poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Donuty bezglutenowe (Challenge no. 3)//Gluten-free doughnuts (Challenge no. 3)

Był sobie urlop. I się zbył. A ja nadal się czuję niewypoczęta... czyż tak zresztą nie jest zawsze, że wracamy z urlopu i stwierdzamy, że przydałby się jeszcze jeden, nawet jak leżeliśmy plackiem na plaży dwa tygodnie i nic nie robiliśmy? Bo to takie cholernie wyczerpujące, to lenistwo jest...
No, żebym jak tak se plackiem leżała, to też by było dobrze. Prawda jest taka, że przez dwa tygodnie pracowałam nad pewnym, ważnym dla mnie projektem, odkładając na jego rzecz dosłownie wszystko inne i robiłam prawie wyłącznie dwie rzeczy, poza dbaniem o swoich: czytanie i pisanie. Pisanie i czytanie. Przez dwa tygodnie w rezultacie przeczytałam i odświeżyłam sobie jakieś dziewiętnaście książek średniej grubości i cały stos opowiadań i obmyśliłam parę nowych, własnych historyjek i bohaterów, jestem więc z siebie cholernie dumna, ponieważ to, co miało zostać zrobione, zostało zrobione, a teraz czekać mi przyjdzie na efekty;)
Jednak o projekcie nic na razie nie powiem więcej, ścisła tajemnica, ani mru mru, bo mam niestety takiego pecha, że jak za dużo o czymś gadam, nastawiając się na to, prawie zawsze dostaję w czambuł od losu. Więc teraz cisza... starczy wam wiedzieć, że wcale nie odpoczywałam na urlopie, a jak coś wyjdzie z tego projektu, to na pewno się o tym dowiecie.
Ale za Bantofelkami się stęskniłam i teraz, skoro mam kilka felek czekających na spisanie (bo jedzenie dawno zrobione, zjedzone, przetrawione i tylko zdjęcia pozostały), będę was zasypywać co chwila nowymi postami, w których dla przeciwwagi smakołykom, siedzieć będą długie fele - nawet nie felki, bo coraz to więcej wciskam w nie słów, nie uprawiając szczególnie wodolejstwa. Zdaje się, że mam ostatnio dużo do powiedzenia o wszystkim, a skoro nikt nie powie mi kulturalnie, żebym się zamknęła... więc szalejemy!

Dzisiaj w menu, jak widać po tytule, kolejne wyzwanie. Po raz kolejny za sprawą bezglutenowej Tess i prawdziwych, amerykańskich donutów, z którymi zaszalałam w tym przepisie. Donuty Lokiego zdecydowanie zbierają największą uwagę spośród innych postów na blogu od paru miesięcy, ale jak łatwo przypuścić, są na zwykłej mące. A Tesska jeść jej nie może, było jej smutno, gdy zarzucała moim linkiem tu i tam na fejsbooku, promując mnie przecudownie, ja zaś mam czułe serducho, chciałam się też odwdzięczyć za taką uwagę... no i obiecałam specjalnie dla niej znaleźć zjadliwy przepis na donuty, takie same w smaku jak te cuda Lokiego by Kuba Ćwiek(z cukierni "Sweet Emotion" - co z tego, że nie istniejącej, w opowiadaniu siedzą, a to wystarczająco miarodajne środowisko, by na jego podstawie coś robić:)), tyle, że takie, by ona też je mogła zjeść. Bez glutenu, z cukrem, który łatwo można pominąć lub zastąpić czym innym, bo tylko w polewie siedzi i z taką tylko zawartością laktozy, by wszystko trzymało się w kupie i rosło na drożdżach jak należy.
Nie tylko jednak dla Teś został przetestowany ten przepis i obtańcowany Challenge. Ja też miałam ochotę wziąć się za bary z mąką bezglutenową, zobaczyć jak ona reaguje na inne składniki, a przede wszystkim, na poczet przyszłych eksperymentów, jak smakują z nią różne, smaczne rzeczy. Miałam więc lekkiego pietra, przystępując do roboty, ale jeszcze nie było takiego przepisu, który przez zbytnią moją nieśmiałość czy nieznajomość tematu odstraszył mnie od siebie. Zakasałam więc rękawy, poświęciłam kilka dni na poszukiwania, z góry odrzucając wszystko, co zawiera jakieś dziwne składniki w postaci gumy arabskiej i zaczynające się na E z następującym potem jakimś chemicznie woniejącym numerem (dowiadując się od razu, że jedno i drugie to dosyć częste przypadki w przepisach bezglutenowych, zapewniające lepkość, którą normalnie w mące zapewnia gluten). Jednakże wiecie, jakie ja mam podejście do półproduktów, mieszanek z pudełek, puszek i innych magicznych proszków - unikam jak ognia, używając tylko wtedy, gdy nie mam kompletnie innego wyjścia.
Przerzuciło się więc dziesięć czy też dwadzieścia przepisów, odrzuciło większość ze względu na te dziwne składniki lub fakt, że donuty z nich wyszłyby nie takie jak powinny, aż w końcu po dobrym, tygodniu poszukiwań trafiłam na przepis, który był, jak się okazało, strzałem w dziesiątkę.
Nie zawiera gum arabskich, nie zawiera E, nie ma też tych rzeczy, które są szkodliwe dla bezglutenowców, a składniki są poza tym w nim zupełnie normalne dla donutów rosnących na drożdżach - czyli jedynie słusznych (pomijam to dziwadło, co się zwie donutem z ciasta - tak jest, stworzono coś takiego, tylko pytam się, po co, skoro ciasto można sobie zrobić zawsze, a donuty to inna para kaloszy. One MUSZĄ być na drożdżach, by wogóle zasługiwać na miano donutów).
Trema, którą miałam, przystępując do roboty przeszła w momencie, gdy zobaczyłam, jak pięknie rosną. Zupełnie na sposób tych typowych na mące pszennej. A usmażone w głębokim tłuszczu smakowały niemal tak samo jak zwykłe donuty. I to było dokładnie to, czego szukałam.
Eksperyment więc należy uznać za jak najbardziej udany:) Challenge accepted. And done, w dodatku z podskokiem i triumfalnym polskim gestem zwycięstwa upublicznionym lata temu przez Kozakiewicza. W kwestii smaku dość powiedzieć, że moje chłopaki się rzuciły na te donuty bezglutenowe jak zwariowane i ledwie zdołałam zrobić im kilka zdjęć, nim ich liczba zaczęła gwałtownie spadać.
Należy też dodać i pochwalić się, że autorem jednego ze zdjęć jest mój Dominik. Przypadkiem wyszło mu ono bardzo klimatyczne, jakby magiczne, a te donuty na nim aż lśnią, jak oświecone łaską boską... błogosławione donuty od Świętego BezGluta. Zjedz bodaj jednego, a wszystkie twe grzechy jedzeniowe zostaną ci odpuszczone:D
Na pewno rozpoznacie, o którym zdjęciu mowa, bo tylko jedno ma taki klimat. I na wszelki wypadek podpisałam je, jak na dumną matkę przystało, by przypadkiem nie umknęło nikomu.

Kilka uwag technicznych, nim zapodam przepis.
Polewę wykonałam dokładnie taką samą, jak w przepisie na Donuty Lokiego, używając jednak zamiast zwykłego cukru, gruboziarnistego. Jest ona tak idealna w smaku, że nie sądzę, by szukanie innych glazur na klasyczne donuty z dziurką, było potrzebne. Jednak gruby cukier nie rozpuści się wam tak szybko i w całości, jak zwykły czy puder. Dlatego też polewa ta wygląda tak... krystalicznie i smakowicie grubo. Tak chrupiąco, że język sam do niej ucieka. Oczywiście możecie gruby cukier zastąpić drobnym i wtedy otrzymacie lśniącą i gładziutką polewę, o tym samym smaku, ale innej fakturze, jaką możecie podziwiać w Donutach Lokiego.

Donuty musicie zjeść tego samego dnia, w którym je usmażyliście, jeżeli faktycznie chcecie się cieszyć ich oryginalnym smakiem i świeżością. Koniecznie. Każde, nie tylko bezglutenowe. Następnego dnia postarzałe zwyczajnie przestają smakować. Dlatego, jeśli standardowe ilości w obu przepisach na kilkanaście sztuk, to za wiele jak dla waszego dziennego przerobu - zetnijcie składniki z przepisu o połowę. Wszystkie, łącznie z drożdżami. Zamiast nastu sztuk dostaniecie mniej niż dziesięć i kwestia "nie mogę ani jednego już więcej zmieścić, a szkoda mi zostawić, bo się zmarnują", przestanie istnieć. Z dziesięcioma donutami poradzi sobie przecież każdy:)

Olej do głębokiego smażenia nie musi i nie powinien być czysty i nowo nalany. Wręcz poleca się, by był jakoś po dwóch, trzech smażeniach donutów, bo z tego co zrozumiałam, przesiąka wtedy aromatem poprzednich donutów, wszystko, co śmierdzące w nim, zdążyło się wypalić wcześniej i dam głowę (to już moje własne spostrzeżenie), że taki przesmażony olej aż tak w ciasto nie wsiąka jak świeży.

Ręczne zagniatanie ciasta drożdżowego spokojnie zastąpi wam zamontowanie hakowych mieszadeł w mikserze i puszczenie ciasta w obrotowej misce na średnie obroty. Efekt będzie ten sam, a ręce wam się nie zmęczą, tylko troszkę dłużej to mechaniczne zagniatanie potrwa.

Wraz z donutami w pakiet przepisu za każdym razem wchodzą Donut Holes, czyli smażone dziurki z donutów - to, co wytniemy ze środka krążków, a co ślicznie urośnie i usmażone daje nam maleńkie donuty na jeden gryz. Wyrzucać je szkoda, są doskonałym sposobem testowania gorąca i gotowości oleju, wyglądają bardzo ładnie, a sposobów na ich podanie jest mnóstwo. W tym przepisie po prostu wrzuciłam je, jeden po drugim, do garnuszka z glazurą pozostałą mi po właściwej wielkości donutach i wytarzałam w niej w całości. Ale możecie na przykład spróbować wrzucić je w syrop klonowy, pozwolić nasiąknąć i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

No, teraz już jest najwyższy czas, by podać przepis. Trzymajcie się stołków, bo za chwilę wasz uporządkowany świat się zatrzęsie:)
Przepis wzięty stąd, zmodyfikowany.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
 Donuty:
1 łyżka + 1 łyżeczka drożdży instant
1 szklanka dobrze ciepłego mleka
2 - 2 i 1/2 szklanki mąki bezglutenowej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
3 żółtka
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
4 łyżki masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego w małe kawałki
olej do głębokiego smażenia

Polewa:
Polecam skorzystać z przepisu  na "Lukier waniliowy na donuty z dziurką" z tego przepisu.
Wykorzystany w nim cukier puder zastąpiłam w niniejszym przepisie cukrem gruboziarnistym w tej samej ilości.


Wykonanie:

Do miski od miksera wrzucamy 1 łyżkę drożdży instant, oraz wlewamy 3/4 szklanki ciepłego mleka. Mieszamy starannie.

Do mikstury dosypujemy 3/4 szklanki mąki bezglutenowej i ponownie mieszamy wszystko razem tak, by powstała gładka pasta. Przykrywamy czystą ściereczką i stawiamy miskę w ciepłym miejscu na 30 minuty, by drożdże zaczęły pracować.

Po tym czasie pozostałą nam 1 łyżeczkę drożdży łączymy z pozostałym nam mlekiem (1/4 szklanki).

Wlewamy mleko z drożdżami do miski z mieszaniną mączno-drożdżową, dodajemy ekstrakt z wanilii i żółtka i miksujemy, aż wszystkie składniki połączą się.

Wyłączamy mikser, dosypujemy 1 szklankę mąki, oraz cukier i sól. Miksujemy ponownie do momentu aż ciasto zaczyna się łączyć, następnie po trochu dodajemy posiekane, miękkie masło, miksując dalej aż i ono się wmiksuje w ciasto.

Zwykłe mieszadła w mikserze zastępujemy mieszadłami hakowymi (tymi do ciasta drożdżowego) i miksując ciasto zaczynamy dosypywać po trochu pozostałą nam mąkę (za każdym razem przy dodawaniu wyłączając mikser). Miksujemy tak długo aż ciasto zaczyna nam odstawać od ścianek miski. Finalnie będzie bardzo wilgotne, ale już zdatne do ugniatania ręcznie, gdybyśmy mieli taki kaprys.

Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy na  30 minut do wyrośnięcia w ciepłym miejscu.

Po tym czasie należy lekko nacisnąć ciasto, by wypuścić z niego bąbelki gazu, a następnie wsadzamy je do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Jeżeli na robienie donutów przeznaczymy 2 dni, jest to dobry moment by przerwać 1 część pracy ponieważ w tym momencie produkcji ciasto może leżeć w lodówce do 12 godzin.

Po upływie tego czasu przystępujemy do wałkowania ciasta na dounty. Na lekko umączonej powierzchni rozwałkowujemy ciasto do grubości nieco powyżej 1 cm.

Bierzemy szklankę o średnicy ok. 9 cm. i za jej pomocą wykrawamy z ciasta kółka, dziurki wycinając za pomocą nakrętki z butelki oleju (nakrętka może być z dowolnej butelki, byle miała średnicę ok. 3 i 1/2 cm i ostre krawędzie).

Następnie wycięte z ciasta donuty oraz Dziurki z Donutów układamy na stolnicy, zostawiając między donutami tak z pół centymetra wolnego miejsca, przykrywamy ściereczkami i pozwalamy im rosnąć 30-40 minut aż niemal podwoją swoją objętość. Przy czym Dziurki z Donutów zrobią to szybciej, co pozwoli nam potem nimi testować gotowość oleju do smażenia. Po upłynięciu 30 minut należy sprawdzać gotowość donutów co 5 minut, by nie przerosły. Gotowe do smażenia będą wtedy gdy zrobione w nich palcem wgłębienie powoli wróci do poprzedniego kształtu. Jeżeli odkształci się natychmiast - nie są gotowe. Jeżeli natomiast zupełnie nie wróci do poprzedniego kształtu - donuty przerosły. W takim przypadku sytuację można uratować, nie wyrzucając ciasta. Raz jeszcze przerośnięte ciasto rozwałkować i wyciąć nowe donuty.

W międzyczasie przygotowujemy sobie lukier waniliowy z przepisu na Donuty Lokiego.

W momencie, gdy nasze Dziurki z Donutów będą już gotowe (po 30 minutach na pewno), napełniamy głęboką patelnię lub garnczek olejem do smażenia i podgrzewamy, aż zacznie promieniować ciepłem. Testujemy gotowość oleju wrzucając jedną Dziurkę Donutową. Jeżeli zaczyna się natychmiast smażyć - możemy wrzucać donuty, o ile już właściwie wyrosły.

Smażymy donuty po 2 sztuki naraz do złocistości, pilnując, by nie zbrązowiały, z jednej strony, potem odwracamy je na drugą. W praktyce pozwalamy im osiągnąć kolor jasnego złotego i przewracamy wtedy. Dojdą już same.

Gotowe wykładamy na talerze wysłane papierowymi ręcznikami, by odciekły z tłuszczu i stopniowo lukrujemy, gdy nieco ostygną. Można zarówno zanurzać je w całości w lukrze, jak i tylko polewać z góry i po bokach. W obu przypadkach donuty muszą wystygnąć z lukrem na powierzchni, by ładnie on zastygł.

Zjadamy koniecznie tego samego dnia.

Smacznego!
------------------------------------------

Ingredients:

Dough for Doughnuts:
1 tblspn + 1 tspn of active dry yeast
1 cup of warm milk
2 - 2 and1/2 cups of gluten-free flour
1 tspn of vanilla extract
3 large egg yolks
2 tblspns of sugar
1/2 tspn of salt
4 tblspns of butter, softened at room temperature and cut into cubes

Oil for deep-frying

Glaze:
For the glaze, please use the recipe for "Glaze for round donuts" from this recipe.
Confectioners sugar used there, was substituted with coarse sugar in the same amount for this recipe. 


The making of:

In a medium bowl, combine 1 tablespoon of the yeast with 3/4 cup of the warm milk and stir to dissolve the yeast.

Add 3/4 cup of the gluten-free flour and stir to create a smooth paste. Cover the bowl with plastic wrap and let the flour mixture rest in a warm place for 30 minutes.  

Once 30 minutes have passed, in the bowl of a stand mixer fitted with the paddle attachment, combine the remaining 1 teaspoon yeast with the remaining 1/4 cup milk.

Add the rested flour mixture along with the vanilla and egg yolks and mix on low until the ingredients are incorporated and the dough is smooth.

Turn off the mixer and add 1 cup of gluten-free flour, along with the sugar and salt. Mix on medium until the dough starts to come together. Add the butter and mix on medium until it's incorporated.

Remove the paddle attachment from the mixer, and switch to the dough hook. Start adding the remaining flour (turning the mixer off for each addition) and knead the dough on medium until it completely pulls away from the side of the bowl and is smooth and not too sticky. The dough will be very moist but not so sticky that you can't roll it out.

Cover the bowl with plastic wrap and let the dough rest in a warm place for 30 minutes.

Once 30 minutes have passed, gently press down on the dough to remove any gas bubbles then chill, covered, for at least 1 hour. If you decided to divide the baking for two-day period, now it is a good time to end the first part, for the dough may stay in the fridge up to 12 hours.

When ready to roll out the dough, line a baking sheet with a lightly floured non-terry towel. Lightly flour a work surface and roll out the dough to a 1/2-inch thickness.

Using doughnut or cookie cutters, cut out 3-inch-diameter rounds with 1-inch-diameter holes. You may also use a 9cm diameter cup and a  3 and 1/2 diameter bottle nut, to cut the dougnuts beautifully.

Arrange the doughnuts and doughnut holes on the prepared baking sheet, leaving at least 1 inch between doughnuts. Cover the doughnuts loosely with plastic wrap and let them proof in a warm place until almost doubled in size, 30 to 40 minutes. Doughnut Holes will be ready just after 30 minuts, so we will be able to test the readiness of oil for frying with them. Check to see if the doughnuts are ready every 5 minutes. To test, use a fingertip to lightly touch one of the doughnuts. If the dough springs back immediately, it needs more time; if it springs back slowly, it's ready; and if the dough doesn't spring back at all, it's over-proofed. You can punch down and reroll over-proofed dough once.

In the meantime, prepare the Glaze for round dounts of the following recipe.

When our Doughnut Holes are ready (30 minutes at most), heat up the oil in a heavy-bottomed pot or skillet. Thest the readines of oil, throwing there a Doughnut Hole. If it starts frying right away - it is ready for doughnuts.

Fry 2 doughnuts at a time for golden colour at the one side, be careful not to overbrown them. Then flip it and fry in the other side.

Remove from hot oil on the plates covered with sheets of paper to dripped the extras of oil and cover with the glaze when they cool a bit. You can either dip them in fully into the galze or cover only the top and sides. Either way the doughnuts have to cool with the glaze on, to harden it.

Eat it all the same day you baked.

Cheers!

 
 Donuty uduchowione, w obiektywie syna Dominika, lat 6:)


czwartek, 11 sierpnia 2016

ChimiWiśnia a.k.a WiśnioChanga Pinkie Pie (My Little Pony)//Pinkie Pie's ChimiCherry a.k.a CherryChanga (My Little Pony)

Oglądam bajki z moim synkiem. Jest to fakt, którego nie ma nawet powodu się wstydzić, jako, że jest to naturalna kolej rzeczy po etapach:
1. Dziecko spotyka telewizor,
2. Dziecko odkrywa kanał z kreskówkami,
3. Dziecko nie ma ochoty na nic innego tylko na oglądanie kreskówek.
Niemożliwy do przeskoczenia po etapie trzecim jest etap czwarty: czyli wtedy, gdy dziecko chce dalej oglądać kreskówki i reagować radosnym piskiem, gdy trafia na swoją ulubioną, ale już nie samo. Musi być ktoś, kto tak jak ono będzie wlepiał oczka w podskakujące, dziwnie narysowane postacie, barwne kształty i postaci przekazujące w swych przygodach podstawy o byciu dobrym człowiekiem. Żeby jeszcze na to zwracał uwagę... a gdzie tam! Liczy się tylko kolorek, zabawna przygoda i ulubiony anthem na starcie, który radośnie się śpiewa nad talerzem nie tkniętej od dziesięciu minut kolacji, a morały niech sobie szanowni państwo wsadzą do kaszki z malinami.
W etapie czwartym zaraz po anthemie następuje "Mama, chodź oglądaj ze mną!". No i mama idzie oglądać Boba Budowniczego, Tomka the Pociąg, czy jak to się tam zwie. Przy czym oglądanie dzieje się w dużym cudzysłowiu, bo od kilku lat regularnie przysypiam na tych kreskówkach, albo lokuję myśli w Nothing-boxie, i tylko kątem oka śledzę, co tam skika po ekranie, by w odpowiednim czasie potwierdzić lub zaprzeczyć, gdy dziecię o coś zapyta. Mówię wam, lepszej kołysanki nie miałam nawet nad kserówkami do prawa cywilnego, gdy za dobrych, studenckich czasów zakuwałam przed kolokwiami:)
Stawiam dziesięć do jednego... nie ważne czego, może być i wyzwań na Bantofelki... że spora ilość rodziców uprawia sztukę oglądania bajek dla kilkulatków w ich towarzystwie właśnie w ten sposób. Albo przysypia, ale odlatuje myślami, zamyślając się bezmyślnie, a oczy nie widzą, co patrzą.

Jednakże któregoś dnia stało się coś dziwnego. Było to akurat wtedy, gdy na Mini Mini trafiła bajka o pastelowych konikach, a ja jeszcze dosyć aktywnie grałam na jednym TGFie, który obecnie zszedł na całkowite psy i róbta-co-chcetyzm, dlatego Jego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać, bo jeszcze się ktoś obrazi. Wbrew temu, że klimat to już dawno wówczas straciło i zabierałam od nich nogi za pas, miałam stamtąd i do dzisiaj mam strasznie fajnych znajomych, z których jeden jest złotym chłopakiem, najmilejszym kumplem, a drugi postrzelonym, ultra inteligentnym gadem w ludzkiej skórze. Obaj nimi są i teraz już wiedzą, że to o nich chodzi:) Otóż dwaj ci panowie należeli wówczas do kształtującej się grupy, o tajemniczej nazwie "Bronies" i któregoś dnia mnie oświecili, kto zacz.
W wielkim skrócie - "Bronies" jest to stado dorosłych ludzi, które ma kompletnego bzika na punkcie bajki o pastelowych kucykach, wspomnianej wyżej - czyli "My Little Pony". Jak to się tak stało, jaki jest związek przyczynowo skutkowy między bajką dla małych dziewczynek, a brodatymi, dorosłymi mężczyznami i pracującymi kobietami, z zapałem dyskutującymi w tym temacie między sobą, zbierającymi mini figurki i nawet robiącymi zloty innych takich jak oni - zapytajcie mnie, a ja was. Nazwa dobitnie świadczy o tym, że się tego nie wstydzą - ("Bro" czyli bracia, braterstwo i "ponies" - czyli kucyki, razem dają nam Kucykowych w wolnym, fajnym tłumaczeniu), a co ciekawsze, że to nie był wybryk jednorazowy. Ponoć po drugim sezonie tej bajki, przestała już być tylko dla małych dziewczynek i naszpikowano ją taką ilością nawiązań do popkultury, że z przyjemnością się to ogląda.
Podeszłam sceptycznie. No bo jak to tak: stara baba i kucyki Małego? Oglądać? Przeca zasnę jak na Kocurrach, Jake'ach i innych takich. No ale w końcu spróbowałam. Nie zasnęłam, o dziwo. I o dziwo... spodobało mi się.
Nie wiem jak, to jest taka sama dla mnie tajemnica, jak wszystko w tej ekipie "Bronies", ale no, okazało się to fajne, a wyszukiwanie w odcinkach rozmaitych easter eggs to niezła rozrywka.
Nie muszę chyba mówić, co się stało dalej?
Zupełnie jak reszta przyszłych Bronies, najpierw przestałam przysypiać, potem oglądałam równie ciekawie jak mój syn, Dominik, lat 6. Przełomowy moment nastąpił, gdy Młody, który gada przez sen, zapytał któregoś późnego wieczoru sennie: "Mama, a ile jest kucyków?", a mama, niemal już śpiąca odrzekła "Sześć, synku, w tym dwie księżniczki", po czym przez pół godziny zwijała się ze śmiechu, gdy zdała sobie sprawę, że zareagowała odruchowo, nawet nie myśląc, co gada.
Lawina poszła. Nadgoniłam wszystkie sezony My Little Pony, wybrałam se ulubionego kucyka - Rainbow Dash, gdyby ktoś był ciekawy, a teraz oboje z Młodym mamy po jednej minifigurce (on Pinkie Pie) plus jedna wspólna, a mój kochany Ślubny stuka się w czoło z rozbawieniem, patrząc na nas oboje, gdy oglądamy naszą ulubioną bajkę, ale chyłkiem zagląda przez drzwi i dopytuje się znienacka, czemu nie pokazują Discorda, "bo on jest najlepszy".
Cyrk na kółkach, powiadam wam, ale jaki fajny:D "Mój mały kucyk" wyrósł z bajki dla dziewczynek na jakiś fenomen popkulturowy i bodaj twórcy mieli pomysły na dalsze przygody pastelowych koników. Ja i Młody chętnie się zgłaszamy na widzów na wiki wikiw ament.

Jak to się często u mnie dzieje, gdy coś mnie zafascynuje, zaczynam w tym grzebać. A, że ostatnio , czyli jakoś od dwóch lat cierpię na solidną fascynację tym, co się jada w różnych moich ulubionych dziełach, zaczęłam pilnie patrzyć, co jadalnego fruwa w świecie kucyków. Niby w sumie... same słodycze. Masa cupcakes z kremem prawdopodobnie maślanym, apple pie pojawiło się wielokrotnie, dżemy jabłkowe, cydr (z przyczyny zapewne kojarzącej się z alkoholowym, polskim napitkiem przetłumaczony u nas na sok) z jabłek i inne takie. Donuty raz także były w postaci całego miasta-tortu wykonanego z nich. Wiecie, niby fajne, ale jakoś mnie żadna z tych rzeczy za nos nie pociągnęła. Aż w końcu w drugim sezonie natrafiłam na coś, przez co zaświeciły mi się oczy i aż się pochyliłam w przód, by dowiedzieć się więcej. Chimi Wiśnia, albo Wiśnio Changa, pozwolę sobie przytoczyć polskie tłumaczenie, mignęła w scenie z odcinka 14 tegoż sezonu, jako wymysł Pinkie Pie w temacie wiśni i popularnego, meksykańskiego dania ChimiChangi. A ponieważ lubię wiśnie ponad wszystko, a za ChimiChangi od dawna chciałam się wziąć, tylko brakowało mi triggera... no to się znalazł.
Skoro już pozwoliłam sobie przytoczyć polskie tłumaczenie, to jedynie słuszne byłoby teraz zapodanie oryginalnego tekstu, bo, jak w przypadku cydru przerobionego na sok, tłumacze ograbili ChimiWiśnię z podstawowego, oryginalnego składnika, placek tortilla nazywając "specjalnym naleśnikiem". Ja wiem, że dzieciom ani w głowie to sprawdzać, ale come on! Od dawna już nie tylko dzieciaki to oglądają, więc może przestano by nas traktować jak upośledzonych, i skoro w kinach wali się dennym dubbingiem, zżerającym całe żarty językowe i mielącym je na średnio śmieszne przysłowiowe "Twoja stara", to chociaż w TV by postarali się jednak co nieco z tego zachować... ehh... marzenia ściętej głowy...
Anyway, poniżej przedstawiam fragment w oryginale, w którym Pinkie w słowotoku przedstawia pomysł, jaki odpalił mi w głowie bombę wiśniochangową i w podskokach wysłał do kuchni, ledwie zaczął się sezon wiśniowy:

Chimicherry or cherrychanga?

Cóż więc tam mamy? Ano przede wszystkim, jak już wspomniałam, "specjalny naleśnik" stał się zgodnie z zamysłem i wiedzą mą na temat chimichang - plackiem pszennej tortilli wypełnionym obrobionymi wiśniami, który potem, zwinięty, smaży się w głębokim oleju. Tylko tyle i aż tyle. Różnica między oryginalną chimichangą, a tą polega na tym, że chimichanga wypełniona jest mięsem i warzywami. Coś jak nasz krokiet. Tylko nikt tego nie panieruje w bułce tartej. Natomiast to, co Pinkie Pie wymyśliła to najnormalniej w świecie deser, a nie danie obiadowe. I to w dodatku, na stan mej wiedzy przed dokonaniem tego przepisu - trochę podobny do ciastka z MacDonalda, które kocham tak bardzo, jak nie znoszę ich pseudo hamburgerów.
Wiśnie, deser, ciastko i dziecko skaczące wokół mego wewnętrznego dziecka, żądające ChimiWiśni od jego ulubionej Pinkie Pie w trybie ekspresowym, przesądziło sprawę. A skoro dokonałam analizy materiału źródłowego, przyszła pora na konkretniejszą wiedzę. Czyli co internety powiadają w kwestii WiśnioChangi.
Okazało się, że sporo. Tylko, oczywiście, nie dając mi do końca tego, czego szukałam. Ja chciałam prawdziwej WiśnioChangi, takiej, jaką różowy kucyk opisywał, a internauci wciskali mi pod tym pojęciem WiśnioChangi z wiśniami i serkiem kremowym. Gdzie, pytam się, u kucyków jakikolwiek serek kremowy?! Przecież jasno jest wyłożone piskliwym głosikiem: tortilla, wiśnie, smażenie w głębokim oleju. Albo więc sprawdza się fakt, że ludzie z wyboru nie umieją słuchać gadania z telepatrzydła, albo robią i tak wszystko po swojemu. Tylko czemu, wobec tego, nie nazywają rzeczy po imieniu... to na sto procent nie jest CherryChanga Pinkie Pie, tylko inspiracja tym pomysłem. Drugim koszmarkiem była zawartość większości przepisów. Wiśnie już przerobione z puszki! Tortille pszenne, kupne, gotowe! Góra smakowitych E, które wciśniemy dzieciakom, kosztem oszczędzenia sobie kilkunastu minut... kurde, oni i ich skróty!
Nie da się tak, nie ze mną te numery, Brunner i tak dalej, Bansheek kiedy nie musi, nie korzysta z półproduktów. Pewnie, oszczędzą czas (i bez wątpienia ściągną na dzieciaka w dłuższym okresie czasu jakąś alergię na chemię), ale gdzie tu zabawa z gotowaniem? Gdzie emocje, gdzie nauczenie się nowej rzeczy? Po co twierdzić, że się gotuje, skoro się używa mrożonek, puszek i gotowych tortilli?!
A zatem wojnę wydałam tym wszystkim przepisom, pozamykałam karty i jedyne co zachowałam, to przepis na domowe tortille pszenne (i tak zmodyfikowany solidnie), które okazały się ekstra łatwe do zrobienia i o wiele smaczniejsze niż kupne.

A więc oto macie. Najprawdziwsze ChimiWiśnie albo WiśnioChangi Pinkie Pie. Bez oszustw, półproduktów i sztuczności, robione od początku do końca samodzielnie. Podsuńcie to dzieciakom, szczególnie tym, które oglądają "My Little Pony", to nie będą mówić o niczym innym przez jakieś... 20 minut?:) I swoim kolegom "Bronie" - też będą zachwyceni. A jak nie macie ani jednego ani drugiego, to rozpieśćcie samych siebie i też będzie super. Bo w końcu nie tylko Przyjaźń, ale i Gotowanie to... Magia:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

Na tortille pszenne (8 sztuk):
 2 szklanki mąki
3 łyżki oliwy z pestek winogron
3/4 łyżeczki soli
2/3 szklanki ciepłej wody

Na nadzienie wiśniowe:
600-700 gramów wiśni, świeżych lub mrożonych, wypsetkowanych
8 lub więcej łyżek cukru (zależnie od tego, jak słodkie są wiśnie i jak słodkie preferujemy nadzienie)
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Olej do głębokiego smażenia
Wykałaczki
Cukier kryształ do obtaczania w nim usmażonych WiśnioChang

Wykonanie:

Najpierw szykujemy sobie nadzienie, ponieważ potem, przy świeżych tortillach nie będzie za wiele czasu na robienie czegokolwiek innego, poza nadziewaniem.

Wydrylowane wiśnie wrzucamy do garnka o grubym dnie, lekko zgniatamy za pomocą widelca lub tłuczka do ziemniaków i nastawiamy pod nimi ogień.

Na gazie trzymamy je do momentu aż puszczą sok. Wtedy wsypujemy do garnka cukier i mieszamy, aż się rozpuści w soku, cały czas wiśnie podgrzewając.

Owoce z cukrem gotujemy, mieszając co chwila, tak długo aż zaczynają się powoli rozpadać, sok nieco odparuje, a ten, który pozostał w garnku, zaczyna gęstnieć.

Próbujemy, czy wiśnie są dostatecznie słodkie. Jeśli jeszcze nie, dodajemy cukier po łyżce, za każdym razem próbując. U mnie skończyło się na 8 i pół, bo wiśnie miałam dosyć kwaśne. 

Gdy smak jest już taki, jak chcemy - nie za słodko, ale też nie za kwaśnie - dosypujemy mąkę ziemniaczaną do gotujących się owoców i starannie, dokładnie mieszamy wszystko razem, stale podgrzewając, aż owoce i sok zaczną przypominać konsystencją frużelinę.

Ściągamy z ognia, studzimy. Podczas chłodzenia się, nadzienie zgęstnieje nam jeszcze trochę.

Przystępujemy do robienia tortilli.

W misce łączymy ze sobą mąkę, olej i sól.

Miksując zawartość miski, po trochu dolewamy ciepłej wody, aż ciasto zacznie nam się łączyć.

Zakładamy na mikser mieszadła hakowe i miksujemy jeszcze trochę, wyrabiając w ten sposób ciasto. Zajmie nam to do 5 minut.

Następnie wyłączamy mikser, ciasto formujemy w kulę i zostawiamy ją, przykrytą ściereczką w misce na 20 minut.

Po tym czasie dzielimy ciasto na 8 równych części i zwijamy je w kulki.

Każdą kulkę rozwałkowujemy zupełnie cieniutko (jeśli usmażymy tortille grube, za nic nie dadzą nam się elastycznie składać z nadzieniem w środku i popękają; muszą być naprawdę cieniutkie!) w kształt okręgu.

Stawiamy na gaz patelnię, smarujemy ją oliwą (solidnie) i kładziemy na rozgrzaną, tortillę.

Smażymy ją przez ok. 1 minutę na jednej stronie, do momentu aż zaczną pojawiać się bąbelki. Potem odwracamy i przyciskając do patelni smażymy z drugiej strony. Proces powtarzamy z każdą kolejną kulką ciasta.

Usmażoną tortillę kładziemy na talerz i ledwie zrobi się zdatna do dotknięcia, zaczynamy nadziewać. Jest to ważne, bo tortilla im suchsza i chłodniejsza, tym mniej elastyczna, a wiśnie puszczają sok. Nie możemy pozwolić sobie na pękanie ciasta, jeżeli mają z niego powstać CherryChangi.

Na pojedynczą tortillę kładziemy 1 i 1/2 do 2 łyżek nadzienia wiśniowego pośrodku placka w pionie.

Następnie zaginamy naleśnik z prawej i lewej strony tak, by oba boki zeszły się nad nadzieniem i je zakryły.

Przytrzymując "skrzydła", zawijamy do środka dół tak, by zakrył zawinięte boki, a potem zawijamy górę jak kopertę tak, by górna część wylądowała na górze WiśnioChangi.

Bierzemy 2 wykałaczki i spinamy naszą "kopertę", by się nie rozwinęła, odkładamy gotową CherryChangę na bok, na czas robienia kolejnych.

Proces powtarzamy z każdym następnym plackiem i nadzieniem.

Gdy wszystkie tortille są już zawinięte, nagrzewamy w głębokiej patelni olej do smażenia. Gotowy będzie w momencie, gdy drobinka surowego ciasta wrzucona w niego z miejsca zacznie skwierczeć na powierzchni.

Przygotowujemy sobie talerz z cukrem, w który będziemy wrzucać usmażone "kopertki", oraz tacę wysłaną papierem, na której wylądują na chwilę po smażeniu, by odcieknąć.

Wkładamy WiśnioChangi po dwie sztuki na patelnię, smażymy aż zaczną się złocić od strony zanurzonej w oleju, po czym przewracamy na drugą stronę i również smażymy do zezłocenia.

Gotowe wyciągamy na papierowe ręczniki i ostrożnie wydobywamy z nich wykałaczki. Podczas smażenia tortille się zestalą i stwardnieją, więc będą się już same trzymać.

Jak najszybciej przekładamy WiśnioChangi na talerz z cukrem i obtaczamy je w nim dokładnie tak, by pokrył jak największą powierzchnię.

Gotowe możemy serwować same, lub, jeśli wola, z dodatkiem bitej śmietany i różnokolorowych posypek.

Smacznego!
----------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

For wheat tortillas ( 8pcs):

2 cups of white whole wheat flour
3 tblspns of grape seed oil
3/4 tspns of salt
2/3 cup of warm water
 
For cherry filing:
600-700g of fresh or frozen pitted cherries
8 tblspns (or more, depending on your taste) of sugar
1 tspn of potato flour

Oil for deep frying
Toothpicks
White sugar for coating


The making of:

First prepare the filing, for there will be no time for this later, except for filing the tortillas with cherries and frying.

Pour pitted cherries into the heavy bottom pot, mash it a little bit with a fork, then start heating them.

When the juices flow, pour the sugar and mix it alltogether, until the sugar is dissolved.

Cook the fruits, stirring from time to time, until the fruits start to fall apart, some of the juice evaporates and the rest becomes thick.

Check the taste and if the cherries are to sour, add some more sugar, 1 tablespoon at a time. I ended with 8 and a half for exceptionally sour cherries.

When the taste is allright - not too sweet but not sour either - add the potato flour, mix it all and cook some more, until the fruits are in the medium pieces and the juices look like gel.

Remove the fruits from the fire, leave it to cool. While the filing starts to cool it becomes thick some more.

Now we can start making the tortillas.

In a bowl, mix together the flour, oil and salt.

Slowly add the warm water while stirring until a rough dough comes together. Add a little extra water if needed.

Attach the hook paddles onto the hand mixer and kneed it for about 5 minutes.

Turn the mixer off, form a ball of dough and let it rest for about 20 minutes.

Divide dough into 8 equal balls.

Roll each ball into a circle (you want them to be pretty thin, or the tortillas after cooking are too thick and break instead of elastically curve).

Heat a pan over medium high heat and grease it generously.

Drop one dough circle into the pan and cook until bubbles form - about 1 minute. Flip over and cook another minute, pressing down with a spatula if needed. Repeat with remaining dough.

As soon as the tortilla is cooked and possible to touch, start filing it with cherries. This is important, for the colder and drier the tortilla is, the bigger the chance it will break while putting the filing in. 

Put 1 and 1/2 - 2 tablespoons of filing vertically on the center of tortilla.

Curve the right and the left side of tortilla evenly, so it covered the filing in the center.

Then curve the down side of tortilla, covering the sides on the filing, and finally curve the upper side, creating a kind of envelope.

Secure the sides with 2 toothpicks, so our CherryChanga did not opened, and put it aside.

Repeat the proces with all the tortillas and filing.

When the CherryChangas are ready, heat the oil for deep frying. The oil is hot enough when a small piece of dough dropped inside, starts frying imediatelly on the surface.

Prepare the plate with sugar for coating our CherryChangas, and a plate covered with paper towels, where you put CherryChangas imediatelly after removing from hot oil, to drain a bit.



Fry 2 CherryChangas at a time until it gets golden on the first side, then flip it up and fry the second side the same.

When CherryChangas are ready, remove them from hot oil, put on the paper towels for a moment, and carefully remove the toothpicks.

Quickly put CherryChangas into the sugar and coat it nicelly.

You can serve it while still warm, or cold, just as it is or with a whipped cream and colorful sprinkles, as your kiddies (or  "Bronie" friends) wish:)

Cheers!



 

piątek, 15 lipca 2016

Czekoladowy pudding chia ze smażonymi czereśniami / Chocolate chia pudding with glazed sweet cherries

Zauważyłam ostatnio ciekawy trend: zamiast eksperymentować ze znanymi potrawami, wyciąga się nagle nie wiadomo skąd jakiś niezwykły składnik i robi z niego cuda. Skąd to takie dziwne się wzięło - nie wiem, ale trend wylazł przede wszystkim w rozmaitych programach kulinarnych, które się ogląda z ciekawości, jeśli człowiek interesuje się gotowaniem.
Robią na przykład coś, gdzie muszą użyć kaszy albo innej drobnicy. I nagle, bach, słyszę o amarantusie. Wielki Boże, co to jest?! Co prawda szefowie kuchni gotują dosyć często z rzeczy, jakie nam się nie śniły i raczej jakich nie zobaczymy na własnym stole, nie mówiąc już o wyżerce u rodziny pokolenia przed nami, ale w takim wypadku wytrzeszczając oczy, człowiek patrzy i widzi jakąś drobną kaszę. Wygląda jak manna, ale ponieważ nie zna, dantejskich wysiłków wymaga od niego wyobrażenie sobie nie tylko co to jest i jaką ma mieć prawidłową konsystencję, ale także, jak to powinno smakować. Ciężko, dzięki temu, podpiąć się pod dany przepis, mimo, że sędziowie w tych talent-show mlaszczą na daną potrawę z amarantusem, komentują smak, a ty, człowieku, zachodzisz w głowę: "w sensie, że dobre, nie dobre? Jak manna, jak ryż, jak kozie boki?". I cholera cię bierze na miejscu, ale to raczej dobra rzecz, ponieważ prowadzi do kolejnego etapu tj. własnołapnych doświadczeń.
Najpierw grzebiesz po internetach, szukając, co to jest amarantus. Wiecie co to? Żadna zamorska bylina ani kasza, tylko najzwyklejszy szarłat, nasiona które były kiedyś popularne w użyciu, ale przestały być. Czemu? Pojęcia nie mam, ale coś musiało to spowodować, skoro teraz tak to zachwalają i przywracają na stoły. Przypuszczam, że jest zdrowa i bardziej dostępna niż 20-30 lat temu, a gościom w restauracjach znudziło się jedzenie tych samych pięciu czy sześciu rodzai kasz.
To samo się ma w przypadku  topinamburu, na który jest bum jak stąd do tamtąd, robią z niego puree, chipsy, smażą, pieką, gotują, zachwyt w ciapki i ogólnie szał, a jest to, jak się okazuje bulwa, na dodatek chwast, którą mieliśmy już w kraju w osiemnastym wieku. Wielki powrót, tak mi się widzi, albo znudzenie ziemniakiem i selerem i szukanie poklasku w starych nowościach. Przepowiadam, że za dziesięć - dwadzieścia lat, o ziemniakach się będzie zapominać, a za pięćdziesiąt nagle wróci, jak się im te wszystkie amarantusy i inne topinambury znudzą. Smaczny jest, na pewno lepszy niż topinambur, a to... to tylko moda. Modom nie jest bezpiecznie ulegać, bo można łatwo zgłupieć. Ale warto czasem spróbować, o co taki kociokwik i to jest właśnie dobra rzecz, której ja osobiście uległam.
Nie skłoniłam się ku topinamburowi, ani ku amarantusowi, a zaciekawiły mnie nasiona chia: kolejny obiekt zachwytu ostatniego roku czy dwóch. Zdrowe toto być musi, skoro dietetycy polecają, ale jak to wygląda za smakiem? Samo? Bida z nędzą. Ani słodkie, ani kwaśne, ani żadne. Nijakie po prostu, więc tylko wartości odżywcze nasiona chia ratują. Ale już z czymś jak się go próbuje... oooo, to zupełnie inna para kaloszy. Poza tym fajna konsystencja, gdy pozwoli się im namoknąć. Zamiast przypominać mak, zaczynają przypominać pestki papai. A poza tym wrażenia w paszczy są... zabawne. Miękkie, ale chrupie i strzela. A to oznacza, że chia, jak tylko ją z czymś połączymy, jest doskonałym dodatek do deserów, szczególnie dla tych, co te desery nie za bardzo na słodko lubią. Łapsnie cudzy smak, doda swoich niezwykłych wrażeń konsumpcyjnych, a my już ją jakoś po swojemu dosłodzimy. I jest fajnie. Letnio. I zabawnie.

Połączenie nasion chia z nabiałem w postać puddingu ponownie rzuciło mi się gdzieś w oczy w jakiejś gazecie, ale, jak w przypadku przepisu na roladę waflową z truskawkami, coś w tym przepisie oryginalnie mi nie grało. Więc go zmieniłam. Na lepsze, mam wrażenie i na smaczniejsze.
No i akurat mamy sezon na czereśnie - więc czereśnie, w niezwykłej postaci smażonej, ni to konfitur, ni to glazury, zdobią nasz niebywale ciekawy pudding, zmieniając samą swoją obecnością jego smak na naprawdę fajny i awangardowy, a deser tym samym zanęca i ludzi na diecie i miłośników zdrowej żywności i tych jedzących normalnie, bo zwyczajnie jest zabawny.
Bawcie się więc. Na to gorąco, jakie mamy teraz za oknami potrawa to idealna, nie wymagająca długie kombinowania, najwięcej czasu spędzi nam w lodówce, sama dochodząc do właściwej postaci.

Zapraszam więc do próbowania i eksperymentów własnych w zapodanym temacie;)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)







Składniki (na 2 porcje):

1 szklanka mleka
200ml śmietanki kremówki
3 łyżki nasion chia
2 łyżeczki kakao
2 łyżeczki cukru
4-5 garści wydrelowanych czereśni, pokrojonych na połówki
5 łyżek cukru

Wykonanie:

Podgrzewamy mleko w garnuszku. Nie zagotowujemy. Ciepłe zdejmujemy z ognia.

Do ciepłego wlewamy śmietankę, dosypujemy kakao i cukier. Mieszamy dokładnie wszystko razem.

Dosypujemy nasiona chia i ponownie mieszamy.

Odstawiamy na co najmniej 15 minut by chia napęczniała i mieszamy ponownie.

Masę przekładamy do pucharków i wstawiamy do lodówki na co najmniej 2 godziny. 

W tym czasie robimy smażone czereśnie.

Umyte, wypestkowane i sprawdzone pod kątem obecności robaków owoce, kroimy na połówki i wrzucamy do garnuszka z grubym dnem.

Dosypujemy cukier i zaczynamy smażyć na małym ogniu, stale mieszając.

Najpierw puszczą sok, a cukier się z nim wymiesza i rozpuści. W tym momencie, mieszając już raz na jakiś czas pozwalamy im pyrkać samodzielnie do czasu aż czereśnie zaczną się robić szkliste i przezroczyste, a sos wokół nich będzie coraz gęstszy.

Gdy soku będzie już naprawdę niewiele, a owoce przybiorą lśniącą, rubinową barwę, będą też jednocześnie miękkie i przejrzyste, zdejmujemy z ognia i studzimy całkowicie.

Zimne za pomocą łyżki przekładamy na pudding z chia. Pierwsza warstwa na pewno zatonie - jest to celowe, by tym sposobem znajdą się w środku, użyczając swego smaku puddingowi. Druga warstwa już zostanie na górze, zdobiąc nam deser.

Gotowy pudding raz jeszcze wstawiamy do lodówki i zostawiamy na kolejne kilka godziny. Ja zostawiłam na całą noc i też było dobrze.

Serwujemy, ozdobione listkiem mięty.

Smacznego:)
-----------------------------------------------------------------------------------

Ingredients (for 2 servings):

1 cup of milk
200ml of heavy cream
3 tblspns of chia seed
2 tspns of cocoa powder
2 tspns of sugar
4-5 handfuls of stoned sweet cherries, cut halves
5 tblspns of sugar


The making of:

Heat the milk in a small pot, lukewarm. Do not boil it. Remove from fire.

Pour there heavy cream, sugar and cocoa powder. Mix it alltogether.

Pour chia seeds and mix it again.

Leave it for 15 minutes for chia seeds to swell and mix it again.

Put the chia pudding to the glass bowls and put into the fridge for at least 2 hours.

Use this time to prepeare glazed sweet cherries.

Put washed, stoned and cut in halves fruits into the small pot.

Pour a sugar and start frying on a small fire, stirring frequently.

When the juices flow from the fruits and sugars dissolves, let it simmer, stirring from time to time, until the sweet cherries becom glossy and almost transparent and the juice becomes thick.

At the moment when the juice is almost gone and the sweet cherries are glossy and ruby red (as on the picture) and soft, remove it from fire and cool completely.

When it is cold divide the into the bowls with pudding, spooning carefully. The first batch will go down - it is normal and it should be like this. Glazed cherries will share its taste with a pudding. The second batch should stay on the surface.

Put the desert into the fridge again for another couple of hours. Overnight will do nicely.

Serve, with a mint leaves.

Enjoy:)

wtorek, 12 lipca 2016

Truskawkowa rolada z wafla / Strawberry and wafer roll-up

Przedstawiać Polakom wafli nie trzeba. Każdy chyba zna te płaskie, suche placki z krateczką, pakowane po 6 sztuk, z których mamy i babcie od zawsze (przynajmniej u mnie) robiły andruta, piszingera, czy jak to kto tam nazywa w którym regionie Polski, najprościej w świecie przekładając każdy blacik albo masą krówkową robioną z gotowanego mleka zagęszczonego, albo czekoladową, albo galaretką (tej ostatniej z jakiejś przyczyny nie mogłam znieść w andrucie, chociaż generalnie galaretkę bardzo lubię). Nawet na początku "odwilży" ten deser był popularny, bo szybki i tani, nie narobiło się przy nim, a rodzina zadowolona.

Jakoś tak się jednak stało, że popularny jest przede wszystkim u nas, dlatego, że poza granicą wafle są znane głównie jako typowe gofry - waffles. Dlatego pewnie jeszcze internetu nie zalała tona wariacji na ich temat. Nie znają, nie widzą powodu by się dokształcać. Zupełnie jak w kwestii smalcu, galaretki z nóżek czy wszelakich kiszonek. Tłuste, rosół z żelatyną lub zepsute jedzenie - a to przecież zupełnie błędne podejście. Tak jak u nas do brownie - że zakalec. Ludzie są jednak dziwni, nie chcąc próbować nowych rzeczy. Trzymają się uparcie starych, nie wiedząc jakie cuda im uciekają sprzed nosa. Ja na przykład ciekawa jestem smaku świerszcza w miodzie. A ostatnio kupiłam nasiona chia i... efekt, niesamowicie smaczny, zobaczycie w kolejnej felce:)

Wafel u nas, okazało się jednak, nie tylko spożywa się w formie przekładania jednego blatu kremem i drugim blatem. Ktoś jednak wyczaił, że namoczony wafel daje się pięknie kształtować i traktowany delikatnie, nie rozrywa się, tworząc wspaniałe zastępstwo ciasta. Taki myk jest właśnie odmianą typowego wafla z masą i występuje jako rolada waflowa, w takiej ilości odmian, że mózg staje. Od słodkich, po wytrawne. Polewane, nie polewane, zapieczone nawet widziałam. Z dodatkiem w postaci owoców w środku, mimo zawiniętych warstw... wyglądają super smacznie. I do tej pory byłam błogo nieświadoma, że nie tylko tak wyglądają, ale naprawdę są przełomowym odkryciem w momencie: "Chcę zrobić coś słodkiego, jest 30 stopni na termometrze, za nic nie będę piec, bo się roztopię!". Nie pieczemy, bierzemy gotowego wafla i jedyne co robimy, to nadzienie. A potem... robi się samo, a my leżymy i pachniemy.

Dla tego wspaniałego, leniwcowego ciasta postanowiłam użyć truskawek. Ostatnie już ich podrygi. Na działkach praktycznie nie ma, a cena w sklepach osiąga astronomiczną wysokość 12 złotych za koszyczek nędznie wyglądających owoców. Przepis ten jednak i przysmak zrobiony został w sezonie, gdy za ogromne, krwiste i smakowite "konie" płaciło się po 5 złotych. Mam niestety lekki poślizg czasowy z wrzucaniem felek, ale akurat na sam koniec sezonu zdążyłam:) Zawsze też możecie zamiast truskawek do masy użyć innych owoców. Trwa sezon na czereśnie, wiśnie się rozpędzają, a moreli mamy dostatek wszędzie i to już po znośnej cenie. Jedyne, co będziecie musieli zrobić w przypadku masy z innych owoców, to dopasować ilość cukru do własnego podniebienia i voila! Doskonała rolada gotowa.

Sam pomysł na tę roladę spadł mi z dodatku do jakiejś kobiecej gazety, na który przypadkiem rzuciłam okiem i przekartkowałam. Tam użyto malin, ja jednak wolałam truskawki, bo szczerze je lubię i, tradycyjnie, już za nimi tęsknię, chociaż jeszcze, jakby się uparł, to można by je kupować i jeść. No i mrożone owoce. Też można, ale wtedy trzeba pamiętać o odsączeniu nadmiaru wody, by nam rolada nie popłynęła. Jednakże nie za bardzo spodobał mi się przepis, więc go przerobiłam i smakowo jest o wiele lepszy teraz, niż w proponowanej gazecie.
A ponieważ w tym momencie u mnie też jest około 30 stopni, a kuchnia dopiero ostygła po smażeniu bezglutenowych donutów na Challenge'e numer 3 - zamierzam też poleżeć i popachnieć w dobrze zasłużonym lenistwie, więc felkę już dokończę i tylko zaopatrzę was w dwujęzyczny przepis z wykonaniem, oraz w smakowite zdjęcia i zachętę do zrobienia. To jest serio strasznie smaczne i proste, aż dziw bierze:) Spróbujcie.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

4 duże kwadratowe wafle tortowe
250g truskawek świeżych lub mrożonych (odsączonych z nadmiaru wody i soku), pokrojonych drobno
1 galaretka truskawkowa
1 garść drobno pokruszonych krakersów grahamowych lub dowolnych ciastek zbożowych
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii 
50g miękkiego masła w temperaturze pokojowej

Wykonanie:

Galaretkę rozpuszczamy w szklance wrzątku, studzimy, nie ruszając do momentu aż zacznie się ścinać.

Miękkie masło miksujemy w puch z cukrem.

Nadal ucierając, wrzucamy po kilka kawałków truskawek, miksujemy z maślano-cukrową masą i dopiero wtedy dodajemy kolejne, aż do wyczerpania owoców. Dzięki temu masło nam się nie zetnie.

Na koniec dolewamy tężejącą galaretkę i dosypujemy drobno pokruszone krakersy oraz ekstrakt z wanilii i raz jeszcze miksujemy, by masa była spójna, o ładnym kolorze. Próbujemy i w razie potrzeby dosypujemy cukru.

Na równej, poziomej powierzchni układamy sporą płachtę folii aluminiowej.
 
Bierzemy pierwszy z wafli, kładziemy grubszą kratką na zewnątrz, a bardziej płaską powierzchnię smarujemy starannie grubą warstwą kremu truskawkowego, pamiętając o rogach i brzegach.

Przykrywamy drugim waflem (grubszą kratką do kremu) lekko przyciskamy i smarujemy następną warstwę tak samo jak poprzednią.

Przyciskamy trzecim waflem i ponownie smarujemy go kremem.

Ostatni wafel kładziemy drobniejszą kratką do kremu, tak, by grubsza kratka była u góry i dołu tortowej wieżyczki. Dociskami wszystkie do siebie, kładziemy coś cięższego na wierzch i zostawiamy co najmniej na godzinę, aż wszystkie wafle nasiąkną kremem i zrobią się miękkie.

Ściągamy obciążenie, upewniamy się, że rogi i całość wafli jest miękka i ostrożnie, zwijamy wafle w roladę, tak mocno jak się tylko da, bez robienia dziur w waflu. Zrolowaną, otaczamy folią aluminiową zaciskając na rogach i wkładamy do lodówki na co najmniej 2 godziny, najlepiej na noc.

Przed serwowaniem wyciągamy z lodówki, odwijamy z folii, odcinamy nierówne boki i serwujemy kawałki w towarzystwie truskawek lub udekorowane kleksami bitej śmietany.

 Smacznego!
------------------------------------------------------------------------

 Ingredients:

1 pack of square wafer sheets
250g of fresh or frozen (drained from the extra juice and water) strawberries, cut into smaller pieces
1 jelly, strawberry flavour
1 handful of home-made squashed graham crackers or other digestive cookies
1/2 cup of sugar
1 tspn of vanilla extract
50g of soft butter, room temperature

The making of:

 Melt the jelly powder in 1 cup of hot water, stir until dissolved, cool completely, and leave until almost hardened.

Cream the butter with a sugar until light and fluffy.

While still mixing add some strawberries, a few pieces at a time, mix them with creamed butter and sugar, and add the rest of them the same way. You will prevent this way a curdeling of butter.

Add almost hardened jelly, crushed graham crackers and a vanilla extract. Mix once again and taste it. If necesarry, add some more sugar. 

Put a large sheet of aluminium foil on a flat surface.

Take the 1st sheet of wafer, smear strawberry buttercream on the surface generously, remembering about covering all the edges. 

Put another sheet of wafer, press it down a little, and cover its surface with a buttercream the same way as previously.

Put the 3rd wafer sheet, and repeat the action.

Put the fourth wafer on the strawberry buttercream and press it alltogether. Then put something moderatelly heavy on top, so all the wafers sticked to the buttercream and leave it like that for at least 1 hour so the wafers softened.

When the time passes, remove the burden, make sure that the whole wafer surface is soft, and carefully roll it all up as tightly as you can, not making a holes in the wafers or shreding them. Put the ready roll-up on the sheet of aluminium foil, wrap it up and put into the fridge for at least 2 hours, overnight if possible.

When you are prepeared to serve it, remove roll-up from the fridge, remove the foil, cut off uneven ends  and serve the slices, decorated with a strawberries or/and whipped cream.

Cheers!

 

czwartek, 7 lipca 2016

Zupa Żony z "Firefly" //Wife Soup from "Firefly" (Challenge no. 2)

Pewne rzeczy nie trafiają do mnie tak z miejsca. Do niektórych muszę się przekonywać całe lata. Do innych nie przekonam się nigdy, nawet po setnej próbie. Są też i takie, do których nie ma mnie co namawiać, bo nawet prób się nie podejmę. I to w każdej dziedzinie życia. Nie ubiorę się w róż - nie ma nawet co próbować. Nie zacznę słuchać bladego dicho, żadnej z jego odmian narodowych, włącznie z rodzimą. Szczególnie z rodzimą. Nie przekonam się do Harlequinów, chociaż przyznam, próbowałam i nawet te pisane normalnie, szczególnie z tłem historycznym, które przeczytałam do końca bez wrażenia zmarnowanego czasu i ciskania literalnie książką w kąt, nie nawróciły starej wyjadaczki fantasy i sf na ten typowo kobiecy nurt literacki. Próby jednak były i nikt mi nie wciśnie, że "nie znasz, a nawet nie sprawdziłaś, co to".
Do pasztetu nawet dałam się przekonać po 30 latach nienawiści zakorzenionej przez obrzydliwość serwowaną w przedszkolu. Taki bez wątróbek w przesadnej ilości, pieczony, zjem. I to całkiem chętnie. "Lukr" (japiszońska knajpa rzeszowska, całkiem zresztą smaczna, której bardziej luzacka odmiana "Sport's BBQ" to moja ulubiona knajpa z amerykańskim żarciem; polecam wstąpić do jednej i drugiej, jak będziecie w Rzeszowie, w Millenium Hall, tylko nie bierzcie brownie, bo piec ciast w stylu USA to oni tam zupełnie nie potrafią:D) serwuje jako czekadełko znakomity pasztecik pieczony z królika z krakersem i konfiturą żurawinową. Warto więc czasem spróbować na przekór sobie, ale tylko tej jednej odmiany. Reszty pasztetów, poza tym jednym, z "Lukru", nienawidzę hurtowo.
Z jedzeniem w sumie to jest tak u każdego. Z książkami podobnie, ale jakoś tak to jest z filmami i serialami, że jak się nie "zaskoczy" z jakimś pierwszy raz, to bardzo ciężko zaskoczyć już wogóle. Weźmy takiego na przykład "Arrowa". Zaczęłam oglądać, bo fajny koleś z bródką, fabuła oparta na komiksowej, generalnie moja tematyka, ale wiecie dokąd z nim dojechałam? Do 6 odcinka 1 sezonu i potem dałam sobie spokój. Tyle mniej więcej kręciło mnie oglądanie Olivera Quinna prężącego mięśnie i po 6 odcinku zaczęło mnie straszliwie nudzić. Nic serial nie miał dla mnie do zaoferowania poza tym.
Na "Flasha" natomiast - niby to samo universum, ci sami ludzie robili - zareagowałam zgoła odmiennie. Już pierwszy odcinek mnie zdobył i przykuł do serialu tak samo skutecznie jak zrobiła to "BattleStar Galactica" (remake klasyka w postaci serialu - wszystkie 4 sezony i następujące po nich filmy), stareńki obecnie serial "Piękna i Bestia" (którego odbiór popsuł koszmarny remake z ostatnich lat z Kristen Kreuk w roli głównej) z Lindą Hamilton i zawsze wspaniałym Ronem Perlmanem, a także "M.A.S.H", "Allo, Allo", "Kindred: The Embraced" i "Przyjaciele", którzy nigdy się nie zestarzeją i nie uciekną z niczyjej pamięci, czy od premiery mija trzydzieści czy pięćdziesiąt lat, albo czy śmierć głównego bohatera kończy ich karierę. Są po prostu takie rzeczy, takie seriale i filmy, które od początku są "twoje", a ty jesteś "ich" i już pierwsze minuty, wlepione z zachwytem w ekran oczy i bezgłośne "o, kurwa", wydobywające się z twoich ust, świadczą dobitnie, że trafiły na siebie jabłko i pasująca do niego pestka, by się złączyć i nigdy już nie rozdzielić.

Mogłabym się jeszcze porozwodzić nad tym ile dla mnie znaczą "Star Wars" i że znałam na pamięć niemieckie dialogi z "Imperium Kontratakuje" (gdyż kiedyś na kasetach VHS tylko taką wersję można było dostać), nie mając pojęcia o języku niemieckim, tak często oglądałam tę część, cytowałam z pamięci "Nową Nadzieję", a Yodę z "Powrotu Jedi" podrabiałam bezbłędnie mając 13 lat... ale to nie o tym tu mowa ma być, więc wrócę do "Star Wars" przy innej okazji. Mowa będzie o jednej z tych rzeczy, które już spisałam na straty.

"Firefly". Tudzież "Serenity", jeśli ktoś spotkał się najpierw z filmem, potem dopiero trafił na serial. Jestem tym drugim przypadkiem. Z postaciami z serialu spotkałam się z dziesięć lat temu, gdy wyszedł film - niejakie kompendium z 1 sezonu serialu "Firefly" i, co tu kryć, sf bo sf, fajne. Nigdy nie odmawiam sobie solidnej porcji wybuchów, laserów, miałkiej akcji i płaskiej fabuły, jeśli tylko towarzyszyła jej wystarczająca ilość CGI i blue-screenowych ujęć. Ale poszłam na film ów jako kompletny random i wyszłam jako kompletny random. Nawet nie zapamiętałam za wiele z tego filmu, ale sądzę, że to dobrze, bo teraz poznaję to wszystko od nowa. Nic szczególnego tam mnie nie zachwyciło, i tylko potem śmieszyła mnie zabójcza ilość masakrycznie brzydkich grafik, w których kopiowano pozy dziewczyny z plakatu u każdej, mającej wyglądać bojowo, wojowniczki. Mogłam wskazać grafikę, rycząc ze śmiechu: "o, kolejna z tego tam... ej, Domin, ten film sf, gdzie na końcu ludzie zjadali ludzi, a panna była terminatorem...!?". Tak, tak, do trzech lat wstecz od chwili obecnej tak wyglądała moja wiedza w tym temacie.
Oświecenie nie przyszło ani wtedy, gdy dowiedziałam się, że jest serial na podstawie filmu (chociaż było odwrotnie), ani gdy obejrzałam pierwszy odcinek. Nie przemówiło. Nie tknęło. Ta pestka zupełnie nie chciała się wpasować do jabłka. "Crash and burn, co, Maverick?", że tak zacytuję z "Top Gun". Ano... nie załapałam ani za pierwszym razem, ani za kolejnym podejściem, w zeszłym roku, przy okazji zainteresowania serialem "Castle". Czy było to związane z innymi, lepszymi serialami na tapecie, czy ze złym podejściem, bo bezcelowym, nie wiem. Ale drugi raz też nie zaskoczył.

A potem, ledwie miesiąc temu, jak dobrze liczę, Bantofelki rozkręciły mi się na całego, zaczęły się pojawiać pierwsze Challenge'e i Tesska (tak, ty, właśnie ty, Szkarłatną Literą odpowiedzialnej cię oznaczam:D), szukając dla mnie czegoś ciekawego, rzuciła nagle hasłem "Firefly". Czy znam. Znam, odrzekłam, ale nie lubię. A oni coś tam jedzą, że na felkę? Ano cały czas coś żrą. I piją. W sf z westernowym posmakiem.
I w tym miejscu proponuję minutę pełnej szacunku ciszy dla tej kobiety, która sprawiła, że po raz pierwszy i jedyny w swej karierze dałam trzecią szansę jakiemuś serialowi i sięgnęłam po niego mimo uprzedzeń i wcześniejszych, kiepskich doświadczeń.

....
...
..
.
i jeszcze chwileczka, Tesska, bądź pochwalona ty i Kocie Komando Krówek Twoje (i wszystkie pchły jego), a także Samiec i ten, który na ciebie "Firefly" wypuścił.
.
Już.

Powiedzieć, że kocham ten serial, to z lekka niedopatrzenie. Dopiero  trzy - cztery odcinki za mną, ale już zdążyłam się wciągnąć. Już kończąc jeden, rozmyślam nad drugim, nerwowo patrząc na późno-nocną godzinę na zegarku. I to są oznaki tego, że w końcu "Świetlik" mi się przyjął, jeśli nie jako jeden z ulubionych seriali, to takich fajnych, do których pewnie jeszcze wrócę. I wierzyć będę, że może kiedyś zrobią drugi sezon...

Czemu trzecia szansa i dopiero teraz zaskoczyło? Bo żarcie podane w sposób nietypowy. Niby postacie w każdym filmie coś jedzą, jest się na czym oprzeć pisząc felki, ale jakoś... spodobało mi się to, co tam zdążyłam zobaczyć. Takie w sumie proste toto, choć robione na statku kosmicznym. Proste ale... z twistem. Lubimy twisty. Lubimy jak coś się dzieje i wali nas to coś w czoło, prostotą, ale wyrafinowaną wysoce, gdy się tego wogóle nie spodziewamy, działając na ambicję. Dlatego też z tej racji, że nie lubiłam, i nagle mi się odmieniło i wsiąkłam, z powodu poszukiwania nowego wzywania i przez to, że Zupa Żony przedstawiła mi się tak fajnie w jednym z odcinków i niezwykle smacznie w wygrzebanym przepisie - oto wasz bohater. Oto felka. I oto ja, pokorna sługa, która dzisiaj z rozkoszą patrzyła, jak jej chłop wyskrobuje z miski ostatnią makaronową muszelkę i skrycie wylizuje talerz z resztek zupy, gdy myślał, że nie patrzę, ja, która nie chciałam, a zrobiłam. I Zupa Żony, która w wykonaniu Zoë dla jej męża za to, że "dobrze się sprawił" to absolutnie niespodziewane, proste mistrzostwo świata dań jednogarnkowo-zupnych. Coś, co każdy z nas by zjadł w pewnym momencie życia. I tylko ciasta by potem zawołał.

Wife's Soup czyli "Zupę Żony" widzimy w odcinku o nazwie "War Stories". Przy samym końcu. Zupy nie pokazują za wiele, ale z samej konsystencji tego, czemu się uważnie przyjrzałam ze trzy razy, skapującego z chochelki, wynikło to, że mamy do czynienia z czymś bardzo gęstym. Nadto jasnym, ale niezbyt. Niestety zawartości talerza już nam nikt nie pokazał ale w sumie... przeciętna laska mająca gościa, zna też jego apetyty, więc może sobie dośpiewać, czego by sobie życzył facet w zupie ku swej czci. Tak ogólnie. Pobawiłam się więc we wróżkę, zanim jeszcze zaczęłam szukać za godnym swego miana przepisem i spisałam sobie podstawową zawartość zupy, jaką żaden mięsożerny mężczyzna nie pogardzi, a wręcz pochwali.
Gęsta. Ma być gęsta. Najlepiej tak, by łyżka stawała, ale nadal ma to być zupa. Z dużą ilością ziemniaków, mięsa, najlepiej krwistego, czyli kłania się wołowina. Warzyw może być trochę, ale chłop to nie królik, kalarepki i pietruszki nie są potrzebne. Samiec-mięsożerca, dostarczyciel dóbr doczesnych dla rodziny potrzebuje czegoś porządnego na walkę o byt, a nie jakieś fruwające farfocle. Natomiast groszek jest fajny. Groszek lubi każdy, więc groszek pasuje. Doprawione. Pieprz, sól, ale papryka i chili nie - jak ktoś będzie akurat oglądał ten odcinek, niech się przyjrzy - jakoś szczególnie wiele wody do picia w towarzystwie zupy nie ma, więc ostra nie jest. Ale przyprawiona po męsku być powinna. Czosnek, drogie panie, to nasz pomocnik w tym przypadku, bo zrobi nam całą robotę aromatyczną.
Do tej listy dodałam jeszcze parę ziół i przypraw, oraz cebulę, ale, jak się okazało po czasie, gdy już miałam przepis na dodatek powiązany z wiki Firefly, trafiłam niemal w dziesiątkę z większością rzeczy, a zioła zupełnie nie są potrzebne. Makaron mnie jednak zaskoczył, bo jednak ja go nie dodaję do zup, które rysują się tak zawiesiście jak "żonina". Jednak, skoro piszą, że ma być, to dodamy. I powiem wam, że swoje ten makaron zrobił.

Jak wyszło, z maksimum składników, minimum zielenin i burzą potężnych, mocnych, męskich aromatów? Zajebiście!
To typowe danie jednogarnkowe. Nikt wam nie zakwiczy o drugie danie po tej zupie, bo jest tak cudownie sycąca, ale jakimś cudem nie zapychająca, że nic już ci po niej nie będzie trzeba. No, chyba, że ciasta.
Mięso, ziemniaki i marchewka to mocna baza, "woda" jest bardziej sosem gulaszowym, czosnek z pieprzem to królowie aromatu w tym prostym daniu, a po dodaniu makaronu do tego wszystkiego... o mamo... aż zacytuję swoją drugą połowę: "Wziąłbym dokładkę... ale nie zmieszczę... ale może jeszcze trochę...<stłumione beknięcie sytości, za który Chińczyk pokłoniłby się w pół, w podzięce za tak głębokie wyrazy uznania>... o Jezu, nie mogę. Ale może jednak trochę...":D
Wylizał talerz!

A teraz wy, jeżeli wasze drugie połowy "sprawiły się dobrze" w dowolnej sytuacji i zasłużyły na tę cudowną potrawę, łapcie za składniki i gotujcie własną Zupę Żony. Nawet jeśli nie jesteście żonami, a dziewczynami, albo siostrami. Mężczyznom czasem trzeba takiego wyrazu uznania, bo przecież chociaż raz w życiu "sprawią się dobrze". I za taką formę podzięki (a potem może ciasto... lub seks... i ciasto:P) będą wam najbardziej wdzięczni.

Przepis częściowo wzięty stąd. Adaptowany pod polskie gotowanie.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

3-4 duże ziemniaki (ja użyłam około 12-15 młodych, więc małych)
3-4 marchewki
5 ząbków czosnku
1/2 kg wołowiny
1/2 litra bulionu wołowego (może być z kostki)
3 liście laurowe
1/2 opakowania mrożonego, zielonego groszku
1 -1 i 1/2 szklanki makaronu kolanka

ostry, łatwo topiący się ser (np. salami), do starcia na zupę(opcjonalnie)
krakersy o dowolnym smaku (polecam te z serem lub czyste solone, by nic nam się nie wcinało w smak zupy)(opcjonalnie)
sól, pieprz 

Wykonanie:

Marchewki obieramy i kroimy w drobniejsze kawałki (u mnie plasterki) i wrzucamy do średniego garnka z grubym dnem.

Ziemniaki myjemy starannie i obieramy (niekoniecznie, ale o starannym wymyciu i wycięciu "oczek" trzeba pamiętać), kroimy w mniejsze kawałki i dorzucamy do marchewek.

Warzywa zalewamy wodą na tyle by je porządnie przykryło i z odrobiną zapasu, solimy i stawiamy na ogień, by zagotowały się aż do prawie miękkości.

Po ugotowaniu odlewamy 3/4 wody.

Do warzyw i resztki wody wlewamy bulion i ponownie stawiamy na ogień, by się zagotowało, zmniejszamy ogień i pozwalamy im "pyrkać" dalej.

Mięso kroimy na małe kawałeczki (nieco drobniej niż gulasz, szczególnie, jeśli to wołowina - skróci się czas gotowania z mniejszymi jej kawałkami) i wrzucamy do popyrkujących warzyw, po czym zagotowujemy na porządnie, szumy zbierając, jeśli się pojawią (nie powinny, lub bardzo mało) lub rozmieszując je w zupie.

Ząbki czosnku obieramy, przekrawamy na pół i wrzucamy do zupy.

Dorzucamy liście laurowe i wsypujemy pieprz, sporą, ale zjadliwą ilość.

Mieszamy wszystko razem, ogień ustawiamy na średni i gotujemy tak długo, ile mamy czasu. Może być nawet kilka godzin. Mięso jednak na pewno musi być miękkie. Mnie zajęło to 1,5-2 godzin. Raz na jakiś czas trzeba podejść, zamieszać, dolać wody, jeśli wyparowała, a potrawa nadal wymaga gotowania.

Jakieś pół godziny przed końcem gotowania dorzucamy do zupy groszek. W tym momencie będzie już gęsta, więc warto rozważyć dolanie nieco wody, zamieszanie i doprawienie ponownie solą i pieprzem. Można też dorzucić dodatkowy czosnek.  

Pod sam koniec, gdy mięso i warzywa są już miękkie, a Zupa Żony ewidentnie prosi się już o jedzenie (a rodzina obgryza ci pięty, bo chce już!), dosypujemy makaron kolanka i często mieszając, gotujemy aż będą al dente.

Raz jeszcze sprawdzamy smak i konsystencję. Jeżeli zupa wyszła za gęsta - dolewamy wody, zagotowujemy, doprawiamy w razie potrzeby.

Gotową zupę zdejmujemy z ognia.

Napełniamy głęboką miskę solidną, gorącą porcją. Jeżeli chcemy jeszcze bardziej mężczyźnie udowodnić, jak wspaniała kobietę ma przy sobie, ścieramy na dużych oczkach ser żółty i kładziemy na środek zupy spory "tupecik", oraz podsuwamy krakersy do zagryzania potrawy.

Następnie cmokamy w polik i życząc smacznego, głośno i wyraźnie oświadczamy, że "dobrze się sprawił". 

--------------------------------------------------------------------

Ingredients:


3 or 4 (or more) big potatoes (or 12-15 small, young ones)
3-4 carrots
5 garlic cloves
1/2 kg of beef 

1/2 litre of beef broth
3 bay leaves
1/2 bag of frozen peas
1 - 1 and 1/2 cup of elbow macaroni
sharp cheese for shredding (optional)
crackers (optional)


 

The making of:

Peel and cut the carrots into smaller pieces and put into a pot.

Wash and peel (if you want) the potato, cut into smaller pieces and add to the carrots.

Cover them with water, add salt and boil them until they are almost tender.

Drain off about 3/4 of the boiling water.


Return to heat and add the broth, then let it boil. Make the fire smaller and let it simmer.

Cut the meat in the small pieces, add to the vegetables and simmer some more.

Cut the garlic cloves in half and drop them in there.

Add the bay leaves and generously sprinkle the pepper.

Mix it alltogether, set the fire to medium and tet this cook for awhile. Couple hours, whatever you got. The meat, however, has to be tender. It took me about 1,5-2hrs. Stir it every once in a while, add the water if the soup is too thick, but it still needs to be cooked.

About half an hour before you want to eat, dump in the peas. Consider also the taste and the consistence. You should check if the soup needs some more salt or pepper, or another garlic clove.

Add the elbow macaroni about 5 minutes before you want to serve the soup (depending on the cooking time of the macaroni), and stirring constantly the soup make sure it is cooked al dente, and the soup ready to serve, thick, but still considered as a soup. 

Take it off the fire.

Serve in the deep bowl, hot.
If you want to make sure that your man surely knows how amazing woman he's got, put some of the shredded cheese on the center of the soup and add some crackers to eat with it.

Then kissing him in the cheek, say it loudly and clear that he has " done good".

piątek, 1 lipca 2016

Podpłomyki / Ye Olde Flatbreads

Ciekawa jestem ilu z was, czytających felki Bantofelkowe, interesuje się żywą historią. A tak konkretnie odtwórstwem historycznym, w którym, tak w wielkim skrócie opisując, uczestnicy stają  na głowie, by w jak najdokładniejszy sposób odtworzyć życie codzienne naszych przodków sprzed tysiąca lat. I to nie tylko naszych, Słowian, jeśli myślimy o współczesnych Polakach, ale i innych nacji, na przykład Wikingów, Rzymian, Barbarzyńców, Rusinów i tak dalej.
Od razu chciałabym też wyjaśnić, że wbrew pozorom, rekonstrukcja historyczna to nie to, co nam wciskają rozmaite filmy amerykańskie, pokazujące pryszczatych nastolatków poubieranych w zbroje z tektury, dzierżących miecze z plastiku pociągniętego srebrną farbką, z doprawionymi elfimi uszami, ganiających po lesie. To akurat najbardziej pasowałoby do miana LARP-u, czyli Live Action Role-Playing, na polski tłumacząc: Gry na Role na Żywo. Z odtwórstwem historycznym ma to tylko tyle wspólnego, że ludzie się przebierają weekendowo za coś, w czym teraz nie wyszliby na ulicę, by nie przyciągać zagubionych spojrzeń innych, dyskretnie dzwoniących po panów z psychiatryka "bo jakiś wariat gania po deptaku z mieczem, szukając smoka i dziewicy. Nie zaginął wam ktoś na oddziale?"
Nie, nie, odtwórstwo/rekonstrukcja historyczna i LARP to dwie odmienne rzeczy. Za tę drugą się nigdy nie brałam, natomiast jestem szczerą fanką i uczestnikiem tych pierwszych aktywności. Co prawda teraz znacznie mniej niż 6 lat temu. Niemniej nadal czasem w wolnym czasie z codziennej siebie, Gosi, lat 30 coś tam, na co dzień mamy, żony i freelancera-tłumacza, tudzież blogerki, lubię przeistoczyć się w Gudrun, duńską volwę - wiedźmę i wieszczkę, w której jak najbardziej rzeczywiste przedstawienie włożyłam wiele pracy i spędziłam wiele czasu, by była od góry do dołu jak najbardziej realistyczna, z ubiorem i zachowaniami bazującymi na rzeczywistych znaleziskach archeologicznych. Bowiem to nie tylko chęci, nie tylko zapał do realistycznego odtwarzania, ale i mnóstwo przeczytanych książek i artykułów i niestety kupa kasy w to wszystko włożona - bo pewnych rzeczy, na przykład miecza dla wojownika, użytecznego do walk turniejowych - w supermarkecie nie kupi. Musi go wykuć prawdziwy kowal i we wszystkim, poza zaostrzeniem, broń musi być prawdziwa.

Jednak mimo tych przeszkód, drużyn odtwórców jest naprawdę sporo w Polsce, co znakomicie świadczy o zainteresowaniu historią i kulturą tych, co byli przed naszymi czasami. W sezonie odtwórczym, który tak naprawdę zaczyna się w kwietniu, spotykamy się często na zlotach i rozmaitych imprezach odtwórczych, wymieniamy doświadczeniami, uzupełniamy wiedzę i ciągle się rozwijamy. Nadal bowiem archeologia odkrywa przed nami nowe tajemnice przodków, z których jesteśmy w stanie dopaść jedynie fragmentów i nie do końca czasem składamy je w całość jak należy. To, co było na przykład uznawane za historyczne kilka lat temu i prawidłowe u odtwórcy oblatanego w temacie - choćby lamelka u Słowian, czy karwasze, jako ochrona dla przedramienia walczącego - dziś uznawane jest za Mroki - czyli błąd odtwórczy, ponieważ dokopano się do nowych dowodów i te weszły już w kanon wiedzy historycznej, przeto odtwórcy muszą być na czasie, jeżeli chcą się zwać prawdziwymi rekonstruktorami.

Pomijając aspekty bojowe i wygląd, kuchnia również odgrywa sporą rolę w odtwórstwie. Skoro bowiem już banda ludzi robi z siebie dosłownie przedstawienie, ma namioty historyczne, broń, zbroję i całą resztę, jak by to wyglądało, gdyby taki woj z dziesiątego wieku, z wyglądu Duńczyk dążący na pole walki, gdzie ku chwale Odyna będzie walił po hełmach innowierców, nagle wydarł skądś kanapkę z Subwaya i zaczął zajadać, ocierając sos majonezowy z brody skórzaną rękawicą? No, głupio. Skoro więc dbamy o wygląd, dbamy też o oprawę. A więc kuchnię również mamy tak historyczną, jak tylko się da.
W przypadku gotowania sprzed wieków jest nieco prościej, niż odtwarzając wygląd i zachowanie. Przede wszystkim eliminuje się wszystkie sztuczności, proszki do pieczenia, margaryny, herbaty i kawy, dosmaczacze, nawet cukier i sól, ponieważ szczególnie ta druga była dobrem luksusowym w niektórych krajach 900 lat temu. Miewano jej odrobinę w woreczkach i na pewno nie sypano tonami gdzie się da. Zastępowano jej brak smakiem tłuszczu z mięsa, szeroko używanymi do wszystkiego ziołami, w palecie o wiele szerszej, niż stosuje się obecnie. To samo było z cukrem. Nie cukier, a miód. Naturalność przede wszystkim. W kuchni odtwórczej pamiętać trzeba przede wszystkim o tym. I o rejonie, z jakiego się odtwarza. Pomarańcz w starej Polsce nie znalazłby za żadne skarby, tak samo jak u Norwegów nie dostanie swojskich poziomek (truskawki - niehistoryczne - hybryda poziomki powstała w dziewiętnastym wieku, o ile dobrze pamiętam:)).

Jest jednak nadal na tyle dużo wspólnych mianowników, że nawet nie posiadając dowodów pisanych i przepisów naszych babek wyrytych gdzieś w kamieniu lub na tysiącletnim pergaminie (przekazywano je ustnie, z matki na córkę, dlatego zachowało się ich mniej niż czegokolwiek innego po przodkach), z łatwością można założyć, że pieczono jakiś chleb na mące regionalnej, robiono piwo na chmielu lub zbożu, warzono miody, a mięso pieczono nad ogniem, doprawiając je sowicie tym, co zaradne gosposie zebrały o świtaniu na łące.

I tego właśnie chleba czepić się zamierzam. Pieczywa właściwie, tak prostego i mono-składnikowego, że i u Wikingów i u Słowian z wieków wczesnych i średnich, prawdopodobnie i u kultur wschodnich w zupełnej spokojności można założyć, że obficie go było na ucztach. Podpłomyki, proszę państwa. Płaskie, niewielkie kawałki ciasta, pieczone na blasze z jednej i drugiej strony, twarde i miękkie jednocześnie, cudownie zaspokajające głód. Coś, czego jako młody odtwórca uczysz się na pierwszej swej imprezie historycznej, odnośnie jedzenia. Podpłomyk historyczny jest wszędzie i nie zrobisz z siebie wariata wyciągając go z kaletki lub sakwy i gryząc gdziekolwiek.
Poza lekko słonym smakiem, nie ma w sobie wiele aromatu. Nasi przodkowie byli prostolinijni. Wysmakowane pieczywo spożywano na królewskich dworach, a zwykły szaraczek, nawet i wojak łapał podpłomyk i kawałek mięsa i szedł do pracy lub na wyprawę. Byle pieczywo było świeże i zapychało żołądek. Tak więc i my nie kombinujmy z podpłomykami, jeśli zaczniemy je już robić. Ta ich prostota to strzał w dziesiątkę, bo pasują dosłownie do wszystkiego: od mięs do konfitur.

O tym, że nie trzeba do nich wielu znalezisk historycznych, by przekonać świat o ich starym pochodzeniu, świadczyć może choćby to, że wyrób podpłomyków przetrwał całe wieki w niemal nie zmienionej formie. Po co ruszać bowiem coś, co już jest doskonałe i sprawdzone? Skład ciasta jest zawsze prawie ten sam, pieczone smakuje identycznie wszędzie. A gotowane... pierogi znacie wszyscy. Jak myślicie, co to za ciasto, z którego je robicie? Nic innego tylko najprostsze ciasto na podpłomyki. Dlatego też, podając przepis na Ciasto Pierogowe czyli Zhakowanie Pierogi Ruskie, nie omieszkałam zaznaczyć, byście absolutnie nie wyrzucali resztek, pozostałych po wykrojonym cieście. Ponieważ właśnie podpłomyki z niego wyjdą cudowne. Doskonała alternatywa dla chleba i Proziaków, a przy tym i powiew historii na stole. Pieczywo idealne, szybkie i tak nęcące, że niejeden zacznie eksperymentować ze smakiem (ja zaczęłam... za wiele cukru dodanego do nich sprawi, że się rozpłyną, a nie upieką:D No, co, ja też popełniam błędy:D), ale i tak przy najbliższej sposobności wróci do jedynie słusznego oryginału.

Czy więc jesteś odtwórcą, i szykujesz się na imprezę historyczną, czy zwykłym ludzikiem, zaciekawionym tą felką - łap za składniki, wrzucaj do miski i działamy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Mąka
Ciepła woda (opcjonalnie mleko lub miks mleka z wodą)
Sól
Nieco stopionego masła lub oliwy (oleju)
lub
Ten przepis na ciasto 

Wykonanie:

Do miski wsypujemy dowolną ilość mąki. Solimy. Kropimy tłuszczem.

Dolewając po trochu cieczy do mąki wyrabiamy ręką po odrobinie ciasto, lepiąc ze sobą powstałe grudki, aż otrzymamy kawałki ciasta wielkości dłoni.

Kawałki wałkujemy lub spłaszczamy i rozciągamy w rękach, aż otrzymamy nieregularnego kształtu płaskie placuszki i wykładamy bezpośrednio na blachę w rozgrzanym piekarniku. Ewentualnie na blachę wysłaną folią aluminiową.

Pieczemy z obu stron, aż podpłomyki stwardnieją i dorobią się wyraźnych brązowych i złotawych plamek.

Serwujemy same lub ze wszystkim, co nam wpadnie w rękę. Szczególnie smaczne są jeszcze ciepłe, z masłem i solą oraz z konfiturami.
 
Smacznego!

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Flour
Warm water (milk, or milk and water mix)
Salt
Some melted butter or vegetable oil
or
The dough from this recipe 


The making of:

Pour as many flour as you wish into the bowl. Add salt. Add the fat.

Work with the dry ingredients with your hand, adding the fluid ingredient bit by bit. You should receive the clumps of dough very quickly. Stick it together until you get them just about the size of your hand.

Roll the bits of dough or flat it in your hands so to get a flat, irregular shaped breads. Put it on the baking tin, or you can first put a sheet of baking foil and then put the bread there.

Bake on both sides till the flatbreads become hard and get golden and browny spots on both sides.

Serve as it is, or with everything you wish. However, they taste the best when served warm, with butter and salt, or any fruit marmelade.

Cheers!