czwartek, 11 czerwca 2015

Penne (rigate) z mango i kurczakiem

"Dziś prawdziwych kurczaków już nie ma..." chciałoby się zawyć żałośliwie na widok półki z drobiem w sklepie mięsnym. Co prawda to już nie te czasy, gdzie w takim sklepie była tylko pani sprzedająca i ocet oraz towar "spod lady" - rozmaitych doczesnych części drobiu mamy na kopy. Co z tego jednak, skoro wiadomo z góry, że to nie są prawdziwe kurczaki, a na antybiotykach, jak twierdza moi teściowie. I konsekwentnie odmawiają jedzenia kurczaków ze sklepu, przedkładając nad niego indyka.
Ja w sumie mogłabym zrobić tak samo. Starczy obejrzeć sobie jak wygląda woda, gdy wrzucisz do niej kawałki piersi, skrzydełka albo nóżki i nieco pogotujesz. Ilość farfocli pływająca po powierzchni sprawia, że zawsze podczas odszumowywania zastanawiam się, czy nie lepiej było jednak kupić tego indyka. Ale jednak nie. Indycze mięso ma inny smak, niekoniecznie bardziej mi pasujący, a do niektórych potraw kurczak być musi i basta. Nawet ten "nieprawdziwy".
Oczywiście, najlepiej byłoby mieć babcię lub innego pociotka na wsi hodującego kury i oglądać sobie jak takie małe, żółte kulki całkiem naturalnym sposobem jedząc rozmaite ziarno na podwórku, grzebiąc tu i tam łapą, wyrastają sobie stopniowo na kurczaki i łażą gdzie chcą. To łażenie zawsze i tak kończy się w piekarniku, gdzie jego czcigodny zewłok pozbawiony łba składają na spoczynek wieczny... trwający zazwyczaj tylko tyle ile trzeba by mięso się upiekło. Ale jednak wiecie... to i tak lepszy los niż być kurczakiem pędzonym na sztucznych karmach, który widział tylko klatkę przez kilka tygodnie, a potem już tylko ubojnię. Przynajmniej taki kurczak zagrodowy sobie połaził, pogrzebał, a jeśli mu los dopisał, wyrósł na koguta i do granic obłędu strachu ganiał miastową dzieweczkę, pragnąc podziobać ją w różowe pięty (prawdziwa historia, moja. Do dzisiaj spoglądam niepewnym okiem na koguty na wolności, choć minęło ze trzydzieści lat od tego wydarzenia. One wiedzą i tylko czekają, by mi się dobrać do kończyn...). A gdy już zmusił ją do nawoływania płaczliwie babci z komórki, by uwolniła, bo "kogut!", łaził dumnie dookoła i stroszył ogon.
Zjadłam rosół z niego z prawdziwą satysfakcją...

Odbiegłam jednak od tematu. Kurczak i w ogóle drób, co łazi gdzie chce, ma pozwolenie na dorastanie w naturalny sposób i zjada to, co od tysięcy lat jadają ptaki domowe, w garnku jest delicją. Niestety, o ile nie mamy dostępu do takiego kurczaka na co dzień - musimy spożywać te sklepowe. Pozytyw z tego "nieprawdziwego" fileta, który już kupiliśmy jest taki, że nie drogi, smak ma prawie taki jak zagrodowy kurczak, i przede wszystkim znakomicie łączy się z innymi smakami, przez co da się zapomnieć skutecznie, co to za mięso.
Na przykład takie owoce. Świeże. Kurczak i kaczka bardzo je lubią. Mięso, znaczy się, przyjemnie z nimi współgra. Kaczkę z jabłkami albo w pomarańczach praktycznie każdy lubi. Nawet indyk nabiera charakteru, gdy go połączyć z jakimś świeżym owocem i nie zalatuje łapą (słowo daję, zawsze mi mięso indycze kończyną czuć, nie wiem dlaczego;)). Co prawda można i suszek użyć (przewałkowane tam i nazad schaby ze śliwką i suszoną morelą - hicior imieninowych imprez u starszego pokolenia...) ale nie ma to jak kawałek białego mięsa z posmakiem świeżego owocu.

Pomijając standardowe jabłka i pomarańcze, kilka lat temu szukając czegoś ciekawego na letni obiad, nie ciężkiego, ale sycącego, wpakowałam się na przepis, którego zmodyfikowaną wersję dzisiaj przedstawię. W przepisie tym w arcy ciekawy sposób połączył się smak kurczaka ze smakiem egzotycznego owocu mango, papryki zielonej i imbiru. Wychodzi z tego tak przedziwna mieszanina słodkich, słonych i pikantnych smaków, że człowiek je... i je... i w sumie nie wie, co w tym jest takiego, że nie chce przestać.
A przy tym, jeszcze nie spotkałam się z przypadkiem (a robię tę potrawę od dobrych ośmiu lat) by ktokolwiek się nią przejadł. Zawsze kończy się jedzenie z "lajtowym stopniem napchania". O ile, rzecz jasna, nie przesadzi się z makaronem, który robi tu za dodatek.

No dobra, warto jednak zapodać przepis na ten smaczny obiad, w sam raz na czerwcowy dzionek.






Składniki (na cztery porcje):

2/3 opakowania makaronu penne (rurki)
50 dkg piersi z kurczaka (zagrodowy byłby najlepszy, ale na upartego sklepowy filet też będzie dobry)
1 zielona papryka
1 duże mango (dojrzałe, a to oznacza, że powinno być miękkie, choć mieć gładką, nie pomarszczoną skórkę i kolor jak najbliższy czerwonemu i pomarańczowemu. Miąższ w środku żółty.)
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
2-3 łyżeczki świeżego, posiekanego imbiru (można go zastąpić sproszkowanym - przyprawą, ale danie traci wtedy na ostrości. No i trzeba dać go wtedy nieco więcej, by był wyczuwalny.)
1 kubeczek śmietany (ja zawsze używam "Śmietany z Trzebowniska", ale to ni mniej ni więcej tylko "osiemnastka", jaką dodaje się standardowo do zupy.)
sól, pieprz, Vegeta (można pominąć, ale w takim wypadku solidniej doprawić solą i pieprzem)
pęczek natki pietruszki
1/3 pęczka natki kolendry
oliwa (wasz wybór jaka, ja stosuję najchętniej z pestek winogron, bo nie dodaje własnego smaku potrawie)
sok z cytryny do doprawienia
parmezan do posypania

Wykonanie:

Pierś z kurczaka opłukać, pozbawić białych kawałków tłuszczu i błonek (nieestetycznie wyglądają po przysmażeniu i nie fajnie smakują, więc po co one), pokroić w kawałki (takie, jak zwykle kroimy robiąc gulasz).
Zieloną paprykę umyć, pozbawić ogonka i pestek, oraz białych części ze środka. Pokroić w paski.
Cebulę obrać, pokroić w cienkie krążki (jak do O-ringów).
Mango umyć, obrać ze skórki, pokroić najdrobniej jak się da w kosteczkę (przy okazji natkniecie się na sporą pestkę, którą trzeba okrawać dookoła, bo połączona z miąższem tak łatwo nie da się wyciągnąć.)
Ząbki czosnku pokroić drobniutko.
Imbir posiekać na drobną kostkę.

Zagotować makaron al dente (ani na miękko, ani na twardo, tak, by był sprężysty), wyrzucić na sitko, przelać zimną wodą, by się zahartował. Odstawić na bok. (ten krok można zrobić również po wykonaniu sosu.)

Na głęboką patelnię z rozgrzaną oliwą wrzucić pokrojonego kurczaka i obsmażać, aż całkowicie zbieleje z każdej strony, około 10 minut (ważne, nie dosmażone mięso drobiowe jest niezbyt bezpieczne dla zdrowia, dopilnujmy więc tego.). W międzyczasie doprawić go nieco solą i pieprzem, można też sypnąć troszkę Vegety. Obsmażone kawałki przełożyć do innego naczynia, zostawiając tłuszcz na patelni.Odstawić.

Na patelnię z oliwą po kurczaku wrzucić paprykę, podsmażyć ją nieco na małym ogniu, potem cebulę, i często mieszając doprowadzić obie do stanu szklistego i mięknącego. W międzyczasie trzeba będzie dolać oliwy, bo warzywa nie mogą się spalić.

Następnie do papryki i cebuli, już miękkich i pachnących, dodajemy imbir i czosnek. Całość mieszamy i smażymy jeszcze trochę, by smaki się połączyły, ale nic nadal nie spaliło. Na koniec do tych warzyw wrzucamy pokrojone drobno mango i często mieszając trzymamy tak długo na ogniu, aż kawałeczki owocu zaczną się rozpadać.

Po tym czasie stopniowo, łyżka po łyżce dodajemy cały kubeczek śmietany. Każda łyżka musi być starannie wmieszana w warzywa, by się nie zważyła. Nie musimy używać więc mąki. Gdy cała śmietana "wejdzie", dorzucamy kurczaka. Całość łączymy ze sobą, starannie mieszając, aby mięso dokładnie przeszło smakami, stale trzymając patelnię na średnim ogniu. Następnie doprawiamy solą, pieprzem, sokiem z cytryny, posiekaną pietruszką i kolendrą (zostawić kilka listków do dekoracji) i dopiero w momencie, gdy jesteśmy zadowoleni ze smaku, ściągamy patelnię z ognia.

Na koniec wyłożyć sos z kurczakiem na ugotowany makaron penne (można też wymieszać go z makaronem), posypać parmezanem, ozdobić listkami pietruszki lub kolendry i zajadać, aż się uszy trzęsą:)

Z moich uwag dodam tylko, że trzeba potrawę przyprawić mocniej, ale ostrożnie operować solą. To, co chcemy uzyskać, to wyraźny smak mango i imbiru (powinien lekko palić) oraz papryki na podkładzie z doprawionego mięsa kurczaka.
Pietruszkę można dodać do potrawy w sporej ilości, nawet i tę suszoną - przyprawę. Tylko podbije smak świeżością. Z kolendrą jednak nie szalejcie - lub przejmować smaki i może zepsuć efekt.






poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda

Ah, kanapki. Ciężko wyobrazić sobie obecnie bez nich życie. Są wszędzie. W każdym kraju jest jakiś ich rodzaj; od klasycznych dwóch kawałków chleba i zawartości, po monstrualne piętrusy, które nie tylko ciężko ugryźć, bo z samego patrzenia boli żuchwa choć żołądek kwiczy z głodu, tak smacznie wyglądają, to są prawdziwymi kompozycjami. Dziełami sztuki. A dzieł sztuki się nie maca i nie spożywa, tylko na nie się patrzy.
Dla mnie kanapki to tzw. "soul food" - jedzenie dla duszy. Gdy jestem głodna, spragniona ukojenia, jakie tylko pewna ilość jedzenia w żołądku i kubek herbaty mogą zapewnić i nie mam dosłownie siły robić czegoś bardzo wymyślnego, to starczy, że zajrzę do chlebownika i wyciągnę dowolne pieczywo, wrzucę na nie cokolwiek z lodówki i można jeść. Na dodatek zaspokoją głód nie gorzej niż przysłowiowy schaboszczak z kapustą. Odpowiednio zrobiona kanapka ma wszystko, czego trzeba organizmowi, by dostał jeden z głównych posiłków w ciągu dnia.

Królowie plecaków szkolnych, knajp z fastfoodami (a myślicie, że czym jest hamburger, jak nie kanapką?:)) eleganckich przyjęć i podróży... nikt by nie przypuszczał, że kanapka zrobi taką karierę.
Na pewno nie Lord Sandwich, angielski arystokrata, uważany za autora pierwszej kanapki na świecie. Choć tak po prawdzie jej autorem był kucharz Lorda Sandwicha. Ten właśnie, poproszony o przygotowanie czegoś do jedzenia dla swego chlebodawcy, o późnej, nocnej porze, podczas, gdy pan rozgrywał kolejną partię wista z przyjaciółmi szlachetnej krwi, ruszył zaspaną głową, i przygotował coś, co można trzymać w jednej ręce, nie ubrudzić się, a jednocześnie tym nasycając, grać dalej. Czyli między dwa kawałki chleba wpakował plaster pieczeni i takie coś podał swemu panu. Tak przynajmniej głosi legenda.
Czy ta pierwsza kanapka była faktycznie tylko taka, czy maźnięto ją jeszcze musztardą i popijano porterem, chwaląc pomysłowość kucharza - o tym historia milczy. Kanapka jednak przetrwała, otrzymując swą nazwę  - sandwich - od Lorda, który pochłoną pierwszą jej sztukę. I z Anglii rozlazła się na cały świat.

Bez kanapki (jakąkolwiek przybierze ona formę), nie potrafimy sobie w sumie wyobrazić istnienia; czy to jako "kromka z tylżyckim" - jaka królowała często na polskich stołach za czasów PRL-u, czy przepełnione dobrem włoskie Calzone, lub rożki z francuskiego ciasta - jakby nie spojrzał, też mają coś z kanapki. Jest również i w literaturze. Jako angielski twór jakże więc nie miałaby się pojawić u Terry Pratchetta w jego sławnym "Świecie Dysku" i to wielokrotnie?
Spójrzmy zatem do książki, poszukując jednej z przesławnych kanapek, jakie tam odgrywają niekiedy niezwykle ważną rolę...


"- Nie spodziewałem się, że jeszcze kogoś tutaj zastanę - zabrzmiał głos przy uchu Rincewinda. Był to głos nieco urażony, głos odpowiedni do narzekania, ale przynajmniej nie brzmiała w nim groźba. Rincewind pozwolił swemu ciału obrócić się.
Mały człowieczek o szczurzej twarzy siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mu się nieco podejrzliwie. Miał za uchem ołówek.
- Oj... dzień dobry - powiedział Rincewind. - A gdzie właściwie jest to "tutaj"?
- Nigdzie. Na tym rzecz polega, nie?
- Zupełnie nigdzie?
- Jeszcze nie.
- No dobrze - ustąpił Rincewind - A kiedy to już będzie gdzieś?
- Trudno powiedzieć - stwierdził człowieczek. - Patrząc na was dwóch i dodając jedno do drugiego, tempo metabolizmu i takie tam różne, powiedziałbym, że to miejsce znajdzie się gdzieś w ciągu...hm... mniej więcej, powiedzmy, pięciuset sekund. - zaczął odwijać pakunek, który trzymał na kolanach. - Masz może ochotę na kanapkę? Skoro i tak musimy czekać...
- Co? Czy ja... - W tym momencie żołądek Rincewinda, świadom, że jeśli pozwoli mózgowi na samodzielność, ryzykuje utratą inicjatywy, wtrącił się i skłonił dopytania: - A z czym?
- Nie mam pojęcia. A z czym chciałabyś, żeby była?
- Słucham?
- Nie marudź. Powiedz tylko, z czym chciałbyś, żeby była.
- Aha... - Rincewind przyjrzał mu się uważnie. - Gdybyś miał z jajkiem i rzeżuchą...
- Niech się stanie jajko i rzeżucha, mniej więcej - powiedział człowieczek.
Sięgnął do pakunku i wręczył Rincewindowi biały prostokąt.
- O rany - ucieszył się mag. - Co za przypadek.
(...)
- Ale posłuchaj - szeptał Eryk. - Jeśli to naprawdę stwórca świata, to twoja kanapka jest relikwią religijną!
- O rany... - jęknął Rincewind. Nie jadł już chyba od wieków. Zastanowił się, jaką karę przewidziano za zjedzenie obiektu kultu. Prawdopodobnie surową.
- Mógłbyś umieścić ją w jakiejś świątyni, a miliony ludzi przychodziłoby popatrzeć.
Mag ostrożnie podniósł kromkę chleba.
- Nie ma majonezu - zauważył. - Czy taka też się liczy?"
Terry Pratchett - Eryk


Powyższy tekst to wyjątek z jednej z przyjemniejszych książek serii Świata Dysku, nieodżałowanego Terry Pratchetta. Mamy w nim fragment, który nieodmiennie zawsze mnie śmieszył: bóstwo sprawcze niewielkich elementów świata tworzy dla głodnego Rincewinda jego ulubioną Kanapkę. Kanapkę właśnie przez duże K, nie dlatego, że jest ona główną bohaterką dzisiejszej felki, ale dlatego, że dzięki tej Kanapce Rincewind (mag, który jak większość z was pamięta - potrafił krzyczeć "Ratunku!" w czternastu językach i skamleć o litość w kolejnych dwunastu) dokonał dzieła stworzenia świata. Kanapka ta dokonała dzieła stworzenia, znaczy się, a potem przestała mieć znaczenie w tej przygodzie, ale u nas... cóż... uczyniliśmy ją głównym bohaterem tego tekstu. Jesteśmy to winni wszystkim tym bakteriom, co się na niej wychowały, a potem w toku ewolucji stały się ludźmi, nie wiedzieć czemu spragnionymi majonezu...

Lubię kanapki. Lubię rzeżuchę i jajka i szalenie lubię majonez. Nie ten niskotłuszczowy, reklamowany jako "light". Toż to nie majonez tylko udawanie, że go zjadamy. Gdzie te kalorie, co tak rozkosznie idą w biodra i tyłek! Gdzie smak, jeśli zabierzecie z niego tłuszcze? Nie ma. Zupełnie jak w stworzonej z niczego kanapce.
Ale w takim razie skoro nie było w niej majonezu, a być powinien, co jeszcze o niej wiemy, jeżeli interesuje nas odtworzenie tego przysmaku?

Na pewno będąc kanapką brytyjskiego pochodzenia (Terry Pratchett pochodził z Wielkiej Brytanii) jest z białego chleba. Niczym innym nie może być ów "biały prostokąt". Na pewno też ma odciętą skórkę, tak jak brytyjczycy lubią, a zatem mamy do czynienia z chlebem typu tostowego, w jak najbardziej klasycznym kształcie. Poza tym, bądźmy szczerzy - "Eryka" pisał mężczyzna, a mężczyźni jadają męskie kanapki - kwadraty. Nie serduszka czy inne motylki wykrawane foremką.
Poza chlebem mamy też jajko. Na twardo, stosownie rozdrobnione, skoro gryzienie kanapki nie wiąże się z łapaniem plasterków wylatujących z chleba do łapy. Oraz rzeżuchę. Zabrakło majonezu, który łączyłby ten duet. Jednakże starczy nam to, co już mamy, by wyszykować sobie jak najbardziej Rincewindzią kanapkę z jajkiem i rzeżuchą, która być może nie stworzy nowego uniwersum, ale na pewno napełni nam żołądki i rozjaśni rzeczywistość.
I to też mamy zamiar uczynić.
Niech się stanie Kanapka z jajkiem i rzeżuchą!



Składniki (1 kanapka - 1 osoba. Dla większej liczby osób/kanapek, stosownie powiększamy proporcje):

2 kromki pszennego chleba tostowego
2 średnie jajka
1 łyżka majonezu
1 solidna garść rzeżuchy (wraz z łodyżkami)
sól, pieprz, majeranek, trochę szczypiorku do smaku

Wykonanie:

Jajka ugotować na twardo. Ochłodzić, obrać ze skorupek, w misce rozdrobnić widelcem (nadal chcemy czuć, że gryziemy jajko w kanapce, więc nie robimy całkowitej miazgi).
Do pogniecionych jajek dodajemy majonez, przyprawiamy solą pieprzem i ziołami, dorzucamy rzeżuchę i starannie mieszamy. Na chleb nakładamy solidną, grubą warstwę jajeczno-majonezowo-rzeżuchowej mikstury (przez solidną rozumiemy niemal takiej grubości jak i kromka) i przykładamy drugą kromką. Przyciskamy lekko, by się nam warstwy zlepiły. Następnie ostrym nożem odcinamy skórkę, zostawiając równy kwadrat... i kanapka właściwie jest gotowa.
Anglicy zazwyczaj tną ją jeszcze po przekątnej, ponieważ szalenie lubią trójkątne kanapki do swej "5 o'clock tea", ale skoro my mamy w zamyśle zjeść idealną kanapkę Rincewinda, więc zostawmy sobie kwadrat.

Podawać radzę od razu. Chleb tostowy szybko namaka, a kanapka przesiąknięta na wskroś, to coś, czego i Bagaż by nie chciał powąchać. Aczkolwiek pastę tę wykonać można sobie chwilę wcześniej (to nawet dobry pomysł, bo smaki się zdążą przegryźć), przechować w szczelnym pojemniku z zamknięciem i nałożyć na chleb tuż przed planowanym zjedzeniem.
Jak podawać? W towarzystwie bóstwa i młodocianego demonologa, mając przed oczami kształtujący się świat i zjeść tylko pół? Nie nie nie nie... zjedzmy Kanapkę w towarzystwie kubka doskonałej, mocnej herbaty Earl Gray, czytając na przykład po raz kolejny "Eryka". Lub każdy inny tom "Świata Dysku", gdzie przewija się Rincewind.

Gotowe. Magia dokonana, kanapka "stała się" praktycznie sama.
Smaczy wam się?:)


niedziela, 7 czerwca 2015

Słowem wstępu...

No i stało się. Z odkrytej jakiś czas temu pasji do gotowania co dziwniejszych rzeczy, inspirowanej rozmaitymi źródłami, od książek, przez filmy, po rozmaite programy kulinarne, oraz z namowy rożnych ludzi, którzy zjadali moje twory i spoglądali z wielkimi z zaskoczenia oczami, że "to" może być nadspodziewanie dobre, i czemu jeszcze tego nie publikuję, założyłam bloga. "Ban-to-felki", które właśnie zaczynacie przeglądać.
Ale to nie tylko to. Zawsze bardzo lubiłam pisać. We wczesnej młodości wiersze białe i rymowane (nadal jeszcze gdzieś na necie można je znaleźć), potem dłuższe opowiadania. Cztery lata temu z kolei zaczęłam pisać książkę (powiedzmy, że science-fiction, chociaż tak naprawdę to pomieszanie różnych stylów), ale wiecie jak to jest. Buchająca, spalająca cię wena - pisze się dnie i noce. Wygasa - nie jesteś w stanie napisać ani literki, a to, co napiszesz z musu jest co najmniej denne. Dlatego wdzięcznie uległam bezweniu, a zaczątek mej książki zimuje gdzieś w otchłaniach pamięci komputerowej i czeka na lepsze czasy.
Doczeka się. Możecie być pewni, bo ostatnio coraz częściej o niej myślę. Bohaterowie się ponownie budzą w mej wyobraźni, domagając się ożywienia. Chyba im w końcu ulegnę.
Jednakże teraz mam dwie inne pasje, które, poza rodziną, zajmują mi czas wolny. Gotowanie i tworzenie z przyjacielem nowej gry TGF. I obie, śmiem powiedzieć, rozwijają się wspaniale. Co ciekawsze wszystko to, czym się interesuję, łączy się ze sobą. Fantasy we wszelkiej postaci, które kocham, role-play (który uskuteczniam), pisanie, bez którego nie potrafiłabym żyć i książki... te książki, które leżą u podstaw wielu mych innych zainteresowań i inspiracji... a skoro wszystko się tak pięknie łączy, grzechem byłoby pisać o jednym, a zapominać o drugim.
Oto więc macie: Bansheekowy blog o gotowaniu... i nie tylko.
Zapraszam do czytania i komentowania. W końcu po to to robię: by te wszystkie teksty nie lądowały "w szufladzie", a cieszyły czyjeś oczy:)
Gosia D. vel Banshee

PS: zapomniałabym o najważniejszym, co zawsze obiecywałam sobie napisać, w przypadku takiego bloga. Wszystko to co piszę i jak piszę, istnieje dzięki kilku mentorom, ludziom wybitnym, którzy w pewnych momentach mego życia nieświadomie wywarli na mnie i mój styl ogromny wpływ. Nie są świadomi mego istnienia (w jednym przypadku nigdy się to nie stanie, rzecz jasna) i pewnie nigdy nie będą, ale to nie uwalnia mnie od ogromnej wdzięczności, jaką żywię za to, że mogłam ich czytać:
Kornel Makuszyński - autor mych ukochanych książek z dzieciństwa, bez którego nigdy nie poznałabym jak się pisze zabawnie, ale i mądrze;
Jerzy Iwaszkiewicz - genialny dziennikarz i felietonista, którego artykuły czytam od lat. Niedościgły wzór pisania, któremu nieśmiało staram się dorównać ze swoim stylem. Polecam zbiór felietonów pana Iwaszkiewicza  - książkę "Kot w pralce" . Tylko on potrafi pisać o sprawach poważnych tak lekkim stylem, że nawet pogrzeb wydaje się chwilą bardziej pełną zadumy nacechowanej nadzieją, niż smutku;
Nigella Lawson - Domowej Bogini polecać nie trzeba nikomu, kto lubi gotować.

Należałoby dodać, że jestem autorką nie tylko wszystkich tekstów nie cytowanych w tym blogu, ale i zdjęć. Te pewnie nie zawsze zachwycą (lepiej piszę niż robię zdjęcia), ale są potrzebne, by pokazać, jak dana potrawa powinna wyglądać finalnie.
No i wszystkie dania bez wyjątku, które tu lądują, zostały zrobione przeze mnie osobiście i wypróbowane. Słowo pisane zobowiązuje, a dobry kucharz zawsze wie, jak smakuje to, czym się dzieli.
No, a teraz, skoro kończę już wstępniaka, a blog zaczyna przypominać swoją ostateczną wersję graficznie, czas zabrać się za właściwe pisanie.

Czytajcie, komentujcie, krytykujcie (czemu nie, to też się przydaje).
Zaczynamy!