Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.
Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.
Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D
Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.
Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):
70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz
Wykonanie:
Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.
Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.
2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.
Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał.
Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.
Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.
Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!
Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.
Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.
W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.
Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.
Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.
Smacznego!
----------------------------------
Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):
70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper
The making of:
Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.
Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.
Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.
Mix it and cook until fragrant.
Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.
Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.
Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!
When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.
Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time, so nothing burned.
When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.
Sreve right away, still hot, in a deep bowl.
Cheers!
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makarony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makarony. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 sierpnia 2016
sobota, 10 października 2015
Zapiekanka z kurczaka i makaronu "Mac'n'chick"
Po trzech tygodniach wyjazdu quasi-urlopowego, do sanatorium, podczas którego poznałam na nowo jak kiepsko może smakować stołówkowa kuchnia masowa, na równi z genialnymi walorami borowiny oczyszczającej zatoki, powracam ponownie do swego bloga i przepisów. Nie jest zbyt dobrze odkładać za długo pewne rzeczy, bo się można zupełnie zniechęcić, a skoro na podglądzie projektu nadal widzę, że ktoś mnie jeszcze odwiedza na Bantofelkach, najwyższa pora wrócić do drylu. Tyle jeszcze przepisów mam w zanadrzu, które chcę wypróbować i podzielić się z wami, że aż mnie w sumie rozsadza:)
Zacznę jednak od dania obiadowego, które dokonałam jakiś czas temu. Pracochłonna, wbrew swej nazwie, zapiekanka makaronowa, ale powiadam wam - tak jest smaczna i sycąca, że aż się prosi o robienie jej co jakiś czas choćby po to, by widzieć walkę na obliczu mego skąpiącego komplementów męża: "powiedzieć, że doskonałe i chciałbym dokładkę, czy nie powiedzieć?"
Na dodatek pora jesienna jak najbardziej sprzyja takim daniom, jeszcze nie wymagającym zimowej ciężkości i maksymalnego naładowania wszystkim, co przynosi siłę ciału, by okres zimowy przetrwać, ale już mniej lekkim i frywolnym niż wiosenne sałatki, galaretki i musy owocowe. Dynie zaś dopiero się zaczynają, więc zanim zacznę szaleństwo z zupami-kremami z dyni i tartą dyniową, już zamówioną przez mego męża, jako najbliższe ciasto, w jakim pragnie zatopić kły, zaproponuję wam przejściowo, arcysmaczną zapiekankę "Mac'n'Chick" (nazwa autorska i bardzo pasuje;))
Przepis znalazłam sobie na tej stronie, jednakże z wiadomych względów różnic pomiędzy kuchnią polską, a amerykańską i dostępnością niektórych składników u nas, dokonać musiałam niezbędnych modyfikacji. I wcale, a wcale nie zmieniły one smaku dania. Wręcz przeciwnie: wydaje mi się, że jest teraz znacznie zdrowsze niż gdyby zastosować wszystko to, co Pionierka zapodaje w swoim przepisie. Przykładowo, zamiast puszkowanej zupy będącej w 90% mieszaniną soli i glutaminianu sodu oraz smakowitych E, zaproponowałam tu doskonały substytut z naturalnych składników (który już na blogu jest od jakiegoś czasu). Nie dodałam też niepotrzebnego zupełnie dodatkowego bulionu, bo ów substytut jest tak kremowy, że zapiekanka nie ma prawa być sucha, nasączona znakomitą ilością tego smakołyku. Że o odpadającej przy tym dodatkowej porcji soli i tłuszczu nie wspomnę.
Ale do rzeczy: jeśli zechcecie sobie porównywać przepisy pod względem moich zmian - proszę bardzo. Po to jest link do oryginału i aby zachować prawa autorskie. A moja wersja fantastycznej zapiekanki z makaronu i kurczaka już na was czeka, by zacząć ją robić. Do dzieła!
Składniki:
2 szklanki ugotowanego białego i ciemnego mięsa z kurczaka (ja użyłam mięsa z 2 nóżek i z 2 piersi, ale spokojnie możecie użyć dowolnych szczątków doczesnych tego ptaka. Jeśli będziecie kupować całego kurczaka tylko dla tej zapiekanki - niech nie będzie za duży. 2 szklanki to tak na oko 60-70 deko mięsa)
3 szklanki makaronu spaghetti połamanego na 3 części lub makaronu nitki (różnica niemal żadna, bo i tak podczas mieszania i pieczenia zmięknie nam i co nieco się połamie. No, może kawałki spaghetti będą większe niż nitki i nieco grubsze, ale osobiście uważam, że oba rodzaje będą dobre.)
2 porcje substytutu zupy-kremu z grzybów (ilość ta odpowiada potrzebnym w oryginale 2 puszkom kondensowanej zupy-krem z grzybów, ale odradzam kupowanie. Taniej, zdrowiej i smaczniej jest zrobić ją sobie samemu na potrzeby tego dania i nie tylko. Serio.)
2 szklanki ostrego w smaku startego sera żółtego (polecam ser salami)
1/4 szklanki zielonej papryki skrojonej w drobną kostkę
1/4 szklanki cebuli skrojonej w drobną kostkę
1/2 słoiczka czerwonej papryki pimento (marynowana papryka, niegdyś dodawana do zielonej oliwki w miejsce pestki, teraz dodają galaretkę z niej. Od konserwowej różni się tylko tym, że jest miększa i ma nieco ostrzejszy smak. Papryczki pimento z łatwością kupicie w supermarkecie np. w E.Leclerc.)
1 łyżeczka soli (ostrożnie z nią, danie ma tyle dodatków, że trzeba próbować ciągle, czy nie przesadzimy z tą przyprawą.)
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1 dodatkowa szklanka startego ostrego sera żółtego na posypanie zapiekanki
szczypta majeranku i tymianku, oraz czerwonej słodkiej papryki
Wykonanie:
Najpierw przygotowujemy sobie substytut zupy-krem z grzybów według tego przepisu. Lepiej mieć to już zrobione przed zabraniem się za zapiekankę, jednocześnie gotując mięso z kurczaka, bo potem będziemy tylko łączyć ze sobą składniki, zamiast czekać aż te bardziej płynne "dojdą".
Gotujemy mięso z kurczaka, wrzucając kawałki na gotującą się wodę. Tak jest zdecydowanie szybciej i wygodniej, nawet jeśli macie kupioną połówkę kurczaka. Pokrójcie go na kilka części zanim wrzucicie do wody. Kurczak pogotować się musi do miękkości, wpierw kilka minut na dużym ogniu, potem zmniejszamy gaz i pozwalamy mu się gotować na średnim około 30-45 minut. Gdy kawałki mięsa zaczną odstawać od kości (zauważycie zdecydowanie) wyłączamy gaz i wydobywamy kurczaka z wody, by ostygł. Będziemy za chwilę obierać mięso z kości, lepiej więc to robić, jak mięso jest już możliwe do dotknięcia.
Na wodę po kurczaku wrzucamy makaron, podkręcamy ponownie ogień pod garnczkiem i gotujemy go aż będzie prawie al'dente. Czyli nie tak do końca miękki. Potem zapiekanka jeszcze będzie zapiekana w piekarniku, więc nie chcemy mieć papki zamiast makaronu. Ugotowany makaron wyrzucamy na sito i odstawiamy na chwilę na bok.
Kroimy zieloną paprykę, cebulę i czerwone papryczki pimento w drobną kostkę.
Jeśli mięso z kurczaka nam już wystygło, obieramy je z kości, czyniąc z niego nie za duże kawałki. Odmierzamy wymaganą przepisem ilość, odstawiamy na bok.
Naczynie żaroodporne napełniamy makaronem.
Do makaronu wsypujemy rozdrobnione, ugotowane mięso z kurczaka.
Ostrożnie przelewamy do nich nasz substytut zupy-kremu z grzybów.
Dokładamy pokrojone warzywa.
Dodajemy starty, żółty ser.
Mieszamy wszystko ostrożnie ale dokładnie. W tym momencie zawartość naczynia żaroodpornego sięgać nam będzie prawie po brzegi, więc zdecydowanie trzeba to robić delikatnymi ruchami. Jeżeli wolicie wszystko mieszać w osobnym naczyniu, większym garnku lub czymś w tym stylu - proszę bardzo. Ja wolę w naczyniu, bo mniej wtedy naczyń ubrudzę, poza tym da się. I nie trzeba potem przekładać do naczynia, w którym będziemy zapiekać.
Starannie wymieszanych składników próbujemy, zanim zaczniemy doprawiać. Pamiętajcie, że w zupie-krem jest już sól i pieprz oraz bulion grzybowy, więc dodając łyżeczkę soli - bądźcie z nią ostrożni.
Doprawiamy więc solą i pieprzem, oraz pozostałymi przyprawami z przepisu. Jeżeli uznacie, że nadal czegoś wam brakuje, można poeksperymentować z ilościami, a także z inną przyprawą. Curry też tu podejdzie. Podbije smak charakterem.
Następnie raz jeszcze mieszamy, sprawdzamy ostatecznie smak i zapiekankę już znajdującą się w naczyniu żaroodpornym posypujemy tą dodatkową szklanką startego, żółtego sera.
Wsadzamy naczynie do piekarnika nagrzanego na 176 stopni Celsjusza i pieczemy około 35-45 minut do momentu aż ser się stopi, a potrawa widziana przez przezroczystą ściankę naczynia puszcza nam bąbelki. Finalnie otrzymamy soczystą zapiekankę, niby łagodną ale jednocześnie przyjemnie ognistą w smaku, naładowaną smacznymi składnikami, która zapełni brzuchy głodnej rodziny aż do przesytu i tylko o deser będą wam wołać.
Dania starczy spokojnie na 8 porcji.
Smacznego!:)
Zacznę jednak od dania obiadowego, które dokonałam jakiś czas temu. Pracochłonna, wbrew swej nazwie, zapiekanka makaronowa, ale powiadam wam - tak jest smaczna i sycąca, że aż się prosi o robienie jej co jakiś czas choćby po to, by widzieć walkę na obliczu mego skąpiącego komplementów męża: "powiedzieć, że doskonałe i chciałbym dokładkę, czy nie powiedzieć?"
Na dodatek pora jesienna jak najbardziej sprzyja takim daniom, jeszcze nie wymagającym zimowej ciężkości i maksymalnego naładowania wszystkim, co przynosi siłę ciału, by okres zimowy przetrwać, ale już mniej lekkim i frywolnym niż wiosenne sałatki, galaretki i musy owocowe. Dynie zaś dopiero się zaczynają, więc zanim zacznę szaleństwo z zupami-kremami z dyni i tartą dyniową, już zamówioną przez mego męża, jako najbliższe ciasto, w jakim pragnie zatopić kły, zaproponuję wam przejściowo, arcysmaczną zapiekankę "Mac'n'Chick" (nazwa autorska i bardzo pasuje;))
Przepis znalazłam sobie na tej stronie, jednakże z wiadomych względów różnic pomiędzy kuchnią polską, a amerykańską i dostępnością niektórych składników u nas, dokonać musiałam niezbędnych modyfikacji. I wcale, a wcale nie zmieniły one smaku dania. Wręcz przeciwnie: wydaje mi się, że jest teraz znacznie zdrowsze niż gdyby zastosować wszystko to, co Pionierka zapodaje w swoim przepisie. Przykładowo, zamiast puszkowanej zupy będącej w 90% mieszaniną soli i glutaminianu sodu oraz smakowitych E, zaproponowałam tu doskonały substytut z naturalnych składników (który już na blogu jest od jakiegoś czasu). Nie dodałam też niepotrzebnego zupełnie dodatkowego bulionu, bo ów substytut jest tak kremowy, że zapiekanka nie ma prawa być sucha, nasączona znakomitą ilością tego smakołyku. Że o odpadającej przy tym dodatkowej porcji soli i tłuszczu nie wspomnę.
Ale do rzeczy: jeśli zechcecie sobie porównywać przepisy pod względem moich zmian - proszę bardzo. Po to jest link do oryginału i aby zachować prawa autorskie. A moja wersja fantastycznej zapiekanki z makaronu i kurczaka już na was czeka, by zacząć ją robić. Do dzieła!
Składniki:
2 szklanki ugotowanego białego i ciemnego mięsa z kurczaka (ja użyłam mięsa z 2 nóżek i z 2 piersi, ale spokojnie możecie użyć dowolnych szczątków doczesnych tego ptaka. Jeśli będziecie kupować całego kurczaka tylko dla tej zapiekanki - niech nie będzie za duży. 2 szklanki to tak na oko 60-70 deko mięsa)
3 szklanki makaronu spaghetti połamanego na 3 części lub makaronu nitki (różnica niemal żadna, bo i tak podczas mieszania i pieczenia zmięknie nam i co nieco się połamie. No, może kawałki spaghetti będą większe niż nitki i nieco grubsze, ale osobiście uważam, że oba rodzaje będą dobre.)
2 porcje substytutu zupy-kremu z grzybów (ilość ta odpowiada potrzebnym w oryginale 2 puszkom kondensowanej zupy-krem z grzybów, ale odradzam kupowanie. Taniej, zdrowiej i smaczniej jest zrobić ją sobie samemu na potrzeby tego dania i nie tylko. Serio.)
2 szklanki ostrego w smaku startego sera żółtego (polecam ser salami)
1/4 szklanki zielonej papryki skrojonej w drobną kostkę
1/4 szklanki cebuli skrojonej w drobną kostkę
1/2 słoiczka czerwonej papryki pimento (marynowana papryka, niegdyś dodawana do zielonej oliwki w miejsce pestki, teraz dodają galaretkę z niej. Od konserwowej różni się tylko tym, że jest miększa i ma nieco ostrzejszy smak. Papryczki pimento z łatwością kupicie w supermarkecie np. w E.Leclerc.)
1 łyżeczka soli (ostrożnie z nią, danie ma tyle dodatków, że trzeba próbować ciągle, czy nie przesadzimy z tą przyprawą.)
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1 dodatkowa szklanka startego ostrego sera żółtego na posypanie zapiekanki
szczypta majeranku i tymianku, oraz czerwonej słodkiej papryki
Wykonanie:
Najpierw przygotowujemy sobie substytut zupy-krem z grzybów według tego przepisu. Lepiej mieć to już zrobione przed zabraniem się za zapiekankę, jednocześnie gotując mięso z kurczaka, bo potem będziemy tylko łączyć ze sobą składniki, zamiast czekać aż te bardziej płynne "dojdą".
Gotujemy mięso z kurczaka, wrzucając kawałki na gotującą się wodę. Tak jest zdecydowanie szybciej i wygodniej, nawet jeśli macie kupioną połówkę kurczaka. Pokrójcie go na kilka części zanim wrzucicie do wody. Kurczak pogotować się musi do miękkości, wpierw kilka minut na dużym ogniu, potem zmniejszamy gaz i pozwalamy mu się gotować na średnim około 30-45 minut. Gdy kawałki mięsa zaczną odstawać od kości (zauważycie zdecydowanie) wyłączamy gaz i wydobywamy kurczaka z wody, by ostygł. Będziemy za chwilę obierać mięso z kości, lepiej więc to robić, jak mięso jest już możliwe do dotknięcia.
Na wodę po kurczaku wrzucamy makaron, podkręcamy ponownie ogień pod garnczkiem i gotujemy go aż będzie prawie al'dente. Czyli nie tak do końca miękki. Potem zapiekanka jeszcze będzie zapiekana w piekarniku, więc nie chcemy mieć papki zamiast makaronu. Ugotowany makaron wyrzucamy na sito i odstawiamy na chwilę na bok.
Kroimy zieloną paprykę, cebulę i czerwone papryczki pimento w drobną kostkę.
Jeśli mięso z kurczaka nam już wystygło, obieramy je z kości, czyniąc z niego nie za duże kawałki. Odmierzamy wymaganą przepisem ilość, odstawiamy na bok.
Naczynie żaroodporne napełniamy makaronem.
Do makaronu wsypujemy rozdrobnione, ugotowane mięso z kurczaka.
Ostrożnie przelewamy do nich nasz substytut zupy-kremu z grzybów.
Dokładamy pokrojone warzywa.
Dodajemy starty, żółty ser.
Mieszamy wszystko ostrożnie ale dokładnie. W tym momencie zawartość naczynia żaroodpornego sięgać nam będzie prawie po brzegi, więc zdecydowanie trzeba to robić delikatnymi ruchami. Jeżeli wolicie wszystko mieszać w osobnym naczyniu, większym garnku lub czymś w tym stylu - proszę bardzo. Ja wolę w naczyniu, bo mniej wtedy naczyń ubrudzę, poza tym da się. I nie trzeba potem przekładać do naczynia, w którym będziemy zapiekać.
Starannie wymieszanych składników próbujemy, zanim zaczniemy doprawiać. Pamiętajcie, że w zupie-krem jest już sól i pieprz oraz bulion grzybowy, więc dodając łyżeczkę soli - bądźcie z nią ostrożni.
Doprawiamy więc solą i pieprzem, oraz pozostałymi przyprawami z przepisu. Jeżeli uznacie, że nadal czegoś wam brakuje, można poeksperymentować z ilościami, a także z inną przyprawą. Curry też tu podejdzie. Podbije smak charakterem.
Następnie raz jeszcze mieszamy, sprawdzamy ostatecznie smak i zapiekankę już znajdującą się w naczyniu żaroodpornym posypujemy tą dodatkową szklanką startego, żółtego sera.
Wsadzamy naczynie do piekarnika nagrzanego na 176 stopni Celsjusza i pieczemy około 35-45 minut do momentu aż ser się stopi, a potrawa widziana przez przezroczystą ściankę naczynia puszcza nam bąbelki. Finalnie otrzymamy soczystą zapiekankę, niby łagodną ale jednocześnie przyjemnie ognistą w smaku, naładowaną smacznymi składnikami, która zapełni brzuchy głodnej rodziny aż do przesytu i tylko o deser będą wam wołać.
Dania starczy spokojnie na 8 porcji.
Smacznego!:)
sobota, 18 lipca 2015
Smażony makaron z kurczakiem i warzywami
Każdemu się zdarza, że czas go goni. Że po prostu go nie ma, szczególnie, jeśli uważał, że ma go bardzo dużo i ze wszystkim zdąży, więc nie musi się spieszyć. A tu nagle nawarstwia się do cholery spraw i nim się obejrzysz z całej masy rzeczy, jakie były do zrobienia, zrobiłeś jedną trzecią i to na dodatek po łebkach.
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!
Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.
Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.
Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
No to hackujemy obiad:
Składniki:
1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz
Wykonanie:
Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.
Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.
Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.
Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.
Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.
Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.
W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.
Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.
Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.
请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!
czwartek, 11 czerwca 2015
Penne (rigate) z mango i kurczakiem
"Dziś prawdziwych kurczaków już nie ma..." chciałoby się zawyć żałośliwie na widok półki z drobiem w sklepie mięsnym. Co prawda to już nie te czasy, gdzie w takim sklepie była tylko pani sprzedająca i ocet oraz towar "spod lady" - rozmaitych doczesnych części drobiu mamy na kopy. Co z tego jednak, skoro wiadomo z góry, że to nie są prawdziwe kurczaki, a na antybiotykach, jak twierdza moi teściowie. I konsekwentnie odmawiają jedzenia kurczaków ze sklepu, przedkładając nad niego indyka.
Ja w sumie mogłabym zrobić tak samo. Starczy obejrzeć sobie jak wygląda woda, gdy wrzucisz do niej kawałki piersi, skrzydełka albo nóżki i nieco pogotujesz. Ilość farfocli pływająca po powierzchni sprawia, że zawsze podczas odszumowywania zastanawiam się, czy nie lepiej było jednak kupić tego indyka. Ale jednak nie. Indycze mięso ma inny smak, niekoniecznie bardziej mi pasujący, a do niektórych potraw kurczak być musi i basta. Nawet ten "nieprawdziwy".
Oczywiście, najlepiej byłoby mieć babcię lub innego pociotka na wsi hodującego kury i oglądać sobie jak takie małe, żółte kulki całkiem naturalnym sposobem jedząc rozmaite ziarno na podwórku, grzebiąc tu i tam łapą, wyrastają sobie stopniowo na kurczaki i łażą gdzie chcą. To łażenie zawsze i tak kończy się w piekarniku, gdzie jego czcigodny zewłok pozbawiony łba składają na spoczynek wieczny... trwający zazwyczaj tylko tyle ile trzeba by mięso się upiekło. Ale jednak wiecie... to i tak lepszy los niż być kurczakiem pędzonym na sztucznych karmach, który widział tylko klatkę przez kilka tygodnie, a potem już tylko ubojnię. Przynajmniej taki kurczak zagrodowy sobie połaził, pogrzebał, a jeśli mu los dopisał, wyrósł na koguta i do granic obłędu strachu ganiał miastową dzieweczkę, pragnąc podziobać ją w różowe pięty (prawdziwa historia, moja. Do dzisiaj spoglądam niepewnym okiem na koguty na wolności, choć minęło ze trzydzieści lat od tego wydarzenia. One wiedzą i tylko czekają, by mi się dobrać do kończyn...). A gdy już zmusił ją do nawoływania płaczliwie babci z komórki, by uwolniła, bo "kogut!", łaził dumnie dookoła i stroszył ogon.
Zjadłam rosół z niego z prawdziwą satysfakcją...
Odbiegłam jednak od tematu. Kurczak i w ogóle drób, co łazi gdzie chce, ma pozwolenie na dorastanie w naturalny sposób i zjada to, co od tysięcy lat jadają ptaki domowe, w garnku jest delicją. Niestety, o ile nie mamy dostępu do takiego kurczaka na co dzień - musimy spożywać te sklepowe. Pozytyw z tego "nieprawdziwego" fileta, który już kupiliśmy jest taki, że nie drogi, smak ma prawie taki jak zagrodowy kurczak, i przede wszystkim znakomicie łączy się z innymi smakami, przez co da się zapomnieć skutecznie, co to za mięso.
Na przykład takie owoce. Świeże. Kurczak i kaczka bardzo je lubią. Mięso, znaczy się, przyjemnie z nimi współgra. Kaczkę z jabłkami albo w pomarańczach praktycznie każdy lubi. Nawet indyk nabiera charakteru, gdy go połączyć z jakimś świeżym owocem i nie zalatuje łapą (słowo daję, zawsze mi mięso indycze kończyną czuć, nie wiem dlaczego;)). Co prawda można i suszek użyć (przewałkowane tam i nazad schaby ze śliwką i suszoną morelą - hicior imieninowych imprez u starszego pokolenia...) ale nie ma to jak kawałek białego mięsa z posmakiem świeżego owocu.
Pomijając standardowe jabłka i pomarańcze, kilka lat temu szukając czegoś ciekawego na letni obiad, nie ciężkiego, ale sycącego, wpakowałam się na przepis, którego zmodyfikowaną wersję dzisiaj przedstawię. W przepisie tym w arcy ciekawy sposób połączył się smak kurczaka ze smakiem egzotycznego owocu mango, papryki zielonej i imbiru. Wychodzi z tego tak przedziwna mieszanina słodkich, słonych i pikantnych smaków, że człowiek je... i je... i w sumie nie wie, co w tym jest takiego, że nie chce przestać.
A przy tym, jeszcze nie spotkałam się z przypadkiem (a robię tę potrawę od dobrych ośmiu lat) by ktokolwiek się nią przejadł. Zawsze kończy się jedzenie z "lajtowym stopniem napchania". O ile, rzecz jasna, nie przesadzi się z makaronem, który robi tu za dodatek.
No dobra, warto jednak zapodać przepis na ten smaczny obiad, w sam raz na czerwcowy dzionek.
Składniki (na cztery porcje):
2/3 opakowania makaronu penne (rurki)
50 dkg piersi z kurczaka (zagrodowy byłby najlepszy, ale na upartego sklepowy filet też będzie dobry)
1 zielona papryka
1 duże mango (dojrzałe, a to oznacza, że powinno być miękkie, choć mieć gładką, nie pomarszczoną skórkę i kolor jak najbliższy czerwonemu i pomarańczowemu. Miąższ w środku żółty.)
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
2-3 łyżeczki świeżego, posiekanego imbiru (można go zastąpić sproszkowanym - przyprawą, ale danie traci wtedy na ostrości. No i trzeba dać go wtedy nieco więcej, by był wyczuwalny.)
1 kubeczek śmietany (ja zawsze używam "Śmietany z Trzebowniska", ale to ni mniej ni więcej tylko "osiemnastka", jaką dodaje się standardowo do zupy.)
sól, pieprz, Vegeta (można pominąć, ale w takim wypadku solidniej doprawić solą i pieprzem)
pęczek natki pietruszki
1/3 pęczka natki kolendry
oliwa (wasz wybór jaka, ja stosuję najchętniej z pestek winogron, bo nie dodaje własnego smaku potrawie)
sok z cytryny do doprawienia
parmezan do posypania
Wykonanie:
Pierś z kurczaka opłukać, pozbawić białych kawałków tłuszczu i błonek (nieestetycznie wyglądają po przysmażeniu i nie fajnie smakują, więc po co one), pokroić w kawałki (takie, jak zwykle kroimy robiąc gulasz).
Zieloną paprykę umyć, pozbawić ogonka i pestek, oraz białych części ze środka. Pokroić w paski.
Cebulę obrać, pokroić w cienkie krążki (jak do O-ringów).
Mango umyć, obrać ze skórki, pokroić najdrobniej jak się da w kosteczkę (przy okazji natkniecie się na sporą pestkę, którą trzeba okrawać dookoła, bo połączona z miąższem tak łatwo nie da się wyciągnąć.)
Ząbki czosnku pokroić drobniutko.
Imbir posiekać na drobną kostkę.
Zagotować makaron al dente (ani na miękko, ani na twardo, tak, by był sprężysty), wyrzucić na sitko, przelać zimną wodą, by się zahartował. Odstawić na bok. (ten krok można zrobić również po wykonaniu sosu.)
Na głęboką patelnię z rozgrzaną oliwą wrzucić pokrojonego kurczaka i obsmażać, aż całkowicie zbieleje z każdej strony, około 10 minut (ważne, nie dosmażone mięso drobiowe jest niezbyt bezpieczne dla zdrowia, dopilnujmy więc tego.). W międzyczasie doprawić go nieco solą i pieprzem, można też sypnąć troszkę Vegety. Obsmażone kawałki przełożyć do innego naczynia, zostawiając tłuszcz na patelni.Odstawić.
Na patelnię z oliwą po kurczaku wrzucić paprykę, podsmażyć ją nieco na małym ogniu, potem cebulę, i często mieszając doprowadzić obie do stanu szklistego i mięknącego. W międzyczasie trzeba będzie dolać oliwy, bo warzywa nie mogą się spalić.
Następnie do papryki i cebuli, już miękkich i pachnących, dodajemy imbir i czosnek. Całość mieszamy i smażymy jeszcze trochę, by smaki się połączyły, ale nic nadal nie spaliło. Na koniec do tych warzyw wrzucamy pokrojone drobno mango i często mieszając trzymamy tak długo na ogniu, aż kawałeczki owocu zaczną się rozpadać.
Po tym czasie stopniowo, łyżka po łyżce dodajemy cały kubeczek śmietany. Każda łyżka musi być starannie wmieszana w warzywa, by się nie zważyła. Nie musimy używać więc mąki. Gdy cała śmietana "wejdzie", dorzucamy kurczaka. Całość łączymy ze sobą, starannie mieszając, aby mięso dokładnie przeszło smakami, stale trzymając patelnię na średnim ogniu. Następnie doprawiamy solą, pieprzem, sokiem z cytryny, posiekaną pietruszką i kolendrą (zostawić kilka listków do dekoracji) i dopiero w momencie, gdy jesteśmy zadowoleni ze smaku, ściągamy patelnię z ognia.
Na koniec wyłożyć sos z kurczakiem na ugotowany makaron penne (można też wymieszać go z makaronem), posypać parmezanem, ozdobić listkami pietruszki lub kolendry i zajadać, aż się uszy trzęsą:)
Z moich uwag dodam tylko, że trzeba potrawę przyprawić mocniej, ale ostrożnie operować solą. To, co chcemy uzyskać, to wyraźny smak mango i imbiru (powinien lekko palić) oraz papryki na podkładzie z doprawionego mięsa kurczaka.
Pietruszkę można dodać do potrawy w sporej ilości, nawet i tę suszoną - przyprawę. Tylko podbije smak świeżością. Z kolendrą jednak nie szalejcie - lub przejmować smaki i może zepsuć efekt.
Ja w sumie mogłabym zrobić tak samo. Starczy obejrzeć sobie jak wygląda woda, gdy wrzucisz do niej kawałki piersi, skrzydełka albo nóżki i nieco pogotujesz. Ilość farfocli pływająca po powierzchni sprawia, że zawsze podczas odszumowywania zastanawiam się, czy nie lepiej było jednak kupić tego indyka. Ale jednak nie. Indycze mięso ma inny smak, niekoniecznie bardziej mi pasujący, a do niektórych potraw kurczak być musi i basta. Nawet ten "nieprawdziwy".
Oczywiście, najlepiej byłoby mieć babcię lub innego pociotka na wsi hodującego kury i oglądać sobie jak takie małe, żółte kulki całkiem naturalnym sposobem jedząc rozmaite ziarno na podwórku, grzebiąc tu i tam łapą, wyrastają sobie stopniowo na kurczaki i łażą gdzie chcą. To łażenie zawsze i tak kończy się w piekarniku, gdzie jego czcigodny zewłok pozbawiony łba składają na spoczynek wieczny... trwający zazwyczaj tylko tyle ile trzeba by mięso się upiekło. Ale jednak wiecie... to i tak lepszy los niż być kurczakiem pędzonym na sztucznych karmach, który widział tylko klatkę przez kilka tygodnie, a potem już tylko ubojnię. Przynajmniej taki kurczak zagrodowy sobie połaził, pogrzebał, a jeśli mu los dopisał, wyrósł na koguta i do granic obłędu strachu ganiał miastową dzieweczkę, pragnąc podziobać ją w różowe pięty (prawdziwa historia, moja. Do dzisiaj spoglądam niepewnym okiem na koguty na wolności, choć minęło ze trzydzieści lat od tego wydarzenia. One wiedzą i tylko czekają, by mi się dobrać do kończyn...). A gdy już zmusił ją do nawoływania płaczliwie babci z komórki, by uwolniła, bo "kogut!", łaził dumnie dookoła i stroszył ogon.
Zjadłam rosół z niego z prawdziwą satysfakcją...
Odbiegłam jednak od tematu. Kurczak i w ogóle drób, co łazi gdzie chce, ma pozwolenie na dorastanie w naturalny sposób i zjada to, co od tysięcy lat jadają ptaki domowe, w garnku jest delicją. Niestety, o ile nie mamy dostępu do takiego kurczaka na co dzień - musimy spożywać te sklepowe. Pozytyw z tego "nieprawdziwego" fileta, który już kupiliśmy jest taki, że nie drogi, smak ma prawie taki jak zagrodowy kurczak, i przede wszystkim znakomicie łączy się z innymi smakami, przez co da się zapomnieć skutecznie, co to za mięso.
Na przykład takie owoce. Świeże. Kurczak i kaczka bardzo je lubią. Mięso, znaczy się, przyjemnie z nimi współgra. Kaczkę z jabłkami albo w pomarańczach praktycznie każdy lubi. Nawet indyk nabiera charakteru, gdy go połączyć z jakimś świeżym owocem i nie zalatuje łapą (słowo daję, zawsze mi mięso indycze kończyną czuć, nie wiem dlaczego;)). Co prawda można i suszek użyć (przewałkowane tam i nazad schaby ze śliwką i suszoną morelą - hicior imieninowych imprez u starszego pokolenia...) ale nie ma to jak kawałek białego mięsa z posmakiem świeżego owocu.
Pomijając standardowe jabłka i pomarańcze, kilka lat temu szukając czegoś ciekawego na letni obiad, nie ciężkiego, ale sycącego, wpakowałam się na przepis, którego zmodyfikowaną wersję dzisiaj przedstawię. W przepisie tym w arcy ciekawy sposób połączył się smak kurczaka ze smakiem egzotycznego owocu mango, papryki zielonej i imbiru. Wychodzi z tego tak przedziwna mieszanina słodkich, słonych i pikantnych smaków, że człowiek je... i je... i w sumie nie wie, co w tym jest takiego, że nie chce przestać.
A przy tym, jeszcze nie spotkałam się z przypadkiem (a robię tę potrawę od dobrych ośmiu lat) by ktokolwiek się nią przejadł. Zawsze kończy się jedzenie z "lajtowym stopniem napchania". O ile, rzecz jasna, nie przesadzi się z makaronem, który robi tu za dodatek.
No dobra, warto jednak zapodać przepis na ten smaczny obiad, w sam raz na czerwcowy dzionek.
Składniki (na cztery porcje):
2/3 opakowania makaronu penne (rurki)
50 dkg piersi z kurczaka (zagrodowy byłby najlepszy, ale na upartego sklepowy filet też będzie dobry)
1 zielona papryka
1 duże mango (dojrzałe, a to oznacza, że powinno być miękkie, choć mieć gładką, nie pomarszczoną skórkę i kolor jak najbliższy czerwonemu i pomarańczowemu. Miąższ w środku żółty.)
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
2-3 łyżeczki świeżego, posiekanego imbiru (można go zastąpić sproszkowanym - przyprawą, ale danie traci wtedy na ostrości. No i trzeba dać go wtedy nieco więcej, by był wyczuwalny.)
1 kubeczek śmietany (ja zawsze używam "Śmietany z Trzebowniska", ale to ni mniej ni więcej tylko "osiemnastka", jaką dodaje się standardowo do zupy.)
sól, pieprz, Vegeta (można pominąć, ale w takim wypadku solidniej doprawić solą i pieprzem)
pęczek natki pietruszki
1/3 pęczka natki kolendry
oliwa (wasz wybór jaka, ja stosuję najchętniej z pestek winogron, bo nie dodaje własnego smaku potrawie)
sok z cytryny do doprawienia
parmezan do posypania
Wykonanie:
Pierś z kurczaka opłukać, pozbawić białych kawałków tłuszczu i błonek (nieestetycznie wyglądają po przysmażeniu i nie fajnie smakują, więc po co one), pokroić w kawałki (takie, jak zwykle kroimy robiąc gulasz).
Zieloną paprykę umyć, pozbawić ogonka i pestek, oraz białych części ze środka. Pokroić w paski.
Cebulę obrać, pokroić w cienkie krążki (jak do O-ringów).
Mango umyć, obrać ze skórki, pokroić najdrobniej jak się da w kosteczkę (przy okazji natkniecie się na sporą pestkę, którą trzeba okrawać dookoła, bo połączona z miąższem tak łatwo nie da się wyciągnąć.)
Ząbki czosnku pokroić drobniutko.
Imbir posiekać na drobną kostkę.
Zagotować makaron al dente (ani na miękko, ani na twardo, tak, by był sprężysty), wyrzucić na sitko, przelać zimną wodą, by się zahartował. Odstawić na bok. (ten krok można zrobić również po wykonaniu sosu.)
Na głęboką patelnię z rozgrzaną oliwą wrzucić pokrojonego kurczaka i obsmażać, aż całkowicie zbieleje z każdej strony, około 10 minut (ważne, nie dosmażone mięso drobiowe jest niezbyt bezpieczne dla zdrowia, dopilnujmy więc tego.). W międzyczasie doprawić go nieco solą i pieprzem, można też sypnąć troszkę Vegety. Obsmażone kawałki przełożyć do innego naczynia, zostawiając tłuszcz na patelni.Odstawić.
Na patelnię z oliwą po kurczaku wrzucić paprykę, podsmażyć ją nieco na małym ogniu, potem cebulę, i często mieszając doprowadzić obie do stanu szklistego i mięknącego. W międzyczasie trzeba będzie dolać oliwy, bo warzywa nie mogą się spalić.
Następnie do papryki i cebuli, już miękkich i pachnących, dodajemy imbir i czosnek. Całość mieszamy i smażymy jeszcze trochę, by smaki się połączyły, ale nic nadal nie spaliło. Na koniec do tych warzyw wrzucamy pokrojone drobno mango i często mieszając trzymamy tak długo na ogniu, aż kawałeczki owocu zaczną się rozpadać.
Po tym czasie stopniowo, łyżka po łyżce dodajemy cały kubeczek śmietany. Każda łyżka musi być starannie wmieszana w warzywa, by się nie zważyła. Nie musimy używać więc mąki. Gdy cała śmietana "wejdzie", dorzucamy kurczaka. Całość łączymy ze sobą, starannie mieszając, aby mięso dokładnie przeszło smakami, stale trzymając patelnię na średnim ogniu. Następnie doprawiamy solą, pieprzem, sokiem z cytryny, posiekaną pietruszką i kolendrą (zostawić kilka listków do dekoracji) i dopiero w momencie, gdy jesteśmy zadowoleni ze smaku, ściągamy patelnię z ognia.
Na koniec wyłożyć sos z kurczakiem na ugotowany makaron penne (można też wymieszać go z makaronem), posypać parmezanem, ozdobić listkami pietruszki lub kolendry i zajadać, aż się uszy trzęsą:)
Z moich uwag dodam tylko, że trzeba potrawę przyprawić mocniej, ale ostrożnie operować solą. To, co chcemy uzyskać, to wyraźny smak mango i imbiru (powinien lekko palić) oraz papryki na podkładzie z doprawionego mięsa kurczaka.
Pietruszkę można dodać do potrawy w sporej ilości, nawet i tę suszoną - przyprawę. Tylko podbije smak świeżością. Z kolendrą jednak nie szalejcie - lub przejmować smaki i może zepsuć efekt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





