą, poza równie ukochaną serią "Heroes of Might and Magic" grałam do końca przez długie tygodnie. Ewenement, słuchajcie, bo zwykle gry mnie nudzą albo odrzucają przez to, że albo wymagają za dużo od mego dziadka-kompa, albo zamiast rozrywki dają frustrację i nerwy, bo "coś". Nie mam w zwyczaju poddawać się przez byle co, ale nie da się ukryć, że czasami gra, mimo pięknej grafiki, miodności i grywalności wyśrubowanej na maksa, serii interesujących questów zwyczajnie nie podchodzi.
Ze mną i "Falloutami" sprawa przedstawia się tak, że spośród niewielu gier, do niej mam ochotę wrócić. Hell, gdybym miała jeszcze płytę z grywalną, nie zawieszającą się "dwójką", pewnie już bym ją instalowała na dysku.

Pomyślicie sobie pewnie: co ze mnie za uwsteczniona istota, skoro zatrzymałam się na etapie "dwójki", jako, że tylko o niej gadam, a przecież niedawno wyszła fantastyczna "czwórka", zbierająca tak doskonałe recenzje, jak złe zbierała jej poprzedniczka? No, taka, jak tylko kobitka posiadająca rodzinę, trzydziestkę plus na karku i zero czasu na siedzenie godzinami przed monitorem średniej jakości kompa, mieć może. Jestem stara! Straszne! Ale, chociaż nie rozumiem sporej ilości memów internetowych i nie widzę niczego kultowego w haśle "yolo", doskonale pamiętam ciary na karku, gdy słyszałam pierwsze słowa z intro "Fallouta", wypowiedziane głosem mego ulubionego aktora Rona Perlmana (od początku zaangażowanego w ten projekt) i słyszałam nawiedzone tło muzyczne gry. Czy jest to aż tak różne od tego, co wy odczuwacie teraz, będąc w tym radosnym, studenckim wieku, jeszcze przed zanurkowaniem w życie rodzinne, gdy można imprezować i/lub grać do rana, patrzycie na wypasioną grafikę "Wiedźmina" i gracie w niezwykłym świecie stworzonym przez Sapkowskiego? Właśnie, nie. Mimo tylu lat, jakie dzielą mnie, jako aktywnego gracza, od was, tnących w gry teraz, podczas gdy w czasie gdy ja to robiłam, budowaliście z klocków Lego, wrażenia są te same. Zachwyt podobnego kalibru, chociaż mnie do szczęścia nie była potrzebna płynna, filmowa niemal grafika, pikseloza nie przeszkadzała... liczyły się przede wszystkim wrażenia i to, że nie mogłam ruszyć tyłka od kompa, bo "jeszcze ten quest skończę...". A potem 3 rano za oknem, zmrużone zmęczeniem, przekrwione oczy, w których malowało się zdumienie, że to już "dzień dobry", a nie "dobranoc" należałoby powiedzieć i za kilka godzin będę musiała wstawać, a jeszcze się nie położyłam!
Tamten stary Fallout to miał. I mam dziwne wrażenie, że "czwórka" też by to miała, też by mnie tak przykuła do kompa - gdyby tylko był, łaskawca, w stanie nie blue-screenować się, gdy zadania, jakie mu zlecam, go przerastają:)

Nie grałam więc w czwórkę. Trudno, może jeszcze zagram. Mam jednak za sobą i jedynkę i dwójkę i trójkę - nie aż tak kompleksowo, jak mą ukochaną część, ale też przeglądałam, prychając z urazą, bo to już "nie to, co za moich czasów...". Nie to. Ale... zawsze "Fallout", nadal głos Perlmana i z tej przyczyny szacunek dla jednego z ulubionych tytułów się należy.

W wielkim skrócie: wszystkie części gry dzieją się dekady po wielkiej wojnie nuklearnej z 2077 roku, podczas której w ciągu dwóch godzin ludzka cywilizacja obróciła się w perzynę i zamarzła w wichrach nuklearnej zimy na całe dziesięciolecia. Ci, którym udało się uciec przed atakiem nuklearnym, schronili się w Schronach (Vaultach) i tam kontynuowali egzystencję do czasu, aż opadł radioaktywny pył i można było wrócić do świata. Kto jednak powiedział, że ten świat chętnie ich przyjmie, a zniszczona ziemia nadal oferuje to, do czego przywykli lub czego się spodziewali? Ci, którzy nie zdążyli do schronów, ale jakoś przetrwali, stworzyli prymitywne społeczności na ruinach dawnej cywilizacji, żyjąc z jej resztek i, jeśli mieli szczęście, tylko egzystencja im dokopuje. Inni na wskutek promieniowania dawno stracili miano ludzi. Roślin niemal nie ma. Zwierzęta zmutowały, nieraz dwa gatunki łącząc w jeden, a miejsca, gdzie częściej promieniuje radiacja niż słoneczko, są częściej spotykane niż się by mogło zdawać.
I tam żyje wasz bohater, czy to poznając nowy świat, tuż po opuszczeniu Vault'u, pomagając rodzinnej wiosce nie obrócić się w perzynę, szukając zaginionego członka rodziny i wsiąkając w to całe post-apokaliptyczne zło tamtego świata, które dla ciebie, gracza, jest wielkim, miodnym, wciągającym dobrem.

Jak już wspomniałam wcześniej, w zależności od tego, kiedy dana część gry była wydana i jak kto do tego podchodził, graficznie albo zachwycała, albo odrzucała, ale nie to było ważne. Najważniejsza była złożoność świata gry i zadbanie o detale. Wiadomo, czego należałoby oczekiwać po takim świecie. Ruiny, dość jednorodna kolorystyka, mnóstwo różnych stworów i broni, którymi się je kosi dookoła... starczy tylko zacząć się rozglądać i grzebać w kupach szmelcu. A taki szaberek i dropienie itemów z przeciwników jest, było i będzie fajną, zabawną rzeczą.

Jednym z fantów, na który trafiłam podczas swojej krótkiej przygody z trzecią odsłoną serii "Fallout", była ciekawa, jarząca się, niebieska butelka, na którą wlazłam przypadkiem eksplorując świat, leżącą gdzieś luzem. Po bliższym przyjrzeniu się, butelka okazała się być rzeczą, którą można wykorzystać do podniesienia sobie uszczuplonego paska zdrowia, co bardzo było mi potrzebne, jako, że ledwie zipiałam. Ale przy tym... czemu mi pasek radiacji nagle skoczył? Czemu do cholery umieram! Pomocy, gdzie jest Rad-away! Nie mam, kurwa! Nie..... nie, zasejwowałam! NIEEEEEEE!
Czy życzysz sobie zacząć grę od ostatniego zapisu? - zapytuje mnie komputer, podczas gdy morderczo patrzę na postać wykończoną za pomocą... napoju...

Tak jest... tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Nuka-Colą Quantum. Zabiła mnie radiacją, i nawet podwójna wartość regeneracyjna, jaką dawać miała, nie zdążyła nic dobrego zrobić!:D Nie dlatego, że była dobrem konsumpcyjnym, szczególnie szkodliwym, ale dlatego, że trafiłam na nią tuż po walce z czymś, co ściągnęło mi sporo zdrowia i bardzo nieładnie napromieniowało, a nic nie miałam innego do poratowania się. Co nas uczy już na wstępie: nie jedz żółtego śniegu! Nie, to nie to... nie pij podejrzanie wyglądających, świecących butelek w grze, gdy nie jesteś do końca zdrowy.
Ale ta butelka to mnie zaintrygowała...

Po latach nie grania i na nowo obudzonym zaciekawieniu Falloutem, w związku z pojawieniem się części czwartej, a także, jakżeby inaczej, przyglądaniem się wielu tytułom pod kątem zjadliwości bohaterów tła, przypomniała mi się i ta flaszeczka, a myśl "a gdyby tak spróbować to odtworzyć?" była nieuniknioną konsekwencją powyższego wnioskowania.
Jak należałoby się spodziewać, po Quantum nastąpiła prawdziwa lawina odnajdywanych i odkrywanych na nowo innych, smacznych rzeczy z tych gier, które, poczynając od zapamiętanego do tej chwili pierwszego dobra konsumpcyjnego, znalezionego w "dwójce" - meat jerky, a kończąc na Mississippi Quantum Pie, przetłumaczonym u nas jako Kwantowy Placek z zawartością Quantum, rzecz jasna i pewna, trafią na Bantofelki.

Skupmy się wpierw jednak na tym pierwszym dobrze, które wytrygowało moją chęć na dłubanie w temacie Quantum i falloutowych dóbr konsumpcyjnych. Jak zwykle na początek dokonałam researchu. Co to, jak to opisują i tak dalej. Bo poza wyglądem płynu do płukania ust Listerine w butelce po Coca Coli, na pierwszy rzut oka nie wiadomo nic.

Otóż, wszelakie wiki dostarczają nam następujących informacji (pozwólcie, że zacytuję tradera Milo, z "trójki" i dodam własne tłumaczenie):

"- This product is the pinnacle of taste sensation. Seventeen fruit flavors and that signature cola taste blend to form the perfect refreshing soft drink. With its new Strontium additive, it's got that unique kick to keep you on your toes." (Ten produkt to szczyt doznań smakowych. Połączenie smaku siedemnastu owoców i coli daje w rezultacie doskonały, odświeżający napój bezalkoholowy. To, co w nim jest innowacyjnego to dodatek izotopu Stronium, który jest tym przysłowiowym kopem smakowym, wyrzucającym cię na orbitę.)

Jeśli chodzi o skład, Nuka Cola Quantum składać się miała z:
 - wody gazowanej
- barwnika karmelowego
- aspartamu
- kwasu fosforowego
- benzoesanu potasu
- naturalnych aromatów (17 + jeden dodatkowy)
- kwasku cytrynowego
- kofeiny
- izotopu radioaktywnego Stronium
Yummy! Ile sztucznych pyszności:D
 

Tylko teraz co zrobić, by to wszystko z gry przenieść na real?
 Bardzo prosto wyjaśniono, co powinno się znaleźć w smaku tego napitku. Smak owocowy i cola (po nazwie). Oraz niewątpliwie kolor niebieski, charakterystyczny dla Quantum. Jest to do osiągnięcia, tak sobie pomyślałam, ale raczej własnym sposobem, ponieważ internety bardzo nędznie nas informują w kwestii, z czego inni próbowali osiągnąć Quantum. Nie podobały mi się te przepisy, już na pierwszy rzut oka nie zapewniały smaku jak należy, uznałam więc, że amerykańcy, własną metodą idą na łatwiznę i postawią tylko na kolor, bo któż to by zechciał pić? Albo przeleją energetyka do szklanej butelki i podświetlą żarówką LEDową. No, w niektórych przypadkach, faktycznie tak robiono. Ale ja uparłam się, że nie tylko zrobię to niebieskie, o smaku coli i owoców, to jeszcze smaczne!

 O matulu... wczoraj dostałam tym przepisem w czaszkę, bo nic, NIC, nie chciało wyjść jak zaplanowałam. Początkowa próba z multiwitaminą Tymbarku (15 z 17 smaków owocowych, wyliczonych w składzie na pudełku) i coca-colą, dała może i dobry smak. Ale kolor, jaki uzyskałam po użyciu dwóch łyżeczek barwnika niebieskiego na tej miksturze, nawet rozwodnionej, w najlepszym wypadku wychodził zielony, na dodatek tak mętny, że światło przez niego się nie przebijało i należałoby zapomnieć o iluminacji (którą też zamiarowałam osiągnąć). Z wielkim bólem serca musiałam więc odstawić sok owocowy i zmniejszyć ilość coli w stosunku do wody gazowanej, ale za to uzyskiwać zaczęłam dobry kolor. 
I tak, po trzech próbach, podchodząc od dupy strony do przepisu, rozpaczliwie pilnując koloru, podczas gdy smak podkręcałam po odrobinie tego i owego, zgarnianego z półek, w końcu osiągnęłam, co chciałam.

Moja wilkołacza ekipa testowa, pod przewodem Azraela, (który czekał na Quantum domowej produkcji, jak na zbawienie, jako autentyczny fan Fallout i klimatów post-apo), spróbowała z wahaniem zawartości 200ml buteleczki z niebieską zawartością i nalepką Quantum, ale i z zaufaniem... w końcu dokarmiam ich podczas sesji od ponad roku wszelakimi swoimi pomysłami i jeszcze się nie przekręcili. Wiecie, że nie dość, że przeżyli testy, to jeszcze stwierdzili, że dobre? Już niby poddawałam w wątpliwość ich poczytalność, za co mnie niezmiernie kochają, ale do tej pory, jakieś 20 godzin od testu nie słyszałam, by któryś się struł moim Quantumem, sikał na niebiesko, albo ział ogniem...chyba przetrwali:)
A skoro erpegowe świnki doświadczalne (dostanie mi się, oj!:P) mówią "Si", oznacza to, że produkt dopuszczony został do konsumpcji i nawet może się spodobać. A zdjęcia jakie mi wyszły! Ohohoooo!
Od razu tylko rozwiążę kwestię świecenia: radioaktywnego izotopu nie kupimy nigdzie, a spożywanie takiego, nawet jeśli by się nam udało go dostać, to kompletna głupota. Więc napój niestety nie świeci sam z siebie. Ale sprytne ustawienie go przed źródłem światła i zapewnienie odpowiedniej przezroczystości, robi swoje. Popatrzcie i podążając za sloganem reklamowym z gry, szykujcie własne butelki Quantum na kolejne zarwane z Falloutem nocki:

"Take the leap... enjoy a Quantum!"  

Zaczynamy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:) 



Składniki (na 200ml butelkę):

175ml wody mocno gazowanej
25ml coli
4 kopiate łyżeczki cukru pudru
1 łyżeczka spożywczego barwnika niebieskiego (żelowego)
5 kropel olejku lub aromatu pomarańczowego
1/2 łyżeczki soku z cytryny (lub szczypta kwasku cytrynowego)

Wykonanie:

Do naczynia z miarką wlewamy najpierw wodę, potem barwnik i mieszając dążymy do uzyskania właściwego odcienia niebieskiego koloru.

Następnie dolewamy colę, dosypujemy cukier, dolewamy aromat i sok z cytryny i wszystko razem mieszamy, starając się zrobić to na tyle szybko, by zanadto się nie wygazowało.

Testujemy smak ile razy będzie trzeba i sprawdzamy kolor pod mocne światło za każdym razem, gdy dosmaczamy.

Pasujące nam smakowo i kolorystycznie Quantum przelewamy do przygotowanej wcześniej buteleczki po 200ml Coca Coli, zamykamy przy pomocy kapsla, który potem trzeba będzie mocno zacisnąć, by napój się nie wygazował, naklejamy na butelkę quantumową nalepkę i przechowujemy w lodówce, do czasu podania.

Żeby zrobić odpowiednie wrażenie luminescencji, właściwe falloutowemu Quantum, butelkę z napojem stawiamy przed mocnym źródłem światła lub na nim i cieszymy się "radioaktywnym" blaskiem Nuka Cola Quantum.
---------------------------------


Ingredients:

175ml of carbonated water
25ml of coke (or pepsi, any you prefer)
4 tspns of caster sugar
1 tspn od blue food colour (gel)
5 drops of orange oil or extract
1/2 tspn of lemon juice (or a pinch of citric acid)

The making of:

Pour the carbonated water into the measuring cup, add the food colour and mix until you receive the desired colour.

Add coke, sugar, orange extract and lemon juice and quickly mix it alltogether, so the drink didn't flat.

Make a taste check as many times as you need, adding additional pinches of the ingredients if necesarry, but with every addition check the colour of the liquid, lighting it with a strong light source.

If the taste and the colour are ok, pour our homemade Quantum into 200ml glass Coke bottle, close it up using a cap, which then has to be pressed tightly, so the bubbles didn't run away. Put an appropriate Quantum sticker on the bottle and put it in the fridge till the time for serving comes.

To make Quantum luminescent, simply put a bottle at the front or on the strong light source (black light would be perfect), and enjoy the tasty radiation of Nuka Cola Quantum.



środa, 5 października 2016

Smok a.k.a Jadeith - ulubiony drink Dory Wilk (Seria o Dorze Wilk) /Dragon a.k.a Jadeith - Dora Wolf's alcoholic drink (Dora Wolf hexalogy)

Od lat wkłada się nam do głów prawdę, powszechnie znaną, że co rude, to wredne. Ale to oczywiście nie wszystko. Rude też jest fałszywe. Rude na głowie oznacza wiedźmę. Nie chcę nawet myśleć ile rudowłosych kobiet posiadających koty i dziedzictwo po przodku w postaci recesywnego genu MC1R, który ubarwił im głowy na kolor płomienia, za mrocznych czasów średniowiecza z miejsca było uznawanych za czarownice, tylko dlatego, że znały się na ziołach i były wolnomyślicielkami. Bo rude! Rude na dodatek są piegowate, a w latach 90tych, gdy sama byłam małą dziewczynką, rude piętnowano, nazywając wiewiórkami lub marchewkami i nie dając im spokoju w podstawówce. Wiadomo, co inne od całego stada wron jednej, burej barwy: zadziobać! Rozszarpać na strzępy! Nie pozwolić się wychylać, bo a nuż pomyśli, że jest lepsze. A, to jeszcze udowodnimy, że jest gorsze od nas bo jest rude. I dalej dręczyć nieszczęsnego rudzielca, doprowadzając do łez, aż się to nie znudziło. Dzieciaki są okrutne, póki im samym los nie da w dupę...
Rudym więc, jak widać, nigdy łatwo nie było. Ani kiedyś, ani teraz, gdy wiadomo już, że gen odpowiadający za ogniste barwy na głowie zanika i za jakieś pięćdziesiąt, sto lat rudych już nie będzie. Ogromna to szkoda, bo wygadując te wszystkie bzdury o naturalnych rudzielcach (naturalnych, to należy podkreślić, bo farbowanych lisic to teraz na pęczki na ulicach), nie dodaje się również, że rudzielce są genetycznymi potomkami Celtów i Wikingów lub też jeszcze starszej nacji, która osiedliła się na Wyspach Brytyjskich dawno, dawno temu, a co za tym idzie są to osoby o niezwykle barwnej osobowości, energiczne i równie ogniste z charakteru, jak ich głowy. Cholerycy, bardzo często, ale równie często artyści. Rudzi są po prostu pełni niespodzianek i jeśli o mnie chodzi, bardzo takie osoby cenię, ponieważ nie można się z nimi nudzić.
A zresztą, opinio publiczna, głosząca te tezy swym dzieciom, tak jak wam głosili je wasi rodzice, koledzy i przodkowie: jeśli rude jest takie złe i fałszywe - czemu sami się tak farbujecie? Aaaaa... dlatego, że rudy człowiek jest bardziej interesujący niż burofutry, a o rudych kobietach powiada się, że są petardami w łóżku. Czyli jednak nie samo zło i fałsz, skoro z taką lubością panie (i nie tylko) używają tej wiedźmiej barwy w setce odcieni... przede wszystkim odróżnienie się od tłumu, w który z taką pasją tłum usiłuje nas z powrotem wcisnąć.
I bardzo słusznie. Niech rude łby błyskają coraz częściej pośród masy czerni i szarości, bo wtedy nadal istnieć będzie nadzieja, że świat do reszty nie pogrążył się w konsumpcjonizmie i pogoni tylko za chlebem powszednim. Te przebłyski ognia, nawet nienaturalnego dają nadzieję, na to, że następny wschód słońca nadal kogoś zachwyci tylko i wyłącznie tym, że nastąpił i to w pięknych, tycjanowskich odcieniach. Rudych, a jakże. Rudzi rządzą i zmieniają świat, który bez nich byłby... jak książka bez iskrzącego jak iskra w mroku, bohatera.
Jak seria o Dorze Wilk, bez Dory.

Wspominam tę bohaterkę nie bez powodu, ponieważ od niej wywodzi się bohater dzisiejszej felki, czyli jej ulubiony drink. Dora jest bohaterką hexalogii autorstwa Anety Jadowskiej, wiedźmą i jest też ogniście ruda, co jednak z byciem wiedźmą w świecie stworzonym przez Anetę Jadowską wcale nie jest równoznaczne. Ona jest ruda z tego samego powodu, dla którego kłopoty bardzo ją kochają i wyłażą jej na spotkanie zza każdego kąta, niespodziewani przodkowie machając z przeszłości, objawiając się w najmniej odpowiednim momencie i obdarzając darem, który, a jakże, najpierw musi sprawić kupę problemów zanim stanie się użyteczny. Dlatego, że takie osoby, którym los nie szykuje spokojnego życia po prostu się czasem pojawiają. Na pewno nie zaznają spokoju, nim ich nie przeczołga przez dżungle kłopotów, oceany ambarasów, armie przeciwników, i na koniec oferuje małą chatkę na zadupiu w komplecie ze spokojem, na który rzucą się z utęsknieniem i nigdy więcej nie zechcą wracać do zbyt żywego świata, by ten świat znowu sobie o nich nie przypomniał.
Dora jest fajna. Bądź jak Dora...
Albo może nie bądź, bo tyle przygód, ile jej zgotowała jej twórczyni, to nie na barki przeciętnej dziewczyny, nawet policjantki z wykształcenia. Niemniej nawet jeśli nie dane ci będzie być Dorą, z chęciami ku temu lub i bez nich, każdy chciałby mieć w swojej okolicy "kąt" z napojami alkoholicznymi i czartem za barem, w którym czuje się bezpieczny jak w domu, serwują mu jego ulubiony napitek i zazwyczaj nie zawracają dupy, póki z tej knajpy nie wyjdzie. Mowa tu o "Szatańskim Pierwiosnku" - ulubionej knajpie naszej rudej wiedźmy, w której, mimo zdecydowanie uczynienia z niej sanktuarium spokoju i miejsca dla złapania oddechu, również, jak druhny na weselu, szczerzą zęby nadchodzące kłopoty, diabelnie przystojne diabły iskrzą aurą, a anioły stróże roztaczają Pełnię Majestatu...

Oszczędzę wam spoilerów... sami przeczytacie książki o Dorze, jeżeli uznacie, że moje słowa o rudej brzmią obiecująco. W hexalogii jest ich sześć i każda jedna przepełniona niezwykłymi wybrykami wiedźmy, diabła i anioła, oraz rozmaitych ich sprzymierzeńców i wrogów w alternatywnej, paranormalnej wersji Torunia, zwanego Thornem. Mimo, że generalnie zwykle ciągnie mnie bardziej do postaci twardych wojowniczek i już teraz należę do "Team Nikita" (nowa książka Jadowskiej -  "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" z wyżej wspomnianą Nikitą porywa tak, że kapcie spadają z wrażenia i na sto procent jeszcze o niej na Bantofelkach usłyszycie. Dziewczyna pochłania 4000 kalorii dziennie i to nie w postaci powietrza... tak, tak, już wiecie, co to oznacza...:D). Do Dory się ciągle przekonuję, niemniej od razu mówię, że nie da się o niej zapomnieć i wcisnąć w szeregi czarownic i wiedźm, łażących tłumnie po wielu światach fantasy. Bo to Wilk. W dodatku Rudy. A Rudy Wilk nie wpasowuje się w żadne ramki. Robi sobie własne i to one muszą dopasować się do niego.

Skoro zaś mowa o dopasowaniu się, nie do wyobrażenia jest, by taka bohaterka sączyła w swej ulubionej knajpie wódkę. Albo zwykłą whisky. Ba, Tequilla Sunrise, który już jest bardziej buzernym koktajlem, bardzo pasującym do umaszczenia Dory, nadal nie jest tym czymś, czym dziewczyna się raczy, a co z miejsca przykuło moją uwagę w pierwszym tomie jej przygód. Bowiem wbrew podejrzeniom, nie pija ona byczej ani demoniej krwi, wina, ani ciężkich alkoholi, przez które umysł idzie spać, albo się wyłącza, dostawszy pałą alkoholową do pary z i tak męczącymi go nadprzyrodzonymi problemami. Dora pija drinka, który jednocześnie wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem i idealnie do niej pasować.
Spójrzmy jednak na to, co nam książka o nim powiada, a co sprawiło, że chwyciłam za długopis i wpisałam go na listę planów bantofelkowych, nie zastanawiając się nawet nad tym, kiedy znajdę na niego czas. Jak widać znalazł się, ale uwierzcie, "Smok" jest wart wciskania go w rozmaite, niewygodne miejsca...
...
Dobra... to ja lepiej będę już cytować, zanim ktoś tu zacznie mieć zbereźne myśli na temat szklanek z drinkiem trzymanych przez wiedźmę-joginkę samymi mięśniami Kegla... wrrrróć!:) Cytat:

"Dopiłam drinka. Byłam chyba jedyną osobą, która zamawiała Smoka: wódka, sok z kaktusa i limonki, plaster ogórka na lodzie. Zielony, orzeźwiający, bez wyczuwalnego smaku alkoholu,
idealny. Podejrzewałam, że Leon specjalnie dla mnie zawsze ma pod ladą karton soku kaktusowego, nie używa go do innych drinków. To było miłe."

Złodziej dusz - Aneta Jadowska

 Na chłopski rozum, jeszcze bez testów, doszłam do wniosku, że Smok albo Jadeith, jak go nazwą od tomu drugiego - jest więc orzeźwiającym połączeniem soku z kaktusa (powiedzmy... jak ten skład produktu na opakowaniu soku potrafi odzierać z nadziei...), limonki, soku, którym ocieka plasterek ogórka na lodzie i naprawdę tak małej ilości wódki, że czuje się jedynie jej leciutkie wierzgnięcie spomiędzy tych chłodnych kwaskowatości. Jest to taki drink, który właściwie można pić jak sok, wiedząc przy tym, że to nie jest sok, bo alkohol wyczujesz, jeśli sobie przypomnisz, że tam jest. Subtelny, przyjemny i dziwnie niepopularny, sądząc po opisie. A także chyba... smaczny. I to mówię ja, która od lat z repertuaru drinków oferowanych przez rozmaite knajpy, konsekwentnie wybieram klasyczną Margaritę, Long Island Ice Tea, albo Lemmy'ego (czyli Johny Walkera z colą), czyli raczej takie, w których da się wyczuć alkohol i cukier.
Ale to tak łatwo nigdy nie jest, że starczy mi lista składników do dania/napitku, które pojawiło się w interesującej postaci w jakiejś historii i zaczęło mnie nawiedzać, co wybitnie świadczy o tym, że ŻYCZY sobie być odtworzone. Udałam się na wywiad do Anety i tak długo zadawałam dziwne pytania, poczynając od składników i ich ilości w "Smoku", a kończąc na rodzaju szklanki, w której jest serwowany w "Pierwiosnku", aż byłam usatysfakcjonowana wiedzą, jaką zdobyłam. Autorka nie posłała mnie, o dziwo, do wszystkich Mironów, co tylko świadczy o jej odporności w kontaktach z ludźmi zadającymi dziwne pytania. Bardzo, bardzo użyteczna umiejętność. Za to podała mi co i jak i oto pewnego pięknego wieczora, tuż przed sesją  RPG w "Wilkołaka: Apokalipsę", stworzyłam ten drink, obfotografowałam z każdej strony, a potem szklanki z nim podsunęłam swoim chłopakom, by testowali. I wiecie co? Wataha składająca się z dorosłych mężczyzn, z czego każdy o innych upodobaniach alkoholicznych, wysiorbała Jadeithy tak szybko i z takim mlaskaniem, że opływając  w samozadowolenie z powodu dobrze wykonanego napitku Dory Wilk, mogę się przyczepić tylko do jednego: albo Dora wcale nie ma aż tak nietypowego smaku, jako jedna z niewielu gustując w Jadeicie, bo może chowają go przed innymi, albo moje chłopaki z watahy wraz ze mną, są jak Dora. Z jednej strony to super, a z drugiej... wszyscy bogowie, brońcie nas, bo dziś szykuje się budzenie caernu i wobec ich wyraźnie widocznego stopnia dziwności umysłu, nie wiem czy nie skończy się na wielkiej wojnie z Fomorami, albo Gają, tak zirytowaną naszymi wariactwami, że zamiast udzielić łaski i obdarzyć bezpiecznym dla wilkołaków miejscem, pośle nas do wszystkich czartów świata Anety Jadowskiej (bo Telluria to za mało)!:D

Podsumowując, na wypadek gdyby ktoś się nie dał rady przedrzeć przez moje pisanie i nie znalazł słów zadowolenia, "Smok" smaczny jest. Śliczny, zieloniutki, orzeźwiający, a ten ogórek na lodzie dodaje naprawdę kapitalnego aromatu. Pewnie, małą ilość alkoholu w nim zawsze można zwiększyć, w zależności od preferencji pijącego, ale, bądźmy szczerzy, wtedy to już nie będzie oryginalny drink Dory Wilk, ale jego wolna interpretacja. No i za dużo alkoholu raczej zepsułoby tę frywolną lekkość smaku. Jest to drink wprost idealny dla każdego, kto ma naturę bardziej niż mniej, że tak się wyrażę, rudowłosą. Dla tych, którzy wierzą w magię i to nie pojmowaną jako machanie łapkami i szeptanie magicznych formuł, ale którzy widzą ją w tęczy, promyku słońca zamkniętym w kropli rosy i cieszą się przez tydzień najmniejszą przyjemnością. Drink optymistyczny.
A jeśli będąc pesymistami lub realistami znajdziecie jego smak mimo wszystko zdecydowanie fajnym, to może jednak świat nie jest aż tak strasznie czarno-biały i poważny, jak wam się wydaje i wciąż jest dla was nadzieja na optymistyczne ogłupienie.

To mówiłem ja, Jarząbek, trener trzeciej klasy...:D

A teraz pogalopujmy do tego, na co spora ilość z was zawsze czeka, lub do czego od razu scrolluje, nie zawracając sobie głowy felką, czyli do przepisu na Smoka (chociaż mam cichą nadzieję, że jednak ktoś to wszystko czyta; głupio by było pisać tylko dla siebie, skoro robię to ku szerszemu gronu:))

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na 2-3 szklanki napitku):

1 litr soku kaktusowego (użyłam "Owoce Świata" Tymbarku, z braku czego innego na rynku)
100ml wódki (niezbyt mocno dającej alkoholem po nosie; Stock albo Krupnik bez dodatków smakowych spełniają zadanie)
sok wyciśnięty z 2 limonek
kruszony lód
plastry świeżego ogórka

Wykonanie:

Do wysokiego naczynia przelewamy schłodzony sok kaktusowy, dodajemy sok wyciśnięty z limonek, dolewamy alkohol.

Mieszamy wszystko razem za pomocą łyżki o długiej rączce tak, by składniki połączyły się porządnie ze sobą. Jeżeli mamy odpowiednio duży shaker, możemy rzecz jasna mieszanie zastąpić potrząsaniem. Na jedno wyjdzie.

Do szklanki z grubego szkła nasypujemy kruszonego lodu do 1/4 wysokości, w lód ten wtykamy plaster ogórka i po łyżce, powoli, nalewamy mieszankę soku kaktusowo-limonkowego z alkoholem tak, by lód jak najwolniej nam podrygiwał, a ogórek poruszał się wraz z nim (to, by ogórek pozostał z lodem jest ważne dla smaku, o wiele lepszego, niż gdyby ogórek miał pływać w drinku bez lodu).

Wtykamy do "Smoka" grubą rurkę, wystarczającą by wciągnąć nią kruszony lód i serwujemy od razu.

Smacznego:)!

------------------------------------------

Ingredients (for 2-3 high glasses):

1 litre of cactus juice
100ml of vodka (not too fragrant)
freshly squeezed juice of 2 limes
crushed ice
thick slices of fresh cucumber

The making of:

Pour cooled cactus juice into the high jug, add squeezed lime juice and alcohol.

Mix it, using a spoon with a long handle, so the ingredients mixed nicely. You can also mix them in a shaker if you have it big enough.

 Pour the crushed ice into a drink glass  so it reached about 1/4 of its height, put a slice of cucumber just between the slights of crushed ice, and slowly pour the drink into the glass, using a tablespoon, so the ice and cucumber stayed together as long as it is possible on the bottom, and finally flowed up together (that is a necesarry procedure, for the cucumber with ice tastes much better then without it).

Put a thick straw into the drink (so you could also get to the crushed ice with it) and serve imediatelly after making.

Cheers!


niedziela, 26 czerwca 2016

Staropolski napój czereśniowo-miętowy// Ye Olde Polish sweet cherry-spearmint beverage

Upały jak ta lala. Człowiek w takim czasie wybitnie zaczyna zamiast ssaka przypominać gada, a tak konkretnie żmiję. Jak się gdzie położy, niezależnie, czy w ciepłej plamie, czy na plaży plackiem, na leżaku, czy za szczelnie zasłoniętymi żaluzjami w chłodnym domku, tak nie ma absolutnie ochoty się ruszać, póki na niego nie nadepną. A wtedy kąśliwe "patrz, gdzie leziesz", brzmi ostrzej niż wbicie jadowych, gadzich kłów w nieopatrzną stopę.
I pomyśleć, że to ledwie koniec czerwca, lipiec za pasem, a już 35 stopni na termometrach i każdemu bije w najlepsze w dekiel z gorąca. I co gorsza, takie zachowanie się przenosi na sąsiadów, jak zaraza morowa. "Kacze Bojówki" wygadują gorsze bzdury, niż w chłodnej porze, Anglicy Brexitują się z Unii tylko po to by zaraz odwoływać to, że chcą się Brexitować i żądają nowych referendów,bo..., a mężczyźni zachowują się jak kobiety, zmieniając zdanie co pięć minut i sprawiając, że wątpimy w istnienie logicznego, męskiego pomyślunku, co przecież zwykle jest nam na rękę. Jak oni są od logicznego myślenia, to nam wolno a nawet powinnyśmy robić głupoty, dla zachowania równowagi na świecie.
Chyba już więc jasnym jest, czemu zdecydowanie wolę jesień o lata i to nie tylko dlatego, że alergia wtedy mnie nie atakuje. Myśli się jaśniej i więcej chce przez 20 stopniach, niż przy prawie 40.

Plusem gorąca za to jest to, że najsmaczniejsze owoce dojrzewają w ekspresowym tempie. Truskawki powoli się kończą, poziomki, przynajmniej u mnie w skrzynce balkonowej, czerwienieją pięknie i każdego dnia czerpiemy z tego ogromną przyjemność z Małym, buszując wśród zielonych liści i wyłuskując kolejne, malutkie, smaczne skarby.
No i pojawiły się już rabarbar i czereśnie. Ten pierwszy owoc (warzywo? chwast? cokolwiek to jest, opinie są podzielone) już trafił w moje ręce i pod nóż i to bynajmniej nie do prozaicznego przyozdobienia nim ciasta. W wasze ręce już wkrótce teleportują się zatem dwa wspaniałe przepisy na przetwory z rabarbaru. Wpierw jednak, ze względu na te straszne upały postanowiłam dać wam coś czereśniowego, mokrego, do picia litrami. Szczególnie, że właśnie teraz jest pora na te najlepsze czereśnie. Twarde, jeszcze bez robactwa, za to słodkie. Nie trzeba się przy nich przejmować drylowaniem i wyganianiem potencjalnych podjadaczy przy pestce (bo przecież do napoju wkładki mięsnej nie dodamy), a i się nie przepracujemy przy tym. Zaskakujący dodatek mięty natomiast doda napitkowi niezwykłego, orzeźwiającego smaku, nie gasząc czereśniowego aromatu.
Nie na darmo przepis na ten kompot jest jednym z tych starszych, które postanowili opisać autorzy książki: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Z tej rozkosznej książki mieliście przyjemność poznać już przepis na polewkę grzybową. Teraz więc ponownie coś mokrego, odpowiadającego na pytanie, jakie dosyć często pada na imprezach historycznych ze strony odwiedzających ku nam, kobietom-rekonstruktorkom, pilnującym kotła z jadłem: co pili nasi przodkowie?

Rzecz wiadoma, że nie herbatę i kawę. Ci wcześni byli przecież ludem zbieraczy i hodowców, więc żyli z tego, co dała natura, zaleźli lub wyhodowali. Również, co upędzili. Wina, piwa i miody na pewno i z całą pewnością mogę wam powiedzieć, że smakowały inaczej niż nasze obecne, choćby dlatego, że mój ślubny nastawił miód wedle jednej ze starych receptury i już teraz smakuje on znacznie lepiej niż wszystkie "butelkowce" świata razem wzięte. Jednak nie tylko alkoholiczne rzeczy się piło.
Przede wszystkim więc mleko, wodę, napary owocowe i ziołowe, lub też, jak w przypadku bohatera dzisiejszej felki - napój owocowo-zielny. Wiadomo, woda smaku nie ma, a dawni słowianie różnili się od obecnych tylko okolicznościami, w których przyszło im istnieć, na pewno nie potrzebami kubków smakowych. Skoro więc mieli pod ręką mnóstwo smacznych owoców i miód - czemu by nie dosmaczać wody powszedniej i zrobić z niej przysmak?
A kop jakiego nam daje kawa i herbata? Jak wobec tego wstawał jeden z drugim o 5 rano, bo zwierzęta gospodarskie oporządzić, wyjmując przyzwyczajenie? Ano teiny i kofeiny nie było bez kawy i herbaty, kawa w Arabii, a herbata w Chinach w tamtych czasach, więc nasi zacni przodkowe do swych napitków szczodrze dodawali zioła, które zawierały ekwiwalent różnych takich substancji pobudzających, a przy tym i zdrowsi byli, bo oprócz pobudzaczy, spożywali przy tym wiele witamin i mikroelementów, hurtowo pobudzając się i lecząc różne przypadłości.

Mięta, której bez wątpienia używali jest cudownym zielem na gorąco. Można z niej zrobić syrop, wywar na żołądek, zjeść listki na surowo lub dodać do dowolnego napoju jako dosmaczać i cieszyć się chłodnym posmakiem, jaki mu zapewni. A ponieważ solo ma smak, za którym nie każdy przepada, można spokojnie go zamaskować wyraźniejszym owocowym.

Spróbujcie w te upalne dni staropolskiego napoju z czereśni i mięty, a zdecydowanie nie zawiedziecie się jego niezwykłym smakiem. I nie przepracujecie, bo w sumie robi się sam. Nam pozostaje tylko zagotować go i wyłączyć, a potem czekać aż wystygnie. I tyle. Praktyczni przodkowie bez wątpienia by chwalili, a my... cóż... do dna:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

1/2 litra owoców czereśni  (wczesnych, tych niezarobaczonych)
2 gałązki mięty ogrodowej
1 i 1/2 litra wody

Wykonanie:

Czereśnie myjemy, pozbawiamy liści i ogonków, sprawdzamy, czy nie posiadają dziurek, świadczących, że robak się zagnieździł i w przypadku, gdyby były "czyste", wrzucamy do gotującej się wody jak leci.
Jeżeli jednak mają robaki, trzeba będzie je poprzecinać, przy tym i wydrylować, robaków się pozbyć i wtedy owoce wrzucać do wrzątku.

Zagotowujemy wodę z czereśniami, gotujemy napój jeszcze przez około 5 minut.

Po tym czasie zdejmujemy garnek z ognia, dorzucamy opłukane gałązki mięty w całości i odstawiamy napój do ostudzenia.

Przed spożyciem możemy miętę wydobyć z napoju, albo zostawić, zależnie jak intensywny smak lubimy. 

Smacznego:)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 litre of sweet cherries
2 sprigs of spearmint
1 and 1/2 litre of water

The making of:

Wash sweet cherries, remove the leaves and stems, check if it is clean of worms, and drop them into the boiling water.
If there are worm-holes noticed, be sure to check every berry, remove the stones, and only after that, drop them into the boiling water.

Boil the water once again with a sweet cherries inside, and let it boilng for another 5 minutes.

Move the pot of the fire, drop the sprigs of spearmint inside and let it to cool completelly.

Before the serving, remove the spearmint sprigs. You may also leave it inside, depending on how strong the taste of mint you prefer.

Cheers:)
 
 

piątek, 26 lutego 2016

Czerwony barszcz kiszony na sposób babciny/Granny's marinated borsch

Musicie mi wybaczyć ostatnie obsuwy czasowe i brak tych kilku felek tygodniowo, którymi was do tego momentu rozpieszczałam. Od ostatniej minął zapewne tydzień, ale to zdecydowanie nie z powodu mojego lenistwa. Widzicie, podsumowałam sobie listę priorytetów i przestawiłam niektóre wyżej, niektóre przesuwając o oczko w dół.
Jak wiecie, kocham pisać. Widać to z resztą po nielitościwej ilości tekstów, jakie wam zapodaję przy każdym przepisie. Niektórzy narzekają, że za długo, inni, jak Maciej "Lobo" Linke (aż się pochwalę, bo to były bardzo miłe słowa), zachwycają się, że bardzo fajnie i nie zwracać uwagi na marudy i pisać dalej. Pisać lubię nawet bardziej niż gotować. Przede wszystkim pisać, tworzyć historie, na kilka godzin przenieść się bezpośrednio w świat opowiadania, prowadząc narrację przez ramię bohatera... czemu? Tak po prostu już jest ze mną. Podobnie jak z wokalistą Sonaty Arctiki, Tonym Kakko, zapytanym w jakimś wywiadzie kilka lat temu, czy potrafiłby przestać śpiewać. A on zapytał w odpowiedzi: "A czy ty potrafiłbyś przestać oddychać?" Otóż właśnie, ze mną jest tak samo. Potrzebuję pisania, jak inny potrzebuje powietrza, czy śpiewu, by być szczęśliwym. Nie potrafię bez tego żyć i w sumie od paru lat krąży wokół mnie pewna myśl, żeby, skoro sprawia mi to nieustannie taką frajdę, pójść za ciosem i zrobić z tym coś więcej niż napisanie i zmagazynowanie na dysku twardym.
A więc wyjaśniło się. Piszę. Dużo piszę i ćwiczę warsztat, a jak nie piszę, to redaguję napisane treści lub obmyślam nowy pomysł. I tak mi znika czas.

Jednakże nie jest tak, że zupełnie to wszystko rzucam w diabły. Felki też są pewną formą doskonalenia warsztatu i sprawiają mi ogromną frajdę. Na dodatek człowiek jeść musi, a w moim przypadku jak coś mi fajnie wyjdzie, to i zdjęcie się zrobi. A w wolnej chwili, to i cosik naskrobie... no to się znalazła jednak i chwila i foteczka... i felka też się pisze.

A zatem bez paniki, Bantofelki dobrze się mają, istnieją i istnieć będą. Kilka przepisów jestem do przodu, więc panicznego działania w kuchni, byle coś zapodać, też nie będzie. Cierpliwie zrealizujemy wszystkie plany.

A dzisiaj w menu coś, co zagraniczniacy określiliby mianem "Wielkiego yuck!", tylko dlatego, że oni sobie nie wyobrażają, że można spożyć coś, czemu dało się skwaśnieć. I to ze smakiem spożyć! Dla niewątpliwych, doskonałych skutków dla naszego zdrowia, szczególnie w porze zimowej, gdy pogoda pokazuje figę i to błyska mrozem, to prawie wiosenną pogodą.

Barszcz zna każdy. Zupa z buraków o pięknej, rubinowej barwie, spożywana jest w większości polskich domów nie tylko w Wigilię, ale i na codzień. Podbita mięskiem takim lub owym, wywarem z dodatkowych jarzyn, z jajkiem i zabielona śmietaną... no, kto by jej nie lubił zjeść bodaj raz w roku.
Ale  ja nie o typowym barszczu powiadać zamierzam, gdzie buraki poddaje się obróbce termicznej, a o znacznie prostszym, a o niebo lepszym, szybszym i zdrowszym specyfiku, który triumfy swe święcił w czasach naszych babek. Wtedy o witaminę C i żelazo było znacznie trudniej i nasi dziadowie radzić sobie musieli ze składnikami naturalnymi, rozmaicie je obrabiając, by wyciągnąć z nich, co tylko najlepsze się da. Stąd rozmaite warzywa i owoce kiszono, marynowano, przechowywano w szczelnych słojach i kamionkach, nie dość, że je konserwując na zimę, to tworząc sobie w ten sposób całkiem doskonały odpowiednik dzisiejszych medykamentów witaminowych rodem z laboratoriów koncernów farmaceutycznych.
Barszcz kiszony wraca do łask ostatnimi czasy. Polecany przez lekarzy w ostrych niedoborach żelaza i witaminy C, jako doskonały do picia tuż po ukiszeniu, lub jako gotowy zakwas do barszczu, na którym zupa ta wyjdzie jak na żadnym innym smaczna. I jest zdumiewająco dobry, lekko kwaskowaty... niespodziewane niebo w gębie, tym przyjemniejsze, że wiesz iż sam podjąłeś się wyzwania i zrobiłeś własnołapnie. A teraz się tym leczysz i również odruchowo od razu lepiej się czujesz. Czyżby psychiczna odmiana placebo?

Wracając do naszego kiszonego barszczu... przepis jest prościuteńki. Potrzebujecie do najprostszej wersji jedynie 3-4 składników poza burakami i wyparzonego słoja lub dwóch. I kilku dni czasu. A po ich upływie - voila! Pijemy, gotujemy, a raz użyte buraki użyć możemy ponownie i otrzymać jeszcze szybciej kolejną porcję rubinowego dobra, które cuda zdziała z organizmami wykończonymi zimą.
Jasne, nieco obaw jest, bo to pierwszy taki barszcz... ale przecież jakbyś nigdy nie spróbował wiejskiej kiełbasy, to też byś do tej pory nie wiedział, jaka jest dobra, mimo średnio pociągającego wyglądu, nie?
Tu się nie da schrzanić niczego!
To co, lecimy?

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na dwa litrowe słoiki do kiszenia i półtoralitrową butelkę na czysty kiszony barszcz):

1 kilogram buraków czerwonych
2 litry ciepłej, przegotowanej wody
50g chleba razowego
4-6 liści laurowych
kilka ziarnek ziela angielskiego
4-6 ząbków czosnku

Wykonanie:

Słoiki szklane pasteryzujemy (czyli zalewamy wrzątkiem, opróżniamy i pozwalamy im obeschnąć samym).

Buraki myjemy, obieramy ze skóry i kroimy w plastry lub kostkę, jak nam będzie wygodniej.

Wkładamy do słoików po równo, tak do zapełnienia obu na mniej więcej połowę samymi burakami.

Chlebek razowy rwiemy na drobno i wrzucamy kawałki do obu słoików.

Równo rozdzielamy między nie resztę przypraw.

Staramy się wymieszać w słoikach wszystko ze sobą, a następnie zalewamy buraki i dodatki w słoikach ciepłą wodą aż całkowicie nakryje nam buraki.

Nakrywamy każdy ze słoi kawałkiem papieru do pieczenia, obwiązujemy dookoła nicią i na papierze robimy sporo niewielkich dziurek, by zapewnić barszczowi dostęp powietrza.

Tak spreparowane słoiki z barszczem stawiamy w ciepłym miejscu (najlepiej przy kaloryferze, lub tam, gdzie panuje temperatura ok. 18-20 stopni Celsjusza) i zostawiamy samym sobie na 3-5 dni.

Po tym czasie barszcz powinien stać się już kwaskowy w smaku. Słoiki więc wyciągamy z kąta, zdejmujemy papier i ściągamy, oraz wyrzucamy osad, jaki nam się uczynił na powierzchni.

Przelewamy przez sito barszcz do wyparzonych butelek, zakręcamy i możemy przechowywać w lodówce.

Barszcz sprawdzi się świetnie pity sam, albo jako podstawa do barszczu czerwonego.

Zdrowia!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients: (for about 2 glass jars (1 litres each), and 1,5 litre bottle for a clear marinated borsch

1kg red beets
2 litres of warm, earielier boiled water
50g of rye bread
4-6 bay leaves
some allspiece seeds
4-6 garlic cloves 


The making of:

Wash and pasteurize your glass jars.

Wash and peel your red beets, slice them or chop, the way you find the most suitable for you.

Put your chopped red beets into the jars, so you filled them for about the half of their height.

Shred your rye bread into smaller pieces and divide it between two containers with red beets.

Spread evenly the rest of seasoning between both jars and mix it all inside as nicely as you can.

Pour warm water into jars so it covered everything inside.

Put a sheet of baking paper at the top of each container, tie it around its neck with a thread, and using a tip of a knife make a lot of small holes on the paper, so the air could go inside freely.

Put both jars in the warm place (around 18-20 degrees Celcius) and leave it like that for 3-5 days.

When the time passes, your borsch should taste a little sour, and it should be like that. Remove the paper of your jars and remove the sediment of the surface of your borsch.

Using a strainer (to keep all the residue out of the clear liquid) pour the borsh to a clean, pasteurized glass bottles, recap them, and use as you wish.

You can keep it in the fridge up to 3 weeks.

Marinated borsch is perfect to drink it as it is, or you can use it to prepeare delicious borsch soup.

Cheers!




środa, 14 października 2015

Cytrynowo-imbirowy uzdrowicielski syrop do herbaty

Jesień pędzi na złamanie karku, w ucieczce przed zimą. Nawet nie zdążyliśmy się tak naprawdę nacieszyć ZPJ, a już jej prawie nie ma. ZPJ czyli Złota Polska Jesień trwała może parę dni we wrześniu, a teraz, w połowie października wydaje się, jakby był listopad! Co to za porządki, by śnieg już był rano. Jam nie przygotowana, na złom kark wyciągać musiałam zimowe odzienie rodziny, żeby mi nie pomarzli i nie połapali jakiej zarazy.
I złapałam ja. Jak zwykle. Oba moje chłopaki pomykają ledwie z katarem, a ja dopiero teraz kończę chyrlać czyli wypluwać płuca. Za takie porządki to ja dziękuję, biorę swą łopatkę i wysiadam z tego pociągu. Tylko w sumie... hmm... gdzie... na Plutona? No, niby można by się wyprowadzić na inny kontynent w ramach protestu i zamiast mrozu w nocy mieć ciepełko...
Ale skoro nie jest to chwilowo w planach - radzimy sobie z lodowatą jesienią i wszystkim, co niesie, jak się da.  Żywnościowo także.
Do łask wraca w porze "zarazy" czosnek spożywany na surowo, syrop cukrowy z cebuli (świetny na kaszel), a także ulubiony dodatek do herbaty mojej rodziny i na dodatek równie skuteczny, co prościuteńki w wykonaniu. A mianowicie złota, gęsta mieszanina miodu, cytryny i świeżego korzenia imbiru, czyli bohater dzisiejszej felki.
Od zawsze w sumie i każdy wie, że cytrusy, miód i imbir są doskonałe na chorobę, wszelakie kaszle i przeziębienia gardła, i w sumie łączy się czasem co najmniej dwa z trzech składników w herbacie, ale o połączeniu ich razem nie pomyślałam do poprzedniej wiosny (wtedy trafiłam na przepis na ten syrop gdzieś w gazecie). Wtedy też lubią mi chłopaki łapać co tłustsze bakterie latające w powietrzu i smarkać potem i kaszleć przez tygodni dwa.
Średnio jestem zwolenniczką dawania lekarstw maluchowi, więc z miejsca, w przypadku choroby zwracam się ku naturze. Zatem taki syrop domowej roboty, który można pić cały rok i jedynie dobre rzeczy przynosi, jest czymś wspaniałym. I dla dorosłych i dla dzieciaków. I na dodatek jaki smaczny:D

Rychło więc w czas podrzucam wam przepis na uzdrawiający (serio!) syrop do herbaty, który na dodatek polepsza jej walory smakowe, i sprawia, że wszyscy są zdrowsi. Korzystajcie, bowiem zrobienie go to kwestia kwadransa, a przechowywać można długo.







Składniki:

1 spora cytryna ze skórką, sparzona i starannie wymyta
1 korzeń imbiru wielkości mniej więcej cytryny
1 szklanka miodu naturalnego dowolnego rodzaju (polecam lipowy)
1 szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Cytrynę myjemy, parzymy wrzątkiem i kroimy wraz ze skórką najpierw na plasterki, potem plasterki na kawałeczki wielkości paznokcia lub nieco większe.

Imbir obieramy ze skóry i kroimy na kawałeczki wielkości takiej, jak pokroiliśmy cytrynę.

Oba składniki wrzucamy do starannie wymytego i co najmniej wyparzonego wrzątkiem słoika.

Cytrynę i imbir zalewamy w słoiku szklanką miodu i starannie mieszamy wszystkie trzy składniki ze sobą.

Słoik zamykamy i wstawiamy do lodówki na noc, by się przegryzły ze sobą i puściły sok.

Następnego dnia otwieramy, mieszamy raz jeszcze i możemy od tego momentu używać go czy jako dodatku do herbaty, czy też do zwykłej wody, tworząc sobie gorący napój, poprzez dodanie do cieczy pitnej 2 łyżek stołowych syropu. Każdorazowo przed użyciem należy przemieszać zawartość słoika, a potem go zamknąć, by nie wdała się pleśń.

Syrop można przechowywać i miesiąc w lodówce, bez szkody dla jego właściwości, a kawałeczki imbiru i cytryny dodawać także do herbaty, na równi z sokiem, jaki z nich się wytoczył.

Smacznego. I zdrowia:)