こんばんは!
Powyższe krzaczki oznaczają słowo "konbanwa" czyli dobry wieczór w języku japońskim. Zwrot niezmiernie adekwatny, zarówno do zawartości felki, jej bohatera, jak i pory, w której ją piszę. Mamy bowiem sobotę, parę minut po 22, gdy zaczynam pisać tę felkę, więc standardowe "konnichiwa", czyli "dzień dobry", pasowałoby jak dżem poziomkowy do hot-doga z musztardą. Znaczy... ja wiem, że niektórzy uznają takie połączenie za ekscytującą nowość i podnietę dla kubków smakowych i im na przykład bardzo przypasuje po krótkim okresie testów, ale dziwność jest super, bez popadania w nadmierną przesadę, której o wiele za blisko to kiczu i maniery.
Tak więc skoro już się przywitaliśmy, należy od razu na wstępie rzec, że krzaczki w tej felce wcale nie będą jedynym wtrętem azjatyckim, jaki was ukąsi w zadki. Ten post będzie miał wyjątkowo skośne oczy, samurajski kucyk, ale ten prawdziwy, a nie to, co proponuje obecna uliczna męska moda, na co drugim facecie (serio, o co w tych wygolonych skroniach i potylicy, a także antence związanej z resztek na czubku głowy chodzi? Ani to ładne, na większości łbów wygląda jak wielki test przed fryzurą Małej Mi i przede wszystkim powielające się do znudzenia! Jakbym widziała armię klonów, mijając dziesiąte z kolei dziecko miłości upadłego samuraja i Ragnara z serialu "Vikings"...), a także ukrytą gdzieś katanę, kimono i aby nie było nam za starożytnie - wymachiwać będzie gameboyem Nintendo, na którego retro-ekraniku dinozaur Yoshi skacze sobie po pikselowatych platformach gry. Jednakże Sernik-san, którego zaraz wam przedstawię, w żaden sposób nie jest związany z grami, jak sugerowałyby słowa w poprzednim zdaniu. Nie odkryłam go w żadnej mandze, animcu, ani grze. Sernik marmurkowy, na który dziś dostaniecie przepis to efekt wyzwania od mego kumpla Szymona, który niebacznie wysłał mi filmik z "fajnym czymś", gdzie to ciasto robiono, bo pomyślał, że fajnie to wygląda.
Nie mylił się, ciasto jest faktycznie dekoracyjne, i na dodatek smakuje tak niezwykle, że będziecie po sobie spoglądać z zupełnym zaskoczeniem, kosztując tego małego cudeńka, ale jednak nie zdecydujecie się nie dokończyć porcji. Inny wcale nie znaczy gorszy.
A zatem wyzwanie. Challenge na Bantofelkach oznacza, że staję na głowie, by osiągnąć pokazywany mi produkt końcowy własnymi sposobami, czy to dlatego, że kogoś lubię i skłonna jestem spełnić tęskną prośbę, coś komuś obiecałam, czy też dlatego, że sama czuję się zaintrygowana wyzwaniem. W przypadku Sernika-san (podoba mi się ta nazwa, powtórzę ją tu jeszcze wielokrotnie:P) zaskoczeń było naprawdę sporo. Na ten przykład: filmik nie miał dołączonego przepisu. A raczej miał. Po japońsku. Krzaczki wbudowane w klip i to w taki sposób, że po pierwszym obejrzeniu rozumiałam tylko liczby arabskie pojawiające się przy każdym kolejnym stadku japońskiego pisma. Co oni tam dodawali mogłam się domyślać tylko, ale ten problem nie przerósł mnie wcale. Wręcz przeciwnie. Dodatkowy fakt, że i po angielsku nigdzie nie ma tego sernika i wszelakie Pinteresty i Buzzfeedy milczą, podsuwając mi tylko oryginał, tylko podkręcił mi chęć wzięcia się za bary z tym sernikiem.
Pierwsze, co zakapowałam to to, że mamy tu do czynienia z sernikiem na zimno. Bez pieczenia. Znaczy... zakładając, że podkład macie już gotowy kupny, a nie pieczecie sami wcześniej. Serek do sernika był bez wątpienia kremowy - zrozumiałe, ponieważ obecna kultura japońska wyrosła na wzorcu amerykańskim jeszcze w czasach ostatnich samurajów, więc próżno szukać u nich serników z mielonego twarogu. A ten zielony proszek... matcha, proszę państwa. Zmielona na proszek zielona, samurajska herbata, którą nie tylko fajnie jest pić w japońskiej ceremonii herbacianej, ale ostatnio panuje moda na dodawanie jej do różnych fajnych wypieków. Przyznam, że matcha jako produkt cukierniczy średnio mnie przekonywała, ze względu na swój specyficzny aromat. Mocny i bezkompromisowy, sama kwintesencja tego, czym jest japońska herbata. Pomijając fakt, że jest bombą witaminową, bardzo łatwo matcha zabić smak całej reszty potrawy, więc do czegokolwiek dodajecie ten cudowny ekwiwalent zielonego barwnika żywności - czyńcie to z rozwagą.
Mieliśmy więc zidentyfikowany serek, crust, czyli spód z maślanego kruchego ciasta szkockiego i matcha. Ale co to za smołę dodawano dla uzyskania ciemnej barwy spodu i sera - za Chiny Ludowe zgadnąć nie mogłam. Dopiero po dokopaniu się do japońskiej strony z przepisem i przepuszczeniem jej przez translator, dowiedziałam się, że użyto tu ziaren czarnego sezamu (u nas najczęściej spotykanego jako ozdoba sushi) i pasty z tychże ziaren, bardzo popularnej ostatnio do wykonywania wypieków w Japonii. Zresztą u nich to żadna nowość, podczas gdy u nas... no ilu z was wie o czym piszę i wogóle miało kontakt z tym produktem? Założę się, że na tyle mało, że mamy teraz przed ekranami całe rzędy szeroko otwartych z zaciekawienia oczu. Chociaż w sumie mogliście ją jeść nawet, a nie wiecie o tym:) Pasty z czarnego sezamu nie dostaniemy w supermarkecie tak samo jak syropu złocistego z prawdziwego zdarzenia. Nawet i w sklepach z azjatycką kuchnią bywa problem. Można co prawda zrobić własnoręcznie, ale takiej gładkości i jedwabistości pyłu, jaka jest potrzebna by zgrała się nam z gładziutkim serkiem, nie uzyskamy w żadnym moździerzu. Może w food procesorze, który też jednak nie stanowi standardowego wyposażenia każdej kuchni... tylko w sumie po co się mordować, skoro całkiem tanio można ją zamówić przez internet?Szczególnie do jednego, testowego wypieku, by sprawdzić z czym to się je i jak farbuje. Robi na ciemno-szaro, ale za to smacznie:)
No, ale skoro mamy już czwarty składnik z tych tajemniczych, reszta wydawała się zupełnie do oswojenia. Cukier, ekstrakt z wanilii, śmietanka, mleko kondensowane... i gotowe. Niejaki problem mógłby się pojawić w przypadku wymaganych trzech nieokreślonej wielkości kawałków ciastka shortbread ( u nas w sklepach sprzedawanych jako małe ciasteczka deserowe, a nie coś, co można wrzucić na spód ciasta jak Petitki), ale umówmy się - zrobicie sobie blaszkę z mego przepisu na doskonały, prosty shortbread, użyjecie połowę, resztę i tak pochłonie zachwycona rodzina. Nie zmarnuje się absolutnie nic.
Pasta sezamowa, ciastko maślane, matcha... co za bomba smakowa z tego wychodzi? Jedno słodkie, drugie na wskroś szkockie, trzecie niemal ostre... ale jakimś dziwnym sposobem zgrało się ze sobą, chociaż musiałam już od początku zmieniać proporcje, bo pasta z czarnego sezamu w oryginalnym przepisie była inna niż moja, bardziej płynna i japońska niż to, co zakupiłam. Jednak w smaku zdecydowanie musiało być to samo. No i tortownicę miałam większą niż zalecana.
Hell, tysiące rzeczy w tym przepisie mogły nie wyjść i bez bicia przyznam się, że dwa razy ratowałam się jak mogłam, gdy nagle mi coś nie wychodziło jak powinno, nie mając dosłownie żadnej podpory w komentarzach do tekstu, bo ich zwyczajnie nie było. Udało się! Wyzwanie przyjęłam, dokonałam i czuję się z tego powodu tak cholernie dumna i pewna siebie, że zacznę chyba zerkać łakomym okiem na kolejne, niezwykłe, japońskie połączenia smaków, które nie są dobrze już znanym sushi.
A Sernik-san, jak smakuje? Nie jest przesadnie słodki. Niezwykle odświeżający, dzięki matcha, śliczny kolorystyczne, spód świetnie się trzyma razem dzięki paście i ziarnkom czarnego sezamu, a połączenie tych dwóch smaków też daje niezwykłe wrażenia. Gładkość serka i chrupkość spodu, wyskakujące niewiadomo skąd maślane wspomnienia shortbread'a, schowane w większych okruszkach w cieście...
Bajka. Japońska poezja, albo jeden z tych ich ślicznych obrazów jak mgłą malowanych. Takie odnoszę wrażenie, próbując serniczka na nowo za każdym razem. Tak więc jeśli szukacie czegoś, co zachwyci i zaskoczy jednocześnie - polecam Sernik-san. Pod warunkiem, że zjecie go do końca najpóźniej w dzień po pokrojeniu. Mgły też nie są wieczne, a i płatki kwiatów wiśnie nie spadają w czasie święta Hanami dłużej, niż jest im przeznaczone. Krótki lot, zachwyt... a potem wspominanie.
I tak należy również potraktować ten japoński sernik marmurkowy. Zapraszam do zapoznania się z nim i bez obawy... zepsuć go, wbrew pozorom, naprawdę ciężko:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na tortownicę o średnicy 16cm):
Spód:
180-200g kruchego ciasta typu shortbread (najlepiej zrobić je z tego przepisu)
1 łyżka ziaren czarnego sezamu
2 i 1/2 łyżki pasty z czarnego sezamu (moja, kupna, była bardzo skoncentrowana i gęsta. Jeżeli macie nieco bardziej płynną, należy zacząć dodawanie jej od 1 łyżki i powiększać jej ilość dodawaną do pokruszonych kawałków ciastka do momentu uzyskania odpowiednio ciemnego koloru)
1 łyżka stopionego masła
Masa sernikowa:
170g serka kremowego (najtaniej będzie wam go zrobić z tego przepisu)
280g słodzonego mleka kondensowanego
50ml śmietany kremówki 30%
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżki proszku z zielonej herbaty - matcha
2 łyżki pasty z czarnego sezamu
1 łyżeczka soku z cytryny
Bita śmietana i listki mięty do dekoracji
Wykonanie:
Wypiekamy ciasto kruche shortbread, zgodnie z przepisem. Studzimy całkowicie, odmierzamy potrzebną ilość i wrzucamy do miski.
Do drugiej miski wsypujemy ziarno czarnego sezamu i rozcieramy go jak najdrobniej.
Za pomocą tłuczka z kulką na końcu kruszymy ciastko do formy proszku, zostawiając i większe okruchy, by przyjemnie nam pochrupywały w cieście. Łączymy okruchy z rozdrobionym czarnym sezamem.
Dolewamy do masy stopione masło, starannie mieszamy.
Na koniec dodajemy pastę z czarnego sezamu i mieszamy wszystko razem do momentu aż spód nabierze ciemnej barwy, a pasta całkowicie połączy się z okruchami i masłem, nabierając konsystencji grubego, mokrego piasku.
Tortownicę o średnicy 16cm wykładamy folią aluminiową aż po brzegi.
Przesypujemy do niej kruchy spód sezamowym i ugniatamy przy użyciu łyżki, mocno przyciskając crust do spodu i profilując tak, by lekko zachodził na boki.
Tortownicę ze spodem odstawiamy na bok, przystępując do właściwej masy sernikowej.
Serek kremowy wrzucamy do miski i roztrzepujemy mikserem.
Po trochu dolewamy mleko kondensowane, cały czas miksując masę.
Dolewamy na koniec ekstrakt z wanilii i sok cytrynowy, raz jeszcze miksujemy.
Ubijamy śmietankę kremówkę z cukrem pudrem na sztywną pianę, dodajemy ją do masy serkowej, ostrożnie mieszamy wszystko razem przy pomocy łyżki.
Dzielimy masę sernikową w stosunku 2:1 czyli 1/3 przekładamy do jednej miski, w drugiej zostawiając 2/3.
Do jednej trzeciej dodajemy proszek matcha i starannie mieszamy.
Do pozostałego serka dodajemy pastę sezamową i również mieszamy starannie, do uzyskania gładkiej masy bez grudek.
Na gotowy spód nakładamy najpierw 4 łyżki zielonego serka w kształt kwadratu, nie rozcierając go, potem kładziemy 4 łyżki ciemno-szarego serka, uzupełniając dziury. Następnie kładziemy kolejno łyżki zielonego i szarego serka na przemian, tym sposobem wykładając całe nadzienie sernikowe na spód. Ostatnią łyżką wygładzamy wierzch sernika.
Sernik wkładamy do lodówki na co najmniej 6 godziny lub na całą noc, by porządnie stwardniał.
Gotowy, kroimy, przyozdabiając każdy kawałek tuż przed podaniem kleksem bitej śmietany, listkiem świeżej mięty i wiórkami zmiażdżonego czarnego sezamu lub ciemnej czekolady.
いただきます!
(itadakimassu)
Smacznego!
--------------------------------------
Ingredients (for 16cm cake tin):
Crust:
180-200g of shortbread (please check this recipe for a homemade, easy shortbread)
1tblspn of black sesame seeds
2 and 1/2 tblspn of black sesame paste (mine was really condensed and hard, but if you have somewhat softer or having a liquid form, you might want to start from 1tblspn, adding more to the crust depending of the colour you achieve with this amount)
1 tblspn of melted butter
Cheesecake filling:
170g of homemade cream cheese (from this recipe)
280g of sweet condensed milk
50ml of heavy cream
1 tsnp of vanilla extract
2 tblspns of matcha powder
2 tblspns of black sesame paste
1 tspn of lemon juice
Whipped cream and fresh mint leaves for decoration.
The making of:
Bake a shortbread according to this recipe. Cool it completely, measure the necesarry quantity and relocate it to a bowl.
Put the black sesame seeds into another bowl and crush it nicely.
Crush the shortbread as well, into the small pieces, leaving some bigger ones, so it crunched pleasantly while you eat the cheesecake. Then mix it with the crushed black sesame seeds.
Add melted butter, mix it well.
Add black sesame paste and mix it again so the crust becomes dark with it and the whole consistence become similar to the one that the wet sand has.
Put a sheet of aluminium foil into the cake tin from bottom to the rims.
Pour the crust inside and preasure it, using the spoon, flattening to the bottom and some to the sides.
Set the cake tin aside, while you prepare the cheesecake filling now.
Pour the creme cheese into a bowl and mix it with a hand mixer nicely.
Add the condensed milk little by little, while still mixing.
Add vanilla extract and lemon juice, mixing it once again.
Prepare the whipped cream out of heavy cream and some confectionar's sugar. Add it to the cheesecake filling and gently mix, using a spoon, with the rest.
Divide the filling in proportion 2: 1. That means you have to put 1/3 of the filling in one bowl and leave 2/3 of the filling in the other one.
Add matcha powder to the 1/3 of the filling and mix it profoundly.
Add the black sesame paste to the other part of the filling and also mix it nicely, so the filling was smooth.
On the awaiting crust put first: 4 tblspns of matcha filling in the shape of a square, do not flatten them. Then put 4 tblspns od sesame cheesecake, filling the holes between the green ones in the bottom. Then, one by one, put sesame and matcha filling interchangeably until the tin is full and nothing of the fillig is left in the bowls. With the last spoon of the filling, smooth the top of cheesecake.
Put the cheesecake into the fridge for at least 6 hours or overnight, to harden it.
When it is ready, serve it, decorating every individual piece just before serving it with a splash of whipped cream, fresh mint leaf and some of black sesame or dark chocolate shreds.
いただきます!
(itadakimassu)
Cheers!
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serniki i sernikowate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serniki i sernikowate. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 września 2016
niedziela, 4 września 2016
Domowy serek kremowy/Homemade cream cheese
Załapałam fazę na sernik jakieś dwa tygodnie temu. Nie w ten sposób, że śnił mi się co noc, czułam jego zapach dosłownie wszędzie i jak się to często dzieje w przypadku, gdy się na czymś mocno zafiksujesz, wszystko mi się z nim kojarzyło do tego stopnia, że niemal widziałam go na ulicy, wołającego z każdej witryny cukierni "Kup mnie!". Nie. To by była naturalna kolej rzeczy, że w końcu ulegam takiej długofalowej ciągocie z bez wątpienia przyrodzonym mi wdziękiem. Ja, jako dusza wybitnie rogata, jak zwykle zrobiłam to po swojemu. Któregoś wieczora po prostu mnie pierdzielnęła chęć na sernik. Jakikolwiek, chociaż tak w sumie to nie bardzo na polski. Akurat sobie przeglądałam opowiadania z cyklu "Chłopcy" i tam gdzieś mi się przewinął sernik, jaki jadła Dzwoneczek. Najprawdopodobniej ze Starbucks'a, ale akurat w to się nie miałam chęci zagłębiać. Ważniejszym od tego, jaki konkretnie to był sernik i z jakim wzorkiem na wierzchu, był fakt, że to sernik na serku kremowym, bo jak sieciówka amerykańska to przecież polskiego sernika nie będą podawać. Żadnych serów, nie ważne ile razy mielonych, zawsze będą zbyt ziarniste. Sernik rodem z hameryki. Następnie jedno doprowadziło do drugiego, zanim się obejrzałam miałam usta pełne śliny i już wiedziałam, że jakikolwiek wypiek powstanie w najbliższej przyszłości, będzie wymagał tego gładziutkiego serka. A więc będzie sernikiem w mniejszym lub większym stopniu i zaspokoi moje szurnięte pragnienie.
Nie, nie jestem w ciąży, to nie jest zachciewajka. Po prostu strasznie zachciało mi się sernika typu nowojorskiego. Nie mówcie, że wam się coś takiego nie trafia, hm?
No, niby, żaden problem. Sernik wymaga serka i paru innych rzeczy. Pójdę do sklepu, kupię i zrobię. Niby nic. Ale, wiecie, mimo różnicy w konsystencji sera twarogowego i kremowego, ważą niemal tak samo. I jak na sernik polski kupowałabym jakiś kilogram za zwyczajną, serną cenę, to kupienie kilograma serka kremowego już by zabolało. Mało tego. Za liche 200g z których nie zrobimy pełnowielkościowego ciasta, trzeba zapłacić tyle, że w sumie niektórym przechodzą zachcianki na samą myśl o ok. 10 złotych wywalonych na sam ser, a gdzie, przepraszam reszta, inni się zadowalają zwykłym twarogiem i na tym się kończą różne egzotyczne chciejstwa. A przecież nie powinno tak być! Żyjemy w czasach, kiedy w sklepach nie mamy na półkach wyłącznie octu, a dobra luksusowe można dostać wyłącznie w Baltonie za ciężkie dolary. Jest więc i ten serek kremowy w lodówkach w każdym sklepie. Ale najwyraźniej producent uznaje, że Polak użyje go tylko do kanapek, a do kanapek 200g wystarczy. O tych, co ambitnie chcą pojechać dalej, raczej się nie myśli. Solidarnie będziemy, kurna, żreć wyłącznie rodzimy, polski produkt, a jak się komu chce nowości, to do restauracji, won. Albo za granicę. Takie coś, takie potężne śrubowanie cen morduje nie tylko chęci, ale i wenę dla wszystkich, którym nie tylko schabowy i nieśmiertelna szarlotka z lodami w głowie. Czasem potrzebują... sernika z serka kremowego, no!
Ale za taką cenę...
Za taką cenę, to ja, wkurzona, przypomniałam sobie, że rzucił mi się w oczy niedawno przepis na serek kremowy robiony domowym sposobem. Tańszy. Smaczniejszy, bo bez zagęszczaczy i polepszaczy smaku i tak absolutnie prosty, nie wymagający niczego, poza czasem. Czemu nadal się zastanawiam i pieklę na ceny, skoro po dokonaniu prostych obliczeń, wyjdę na plus z podwójną ilością serka robionego w domu, w porównaniu do mizernych dwustu ubitych na kamień maszynowo gramów ze sklepu i zdecydowanie o wiele mniej za to zapłacę, niż gdybym miała całość kupić w sklepie.
Ominęłam więc dział serków kremowych, wyszukując przepis na internecie, zamarłam z zaskoczenia na widok listy składników i... chwyciłam wiaderko litrowego jogurtu. A potem w aptece - gazę.
Reszty domyślić się już łatwo. Ser się robił już po 10 minutach od powrotu do domu. Sam. A ja cała zadowolona czekałam na rezultaty, które, jak się okazało po 36 godzinach okazały się spektakularne.
Żadnej chemii. Żadnej soli, którą tak polscy producenci lubią dodawać do serka kanapkowego (przekonani, że każdy Polak weźmie go z zamiarem użycia na kanapce). Ba, żadnego miksera, masła, śmietan, dodatków... nic. Tylko lodówka. Tylko gaza, jogurt i grawitacja, która za ciebie wyciąga z jogurtu serwatkę, zostawiając w gazie dokładnie to, co znamy jako serek kremowy. Tak jest! Serek kremowy to jogurt pozbawiony serwatki. I za ten prostacko zwykły pomysł każą nam przepłacać? Nigdy więcej.
Szczególnie, że z 1 litra jogurtu wyszło mi prawie 400g serka. Przeliczając więc... nie, nie jestem dobra w matmie. Przejdźcie się do sklepu i dla rozrywki zobaczcie ile zapłacicie za litr jogurtu w porównaniu do cen serków typu Filadelfia i President. Rezultaty was zaskoczą i to bardzo pozytywnie:)
Serek, jak widać na poniższym zdjęciu, wychodzi śliczny. Bielutki. Tłuściutki. Mógłby być piękniejszy, gdybym nie robiła go z zamiarem przerobienia potem na sernik. Mógłby. W przepisie poniżej macie sposób, jak uczynić go małym, cudownie ukształtowanym dziełem sztuki. Ale ci, co im tylko serniki w głowie, wyrzucą zawartość gazy już po procesie produkcyjnym wprost na wagę, odważą właściwą ilość na ciasto, a resztę pożrą łyżkami błogosławiąc się za rozum i oszczędność. A smak? Poezja nie smak. Troszkę podobnie smakuje do Bielucha, ale lepiej. Bogatsza nuta, przyjemniejsza jedwabistość... jeśli nie zjecie w serniku, to zdecydowanie na chleb też się nie dostanie. Prosto z gazy do ryjka, słowo. O ile nie macie mocnego samozaparcia, znaczy się:)
Same plusy, miśki. Jeśli więc wasze chęci na serniki wytrzymają półtorej doby, to problem ceny serka kremowego zupełnie przestanie was dotyczyć. Pojawi się pewnie problem z dodatkowymi centymetrami w biodrach, ale, warto zaryzykować i raz na jakiś czas rozpieścić siebie samego. Ci, co dyktują ceny w sklepach wystarczająco dużo robią, by nam nadwątlić samopoczucie, ale, jak to się mówi, gdzie bogowie zamykają drzwi, gdzieś indziej otwierają okna. To akurat otwarło się na innowację.
To co, wyłazimy?:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na 350-400g serka):
1 litr jogurtu naturalnego (ja wybrałam Jogurt Kuchmistrza z Mlekovity)
gaza (zakupiłam 3 opakowania metrowe, najtańsze i było w porządku)
Wykonanie:
Na durszlak wykładamy jedna po drugiej, 3 warstwy gazy. Każda rozłożona metrowa gaza składa się tak naprawdę z dwóch warstw, więc w sumie powinniśmy otrzymać izolację z 6 warstw gazy.
Pod sito wkładamy garnek lub talerz, ponieważ niemal od razu serwatka zacznie przeciekać.
Jogurt wylewamy na środek gazy.
Zbieramy ostrożnie jej końce, zwisające dotąd po bokach z każdej strony sita i zbieramy je ze sobą u góry w taki sposób by jogurt w gazie utworzył kształt woreczka. Już w tym momencie serwatka z jogurtu zacznie wyciekać kroplami na sito i do naczynia pod spodem.
Końce gazy związujemy mocno ze sobą przy pomocy długiego kawałka sznurka lub włóczki bezbarwnej. Następnie bierzemy wysokie naczynie (najlepiej gdyby miało ze dwa litry), oraz drewnianą łyżkę.
Korzystając z tego, że sznurka do wiązania gazy zostało nam jeszcze sporo, przywiązujemy go mniej więcej pośrodku rączki łyżki tak wysoko jak tylko się da, po czym wkładamy gazę z zawartością ostrożnie do wysokiego naczynia i opieramy łyżkę o jego krawędzie. Musimy przy tym pamiętać, by między dnem naczynia, a końcem gazy z jogurtem była przestrzeń wolna, ponieważ aby serek się utworzył, serwatka musi wycieknąć, a pozostałość podeschnąć.
Wysokie naczynie z gazą i łyżką wkładamy do lodówki na 24-36 godzin. Co jakiś czas należy kontrolować ilość serwatki na dnie i wylewać ją (najlepiej nie do zlewu, a do innego naczynia, by użyć do czego innego, ponieważ jest bardzo zdrowa), ponieważ tworzący się serek nie może w niej być zanurzony.
Po 36 godzinach, gdy przy ostatnim wylewaniu serwatki było jej znacząco mało, przenosimy naszą gazę ponownie na sito. Odcinamy gazę ze sznurkiem i ostrożnie rozchylamy warstwy, zaczynając od najwyższej. Delikatnie odciągamy gazę z boków powstałego serka kremowego, a potem przenosimy go do naczynia, skąd będziemy go wybierać i używać.
Ponieważ mój serek powstał z przeznaczeniem na użycie w serniku, nie dbałam zbytnio o wygląd zewnętrzny produktu i swobodnie wybierałam rozmaite kawałki powstałego serka z górnej warstwy, a potem z dolnej, gdzie jak się okazało, było go najwięcej i przekładałam do miski. Jeżeli zależy nam jednak na równiutkiej łezce albo kształcie babeczki lub równego kręgu, w dodatku z wzorkiem gazy na wierzchu, możemy wyścielić kokilkę ponownie dwoma warstwami gazy, starannie układając ją na dnie i po bokach, wyłożyć do środka serek, przyciskając go, by zawierał jak najmniej powietrza, następnie przykryć krążkiem wyciętym z folii o średnicy kokilki, docisnąć i włożyć ponownie do lodówki na kilka godzin.
Po tym czasie zdjąć plastik, ostrożnie odwrócić kokilkę na talerz do góry dnem, wyjąć serek w gazie i ostrożnie ją ściągnąć. Otrzymamy serek z ozdobną, koronkową siateczką na wierzchu i w pożądanym kształcie, gotowy do zachwycania nim gości.
Proponowany przepis służy do wykonania serka kremowego o naturalnym smaku. Zawsze jednak można go dosolić, dodać przypraw, szczególnie, jeżeli ma służyć do jedzenia z pieczywem, a nie do pieczenia sernika. Dosmaczamy go na etapie formowania, gdy pakujemy go do kokilki.
Smacznego!
-----------------------------
Ingredients (for about 350-400g of cream cheese):
1 litre of natural yoghurt
1 cheesecloth
The making of:
Put 3 layers of cheesecloth on the collander. Each layer consists of 2 parts, so all in all you will have 6 layers of cheesecloth.
Put a dish under the collander, for the whey starts to drop throughout the cheesecloth almost imediatelly.
Pour the whole yoghurt in the middle of cheesecloth layers.
Gather all the outside parts of cheesecloth and gather them together, creating a kind of sack, with a yoghurt inside. The wey should start to drop like now.
Tie the ends of cheesecloth with a twine. Then prepare a wooden spoon and a high dish (2litre for instance).
Tie the cheesecloth with the same twine to the wooden spoon, in the middle of a handle, then put the sack into the high dish and rest the spoon on the edges. Remember that there has to be a space left between the bottom and the end of sack, for if the cream cheese is ought to create, the whey must flow out and the remaining part of yoghurt dry and harden apart of it.
Put the dish with cream cheese-to-be into the fridge for 24-36 hours. Check it from time to time to pour the whey into the separate dish (do not throw it away, it is good for your health), for the cream cheese cannot flow in it.
After 36 hours have passed, remove the dish from a fridge, and relocate the cheesecloth again into the collander. Cut out the top part of cheesecloth and carefully uncover the cream cheese. Remove it from your homemade cream cheese and put the cheese into the dish you will be using it of.
Now, I created my homemade cream cheese exclusively for a cheesecake, so I did not bother with its look, just the taste, so I removed it just because from its cheesecloth and put it into the bowl, and that was the end of a job. But if you want it to look nicely, and have a shape of a tear or like a little, even circle, with a lacey pattern on the surface, there are some more things to do.
In this case you should put like two clean layers of cheesecloth into the ramekin or any dish you want to shaped your cream cheese, then put the cream cheese inside, pressing it gently, so there was no air bubbles left. Then cover it with a foil circle having the same diameter as the dish, preasure it gently again, and put into the fridge for another couple of hours.
Then remove the foil circle, turn the dish upside down to remove the cream cheese together with cheesecloth, then peel it off gently. And there you have - a pretty, little homemade cream cheese, looking all fine and dandy.
Using this recipe you will get a cream cheese having the natural flavour. No salt, no seasoning. But you can always give it your desired flavour, especially when you want to eat it with bread, not use it to any cheesecake. In that case all the seasoning should be added during the process of putting the cream cheese into the dish of the desired shape, and you will receive a cream cheese with a flavour of your choice.
Cheers!
sobota, 12 marca 2016
Sernik "Złota zebra"/ "Golden zebra" cheesecake
Hasło: Co gospodyni domowa na stole w Święta ma!?
Odzew: Gospodyni domowa na stole w Święta ma stawiać dobre żarcie!
Kurtyna!
Czyż nie? Im więcej i smaczniejsze, tym lepiej. A Wielkanoc bardzo sprzyja szaleństwo kulinarnym. Nie tylko tradycyjne jajko na dziesięć sposobów, sałatki, półmiski wędlin i mięsiw, a także uroczyste obiady przy rodzinnym stole, okraszanie corocznymi kłótniami (nie, nie kręćcie głową, ja wiem, że w każdym domu jak nie kłótnia przy Śniadaniu/Obiedzie Wielkanocnym, to polityka:)), ale i rozmaite nowości, lekkie odskoki od tradycji, nieco inaczej podane to, do czego przywykliśmy od zawsze. Wielkanoc na to pozwala. Jest świętem urwipołciów, i nie tylko chodzi o Poniedziałek Wielkanocny. Tradycyjna pani domu wykona w kuchni zadzierżysty podskok z przytupem i akurat w tę porę świętowania, jajko na twardo z fantazją uczyni jajkiem faszerowany chili, aż rodzina będzie bić brawo, płacząc, udając, że nie pali ich w pysku i puszczając dym nosem. Bo się aż chce zrobić coś zwykłego w niezwykły sposób.
Serniki, moi państwo, to taka sama deserowa świąteczna tradycja polska, jak makowce, babki i mazurki. W sumie chyba nie wyobrażam sobie, by co najmniej jednego z tych ciast nie stało na Wielkanoc. Zazwyczaj u mnie są co najmniej dwa, a sernik w rozmaitych odsłonach - co roku.
Także i w tym roku będzie sernik, ale najpiękniejszy, jaki w życiu widziałam. Sernik typu "zebra".
Wpiszcie w necie tę nazwę i od razu się zorientujecie, o co chodzi. On jest pasiasty! Śliczny! Będąc sernikiem, ciastem, jest jednocześnie dziełem sztuki, które czasem aż żal zjeść. I tylko by pasł oczy tymi paseczkami, jak namalowanymi pędzlem, w brązie świeżo przeoranej ziemi i promykach wiosennego słońca, za którym wszyscy tak bardzo już tęsknimy. A jeśli pokusimy się też o taką dekorację, by tych paseczków nie zasłoniła, to tylko doskonale zaświadczy o naszym poczuciu estetyki.
Jednakże ja nie byłabym rogatą sobą, gdybym zrobiła tę zebrę jak wszyscy. O, nie. Już jest piękna, ale jak dla mnie waniliowe paseczki były za jasne przy tej czekoladzie. Za płaskie. I za zwyczajne. Potrzebowałam w tej zebrze dotyku... słońca. Dlatego też zamiast kopiować kolejne wersje tego samego sernika-zebry, w ciemne i jasne pasy, zrobiłam sernik "Złotą zebrę" nasyconą aromatem pomarańcz i prawdziwego, naturalnego kakao. Na dodatek bezglutenowy, bo, jak się okazuje, coraz więcej mamy w otoczeniu alergików, albo ludzi, którzy z własnej woli rezygnują z typowych produktów mącznych. Może i zdrowiej w ten sposób się je, jak twierdzą. Ja nigdy specjalnie nie gnałam w tę stronę (wiwat życie bez-dietowe od naturalnych narodzin do śmierci nadciśnieniowej!:)) Fakt jednak, że i w tej bezglutenowej formie zebra jest szalenie smaczna i na dodatek delikatna jak piórko. Jak krem serkowy. Jak odmiana New York Cheesecake (do którego lotem ptaka zaniesie was link:)) "Złota zebra" sernikowa to dokładnie to, co mam na myśli mówiąc o "tłustej" ozdobie stołu świątecznego w postaci deseru. Podskok z przyklaskiem obcasów. Odrobina szaleństwa, którego każdy w życiu potrzebuje.
W pędzie przygotowań przedświątecznych niech więc wam ręka zadrży czasem nad tradycyjnym przepisem. Niech ominie opakowanie z mąką tortową i torebeczkę proszku do pieczenia i sięgnie po skrobię kukurydzianą, po pomarańczę i kakao. Pozwólcie sobie na głębszy oddech dla swej stłamszonej rzeczywistością weny odkrywcy kuchennego. Niechże ta zebra zarży donośnie, wierzgnie tu i tam i wniesie swoją urodą i nieokiełznanym smakiem słońce na początek wiosny do waszych domów.
Bardzo, bardzo tego potrzebujemy:)
A źródła przepisu nie podam, bo jest on moją wariacją bazowaną na co najmniej dziesięciu innych, więc jakby nie spojrzał, sernik "Złota Zebra" jest autorsko moja:)
Wierzg, wierzg, pasiasta furio radości... lecimy z przepisem!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
4 całe jajka
1 żółtko
1 i 1/2 szklanki cukru
1 kg twarogu trzykrotnie mielonego z wiaderka (ja wybrałam "Twaróg na Sernik" od Włoszczowej)
4 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka skrobi kukurydzianej
3 łyżki kakao w proszku
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 pomarańcza (otarta skórka na masę pomarańczową, sok na lukier pomarańczowy na wierzch)
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
(opcjonalnie) kandyzowana skórka pomarańczowa, drobno posiekana, jako dodatek do masy pomarańczowej
(opcjonalnie) drobniutko posiekane kawałeczki mlecznej czekolady do masy kakaowej
sok z pomarańczy+cukier puder na lukier pomarańczowy na wierzch
Wykonanie:
Jajka i twaróg powinny mieć temperaturę pokojową w momencie rozpoczęcia pracy nad sernikiem.
Pomarańczę parzymy gorącą wodą, następnie ścieramy z niej skórkę.
Do miski od miksera wkładamy twaróg, cukier i jajka, oraz ekstrakt z wanilii i krótko miksujemy, tylko tyle, by się składniki połączyły, tworząc gładką masę.
Masę dzielimy po równo na dwie części.
Do jednej dodajemy kakao i 2 łyżki mąki ziemniaczanej.
Do drugiej dodajemy skórkę otartą z pomarańczy, olejek pomarańczowy, 2 łyżki mąki ziemniaczanej i 1 łyżkę skrobi kukurydzianej.
Każdą z mas raz jeszcze miksujemy do gładkości, doprawiamy do smaku cukrem (zależnie jak bardzo chcemy mieć sernik słodki) i dodatkową ilością kakao i olejku pomarańczowego i dodajemy opcjonalne składniki w postaci drobniutko posiekanej czekolady mlecznej i skórki kandyzowanej. Nie są wybitnie potrzebne, ale na pewno podbiją smak.
Standardową, okrągła blaszkę (ok 26 cm średnicy), wykładamy papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza, a na jego najniższą szufladę wstawiamy naczynie żaroodporne napełnione wodą.
Następnie na środek tortownicy wylewamy 3 łyżki masy pomarańczowej, nadajemy jej nieco okrągły kształt, ale nie rozcieramy. Na sam środek masy pomarańczowej ostrożnie wylewamy 3 łyżki masy czekoladowej, i również ostrożnym maźnięciem nadajemy jej okrągły kształt na tym wcześniejszym kleksie pomarańczowym. I w ten sam sposób wykładamy na przemian masę pomarańczową i czekoladową, aż do całkowitego ich wyczerpania. Nie trzeba im pomagać się rozłożyć równo, poza tymi dwoma pierwszymi porcyjkami. Same będą się rozchodzić po tortownicy.
Finalnie uzyskamy ciasto o wielu kręgach nakładających się na siebie dwóch kolorów. Taką zebrę.
Blaszkę wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 10 minut. Następnie zmniejszamy temperaturę pieczenia do 150 stopni i pieczemy dalsze 50 minut.
Gdy upłynie 1 godzina od momentu wstawienia ciasta do piekarnika, sprawdzamy powierzchnię ciasta. Jeśli już nie jest płynne, nie przykleja się do palców, ale jeszcze jest za miękkie, nakrywamy blachę płatem folii aluminiowej i pieczemy przez dodatkowe 10 minut.
Po tym czasie ciasto powinno już być takie, jak zastygnięty budyń. Uginające się, stawiające trochę opór, ale nie kamiennie twarde, o powierzchni gładkiej jak stół. Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i zostawiamy ciasto w piekarniku aż będziemy w stanie je wyciągnąć bez pomocy rękawicy kuchennej.
Potem wyciągamy z piekarnika i ochładzamy całkowicie w temperaturze pokojowej.
Gdy sernik jest już zimny, nadszedł czas na ewentualne dekorowanie lukrem.
2-3 łyżki soku z pomarańczy mieszamy z taką ilością cukru pudru, by lukier nie był lejący i miał konsystencję gładką, dobrą do smarowania. Możemy też dodać kilka kropel olejku pomarańczowego dla mocniejszego aromatu.
Lukier wykładamy na powierzchnię ciasta okrężnymi ruchami. Tylko na jego wierzch. Boczki będą za ładnie wyglądać, by je ukrywać pod lukrem. Możemy też na wierch dać dowolne inne ozdoby, pamiętając, by ewentualne owoce nie miały dużo soku. Powierzchnia sernika nie wchłonie go, więc nadmiar soku może nam popsuć efekt, a lukier spłynie zamiast stwardnieć. Polecam skórkę pomarańczową kandyzowaną, kropelki czekoladowe, płatki migdałów itp.
Sernik już ozdobiony (i nadal w blaszce) wkładamy na całą noc do lodówki.
Serwujemy następnego dnia.
Smacznego:)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
4 eggs
1 egg yolk
1 and 1/2 cup of sugar
1 kg of cream cheese or cottage cheese, smoothly grinded
4 tblspns of potato flour
1 tblspn of corn starch
3 tblspns of cocoa powder
2 tspns of vanilla extract
1 orange (orange zest for orange part of cheesecake; juice for orange frosting)
1/2 a bottle of orange oil / 2 tspns of orange extract
(optional) candid orange peel, chopped nicely for orange part of the cheesecake
(optional) chocolate chips for chocolate part of the cheesecake
orange juice + caster sugar for the frosting
The making of:
The eggs and cheese should have a room temperature.
Blanch an orange with a boiling water, then grate the zest.
In a large bowl put eggs, cheese, sugar and vanilla extract and mix it all shortly, so the dough had a smooth consistency, and all ingredients were mixed.
Divide the dough on two even parts.
To the first part add a cocoa powder and 2 tblspns of potato flour.
The the second part add an orange zest, orange oil (orange extract), 2 tblspns of potato flour and 1 tblspn of corn starch.
Mix every part once again, so it were smooth, season optionally with a sugar, or orange extract, or cocoa, and add candid orange zest and chocolate chips if you wish.
Put a sheet of baking paper on a round baking dish (circa 26cm diameter).
Heat the oven to 180 degrees Celcius or 356 degrees Fahrenheit. On the lowest part of the oven put a casserole dish filled with water.
On a center of the baking dish put 3 tblspns of orange dough, give this "blotch" a round shape. On the center of orange "blotch" put 3 tblspns of chocolate dough, again make it round. Repeat the move until you are out of both part of cheesecake dough. At final you will receive 2-colour even circles cake, looking like a zebra stripes.
Put a baking dish to the oven and bake for 10 minutes. Then turn the temperature to 150 degrees Celcius (302 degrees Fahrenheit) and bake additionally for another 50 minutes.
After 1 hour has passed from the moment the cheesecake was put in the oven, check the surface. If it is not liquid anymore and it does not stick to the fingers, but it is still too soft, put a sheet of aluminium foil on a baking dish, and bake for additional 10 minutes.
After that the cheesecake should be similar to a pudding. Spongy, but not too hard, beautifully and evenly flat. Turn off the oven then, open a little the oven door, and let it cool inside until you are able to remove it with a bare hand.
Remove it and let it cool completelly in a room temperature.
When your "golden zebra" cheesecake is cold, you may put a frosting on.
Mix together 2-3 spoons of orange juice and smeer it on the cheesecake surface. Only on a top. Leave the sides untouched, so the marble design was clearly visible. You can also put any other add-ons on a top, but remember not too put too juicy fruit on a top, for the frosting may flow down. The best for decorating might be candid orange peel, chocolate chips, almond flakes etc.
All-decorated cheesecake put to the fridge for 1 whole night.
Serve the next day.
Cheers!:)
Odzew: Gospodyni domowa na stole w Święta ma stawiać dobre żarcie!
Kurtyna!
Czyż nie? Im więcej i smaczniejsze, tym lepiej. A Wielkanoc bardzo sprzyja szaleństwo kulinarnym. Nie tylko tradycyjne jajko na dziesięć sposobów, sałatki, półmiski wędlin i mięsiw, a także uroczyste obiady przy rodzinnym stole, okraszanie corocznymi kłótniami (nie, nie kręćcie głową, ja wiem, że w każdym domu jak nie kłótnia przy Śniadaniu/Obiedzie Wielkanocnym, to polityka:)), ale i rozmaite nowości, lekkie odskoki od tradycji, nieco inaczej podane to, do czego przywykliśmy od zawsze. Wielkanoc na to pozwala. Jest świętem urwipołciów, i nie tylko chodzi o Poniedziałek Wielkanocny. Tradycyjna pani domu wykona w kuchni zadzierżysty podskok z przytupem i akurat w tę porę świętowania, jajko na twardo z fantazją uczyni jajkiem faszerowany chili, aż rodzina będzie bić brawo, płacząc, udając, że nie pali ich w pysku i puszczając dym nosem. Bo się aż chce zrobić coś zwykłego w niezwykły sposób.
Serniki, moi państwo, to taka sama deserowa świąteczna tradycja polska, jak makowce, babki i mazurki. W sumie chyba nie wyobrażam sobie, by co najmniej jednego z tych ciast nie stało na Wielkanoc. Zazwyczaj u mnie są co najmniej dwa, a sernik w rozmaitych odsłonach - co roku.
Także i w tym roku będzie sernik, ale najpiękniejszy, jaki w życiu widziałam. Sernik typu "zebra".
Wpiszcie w necie tę nazwę i od razu się zorientujecie, o co chodzi. On jest pasiasty! Śliczny! Będąc sernikiem, ciastem, jest jednocześnie dziełem sztuki, które czasem aż żal zjeść. I tylko by pasł oczy tymi paseczkami, jak namalowanymi pędzlem, w brązie świeżo przeoranej ziemi i promykach wiosennego słońca, za którym wszyscy tak bardzo już tęsknimy. A jeśli pokusimy się też o taką dekorację, by tych paseczków nie zasłoniła, to tylko doskonale zaświadczy o naszym poczuciu estetyki.
Jednakże ja nie byłabym rogatą sobą, gdybym zrobiła tę zebrę jak wszyscy. O, nie. Już jest piękna, ale jak dla mnie waniliowe paseczki były za jasne przy tej czekoladzie. Za płaskie. I za zwyczajne. Potrzebowałam w tej zebrze dotyku... słońca. Dlatego też zamiast kopiować kolejne wersje tego samego sernika-zebry, w ciemne i jasne pasy, zrobiłam sernik "Złotą zebrę" nasyconą aromatem pomarańcz i prawdziwego, naturalnego kakao. Na dodatek bezglutenowy, bo, jak się okazuje, coraz więcej mamy w otoczeniu alergików, albo ludzi, którzy z własnej woli rezygnują z typowych produktów mącznych. Może i zdrowiej w ten sposób się je, jak twierdzą. Ja nigdy specjalnie nie gnałam w tę stronę (wiwat życie bez-dietowe od naturalnych narodzin do śmierci nadciśnieniowej!:)) Fakt jednak, że i w tej bezglutenowej formie zebra jest szalenie smaczna i na dodatek delikatna jak piórko. Jak krem serkowy. Jak odmiana New York Cheesecake (do którego lotem ptaka zaniesie was link:)) "Złota zebra" sernikowa to dokładnie to, co mam na myśli mówiąc o "tłustej" ozdobie stołu świątecznego w postaci deseru. Podskok z przyklaskiem obcasów. Odrobina szaleństwa, którego każdy w życiu potrzebuje.
W pędzie przygotowań przedświątecznych niech więc wam ręka zadrży czasem nad tradycyjnym przepisem. Niech ominie opakowanie z mąką tortową i torebeczkę proszku do pieczenia i sięgnie po skrobię kukurydzianą, po pomarańczę i kakao. Pozwólcie sobie na głębszy oddech dla swej stłamszonej rzeczywistością weny odkrywcy kuchennego. Niechże ta zebra zarży donośnie, wierzgnie tu i tam i wniesie swoją urodą i nieokiełznanym smakiem słońce na początek wiosny do waszych domów.
Bardzo, bardzo tego potrzebujemy:)
A źródła przepisu nie podam, bo jest on moją wariacją bazowaną na co najmniej dziesięciu innych, więc jakby nie spojrzał, sernik "Złota Zebra" jest autorsko moja:)
Wierzg, wierzg, pasiasta furio radości... lecimy z przepisem!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
4 całe jajka
1 żółtko
1 i 1/2 szklanki cukru
1 kg twarogu trzykrotnie mielonego z wiaderka (ja wybrałam "Twaróg na Sernik" od Włoszczowej)
4 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka skrobi kukurydzianej
3 łyżki kakao w proszku
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 pomarańcza (otarta skórka na masę pomarańczową, sok na lukier pomarańczowy na wierzch)
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
(opcjonalnie) kandyzowana skórka pomarańczowa, drobno posiekana, jako dodatek do masy pomarańczowej
(opcjonalnie) drobniutko posiekane kawałeczki mlecznej czekolady do masy kakaowej
sok z pomarańczy+cukier puder na lukier pomarańczowy na wierzch
Wykonanie:
Jajka i twaróg powinny mieć temperaturę pokojową w momencie rozpoczęcia pracy nad sernikiem.
Pomarańczę parzymy gorącą wodą, następnie ścieramy z niej skórkę.
Do miski od miksera wkładamy twaróg, cukier i jajka, oraz ekstrakt z wanilii i krótko miksujemy, tylko tyle, by się składniki połączyły, tworząc gładką masę.
Masę dzielimy po równo na dwie części.
Do jednej dodajemy kakao i 2 łyżki mąki ziemniaczanej.
Do drugiej dodajemy skórkę otartą z pomarańczy, olejek pomarańczowy, 2 łyżki mąki ziemniaczanej i 1 łyżkę skrobi kukurydzianej.
Każdą z mas raz jeszcze miksujemy do gładkości, doprawiamy do smaku cukrem (zależnie jak bardzo chcemy mieć sernik słodki) i dodatkową ilością kakao i olejku pomarańczowego i dodajemy opcjonalne składniki w postaci drobniutko posiekanej czekolady mlecznej i skórki kandyzowanej. Nie są wybitnie potrzebne, ale na pewno podbiją smak.
Standardową, okrągła blaszkę (ok 26 cm średnicy), wykładamy papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza, a na jego najniższą szufladę wstawiamy naczynie żaroodporne napełnione wodą.
Następnie na środek tortownicy wylewamy 3 łyżki masy pomarańczowej, nadajemy jej nieco okrągły kształt, ale nie rozcieramy. Na sam środek masy pomarańczowej ostrożnie wylewamy 3 łyżki masy czekoladowej, i również ostrożnym maźnięciem nadajemy jej okrągły kształt na tym wcześniejszym kleksie pomarańczowym. I w ten sam sposób wykładamy na przemian masę pomarańczową i czekoladową, aż do całkowitego ich wyczerpania. Nie trzeba im pomagać się rozłożyć równo, poza tymi dwoma pierwszymi porcyjkami. Same będą się rozchodzić po tortownicy.
Finalnie uzyskamy ciasto o wielu kręgach nakładających się na siebie dwóch kolorów. Taką zebrę.
Blaszkę wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 10 minut. Następnie zmniejszamy temperaturę pieczenia do 150 stopni i pieczemy dalsze 50 minut.
Gdy upłynie 1 godzina od momentu wstawienia ciasta do piekarnika, sprawdzamy powierzchnię ciasta. Jeśli już nie jest płynne, nie przykleja się do palców, ale jeszcze jest za miękkie, nakrywamy blachę płatem folii aluminiowej i pieczemy przez dodatkowe 10 minut.
Po tym czasie ciasto powinno już być takie, jak zastygnięty budyń. Uginające się, stawiające trochę opór, ale nie kamiennie twarde, o powierzchni gładkiej jak stół. Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i zostawiamy ciasto w piekarniku aż będziemy w stanie je wyciągnąć bez pomocy rękawicy kuchennej.
Potem wyciągamy z piekarnika i ochładzamy całkowicie w temperaturze pokojowej.
Gdy sernik jest już zimny, nadszedł czas na ewentualne dekorowanie lukrem.
2-3 łyżki soku z pomarańczy mieszamy z taką ilością cukru pudru, by lukier nie był lejący i miał konsystencję gładką, dobrą do smarowania. Możemy też dodać kilka kropel olejku pomarańczowego dla mocniejszego aromatu.
Lukier wykładamy na powierzchnię ciasta okrężnymi ruchami. Tylko na jego wierzch. Boczki będą za ładnie wyglądać, by je ukrywać pod lukrem. Możemy też na wierch dać dowolne inne ozdoby, pamiętając, by ewentualne owoce nie miały dużo soku. Powierzchnia sernika nie wchłonie go, więc nadmiar soku może nam popsuć efekt, a lukier spłynie zamiast stwardnieć. Polecam skórkę pomarańczową kandyzowaną, kropelki czekoladowe, płatki migdałów itp.
Sernik już ozdobiony (i nadal w blaszce) wkładamy na całą noc do lodówki.
Serwujemy następnego dnia.
Smacznego:)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ingredients:
4 eggs
1 egg yolk
1 and 1/2 cup of sugar
1 kg of cream cheese or cottage cheese, smoothly grinded
4 tblspns of potato flour
1 tblspn of corn starch
3 tblspns of cocoa powder
2 tspns of vanilla extract
1 orange (orange zest for orange part of cheesecake; juice for orange frosting)
1/2 a bottle of orange oil / 2 tspns of orange extract
(optional) candid orange peel, chopped nicely for orange part of the cheesecake
(optional) chocolate chips for chocolate part of the cheesecake
orange juice + caster sugar for the frosting
The making of:
The eggs and cheese should have a room temperature.
Blanch an orange with a boiling water, then grate the zest.
In a large bowl put eggs, cheese, sugar and vanilla extract and mix it all shortly, so the dough had a smooth consistency, and all ingredients were mixed.
Divide the dough on two even parts.
To the first part add a cocoa powder and 2 tblspns of potato flour.
The the second part add an orange zest, orange oil (orange extract), 2 tblspns of potato flour and 1 tblspn of corn starch.
Mix every part once again, so it were smooth, season optionally with a sugar, or orange extract, or cocoa, and add candid orange zest and chocolate chips if you wish.
Put a sheet of baking paper on a round baking dish (circa 26cm diameter).
Heat the oven to 180 degrees Celcius or 356 degrees Fahrenheit. On the lowest part of the oven put a casserole dish filled with water.
On a center of the baking dish put 3 tblspns of orange dough, give this "blotch" a round shape. On the center of orange "blotch" put 3 tblspns of chocolate dough, again make it round. Repeat the move until you are out of both part of cheesecake dough. At final you will receive 2-colour even circles cake, looking like a zebra stripes.
Put a baking dish to the oven and bake for 10 minutes. Then turn the temperature to 150 degrees Celcius (302 degrees Fahrenheit) and bake additionally for another 50 minutes.
After 1 hour has passed from the moment the cheesecake was put in the oven, check the surface. If it is not liquid anymore and it does not stick to the fingers, but it is still too soft, put a sheet of aluminium foil on a baking dish, and bake for additional 10 minutes.
After that the cheesecake should be similar to a pudding. Spongy, but not too hard, beautifully and evenly flat. Turn off the oven then, open a little the oven door, and let it cool inside until you are able to remove it with a bare hand.
Remove it and let it cool completelly in a room temperature.
When your "golden zebra" cheesecake is cold, you may put a frosting on.
Mix together 2-3 spoons of orange juice and smeer it on the cheesecake surface. Only on a top. Leave the sides untouched, so the marble design was clearly visible. You can also put any other add-ons on a top, but remember not too put too juicy fruit on a top, for the frosting may flow down. The best for decorating might be candid orange peel, chocolate chips, almond flakes etc.
All-decorated cheesecake put to the fridge for 1 whole night.
Serve the next day.
Cheers!:)
środa, 27 stycznia 2016
Brownie z Bailey'em i twistem sernikowym/ Bailey's brownie with a cheesecake twist
Idealne ciasto post-karnawałowe, pre-tłusto czwartkowe. Tak, by się przygotować na dzień pożerania pączków, przy tym jakimś cudem nie zamula, sprawiając, że sięgamy po kolejne kawałki praktycznie nie mogąc przestać.
Jak w przypadku wszystkich innych brownie - nie jest wysokie. Nie jest wyrośnięte i nie jest i nigdy nie będzie puszystym murzynkiem. Jest za to przeraźliwie smaczne i uzależniające, o cudownym smaku likieru i czekolady. Sernika prawie w nim nie czuć, bo jest go tylko tyle, by dorobić śliczny, jasny dodatek i podkład dla likieru. Ale to tym lepiej. Ten niewielki twist serowy tylko podbija nam słodki alkoholiczno-kremowy smak tego dodatku.
Nie ma więc co dłużej deliberować, jeśli macie w domu czekoladę i chociaż pół ocalałej szklanki likieru Baileys, oraz jakąś godzinę na poświęcenie dla szaleństwa kuchennego, zakasujemy rękawy i lecimy z tym koksem:
Przepis wzięty stąd. Modyfikowany pod względem ilości składników.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Na sernikowy twist:
90 gramów serka kremowego (bez soli!) w temperaturze pokojowej
2 łyżki masła w temperaturze pokojowej
1/4 szklanki cukru
1 jajko
1 łyżka mąki
2 łyżki likieru Baileys
Na brownie:
2 czekolady gorzkie połamane w kawałki
3 łyżki masła w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki cukru
2 jajka
1/2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
Na lukier:
2 łyżki likieru Baileys
8 łyżek cukru pudru
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.
Blaszkę prostokątną wykładamy papierem do pieczenia.
Przystępujemy do zrobienia twistu sernikowego.
W misce od miksera ubijamy serek kremowy i masło, aż przybiorą formę puszystej masy.
Dosypujemy cukier i dorzucamy jajko, miksujemy aż się wszystko połączy.
Dosypujemy mąkę, dolewamy likier Baileys i raz jeszcze ubijamy. Gotowy sernikowy twist odstawiamy na bok.
Robimy masę brownie.
Czekoladę i masło topimy w kąpieli wodnej, aż będą płynne. Nieco studzimy.
W osobnej misce miksujemy razem cukier i jajka aż zgęstnieją nieco, tak około 2 minut.
Do masy dodajemy mąkę i proszek do pieczenia. Dolewamy czekoladę z masłem i ekstrakt waniliowy. Wszystko razem starannie miksujemy.
3/4 powstałej masy brownie przekładamy na wyścieloną papierem blaszkę.
Następnie na nią wylewamy masę sernikową, rozprowadzając ją po całej powierzchni masy brownie, pozwalając spływać po bokach itp.
Na wierzch masy sernikowej wykładamy ciapy pozostałej masy czekoladowej tak by znalazły się na całej powierzchni ciasta. Używając do tego celu łyżki lub końcówki noża, robimy dekoracyjne wzorki z masy sernikowej i ciapek brownie na jej powierzchni, dążąc do uzyskania marmurkowego wzoru na powierzchni i przeniknięcia sernika do środka brownie.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy około 25 minut. Po wyjęciu na ciapkach brownie powinna być widoczna charakterystyczna skorupka, a masa sernikowa powinna być upieczona. Pozwalamy mu ostygnąć.
Robimy lukier.
Mieszamy likier z cukrem w osobnej miseczce, żonglując ilością cukru i likieru w zależności od tego ile chcemy go otrzymać i jak gęsty. Wylewamy go na jeszcze ciepłe brownie, rozprowadzając starannie po całej powierzchni. Zostawiamy by stężał na conajmniej 15 minut.
Kroimy w kwadraty i możemy podawać.
Smacznego:)
Ingredients:
For a cheesecake twist:
90g cream cheese, room temperature
2 tbspns butter, room temperature
1/4 cup of sugar
1 egg
1 tbspn of flour
2 tbspns of Bailey's Irish Cream
Brownie:
170g baking chocolate
3 tbsps unsalted butter, room temperature
½ cup sugar
2 eggs
½ cup all purpose flour
½ tsp baking powder
¼ tsp salt
2 tsps vanilla extract
For a Bailey's glaze:
2 tbspns Bailey's Irish Cream
8 tbspns caster sugar
The making of:
Preheat the oven to 350°F.
Put a sheet of baking paper on your baking pan.
First we're making a cheesecake twist. Using electric mixer, beat cream cheese and butter in medium bowl until light and fluffy.
Gradually add sugar and a egg and beat until well blended.
Mix in flour and Irish Cream. Set mixture aside.
Now we're making brownie. Stir baking chocolate and butter in heavy small saucepan over low heat until smooth. Cool slightly.
Using electric mixer, beat sugar and eggs in large bowl until slightly thickened, about 2 minutes.
Mix in flour, baking powder and salt. Mix in chocolate mixture and extract.
Spread 3/4 of chocolate batter in prepared pan.
Spread cream cheese mixture over chocolate batter, allowing it to cover the chocolate completelly.
Spoon remaining chocolate batter over top of cream cheese mixture. Using tip of knife or a spoon, gently swirl through batter, forming marble design.
Bake brownie about 25-30 minutes. Chocolate batter on the top should have a visible crispy cover, and a cheesecake twist should be baked. Let it cool.
Finally, we're making a glaze. Combine powdered sugar and Irish cream. While still warm, glaze over brownie. Let sit for 15 minutes.
Cut in squares and serve.
Eat plenty:)
środa, 6 stycznia 2016
Sernik z sosem butterscotch (i solą)
Serników ci u nas dostatek w każdej porze roku. W Polsce, znaczy się. Powinno się mówić nie, że kraj mlekiem i miodem płynący (ha!ha!ha!), a jadący na serniku od bardzo już dawna. Ponieważ sernik towarzyszy polakowi od czasów biedy, wcześniejszego okresu międzywojennego, gdy wszystko było lepsze i z klasą i czasów jeszcze dawniejszych, gdy o kierunku kulturalnym rozwoju naszego pięknego kraju stanowił Paryż i Wiedeń.
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.
No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.
Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.
W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...
Składniki:
4 jajka
20 dkg cukru (1 szklanka)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
12,5 dkg masła
50 dkg twarogu półtłustego
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka mąki pszennej
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.)
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach
Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki).
Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite).
Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy.
Dodajemy mąki i ponownie miksujemy.
W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli.
Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami.
Dodajemy bakalie.
Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg).
Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście.
Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny. Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.
Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.
Smacznego:)
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.
No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.
Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.
W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...
Składniki:
4 jajka
20 dkg cukru (1 szklanka)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
12,5 dkg masła
50 dkg twarogu półtłustego
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka mąki pszennej
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.)
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach
Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki).
Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite).
Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy.
Dodajemy mąki i ponownie miksujemy.
W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli.
Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami.
Dodajemy bakalie.
Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg).
Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście.
Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny. Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.
Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.
Smacznego:)
wtorek, 29 grudnia 2015
Sernik na zimno
No proszę, Bantofelki istnieją już od pół roku, a dopiero jeden sernik zawitał na ich łamy. I to taki, którego próbowałam po raz pierwszy z ciekawości. A przecież niezwykła historia "Bansheek i serniki" zaczęła się całe lata temu, gdy czcigodna rodzicielka Bansheeka kupiła na początku lat dziewięćdziesiątych rozkoszne urządzenie zwane malakserem. Cud myśli technicznej na ówczesne czasy. Ustrojstwo samo mieszało składniki, samo cięło i samo, w związku z tym, robiło ciasto na różne wypieki, fantastycznie oszczędzając czas i siły gospodyni domowej. Na dodatek w instrukcji były przepisy na potrawy - również nowość na tamte czasy.
Obecne pokolenia pewnie nie zrozumieją tego zachwytu, mając pod ręką całą masę sprzętów AGD ułatwiających życie: od ręcznych mikserów z Zelmera, po sprowadzane "zza wielkiej wody" prawdziwe kombajny, slow-cookery i inne food processory. Teraz miara wartości danego sprzętu zależy przede wszystkim od marki i logo wybitego na boku, a nie na tym, ile znaczył pradziadek takiego urządzenia (wraz z instrukcją pełną przepisów) dla polskiej gospodyni domowej ery post-komunistycznej, która mogła w końcu odłożyć montewkę i wcisnąć guzik, a wszystko robiło się za nią, podczas gdy ona na spokojnie piła kawę.
O tym pierwszym serniku z malaksera, jak jest nazywany do tej pory w moim rodzinnym domu, będzie na pewno na blogu, przy okazji, bowiem muszę onego dokonać, zrobić mu sesję zdjęciową i dopiero wtedy spokojnie będę o nim pisać.
Natomiast dzisiaj będzie o drugim serniku, który wkroczył w me życie wraz z mym przyszłym (na tamte czasy) mężem.
Jak już gdzieś wspominałam (chyba właśnie w felce dotyczącej przepisu na sernik nowojorski), mój chłopina nie lubi serników pieczonych. Do dzisiaj nie wiem, co mu się takiego ulęgło we łbie, że nimi gardzi, krzywi się, gdy proponuję co jakiś czas nieśmiało, że może zrobię, będzie gładziutki jak ten "z bloga" i wogóle zmieni jego światopogląd od dziś po wieczność w tym temacie. A gdzie tam, tknąć się nie da. Sernik, powiada, pieczony, to zło.
No więc, mając do wyboru zrobić i zjeść sama, w smutku i goryczy, albo nie zrobić, nie robię.
Ale nie dokończyłam wypowiedzi rozpoczętej przez "Pieczony sernik to zło". Druga część dodawana po namyśle brzmi: "Zrób sernik na zimno". Albowiem akurat ten sernik moja druga połowa zje i to w całości, gdyby mu pozwolił. Ponieważ z tym ciastem, zupełnie jak w przypadku mej słabości do sernika z malaksera, też się wiążą wspomnienia z domu rodzinnego. Ten właśnie sernik zawsze u niego bywał na jego urodziny, ten kocha, temu pokłony składa, ten wreszcie umie sam zrobić od początku do końca (zapominając o połowie składników zapewne, ponieważ mój mąż gotuje "na oko") i zawsze będzie zadowolony z rezultatów. Które zje i nawet nie piśnie, bo jest wszystko pod jego smak.
Zresztą nie wiele może się w tym cieście nie udać. Ciężko sknocić coś, czego się nie wkłada do piekarnika, wszystko, co z zawartością związane, miesza razem i jedyna zabawa jest przy wykładaniu herbatników na dno i takim wylaniu ciasta, by herbatniki z dna nie pokazały się u góry. A potem... robi się sam. Dosłownie. Tylko siedzimy, czekamy, czasem zaglądamy ciekawie do lodówki i zostawiamy wstydliwy odcisk palca na masie, gdy sprawdzamy, czy już stężała.
Jest więc też sernik na zimno idealnym ciastem, które można zrobić mimochodem.
Co do smaku: ponieważ ciasto jest polskiego pochodzenia, nie używamy do niego serka kremowego, a zmielony twaróg. I nie kubełkowy, bo ten zmielony jest za bardzo. Najlepiej zmielić samemu, by uzyskać odpowiedni stopień ziarnistości ciasta, gdyż właśnie to jest w nim najfajniejsze. Grudki napakowane smakiem, na jakie natrafia się przypadkiem. Nadto masa bakalii w środku. I jeszcze owoce na górze. I galaretka! Pod pewnymi względami między deserem wigilijny, - paschą, a sernikiem na zimno jest pewne podobieństwo, więc tuszę, że jeśli lubicie paschę, to i sernik na zimno pokochacie.
Słówko, co do znajdywanych w sklepie pudełkowych świństw. Nie kupujcie! Zróbcie sami, bo tekturowy smak naprawdę zepsuje wam podejście do tego fantastycznego, super-smacznego ciasta, które nieco większym nakładem roboty niż wsypanie proszku i dodanie wody, osiągniecie, ale o wiele, wiele większą satysfakcją, gdy zaczną was pytać o przepis.
A przepis, jedynie słuszny przepis na jedynie prawdziwy, polski sernik na zimno, znajdziecie tuż poniżej. Zachamęcony od teściowej, a teściowa skąd ma... nie wiem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z dna piekła, skąd pochodzi, ale być może przeczyta tego bloga i prawem Murphy'ego trafi od razu na ten przepis, a wtedy będę mieć przesrane:D
Kocham mamusię, wie mamusia o tym, prawda?:D
A zatem, without further ado, kurtyna w górę, sernik na zimno w wasze ręce:
Składniki:
1 kg białego sera twarogu (1/2 kg sera pełnotłustego, 1/2 kg sera półtłustego)
1 duże opakowanie biszkoptów ladyfingers (tych długich, czasem nazywanych kocimi języczkami; ja najchętniej używam wyrobu Dr Gurgula, w charakterystycznym opakowaniu w pomarańczowo-żółtą quasi-kratkę)
1 szklanka cukru
2 galaretki owocowe w różnych kolorach (jedna dopasowana barwą do owoców, jakie wylądują na wierzchu sernika, druga w dowolnym kolorze, bowiem pójdzie do ciasta)
1/2 kostki masła
bakalie: rodzynki, skórka pomarańczowa, suszone morele, suszona żurawina, figi (odradzam dodawania do sera świeżych owoców, bo może sernik popłynąć; zostawcie je na górę)
1 duża puszka owoców w syropie (brzoskwinie, ananasy, morele, mieszanka koktajlowa, co wam podejdzie. Można i świeże, ale nie dodawajcie kiwi, galaratka przy nich nie chce wogóle tężeć)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
Wykonanie:
Na sam początek przygotowujemy galaretki. Obie wsypujemy do osobnych garnuszków. Jedną, tą, która pójdzie na górę, na owoce, zalewamy gorącą wodą zgodnie z ilością podaną na opakowaniu i mieszamy aż żelatyna na dnie się rozpuści.
Drugą, tą, którą dodamy do sera, zalewamy 1 szklanką gorącej wody i również mieszamy, aż się rozpuści.
Obie galaretki zostawiamy w temperaturze pokojowej w garnuszkach, by sobie stygły i dążyły do stężenia.
Tymczasem szykujemy resztę sernika.
Twaróg kupiony w kawałkach (koniecznie nie zmielony wcześniej) mielimy w domu w maszynce do mięsa, mieląc wraz z serem kawałki masła i dodają szklankę cukru. Masę przekładamy do miski od miksera i miksujemy starannie, by się wszystkie trzy składniki ładnie połączyły.
Dolewamy galaretkę szykowaną na ciasto - tę rozpuszczoną w 1 szklance wody - jeśli tylko już wykazała tendencję do tężenia (dlatego lepiej przygotować sobie galaretki wcześniej, by nie czekać za długo między kolejnymi etapami), do masy serno-maślano-cukrowej i ponownie miksujemy wszystko razem.
Próbujemy po raz pierwszy. W razie za małej słodkości dodajemy cukru. Dolewamy olejek pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Miksujemy.
Rodzynki parzymy wrzątkiem i w ilości na jaką mamy ochotę, wsypujemy do masy. Skórkę pomarańczową (jeśli kupna) wsypujemy również. Jeśli mamy własną, robioną w domu, kroimy drobniutko skórki i wrzucamy. Suszone morele, żurawinę, figi itp. wszystkie większe gabarytowo bakalie - kroimy drobno i dodajemy do masy. Następnie za pomocą drewnianej łyżki mieszamy starannie, by bakalie trafiły w każdy zakamarek ciasta. Raz jeszcze próbujemy i jeśli smak pasuje nam ostatecznie, odstawiamy na chwilę do lodówki.
Okrągłą tortownicę z wyjmowalnym dnem wykładamy folią aluminiową, starannie, aż po brzegi, nie zostawiając dziur, by ani ciasto, ani galaretka nam nie wypłynęły. Jeśli trzeba to nawet podwójną warstwą.
Długimi biszkoptami wykładamy starannie dno tortownicy, starając się je jak najmniej łamać, ale wypełniamy wszystkie dziury między nimi jak się da. Nawet i kruszonymi kawałeczkami.
Wyciągamy ciasto do sernika z lodówki i po jednej łyżce wykładamy najpierw na biszkopty, by przykryć je warstwą sera. Nie wylewajcie wszystkiego naraz, bo biszkopty wypłyną od razu i będzie bieda. Gdy już przykryjemy ciastem wszystkie biszkopty, możemy ostrożnie zacząć wylewać resztę sera do tortownicy. Wygarniamy do spodu, puste naczynie podsuwamy rodzinie do wylizania wraz z łyżką, a tortownicę ponownie wsadzamy do lodówki.
Puszkę z owocami otwieramy, odsączamy kawałki lub plastry z syropu i sprawdzamy sernik jednym, próbnym kawałeczkiem. Jeżeli owoce nie tonie i leży na serze, możemy zacząć powoli wykładać owoce na wierzch tak, by jak najdokładniej pokryć powierzchnię równą warstwą.
Jeżeli z kolei kawałki zaczynają tonąć, natychmiast je zdejmujemy i dajemy sernikowi spokój na jakieś pół godziny, by stężał. Dopiero potem ponownie testujemy i wykładamy owoce.
Sernik z owocami wkładamy do lodówki i sprawdzamy galaretkę, którą zamierzamy wylać na owoce. Wolno nam ją przelać, a raczej przełożyć dopiero wtedy, gdy jest prawie całkiem stężała, inaczej w zbyt płynnej postaci znajdzie każdą dziurę między folią, a tortownicą i wycieknie poza sernik. Doskonała będzie więc taka, której jeszcze nie trzeba kroić, ale jeśli zostawimy ją bodaj na 5 minut nieróbstwa, właśnie taka się stanie.
Jeśli nam jednak stężeje, bo przegapiliśmy moment, stawiamy ją na chwilę na ogień i mieszamy, doprowadzając do stanu właściwego, tuż przed stężeniem.
Galaretkę, łyżka po łyżce przekładamy na owoce, zapełniając najpierw dziury między nimi i sernikiem, potem po powierzchni owoców i wreszcie gdzie się da, ile tylko mamy wolnego miejsca i galaretki.
Gotowy sernik pakujemy do lodówki na ostateczne, kilkugodzinne leżakowanie. Najlepiej by było dać jej całą noc. Kroimy dopiero gdy galaretka na wierzchu jest całkowicie twarda.
Sernik można podawać z bitą śmietaną, ale moim zdaniem zupełnie nie potrzebuje dodatków, sam w sobie będąc idealnie wilgotny, aromatyczny i bardzo, bardzo smakowity.
Smacznego:)
Obecne pokolenia pewnie nie zrozumieją tego zachwytu, mając pod ręką całą masę sprzętów AGD ułatwiających życie: od ręcznych mikserów z Zelmera, po sprowadzane "zza wielkiej wody" prawdziwe kombajny, slow-cookery i inne food processory. Teraz miara wartości danego sprzętu zależy przede wszystkim od marki i logo wybitego na boku, a nie na tym, ile znaczył pradziadek takiego urządzenia (wraz z instrukcją pełną przepisów) dla polskiej gospodyni domowej ery post-komunistycznej, która mogła w końcu odłożyć montewkę i wcisnąć guzik, a wszystko robiło się za nią, podczas gdy ona na spokojnie piła kawę.
O tym pierwszym serniku z malaksera, jak jest nazywany do tej pory w moim rodzinnym domu, będzie na pewno na blogu, przy okazji, bowiem muszę onego dokonać, zrobić mu sesję zdjęciową i dopiero wtedy spokojnie będę o nim pisać.
Natomiast dzisiaj będzie o drugim serniku, który wkroczył w me życie wraz z mym przyszłym (na tamte czasy) mężem.
Jak już gdzieś wspominałam (chyba właśnie w felce dotyczącej przepisu na sernik nowojorski), mój chłopina nie lubi serników pieczonych. Do dzisiaj nie wiem, co mu się takiego ulęgło we łbie, że nimi gardzi, krzywi się, gdy proponuję co jakiś czas nieśmiało, że może zrobię, będzie gładziutki jak ten "z bloga" i wogóle zmieni jego światopogląd od dziś po wieczność w tym temacie. A gdzie tam, tknąć się nie da. Sernik, powiada, pieczony, to zło.
No więc, mając do wyboru zrobić i zjeść sama, w smutku i goryczy, albo nie zrobić, nie robię.
Ale nie dokończyłam wypowiedzi rozpoczętej przez "Pieczony sernik to zło". Druga część dodawana po namyśle brzmi: "Zrób sernik na zimno". Albowiem akurat ten sernik moja druga połowa zje i to w całości, gdyby mu pozwolił. Ponieważ z tym ciastem, zupełnie jak w przypadku mej słabości do sernika z malaksera, też się wiążą wspomnienia z domu rodzinnego. Ten właśnie sernik zawsze u niego bywał na jego urodziny, ten kocha, temu pokłony składa, ten wreszcie umie sam zrobić od początku do końca (zapominając o połowie składników zapewne, ponieważ mój mąż gotuje "na oko") i zawsze będzie zadowolony z rezultatów. Które zje i nawet nie piśnie, bo jest wszystko pod jego smak.
Zresztą nie wiele może się w tym cieście nie udać. Ciężko sknocić coś, czego się nie wkłada do piekarnika, wszystko, co z zawartością związane, miesza razem i jedyna zabawa jest przy wykładaniu herbatników na dno i takim wylaniu ciasta, by herbatniki z dna nie pokazały się u góry. A potem... robi się sam. Dosłownie. Tylko siedzimy, czekamy, czasem zaglądamy ciekawie do lodówki i zostawiamy wstydliwy odcisk palca na masie, gdy sprawdzamy, czy już stężała.
Jest więc też sernik na zimno idealnym ciastem, które można zrobić mimochodem.
Co do smaku: ponieważ ciasto jest polskiego pochodzenia, nie używamy do niego serka kremowego, a zmielony twaróg. I nie kubełkowy, bo ten zmielony jest za bardzo. Najlepiej zmielić samemu, by uzyskać odpowiedni stopień ziarnistości ciasta, gdyż właśnie to jest w nim najfajniejsze. Grudki napakowane smakiem, na jakie natrafia się przypadkiem. Nadto masa bakalii w środku. I jeszcze owoce na górze. I galaretka! Pod pewnymi względami między deserem wigilijny, - paschą, a sernikiem na zimno jest pewne podobieństwo, więc tuszę, że jeśli lubicie paschę, to i sernik na zimno pokochacie.
Słówko, co do znajdywanych w sklepie pudełkowych świństw. Nie kupujcie! Zróbcie sami, bo tekturowy smak naprawdę zepsuje wam podejście do tego fantastycznego, super-smacznego ciasta, które nieco większym nakładem roboty niż wsypanie proszku i dodanie wody, osiągniecie, ale o wiele, wiele większą satysfakcją, gdy zaczną was pytać o przepis.
A przepis, jedynie słuszny przepis na jedynie prawdziwy, polski sernik na zimno, znajdziecie tuż poniżej. Zachamęcony od teściowej, a teściowa skąd ma... nie wiem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z dna piekła, skąd pochodzi, ale być może przeczyta tego bloga i prawem Murphy'ego trafi od razu na ten przepis, a wtedy będę mieć przesrane:D
Kocham mamusię, wie mamusia o tym, prawda?:D
A zatem, without further ado, kurtyna w górę, sernik na zimno w wasze ręce:
Składniki:
1 kg białego sera twarogu (1/2 kg sera pełnotłustego, 1/2 kg sera półtłustego)
1 duże opakowanie biszkoptów ladyfingers (tych długich, czasem nazywanych kocimi języczkami; ja najchętniej używam wyrobu Dr Gurgula, w charakterystycznym opakowaniu w pomarańczowo-żółtą quasi-kratkę)
1 szklanka cukru
2 galaretki owocowe w różnych kolorach (jedna dopasowana barwą do owoców, jakie wylądują na wierzchu sernika, druga w dowolnym kolorze, bowiem pójdzie do ciasta)
1/2 kostki masła
bakalie: rodzynki, skórka pomarańczowa, suszone morele, suszona żurawina, figi (odradzam dodawania do sera świeżych owoców, bo może sernik popłynąć; zostawcie je na górę)
1 duża puszka owoców w syropie (brzoskwinie, ananasy, morele, mieszanka koktajlowa, co wam podejdzie. Można i świeże, ale nie dodawajcie kiwi, galaratka przy nich nie chce wogóle tężeć)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
Wykonanie:
Na sam początek przygotowujemy galaretki. Obie wsypujemy do osobnych garnuszków. Jedną, tą, która pójdzie na górę, na owoce, zalewamy gorącą wodą zgodnie z ilością podaną na opakowaniu i mieszamy aż żelatyna na dnie się rozpuści.
Drugą, tą, którą dodamy do sera, zalewamy 1 szklanką gorącej wody i również mieszamy, aż się rozpuści.
Obie galaretki zostawiamy w temperaturze pokojowej w garnuszkach, by sobie stygły i dążyły do stężenia.
Tymczasem szykujemy resztę sernika.
Twaróg kupiony w kawałkach (koniecznie nie zmielony wcześniej) mielimy w domu w maszynce do mięsa, mieląc wraz z serem kawałki masła i dodają szklankę cukru. Masę przekładamy do miski od miksera i miksujemy starannie, by się wszystkie trzy składniki ładnie połączyły.
Dolewamy galaretkę szykowaną na ciasto - tę rozpuszczoną w 1 szklance wody - jeśli tylko już wykazała tendencję do tężenia (dlatego lepiej przygotować sobie galaretki wcześniej, by nie czekać za długo między kolejnymi etapami), do masy serno-maślano-cukrowej i ponownie miksujemy wszystko razem.
Próbujemy po raz pierwszy. W razie za małej słodkości dodajemy cukru. Dolewamy olejek pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Miksujemy.
Rodzynki parzymy wrzątkiem i w ilości na jaką mamy ochotę, wsypujemy do masy. Skórkę pomarańczową (jeśli kupna) wsypujemy również. Jeśli mamy własną, robioną w domu, kroimy drobniutko skórki i wrzucamy. Suszone morele, żurawinę, figi itp. wszystkie większe gabarytowo bakalie - kroimy drobno i dodajemy do masy. Następnie za pomocą drewnianej łyżki mieszamy starannie, by bakalie trafiły w każdy zakamarek ciasta. Raz jeszcze próbujemy i jeśli smak pasuje nam ostatecznie, odstawiamy na chwilę do lodówki.
Okrągłą tortownicę z wyjmowalnym dnem wykładamy folią aluminiową, starannie, aż po brzegi, nie zostawiając dziur, by ani ciasto, ani galaretka nam nie wypłynęły. Jeśli trzeba to nawet podwójną warstwą.
Długimi biszkoptami wykładamy starannie dno tortownicy, starając się je jak najmniej łamać, ale wypełniamy wszystkie dziury między nimi jak się da. Nawet i kruszonymi kawałeczkami.
Wyciągamy ciasto do sernika z lodówki i po jednej łyżce wykładamy najpierw na biszkopty, by przykryć je warstwą sera. Nie wylewajcie wszystkiego naraz, bo biszkopty wypłyną od razu i będzie bieda. Gdy już przykryjemy ciastem wszystkie biszkopty, możemy ostrożnie zacząć wylewać resztę sera do tortownicy. Wygarniamy do spodu, puste naczynie podsuwamy rodzinie do wylizania wraz z łyżką, a tortownicę ponownie wsadzamy do lodówki.
Puszkę z owocami otwieramy, odsączamy kawałki lub plastry z syropu i sprawdzamy sernik jednym, próbnym kawałeczkiem. Jeżeli owoce nie tonie i leży na serze, możemy zacząć powoli wykładać owoce na wierzch tak, by jak najdokładniej pokryć powierzchnię równą warstwą.
Jeżeli z kolei kawałki zaczynają tonąć, natychmiast je zdejmujemy i dajemy sernikowi spokój na jakieś pół godziny, by stężał. Dopiero potem ponownie testujemy i wykładamy owoce.
Sernik z owocami wkładamy do lodówki i sprawdzamy galaretkę, którą zamierzamy wylać na owoce. Wolno nam ją przelać, a raczej przełożyć dopiero wtedy, gdy jest prawie całkiem stężała, inaczej w zbyt płynnej postaci znajdzie każdą dziurę między folią, a tortownicą i wycieknie poza sernik. Doskonała będzie więc taka, której jeszcze nie trzeba kroić, ale jeśli zostawimy ją bodaj na 5 minut nieróbstwa, właśnie taka się stanie.
Jeśli nam jednak stężeje, bo przegapiliśmy moment, stawiamy ją na chwilę na ogień i mieszamy, doprowadzając do stanu właściwego, tuż przed stężeniem.
Galaretkę, łyżka po łyżce przekładamy na owoce, zapełniając najpierw dziury między nimi i sernikiem, potem po powierzchni owoców i wreszcie gdzie się da, ile tylko mamy wolnego miejsca i galaretki.
Gotowy sernik pakujemy do lodówki na ostateczne, kilkugodzinne leżakowanie. Najlepiej by było dać jej całą noc. Kroimy dopiero gdy galaretka na wierzchu jest całkowicie twarda.
Sernik można podawać z bitą śmietaną, ale moim zdaniem zupełnie nie potrzebuje dodatków, sam w sobie będąc idealnie wilgotny, aromatyczny i bardzo, bardzo smakowity.
Smacznego:)
sobota, 21 listopada 2015
Serniko-brownie z wiśniami
Brownie tu i brownie tam, pełno go w moim blogu. Wygląda z kątów, mruga okiem z kilku tematów nawet z nim nie związanych za bardzo, występuje w kilku odmianach, ale przede wszystkim prosto i jasno mówi o tym, że to jest ten typ ciasta czekoladowego, jaki ja wprost ubóstwiam.
Serniki też bardzo lubię. Nawet jeden tu wylądował, o ten, ale przyjdzie jeszcze czas na drugi, klasyczny, mój ulubiony, bez spodu i mąki ziemniaczanej i trzeci na zimno, którego robienie jest tradycją w moim domu na święta i mężowskie urodziny. Ponieważ on sernik na zimno kocha, a na klasycznie pieczone oświadcza "fe" i tylko raz zrobił wyjątek. Przy nowojorskim.
Co jednak zrobić, gdy masz ochotę na oba ciasta, a upiec pasuje tylko jedno? Połączyć oba! I jeszcze dowalić mu wisienek, dla kompletnego już zawrotu głowy i zachwycenia smakiem.
O tym cieście usłyszałam od ciotki znajomej z Facebooka, a raczej zobaczyłam zdjęcie wypieku i zmartwiałam z zachwytu. Sporo czasu od tego momentu upłynęło, ciasto zostało już zaprezentowane na fejsie, zanim jeszcze pomyślałam o tym, by prowadzić bloga, ale w końcu należy je i tu uwiecznić. I chyba nawet stworzę dla tej kombinacji brownie osobną kategorię, skoro tyle ich pęta się po okolicy w rozmaitych formach.
Proste jak budowa cepa, jeśli chodzi o wykonanie. Miksujesz jedne składniki, miksujesz drugie, wylewasz jedne na drugie i posypujesz wiśniami. Do piekarnika i voila! Czekoladowo-serkowa mieszanka, w którą z rozkoszą wbija się zęby, mięsista, słodka, ale nie muli. I jeszcze ten kapitalny kwasek i świeżość wiśni.
Nie ma się co zastanawiać, tu trzeba się za nie wziąć i to natychmiast!
Skrócę więc tę felkę do absolutnego minimum i od razu podam przepis i smakowite zdjęcia. Lizaliście kiedyś monitor komputera? Nie? No to przygotujcie jęzory i ślinianki, bo zaraz tego dokonacie, a potem znikniecie w kuchni, robić własną wersję tego cukierniczego objawienia.
Przepis za fenomenalną Nigellą Lawson. Ja tylko zmieniłam owoce na ulubieńsze i zwiększyłam ilość czekolady, oraz mąki by czekoladowej masy wyszło więcej.
Składniki:
3 tabliczki gorzkiej czekolady
1 kostka miękkiego masła
40 dkg cukru
5 jajek
1 szklanka mąki
40 dkg serka kremowego (ponownie, nie mielony, a gładziutki, bez wyczuwalnej w smaku soli)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1-2 solidne garście wydrylowanych wiśni do posypania ciasta (świeżych lub mrożonych)
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 170 stopni Celsiusza.
Standardową blaszkę do ciasta wykładamy papierem do pieczenia.
Czekolady łamiemy na kawałki i rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy na bok by ostygła.
Masło i 25 deka cukru miksujemy, aż uzyskamy puszystą masę. Następnie do tej masy wbijamy po jednym 3 jajka, za każdym razem wmiksowując je starannie w masę.
Do powstałej masy wlewamy podstudzoną czekoladę i wsypujemy mąkę. Starannie miksujemy całość ciasta, a następnie połowę przelewamy na blaszkę wyścieloną papierem.
W oddzielnej misce ubijamy serek kremowy, pozostały cukier i jajka oraz ekstrakt z wanilii, aż utworzą gładziutką masę.
Masę serkową wylewamy na wcześniej wylaną masę brownie. Następnie bierzemy resztę masy brownie i wylewamy fantazyjnie na wierzch serkowej. Możliwe, że nie zostanie aż tak dużo, by pokryć całość, więc sugeruję wylać ją fantazyjnie tak, by na całym cieście były ciapy czekoladowe. Potem można jeszcze przeciągnąć po niej łyżką, robiąc wirki i nieco mieszając, by wyszedł nam ładny marmurek w przekroju ciasta.
Przygotowane wcześniej, wydrelowane wiśnie rozsypujemy po gotowym do pieczenia cieście.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy 40-45 minut, aż na widocznej na górze masie brownie utworzy się charakterystyczna skorupka, a patyczek wtykany w ciasto wyciągamy suchy.
Nie przeciągajmy czasu pieczenia. Ciasto musi wyjść mokre, jako brownie, a masa sernikowa upieczona.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić i podawać chętnym, ostrzącym sobie już na nie zęby.
Podawanie sugeruję jak leci. Dodatków mu zupełnie nie potrzeba, bo wszystko już ma w składzie. Ewentualnie kapkę bitej śmietany z dodatkiem cytryny.
Smacznego!
Serniki też bardzo lubię. Nawet jeden tu wylądował, o ten, ale przyjdzie jeszcze czas na drugi, klasyczny, mój ulubiony, bez spodu i mąki ziemniaczanej i trzeci na zimno, którego robienie jest tradycją w moim domu na święta i mężowskie urodziny. Ponieważ on sernik na zimno kocha, a na klasycznie pieczone oświadcza "fe" i tylko raz zrobił wyjątek. Przy nowojorskim.
Co jednak zrobić, gdy masz ochotę na oba ciasta, a upiec pasuje tylko jedno? Połączyć oba! I jeszcze dowalić mu wisienek, dla kompletnego już zawrotu głowy i zachwycenia smakiem.
O tym cieście usłyszałam od ciotki znajomej z Facebooka, a raczej zobaczyłam zdjęcie wypieku i zmartwiałam z zachwytu. Sporo czasu od tego momentu upłynęło, ciasto zostało już zaprezentowane na fejsie, zanim jeszcze pomyślałam o tym, by prowadzić bloga, ale w końcu należy je i tu uwiecznić. I chyba nawet stworzę dla tej kombinacji brownie osobną kategorię, skoro tyle ich pęta się po okolicy w rozmaitych formach.
Proste jak budowa cepa, jeśli chodzi o wykonanie. Miksujesz jedne składniki, miksujesz drugie, wylewasz jedne na drugie i posypujesz wiśniami. Do piekarnika i voila! Czekoladowo-serkowa mieszanka, w którą z rozkoszą wbija się zęby, mięsista, słodka, ale nie muli. I jeszcze ten kapitalny kwasek i świeżość wiśni.
Nie ma się co zastanawiać, tu trzeba się za nie wziąć i to natychmiast!
Skrócę więc tę felkę do absolutnego minimum i od razu podam przepis i smakowite zdjęcia. Lizaliście kiedyś monitor komputera? Nie? No to przygotujcie jęzory i ślinianki, bo zaraz tego dokonacie, a potem znikniecie w kuchni, robić własną wersję tego cukierniczego objawienia.
Przepis za fenomenalną Nigellą Lawson. Ja tylko zmieniłam owoce na ulubieńsze i zwiększyłam ilość czekolady, oraz mąki by czekoladowej masy wyszło więcej.
Składniki:
3 tabliczki gorzkiej czekolady
1 kostka miękkiego masła
40 dkg cukru
5 jajek
1 szklanka mąki
40 dkg serka kremowego (ponownie, nie mielony, a gładziutki, bez wyczuwalnej w smaku soli)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1-2 solidne garście wydrylowanych wiśni do posypania ciasta (świeżych lub mrożonych)
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik na 170 stopni Celsiusza.
Standardową blaszkę do ciasta wykładamy papierem do pieczenia.
Czekolady łamiemy na kawałki i rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy na bok by ostygła.
Masło i 25 deka cukru miksujemy, aż uzyskamy puszystą masę. Następnie do tej masy wbijamy po jednym 3 jajka, za każdym razem wmiksowując je starannie w masę.
Do powstałej masy wlewamy podstudzoną czekoladę i wsypujemy mąkę. Starannie miksujemy całość ciasta, a następnie połowę przelewamy na blaszkę wyścieloną papierem.
W oddzielnej misce ubijamy serek kremowy, pozostały cukier i jajka oraz ekstrakt z wanilii, aż utworzą gładziutką masę.
Masę serkową wylewamy na wcześniej wylaną masę brownie. Następnie bierzemy resztę masy brownie i wylewamy fantazyjnie na wierzch serkowej. Możliwe, że nie zostanie aż tak dużo, by pokryć całość, więc sugeruję wylać ją fantazyjnie tak, by na całym cieście były ciapy czekoladowe. Potem można jeszcze przeciągnąć po niej łyżką, robiąc wirki i nieco mieszając, by wyszedł nam ładny marmurek w przekroju ciasta.
Przygotowane wcześniej, wydrelowane wiśnie rozsypujemy po gotowym do pieczenia cieście.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy 40-45 minut, aż na widocznej na górze masie brownie utworzy się charakterystyczna skorupka, a patyczek wtykany w ciasto wyciągamy suchy.
Nie przeciągajmy czasu pieczenia. Ciasto musi wyjść mokre, jako brownie, a masa sernikowa upieczona.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić i podawać chętnym, ostrzącym sobie już na nie zęby.
Podawanie sugeruję jak leci. Dodatków mu zupełnie nie potrzeba, bo wszystko już ma w składzie. Ewentualnie kapkę bitej śmietany z dodatkiem cytryny.
Smacznego!
niedziela, 8 listopada 2015
Ciasteczka z truskawkami i serkiem kremowym
Dawno już po sezonie na tak smaczne, aromatyczne owoce, jakimi są truskawki. I jak zwykle, rozpaczam w porze jesiennej, że za mało sezon wykorzystałam, by zrobić z nich wszystko, na co miałam ochotę. Mogłam przecież zrobić jeszcze tartę! Jeszcze konfitur trochę. Zamiast zjadać na pniu pół kilo wprost z łubianki, mogłam zrobić ciasto drożdżowe i truskawkami je obłożyć. Mogłam... ale już za późno na płacze, świeże truskawki zobaczę znowu dopiero w przyszłym roku, w czerwcu. Bo tego, co zaraz się pojawi w sklepach, Made in Spain, o wyglądzie truskawki, ale smaku papieru i absolutnym braku właściwego aromatu, z podwójną przebitką cenową za malutki koszyczek, nie mam zamiaru nawet tykać.
Wytrwam. Jakoś. Szczególnie, że jak co roku przytomnie zamroziłam kilogram lub dwa tych owoców na zimę, do celów wszelakich. Co prawda to nie to samo co świeże truskawki, ale mrożone, prawdziwe, polskie zawsze są lepsze niż hiszpańskie mutanty. Po rozmrożeniu oczywiście stracą kształt i staną się trochę ciapowate, jak potraktowane zbyt ostro sztućcem, ale wiecie co? Nawet takie ciapowate są smaczniejsze niż świeże zza granicy. Przywołują wspomnienie lata, a smak... no smak prawie jak właściwy, tylko zamrożony i rozmrożony.
Pomińmy jednak dalsze deliberacje nad polskimi truskawkami i ich wyższością nad produktem cieplarnianym, sprzedawanym w zimie i przejdźmy do tego, co możemy zrobić, jeśli w porze jesienno-zimowej zapragniemy letniego smaku prawdziwych truskawek.
Ano możemy to pragnienie zaspokoić jedynie mrożonymi lub ich przetworami. I jakkolwiek dżemy i konfitury można wspaniale dodawać do ciast, to owoce mrożone są bardzo ryzykowne i nie wiadomo jak zareagują na rozmrażanie, mieszanie z ciastem i dalszą obróbkę termiczną. To zawsze jest ryzyko, że zrobi nam się nieapetyczna ciapa, miąższ połączy się całkowicie z ciastem i otrzymamy różowe coś o dziwnej konsystencji i słabej woni owoców. Lub nadmiar wody nam wycieknie do ciasta i zrobi się zakalec, że huhu! Ale, jak jest tak przemożne pragnienie truskawki w cieście, to człowiek jest w stanie poważyć się na wiele. Szczególnie gdy trafi na przepis, który do niego przemówił, zdjęcia wyglądają obiecująco, a proces wypieku oraz dobór składników jest tak mądry i logiczny, że jest nadzieja, że coś z tego wyjdzie.
Natrafiłam na taki przepis. Podeszłam do niego z ogromnym wahaniem. Co prawda składniki nie są aż tak drogie, żeby potem nie stać cię było na powtórkę, ale kiepsko reaguję, jak mi coś nie wychodzi i na jakiś czas sobie odpuszczam dane ciasto. Ale jak tu odpuści ciąg do truskawek!?
Zaryzykowałam i powiem wam, że w życiu nie jadłam takich ciasteczek:) Konsystencja miękka, ale ani nie lepka, ani nie kruszą się w rękach. Sprężyste, mięsiste, takie, w których się aż chce zatapiać zęby. Są w doskonałej równowadze pomiędzy typowymi amerykańskimi ciastkami, płaskimi, "subwayowymi", a wyrośniętymi, domowymi półkruchymi, zapewne dzięki dodatkowi serka kremowego w składzie, oraz dyskretnych kawałeczków białej czekolady. Co do smaku, słodkie, ale z kolei truskawki są kwaśnawe, więc balans jest idealny i nie zamulają! Super rzecz, nawet dla ludzi, co wolą swe wypieki wytrawnymi.
A te truskawki, mimo, że nie zostają w takiej postaci, jakbyśmy chcieli (szczególnie jeśli użyjemy w przypływie rozpaczliwej tęsknoty, mrożonych), nie niszczą ciasta, zostawiając je w ładnym, kremowym kolorze, pięknie czerwieniąc się na powierzchni i w środku w truskawkowych kawałkach.
Ach, co za mlask!
Mlaszczcie i wy. Oto przepis. Oto i skowyt truskawek z zamrażalnika! Na pewno już wiecie, co będę ponownie robić, jak tylko skończę zamieszczać post na blogu:D
Przepis wzięty z tej strony. Jak zwykle zmodyfikowany.
Składniki:
3/4 szklanki pokrojonych, świeżych (lub mrożonych) truskawek
1 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki soli
1/4 szklanki miękkiego, pokrojonego w wiórki masła
90 g serka kremowego (broń Boże mielonego, musi być taki sam kremowy, jak używalibyśmy do sernika nowojorskiego, gładziutki i najlepiej absolutnie bez soli)
3/4 szklanki cukru (pół na pół brązowy z białym, ale samego białego też można użyć)
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1-2 łyżki mąki
1 tabliczka białej czekolady, pokrojona w drobne kawałeczki
cukier kryształ do posypania ciastek (opcjonalnie)
Wykonanie:
Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza, a dużą blachę piekarnikową wyścielamy płachtą papieru do pieczenia.
Świeże, pokrojone truskawki mieszamy delikatnie z sokiem z cytryny, zostawiamy na kilka minut, a potem pozwalamy im odcieknąć. Jeżeli mamy mrożone, przede wszystkim musimy się z nich pozbyć nadmiaru wody. Dlatego przed krojeniem rozmrażamy je na sitku, nad garnkiem, do którego ścieknie woda i sok (szkoda marnować!). Potem delikatnie kroimy, starając się zachować ich strukturę w jak największym stopniu, odmierzamy odpowiednią ilość i postępujemy tak, jak z pokrojonymi świeżymi.
W jednej misce mieszamy razem mąkę, sól i proszek do pieczenia. Jeżeli pechowo mamy serek kremowy z dodatkiem soli (da się wyczuć w smaku), sól pomijamy.
W drugiej misce razem ubijamy masło z cukrem i serkiem kremowym, aż masa uzyska lekką, puszystą konsystencję. Do tej mieszaniny dodajemy następnie jajko i ekstrakt z wanilii i jeszcze trochę ubijamy.
Składniki suche dodajemy do składników mokrych, raz jeszcze mieszamy za pomocą miksera, by się porządnie połączyły.
Wsypujemy do powstałej masy posiekaną drobno białą czekoladę.
Odsączone truskawki posypujemy 1-2 łyżkami mąki i staramy się je wymieszać tak, by kawałki truskawek były nią równo pokryte. W przypadku mrożonych, mieszanie zaskutkuje nam prawie na pewno rozmazaniem się części kawałków owoców. Nic na to nie poradzimy, wymieszać z mąką je musimy, więc czynimy to jak się tylko da najdelikatniej. Następnie mieszaninę truskawek i mąki przekładamy do ciasta i delikatnie ze sobą mieszamy, starając się, by truskawki były uplasowane jak najdokładniej po całym cieście.
Na przygotowaną blachę z papierem do pieczenia nakładamy solidne łyżki stołowe ciasta, starając się te porcje uformować w kręgi lub równe kulki, ustalając odległość pomiędzy nimi na jakieś 2 i 1/2 centymetra. Będą rosnąć i nieco się rozlewać, więc aby się nie posklejały, odległości muszą być między nimi.
Blachę z surowymi ciastkami, przygotowanymi do pieczenia wkładamy na 5-10 minut do lodówki.
Po tym czasie, możemy, jeśli mamy ochotę, posypać każde ciastko odrobiną cukru dla ozdoby, lub zrobić to pod sam koniec pieczenia. Nie jest to jednak wymogiem, ciastka i tak będą wystarczająco słodkie.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 15-20 minut (w zależności od piekarnika jaki mamy, grzanie góra-dół), lub do momentu, aż ciastkom zaczną się mocno wyzłacać boki.
Po upieczeniu wyciągamy z piekarnika, zostawiamy na blasze jeszcze przez 5 minut i dopiero potem przenosimy na kratkę, albo inną powierzchnię, na której będą się mogły ochłodzić całkowicie.
Smacznego:)
Wytrwam. Jakoś. Szczególnie, że jak co roku przytomnie zamroziłam kilogram lub dwa tych owoców na zimę, do celów wszelakich. Co prawda to nie to samo co świeże truskawki, ale mrożone, prawdziwe, polskie zawsze są lepsze niż hiszpańskie mutanty. Po rozmrożeniu oczywiście stracą kształt i staną się trochę ciapowate, jak potraktowane zbyt ostro sztućcem, ale wiecie co? Nawet takie ciapowate są smaczniejsze niż świeże zza granicy. Przywołują wspomnienie lata, a smak... no smak prawie jak właściwy, tylko zamrożony i rozmrożony.
Pomińmy jednak dalsze deliberacje nad polskimi truskawkami i ich wyższością nad produktem cieplarnianym, sprzedawanym w zimie i przejdźmy do tego, co możemy zrobić, jeśli w porze jesienno-zimowej zapragniemy letniego smaku prawdziwych truskawek.
Ano możemy to pragnienie zaspokoić jedynie mrożonymi lub ich przetworami. I jakkolwiek dżemy i konfitury można wspaniale dodawać do ciast, to owoce mrożone są bardzo ryzykowne i nie wiadomo jak zareagują na rozmrażanie, mieszanie z ciastem i dalszą obróbkę termiczną. To zawsze jest ryzyko, że zrobi nam się nieapetyczna ciapa, miąższ połączy się całkowicie z ciastem i otrzymamy różowe coś o dziwnej konsystencji i słabej woni owoców. Lub nadmiar wody nam wycieknie do ciasta i zrobi się zakalec, że huhu! Ale, jak jest tak przemożne pragnienie truskawki w cieście, to człowiek jest w stanie poważyć się na wiele. Szczególnie gdy trafi na przepis, który do niego przemówił, zdjęcia wyglądają obiecująco, a proces wypieku oraz dobór składników jest tak mądry i logiczny, że jest nadzieja, że coś z tego wyjdzie.
Natrafiłam na taki przepis. Podeszłam do niego z ogromnym wahaniem. Co prawda składniki nie są aż tak drogie, żeby potem nie stać cię było na powtórkę, ale kiepsko reaguję, jak mi coś nie wychodzi i na jakiś czas sobie odpuszczam dane ciasto. Ale jak tu odpuści ciąg do truskawek!?
Zaryzykowałam i powiem wam, że w życiu nie jadłam takich ciasteczek:) Konsystencja miękka, ale ani nie lepka, ani nie kruszą się w rękach. Sprężyste, mięsiste, takie, w których się aż chce zatapiać zęby. Są w doskonałej równowadze pomiędzy typowymi amerykańskimi ciastkami, płaskimi, "subwayowymi", a wyrośniętymi, domowymi półkruchymi, zapewne dzięki dodatkowi serka kremowego w składzie, oraz dyskretnych kawałeczków białej czekolady. Co do smaku, słodkie, ale z kolei truskawki są kwaśnawe, więc balans jest idealny i nie zamulają! Super rzecz, nawet dla ludzi, co wolą swe wypieki wytrawnymi.
A te truskawki, mimo, że nie zostają w takiej postaci, jakbyśmy chcieli (szczególnie jeśli użyjemy w przypływie rozpaczliwej tęsknoty, mrożonych), nie niszczą ciasta, zostawiając je w ładnym, kremowym kolorze, pięknie czerwieniąc się na powierzchni i w środku w truskawkowych kawałkach.
Ach, co za mlask!
Mlaszczcie i wy. Oto przepis. Oto i skowyt truskawek z zamrażalnika! Na pewno już wiecie, co będę ponownie robić, jak tylko skończę zamieszczać post na blogu:D
Przepis wzięty z tej strony. Jak zwykle zmodyfikowany.
Składniki:
3/4 szklanki pokrojonych, świeżych (lub mrożonych) truskawek
1 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki soli
1/4 szklanki miękkiego, pokrojonego w wiórki masła
90 g serka kremowego (broń Boże mielonego, musi być taki sam kremowy, jak używalibyśmy do sernika nowojorskiego, gładziutki i najlepiej absolutnie bez soli)
3/4 szklanki cukru (pół na pół brązowy z białym, ale samego białego też można użyć)
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1-2 łyżki mąki
1 tabliczka białej czekolady, pokrojona w drobne kawałeczki
cukier kryształ do posypania ciastek (opcjonalnie)
Wykonanie:
Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza, a dużą blachę piekarnikową wyścielamy płachtą papieru do pieczenia.
Świeże, pokrojone truskawki mieszamy delikatnie z sokiem z cytryny, zostawiamy na kilka minut, a potem pozwalamy im odcieknąć. Jeżeli mamy mrożone, przede wszystkim musimy się z nich pozbyć nadmiaru wody. Dlatego przed krojeniem rozmrażamy je na sitku, nad garnkiem, do którego ścieknie woda i sok (szkoda marnować!). Potem delikatnie kroimy, starając się zachować ich strukturę w jak największym stopniu, odmierzamy odpowiednią ilość i postępujemy tak, jak z pokrojonymi świeżymi.
W jednej misce mieszamy razem mąkę, sól i proszek do pieczenia. Jeżeli pechowo mamy serek kremowy z dodatkiem soli (da się wyczuć w smaku), sól pomijamy.
W drugiej misce razem ubijamy masło z cukrem i serkiem kremowym, aż masa uzyska lekką, puszystą konsystencję. Do tej mieszaniny dodajemy następnie jajko i ekstrakt z wanilii i jeszcze trochę ubijamy.
Składniki suche dodajemy do składników mokrych, raz jeszcze mieszamy za pomocą miksera, by się porządnie połączyły.
Wsypujemy do powstałej masy posiekaną drobno białą czekoladę.
Odsączone truskawki posypujemy 1-2 łyżkami mąki i staramy się je wymieszać tak, by kawałki truskawek były nią równo pokryte. W przypadku mrożonych, mieszanie zaskutkuje nam prawie na pewno rozmazaniem się części kawałków owoców. Nic na to nie poradzimy, wymieszać z mąką je musimy, więc czynimy to jak się tylko da najdelikatniej. Następnie mieszaninę truskawek i mąki przekładamy do ciasta i delikatnie ze sobą mieszamy, starając się, by truskawki były uplasowane jak najdokładniej po całym cieście.
Na przygotowaną blachę z papierem do pieczenia nakładamy solidne łyżki stołowe ciasta, starając się te porcje uformować w kręgi lub równe kulki, ustalając odległość pomiędzy nimi na jakieś 2 i 1/2 centymetra. Będą rosnąć i nieco się rozlewać, więc aby się nie posklejały, odległości muszą być między nimi.
Blachę z surowymi ciastkami, przygotowanymi do pieczenia wkładamy na 5-10 minut do lodówki.
Po tym czasie, możemy, jeśli mamy ochotę, posypać każde ciastko odrobiną cukru dla ozdoby, lub zrobić to pod sam koniec pieczenia. Nie jest to jednak wymogiem, ciastka i tak będą wystarczająco słodkie.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 15-20 minut (w zależności od piekarnika jaki mamy, grzanie góra-dół), lub do momentu, aż ciastkom zaczną się mocno wyzłacać boki.
Po upieczeniu wyciągamy z piekarnika, zostawiamy na blasze jeszcze przez 5 minut i dopiero potem przenosimy na kratkę, albo inną powierzchnię, na której będą się mogły ochłodzić całkowicie.
Smacznego:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















