wtorek, 21 lipca 2015

Brownie z toffee

O brownie pisałam dosyć szczegółowo, przy okazji brownie truskawkowego w Bantofelkach. Nie ma więc sensu powtarzać tych samych faktów przy okazji wpisu o klasycznej jego wersji i perfekcyjnym przepisie, z którego nie ma prawa nie wyjść jak trzeba. Wiem, co mówię, od lat robię z niego brownie i za każdym razem wychodzi. A przepis? Wygrzebany kiedyś z jakiejś gazety.
No dobrze, nie jest do końca klasyczny. Klasyczne brownie to czyste, czekoladowe, bez dodatku toffee, być może z odrobiną orzechów włoskich w środku. Takie zna każdy amerykaniec i spora część mieszkańców tego świata i nie myli z niczym innym.
Bowiem to cudownie płaskie, zbite i wilgotne, maksi czekoladowe ciasto jest jednym z najbardziej charakterystycznych na świecie. Wokół niego narosły legendy poczynając od przypadkowości powstania (ponoć gospodyni domowa, która pierwszy raz je zrobiła, do ciasta czekoladowego, które zamierzała upiec dosypała za mało mąki i w ten sposób wyszło jej brownie), a na właściwościach "terapeutycznych" kończąc (lata 70te, dzieci-kwiaty i brownie z marihuaną sprowadzające odmienne stany świadomości). O odmianach już nie ma co wspominać - zresztą zrobiłam to poprzednio. Ze wszystkim chyba je już robiono. Słodkim. Przypuszczam jednak, że i jakiś żartowniś dodał ser żółty i kiełbasę i otrzymał wersję śniadaniową:)

Tak czy siak, najsławniejsze ciasto Ameryki (zaraz po serniku nowojorskim, na który przepis i w Bantofelskach znajdziecie) wymaga jeśli nie osobnego bloga, by eksplorować wszystkie jego odsłony, to na pewno potrzebuje, by je przedstawić w odsłonie klasycznej.

Oto więc przepis, czytelnicy (jeśli ktoś jeszcze czyta faktycznie me wypociny), który, ujmując z niego masę krówkową, zaprowadzi was prosto do blachy klasycznego brownie, przysparzając temu ciastu kolejnego wielbiciela. I tak w sumie radziłabym zrobić najpierw. Pierwszą blaszkę, na próbę, zapełnić klasycznym brownie. Drugą zrobić już z dodatkiem, jaki podrzuci wam wyobraźnia. Tak jak ja spełniłam prośby mego chłopiny i dodałam eksperymentalnie do ciasta masę krówkową z gotowanego, kondensowanego, słodkiego mleka, która spokojnie można nazwać masą toffee.
A potem jeść, jeść, jeść, licząc po cichu, że "pójdzie w cycki":)

No to jedziemy...





Składniki:

2 tabliczki czekolady gorzkiej (polecam Wedlowską)
6 jajek
1 kostka masła (20 dkg)
10 dkg mąki tortowej
30 dkg cukru
1 cukier waniliowy
1 puszka gotowej masy krówkowej (lub 1 puszka mleka kondensowanego słodzonego, które ugotowaliśmy wcześniej i ochłodziliśmy)

Wykonanie:

Kroimy masło w kostkę, na kostki łamiemy czekolady i wszystko razem rozpuszczamy na parze, do stanu ciekłego. Odstawiamy, by nieco ostygło.
Jajka miksujemy w towarzystwie mąki i cukrów aż składniki się połączą, a ciasto będzie puszyste.
Do masy stopniowo wmiksowujemy roztopioną czekoladę z masłem (nie ma być gorąca, ale może być ciepła) i miksujemy tak długo, aż ciasto nabierze ciepłego, brązowego koloru czekolady. Będzie też przyjemnie słodkie i gęste, ale płynne.

Nagrzewamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza.

Standardową blachę wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy na nią ciasto.

UWAGA:

W wersji klasycznej po tym kroku pakujemy blaszkę z brownie do piekarnika i pieczemy przez około 20 minut. Wyjmujemy, gdy na cieście widzicie wyraźną skorupkę, może być i parę pęknięć, a testowy patyczek wtykany w ciasto w różne miejsca, wychodzi suchy. Potem tylko dajemy ciastu ostygnąć, wyjmujemy z blaszki (sugeruję dla wygody stosować taką z wyjmowanym spodem) i kroimy w kwadraty (koniecznie, tak się podaje brownie). Można przechowywać w lodówce, lub poza nią, ciastu nie zrobi to różnicy przez te marne godziny, póki go nie pochłoną:)

W wersji z toffee czyli masą krówkową, robimy jeszcze parę czynności.
A więc jeśli wykonujecie klasyczne brownie - smacznego już teraz. Resztę zapraszam do kontynuacji przepisu:)

W przypadku wykonywania brownie z toffee, na blachę wylewamy połowę ciasta. Nawet i jedną trzecią, tak, by solidnie zakryło dno blachy. Następnie otwieramy puszkę z gotową masą krówkową i masę tę przekładamy na wylane ciasto. Masa jest gęsta, nie rozsmarujecie równo, bo ciasto pod spodem ma za delikatną konsystencję. A nie chcemy, by się wszystko pomieszało. Mają być wyraźnie widoczne fragmenty toffee w brownie. Dlatego też polecam rozłożyć masę na wylanym brownie za pomocą dużej łyżki, tak równo, jak tylko się da. W rzędach. W ten sposób każdy kawałek będzie miał na oko swoje serce z toffee.
Jeżeli nie mamy gotowej masy krówkowej, tylko puszkę skondensowanego, słodkiego mleka, należy je przed zaczęciem brownie ugotować i ostudzić. Zajmie nam to około 3 godzin, ale wszystko, czego trzeba pilnować, to to, by puszka była całkowicie zakryta wodą podczas całego gotowania i otwarta dopiero jak wystygnie.

Po wyłożeniu masy toffee na masę brownie, wylewamy na wierzch resztę ciasta brownie, pilnując, by zakryło całe toffee. I dopiero teraz możemy wkładać ciasto do piekarnika.
Pieczemy około 30 minut (ze względu na toffee w środku, które zmienia nieco konsystencję ciasta) i wyciągamy dopiero wtedy jak będzie na wierzchu charakterystyczna skorupka, a patyczek testowy wyjdzie na wpół suchy.
Tak jest, nie ma szans, by w przypadku brownie z toffee wyszedł całkiem suchy. Masa krówkowa sprawia, że ciasto wyjdzie wilgotniejsze niż zwykle.
Dlatego też po wyjęciu go z piekarnika pod żadnym pozorem nie należy go kroić, aż całkiem nie ostygnie. Inaczej, nawet w przypadku pokrojenia ciepłego, otrzymamy środek prawie jak w lava cake, a krojone kawałki zaczną się kleić do noża.

Moja sugestia? Studzimy brownie z toffee do spodu, a potem od razu pakujemy do lodówki na kilka godzin. I dopiero po tym czasie całkiem składnie da się pokroić, chociaż nadal będzie bardzo wilgotne. Nieodzowne jest jedzenie za pomocą łyżki lub widelczyka, by się nie upaprać, ale efekty smakowe przejdą najśmielsze oczekiwania. Warto:)
Na zdjęciach poniżej macie rzut z góry na to, jak wygląda skorupka w brownie, oraz na konsystencję ciasta:)






sobota, 18 lipca 2015

Smażony makaron z kurczakiem i warzywami

Każdemu się zdarza, że czas go goni. Że po prostu go nie ma, szczególnie, jeśli uważał, że ma go bardzo dużo i ze wszystkim zdąży, więc nie musi się spieszyć. A tu nagle nawarstwia się do cholery spraw i nim się obejrzysz z całej masy rzeczy, jakie były do zrobienia, zrobiłeś jedną trzecią i to na dodatek po łebkach.
Jak jeszcze musisz zrobić obiad, na zewnątrz upał dochodzi do 30 stopni i masz jeszcze w perspektywie wyjść na ten upał i udać się po potomstwo do przedszkola i to wszystko w ciągu godziny - ręce i cycki opadają, jak mawia mój znajomy:)
Zapracowane mamuśki tak właśnie mają. Nawet jeśli pracują w domu. Szczególnie jeśli pracują w domu. Czas, jaki mamy na podstawowe czynności albo się samoistnie wydłuża i całodniową robotę odwalasz w trzy godziny, a potem możesz leżeć i pachnieć, albo dosłownie na nic nie ma czasu. To przedziwne zjawisko zdarzyło się ostatnio i mnie. Związane z czaso-kurczliwością właśnie. Niby wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, ale tak naprawdę okazało się, że zabrakło mi czasu na zrobienie obiadu i miałam na to dokładnie pół godziny.
Czyli co? Obiad-hack!

Taką nazwą określam ekspresowo szybkie posiłki, które muszą zostać zrobione, ale w których dosłownie wszystko zostało skrócone i uproszczone: od składników, po przygotowanie.

Pewnie ten i ów przeczytawszy o skrótowcach w składnikach otrząśnie się z obrzydzeniem albo uniesie pytająco brew; ja, która pogardzam ciastami z proszku (o czym zresztą otwarcie mówię) nagle opowiadam o hackowaniu składników, czyli używaniu gotowizn? A tak! Unoście sobie brew, ale taka chwila może przytrafić się każdemu, kto nie ma czasu, a żarcie zrobić musi, bo rodzina będzie narzekać. Szczególnie w sytuacjach obiadowo-podbramkowych. Ciasta wymagają czasu i troski, tam nie można iść na skróty. Ale w takiej chińszczyźnie, nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdumiewająco smaczne.

Obiad-hack ten polecam zresztą nie tylko zapracowanym mamom, ale i zapracowanym kawalerom (pozdrowienia, Az:)). Jeden taki, mój ulubiony przyjaciel, uświadomiony, że da się zrobić smaczne danie posiadając ze sprzętów tylko głęboką patelnię, drewnianą łopatkę, nóż i deskę, oraz 5 składników, łącznie nie kosztujących więcej niż 30 złotych, złapał się za głowę z zachwytem i natychmiast zapisał sobie przepis. Czy Azrael zrobił niniejszego obiad-hacka - nie mam pojęcia, ale cała reszta może zrobić już teraz to szybkie, smaczne, pełnowartościowe danie, starczające głodnej dwójce ludzi na dwa dni.
 No to hackujemy obiad:


Składniki:

1 opakowanie makaronu sojowego (250 g)
50 dkg fileta z kurczaka
1 Fix Knorr Smażony Makaron po chińsku
1 opakowanie mrożonych warzyw - mieszanka chińska
1 jajko
trochę oliwy do smażenia (używam oliwy z pestek winogron, bo nie zostawia własnego zapachu)
sól, pieprz

Wykonanie:

Filet z kurczaka kroimy najpierw w paski, potem te paski w kostkę (15-20 minut roboty). Pokrojone mięso wrzucamy na głęboką patelnię z oliwą i podsmażamy starannie, aż straci różowy kolor i będzie białe (jak zwykle uczulam na dosmażenie kurczaka - niedosmażony drób jest niebezpieczny dla zdrowia). Podczas smażenia solimy go nieco i posypujemy pieprzem.

Gdy mięso zbieleje, wrzucamy na patelnię warzywną mieszankę chińską. Nie rozmrażamy warzyw specjalnie - wrzucamy jak leci z opakowania, po wyjęciu z zamrażalnika, jedynie podgniatamy je nieco w opakowaniu, by nie wyleciała nam cała, zmrożona gruda, a pojedyncze kawałki. Drewnianą łopatką rozprowadzamy starannie i mieszamy z podsmażonym kurczakiem. Podczas tego smażenia będą ulatywać z patelni obłoczki pary, a także pojawi się woda. Tak ma być - warzywa rozmrażając się, jednocześnie dostarczą sobie wody do dalszego duszenia.

Wymieszane z kurczakiem warzywa przykrywamy pokrywką i dusimy je do czasu aż zmiękną al dente. Nie na paciajkę i rozpadające się słupki marchewki, ale na chrupiąco. To zajmuje około 10 minut. W tym czasie przyszykujemy sobie makaron.

Makaron sojowy gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli prawdopodobnie wszędzie jest tak samo: nie gotujemy. Wrzucamy zawartość opakowania do garnczka i zalewamy gorącą wodą. Tam sobie ma poleżeć aż zmięknie - około 5 minut. Po tym czasie, gdy testowa nitka wyciągnięta z garnka jest miękka, odcedzamy makaron i przerzucamy na sito. Hartujemy chłodną wodą. Odstawiamy.

Gdy mięso z warzywami jest gotowe, cały czas smażąc, robimy miejsce z boku patelni i wbijamy tam jajko. Energicznie je roztrzepujemy na wszystkie strony, by przestało być surowe, przy pomocy łopatki i mieszamy z warzywami i kurczakiem.

Makaron z sitka przerzucamy na patelnię i mieszamy ostrożnie z chińszczyzną w taki sposób, aby z natury pół przezroczysty i białawy, nabrał w całości złotawego koloru mieszanki mięsno-warzywnej. Po dokonaniu tego, jeśli w mrożonce warzywnej dołączona była orientalna przyprawa - wsypujemy i ją i mieszamy z makaronem, warzywami i kurczakiem. Jeśli nie - żaden problem, Fix, który zaraz będziemy dodawać, sprawę chińskich aromatów nam załatwi.

W 50 ml wody (ćwiartka szklanki) mieszamy Fix i wlewamy go do makaronu z dodatkami. Kolejny raz mieszamy całość i tym razem smażymy nieco dłużej - aż zacznie przywierać do patelni. Na ten czas nasze nitki sojowe niestety już się połamią, ale taka jest kolej rzeczy. Będą krótsze, a przez to całość szybsza do zjedzenia.

Gotową potrawę próbujemy, doprawiamy po swojemu dodatkowo jeśli mamy ochotę (ja polecam nieco pieprzu cayenne i curry) i podajemy w towarzystwie zielonej herbaty. Zjadamy pałeczkami, by było bardziej po chińsku. Lub widelcem - jeśli nie ma czasu.

Całość wykonania, od momentu krojenia mięsa, do wyłożenia gotowego dania do miseczki, zajmuje z zegarkiem w ręku pół godziny. Rzeczywistość oswojona, znowu panujemy nad chaosem życia codziennego.

请慢用 [Qǐng màn yòng.] - Smacznego!

sobota, 11 lipca 2015

Cherry pie (ciasto wiśniowe) z czekoladowym twistem

A wszystkiemu jest winna pora roku. Lato. Działka. Drzewa obsypane wiśniami, które, jak moja rodzina wie, oraz znajomi, są moją prawdziwą, owocową obsesją. Nie ma chwili bym miała ich dość.
I tak ledwie się pojawiły i dojrzały, ograbiłam z wiśni działkę mamy, ograbiłam działkę teściowej (za zgodą obu, bo inaczej owoce by się zmarnowały, jako, że szanowne matrony nie przepadają za nimi), następnie ograbiłam własną lodówkę z mrożonych zapasów (na samym początku tego całego szaleństwa, gdy zielone wisienki już czerwieniały na drzewach, a mnie z łakomstwa ślina ciekła na ich widok), porobiłam ze zdobycznych 6 litrów konfitury, kompoty, jadłam na surowo, maiłam nimi desery, zamrażałam na zapas i miałam dość? A gdzie tam. Nadal łakomie spoglądałam na drzewa obsypane wiśniami na działkach mijanych w drodze na "zaprzyjaźnione" i mój chłopina na spółkę z synem musieli mnie odciągać od drzewek, bym ich nie pozbawiła zakazanego, kradzionego owocu, prawie na siłę.
Nic na to nie poradzę, że kocham wisienki, ich orzeźwiający cierpko, kwaśno, słodki smak tak doskonale gaszący pragnienie i ledwie nadejdzie właściwa pora roku - w pełni wykorzystuję wszelkie wiśnie jakie mam w zasięgu.

A to zaledwie początek sezonu, chociaż wiśnie z większości działek, dziękować bogom, już zebrano, albo zżarły szpaki. Jestem w stanie myśleć nieco jaśniej, ale na wiśniowe szaleństwo zupełnie to nie pomaga.

Jednak nie tylko sam widok wiśni skłonił mnie do wyrobu mego ukochanego ponad wszystko ciasta. Oto hicior z lat dziewięćdziesiątych, który, o ile dobrze pamiętam, zajął drugie miejsce w pierwszej trójce najgorszych kawałków metalowych i rockowych stulecia na MTV (gdy jeszcze puszczali tam muzykę, a nie durnowate reality shows). Kawałek ten rok rocznie nucę w porze, gdy zaczynają się pojawiać wiśnie, nucę przy drelowaniu, nucę przy pożeraniu, a jeśli akurat rodzina nie słyszy "She's my cherry pie!" dochodzące z jakiegoś zakątka mieszkania, to z pewnością odtwarzam to w głowie. Zwyczajnie, chociaż to niesamowity kicz - dopasował mi się lata temu do wszystkiego, co związane jest z wiśniami.
No i, widzicie, jedno prowadzi do drugiego... śpiewają o cherry pie - typowym, wiśniowym placku amerykańskim, a przynajmniej tak by się mogło zdawać. Tak naprawdę śpiewają o panience, rzecz jasna, ale walorów panienki z teledysku nie będę bynajmniej porównywać z pie - panna oberwałaby baty od ciasta z całą pewnością:) Dlatego będę litościwa i skupię się na samym cherry pie - cieście wiśniowym, które dosłownie uwielbiam, co roku robię co najmniej ze trzy razy i za każdym razem udoskonalam przepis.
Tegoroczna wersja jest już jednak tak dobra, że zaprzestanę kombinacji i wreszcie podam przepis doskonały dla ogólnej wiadomości.

Jednakże wszystko w swoim czasie. Wpierw - nieco opisu.

Pie w stylu amerykańskim każdy widział choćby na kreskówkach z rodzaju Toma i Jerry. Mamy więc pokazaną tam płaską formę do tarty z górką czegoś wystającą z niej, co zazwyczaj okazuje się być pierzynką bezy. Czasem jest też kratka z ciasta (na teledysku właśnie krateczkę widzimy, jak ciasto zlatuje lasce na kolana) zamiast bezy, bardzo rzadko jest płasko. Jednak najbardziej interesujące rzeczy się dzieją, gdy w bajce mysz wykrawa kawał ciasta z foremki i zżera na oczach kota, który zaczyna ją gonić, rządny zemsty za rabunek pańskiego dobra. Otóż widzimy, że to coś ma spód - kruche ciasto łączące się bokami z puchatą lub kratkowaną górą, do diabła owocowego nadzienia w środku i zamknięte jest właśnie dowolną górą. Zawsze zamknięte. Tu mamy więc różnicę pomiędzy typowymi polskimi ciastami, gdzie owoce wtyka się w środek lub daje na górę, a amerykańskim pie'em, gdzie są zamknięte w cieście.
Powód takiego postępowania jest bardzo praktyczny. Środek w pie jest bardzo soczysty i płynny. Związane za pomocą mąki ziemniaczanej lub kisielu oraz cukru, owoce nieco tylko obrobiono przed pieczeniem, by puściły pełnię soku. W przeciwieństwie do niego polskie placki mają surowe owoce, ledwie sypnięte cukrem albo i nie i wyrzucone na wierzch ciasta na gorąco piekarnika (i to jest powód dla którego te owoce, jeśli nie są ukryte w cieście, są potem przeraźliwie suche). Tak więc nadzienie w pie, by nie wyschło - musi być ukryte. I osobiście chyba o wiele bardziej wolę takie ciasto przepakowane wilgotnymi owocami na kruchym spodzie pod kruchym lub bezowym spodem, niż nasze typowe, przerośnięte, zatykające baby. No dobrze, czasem fajnie jest zjeść taką babkę, ale zdecydowanie nie wtedy, gdy na termometrze 30 stopni, a wszystko, czego organizm pragnie to więcej wody i orzeźwienie w dowolnej postaci.

A ja zadbałam o to, by ta postać przybrała jak najsmaczniejszą, najcudowniej wiśniową formę:)

Słów kilka o prawach autorskich.
Ciężko, miśki, bo ciasto to zlepek trzech różnych przepisów, bezę modyfikowałam lata temu nie wiem już z jakiej podstawy, a nadzienie jest całkowicie moim wybrykiem w tym momencie. Więc śmiało mogę powiedzieć, że przedstawiony poniżej cherry pie z czekoladowym twistem to całkowicie autorski przepis.

Zapraszam więc do wypróbowywania. Smacznego:)






Składniki:

Ciasto:

200 g mąki tortowej
50 g cukru
130 g zimnego masła
1 jajko
skórka otarta z 1 cytryny

1 opakowanie chocolate chips (użyłam tych z Lidla firmy Belbake - dosyć często można je dostać. Jednak alternatywnie można użyć rozdrobionej czekolady lub polewy w postaci pastylek w ilości, o której będzie poniżej)

Beza:

2 białka z jajek
110 g cukru
sok z połowy cytryny

Nadzienie:

700-800 g świeżych wiśni
1,5 szklanki cukru
1 cukier cynamonowy (względnie można dodać 1 cukier waniliowy i 2 łyżeczki cynamonu sproszkowanego)
1/2 torebki kisielu owocowego czerwonego (wiśniowy, ew. truskawkowy)

Wykonanie:

Na stolnicę należy wsypać mąkę, potem cukier i na koniec skórkę z cytryny. Wymieszać razem. Potem wkroić w sypkie składniki nożem zimne masło, robiąc to tak długo, aż z ciasta zrobi się niemal kruszonka. W otrzymanej kruszonce robimy dziurkę, wbijamy tam jajko i raz jeszcze siekamy, by się składniki połączyły. Powodem użycia noża, a nie rąk na tym etapie, jest chęć pozostawienia ciasta w jak najniższej temperaturze jak najdłużej, żeby się nam masło nie rozpuściło za szybko.
Gdy składniki są już połączone ze sobą, zagniatamy ciasto szybko, na tyle, by utworzyło zwartą masę. Tworzymy z niej kulę i owinięte w folię wkładamy na co najmniej 1 godzinę do lodówki, by się schłodziło.

W tym czasie przygotowujemy nadzienie (można i dzień wcześniej je przygotować; na ciasto musi być wyłożone chłodne).
Wiśnie myjemy, pozbawiamy pestek (drelujemy), wsypujemy do garnka i nastawiamy niewielki ogień. Na tym ogniu trzymamy je same króciutko, mieszając drewnianą łyżką, tylko tyle by zaczęły puszczać sok. Pomagamy im przy okazji trochę je gniotąc podczas mieszania. Nie za dużo, nadal powinny zachować w większości formę z całymi wiśniami.
Gdy puszczą sok, wsypujemy cukier. Ilość podana w przepisie jest doskonała, gdy wiśnie są bardziej kwaśne niż słodkie, dla otrzymania słodko-kwaśnego nadzienia, więc można ją już dopasować do własnego smaku. Pamiętać jednak należy, że nadzienie powinno być słodkie, a nie kwaśne aż pysk wykręca. Ani ciasto, ani beza nie poratują w tym przypadku, jeśli pożałujemy cukru. Ulepku jednak też nie chcemy osiągnąć, więc musimy wybrać złoty środek pomiędzy kwaśnawym, a słodkim smakiem nadzienia.
Po dodaniu cukru mieszamy starannie, nadal trzymając wiśnie na ogniu, po czym dosypujemy cukier cynamonowy. Ponownie mieszamy i trzymamy na ogniu około 10-15 minut, co jakiś czas mieszając, pilnując by się nie przypaliło.
Po upływie tego czasu wsypujemy do wiśni z cukrem kisiel (proszek, bez rozrabiania wodą), i mieszamy bardzo dokładnie, rozcierając ewentualne grudki i białe fragmenty proszku. Gdy masa zaczyna nam bąbelkować i zrobi się gęsta, ściągamy z ognia i mieszamy jeszcze chwilę.
Próbujemy, dosmaczamy cukrem, kwaskiem cytrynowym, cynamonem, jeśli jest taka potrzeba.
Gotowe nadzienie odstawiamy do niemal całkowitego wystygnięcia.

Nastawiamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Wyjmujemy ciasto z lodówki, przekładamy na posypaną mąką stolnicę i rozwałkowujemy na płask. Staramy się to zrobić szybko, więc jakaś szczególna staranność nie jest wymagana. Rozwałkowane ciasto owijamy częściowo wokół wałka i tak przekładamy do formy na tartę - wcześniej posmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. Jeżeli ta sztuka nam się nie uda - żaden problem. Celem jest wyklejenie formy do tarty ciastem. Możemy więc zrobić to również przenosząc ciasto w kawałkach do formy i wylepić nim starannie i równo dno oraz boki aż po brzeg. Wylepienie boków powinno być przeprowadzone szczególnie starannie, bez pozostawiania dziur lub za małej ilości ciasta na brzegach - dzięki temu nadzienie pozostanie w cieście w czasie pieczenia i nie wypłynie.
Ciasto w formie nakłuwamy gęsto widelcem zarówno spód jak i boki i wkładamy do nagrzanego piekarnika na ok. 15 minut celem podpieczenia spodu.
Po tym czasie wyciągamy spód z piekarnika i zostawiamy do ostudzenia.

Jest to dobry czas na przyszykowanie bezy na wierzch.

Białka jajek ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę. Dopiero pod sam koniec stopniowo i ostrożnie dodajemy cukier, stale miksując pianę. Na sam koniec wmiksowujemy w pianę sok z cytryny.

Na ochłodzone ciasto równą warstwą wysypujemy kawałeczki czekolady. Jeśli mamy je w formie kropelek/łezek/ chocolate chips, będzie najprościej, bo są małe. Jeśli dysponujemy akurat czekoladą - należy ją drobniutko pociąć wcześniej  w takiej ilości, by zakryła dno podpieczonego ciasta. Polewę w postaci dropsów musimy ze względu na ich wielkość połamać na drobniejsze kawałeczki przed posypaniem nimi ciasta. Można pomieszać czekoladę gorzką z mleczną dla dodatkowego smaku.
Warstwa czekolady powinna być cienka ale jak najbardziej jednolita.

Na czekoladę wykładamy chłodne nadzienie wiśniowe, a na nie rozkładamy bezę, rozsmarowując ją łyżką aż po brzegi foremki. Je jej na tyle, że powinna utworzyć niewielką górkę na środku.

Gotowe ciasto wkładamy ponownie do piekarnika nagrzanego na 170 stopni i pieczemy ok. 25-30 minut, do momentu aż beza na wierzchu zrobi się nam złotawa.
Ciasto wyciągamy z piekarnika i dajemy mu całkowicie ostygnąć, nim weźmiemy się za krojenie.
Jest to podyktowane tym, że nadzienie w stanie gorącym jest bardziej płynne. Ostudzone pozostanie nam w ładnej formie w kawałkach ciasta.

Uwaga: ciasto przed krojeniem należy bezwzględnie wydostać z formy na tartę, inaczej nie będziemy w stanie estetycznie go pokroić. Najlepiej więc jeśli  foremka ma wyjmowalne dno. Wówczas musimy ostrym nożykiem, działając na całkiem zimnym cieście, podważyć starannie boki z każdej strony dookoła ciasta, a potem delikatnie ale stanowczo wypchnąć spód wraz z ciastem do góry, uważając, by nam się beza nie rozleciała za bardzo.

No i jeść. Do upojenia wiśniami. Można podawać z lodami waniliowymi, ale chyba najlepiej smakuje w postaci klasycznej.













środa, 8 lipca 2015

Babciny chłodnik "Wiśniowa Ambrozja"

Chłodnik, jako zupa wywodząca się z kuchni słowiańskiej (litewskiej, tak konkretnie) znana jest większości nacji słowiańskich. Czyli i Polacy i sąsiedzi zza wschodniej granicy i ci okoliczni bardziej na południe od razu połapią się, co to jest i chętnie to zjadają w letnim czasie.
Chłodnik to zupa serwowana na zimno. Zazwyczaj warzywna i nie jest tylko wymysłem słowiańskim. Hiszpanie mają swoje gazpacho, które jest tym samym właściwie co chłodnik, ale robionym z nieco innych warzyw.
Żadna to filozofia, zrobić go. Wziąć surowe warzywa, zmiksować na papkę, połączyć, podać ze śmietaną i koperkiem i voila - pól obiadu letniego gotowe.

Niestety tym, co oczekują jakiegoś niecodziennego chłodnika po tej felce powiem, że czeka was rozczarowanie. Ale przyjemne. To, co zamierzam wam podsunąć, to chłodnik stworzony przez moją babcię z owoców. Który nie jest zupą, ale może spokojnie nią być. Nie jest w zasadzie napojem - ale również może nim być. Wszystko zależy jak go wykończymy.

Moja babcia nazywa to danie chłodnikiem z wiśni, więc trzymam się jej terminologii, ale dodałam i własną nazwę - wiśniowa ambrozja. Jak inaczej nazwalibyście pół gęsty, gładziuteńki, odświeżający i zimny napitek, tak napakowany smakiem wiśni, że już bardziej wiśniowy być nie może; który na dodatek zaspokaja pragnienie, ale także zaspokoić potrafi niewielki głód. Chłodzi i koi i od razu sprawia, że się pyszczydło uśmiecha, gdy po parnym dniu wyciągasz go sobie z lodówki i powoli sączysz. Comfort food jak nic. Napój bogów. Ambrozja.

Na dodatek wiśniowa. I jakże łatwa w przygotowaniu!

Serdecznie polecam na upały, szczególnie, że właśnie na dobre zaczął się sezon wiśniowy i jest z czego Wiśniową Ambrozję robić.






Składniki:

1/2 kg świeżych wiśni
1,5 litra wody
1 kisiel wiśniowy
1 laska wanilii
1 cukier waniliowy
1 łyżeczka cynamonu
cukier (ilość wedle uznania)

Wykonanie: 

Wiśnie myjemy, drelujemy, wrzucamy do wysokiego garnczka i zalewamy zimną wodą.  Wrzucamy od razu rozkrojoną laskę wanilii i wsypujemy cynamon. Gotujemy około pół godziny, albo do czasu aż się zrobi kompot, a wiśnie zaczną się rozpadać. Należy pilnować, by woda zbytnio nie odparowała

Zdejmujemy z gazu na chwilę, wyciągamy resztki po lasce wanilii. 1/3 wiśni wyciągamy, blendujemy na gładką masę, pulpę wrzucamy z powrotem do garnczka i kompotu. Ponownie stawiamy na mały, tym razem, ogień.

Kisiel wiśniowy mieszamy z pół litra zimnej wody i powstałą mieszaninę wlewamy do garnczka. Chwilę gotujemy stale mieszając, po czym, gdy lekko zaczyna gęstnieć, ściągamy z ognia.

Dosypujemy cukier i cukier waniliowy w ilości, jaka nam odpowiada smakowo. Raz jeszcze staranie mieszamy, by cukier się rozpuścił.

Studzimy, a potem wkładamy do lodówki, by Ambrozja całkiem nam się schłodziła.
Finalnie powinniśmy otrzymać ciecz, która nie jest kompotem ani napojem, nie jest też kisielem ani galaretką, jest gęsta, ale bez problemu daje się ją pić. Jest też napakowana owocami, zmiksowanymi i tymi, co pozostały w większych kawałkach.
Jeśli wyszło nam to za gęste - nie ma paniki. Starczy raz jeszcze postawić na ogień i dolać wody.  Podgotować, a potem ponownie schłodzić.

Moja babcia podaje ten chłodnik z ugotowanym makaronem nitkami, jako zupę. I spełnia swoje zadanie.
Ja osobiście polecam jednak traktować Ambrozję jak napój.
Najlepiej smakuje następnego dnia.




piątek, 3 lipca 2015

Brownie truskawkowe/ Strawberry brownie

Czy jakikolwiek miłośnik ciast, w szczególności czekoladowych, nie słyszał w obecnych czasach o brownie? Należałoby w to wątpić - to tak, jak nie wiedzieć, co to naleśnik. Ale zdziwilibyście się. Na całe mnóstwo przypadków osobników z mego pokolenia 30 latków plus, spotkałam się z dosłownie jedną osobą, która nie miała pojęcia co to jest brownie, błędnie biorąc je za polskiego murzynka z zakalcem.
Tak szczerze się tym przypadkiem zdziwiłam, że natychmiast podrzuciłam jej przepis na klasyczne brownie, aby szerzyć wiedzę o tym niezwykłym smakołyku i rozjaśniać polską niewiedzę w kwestii czegoś, co nie jest rozbuchanym proszkiem do pieczenia, puchatym ciastem i na dodatek jest od niego znacznie lepsze.

Pierwszą rzecz, jaką należy wiedzieć o brownie jest jego konsystencja. Częściowo już ją przedstawiłam, ale raz jeszcze zaznaczę: brownie nie jest ciastem rosnącym. Tyle ciasta ile wylejecie na blaszkę, tyle dostaniecie z powrotem. No, może odrobinę więcej, ale na pewno nie należy się spodziewać szalonego rozrostu jak przy użyciu drożdży. Ani śladu drożdży nie ma w składzie, nawet i proszku do pieczenia, czy skibki śmietany. Ono nie ma urosnąć. Ono ma się po prostu upiec.
A po upieczeniu mieć konsystencję podobną do tego, co polskie gospodynie domowe nazywają zakalcem: zbite, wilgotne ciasto, trzymające się razem.

Tyle że, kochany czytelniku, ten "zakalec" nie jest surowizną. Już w momencie jak go skubniesz kontrolnie, widać, że to nie jest surowe. Nie ma śladów po surowiźnie. To jest konsystencja brownie. Coś pomiędzy ciastem, a miękkim ciastkiem cukrowym (popatrzcie w tej kwestii na moje lemon sugar cookies  z niniejszego bloga. To da wam nieco pojęcia o konsystencji. Resztę dostarczy upieczenie swego pierwszego brownie. Jeżeli wasze brownie wyjdzie wam wyrośnięte - znaczy, że albo z przepisem jest coś nie tak, albo przetrzymaliście brownie w piekarniku i dodaliście za dużo mąki.

Konsystencja to nie wszystko. Ciasto jest ekstremalnie smakowo esencjonalne, w przypadku czekolady użytej do jego stworzenia, maksymalnie czekoladowe i bardzo słodkie. Robienie brownie mało słodkiego mija się z celem, więc pamiętajcie o tym, że cukier być musi i basta.
Czekoladowe ma na dodatek po upieczeniu chrupiącą, smakowitą skórkę na wierzchu, która ma tendencję do łamania się, gdy będziecie ciasto kroić na kwadraty.
Aż do obecnego, eksperymentalnego wypieku brownie o innym smaku, sądziłam, że to właściwość, dla każdego brownie, i zostałam zaskoczona. Tylko czekoladowe, na stan mej obecnej wiedzy, posiada taką skórkę. Prawdopodobnie związane jest to z czekoladą w składzie, ale aż tak głęboko nie grzebałam.

Grzebałam natomiast na tyle głęboko w rozmaitych przepisach, po pokochaniu brownie czekoladowego, by zapragnąć zapoznać się z innymi jego wersjami. No i, rzecz jasna, okazało się, że są. Brownie klasyczne czekoladowe, z dodatkami w środku, Blondie - czyli brownie bez ciemnej czekolady, za to z jasną, brownie/blondie z masłem orzechowym, migdałowe, cytrynowe i wiele, wiele innych.

Mamy jednak końcówkę sezonu truskawkowego, a ja weszłam w posiadanie dwu kilogramowej łubianki truskawek, z którymi nie miałam już co zrobić. A więc pierwsza myśl: a gdyby tak zrobić brownie z truskawek?
Sięgnęłam do Pinteresta i na Internet, jak zwykle na etapie poszukiwań inspiracji. No, są. I to bardzo ładnie wyglądające. Ale podczas wgłębiania się w temat spotkała mnie przykra niespodzianka. To, tak wychwalane przez każdego, megapopularne strawberry brownie robi się z ciasta w proszku. Ciast w proszku nie znosimy, gardzimy nimi, zawsze omijamy szerokim łukiem, bo "kupność" wyczuwa się w cieście bezbłędnie. A poza tym lubimy wyzwania. Pomyślałam więc sobie, na konto kobietki, która zrobiła sztuczne brownie z pudełka i zyskała fenomenalną popularność, to ty sobie piecz dalej z proszku i idź na łatwiznę, ja zrobię "from the scratch".
Szczególnie, że przepisów na takie brownie truskawkowe nie z pudełka - nie ma. A jak jest, to wygląda jak ciasto, a nie jak brownie.

A zatem, poszłam w innym kierunku: jak nie truskawkowe, to może po prostu nie czekoladowe. Może nie "brownie", a "blondie". Konsystencja ta sama, smaki tylko inne. No i jak owoce i to sporo, to i skład mego klasycznego przepisu, z którego początkowo chciałam robić, też musiałby ulec zmianie.
I to okazało się być doskonałym kierunkiem. Zupełnym przypadkiem trafiłam na ten przepis, przemaglowałam pod względem składu i konsystencji, przeczytałam wszystkie komentarze, a potem - zrobiłam swoją wersję, zmodyfikowaną porządnie w stosunku do powyższego przepisu. I w ten sposób powstało mi całkowicie ręcznie robione brownie truskawkowe.
I wiecie co? Efekt - konsystencja brownie, wygląd i smak jak należy, tak różne od czekoladowego, ale jednocześnie tak podobne, że nie sposób nazwać go inaczej jak ciasto brownie (bądź blondie, ew. strawbie:), miękkość i sprężystość wnętrza, arcyświeży smak polewy truskawkowej - warte były każdej z trzech godzin, poświęconych na tworzenie tego przepisu, plus kolejnej, nerwowej godziny, podczas gdy piekło się po raz pierwszy.
Eksperymentujcie więc. Nawet jak czegoś nie ma - zawsze możecie się zainspirować jakimś przepisem, i stworzyć coś absolutnie rewelacyjnego, na co przepis będziecie rozdawać za każdym razem, częstując swym wypiekiem gości.




Składniki:

Ciasto:

1/2 kg świeżych truskawek (mrożone też ujdą, ale przed dodaniem ich do ciasta trzeba będzie koniecznie pozbyć się nadmiaru wody)
6 łyżek miękkiego masła
2 tabliczki białej czekolady
1 szklanka cukru
1 cukier waniliowy
2 jajka
2 szklanki mąki

Polewa:

30 dkg świeżych lub mrożonych truskawek
sok z połowy cytryny (świeży, żadnych kwasków cytrynowych, bo smak będzie nie ten)
1/2 szklanki cukru

Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik do 176 stopni Celsjusza.

Truskawki myjemy, pozbawiamy szypułek, dla wygody dalszej obróbki kroimy w kawałki i wsypujemy do wysokiego naczynia. Blendujemy starannie aż będą płynną masą. Odstawiamy.

W niewielkim garnuszku topimy razem masło i połamaną na kawałki białą czekoladę, ciągle mieszając. Mieszanie jest potrzebne, bo biała czekolada ma inną konsystencję niż ciemna i szybciej "lubi się" zbrylić lub przypalić. Po prostu nie można spuścić z oczu tej mieszanki, a po rozpuszczeniu, od razu ściągnąć garnuszek z ognia i pozwolić mu się nieco ostudzić.

Czekoladę z masłem przelewamy następnie do większego naczynia, w którym będziemy miksować ciasto. Do tej mieszanki dodajemy po kolei cukier i cukier waniliowy, staranie miksujemy aż się połączą. Następnie dodajemy jajka, miksujemy i na koniec mąkę i kolejne miksowanie. Na sam koniec po trochu wmiksowujemy zblendowaną pulpę truksawkową.
W tym momencie trzeba koniecznie pilnować konsystencji ciasta. Chcemy osiągnąć dosyć gęste, ale możliwe do przelania. Całkowicie płynne nie może więc być. Dlatego potrzebne jest to stopniowe dodawanie truskawek. Pół kilograma powinno jednak przyjąć i konsystencję zachować właściwą, przy jednoczesnym, wystarczająco mocnym zapachu i kolorze od truskawek.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia, przelewamy ciasto i wkładamy do piekarnika na 25-35 minut (w zależności od piekarnika). Należy sprawdzać patyczkiem, czy już upieczone. Jak wyciągamy suchy - ciasto będzie gotowe.
W tym momencie wszystkim tym, co mieli już do czynienia z brownie czekoladowym spieszę wyjaśnić, że nie uświadczycie na nim charakterystycznej skorupki. Ku swemu przerażeniu pod koniec pieczenia widziałam jedynie konsystencję normalnego ciasta i na tej podstawie uważałam, że prawdopodobnie nie wyszło.
Ale sprawa się poprawia znacznie po wyjęciu. Ciasto przed krojeniem musi zostać wystudzone niemal całkowicie. W tym czasie zauważycie, że na wierzchu pojawiły się maleńkie rysy, a powierzchnia ciasta nieco zesztywniała, prawie przypominając skorupkę. Przy tym, gdy odciągniecie delikatnie brzeg papieru do pieczenia, zobaczycie inny kolor ciasta poniżej "quasi-skorupki" - ciemniejszy, a ciasto tam będzie wilgotniejsze. I to są właśnie oznaki, że brownie truskawkowe wyszło.

Gdy ciasto stygnie, robimy na spokojnie polewę. Polewa jest po to, by zastąpić brak skorupki, oraz podkręcić truskawkowy smak brownie, a także... no, ładniej wygląda jednak z polewą niż bez niej.

Truskawki myjemy, pozbawiamy szypułek, wrzucamy do garnuszka. Nasypujemy od razu cukier, wlewamy sok z cytryny i stawiamy na małym ogniu. Dobrze jest już wtedy pognieść je nieco by puściły sok. Na ogniu trzymamy je 10-15 minut, od czasu do czasu mieszając masę, by się nic nie przypaliło. Truskawki zaczną puszczać sok, który ładnie zmiesza się z cukrem i sokiem cytrynowym. Musimy tą ciecz zredukować jeszcze trochę, by polewa była gęsta i po nałożeniu nie spływała z ciasta.
Po 15 minutach powinniśmy mieć już dosyć gęstą substancję w garnuszku, truskawki w stanie rozpadu. Całość sosu z garnuszka traktujemy następnie mikserem, miksując na gładziutką masę. W tym momencie jest ostatnia chwila, by dosłodzić polewę, lub dokwasić.
Gdy otrzymamy już smak, jaki nam pasuje, możemy opcjonalnie jeszcze przetrzeć sos przez sitko, by pozbyć się z niego pestek z truskawek. Mnie one nie przeszkadzały, nawet nie były wyczuwalne po zmiksowaniu, więc ten etap sobie darowałam.
No i w zasadzie tyle. Sos albo wylewamy zbiorowo na całkowicie ostudzone i wyjęte z blachy brownie i rozprowadzamy łyżką ładnie aż na krawędzie ciasta, albo potraktujemy nim osobno każdy kawałek. Resztę sosu można przechowywać w lodówce do pięciu dni i zużywać do czego dusza zapragnie.

Brownie, wystudzone, pięknie okraszone polewą kroimy, zgodnie ze zwyczajem na kwadraty i podajemy gościom. A potem zbieramy okrzyki zaskoczonego zachwytu, a jakże;)











wtorek, 30 czerwca 2015

Naleśniki majerankowe z nadzieniem z kurek i sosem beszamelowym

Jak pisałam poprzednio, koniec czerwca równa się początkowi sezonu grzybowego. Naprawdę kocham zbierać grzyby, więc weekendy od teraz stały się jeszcze fajniejsze, gdy do rozkoszy spania do 10 (bo Małego rano mąż "oporządza") i potencjalnie częstszych niż w tygodniu wyjść do kina, dołącza możliwość włóczenia się po lesie z koszykiem i gwizdania piosnki "grzybo-nęcącej" czyli takiej, dzięki której grzyby znajduje się szybciej, bo same wychylają łby spod ściółki, by ją usłyszeć. Ostatnio z niewiadomej przyczyny było to "Eye of the tiger" z "Rocky'ego", a kurki z jakiegoś powodu wyłaziły z mchów jak szalone, ledwie zaczynałam poświstywać ten kawałek. Przestałam i ani pół grzyba na horyzoncie, za to nadmiar komarów i pajęczych sieci, w jakie właziłam, buszując po krzakach. Fakt więc jest taki, że te małe, żółte grzybki jadalne, które jako pierwsze padają łupem zapalonych grzybiarzy - lubią klasyki. Raczyłam je więc obficie nimi w zeszłą niedzielę, a o "Oku tygrysa" słyszało pewnie każde drzewo i każda mucha fruwa w takt tej melodyjki w okolicach lesistych Bratkowic. Ja jednak na spółkę z mym chłopiną zebrałam trochę kurek (i trzy kleszcze, które nie zdołały się jednak wpić w żadne z mej rodzinki) - akurat tyle, by przykryły dno kosza - i zaczęłam myśleć, co z nich zrobić.

Jajecznica na kurkach sama się pcha na myśl, przy takiej ilości. Niby coś to jest, ale na porządną dawkę sosu kurkowego za mało, a na jajecznicę szkoda. Szczególnie, że poniedziałkowy obiad nie był zaplanowany. No, nie do końca. Wiedziałam, że sporządzę naleśniki, ale nie byłam pewna z czym.

I wtedy właśnie, o wieczorowej godzinie u schyłku niedzielnego dnia, spojrzenie me padło na woreczek kaszy jaglanej. Kasza... kasza z grzybami. Kasza z sosem z grzybów? Nie, za mało. Ale gdyby tak zrobić farsz do naleśników na kształt sosu, tylko gęstszy? I z kaszą? Bomba!

Tak oto wymyśliłam powyższy przepis i ku memu zaskoczeniu, zamiast standardowego "może być" od mego małżonka (którym kwituje on każdą dobrą rzecz, jaką upichci mu żona), usłyszałam, że "dobre" i "czy można jeszcze?" - a to już komplementy najwyższej klasy. I to nie tylko z powodu kurek, które mój ślubny kocha tak jak czekoladę Studentską z gruszkami, miłością stałą, niezmienną i bezwarunkową. Po prostu naleśniki wyszły świetne i było to coś, czego jeszcze nigdzie nie jadł. Czuję się dumna więc, niemal tak, jak wtedy gdy mój synek stawiał pierwsze kroki. Pierwsze, samodzielnie wymyślone, dobre danie obiadowe, warte dokładki. Na dodatek idealne na czas gdy się go nie ma, bo szybkie, sycące ale nie przesycające. Bardzo przyjemne:)

No to łapcie przepis, bo szkoda, by nikt go nie użył, szczególnie teraz, gdy kurki zaczynają pojawiać się coraz częściej.



Składniki (10-12 małych naleśników):

Ciasto naleśnikowe:

2 jajka
1 i 1/3 szklanki mąki
1 łyżka oliwy
1 szklanka mleka
szczypta soli
garść suszonego majeranku
posiekany, świeży koperek (w ilości, jakiej sobie sami zażyczymy, bo tylko ma dosmaczyć ciasto)
1/2 szklanki wody mineralnej

Farsz do naleśników:

10 dkg surowej kaszy jaglanej
10 dkg kurek
mała cebula
3 ząbki czosnku
10-15 dkg białego sera
6 łyżek śmietany 30%
1 jajko
sól, pieprz, przyprawy ziołowe suszone: majeranek, pietruszka, tymianek

Sos beszamelowy:

3 łyżki masła
2 łyżki mąki
mleko
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

garść startego żółtego sera (np. salami)

Wykonanie:

Najpierw sporządzamy naleśniki. Wszystkie składniki, poza wodą, miksujemy, aż powstanie nam gładkie, gęste ciasto konsystencji gęstej śmietany. Następnie rozrzedzamy je wodą, by było bardziej płynne i miksujemy jeszcze trochę, by je napowietrzyć.
Na małą patelnię teflonową wylewamy nieco oliwy, rozgrzewamy, a potem chochelką nakładamy porcje ciasta, rozprowadzając ciastowy kleks po całym spodzie patelni, ruszając nią. Smażymy naleśniki obustronnie. Odkładamy na talerz dając im wystygnąć.

Kurki myjemy, oczyszczamy, większe kroimy, malutkie pozostawiamy w całości.
Siekamy drobno cebulę i podsmażamy ją na maśle na głębszej patelni, tylko na tyle, by się zeszkliła. Dorzucamy posiekany drobniutko czosnek i smażymy razem aż zacznie pachnieć, ale nie jest jeszcze zbrązowiały. Na koniec dorzucamy pokrojone grzyby i smażymy aż nieco ściemnieją - około 8 - 10 minut. Odstawiamy.

Zagotowujemy wodę z solą i wsypujemy do niej kaszę. Gotujemy aż będzie miękka, ale nie rozgotowana. Kaszę gotujemy na sypko, czyli w dużej ilości wody, by ziarnka się do siebie nie kleiły.

Ugotowaną kaszę odcedzamy, przelewamy wodą, wrzucamy na patelnię z kurkami, cebulą i czosnkiem. Stawiamy na mały ogień i mieszamy aż się połączą.

Wkruszamy biały ser i raz jeszcze mieszamy.
Dodajemy łyżka po łyżce śmietanę, mieszając i pilnując, by się połączyła z resztą, ale nie zważyła.
Wbijamy jajko i łączymy z farszem, nadal podgrzewając i mieszając. W tym momencie powinien być on już gęsty, a ziarnka lepić się do siebie. Jeśli tak nie jest, można dodać jeszcze śmietany.
Solidnie przyprawiamy solą i pieprzem, ziołami, pamiętając, by nadal czuć było grzyby.
Gdy farsz już nam smakuje odstawiamy go na jakieś 5 minut, by troszkę ostygł.

Szykujemy sos beszamelowy. W garnuszku topimy masło, łączymy je z mąką mieszając starannie, aż powstanie gęsta, ale nie spalona masa. Stale mieszając dolewamy na tyle mleka, by powstał nam biały sos, który można będzie potem przelać na naleśniki, czyli taki średnio gęsty, ale nie za luźny. Sos doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Odstawiamy.

Wracamy do naleśników i farszu. Na każdy naleśnik nakładamy łyżką stołową porcję farszu, gromadząc go w górnej części naleśnika. Następnie zawijamy naleśnika jak w przypadku krokietów; najpierw górną część dookoła farszu, potem zaginamy boki do środka i na koniec zawijamy dół, by przykrył resztę.
Czynimy tak dopóki starczy nam farszu.

Ciasno zwinięte naleśniki układamy w naczyniu żaroodpornym jeden blisko przy drugim, w ścisku. Zalewamy sosem beszamelowym, posypujemy startym serem żółtym i wykładamy do piekarnika, nagrzanego na około 200 stopni Celsjusza, bez przykrycia.

Pieczemy około 15 minut lub do czasu aż ser się stopi, a sos wygląda na ścięty. Chodzi generalnie tylko o podgrzanie całości, więc nie ma sensu trzymać w piekarniku za długo.

Wyciągamy, ostrożnie dzielimy na porcje, podajemy natychmiast po wyjęciu z piekarnika.

Opcjonalnie zamiast sosu beszamelowego (i tak będzie na pewno jeszcze smaczniej) można zastosować własnoręcznie zrobiony sos grzybowy.



czwartek, 25 czerwca 2015

Lemon Sugar Cookies (cytrynowe ciastka cukrowe)

Od czasu gdy kablówka stała się codziennością w polskich domach, na ekranach telewizorów i komputerów - otworzyły się nam oczy na szeroki świat. To, co Polakowi jeszcze trzydzieści lat temu wydawało się egzotyką, teraz znamy jako coś normalnego. Ananasów nie widujemy jedynie w formie puszkowanej, w supermarketach masowo leżą owoce i warzywa, jakich nazw i sposobu jedzenia nie do końca kojarzymy, ale kupimy, bo to coś nowego i nawet nie drenuje portfela, a działy z chińszczyzną są tak samo typową częścią większych spożywczaków, co dział owocowo-warzywny.
Mass-media, rzecz jasna, pomagają. To przez nie dowiadujemy się, co się jada i jak się wygląda za granicą naszego pięknego "miodem i mlekiem płynącego" kraju. Obraz, szczególnie w serialach, zawsze jest przerysowany, ale są standardy, które się nie zmieniają.
Przykładowo nadęcie amerykanów odnośnie ich "najwspanialszego kraju na świecie", kraju swobód wszelakich, publicznego dostępu do broni i patetyzm wylewający się ze srebrnego ekranu w każdym filmie, gdzie jest tylko wspomniane o walce z czymś, z czym tylko amerykanie i pomoc amerykańska dla świata może sobie pomóc. Albo grube baby wciskające się w obcisłe łaszki i udające, że nie przeszkadza im ich wygląd (potem lecą do reality show o odchudzaniu i trzepią kasę na zwierzeniach jak jadły całe życie junk food, a tak w ogóle to miały ciężkie dzieciństwo, love me, love me, potrzebuję waszego wsparcia w wygrzebaniu się z tłuszczowej przepaści i odbudowaniu swego poczucia własnej wartości!). Jak widać, do tej strony wizerunku zagranicznego mam ambiwalentny stosunek. Nie lubię reality shows, a jeśli już na jakieś rzucę okiem, to tylko dlatego, że ludzie w nich ciekawie gotują i nie zwierzają się z płaczem.

I tutaj, jak zwykle okrężną drogą zbliżamy się do sedna obecnej felki, czyli do tego co przeciętny Polak wie o ciastkach. Otóż, jak pokazuje mój drobny eksperyment, przeciętny Polak nie wie nic o ciastkach, które nie są kruche, albo twarde jak kamień, tudzież przesadnie wyrośnięte lub zalane glazurą. Sprawdzałam właśnie ostatnio czy sklepikarze mają pojęcie co to są chocolate chip cookies, ale takie prawdziwe, miękkie w środku, chrupkie z zewnątrz. Część zaczepianych wskazywała mi z namaszczeniem "pieguski" albo inne "biedronki", tudzież w natchnieniu "amerykanki" wedlowskie, sugerując się angielsko brzmiącą nazwą. Kulą w płot. Wszystko to jest kruche, sypiące się, naładowane konserwantami i ma tak dużo wspólnego z chocolate chip cookies jak Murzynek z Brownie - kolor i użycie czekolady. Jeden miły pan zapytał inteligentnie "yyyy?" gdy zapragnęłam ciastek i prosiłam o ich wskazanie, dopiero po wyjaśnieniu, że to ciastka z kawałkami czekolady wskazał - rzecz jasna - te cholerne piegusko podobne.
Nic nie pomagało. Nawet porównanie do tych jakie sprzedają w Subwayu i ostatnio w KFC. Tylko jeden człowiek oświadczył domyślnie "ahaaa!" i pokręcił głową, że niestety takich nie dostanę.
Wniosek jest prosty. Pokolenie narodzone w latach osiemdziesiątych jeszcze się orientuje o co chodzi, ale starsi nawet sobie trudu nie zadają, by wyjść poza ramy kruszącej się, twardej, ciasteczkowej polskości. A potem się dziwimy, że mają nas za granicą za pijaków i debili.

Co do samych ciastek: nie wierzcie w slogany na pudełkach. To, co sprzedają jako ciastka "chocolate chips w stylu amerykańskim" absolutnie nie jest nimi, ani w smaku, ani w fakturze. To najzwyklejsze kruche, łatwe w produkcji i transporcie, oraz przechowywaniu. Do chocolate chip cookies, czyli ciastek z kawałkami czekolady mają najbliżej te, kupowane w Subwayu - płaskie, okrągłe i naładowane różnym dobrem. Niestety zazwyczaj dopadamy do nich, jak już są zimne i średnio smaczne, ale powiadam wam: zrobienie własnych w tym stylu, mięciutko chrupiących nie zajmie wam więcej niż pół godziny, będziecie mieć własne, ciepłe i zjadane do upojenia, aż się skończą.

Przepis na prawdziwe chocolate chip cookies zarzucę wkrótce. Dziś jednak zaproponuję wam inną ich odmianę, a mianowicie cytrynowe ciastka cukrowe, czyli lemon sugar cookies. Co prawda i one mają swoje odmiany, w tym jedną bardzo podobną do polskich kruchych z faktury, ale zgadnijcie, co wybierze większość ludzi, mając do wyboru mięciutkie, albo twarde jak sucharek:) No, te mięciutkie, zachowujące swą fakturę nawet po wystudzeniu (jeśli tylko zostały zamknięte w szczelnym pudełku i zabezpieczone przed wyschnięciem). Na dodatek, jeśli ciastka te są napakowane aromatem cytryn i dodatkowo obtoczone w specjalnym, ekspresowo robionym cukrze cytrynowym - to już naprawdę tylko iść i wywalić pudełkowe podróbki ciastek amerykańskich do kosza i trzasnąć namiętnie drzwiami śmietnika. I rzecz jasna pochłaniać świeżo upieczone jedno za drugim, aż padniemy z przejedzenia, za to niezwykle szczęśliwi.

Te ciastka są naprawdę proste w zrobieniu. Trzeba tylko pamiętać o paru rzeczach, shackować kilka rzeczy, ułatwiając sobie ich pieczenie, a potem odganiać rodzinę zwabioną cudowną, cytrynową wonią od gorących, świeżo wyjętych z pieca, bo swoje odstać muszą.
Oryginalny przepis znajduje się tu , jednak, rzecz jasna, dokonałam na nim swoich modyfikacji, dostosowując go przy tym pod warunki polskie. Ulepszyło to zdecydowanie smak i przyspieszyło robotę.  A cała reszta nie zmieniła się wcale... zresztą raczcie rzucić okiem na zdjęcie poniżej i zapraszam do pieczenia;)




Składniki:

Ciasto:

1 szklanka (ok. 12 dkg) masła, nieco miękkiego
1,5 szklanki cukru
1 jajko
2 i 1/4 szklanki mąki tortowej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
skórka otarta z 2 cytryn
sok z 1,5 cytryny
cukier cytrynowy do obtoczenia ciastek

Cukier cytrynowy:

1/2 szklanki cukru
skórka z 1 cytryny



Wykonanie:

Nastawić piekarnik na 176 stopni Celsjusza. Grzanie góra-dół. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia.
Zmiksować ze sobą cukier i masło (pokrojone w kosteczkę szybciej pójdzie) na masę gładką i puszystą. Dodać do niej jajko i miksować dalej, aż się składniki połączą.
Następnie dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, oraz skórkę i sok z cytryn. Miksujemy jeszcze aż się połączą, a masa zacznie nam przypominać zbite ciasto na ciastka, w którym ledwie mieszadła dają się radę ruszyć.
Tak zmiksowane ciasto wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. Można i w misce, gdzie miksowaliśmy, przykryte folią aluminiową, ale swoje odstać i stężeć musi, inaczej ciastka rozleją nam się nieestetycznie podczas pieczenia w piekarniku i będą zbyt płaskie.
W tym czasie szykujemy sobie cukier cytrynowy. Mieszamy cukier i skórkę aż się ładnie połączą w misce i szykujemy się do ostatniej części robienia ciastek.
Ciasto po godzinie wyciągamy z lodówki. Powinno być dość twarde (wyginało mi łyżkę aluminiową, gdy próbowała je wyciągnąć na stolnicę, więc użyjcie w tym celu drewnianej), wykładamy na stolnicę. Powinno mieć taką konsystencję, że da się ugnieść i nie będzie kleić się do palców. Jeśli jednak nadal jest za miękkie, można jeszcze potrzymać w lodówce, albo podsypać je co nieco mąką.
Dzielimy ciasto przy pomocy łyżki stołowej. Porcyjki wielkości "komory zupnej(:P)" rolujemy następnie w kulki i każdą jedną wrzucamy do miski z cukrem cytrynowym, starannie ją w nim obtaczając.
Gotowe, ocukrzone kulki kładziemy na blaszce z papierem do pieczenia i lekko przyciskamy dłonią, spłaszczając, by wyszły nam ładne dyski. Odległość między dyskami powinna wynosić jakoś tak 2-4 centymetry - muszą mieć miejsce by podrosnąć i nie zlać się ze sobą.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 12 minut lub do momentu aż będą jasno złote.
Nie wskazane jest kłucie ich czymkolwiek - gdy będziemy je wyciągać, muszą mieć miękką konsystencję. Nie taką jak surowe, ale uginającą się pod palcem. Dojdą do siebie i stwardnieją co nieco podczas stygnięcia.

Ciastkom zdecydowanie trzeba pozwolić ostygnąć na blasze, inaczej gorące rozlecą się wam w rękach. Dopiero takie lekko tylko ciepłe można ostrożnie przekładać na talerz albo do pudełka, w którym mają być przechowywane.

Nie potrzebują niczego w rodzaju lukrów albo dodatków. Wytarzanie w cukrze cytrynowym daje im wszystko, co potrzebne i do ozdoby i do smaku.
Konsystencję mają typową dla prawdziwych ciastek amerykańskich w stylu "chocolate chip". Po wystygnięciu będą mieć delikatną, pochrupującą powierzchnię, a w środku będą rozkosznie miękkie, niemal ciągnące się i cytrynowe. Poezja smaku, powiadam wam.
Można je przechowywać kilka dni zamknięte w pudełku, to konsystencję tą zachowają spokojnie, nawet jako całkiem zimne.
Smacznego, prawdziwie cytrynowego sugar cookie;)