Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słodkości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słodkości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2016

Pigułki z Suszonej Żaby (Świat Dysku)/ Dried Frog Pills (Terry Pratchett's Discworld)

W 1983 roku pewien Anglik o ciętym poczuciu humoru, w jakie wyposażył swoje pióro i jedynym w swoim rodzaju zmyśle obserwacji świata i rozmaitych spraw toczących się wokół niego, oraz cudownej zdolności przekuwana tej, niekiedy nudnej i pospolitej rzeczywistości w iskrzącą dowcipem i pomysłami fikcję, stworzył pewną książkę. Książka ta traktowała o bohaterach fantastycznego świata, niesionego przez wszechświat na skorupie Wielkiego A'Tuina, który był żółwiem. Żółwicą, jak utrzymywali niektórzy, ale nikt płci sprawdzić nie dał rady. Osobiście sądzę, że była to baba, bo tylko baba, nawet żółwia, miałaby powód by latać bez celu przez kosmos ze światem na grzbiecie. I słoniami, które ten świat podtrzymują. Z czystej przekory, że może to zrobić i żaden zasmarkany samiec dowolnej rasy nie będzie jej udowadniał, że jej na to nie stać.
Książka nosiła tytuł "Kolor Magii", a Anglik zwał się Terry Pratchett i z miejsca zyskał uwielbienie i miłość fanów, których ilość rosła z każdą kolejną książką z cyklu "Świat Dysku", jakie Kreator raczył nam dawać w prezencie. Zaś świat, dysk na żółwiu i słoniach bawił i zachwycał czytelników przez ponad dwadzieścia lat. Pratchett stał się Sir Pratchettem, co tylko podkreśliło jak ważną pełni rolę w świecie tych, którym za chleb powszedni literacki nie wystarczają Greye, codzienne gazety i Harlequiny, ale i ta jedyna w swoim rodzaju fantazja, która magicznym sposobem zabiera od ciebie całe zło nawet na ten krótki czas lektury.

12 marca 2015 roku ten wielki człowiek, niezwykły pisarz odszedł, ze Śmiercią pod rękę, pogrążając fanów fantasy w żałobie. Pamiętam, że w ten dzień płakał cały fejsbook, płakał cały fandom, a każdy z moich znajomych wiedział co się stało. Ja sama miałam łzy w oczach i do tej pory mi się kręcą, gdy wspomnę, że Pratchetta już nie ma. Że "Pasterska Korona" - ostatnie jego dzieło, ostatnie spojrzenie na "Świat Dysku", jest pożegnaniem. I nigdy już, choćby stawano na rzęsach i pisano najlepsze rzeczy, nikt nie powtórzy tego, co ten białobrody osobnik z długim piórem na zabawnym kapeluszu, osiągnął. Nikt nie zdobędzie aż takiej miłości zupełnie mu obcych ludzi z całego świata i nie spowoduje takiej żałoby jak on. Z papieżami mi tu niech nikt nie wyjeżdża, bo to zupełnie inny temat, inna wariacja smutku i nie na aż tak globalną skalę. Zresztą mówimy tu teraz o Sir Terry'm, którego uważam za jednego ze ścisłej piątki mych ulubionych autorów literackich i chociaż tym razem jemu w hołdzie, spróbuję nie pętać się po zaułkach mej rozkrzewionej na wszystkie strony wyobraźni, dywagując na wszelkie możliwe tematy, chociażby pośrednio z nim związane.

Terry Pratchett odszedł, zostawiając po sobie historie, które nigdy tak naprawdę nie dadzą o sobie zapomnieć. Dzięki którym będzie żył wiecznie. Za każdym razem gdy otworzymy jedną z jego książek i parskniemy śmiechem czytając przypis u dołu strony, albo jakiś nieprawdopodobny wątek nieludzko żywej postaci, wyglądającej zza literek - autor uśmiechnie się do nas przekornie po raz kolejny. A ja choć raz powiem "A nie mówiłam?" bez ponurej satysfakcji w głosie:) Bo wy to wiecie, wy wszyscy, którzy czytaliście cokolwiek ze "Świata Dysku". On żyje. I nawet jego nieskończona wyprawa w nieznane ze Śmiercią, Pimpusiem i Śmiercią Szczurów, jest tylko dalszym rozdziałem wielkiej opowieści, którego niestety nie dane będzie nam już przeczytać.

Możemy się jednak inspirować nim w nieskończoność, tak przebogaty materiał pozostawił po sobie. 41 powieści samego Świata Dysku - jako jedynotwórca. A jeszcze te pisane z innymi autorami, których też wcale nie jest mało. Do tego historie z innych uniwersów, opowiadania publikowane w zbiorkach i czasopismach, filmy na podstawie jego książek, gry, słuchowiska, przedstawienia teatralne... przypuszczam, że sporo osób próbuje wzorować się na jego stylu pisząc własne, pierwsze opowiadania. I dobre to jest, chociaż to jak próbować sięgać gwiazd, łowiąc ich odbicie w jeziorze za pomocą sieci. Wszystko to jednak to fajny, naprawdę świetny hołd dla tego niezwykłego człowieka.

I ja również chciałam dołożyć cegiełkę od siebie na swój pokręcony sposób. Piszę inaczej niż on, chociaż też dosyć zabawnie ale gdzie mi tam do jego stylu i pomysłowości. Robię jednak co innego, a mianowicie tworzę tego bloga. Już jeden przepis prosto z jego książki wylądował na nim, zresztą jako pierwszy, nieopierzony jeszcze, gdy nie do końca łapałam, jak chcę to wszystko zrobić. Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda, gdyby ktoś był zaciekawiony, okazały się super smaczne i dały mi pomysł na to jak tworzyć kolejne zjadliwości wyczajone w książkach i nie tylko, by było to inne niż na pozostałych blogach. I choć długość tekstów, jakie towarzyszą obecnie większości przepisów na Bantofelkach, zapewne nie zdobywa mi nadmiaru zachwytów i czytelników - nadal jest to dokładnie tak, jak chcę to robić. Sir Terry'emu też ktoś kiedyś na pewno powiedział, że coś się ze Świata Dysku nie przyjmie, więc powinien pisać to inaczej i zapewne kazał się on mu szlachecko pier... no, robiąc dokładnie to, co uważał za właściwe. I wyszło mu to na dobre. Tedy i ja kontynuuję swoje dzieło. I dziś mam wam zamiar przedstawić jedno ze sławniejszych dań, choć nie jest to danie per se, jakie przewija się w praktycznie każdej książce ze "Świata Dysku", w której wspomina się o magach z Niewidocznego Uniwersytetu (w szczególności o Kwestorze) i ich kuriozalnym polatywaniu na falach magicznego oddechu Ankh-Morpork, jakie inni nazywają życiem.
Miasto i Uniwersytet z zasady są dziwne, więc czemu i kadra magiczna miałaby być normalna? Wszyscy, od Nadrektora Ridcully, po maga Rincewinda zdrowo są szajbnięci, przeto taki doskonały lek (do pary z alkoholem) by rzeczywistość chociaż trochę była im bliższa niż zwykle, to jest Pigułki z Suszonej Żaby, idealnym są sposobem by na moment zdozować sobie ich świat.

Emetyk ten cudowny został wynaleziony na Niewidocznym Uniwersytecie przez Myślaka Stibbonsa i stosowany jest jako lek na szaleństwo, po którym szaleniec ma halucynacje, że jest normalny. Zbzikowanemu Kwestorowi - głównemu użytkownikowi tych pigułek - do pewnego stopnia pomagają. O ile spożywa je w ilości liczonej na łyżki, a nie na pigułki.
Wedle tego, co powiadają nam książki, pigułki te produkowane są z pewnej szczególnie trującej odmiany żab, hodowanych na NU. Gdy magowie zabierają się za ich produkcję, jedną z żab uszczęśliwiają do stopnia, w której jej dusza ulatuje do wielkiej dżungli na niebiesiech, natomiast szczątki doczesne są suszone i wraz z innymi składnikami ukręcane w małe pigułki. Niestety nie powiedziano nam, co robią tej żabie, ale skoro jest uszczęśliwiana...
W sumie to chyba nie chcę wiedzieć...

Wracając do pigułek. Całkiem dobrze opisuje je poniższy cytat z "Wiedźmikołaja" (tłumaczony własnołapnie z angielskiego, ponieważ nie mam pod ręką książki):

"- Tak czy siak wydaje się być bardzo szczęśliwy.
- To przez pigułki z suszonej żaby; spożywa je garściami. - oświadczył z lekceważeniem Pierwszy Prymus. - W sumie czemu nie miałby tego robić...
- Oh, mam nadzieję, że nie uzależniają.
- Jestem pewien, że nie jadłby ich w takiej ilości, gdyby były uzależniające. - powiedział Pierwszy Prymus."
Terry Pratchett - Wiedźmikołaj

No, ja tam bym się kłóciła, ale w sumie jako czytelnik niewiele mam do powiedzenia.
Jako geek-food blogerka jednakże powiem wam: zrobiłam, spróbowałam jedną i za tą jedną poleciały kolejne... uzależniają!

Ale skoro już jestem przy tym, że zrobiłam, należy wyjaśnić pewną kwestię. Nie z żaby. Żaby są pod ochroną. Żadna żaba nie ucierpiała w wyniku moich eksperymentów z Pigułkami z Suszonej Żaby, co zresztą zaleca cudowna " Książka kucharska Niani Ogg", z której wzięłam humanitarny i bardzo smaczny przepis na nie. Nie jest zresztą jedynym, z jakim mam zamiar się zmierzyć, zawartym w tym dziele. Teraz jednak ponownie skupmy się na pigułkach, które przecież są głównym bohaterem tej felki.

Ponieważ nie używamy żaby, trującej czy nie, należy pamiętać, że coś musi sprawiać, że pigułki te powinno się zjadać łyżkami. Muszą być smaczne, wręcz zaginające rzeczywistość swoją niezwykłością. I na szczęście takie są, zgodnie z przepisem zapodanym przez frywolną wiedźmę z Lancre. Ja go tylko nieco podrasowałam, bo pewne wartości z tekstu nie zgadzały się z rzeczywistością. Ale smak jest absolutnie autentyczny i jestem skłonna przyznać, że nawet jeśli spożycie Pigułek z Suszonej Żaby nie wyciągnie was z szaleństwa, ani nie wywoła halucynacji, że jesteście normalni (sic!), to na pewno poprawi wam humor.

Kreator nie podał nam żadnego opisu wyglądu tych pigułek, poza tym, że są małe (no, skoro łyka się je garściami albo łyżkami, to wielkości jabłka by być nie mogły) i, zakładając, że inkryminowana Żaba, z której ją robiono, miała zielonkawą skórę - i one są zielonkawe. Suszenie żaby co prawda logicznie temat ujmując, powinno zieleni dodać odcienia brązu i taki mieszany kolor otrzymamy finalnie, dostosowując się do przepisu Niani Ogg.
Zresztą co ja wam będę... zdjęcie, proszę ja was, mówi samo za siebie. Oto poniżej Pigułki z Suszonej Żaby.
A także przepis na nie, który wzięłam z "Książki Kucharskiej Niani Ogg" autorstwa Terry Pratchetta. Polecam tak nawiasem, przezabawny dodatek do "Świata Dysku". Nie zawiera żab, jest w sumie bardzo prosty i jedyne, czego wymaga to cierpliwość. A Pigułki zrobią się już same i będą jednocześnie miękkie w środku i o twardawej, zewnętrznej skorupce, smakowo - poezja. Czysta magia, powiedziałabym, gdyby nie był to pratchettowski lek na magicznego świra, co chyba wymagałoby ulotki z przeciwwskazaniami:D Ni ma ale i tak jedziemy z przepisem. Świat jest pełen domniemanych szaleńców, którym zdecydowanie się przydadzą.

PS. Podziękowania dla Kuby "Arathiego" Nowosada, za podsunięcie mi tej, pełnej skarbów, książki:) Czuj się dumny i wyróżniony;)





Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:

0 żab
1 białko jajka
30g + przesianego cukru pudru (zdecydowanie użyjecie więcej, to jest tylko na początek)
1 czubata łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka olejku rumowego
1 łyżeczka zielonego barwnika spożywczego

Wykonanie:

Ostrożnie NIE bierzemy żadnej żaby i NIE suszymy jej. Zamiast tego:

Ubijamy białko jajka mikserem na sztywno w głębokiej misce.

Dosypujemy większość z 30g cukru pudru i mieszamy z białkiem za pomocą drewnianej łyżki.

Dosypujemy cynamon i dolewamy olejek rumowy oraz barwnik zielony, mieszamy wszystko razem aż utworzy gładką masę o jednolitej buro-zielonej barwie.

Dosypujemy resztę cukru pudru, mieszamy raz jeszcze.

Następnie dosypujemy i mieszamy z miksturą taką ilość cukru pudru aż przestanie się ona lepić do palców. Ja zużyłam około 30 dodatkowych gramów, poza tymi wstępnymi, a masa i tak nadal lekko się lepiła. Jednak dała się już potem rolować, więc orientacyjnie trzeba mieć pod ręką całe opakowanie cukru pudru.
Podczas dosypywania cukru i mieszania, smak również nam się lekko rozmyje, więc doradzam, w momencie gdy zaczniecie osiągać już odpowiednią gęstość mazidła - popróbować i w razie potrzeby dosypać jeszcze cynamonu i dolać olejku rumowego.

Gdy osiągniemy odpowiednią konsystencję masy, o kolorze suszonej żaby (buro-zielona z przewagą zieleni) i właściwym, mocnym, cynamonowo - rumowym smaku, wyścielamy blachę papierem do pieczenia.

Następnie zanurzamy obie dłonie w cukrze pudrze, odrywamy małe kawałeczki masy i rolujemy je w ucukrzonych dłoniach na kształt kulek wielkości ziarnka grochu. Każdą kolejną kulkę odkładamy na blachę z papierem. Zanurzanie będzie trzeba powtarzać co kilka rolowań, więc jak najbardziej warto mieć szeroko otwarte opakowanie, albo cukier wysypany na szeroki talerz. Kulki nie powinny się stykać ze sobą.

Gdy zrolujemy w kulki całą masę, zostawiamy pigułki do wysuszenia na co najmniej 8 godzin (najlepiej 12 lub na cała noc) w temperaturze pokojowej, w miejscu możliwie mało wilgotnym. Będą musiały wyschnąć zanim zabierzemy się do jedzenia. Po około 5 godzinach można ostrożnie je poprzewracać na drugą stronę, by i tam podeschły.

Gotowe przesypujemy do pojemnika z przykrywką i spożywamy jedną (lub garście) za każdym razem gdy świat nam za bardzo dopieka, albo głosy w głowie nam to nakażą.

Nie wsadzajcie ich do piekarnika, bo wyjdą wam kiepskie, zapadnięte makaroniki! Pigułki z Suszonej Żaby muszą schnąć na powietrzu.

Smacznego:D

-----------------------------------------------------

Ingredients:

0 frogs

1 egg white

30g and more of sifted icing sugar (you will need more, this amount is just for starters)

1 heaped tspn of ground cinnamon

1 tspn of rum flavouring

1 tspn of green food colouring


The making of:


Carefully take NO frogs and DO NOT dry them. Instead:


Whisk the egg white in a deep bowl until stiff.


Gradually beat in most of the 30g of sugar using a wooden spoon.

Sift in the cinnamon, add the rum flavouring and the colouring and stir until well blended, until the consistence is smooth and has nice green-brown colour.

Add the rest of icing sugar, mix once again.

Add enough of the remaining sugar to form a mixture that doesn't stick to the fingers when patted. I used additional ca. 30g, besides the one mentioned in the ingredients, and the mixture still was a bit sticky. It was possible to roll, however, so be prepared and have a full package of icing sugar next to your work place.

While adding the icing sugar, you have to check the taste and in case it gets blurry for all the additional sugar, add some more cinnamon or rum flavouring.

When the mixture is ready, having supposedly the colour of dried frog (brown-green) and heavy, rum and cinnamon taste, put a sheet of baking paper on a baking tin.

Then cover your hands totally in icing sugar and roll with it a small bits of mixture into a pea-sized balls. Each tiny ball put on a baking paper, remebering not to let them stick one to another. You will have to repeat covering your hands with the sugar, so all the pills could be easily rolled.

Leave the tin with a pills to dry for at least 8 hours (or 12, even overnight) in a room temperature, in a dry place, possibly with the lowest moisture level. After 5 hours has passed, you can try carefully flip the, so the bottom side dried as well.

When it is ready put them into a closed container. Or/and eat one (or a handful) everytime the world gets too much or when the voices tell you to.

Do not dry them or bake them in the oven! Dried Frog Pills have to dry in a room temperature, or you get stupid looking, sad-layer macarons.


Cheers!:) 



czwartek, 15 września 2016

Smażone batoniki Mars / Fried Mars bars

Bez wątpienia ten tytuł to nie podpucha. Ani też nie proponuję wam normalnym trybem robionych ciastek  "od stadium mąki i proszku do pieczenia", które tylko wyglądają jak batonik, a nim nie są. Nawet tak nie smakują (nie, ci z was, którzy zechcą mi wmawiać, że ciasto "Twix", "Snickers" i "Rafaello" chociaż zbliżają się smakiem do batonów, niech nawet nie próbują. Wybryki te bowiem są polskiej produkcji i z polskiej konweniencji ciasta robione, a niestety biszkopcik używany choćby w Twixie, to shortbread i żadne biszkoptowe cuda "made in Poland" albo inne zmiażdżone Petit Beurre nie osiągną jego maślanego smaku i mięsistej chrupkości nie do porównania z niczym polskim. I nie kuście mnie nawet gotowanym mlekiem kondensowanym, udającym karmel. Sam zaś kokos albo orzechy oryginału nie czynią.), nawet nie wyglądają, lądując w grupie typowych, weselnych przekładańców. Bleh, nie. Tknęłam się za nie raz i podziękowałam już na zawsze po pierwszej porcji każdego z wymienionych. Podróbek nie znoszę i tępić będę po kres mych dni, ament.
Wyraziwszy swą irytację i zapewnienie, że nie zamierzam was wpuszczać w maliny, od razu potwierdzę: mój smażony batonik Mars to najprawdziwszy batonik Mars zamknięty w cieście, usmażony na deep fry'u i tak niepospolicie smaczny w swej prostocie, że aż łeb odpada, jak to wogóle mogło mi nie przyjść do tej pory do głowy, by tak go zrobić! Ale, jak to powiadają - genialne pomysły są niemal zawsze dziełem przypadku. A także przypadkowo się je spotyka.

Smażony Mars to nie mój własny pomysł. Źródeł jego pochodzenia należy szukać w jednym z barów rybnych w Szkocji, gdzie z lubością pitraszą fish'n'chips i gdzie w latach 90tych pewien dziennikarz natknął się przypadkiem w barze Haven na właściciela onego, smażącego batoniki Mars dla dzieciaków. Była to tak zadziwiająca rzecz, jaką można usmażyć na głębokim oleju, że dziennikarz ten puścił informację w artykule w obieg i się zaczęło. Smażony Mars rozpełzł się dosłownie po całym świecie i od 2002 roku można go dostać w niemal każdej szkockiej smażalni i wszędzie tam na świecie, gdzie robią cokolwiek w cieście, a słyszeli o tym przysmaku. Miałam nawet ostatnio z moim ślubnym dyskusję o tym, czy to prawda z tą Szkocją, bo on słyszał, że w latach 80tych w Norwegii ten pomysł się zrodził, ale w sumie... mieliśmy jeden batonik do podziału (drugi zeżarł w trzy sekundy Młody i łakomo patrzył na nasz), więc zrobiłam się na tę złą i podczas gdy mąż mi zacięcie udowadniał, że to Makłowicz, a nie internety mają rację, pochłonęłam podmiot dyskusji i pokazałam mu w uśmiech czarne od czekoladowej rozpusty zęby, tymczasowo zamykając ten rozdział dyskusyjny, gdy zamilkł z oburzeniem. Zaczynając po chwili jednak nowy o temacie przewodnim "Gosia, jak mogłaś!". Zacytuję w tym przypadku Joey'a z przyjaciół: "I am not even sorry!". No ale w zadośćuczynieniu kupiliśmy jeszcze jeden batonik smażony i wszyscy byli szczęśliwi.
W tym momencie parę słów pełnych miłości chciałabym poświęcić food-truckowi z Lublina, handlującemu tym żarciem na dniach WSK w Rzeszowie. Nie pamiętam jak się zwaliście, ale dzięki wam doznałam oświecenia poznając ten smak, a moje dziecię kolejną, ulubioną słodkość. Resztę, w tym i sposób robienia w domu tego przysmaku, obskoczyłam już sama metodą prób i błędów.

Było więc, czym jest ta słodycz, a także czym nie jest. Było skąd przylazła... ale zdecydowanie nie było informacji o cieście, w jakim się ją smaży. Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście prawdziwej panierki do fish'n'chips, nie naleśnikowej, a takiej na piwie i nie wyłącznie na mące pszennej, jesteście w stanie wyobrazić sobie jednocześnie jej kruchość i gumiastość. Trochę tak jakbym jadła tempurę, ale bardziej mięsistą, chociaż równie cienką. Przy tym widać spod niej batonika, więc jest półprzejrzysta. Taki efekt zapewnia tylko jeden produkt - skrobia kukurydziana (zamiennie z mąką kukurydzianą, którą można w tym przypadku użyć spokojnie, jako, że ma tylko zagęścić panierkę i uczynić ją lekką, a nie budować ciasto.) Towar naturalnie bezglutenowy i sądzę, że gdyby zupełnie pominął mąkę pszenną i spróbował panierkę zrobić na samej skrobi - batonika mogliby jeść i bezglutenowcy. Popróbuję przy okazji i tego sposobu.
Jest jeszcze, wedle internetów, drugi rodzaj ciasta, ale zdecydowanie zawiera więcej składników i sądząc z opisów i zdjęć - mamy tam regularnego pączka na patyku, gdzie Mars tonie w środku ciasta, a nie jest głównym jego bohaterem. Nijak się to ma zresztą do prostej panierki z kraju pochodzenia frytek i ryby w cieście, więc ten przepis, na podstawie którego udało mi się stworzyć smażone Marsy, uznaję za jedynie słuszny i zapewne często będę go wykorzystywać, by zobaczyć uśmiech na ustach dziecka. I dorosłego. Bo ten uśmiech, proszę ja was, pojawi się w rozmaitym natężeniu, ale jednak. Od skrzywienia ust ("boże jakie to słodkie!" to, do cholery nie jedz i oddawaj resztę!:D), do odczucia bliskiego orgazmowi w towarzystwie gwałtownej chęci na papierosa "po". Jeden aktor, Szkot zresztą i mój osobisty ulubieniec, spróbował w którymś, amerykańskim chyba programie z udziałem publiczności takiego batonika i efekty... cóż, zobaczycie na końcu tej felki, bo jego mina jest tak bezcenna, że musi tu trafić.

Najpierw jednak pozwolę sobie zapodać wam zdjęcia i przepis, wraz ze wskazówkami, bo już widzę ten ślinotok, na samą myśl o smażonym w cieście batoniku Mars. Albo Snickers! Do diabła, Milkyway również się nada, a tym, co zdecydowanie odmówią batona, bo za tuczący, mogę swobodnie polecić banany i jabłka antonówki smażone w tej panierce. Niebo w gębie! Próbowałam, bo wyszło jej sporo, a szkoda było zmarnować takie dobro.

To co, batony zakupione? Mąka kukurydziana w pogotowiu? Gabh air!("Do ataku!" - gaelic)
Źródło przepisu: ta strona. Mocno zmodyfikowany.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)






Składniki:

4 (lub więcej) batony Mars (Snickers, MilkyWay, etc.)
1 szklanka mąki
1/2 szklanki skrobi kukurydzianej
1 szczypta sody oczyszczonej
1 szklanka mleka
olej do głębokiego smażenia 

Wykonanie:

Batoniki Mars wkładamy w papierku do lodówki na czas przygotowywania ciasta. Muszą być dobrze chłodne i nie otwarte.

W misce mieszamy mąki i sodę oczyszczoną.

Dolewamy mleka i miksujemy wszystko razem aż do otrzymania konsystencji gęstej śmietany. U mnie wystarczyła szklanka, ale jeżeli po niej ciasto nadal będzie za gęste, dolewajcie po 1/3 aż do uzyskania właściwej konsystencji. Jeżeli zrobi się za rzadkie - należy dosypywać skrobi, by uratować sytuację. Rzadkie ciasto nie oblepi nam właściwie batonika i wszystko pójdzie na marne, bo czekolada się stopi zanim ciasto ją skutecznie zamknie podczas smażenia.

W niedużym garnuszku (takim, by wrzucony batonik był przykryty i mógł swobodnie popływać, nie spoczywając na dnie), nagrzewamy olej do głębokiego smażenia do stopnia, w którym okruch chleba wrzucony na gorący olej, wyzłoci się w około 7 sekund (tak, liczyłam:)).

Wyciągamy batonika z lodówki, ściągamy z niego papier i wrzucamy go do ciasta, obtaczając bardzo, bardzo dokładnie. Ciasto musi wejść w każde zagłębienie i pokryć całą powierzchnię czekolady.

Przy pomocy łyżki delikatnie, jednym ruchem wsuwamy batona w olej i trzymamy w nim chwilkę aż się wyzłoci. Smażymy dla bezpieczeństwa po jednej sztuce naraz.

Wyciągamy z oleju przy pomocy łopatki, pozwalamy odciec moment na papierowym ręczniku kuchennym a potem, gdy będzie już możliwy do dotknięcia, albo wtykamy w niego patyk (bardzo dobrze posłuży tu jedna z pałeczek do chińskiego żarcia), albo wykładamy na talerz, posypujemy cukrem pudrem, albo polewamy czekoladą.  Serwujemy jeszcze ciepłe i jakkolwiek jest on tak pyszny, że od razu chce się więcej - zalecam ostrożność w jedzeniu. Przysmak jest naprawdę straszliwie kaloryczny, chociaż bez wątpienia jest to jedno z najlepszych, szybkich dań jakie jadłam w ostatnim dziesięcioleciu.

Smacznego!

PS. Gerard Butler potwierdza!  Oh... My... God!:D




------------------------------------------ 




 Ingredients:

4 (or more) Mars bars (or Snickers, MilkyWay, etc.)
1 cup of all purpose flour
1/2 cup of conrstarch
a pinch of baking soda
1 cup of milk
oil for deep frying


The making of:

Chill the chocolate bar by keeping it in the fridge. They have to be cooled.

Mix the flours and baking soda together in a bowl.

Add milk and mix until you get a batter with the consistency of thick cream. 1 cup for me was just enough, but if the batter is still too hard, add some more milk, 1/3 a cup at a time. If the batter is too thin - add some more cornstarch. It cannot be too thin, for the batter has to stick to the whole surface of the bar, and cover each and everyone of the cracks. And do not drop too quickly, or the chocolate melts before the batter fries and preserves it.

In a small, high pot (enough for the bar to be covered completely in oil, and still swim freely) heat the oil till the moment a crumb of bread fries to a light gold colour within 7 seconds after throwing in (yeah, I counted:)).

Remove the bar from a fridge, remove the paper, and throw Mars into the batter, covering with it completely.

Using a spoon, gently slide a bar into the hot oil, let it fry in there for a few moments until it becomes light golden. For safety reasons, fry 1 bar at a time.

Remove from the oil and let it cool a bit and drain the exceeds of oil on a paper towel. When it is possible to touch, but still warm, put a stick in one of ends of the bar (chopsticks for asian food are perfect for this action), or put it on a plate, sprinkle it with caster sugar or splash some chocolate syrup. Serve warm and however it is most delicious - be careful with eating more then one at a time. This treat is really, really calorific, though it is, without any doubt, one of the best junk, quick food I have had during last decade. 

Cheers!

PS: Gerard Butler approves! Oh.. My... God!:D

 



środa, 31 sierpnia 2016

Domowy popcorn karmelowy/Homemade caramel corn

Z czym wam się kojarzy kino? No, przede wszystkim filmy. To byłaby prawdopodobna odpowiedź 90% z was. 100% by tak odpowiedziało 20 lat temu, kiedy nie było jeszcze innych źródeł oglądania nowości z Fabryki Snów, potwornie spóźnionych, czasem o całe lata (macie pojęcie, że "Star Wars - Nowa Nadzieja" zadebiutowały w Polsce 2 lata po premierze w Stanach, czyli w 1979 roku, a plakat informujący o wyświetlaniu "Powrót Jedi" widziałam na własne oczy w jakimś 1986-87 roku w Rymanowie Zdroju jako 9-latka? Również 3 lata w plecy! Ale cóż się dziwić, Polska w tym czasie  ledwie przestała traktować wszystko, co nie jest z bratniego ZSRR jako zło wcielone i nowe filmy dochodziły i do nas. Spóźnione jak czort, ale jednak.) Teraz mamy internety i wszystko, co ze sobą sprowadziły (nie tylko szeroki i łatwy dostęp do porno:P), więc i filmy, które gdzieś już wcześniej miały premierę, można, przy odrobinie wysiłku zobaczyć je wcześniej mało legalnie, a nie po kilku miesiącach w majestacie prawa. Co prawda  ustrojone w polską flagę i nieśmiertelny głos Szyca, Adamczyka, Kożuchowskiej, albo ultrapopularnego Kota (najmniej winnego spośród wymienionych; uwielbiam jego Ryśka Riedla. Za "Skazanego na Bluesa" i "Bogowie" jestem mu w stanie wybaczyć naprawdę wiele). Rzecz ważka szczególnie dla tych, którzy fizycznie cierpią słysząc polski dubbing, i tęskniąc do anglojęzycznych żartów, jakie zarzyna ów już na wstępie, że tak przywołam wspomnianą już we wcześniejszych felkach przysłowiową "twoją starą" z któregoś nowego "Batmana".
Nie ujmujmy jednak niczego polskim kinom obecnie, poza wzmiankowanym dubbingiem. Poza filmami, niektórym kojarzy się z ekscytującym obmacywaniem się w ostatnim rzędzie, innym z ucieczką od sprawdzianu w szkole, gdy przypadkiem wypadło jakieś święto i robi się wielki spęd na jakieś dzieło historyczne. Od parunastu lat kojarzy się również z popcornem. Kinowym żarciem, które niektórzy wciągają jak powietrze w płuca, nie myśląc nawet o tym, że to robią, pełnymi garściami, a potem macają dno pudełka i spoglądają w szoku najpierw na pustą tekturkę, a potem na ekran, gdzie minęła ledwie 1/3 filmu, z wyrzutem, jakby to ten tam, główny bohater zeżarł ci przekąskę. Taaa... popcorn też się kojarzy. Szybciej nawet niż seks w tylnym rzędzie i dwudziestominutowe reklamy, jako piekielnie irytująca gra wstępna.
Kukurydza prażona, o niej to bowiem mowa, choć u nas dopiero stanowi rzeczywistość kinową  (i super przepłaconą) od tych nastu lat, za wielką wodą siedzi w kinach, jako przekąska filmowa od wczesnych lat dwudziestych XX wieku. Ale tak naprawdę, jak większość amerykańskich przysmaków, przybyła z innego rejonu, by cieszyć zmanierowane podniebienia imigrantów na nowej ziemi, mających się za naród wybrany:) Pochodzi z Ameryki Południowej, gdzie jej ziarna znajdowano w trakcie wykopalisk archeologicznych, wśród pozostałości po kulturze inkaskiej i azteckiej. Jedzono ją ponoć na codzień, co w sumie nie dziwi, bo kukurydza to strasznie fajny wynalazek, jakkolwiek się ją przyrządzi.
Koledzy Amerykanie zrobili jednak po swojemu. Najpierw co prawda i oni potraktowali popcorn śniadaniowo, ale potem ktoś wymyślił, by ją pomieszać z molasą i orzeszkami i podać ludziom wgapionym w srebrny ekran. I tak właśnie powstał Cracker Jack - praojciec dzisiejszego junk food. Jak łatwo sobie wyobrazić, następny krok w postaci oddzielenia kukurydzy i zmieszania jej z masłem i solą był tylko kwestią ulubionego amerykańskiego pędu do ułatwiania sobie życia. No i orzechów może nie lubić więcej ludzi. Kukurydzę kocha prawie każdy.
Popcorn przylazł więc do kin i już tam został, przybierając rozmaite odmiany smakowe. Najpopularniejsza, w tym i u nas w kraju, to ta z solą i umaślona. Jednakże dosyć szybko ktoś doszedł do wniosku, że Cracker Jack bez orzechów, ale z samym dodatkiem słodyczy będzie ciekawy - i trafił w dziesiątkę, dodając do popcornu stopiony cukier i osiągając zupełnie nowy poziom przekąski.

Ja bym temu komuś chętnie postawiła pomnik i maiła mu czoło listkami laurowymi do końca życia za umilenie mi mego, jako swemu bóstwu - na równi z tym, kto wymyślił brownie i pierwszy raz zmieszał zgniłe liście herbaciane z gorącą wodą, uzyskując mój ulubiony napój - herbatę. Popcorn karmelowy po raz pierwszy jadłam w towarzystwie swego obecnego męża trzynaście lat temu na nocce filmowej Władcy Pierścieni w Heliosie i pamiętam przede wszystkim swój zaskoczony zachwyt w temacie - jakie to dobre! To... i Viggo Mortensena... rozmarzenie, mode on:D

Powiada się, że ten pierwszy raz zapamiętuje się na zawsze, jako najwspanialszy na świecie. W większości przypadków tak jest, przynajmniej jeśli chodzi o ulubione jedzenie i kultowe filmy lub książki, które zostają z nami do końca życia. Jednak ja to bestia, wredna i marudna, przynajmniej w kwestii wymogów co do tego, co daje mi energię do dalszego, optymistycznego spijania śmietanki z życia (nawet jeśli czasem z lekka ona kwaśnawa). Popcorn z karmelem wciągnęłam hurtowo, garściami, mlaszcząc i mrucząc jak kot nad indyczą wątróbką, ale do dzisiaj pamiętam ile się namarudziłam, że te ziarnka tak mało karmelowe. Że ledwie poświęcono kropelkę lub dwie, nie obtoczono żadnego fragmentu konkretnie. Nagrzebać się trzeba było w kubełku żeby dopaść jedno skarmelizowane zupełnie, a potem stoczyć na niby walkę z drugą połową, w temacie, kto będzie tym szczęśliwcem, który je zje. Nie zawsze wygrywałam, czasem charyzma i piękny uśmiech ustępują sile całusów i sprytowi samczemu... niemniej po tym pierwszym kubełku były kolejne, na kolejnych filmach, których z moim Dudkiem obejrzeliśmy wielką ilość przez te lata. I tak jak jakość kina sf z biegiem lat wcale się nie poprawiała, tak, ku memu smutkowi, cena popcornu karmelowego rosła odwrotnie proporcjonalnie do ilości karmelu w kukurydzy. Za mało tego dobra, raz nawet je przypalili, zmuszając mnie do zwrócenia kubełka i wymiany zawartości... no i w końcu powiedziałam "dość". No bo przecież, skoro za przekąski w kinie płacimy często tyle samo ile za sam bilet do kina, to mam chyba, kurna, prawo za tę cenę żądać właściwej jakości!
Ale kina oszczędzają. Wolą dać mniej karmelu, ledwie maźnąć tu i tam, bo przecież Polak się nie upomni, tylko pokornie zje to, co mu dają. A możnaby otworzyć ryj, wznieść głos w proteście... a potem, widząc, że jest się samemu, machnąć ręką i ruszyć do kuchni. Skoro Multipleksy mają mnie w nosie jeśli chodzi o jakość, oferują bloczek reklamowy długości 1/3 filmu i pseudo-karmelowy popcorn na osłodę, to ja mogę mieć w nosie ich, zrobić sobie w nieprawdopodobnie krótkim czasie prawie kilo popcornu karmelowego lepszej jakości i o wiele tańszego... i tylko problem będzie z przemyceniem go na salę kinową, ale też się da.
Wszystko się da, trza tylko mieć chęć i motywację! Powiem wam, że zostające w kieszeni 30 zeta naprawdę motywuje:)

Nie szukałam długo. Już parę lat temu trochę tych przepisów kursowało po sieci o rozmaitym stopniu trudności. Wzięło się nieco z tego, nieco z tamtego, tu i ówdzie dodało własny twist i tym oto sposobem oferuję wam swój, sprawdzony przepis na domowy popcorn karmelowy, który udaje się zawsze - o ile tylko przestrzega się wskazówek przy gotowaniu karmelu - jest źródłem nieziemskiej satysfakcji, oszczędności, przy każdej wyprawie do kina, jeżeli, rzecz jasna, jesteśmy wielkim fanem tego przysmaku i pozwala zagrać na nosie oszczędnej ekipie przygotowującej przepłacone żarcie. Fuck the system! Do yourself! Make popcorn, not money! Yhmmm... dobra, to ostatnie to nie bardzo, ale pierdolenie systemu, jak najbardziej. Przy udziale kukurydzy, jako eksperyment, te pomysły, które przychodzą do głowy... wow, robię się świńska:)
A zatem, zanim wkroczę na bagniste obszary BDSM przy użyciu gadżetów z produktów spożywczych, zapodaję wam przepis na popcorn karmelowy, łatwy i szybki do zrobienia w domu. Bez termometru cukierniczego i zbędnych dodatków, wyłącznie obserwując proces gotowania cukru.
Ilość otrzymanego karmelu można regulować, rozprowadzić go sobie po kukurydzy, jak się chce. Dać mniej popcornu, więcej karmelu na mniejszą porcję i mieć dokładnie każde ziarnko utytłane w nim. Ja wolę jednak mieć proporcje pół na pół tak, by tę słodycz przegryźć raz po raz czymś wytrawnym.
Każdy jednak dokona tak, jak lubi. To jest właśnie w tym przepisie piękne. Wy decydujecie ile, gdzie i w jakiej proporcji, a nie maszyna i oszczędność obsługi kina za was. I to o to przecież chodzi, nie? By się cieszyć tą przekąską w kinie i nie myśleć, że potwornie się przepłaciło za coś, co nie jest tego warte. Narzekajmy lepiej tylko na filmy, a skoro możemy wpłynąć na to, co pochrupujemy na sali kinowej, niech ten wybór będzie jak najbardziej właściwy. A zatem...

Na miejsca, kamera, akcja!

 Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (porcja porównywalna wielkością do "średniej" w kinach):

700g świeżo uprażonego popcornu (w surowych ziarnkach będzie to ok. 100-120g)
1 szklanka cukru
1/3 szklanki wody
szczypta soli
1 łyżka masła
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

Wykonanie:

Popcorn prażymy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy przesypujemy do głębokiej, natłuszczonej miski. Nie solimy.

Cukier, sól, wodę, ekstrakt i masło rozpuszczamy w garnuszku o grubym dnie na małym ogniu, mieszając.

Następnie odrzucamy łyżkę precz i zostawiamy masę w spokoju - będzie się gotować sama. Pod żadnym pozorem nie próbujcie jej tykać łyżką, póki nie będzie gotowa, bo karmel się gotów zcukrzyć lub przypalić! Nie mieszamy! Nie poganiamy! Nie sprawdzamy panicznie, czy nic nie przywiera, bo nie będzie przywierać! Jedyne, co wolno nam zrobić to zmieniać ustawienie garnka na gazie tak, aby masa równo się gotowała, czyli bąbelki obejmowały całą powierzchnię mieszaniny, a i to ostrożnymi ruchami.

Etapy gotowania karmelu:
1. rozpuszczone składniki zaczynają się podgrzewać
2. pojawiają się pierwsze, drobniutkie, białe bąbelki tu i ówdzie, które ostatecznie w większej ilości grupują się w miejscach mocniej ogrzewanych. Ponieważ jednak chcemy by karmel zrobił się nam w całym garnku ze wszystkiego, a mieszać nie wolno, kręcimy garnkiem tak, by cały spód ostatecznie się równo nagrzewał i cała powierzchnia cieczy nam buzowała
3. bąbelki, drobne i białe do tej pory, robią się coraz większe
4. po czasie zależnym od tego, czy gotujemy karmel na małym czy na średnim ogniu (brońcie was bogowie przed dużym, bo się cukier spali, zamiast skarmelizować), tak na oko po upływie 10 minut do kwadransa, biała barwa bąbelków zacznie miejscowo robić się żółtawa. Od tego momentu nie spuszczamy z karmelu oka, ponieważ teraz to już kwestia minut, gdy jasny żółty pojawi się na niemal całej powierzchni, a potem nagle bąbelkująca masa otrzyma złotą barwę karmelu. W tym czasie zacznie również charakterystycznie pachnieć, więc należy czekać w pogotowiu z wyłączaniem gazu.

Gdy otrzymamy już bąbelkujące, pachnące karmelowo złoto w garnku, ściągamy karmel z ognia, natychmiast dosypujemy sodę oczyszczoną i szybko mieszamy do dna, uważając jak cholera bo pryska. Zaraza jest strasznie gorąca i kontakt wrzącego karmelu ze skórą z miejsca skutkuje bąblem.

Następnie pędem zalewamy karmelem popcorn w misce, łyżką rozprowadzając kukurydzę pod nim, by karmel jednolicie pokrył popcorn, aż do dna. Nie ma chwili do stracenia, ponieważ karmel zastyga tak szybko, że końcówka, którą zechcecie wydłubać z garnka, już będzie twarda.

Popcorn z karmelem wyrzucamy szybko na blachę wysłaną papierem do pieczenia, rozkładamy równomiernie, korzystając z tego, że na kukurydzy jeszcze jest ciepły i plastyczny i pozwalamy mu stygnąć.

Po jakichś 5-10 minutach, gdy jest już tylko ciepły, rozdzielamy zawartość blachy na pojedyncze ziarnka i popcorn karmelowy przesypujemy do miski, w której będziemy go serwować.

Najlepiej zjadać go od razu tego samego dnia, ale jeżeli nie damy rady, należy zakryć miskę folią (na przykład reklamówką) by nie było dostępu wilgoci z powietrza i tym sposobem popcorn będzie następnego dnia tak samo świeży jak tuż po zrobieniu.

Miłego seansu!

----------------------------------------------------------

Ingredients (equal to "medium" bucket of popcorn in the cinema):

700g of freshly made popcorn (100-120g of raw seeds)
1 cup of sugar
1/3 cup of water
a pinch of salt
1 tblspn of butter
1 tspn of vanilla extract
1/2 tsnp of baking soda


The making of:

Make a popcorn acc. to the instruction. Put it, freshly made into the deep, buttered bowl. Do not salt it.

Melt the sugar, water, salt, butter and vanilla extract in a small pot on a small fire, stirring until it is all mixed up.

Put the spoon down and do not touch it until the caramel is almost done. Do not rush the cooking, do not touch the mixed, cooking ingredients in a pot with it, and do not stir, for it all burns before caramelizing even begins! Just watch, how its making itself, without your help. All you are allowed to do is to shake delicately the pot once or twice in a while, so the caramel cooked evenly in the whole pot.

The stages of caramel cooking:
1. all the melted ingredients start to heat up
2. first, tiny, white bubbles appear here and there, grouping in a larger number where there is a hotter spot in a pot. We want it to appear on all the surface, but we cannot stir, so shake the pot a little bit, change its position on the stove, so all the pot bottom was heated up the same.
3. the tiny bubbles become bigger and buzz heavily
4. after approx. 10-15 minutes, depending on a fire you cook the caramel on, small or medium (do not cook it on a big fire, for you ruin the caramel before it event starts to cook!), the white bubbles start to become yellowish here and there. It is now only a minutes before the yellowish becomes really yellow on a whole surface, so watch it closely, until the caramel becomes golden and produces caramel fragrance.

When the moment comes, remove the pot from a fire, instantly add baking soda and stir it deeply, being very careful. It is hot as hell!

Pour the caramel quickly into the bowl of freshly made popcorn, spreading it as evenly as you wish on a whole surface of corn. You must do it really fast, for the caramel congeals really quickly, and the leftovers from the bottom of the pot may already by hard, as you are almost done with spreading the caramel on the popcorn.

Remove the caramel popcorn from a bowl to a baking tin with a sheet of baking paper on, and spread it on the surface evenly, so it cooled a bit.

After 5-10 more minutes when the treat is just warm, divide the seeds of caramel popcorn apart and pour it all into the bucket, from which you will serve it (or eat).

Caramel corn is best served the same day it was made, but if you wish to eat the part of it the next day, just cover the bucket with a sheet of foil (not to allow moisture from air have an influence on a dish), and the corn will stay as fresh as the day it was made.

Have a great show!



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Donuty bezglutenowe (Challenge no. 3)//Gluten-free doughnuts (Challenge no. 3)

Był sobie urlop. I się zbył. A ja nadal się czuję niewypoczęta... czyż tak zresztą nie jest zawsze, że wracamy z urlopu i stwierdzamy, że przydałby się jeszcze jeden, nawet jak leżeliśmy plackiem na plaży dwa tygodnie i nic nie robiliśmy? Bo to takie cholernie wyczerpujące, to lenistwo jest...
No, żebym jak tak se plackiem leżała, to też by było dobrze. Prawda jest taka, że przez dwa tygodnie pracowałam nad pewnym, ważnym dla mnie projektem, odkładając na jego rzecz dosłownie wszystko inne i robiłam prawie wyłącznie dwie rzeczy, poza dbaniem o swoich: czytanie i pisanie. Pisanie i czytanie. Przez dwa tygodnie w rezultacie przeczytałam i odświeżyłam sobie jakieś dziewiętnaście książek średniej grubości i cały stos opowiadań i obmyśliłam parę nowych, własnych historyjek i bohaterów, jestem więc z siebie cholernie dumna, ponieważ to, co miało zostać zrobione, zostało zrobione, a teraz czekać mi przyjdzie na efekty;)
Jednak o projekcie nic na razie nie powiem więcej, ścisła tajemnica, ani mru mru, bo mam niestety takiego pecha, że jak za dużo o czymś gadam, nastawiając się na to, prawie zawsze dostaję w czambuł od losu. Więc teraz cisza... starczy wam wiedzieć, że wcale nie odpoczywałam na urlopie, a jak coś wyjdzie z tego projektu, to na pewno się o tym dowiecie.
Ale za Bantofelkami się stęskniłam i teraz, skoro mam kilka felek czekających na spisanie (bo jedzenie dawno zrobione, zjedzone, przetrawione i tylko zdjęcia pozostały), będę was zasypywać co chwila nowymi postami, w których dla przeciwwagi smakołykom, siedzieć będą długie fele - nawet nie felki, bo coraz to więcej wciskam w nie słów, nie uprawiając szczególnie wodolejstwa. Zdaje się, że mam ostatnio dużo do powiedzenia o wszystkim, a skoro nikt nie powie mi kulturalnie, żebym się zamknęła... więc szalejemy!

Dzisiaj w menu, jak widać po tytule, kolejne wyzwanie. Po raz kolejny za sprawą bezglutenowej Tess i prawdziwych, amerykańskich donutów, z którymi zaszalałam w tym przepisie. Donuty Lokiego zdecydowanie zbierają największą uwagę spośród innych postów na blogu od paru miesięcy, ale jak łatwo przypuścić, są na zwykłej mące. A Tesska jeść jej nie może, było jej smutno, gdy zarzucała moim linkiem tu i tam na fejsbooku, promując mnie przecudownie, ja zaś mam czułe serducho, chciałam się też odwdzięczyć za taką uwagę... no i obiecałam specjalnie dla niej znaleźć zjadliwy przepis na donuty, takie same w smaku jak te cuda Lokiego by Kuba Ćwiek(z cukierni "Sweet Emotion" - co z tego, że nie istniejącej, w opowiadaniu siedzą, a to wystarczająco miarodajne środowisko, by na jego podstawie coś robić:)), tyle, że takie, by ona też je mogła zjeść. Bez glutenu, z cukrem, który łatwo można pominąć lub zastąpić czym innym, bo tylko w polewie siedzi i z taką tylko zawartością laktozy, by wszystko trzymało się w kupie i rosło na drożdżach jak należy.
Nie tylko jednak dla Teś został przetestowany ten przepis i obtańcowany Challenge. Ja też miałam ochotę wziąć się za bary z mąką bezglutenową, zobaczyć jak ona reaguje na inne składniki, a przede wszystkim, na poczet przyszłych eksperymentów, jak smakują z nią różne, smaczne rzeczy. Miałam więc lekkiego pietra, przystępując do roboty, ale jeszcze nie było takiego przepisu, który przez zbytnią moją nieśmiałość czy nieznajomość tematu odstraszył mnie od siebie. Zakasałam więc rękawy, poświęciłam kilka dni na poszukiwania, z góry odrzucając wszystko, co zawiera jakieś dziwne składniki w postaci gumy arabskiej i zaczynające się na E z następującym potem jakimś chemicznie woniejącym numerem (dowiadując się od razu, że jedno i drugie to dosyć częste przypadki w przepisach bezglutenowych, zapewniające lepkość, którą normalnie w mące zapewnia gluten). Jednakże wiecie, jakie ja mam podejście do półproduktów, mieszanek z pudełek, puszek i innych magicznych proszków - unikam jak ognia, używając tylko wtedy, gdy nie mam kompletnie innego wyjścia.
Przerzuciło się więc dziesięć czy też dwadzieścia przepisów, odrzuciło większość ze względu na te dziwne składniki lub fakt, że donuty z nich wyszłyby nie takie jak powinny, aż w końcu po dobrym, tygodniu poszukiwań trafiłam na przepis, który był, jak się okazało, strzałem w dziesiątkę.
Nie zawiera gum arabskich, nie zawiera E, nie ma też tych rzeczy, które są szkodliwe dla bezglutenowców, a składniki są poza tym w nim zupełnie normalne dla donutów rosnących na drożdżach - czyli jedynie słusznych (pomijam to dziwadło, co się zwie donutem z ciasta - tak jest, stworzono coś takiego, tylko pytam się, po co, skoro ciasto można sobie zrobić zawsze, a donuty to inna para kaloszy. One MUSZĄ być na drożdżach, by wogóle zasługiwać na miano donutów).
Trema, którą miałam, przystępując do roboty przeszła w momencie, gdy zobaczyłam, jak pięknie rosną. Zupełnie na sposób tych typowych na mące pszennej. A usmażone w głębokim tłuszczu smakowały niemal tak samo jak zwykłe donuty. I to było dokładnie to, czego szukałam.
Eksperyment więc należy uznać za jak najbardziej udany:) Challenge accepted. And done, w dodatku z podskokiem i triumfalnym polskim gestem zwycięstwa upublicznionym lata temu przez Kozakiewicza. W kwestii smaku dość powiedzieć, że moje chłopaki się rzuciły na te donuty bezglutenowe jak zwariowane i ledwie zdołałam zrobić im kilka zdjęć, nim ich liczba zaczęła gwałtownie spadać.
Należy też dodać i pochwalić się, że autorem jednego ze zdjęć jest mój Dominik. Przypadkiem wyszło mu ono bardzo klimatyczne, jakby magiczne, a te donuty na nim aż lśnią, jak oświecone łaską boską... błogosławione donuty od Świętego BezGluta. Zjedz bodaj jednego, a wszystkie twe grzechy jedzeniowe zostaną ci odpuszczone:D
Na pewno rozpoznacie, o którym zdjęciu mowa, bo tylko jedno ma taki klimat. I na wszelki wypadek podpisałam je, jak na dumną matkę przystało, by przypadkiem nie umknęło nikomu.

Kilka uwag technicznych, nim zapodam przepis.
Polewę wykonałam dokładnie taką samą, jak w przepisie na Donuty Lokiego, używając jednak zamiast zwykłego cukru, gruboziarnistego. Jest ona tak idealna w smaku, że nie sądzę, by szukanie innych glazur na klasyczne donuty z dziurką, było potrzebne. Jednak gruby cukier nie rozpuści się wam tak szybko i w całości, jak zwykły czy puder. Dlatego też polewa ta wygląda tak... krystalicznie i smakowicie grubo. Tak chrupiąco, że język sam do niej ucieka. Oczywiście możecie gruby cukier zastąpić drobnym i wtedy otrzymacie lśniącą i gładziutką polewę, o tym samym smaku, ale innej fakturze, jaką możecie podziwiać w Donutach Lokiego.

Donuty musicie zjeść tego samego dnia, w którym je usmażyliście, jeżeli faktycznie chcecie się cieszyć ich oryginalnym smakiem i świeżością. Koniecznie. Każde, nie tylko bezglutenowe. Następnego dnia postarzałe zwyczajnie przestają smakować. Dlatego, jeśli standardowe ilości w obu przepisach na kilkanaście sztuk, to za wiele jak dla waszego dziennego przerobu - zetnijcie składniki z przepisu o połowę. Wszystkie, łącznie z drożdżami. Zamiast nastu sztuk dostaniecie mniej niż dziesięć i kwestia "nie mogę ani jednego już więcej zmieścić, a szkoda mi zostawić, bo się zmarnują", przestanie istnieć. Z dziesięcioma donutami poradzi sobie przecież każdy:)

Olej do głębokiego smażenia nie musi i nie powinien być czysty i nowo nalany. Wręcz poleca się, by był jakoś po dwóch, trzech smażeniach donutów, bo z tego co zrozumiałam, przesiąka wtedy aromatem poprzednich donutów, wszystko, co śmierdzące w nim, zdążyło się wypalić wcześniej i dam głowę (to już moje własne spostrzeżenie), że taki przesmażony olej aż tak w ciasto nie wsiąka jak świeży.

Ręczne zagniatanie ciasta drożdżowego spokojnie zastąpi wam zamontowanie hakowych mieszadeł w mikserze i puszczenie ciasta w obrotowej misce na średnie obroty. Efekt będzie ten sam, a ręce wam się nie zmęczą, tylko troszkę dłużej to mechaniczne zagniatanie potrwa.

Wraz z donutami w pakiet przepisu za każdym razem wchodzą Donut Holes, czyli smażone dziurki z donutów - to, co wytniemy ze środka krążków, a co ślicznie urośnie i usmażone daje nam maleńkie donuty na jeden gryz. Wyrzucać je szkoda, są doskonałym sposobem testowania gorąca i gotowości oleju, wyglądają bardzo ładnie, a sposobów na ich podanie jest mnóstwo. W tym przepisie po prostu wrzuciłam je, jeden po drugim, do garnuszka z glazurą pozostałą mi po właściwej wielkości donutach i wytarzałam w niej w całości. Ale możecie na przykład spróbować wrzucić je w syrop klonowy, pozwolić nasiąknąć i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

No, teraz już jest najwyższy czas, by podać przepis. Trzymajcie się stołków, bo za chwilę wasz uporządkowany świat się zatrzęsie:)
Przepis wzięty stąd, zmodyfikowany.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
 Donuty:
1 łyżka + 1 łyżeczka drożdży instant
1 szklanka dobrze ciepłego mleka
2 - 2 i 1/2 szklanki mąki bezglutenowej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
3 żółtka
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
4 łyżki masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego w małe kawałki
olej do głębokiego smażenia

Polewa:
Polecam skorzystać z przepisu  na "Lukier waniliowy na donuty z dziurką" z tego przepisu.
Wykorzystany w nim cukier puder zastąpiłam w niniejszym przepisie cukrem gruboziarnistym w tej samej ilości.


Wykonanie:

Do miski od miksera wrzucamy 1 łyżkę drożdży instant, oraz wlewamy 3/4 szklanki ciepłego mleka. Mieszamy starannie.

Do mikstury dosypujemy 3/4 szklanki mąki bezglutenowej i ponownie mieszamy wszystko razem tak, by powstała gładka pasta. Przykrywamy czystą ściereczką i stawiamy miskę w ciepłym miejscu na 30 minuty, by drożdże zaczęły pracować.

Po tym czasie pozostałą nam 1 łyżeczkę drożdży łączymy z pozostałym nam mlekiem (1/4 szklanki).

Wlewamy mleko z drożdżami do miski z mieszaniną mączno-drożdżową, dodajemy ekstrakt z wanilii i żółtka i miksujemy, aż wszystkie składniki połączą się.

Wyłączamy mikser, dosypujemy 1 szklankę mąki, oraz cukier i sól. Miksujemy ponownie do momentu aż ciasto zaczyna się łączyć, następnie po trochu dodajemy posiekane, miękkie masło, miksując dalej aż i ono się wmiksuje w ciasto.

Zwykłe mieszadła w mikserze zastępujemy mieszadłami hakowymi (tymi do ciasta drożdżowego) i miksując ciasto zaczynamy dosypywać po trochu pozostałą nam mąkę (za każdym razem przy dodawaniu wyłączając mikser). Miksujemy tak długo aż ciasto zaczyna nam odstawać od ścianek miski. Finalnie będzie bardzo wilgotne, ale już zdatne do ugniatania ręcznie, gdybyśmy mieli taki kaprys.

Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy na  30 minut do wyrośnięcia w ciepłym miejscu.

Po tym czasie należy lekko nacisnąć ciasto, by wypuścić z niego bąbelki gazu, a następnie wsadzamy je do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Jeżeli na robienie donutów przeznaczymy 2 dni, jest to dobry moment by przerwać 1 część pracy ponieważ w tym momencie produkcji ciasto może leżeć w lodówce do 12 godzin.

Po upływie tego czasu przystępujemy do wałkowania ciasta na dounty. Na lekko umączonej powierzchni rozwałkowujemy ciasto do grubości nieco powyżej 1 cm.

Bierzemy szklankę o średnicy ok. 9 cm. i za jej pomocą wykrawamy z ciasta kółka, dziurki wycinając za pomocą nakrętki z butelki oleju (nakrętka może być z dowolnej butelki, byle miała średnicę ok. 3 i 1/2 cm i ostre krawędzie).

Następnie wycięte z ciasta donuty oraz Dziurki z Donutów układamy na stolnicy, zostawiając między donutami tak z pół centymetra wolnego miejsca, przykrywamy ściereczkami i pozwalamy im rosnąć 30-40 minut aż niemal podwoją swoją objętość. Przy czym Dziurki z Donutów zrobią to szybciej, co pozwoli nam potem nimi testować gotowość oleju do smażenia. Po upłynięciu 30 minut należy sprawdzać gotowość donutów co 5 minut, by nie przerosły. Gotowe do smażenia będą wtedy gdy zrobione w nich palcem wgłębienie powoli wróci do poprzedniego kształtu. Jeżeli odkształci się natychmiast - nie są gotowe. Jeżeli natomiast zupełnie nie wróci do poprzedniego kształtu - donuty przerosły. W takim przypadku sytuację można uratować, nie wyrzucając ciasta. Raz jeszcze przerośnięte ciasto rozwałkować i wyciąć nowe donuty.

W międzyczasie przygotowujemy sobie lukier waniliowy z przepisu na Donuty Lokiego.

W momencie, gdy nasze Dziurki z Donutów będą już gotowe (po 30 minutach na pewno), napełniamy głęboką patelnię lub garnczek olejem do smażenia i podgrzewamy, aż zacznie promieniować ciepłem. Testujemy gotowość oleju wrzucając jedną Dziurkę Donutową. Jeżeli zaczyna się natychmiast smażyć - możemy wrzucać donuty, o ile już właściwie wyrosły.

Smażymy donuty po 2 sztuki naraz do złocistości, pilnując, by nie zbrązowiały, z jednej strony, potem odwracamy je na drugą. W praktyce pozwalamy im osiągnąć kolor jasnego złotego i przewracamy wtedy. Dojdą już same.

Gotowe wykładamy na talerze wysłane papierowymi ręcznikami, by odciekły z tłuszczu i stopniowo lukrujemy, gdy nieco ostygną. Można zarówno zanurzać je w całości w lukrze, jak i tylko polewać z góry i po bokach. W obu przypadkach donuty muszą wystygnąć z lukrem na powierzchni, by ładnie on zastygł.

Zjadamy koniecznie tego samego dnia.

Smacznego!
------------------------------------------

Ingredients:

Dough for Doughnuts:
1 tblspn + 1 tspn of active dry yeast
1 cup of warm milk
2 - 2 and1/2 cups of gluten-free flour
1 tspn of vanilla extract
3 large egg yolks
2 tblspns of sugar
1/2 tspn of salt
4 tblspns of butter, softened at room temperature and cut into cubes

Oil for deep-frying

Glaze:
For the glaze, please use the recipe for "Glaze for round donuts" from this recipe.
Confectioners sugar used there, was substituted with coarse sugar in the same amount for this recipe. 


The making of:

In a medium bowl, combine 1 tablespoon of the yeast with 3/4 cup of the warm milk and stir to dissolve the yeast.

Add 3/4 cup of the gluten-free flour and stir to create a smooth paste. Cover the bowl with plastic wrap and let the flour mixture rest in a warm place for 30 minutes.  

Once 30 minutes have passed, in the bowl of a stand mixer fitted with the paddle attachment, combine the remaining 1 teaspoon yeast with the remaining 1/4 cup milk.

Add the rested flour mixture along with the vanilla and egg yolks and mix on low until the ingredients are incorporated and the dough is smooth.

Turn off the mixer and add 1 cup of gluten-free flour, along with the sugar and salt. Mix on medium until the dough starts to come together. Add the butter and mix on medium until it's incorporated.

Remove the paddle attachment from the mixer, and switch to the dough hook. Start adding the remaining flour (turning the mixer off for each addition) and knead the dough on medium until it completely pulls away from the side of the bowl and is smooth and not too sticky. The dough will be very moist but not so sticky that you can't roll it out.

Cover the bowl with plastic wrap and let the dough rest in a warm place for 30 minutes.

Once 30 minutes have passed, gently press down on the dough to remove any gas bubbles then chill, covered, for at least 1 hour. If you decided to divide the baking for two-day period, now it is a good time to end the first part, for the dough may stay in the fridge up to 12 hours.

When ready to roll out the dough, line a baking sheet with a lightly floured non-terry towel. Lightly flour a work surface and roll out the dough to a 1/2-inch thickness.

Using doughnut or cookie cutters, cut out 3-inch-diameter rounds with 1-inch-diameter holes. You may also use a 9cm diameter cup and a  3 and 1/2 diameter bottle nut, to cut the dougnuts beautifully.

Arrange the doughnuts and doughnut holes on the prepared baking sheet, leaving at least 1 inch between doughnuts. Cover the doughnuts loosely with plastic wrap and let them proof in a warm place until almost doubled in size, 30 to 40 minutes. Doughnut Holes will be ready just after 30 minuts, so we will be able to test the readiness of oil for frying with them. Check to see if the doughnuts are ready every 5 minutes. To test, use a fingertip to lightly touch one of the doughnuts. If the dough springs back immediately, it needs more time; if it springs back slowly, it's ready; and if the dough doesn't spring back at all, it's over-proofed. You can punch down and reroll over-proofed dough once.

In the meantime, prepare the Glaze for round dounts of the following recipe.

When our Doughnut Holes are ready (30 minutes at most), heat up the oil in a heavy-bottomed pot or skillet. Thest the readines of oil, throwing there a Doughnut Hole. If it starts frying right away - it is ready for doughnuts.

Fry 2 doughnuts at a time for golden colour at the one side, be careful not to overbrown them. Then flip it and fry in the other side.

Remove from hot oil on the plates covered with sheets of paper to dripped the extras of oil and cover with the glaze when they cool a bit. You can either dip them in fully into the galze or cover only the top and sides. Either way the doughnuts have to cool with the glaze on, to harden it.

Eat it all the same day you baked.

Cheers!

 
 Donuty uduchowione, w obiektywie syna Dominika, lat 6:)


czwartek, 11 sierpnia 2016

ChimiWiśnia a.k.a WiśnioChanga Pinkie Pie (My Little Pony)//Pinkie Pie's ChimiCherry a.k.a CherryChanga (My Little Pony)

Oglądam bajki z moim synkiem. Jest to fakt, którego nie ma nawet powodu się wstydzić, jako, że jest to naturalna kolej rzeczy po etapach:
1. Dziecko spotyka telewizor,
2. Dziecko odkrywa kanał z kreskówkami,
3. Dziecko nie ma ochoty na nic innego tylko na oglądanie kreskówek.
Niemożliwy do przeskoczenia po etapie trzecim jest etap czwarty: czyli wtedy, gdy dziecko chce dalej oglądać kreskówki i reagować radosnym piskiem, gdy trafia na swoją ulubioną, ale już nie samo. Musi być ktoś, kto tak jak ono będzie wlepiał oczka w podskakujące, dziwnie narysowane postacie, barwne kształty i postaci przekazujące w swych przygodach podstawy o byciu dobrym człowiekiem. Żeby jeszcze na to zwracał uwagę... a gdzie tam! Liczy się tylko kolorek, zabawna przygoda i ulubiony anthem na starcie, który radośnie się śpiewa nad talerzem nie tkniętej od dziesięciu minut kolacji, a morały niech sobie szanowni państwo wsadzą do kaszki z malinami.
W etapie czwartym zaraz po anthemie następuje "Mama, chodź oglądaj ze mną!". No i mama idzie oglądać Boba Budowniczego, Tomka the Pociąg, czy jak to się tam zwie. Przy czym oglądanie dzieje się w dużym cudzysłowiu, bo od kilku lat regularnie przysypiam na tych kreskówkach, albo lokuję myśli w Nothing-boxie, i tylko kątem oka śledzę, co tam skika po ekranie, by w odpowiednim czasie potwierdzić lub zaprzeczyć, gdy dziecię o coś zapyta. Mówię wam, lepszej kołysanki nie miałam nawet nad kserówkami do prawa cywilnego, gdy za dobrych, studenckich czasów zakuwałam przed kolokwiami:)
Stawiam dziesięć do jednego... nie ważne czego, może być i wyzwań na Bantofelki... że spora ilość rodziców uprawia sztukę oglądania bajek dla kilkulatków w ich towarzystwie właśnie w ten sposób. Albo przysypia, ale odlatuje myślami, zamyślając się bezmyślnie, a oczy nie widzą, co patrzą.

Jednakże któregoś dnia stało się coś dziwnego. Było to akurat wtedy, gdy na Mini Mini trafiła bajka o pastelowych konikach, a ja jeszcze dosyć aktywnie grałam na jednym TGFie, który obecnie zszedł na całkowite psy i róbta-co-chcetyzm, dlatego Jego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać, bo jeszcze się ktoś obrazi. Wbrew temu, że klimat to już dawno wówczas straciło i zabierałam od nich nogi za pas, miałam stamtąd i do dzisiaj mam strasznie fajnych znajomych, z których jeden jest złotym chłopakiem, najmilejszym kumplem, a drugi postrzelonym, ultra inteligentnym gadem w ludzkiej skórze. Obaj nimi są i teraz już wiedzą, że to o nich chodzi:) Otóż dwaj ci panowie należeli wówczas do kształtującej się grupy, o tajemniczej nazwie "Bronies" i któregoś dnia mnie oświecili, kto zacz.
W wielkim skrócie - "Bronies" jest to stado dorosłych ludzi, które ma kompletnego bzika na punkcie bajki o pastelowych kucykach, wspomnianej wyżej - czyli "My Little Pony". Jak to się tak stało, jaki jest związek przyczynowo skutkowy między bajką dla małych dziewczynek, a brodatymi, dorosłymi mężczyznami i pracującymi kobietami, z zapałem dyskutującymi w tym temacie między sobą, zbierającymi mini figurki i nawet robiącymi zloty innych takich jak oni - zapytajcie mnie, a ja was. Nazwa dobitnie świadczy o tym, że się tego nie wstydzą - ("Bro" czyli bracia, braterstwo i "ponies" - czyli kucyki, razem dają nam Kucykowych w wolnym, fajnym tłumaczeniu), a co ciekawsze, że to nie był wybryk jednorazowy. Ponoć po drugim sezonie tej bajki, przestała już być tylko dla małych dziewczynek i naszpikowano ją taką ilością nawiązań do popkultury, że z przyjemnością się to ogląda.
Podeszłam sceptycznie. No bo jak to tak: stara baba i kucyki Małego? Oglądać? Przeca zasnę jak na Kocurrach, Jake'ach i innych takich. No ale w końcu spróbowałam. Nie zasnęłam, o dziwo. I o dziwo... spodobało mi się.
Nie wiem jak, to jest taka sama dla mnie tajemnica, jak wszystko w tej ekipie "Bronies", ale no, okazało się to fajne, a wyszukiwanie w odcinkach rozmaitych easter eggs to niezła rozrywka.
Nie muszę chyba mówić, co się stało dalej?
Zupełnie jak reszta przyszłych Bronies, najpierw przestałam przysypiać, potem oglądałam równie ciekawie jak mój syn, Dominik, lat 6. Przełomowy moment nastąpił, gdy Młody, który gada przez sen, zapytał któregoś późnego wieczoru sennie: "Mama, a ile jest kucyków?", a mama, niemal już śpiąca odrzekła "Sześć, synku, w tym dwie księżniczki", po czym przez pół godziny zwijała się ze śmiechu, gdy zdała sobie sprawę, że zareagowała odruchowo, nawet nie myśląc, co gada.
Lawina poszła. Nadgoniłam wszystkie sezony My Little Pony, wybrałam se ulubionego kucyka - Rainbow Dash, gdyby ktoś był ciekawy, a teraz oboje z Młodym mamy po jednej minifigurce (on Pinkie Pie) plus jedna wspólna, a mój kochany Ślubny stuka się w czoło z rozbawieniem, patrząc na nas oboje, gdy oglądamy naszą ulubioną bajkę, ale chyłkiem zagląda przez drzwi i dopytuje się znienacka, czemu nie pokazują Discorda, "bo on jest najlepszy".
Cyrk na kółkach, powiadam wam, ale jaki fajny:D "Mój mały kucyk" wyrósł z bajki dla dziewczynek na jakiś fenomen popkulturowy i bodaj twórcy mieli pomysły na dalsze przygody pastelowych koników. Ja i Młody chętnie się zgłaszamy na widzów na wiki wikiw ament.

Jak to się często u mnie dzieje, gdy coś mnie zafascynuje, zaczynam w tym grzebać. A, że ostatnio , czyli jakoś od dwóch lat cierpię na solidną fascynację tym, co się jada w różnych moich ulubionych dziełach, zaczęłam pilnie patrzyć, co jadalnego fruwa w świecie kucyków. Niby w sumie... same słodycze. Masa cupcakes z kremem prawdopodobnie maślanym, apple pie pojawiło się wielokrotnie, dżemy jabłkowe, cydr (z przyczyny zapewne kojarzącej się z alkoholowym, polskim napitkiem przetłumaczony u nas na sok) z jabłek i inne takie. Donuty raz także były w postaci całego miasta-tortu wykonanego z nich. Wiecie, niby fajne, ale jakoś mnie żadna z tych rzeczy za nos nie pociągnęła. Aż w końcu w drugim sezonie natrafiłam na coś, przez co zaświeciły mi się oczy i aż się pochyliłam w przód, by dowiedzieć się więcej. Chimi Wiśnia, albo Wiśnio Changa, pozwolę sobie przytoczyć polskie tłumaczenie, mignęła w scenie z odcinka 14 tegoż sezonu, jako wymysł Pinkie Pie w temacie wiśni i popularnego, meksykańskiego dania ChimiChangi. A ponieważ lubię wiśnie ponad wszystko, a za ChimiChangi od dawna chciałam się wziąć, tylko brakowało mi triggera... no to się znalazł.
Skoro już pozwoliłam sobie przytoczyć polskie tłumaczenie, to jedynie słuszne byłoby teraz zapodanie oryginalnego tekstu, bo, jak w przypadku cydru przerobionego na sok, tłumacze ograbili ChimiWiśnię z podstawowego, oryginalnego składnika, placek tortilla nazywając "specjalnym naleśnikiem". Ja wiem, że dzieciom ani w głowie to sprawdzać, ale come on! Od dawna już nie tylko dzieciaki to oglądają, więc może przestano by nas traktować jak upośledzonych, i skoro w kinach wali się dennym dubbingiem, zżerającym całe żarty językowe i mielącym je na średnio śmieszne przysłowiowe "Twoja stara", to chociaż w TV by postarali się jednak co nieco z tego zachować... ehh... marzenia ściętej głowy...
Anyway, poniżej przedstawiam fragment w oryginale, w którym Pinkie w słowotoku przedstawia pomysł, jaki odpalił mi w głowie bombę wiśniochangową i w podskokach wysłał do kuchni, ledwie zaczął się sezon wiśniowy:

Chimicherry or cherrychanga?

Cóż więc tam mamy? Ano przede wszystkim, jak już wspomniałam, "specjalny naleśnik" stał się zgodnie z zamysłem i wiedzą mą na temat chimichang - plackiem pszennej tortilli wypełnionym obrobionymi wiśniami, który potem, zwinięty, smaży się w głębokim oleju. Tylko tyle i aż tyle. Różnica między oryginalną chimichangą, a tą polega na tym, że chimichanga wypełniona jest mięsem i warzywami. Coś jak nasz krokiet. Tylko nikt tego nie panieruje w bułce tartej. Natomiast to, co Pinkie Pie wymyśliła to najnormalniej w świecie deser, a nie danie obiadowe. I to w dodatku, na stan mej wiedzy przed dokonaniem tego przepisu - trochę podobny do ciastka z MacDonalda, które kocham tak bardzo, jak nie znoszę ich pseudo hamburgerów.
Wiśnie, deser, ciastko i dziecko skaczące wokół mego wewnętrznego dziecka, żądające ChimiWiśni od jego ulubionej Pinkie Pie w trybie ekspresowym, przesądziło sprawę. A skoro dokonałam analizy materiału źródłowego, przyszła pora na konkretniejszą wiedzę. Czyli co internety powiadają w kwestii WiśnioChangi.
Okazało się, że sporo. Tylko, oczywiście, nie dając mi do końca tego, czego szukałam. Ja chciałam prawdziwej WiśnioChangi, takiej, jaką różowy kucyk opisywał, a internauci wciskali mi pod tym pojęciem WiśnioChangi z wiśniami i serkiem kremowym. Gdzie, pytam się, u kucyków jakikolwiek serek kremowy?! Przecież jasno jest wyłożone piskliwym głosikiem: tortilla, wiśnie, smażenie w głębokim oleju. Albo więc sprawdza się fakt, że ludzie z wyboru nie umieją słuchać gadania z telepatrzydła, albo robią i tak wszystko po swojemu. Tylko czemu, wobec tego, nie nazywają rzeczy po imieniu... to na sto procent nie jest CherryChanga Pinkie Pie, tylko inspiracja tym pomysłem. Drugim koszmarkiem była zawartość większości przepisów. Wiśnie już przerobione z puszki! Tortille pszenne, kupne, gotowe! Góra smakowitych E, które wciśniemy dzieciakom, kosztem oszczędzenia sobie kilkunastu minut... kurde, oni i ich skróty!
Nie da się tak, nie ze mną te numery, Brunner i tak dalej, Bansheek kiedy nie musi, nie korzysta z półproduktów. Pewnie, oszczędzą czas (i bez wątpienia ściągną na dzieciaka w dłuższym okresie czasu jakąś alergię na chemię), ale gdzie tu zabawa z gotowaniem? Gdzie emocje, gdzie nauczenie się nowej rzeczy? Po co twierdzić, że się gotuje, skoro się używa mrożonek, puszek i gotowych tortilli?!
A zatem wojnę wydałam tym wszystkim przepisom, pozamykałam karty i jedyne co zachowałam, to przepis na domowe tortille pszenne (i tak zmodyfikowany solidnie), które okazały się ekstra łatwe do zrobienia i o wiele smaczniejsze niż kupne.

A więc oto macie. Najprawdziwsze ChimiWiśnie albo WiśnioChangi Pinkie Pie. Bez oszustw, półproduktów i sztuczności, robione od początku do końca samodzielnie. Podsuńcie to dzieciakom, szczególnie tym, które oglądają "My Little Pony", to nie będą mówić o niczym innym przez jakieś... 20 minut?:) I swoim kolegom "Bronie" - też będą zachwyceni. A jak nie macie ani jednego ani drugiego, to rozpieśćcie samych siebie i też będzie super. Bo w końcu nie tylko Przyjaźń, ale i Gotowanie to... Magia:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

Na tortille pszenne (8 sztuk):
 2 szklanki mąki
3 łyżki oliwy z pestek winogron
3/4 łyżeczki soli
2/3 szklanki ciepłej wody

Na nadzienie wiśniowe:
600-700 gramów wiśni, świeżych lub mrożonych, wypsetkowanych
8 lub więcej łyżek cukru (zależnie od tego, jak słodkie są wiśnie i jak słodkie preferujemy nadzienie)
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Olej do głębokiego smażenia
Wykałaczki
Cukier kryształ do obtaczania w nim usmażonych WiśnioChang

Wykonanie:

Najpierw szykujemy sobie nadzienie, ponieważ potem, przy świeżych tortillach nie będzie za wiele czasu na robienie czegokolwiek innego, poza nadziewaniem.

Wydrylowane wiśnie wrzucamy do garnka o grubym dnie, lekko zgniatamy za pomocą widelca lub tłuczka do ziemniaków i nastawiamy pod nimi ogień.

Na gazie trzymamy je do momentu aż puszczą sok. Wtedy wsypujemy do garnka cukier i mieszamy, aż się rozpuści w soku, cały czas wiśnie podgrzewając.

Owoce z cukrem gotujemy, mieszając co chwila, tak długo aż zaczynają się powoli rozpadać, sok nieco odparuje, a ten, który pozostał w garnku, zaczyna gęstnieć.

Próbujemy, czy wiśnie są dostatecznie słodkie. Jeśli jeszcze nie, dodajemy cukier po łyżce, za każdym razem próbując. U mnie skończyło się na 8 i pół, bo wiśnie miałam dosyć kwaśne. 

Gdy smak jest już taki, jak chcemy - nie za słodko, ale też nie za kwaśnie - dosypujemy mąkę ziemniaczaną do gotujących się owoców i starannie, dokładnie mieszamy wszystko razem, stale podgrzewając, aż owoce i sok zaczną przypominać konsystencją frużelinę.

Ściągamy z ognia, studzimy. Podczas chłodzenia się, nadzienie zgęstnieje nam jeszcze trochę.

Przystępujemy do robienia tortilli.

W misce łączymy ze sobą mąkę, olej i sól.

Miksując zawartość miski, po trochu dolewamy ciepłej wody, aż ciasto zacznie nam się łączyć.

Zakładamy na mikser mieszadła hakowe i miksujemy jeszcze trochę, wyrabiając w ten sposób ciasto. Zajmie nam to do 5 minut.

Następnie wyłączamy mikser, ciasto formujemy w kulę i zostawiamy ją, przykrytą ściereczką w misce na 20 minut.

Po tym czasie dzielimy ciasto na 8 równych części i zwijamy je w kulki.

Każdą kulkę rozwałkowujemy zupełnie cieniutko (jeśli usmażymy tortille grube, za nic nie dadzą nam się elastycznie składać z nadzieniem w środku i popękają; muszą być naprawdę cieniutkie!) w kształt okręgu.

Stawiamy na gaz patelnię, smarujemy ją oliwą (solidnie) i kładziemy na rozgrzaną, tortillę.

Smażymy ją przez ok. 1 minutę na jednej stronie, do momentu aż zaczną pojawiać się bąbelki. Potem odwracamy i przyciskając do patelni smażymy z drugiej strony. Proces powtarzamy z każdą kolejną kulką ciasta.

Usmażoną tortillę kładziemy na talerz i ledwie zrobi się zdatna do dotknięcia, zaczynamy nadziewać. Jest to ważne, bo tortilla im suchsza i chłodniejsza, tym mniej elastyczna, a wiśnie puszczają sok. Nie możemy pozwolić sobie na pękanie ciasta, jeżeli mają z niego powstać CherryChangi.

Na pojedynczą tortillę kładziemy 1 i 1/2 do 2 łyżek nadzienia wiśniowego pośrodku placka w pionie.

Następnie zaginamy naleśnik z prawej i lewej strony tak, by oba boki zeszły się nad nadzieniem i je zakryły.

Przytrzymując "skrzydła", zawijamy do środka dół tak, by zakrył zawinięte boki, a potem zawijamy górę jak kopertę tak, by górna część wylądowała na górze WiśnioChangi.

Bierzemy 2 wykałaczki i spinamy naszą "kopertę", by się nie rozwinęła, odkładamy gotową CherryChangę na bok, na czas robienia kolejnych.

Proces powtarzamy z każdym następnym plackiem i nadzieniem.

Gdy wszystkie tortille są już zawinięte, nagrzewamy w głębokiej patelni olej do smażenia. Gotowy będzie w momencie, gdy drobinka surowego ciasta wrzucona w niego z miejsca zacznie skwierczeć na powierzchni.

Przygotowujemy sobie talerz z cukrem, w który będziemy wrzucać usmażone "kopertki", oraz tacę wysłaną papierem, na której wylądują na chwilę po smażeniu, by odcieknąć.

Wkładamy WiśnioChangi po dwie sztuki na patelnię, smażymy aż zaczną się złocić od strony zanurzonej w oleju, po czym przewracamy na drugą stronę i również smażymy do zezłocenia.

Gotowe wyciągamy na papierowe ręczniki i ostrożnie wydobywamy z nich wykałaczki. Podczas smażenia tortille się zestalą i stwardnieją, więc będą się już same trzymać.

Jak najszybciej przekładamy WiśnioChangi na talerz z cukrem i obtaczamy je w nim dokładnie tak, by pokrył jak największą powierzchnię.

Gotowe możemy serwować same, lub, jeśli wola, z dodatkiem bitej śmietany i różnokolorowych posypek.

Smacznego!
----------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

For wheat tortillas ( 8pcs):

2 cups of white whole wheat flour
3 tblspns of grape seed oil
3/4 tspns of salt
2/3 cup of warm water
 
For cherry filing:
600-700g of fresh or frozen pitted cherries
8 tblspns (or more, depending on your taste) of sugar
1 tspn of potato flour

Oil for deep frying
Toothpicks
White sugar for coating


The making of:

First prepare the filing, for there will be no time for this later, except for filing the tortillas with cherries and frying.

Pour pitted cherries into the heavy bottom pot, mash it a little bit with a fork, then start heating them.

When the juices flow, pour the sugar and mix it alltogether, until the sugar is dissolved.

Cook the fruits, stirring from time to time, until the fruits start to fall apart, some of the juice evaporates and the rest becomes thick.

Check the taste and if the cherries are to sour, add some more sugar, 1 tablespoon at a time. I ended with 8 and a half for exceptionally sour cherries.

When the taste is allright - not too sweet but not sour either - add the potato flour, mix it all and cook some more, until the fruits are in the medium pieces and the juices look like gel.

Remove the fruits from the fire, leave it to cool. While the filing starts to cool it becomes thick some more.

Now we can start making the tortillas.

In a bowl, mix together the flour, oil and salt.

Slowly add the warm water while stirring until a rough dough comes together. Add a little extra water if needed.

Attach the hook paddles onto the hand mixer and kneed it for about 5 minutes.

Turn the mixer off, form a ball of dough and let it rest for about 20 minutes.

Divide dough into 8 equal balls.

Roll each ball into a circle (you want them to be pretty thin, or the tortillas after cooking are too thick and break instead of elastically curve).

Heat a pan over medium high heat and grease it generously.

Drop one dough circle into the pan and cook until bubbles form - about 1 minute. Flip over and cook another minute, pressing down with a spatula if needed. Repeat with remaining dough.

As soon as the tortilla is cooked and possible to touch, start filing it with cherries. This is important, for the colder and drier the tortilla is, the bigger the chance it will break while putting the filing in. 

Put 1 and 1/2 - 2 tablespoons of filing vertically on the center of tortilla.

Curve the right and the left side of tortilla evenly, so it covered the filing in the center.

Then curve the down side of tortilla, covering the sides on the filing, and finally curve the upper side, creating a kind of envelope.

Secure the sides with 2 toothpicks, so our CherryChanga did not opened, and put it aside.

Repeat the proces with all the tortillas and filing.

When the CherryChangas are ready, heat the oil for deep frying. The oil is hot enough when a small piece of dough dropped inside, starts frying imediatelly on the surface.

Prepare the plate with sugar for coating our CherryChangas, and a plate covered with paper towels, where you put CherryChangas imediatelly after removing from hot oil, to drain a bit.



Fry 2 CherryChangas at a time until it gets golden on the first side, then flip it up and fry the second side the same.

When CherryChangas are ready, remove them from hot oil, put on the paper towels for a moment, and carefully remove the toothpicks.

Quickly put CherryChangas into the sugar and coat it nicelly.

You can serve it while still warm, or cold, just as it is or with a whipped cream and colorful sprinkles, as your kiddies (or  "Bronie" friends) wish:)

Cheers!