Uwielbiam Szkocję. Miłość ma do tego kraju bierze się nie wiadomo skąd. Nie byłam tam nigdy, moi krewniacy stamtąd nie pochodzą, ba, nikt z mojej rodziny tam nie wyemigrował. Nie mam też ani kropli szkockiej krwi w żyłach, ale uwielbiam Szkocję w takim stopniu, że czułabym się Szkotką, a nie Polką, ledwie tam bym przyjechała. Surowy klimat, niebo wiecznie zachmurzone, mgły, deszcze i pewne przeziębienia... ale też najcudowniejsze widoki wzgórz i jezior na świecie, niezwykły język rodzimy, nadal tam rozbrzmiewający, mnóstwo historii dzielnego narodu tak długo walczącego o niepodległość (dlaczego ją odrzucił ostatecznie w ostatnim referendum - w głowie mi się nie mieści!), kilty... mężczyźni w kiltach, ale noszący te męskie spódniczki z taką gracją i swobodą, że wyobrazić sobie ich w spodniach, lub chociaż w części uznać, że są zniewieściali, przyprawia o pusty śmiech. Muzyka... jedzenie... klimat...
Ja wiem, że sporo z mych wyobrażeń o Szkocji umrze śmiercią gwałtowną przy pierwszy zetknięciu z prawdziwą Szkocją, ale szkockie Highlands nigdzie się nie ruszają. Gaelic ciągle słychać na prowincji, a z nowoczesnymi miastami w szranki stają ruiny zamków z czasów, gdy szkockie Klany były potęgą... i wygrywają z nimi w cuglach w tym boju o to, co jest prawdziwie szkockie.
Pojadę tam. Pewnego dnia na pewno tam pojadę, jeśli nie mieszkać, to na pewno na wyprawę. A tymczasem muszę zadowalać się Szkocją we własnym domu. Na ten przykład sięgając po cudowne książki Diany Gabaldon o "Obcej" - przedziwne połączenie opowieści historycznych, fantasy, romansu i dokumentu. W chwili obecnej książek jest siedem, i na tym nie koniec, jak donosi strona internetowa autorki. O popularności serii świadczy też fakt, że powstał serial "Outlander" na podstawie póki co pierwszej książki. Drugi sezon zobaczymy już w kwietniu. Bazował będzie na drugim tomie "Zaklęta w bursztynie". Bije rekordy popularności, ma rzesze fanów, a do ich grona co chwilę dołączają nowi, którzy wcześniej nie znali tej serii, ale po obejrzeniu serialu już zatonęli w odmętach tej historii. Nie pozostaje nic innego jak z wdziękiem ulec i... wsiąknąć.
Znam "Obcą" od paru lat, ale nie łudźcie się, że poza wymienionymi walorami, nie wyłuskałam stamtąd paru fantastycznych przepisów na szkockie dania. Meat pie (ciasto z mięsem) na przykład. Bannocks - podpłomyki, którym, jak się okazuje, blisko jest do Proziaków. I wreszcie kruche ciasto szkockie, zwane od trzynastego wieku w Szkocji "shortbread".
Shortbread jest właśnie bohaterem dzisiejszej felki. Trudno o prostszą kombinację składników. Masło, cukier i mąka. To wszystko. Zresztą - naturalne to dla Szkocji. Wieki temu nie przelewało się tam gospodyniom domowym, więc gotowały z tego, co miały pod ręką i nie wydziwiały. Tajemnicą jest natomiast to, jakim cudem te proste dania, z niczego praktycznie, wychodziły im tak cudownie smaczne!
Shortbread jest dokładnie tym, co nazwać moglibyśmy kruchym ciastem. Jednak, porównując go do polskiego ciasta kruchego, jest bardziej zbity i mięsisty. Ciężki, ze względu na brak proszku do pieczenia, sody albo innego "napompowywacza". Ma jednak cudownie maślany smak, od którego trudno się oderwać. No i upieczony zaskakująco nie rozłazi się w rękach. Po soczystym gryzie rozpływa się w ustach, a pozostały kawałek nadal trzymasz w ręce w całości. Wierzcie mi, nie wytrzyma tam długo:)
Jako ciasto kruche i ze względu na swój smak shortbread można podawać bez dodatków, jedynie z herbatą na przykład. Ale jeśli macie ochotę wypróbować swój nowo zrobiony cytrusowy curd z tym ciastem, albo sos butterscotch - jest to fantastyczny pomysł. Jedno dostarczy jedwabistej, cytrynowej gładkości, a drugie dodatkowego smaku toffi, który cudownie zgra się z ciastkiem.
Niebo w gębie, powiadam wam. Ale... co ja będę powiadać.
Oto szkocki shortbread w całej swej klasie. Bez kiltu... znaczy się bez niczego, upieczony, ale też z przepięknym curdem na wierzchu. Którykolwiek wybierzecie do zrobienia - będzie to słuszny wybór.
Zapraszam.
Przepis wzięty z tej strony. Nie modyfikowany.
Na zdjęciach shortbread "surowy" - upieczony i podany bez niczego, oraz z dodatkiem cytrusowego curd'u.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:) Yeah, it is happening:)
Składniki/Ingredients:
2 szklanki mąki/2 cups flour
1 szklanka masła w temperaturze pokojowej/ 1 cup room temperature butter
1/2 szklanki cukru/ 1/2 cup white sugar
szczypta soli/a pinch of salt
domowy cytrusowy curd/homemade citrus curd
domowy sos butterscotch/ homemade butterscotch sauce
Wykonanie/The making of:
Nastawiamy piekarnik na 162 stopnie Celsiusza./ Preheat the oven to 325 degrees Fahrenheit or 162 Celcius.
W misce ubijamy miękkie masło aż stanie się puszystą, jaśniejszego koloru masą./In a large bowl, beat butter until it begins to turn fluffy, lighter, yellow mass.
Dodajemy cukier i ponownie ubijamy. /Add the sugar and beat again.
Dodajemy mąkę, stopniowo, po pół szklanki na raz i ubijamy wszystko razem. Powinniśmy otrzymać ciasto o wyglądzie kruszonki lub mokrego piasku i takie jest zamierzenie./Half a cup at a time, add the flour to the creamed butter and sugar. The mixture will look like a crumbly sand or breadcrumbs, and it is exactly what we want to find there.
Do małej blaszki (odradzam standardową; lepiej wziąć szeroką keksówkę) wysłanej papierem do pieczenia, przesypujemy ciasto i ubijamy je ręką na płasko, tak, by tworzyło równą warstwę./Put the mixture into a small pan covered in baking sheet (cake or bread pan will also do) and press the mixture down into the pan to get an even bar.
Następnie za pomocą noża nacinamy ostrożnie ciasto, tworząc równe "paluszki", prawie do samego spodu blachy. Ułatwi to nam późniejsze krojenie./Using a sharp knife, lightly score (1/8th of an inch deep or so ) the top of the pressed dough to make even servings. It will help us late to divide the shortbread.
Za pomocą widelca nakłówamy każdy "paluszek" aż do samego spodu w kilku miejscach./Using a fork poke one row of holes down each scored bar. Make sure you poke straight
through the dough and hit the bottom of the pan for each hole.
Wstawiamy blaszkę do piekarnika i pieczemy około 25 minut, lub do momentu aż krawędzie się lekko wyzłocą./ Put the pan into your oven and bake for aprox. 25 minutes or until the rims of shortbread will be slightly golden.
Następnie wyjmujemy blaszkę z piekarnika i pozwalamy się ciastu całkowicie ostudzić niż przystąpimy do krojenia lub nakładania dodatków./ Remove pan from the oven and let it cool completelly befor you start to divide the bars or put additional topping.
Wyciągamy ciasto z blachy i przecinamy "paluszki" ostrożnie wzdłuż zaznaczonych wcześniej krawędzi, a następnie nakładamy na górę warstwę cytrusowego curd'u, albo sosu butterscotch./Remove the shortbread form the pan and Cut each bar from the score marks. Finally put on the topping: citrus curd or homemade butterscotch sauce.
Zjadamy w ilości hurtowej/Eat plenty:)
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
piątek, 15 stycznia 2016
środa, 13 stycznia 2016
Bantofelki już na Facebooku i Twitterze!
Witajcie,
W tym poście, wyjątkowo krótkim jak na mnie, nie będzie przepisu. Jedynie garść informacji. Otóż, zauważywszy, że mam nie tylko polskich gości, pomyślałam sobie, że przecież angielsko języczni też mogą być zainteresowani mymi przepisami, ale bariera językowa jest nie do przebycia. Dlatego postanowiłam z Bantofelkami zaistnieć na Twitterze.
Od tego momentu każdy, kto będzie pragnął zrobić jedną z potraw, a Translator ze strony nie da rady mej pisaninie, będzie mógł go znaleźć na twitterze, albo, z powodu ograniczenia znaków, napisać tam do mnie o wysłanie go w wiadomości po angielsku.
Adres twitterowy to:
https://twitter.com/Bantofelki
Adres na facebooku (jakby ktoś jeszcze nie wiedział):
https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf
Zapraszam:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
English version
Hello,
This post will be really short, at least for my style of writing. No recipe this time, just a pinch of information. Well, I've noticed recently that I have not only polish visitors, but also english spoken guests. So I thought that you guys, from outside of Poland may be also interested in some of the recipes but the language barrier is too large to cross. That is why Bantofelki has just received a twitter site.
From now on, everyone wishing to cook something found in here, but unable to understand the recipe (or if the site translator will not manage to translate my post in uderstandable way) is welcomed to find me on Twitter and either ask me there for an english version and guidance in case of any trouble with the dish or find the short version of a recipe there (that is if I manage to find a way to add there a recipes).
Anyway, Bantofelki are now opened world-wide.
So here is a Twitter address for my blog:
https://twitter.com/Bantofelki
And a facebook address (in case someon didn't know it yet):
https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf
Come to join me, and see you later!:)
W tym poście, wyjątkowo krótkim jak na mnie, nie będzie przepisu. Jedynie garść informacji. Otóż, zauważywszy, że mam nie tylko polskich gości, pomyślałam sobie, że przecież angielsko języczni też mogą być zainteresowani mymi przepisami, ale bariera językowa jest nie do przebycia. Dlatego postanowiłam z Bantofelkami zaistnieć na Twitterze.
Od tego momentu każdy, kto będzie pragnął zrobić jedną z potraw, a Translator ze strony nie da rady mej pisaninie, będzie mógł go znaleźć na twitterze, albo, z powodu ograniczenia znaków, napisać tam do mnie o wysłanie go w wiadomości po angielsku.
Adres twitterowy to:
https://twitter.com/Bantofelki
Adres na facebooku (jakby ktoś jeszcze nie wiedział):
https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf
Zapraszam:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
English version
Hello,
This post will be really short, at least for my style of writing. No recipe this time, just a pinch of information. Well, I've noticed recently that I have not only polish visitors, but also english spoken guests. So I thought that you guys, from outside of Poland may be also interested in some of the recipes but the language barrier is too large to cross. That is why Bantofelki has just received a twitter site.
From now on, everyone wishing to cook something found in here, but unable to understand the recipe (or if the site translator will not manage to translate my post in uderstandable way) is welcomed to find me on Twitter and either ask me there for an english version and guidance in case of any trouble with the dish or find the short version of a recipe there (that is if I manage to find a way to add there a recipes).
Anyway, Bantofelki are now opened world-wide.
So here is a Twitter address for my blog:
https://twitter.com/Bantofelki
And a facebook address (in case someon didn't know it yet):
https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf
Come to join me, and see you later!:)
Citrus curd (pasta-mazidło cytrynowo-ananasowe) z Pernu
Pamiętacie serię "Jeźdźcy smoków z Pern"? Stareńkie cudo łączące ze sobą fantastyczne historie o smokach i ich jeźdźcach, połączonych ze sobą empatycznie i telepatycznie, które świetnie kompilują w sobie sci-fi i fantasy? Na pewno większość starych wyjadaczy fantasy wie o czym mówię. Ciężko nie znać tej 24 tomowej serii, jeśli uważa się za, jeśli nie znawcę, to poważnie zakopanego w temacie mola książkowego.
Książki te nie tylko zaznajamiają nas z tematem smoków i ich jeźdźców mieszkających na planecie PERN w gwiazdozbiorze Strzelca, ale także rozwijają przed nami fascynującą kulturę i ekosystem obcej planety, na której spotykamy jednak dziwnie znajome stworzenia i rośliny. Niby nasze jabłka zwą się "pąsami", na ten przykład. Biegusy to tamtejsza odmiana ziemskich koni, skrzyżowanych z rodzimym gatunkiem. Ale i przecież typowe nazwy typu majeranek albo trawa cytrynowa również tam można spotkać.
Co za tym idzie, świat nie byłby pełen, gdyby w tej kulturze nie robiono fajnych, smacznych rzeczy, które pochłaniają bohaterowie w przerwach swych przygód. Niektóre z nich tak mi się spodobały, podczas niedawnego odświeżania sobie tej serii, że na pewno znajdziecie wkrótce perneńskie potrawy na Bantofelkach. Jest wszak wspaniała książka "Pern-lovers Guide to Pern", w której ujęto przepisy na niektóre przysmaki, z których jeden, gdyby nie to, że nie mamy sezonu na borówki, dawno by tu już trafił. Tak, tak, wspaniałe "kipiące" ciastka jagodowe kojarzone z festynu w Cechu Harfiarzy, wprost z trylogii o Menolly.
Jednakże nie o "kipiaczkach" teraz mowa będzie, a o czymś, na co natrafiłam w książce "Delfiny z Pern". A mianowicie o daniu, które figuruje w poniższym fragmencie:
"— Jestem głodna — powiedziała wyraźnie dziewczynka wydymając wargi. Chociaż Aranya ubrana była w czysty kombinezon, Almie ciągle miała na sobie pogniecione rzeczy, które nałożyła poprzedniego dnia. — Mam pusto w brzuszku.
— Zaraz cię nakarmię, uspokój się — odpowiedział Readis cicho.(...) Naszykował miseczki, napełnił je przygotowanymi wcześniej krojonymi owocami, które zawsze znajdowały się w chłodziarce, i zrobił grzanki, dzięki temu jego siostry zachowywały się cicho. Posmarował chleb dla Almie słodką masą, którą uwielbiała, gdyż wiedział, że w przeciwnym razie zacznie się tego głośno domagać." (Anne McCaffrey, Delfiny z Pern)
Nie chodzi, rzecz jasna, o grzanki, ani o owoce, ale o tę słodką masę do chleba, którą wielbi mała dziewczynka.
Czemu mnie to zaintrygowało? Polak zna pasty do chleba lub grzanek, ale słone, bądź kwaśno-octowe. Bądź w ostrym smaku, ale zdecydowanie nie słodkie. No dobrze, zna jeszcze Nutellę, ale akurat tutaj mamy kompletnie ślepy zaułek. Skąd chemicznie wytworzona Nutella z czekolady i orzechów włoskich przy udziale tłuszczy roślinnych, w świecie, w którym nie mają nawet ziaren kakaowca, by wytwarzać czekoladę, że o produkcji pasty kanapkowej nie wspomnę? Orzechami też, według "Pern-lovers Guide" nie za bardzo dysponowali, a nawet jeśli komuś wpadłby pomysł by je przetwarzać, to zdecydowanie nie w pastę.
A zatem, wniosek. Na tropikalnej wyspie ze szczątkową cywilizacją i mnóstwem świeżych owoców, a także dostępem do trzciny cukrowej, a co najmniej miodu, mogłoby chodzić wyłącznie o pastę/masę owocową. Słodką, skoro domaga się jej dziecko. Coś wnoszącą dobrego do jego organizmu poza cukrem, jeśli chcemy znać zdanie rodziców, którzy to jedzenie mu dają. A zatem owoc, z którego pastę zrobiono, musiałby być bogaty co najmniej w witaminę C. Cytrus? No, cytrus.
A ponieważ Polak past cytrusowych nie robił nigdy i nie ma w zwyczaju i tradycji ich robić, zwróciłam spojrzenie za wielką wodę, skąd po prawdzie pochodziła autorka książek perneńskich, świętej pamięci Anne McCaffrey. Czyli w stronę Stanów Zjednoczonych, gdzie klimat jest w części tak samo tropikalny jak na Południowym Kontynencie Pernu.
I oto pierwsza pasta, mazidło popularne, uwielbiane przez dzieci i dorosłych, prościuteńkie do zrobienia, które się pojawiło. Lemon Curd.
Chodziłam wokół niego jak wokół śmierdzącego jajka. Co to jest, dlaczego się tak tym zachwycają. Coś w tym musi być, skoro na 80% tę właśnie pastę opisała Mistrzyni Smoków? Ani to dżem - dodatek masła, ani budyń - brak mleka, ani pulpa owocowa, bo oprócz cukru to nieszczęsne masło. W końcu skojarzyłam curd co nieco z nadzieniem jakie daje się do Lemon Meringue Pie, a ponieważ to nadzienie jest akurat bardzo dobre, postanowiłam próbnie zrobić małą porcyjkę, by się przekonać jak to dziwo będzie smakować. Zresztą przepis nie mógłby być prostszy, a piętnaście minut roboty to nic, wobec pracochłonnych ciast, jakie już zdołałam dokonać.
Tylko ten ciągły znak zapytania: co to, do cholery, jest curd?
Cóż, polskiego odpowiednika na to nie ma. Nie kwalifikuje się do kategorii dżemów ani przetworów owocowych. Za budyń albo masę tortową też ciężko go uznać. Jest to więc... mazidło. Pasta, powiedziałabym, że kanapkowa, tyle, że zdecydowanie nie jest do kanapek z zazwyczaj słoną pierzynką. Mazidło cytrynowe rodem z Pernu nadaje się do każdego suchego ciasta deserowego, jako nadzienie, pokrycie, czy dip, w którym owe ciasto się macza. Dziecko co prawda z przyjemnością zje z chlebem (widziałam zjadanie ze smakiem boczku i dżemu na jednej kanapce, więc nic już mnie u kilkulatka nie zaskoczy w kwestii preferencji jedzeniowych), ale my, jako dorośli, prędzej skorzystamy z wersji deserowej.
I oto zrobiłam lemon curd z posmakiem soku ananasowego (akurat miałam zbywający), posmakowałam jeszcze ciepłego i, przyznając szczerze, stwierdziłam, że bez rewelacji, może się przyda, po czym zamknęłam go w lodówce.
A dwa dni później (czyli dzisiaj) gdy połączyłam go z klasycznym, szkockim kruchym ciastem, myślałam, że zejdę, tak okazał się dobry, jedwabiście okraszając kruchy herbatnik. Zdecydowanie curd musi poleżakować w lodówce co najmniej jeden dzień, by naprawdę go docenić.
Szkocki shortbread też tu obejrzycie już wkrótce. Tymczasem daję wam Pernem inspirowany cytrynowo-ananasowy curd - mazidło słodko-kwaśne, lekkie, choć o konsystencji maślanej i najcudowniejszym aromacie cytrusów na świecie, wraz z przecudownym odcieniem żółtego. Spróbujecie raz, i jak ta mała dwulatka z "Delifnów z Pern", będziecie się go ciągle domagać i to głośno. Ba! Sami będziecie go robić. Zresztą, czyż można mu się oprzeć?
Przepis pochodzi z tej strony, nieco zmodyfikowany:
Składniki (na ilość smarowidła równą mniej więcej 1 szklance):
4 łyżki masła
1/2 szklanki cukru
Skórka otarta z jednej cytryny
1/4 szklanki soku cytrynowego (akurat tyle jest w 1 cytrynie)
1/4 szklanki soku ananasowego (może być z pudełka, ale jak najmniej cukrzony)
4 żółtka
Wykonanie:
W garnuszku o grubym dnie topimy masło.
Ściągamy masło z ognia i dosypujemy cukier, skórkę z cytryny, oraz dolewamy soki (jeśli chcemy otrzymać czysto cytrynowy curd, pomijamy po prostu sok ananasowy). Mieszamy wszystko razem.
Dodajemy żółtka po jednej sztuce, mieszając masę po każdym żółtku starannie.
Ponownie stawiamy garnuszek na średni ogień i nieustannie mieszając czekamy, aż mieszanina zacznie nam wyraźnie gęstnieć, lub pokryje lepką warstwą spód drewnianej łyżki. Zazwyczaj to drugie dzieje się zaraz po pierwszym, więc nie przegapimy sytuacji.
Gdy curd nam zgęstnieje, ściągamy go z ognia i natychmiast przecieramy przez sitko do słoiczka, w którym będziemy go przechowywać, zapewniając sobie w ten sposób jedwabistą konsystencję smarowidła.
Słoiczek zamykamy szczelnie i zostawiamy w temperaturze pokojowej, by curd ostygł. Potem wkładamy go do lodówki na co najmniej 1 noc, by się "przegryzł". Można oczywiście stosować go świeżo po zrobieniu, ledwie ostygnie, ale moim zdaniem najlepszy jest 1-2 dni po zrobieniu.
Po tym czasie możemy go używać jako pasty do słodkich bułeczek i jako dodatek do wszelkiego deserowego ciasta, świetnego dosmaczacza do lodów, a nawet wyjadać prosto ze słoika bez niczego.
Wytrzyma nam w lodówce do dwóch tygodni.
Książki te nie tylko zaznajamiają nas z tematem smoków i ich jeźdźców mieszkających na planecie PERN w gwiazdozbiorze Strzelca, ale także rozwijają przed nami fascynującą kulturę i ekosystem obcej planety, na której spotykamy jednak dziwnie znajome stworzenia i rośliny. Niby nasze jabłka zwą się "pąsami", na ten przykład. Biegusy to tamtejsza odmiana ziemskich koni, skrzyżowanych z rodzimym gatunkiem. Ale i przecież typowe nazwy typu majeranek albo trawa cytrynowa również tam można spotkać.
Co za tym idzie, świat nie byłby pełen, gdyby w tej kulturze nie robiono fajnych, smacznych rzeczy, które pochłaniają bohaterowie w przerwach swych przygód. Niektóre z nich tak mi się spodobały, podczas niedawnego odświeżania sobie tej serii, że na pewno znajdziecie wkrótce perneńskie potrawy na Bantofelkach. Jest wszak wspaniała książka "Pern-lovers Guide to Pern", w której ujęto przepisy na niektóre przysmaki, z których jeden, gdyby nie to, że nie mamy sezonu na borówki, dawno by tu już trafił. Tak, tak, wspaniałe "kipiące" ciastka jagodowe kojarzone z festynu w Cechu Harfiarzy, wprost z trylogii o Menolly.
Jednakże nie o "kipiaczkach" teraz mowa będzie, a o czymś, na co natrafiłam w książce "Delfiny z Pern". A mianowicie o daniu, które figuruje w poniższym fragmencie:
"— Jestem głodna — powiedziała wyraźnie dziewczynka wydymając wargi. Chociaż Aranya ubrana była w czysty kombinezon, Almie ciągle miała na sobie pogniecione rzeczy, które nałożyła poprzedniego dnia. — Mam pusto w brzuszku.
— Zaraz cię nakarmię, uspokój się — odpowiedział Readis cicho.(...) Naszykował miseczki, napełnił je przygotowanymi wcześniej krojonymi owocami, które zawsze znajdowały się w chłodziarce, i zrobił grzanki, dzięki temu jego siostry zachowywały się cicho. Posmarował chleb dla Almie słodką masą, którą uwielbiała, gdyż wiedział, że w przeciwnym razie zacznie się tego głośno domagać." (Anne McCaffrey, Delfiny z Pern)
Nie chodzi, rzecz jasna, o grzanki, ani o owoce, ale o tę słodką masę do chleba, którą wielbi mała dziewczynka.
Czemu mnie to zaintrygowało? Polak zna pasty do chleba lub grzanek, ale słone, bądź kwaśno-octowe. Bądź w ostrym smaku, ale zdecydowanie nie słodkie. No dobrze, zna jeszcze Nutellę, ale akurat tutaj mamy kompletnie ślepy zaułek. Skąd chemicznie wytworzona Nutella z czekolady i orzechów włoskich przy udziale tłuszczy roślinnych, w świecie, w którym nie mają nawet ziaren kakaowca, by wytwarzać czekoladę, że o produkcji pasty kanapkowej nie wspomnę? Orzechami też, według "Pern-lovers Guide" nie za bardzo dysponowali, a nawet jeśli komuś wpadłby pomysł by je przetwarzać, to zdecydowanie nie w pastę.
A zatem, wniosek. Na tropikalnej wyspie ze szczątkową cywilizacją i mnóstwem świeżych owoców, a także dostępem do trzciny cukrowej, a co najmniej miodu, mogłoby chodzić wyłącznie o pastę/masę owocową. Słodką, skoro domaga się jej dziecko. Coś wnoszącą dobrego do jego organizmu poza cukrem, jeśli chcemy znać zdanie rodziców, którzy to jedzenie mu dają. A zatem owoc, z którego pastę zrobiono, musiałby być bogaty co najmniej w witaminę C. Cytrus? No, cytrus.
A ponieważ Polak past cytrusowych nie robił nigdy i nie ma w zwyczaju i tradycji ich robić, zwróciłam spojrzenie za wielką wodę, skąd po prawdzie pochodziła autorka książek perneńskich, świętej pamięci Anne McCaffrey. Czyli w stronę Stanów Zjednoczonych, gdzie klimat jest w części tak samo tropikalny jak na Południowym Kontynencie Pernu.
I oto pierwsza pasta, mazidło popularne, uwielbiane przez dzieci i dorosłych, prościuteńkie do zrobienia, które się pojawiło. Lemon Curd.
Chodziłam wokół niego jak wokół śmierdzącego jajka. Co to jest, dlaczego się tak tym zachwycają. Coś w tym musi być, skoro na 80% tę właśnie pastę opisała Mistrzyni Smoków? Ani to dżem - dodatek masła, ani budyń - brak mleka, ani pulpa owocowa, bo oprócz cukru to nieszczęsne masło. W końcu skojarzyłam curd co nieco z nadzieniem jakie daje się do Lemon Meringue Pie, a ponieważ to nadzienie jest akurat bardzo dobre, postanowiłam próbnie zrobić małą porcyjkę, by się przekonać jak to dziwo będzie smakować. Zresztą przepis nie mógłby być prostszy, a piętnaście minut roboty to nic, wobec pracochłonnych ciast, jakie już zdołałam dokonać.
Tylko ten ciągły znak zapytania: co to, do cholery, jest curd?
Cóż, polskiego odpowiednika na to nie ma. Nie kwalifikuje się do kategorii dżemów ani przetworów owocowych. Za budyń albo masę tortową też ciężko go uznać. Jest to więc... mazidło. Pasta, powiedziałabym, że kanapkowa, tyle, że zdecydowanie nie jest do kanapek z zazwyczaj słoną pierzynką. Mazidło cytrynowe rodem z Pernu nadaje się do każdego suchego ciasta deserowego, jako nadzienie, pokrycie, czy dip, w którym owe ciasto się macza. Dziecko co prawda z przyjemnością zje z chlebem (widziałam zjadanie ze smakiem boczku i dżemu na jednej kanapce, więc nic już mnie u kilkulatka nie zaskoczy w kwestii preferencji jedzeniowych), ale my, jako dorośli, prędzej skorzystamy z wersji deserowej.
I oto zrobiłam lemon curd z posmakiem soku ananasowego (akurat miałam zbywający), posmakowałam jeszcze ciepłego i, przyznając szczerze, stwierdziłam, że bez rewelacji, może się przyda, po czym zamknęłam go w lodówce.
A dwa dni później (czyli dzisiaj) gdy połączyłam go z klasycznym, szkockim kruchym ciastem, myślałam, że zejdę, tak okazał się dobry, jedwabiście okraszając kruchy herbatnik. Zdecydowanie curd musi poleżakować w lodówce co najmniej jeden dzień, by naprawdę go docenić.
Szkocki shortbread też tu obejrzycie już wkrótce. Tymczasem daję wam Pernem inspirowany cytrynowo-ananasowy curd - mazidło słodko-kwaśne, lekkie, choć o konsystencji maślanej i najcudowniejszym aromacie cytrusów na świecie, wraz z przecudownym odcieniem żółtego. Spróbujecie raz, i jak ta mała dwulatka z "Delifnów z Pern", będziecie się go ciągle domagać i to głośno. Ba! Sami będziecie go robić. Zresztą, czyż można mu się oprzeć?
Przepis pochodzi z tej strony, nieco zmodyfikowany:
Składniki (na ilość smarowidła równą mniej więcej 1 szklance):
4 łyżki masła
1/2 szklanki cukru
Skórka otarta z jednej cytryny
1/4 szklanki soku cytrynowego (akurat tyle jest w 1 cytrynie)
1/4 szklanki soku ananasowego (może być z pudełka, ale jak najmniej cukrzony)
4 żółtka
Wykonanie:
W garnuszku o grubym dnie topimy masło.
Ściągamy masło z ognia i dosypujemy cukier, skórkę z cytryny, oraz dolewamy soki (jeśli chcemy otrzymać czysto cytrynowy curd, pomijamy po prostu sok ananasowy). Mieszamy wszystko razem.
Dodajemy żółtka po jednej sztuce, mieszając masę po każdym żółtku starannie.
Ponownie stawiamy garnuszek na średni ogień i nieustannie mieszając czekamy, aż mieszanina zacznie nam wyraźnie gęstnieć, lub pokryje lepką warstwą spód drewnianej łyżki. Zazwyczaj to drugie dzieje się zaraz po pierwszym, więc nie przegapimy sytuacji.
Gdy curd nam zgęstnieje, ściągamy go z ognia i natychmiast przecieramy przez sitko do słoiczka, w którym będziemy go przechowywać, zapewniając sobie w ten sposób jedwabistą konsystencję smarowidła.
Słoiczek zamykamy szczelnie i zostawiamy w temperaturze pokojowej, by curd ostygł. Potem wkładamy go do lodówki na co najmniej 1 noc, by się "przegryzł". Można oczywiście stosować go świeżo po zrobieniu, ledwie ostygnie, ale moim zdaniem najlepszy jest 1-2 dni po zrobieniu.
Po tym czasie możemy go używać jako pasty do słodkich bułeczek i jako dodatek do wszelkiego deserowego ciasta, świetnego dosmaczacza do lodów, a nawet wyjadać prosto ze słoika bez niczego.
Wytrzyma nam w lodówce do dwóch tygodni.
sobota, 9 stycznia 2016
Zawijasy z truskawkami i lukrem śmietankowo cytrynowym
Cierpliwość jest cechą królów, jak powiada stare przysłowie. Cierpliwości należy się więc uczyć, przyswajać i praktykować ją we wszelkich dziedzinach życia, bo bardzo nam z nią po drodze. Czy to czekając na wykładowców na uczelni, uznanie szefa dla twych wysiłków w robocie, w kolejce do rejestracji na przychodzi, czy wreszcie na to, aby ktoś logiczny przejął władzę w tym państwie i chociaż raz nie myślał o robieniu pod siebie, albo dosrywaniu opozycji.
Jest i inna dziedzina, w której wygodnie nam się uczyć cierpliwości, a mianowicie kuchnia. Czekamy gdy coś się piecze, zerkając przez szybkę niecierpliwie do piekarnika, i do garnka na zupę, tudzież czekaniem staramy się przyspieszyć wodę, by zagotowała się szybciej. Zerkania i inne taki nic nie dają, rzecz jasna. Wszystko dzieje się we własnym czasie i na swój sposób. Ale jak już trening na cierpliwość przetrwamy, to potem efekty są tak spektakularne, że aż serce rośnie jak na drożdżach i zaraz chce się nam wszystkiego bardziej.
O drożdżach zresztą wspominam nie przypadkowo. Do nich cierpliwość jest szalenie potrzebna, szczególnie jeśli coś z nimi pieczemy. Najpierw bowiem rośnie sobie zaczyn na ciasto... co najmniej godzinę, a potem jeszcze ciasto gotowe do pieczenia również musi urosnąć. I kolejna godzina lub dwie uciekają. Jest to jednak na tyle długi czas, że spokojnie można w nim zająć się czym innym, zaglądając tylko do naszych drożdży lub ciasta co jakiś czas, by z zadowoleniem stwierdzać za każdym razem, że "coś" się dzieje.
Bo jeśli nic się nie dzieje po godzinie, to mamy pecha, drożdże zdechły i trzeba nam zaczynać od nowa.
Na żywych drożdżach rośnie cudownie bohater dzisiejszej felki - zawijasy owocowe. Dwukrotnie właśnie. Zaczyn najpierw na mleku, robi się jak tkanina frotte, a potem gotowe już zawijaski rozpychają blaszkę na wszystkie strony. Ciasto jest mięciutkie, delikatne, lepsze niż najlepsza bułeczka drożdżowa jaką jedliście i zupełnie się do niego nie umywają drożdżówki ze sklepu. Owoce, w moim przypadku truskawki, ale swobodnie można dodać każde inne jakie macie w zamrażalniku, podczas pieczenia puszczają sok, który nam ślicznie wnika w bułeczki, do tej całej puszystości i miękkości dodając jeszcze sok owocowy. Niebo w gębie. Rodzina zdecydowanie nie będzie mieć dość, więc prawdopodobnie dobrze będzie zrobić od razu podwójną porcję. Nie 13 zawijasów, a 26 sztuk. I tak znikną, wierzcie mi. U mnie nawet 10 godzin nie przetrwały, a połowa zniknęła, jak jeszcze były ciepłe, bo takie są najsmaczniejsze.
Zawijasy, jako idealna przekąska, podejdą wam od śniadania do kolacji, w każdym towarzystwie, o ile tylko nie będzie słone. Zapijane kawą zdecydowanie umilą poranek albo wieczór. Nie ma więc co czekać i ślinić się, lepiej zabrać się do roboty (w której i tak będzie więcej treningu cierpliwości, niż czegokolwiek innego).
Przepis pochodzi stąd. Nieco zmodyfikowany.
Składniki (na 12-14 dużych zawijasów):
Ciasto:
1 szklanka ciepłego mleka
2/3 szklanki cukru
1 i 1/2 łyżki drożdży instant (użyłam 1 i 1/2 opakowania drożdży suszonych Dr. Oetkera)
115g masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego na kawałki
2 duże jajka
1/2 łyżeczki soli
4 i 1/2 szklanki mąki
Nadzienie:
30-50 dkg zamrożonych truskawek (malin, wiśni wydrylowanych, porzeczek...)
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
Lukier:
1/2 szklanki cukru pudru
3 łyżki śmietany kremówki 30%
sok z cytryny
Wykonanie:
Naszym głównym przyjacielem w tym przepisie będzie robot ręczny z obracającą się miską i mieszadłami hakowymi, właśnie do wyrabiania ciasta drożdżowego. Dlatego właśnie ten sprzęt przygotowujemy sobie na sam początek.
Wpierw testujemy drożdże na ciasto.
W garnuszku podgrzewamy mleko. Nie zagotowujemy, pilnujemy by się nie przypaliło. Powinno jednak być ciepłe, ale nie parować.
Podgrzane mleko wlewamy do miski od miksera.
Za pomocą łyżki wsypujemy drożdże, mieszamy je z mlekiem, dosypujemy cukier i również łyżką mieszamy całość. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy miskę na jakieś 5-10 minut w ciepłe miejsce. (w ziemie grzeją już kaloryfery, więc ja swoje drożdże postawiłam właśnie na nich. W lecie można użyć lekko ciepłego piekarnika.).
Po upływie 10 minut zaglądamy do drożdży. Jeśli znajdujemy mleko w stanie "frotowym", puszystym i zdecydowanie sugerującym, że drożdże zrobiły sobie ucztę i rozwijają się w najlepsze, mamy dowód, że są zdolne do dalszej współpracy. Jeśli jest nietknięte i nadal buro-mleczne, jak świeżo po wmieszaniu drożdży - czas wziąć nowe opakowanie i zaczynać od nowa.
"Żywy" zaczyn zabieramy na mikser i do dalszej obróbki.
Do mleka z drożdżami wrzucamy pokrojone na kawałki, koniecznie miękkie masło i włączamy mikser na średnie obroty, by trochę je wmieszać. W ciągu całego procesu nie wmiesza się nam całkowicie w ciasto, dopiero na sam koniec, więc nie panikujcie, gdy ciągle będziecie widzieć podczas ubijania, że kawałki masła pływają luźno.
Dodajemy po jednym jajku, cały czas mając mikser włączony.
Dosypujemy sól.
Pozwalamy chwilę mikserowi pracować, co jakiś czas za pomocą łyżki odciągając masło od ścianek i popychając je ku mieszadłom. W ten sposób upewnimy się, że wszystko się równo miesza.
Po paru dłuższych minutach wsypujemy po trochu mąkę. Wpierw pół szklanki, czekamy aż zmiesza się z ciastem, potem dosypujemy dalej i tak w ten deseń, aż wejdzie nam wszystkie 4 szklanki. Po tym czasie ciasto pewnie jeszcze będzie zbyt miękkie, by je przenosić na stolnicę celem ugniatania, więc dosypujemy pozostałe pół szklanki mąki i obserwujemy ciasto. Po 4 i 1/2 szklanki powinno wyglądać już jak dobrze wyrobione ciasto drożdżowe, być lśniące, ale przede wszystkim po przechyleniu miski zaczynać odstawać od ścianek.
W takim momencie wyłączamy mikser i wyciągamy stolnicę. Podsypujemy ją mąką, wykładamy ciasto z miski i zagniatamy je, również podsypując mąką, by nam się nie kleiło do palców. Zagniatamy do czasu, aż nie będzie nam się w ogóle do palców przyczepiać, ale nadal będzie lśniące.
Bierzemy miskę, lekko obsypujemy mąką wewnątrz i wkładamy do niej kulę ciasta. Przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy w ciepłe miejsce na około 1,5 godziny. W tym czasie powinno nam się podwoić ilościowo.
Wyrośnięte ciasto przekładamy ponownie na stolnicę i rozwałkujemy w kształt dużego prostokąta. Pilnujemy, by całe ciasto było równe zarówno na brzegach jak i w środku.
Zostawiamy je na moment rozwałkowane i przystępujemy do robienia nadzienia.
Zamrożone owoce wyciągamy z zamrażalnika dopiero teraz. Nie rozmrażamy wcześniej, ponieważ wszystko, co z nich wypłynie, powinno trafić do ciasta. Większe owoce, w moim przypadku truskawki, kroimy na drobno, mniejsze, jak maliny, wrzucamy w całości do garnuszka.
Do owoców wsypujemy cukier i mąkę ziemniaczaną, mieszamy wszystko razem.
Przekładamy owoce równą warstwą na prostokąt rozwałkowanego ciasta, a następnie ciasno zwijamy go w rulon wraz z tymi owocami.
Uzbrajamy się w bardzo ostry nóż i rulon z ciasta i owoców tniemy na mniej więcej 1,5 centymetrowe plastry.
Każdy taki plaster kładziemy płasko na blachę wysłaną starannie papierem do pieczenia, zachowując między nimi trochę wolnego miejsca. W standardowej blaszce w ten sposób zmieści się 9 plastrów. Resztę wykładamy do innej blaszki, również wysłanej papierem. W moim przypadku sprawdziła się na pozostałe 4 kawałki, keksówka.
Blaszki z zawijasami zakrywamy ściereczką i po raz kolejny pozwalamy im rosnąć w ciepłym miejscu przez następne 2 godziny. W tym czasie zawijasy urosną i wypełnią ściśle obie blaszki, a owoce puszczą sok, który potem, podczas pieczenia zostanie wchłonięty przez ciasto.
Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza i po upływie dwóch godzin wyrastania, wsuwamy blaszki do nagrzanego piekarnika, by piec je przez ok. 25-30 minut. Przez pierwsze 20 minut najlepiej je przykryć folią, by wierzch się nie spalił, ale w ostatnich 5 minutach folię możemy zabrać, by się ładnie wyzłociły. Nie wolno wtedy spuszczać ich z oka mimo wszystko i gdy zauważymy, że są zbyt ciemne, ponownie nakładamy folię na wierzch.
Zawijasy będą gotowe w momencie gdy będą złociste, a ewentualnie widoczny na wierzchu i po bokach sok i owoce będą bąbelkować.
Wyciągamy blaszki z piekarnika i pozwalamy zawijasom stygnąć w nich przez kwadrans. Dopiero potem wyciągamy spód blaszki i odginamy rogi papieru, by wygodnie wyciągać kawałki.
Zawijasy tuż po upieczeniu będą wyglądać tak, jakby się zlały i nie było szansy by je od siebie oddzielić. nic bardziej mylnego. Spokojnie da się oddzielić od siebie pojedyncze kawałki, chociaż ciepłe jeszcze będą bardzo delikatne, więc trzeba będzie to robić z ostrożnością.
Przygotowujemy lukier. Mieszamy śmietanę z cukrem i sokiem cytrynowym, żąglując składnikami w zależności od ilości lukru, jakiej potrzebujemy i stopnia słodkości. Polewamy nim ciepłe jeszcze zawijasy i możemy spożywać w ilości ogromnej.
Wysoce uzależniają. Nigdy się nie kończy na jednym kawałku. Spód będą miały pokryty lepką warstewką soku z owoców i to jest jak najbardziej prawidłowe. Tylko doda smaku.
Teoretycznie wytrzymają 2-3 dni, jeśli je przykryjemy i nie wyschną. Ale wątpliwe, by nie zjedzono ich przed upływem pierwszej doby.
Smacznego;D
Jest i inna dziedzina, w której wygodnie nam się uczyć cierpliwości, a mianowicie kuchnia. Czekamy gdy coś się piecze, zerkając przez szybkę niecierpliwie do piekarnika, i do garnka na zupę, tudzież czekaniem staramy się przyspieszyć wodę, by zagotowała się szybciej. Zerkania i inne taki nic nie dają, rzecz jasna. Wszystko dzieje się we własnym czasie i na swój sposób. Ale jak już trening na cierpliwość przetrwamy, to potem efekty są tak spektakularne, że aż serce rośnie jak na drożdżach i zaraz chce się nam wszystkiego bardziej.
O drożdżach zresztą wspominam nie przypadkowo. Do nich cierpliwość jest szalenie potrzebna, szczególnie jeśli coś z nimi pieczemy. Najpierw bowiem rośnie sobie zaczyn na ciasto... co najmniej godzinę, a potem jeszcze ciasto gotowe do pieczenia również musi urosnąć. I kolejna godzina lub dwie uciekają. Jest to jednak na tyle długi czas, że spokojnie można w nim zająć się czym innym, zaglądając tylko do naszych drożdży lub ciasta co jakiś czas, by z zadowoleniem stwierdzać za każdym razem, że "coś" się dzieje.
Bo jeśli nic się nie dzieje po godzinie, to mamy pecha, drożdże zdechły i trzeba nam zaczynać od nowa.
Na żywych drożdżach rośnie cudownie bohater dzisiejszej felki - zawijasy owocowe. Dwukrotnie właśnie. Zaczyn najpierw na mleku, robi się jak tkanina frotte, a potem gotowe już zawijaski rozpychają blaszkę na wszystkie strony. Ciasto jest mięciutkie, delikatne, lepsze niż najlepsza bułeczka drożdżowa jaką jedliście i zupełnie się do niego nie umywają drożdżówki ze sklepu. Owoce, w moim przypadku truskawki, ale swobodnie można dodać każde inne jakie macie w zamrażalniku, podczas pieczenia puszczają sok, który nam ślicznie wnika w bułeczki, do tej całej puszystości i miękkości dodając jeszcze sok owocowy. Niebo w gębie. Rodzina zdecydowanie nie będzie mieć dość, więc prawdopodobnie dobrze będzie zrobić od razu podwójną porcję. Nie 13 zawijasów, a 26 sztuk. I tak znikną, wierzcie mi. U mnie nawet 10 godzin nie przetrwały, a połowa zniknęła, jak jeszcze były ciepłe, bo takie są najsmaczniejsze.
Zawijasy, jako idealna przekąska, podejdą wam od śniadania do kolacji, w każdym towarzystwie, o ile tylko nie będzie słone. Zapijane kawą zdecydowanie umilą poranek albo wieczór. Nie ma więc co czekać i ślinić się, lepiej zabrać się do roboty (w której i tak będzie więcej treningu cierpliwości, niż czegokolwiek innego).
Przepis pochodzi stąd. Nieco zmodyfikowany.
Składniki (na 12-14 dużych zawijasów):
Ciasto:
1 szklanka ciepłego mleka
2/3 szklanki cukru
1 i 1/2 łyżki drożdży instant (użyłam 1 i 1/2 opakowania drożdży suszonych Dr. Oetkera)
115g masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego na kawałki
2 duże jajka
1/2 łyżeczki soli
4 i 1/2 szklanki mąki
Nadzienie:
30-50 dkg zamrożonych truskawek (malin, wiśni wydrylowanych, porzeczek...)
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
Lukier:
1/2 szklanki cukru pudru
3 łyżki śmietany kremówki 30%
sok z cytryny
Wykonanie:
Naszym głównym przyjacielem w tym przepisie będzie robot ręczny z obracającą się miską i mieszadłami hakowymi, właśnie do wyrabiania ciasta drożdżowego. Dlatego właśnie ten sprzęt przygotowujemy sobie na sam początek.
Wpierw testujemy drożdże na ciasto.
W garnuszku podgrzewamy mleko. Nie zagotowujemy, pilnujemy by się nie przypaliło. Powinno jednak być ciepłe, ale nie parować.
Podgrzane mleko wlewamy do miski od miksera.
Za pomocą łyżki wsypujemy drożdże, mieszamy je z mlekiem, dosypujemy cukier i również łyżką mieszamy całość. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy miskę na jakieś 5-10 minut w ciepłe miejsce. (w ziemie grzeją już kaloryfery, więc ja swoje drożdże postawiłam właśnie na nich. W lecie można użyć lekko ciepłego piekarnika.).
Po upływie 10 minut zaglądamy do drożdży. Jeśli znajdujemy mleko w stanie "frotowym", puszystym i zdecydowanie sugerującym, że drożdże zrobiły sobie ucztę i rozwijają się w najlepsze, mamy dowód, że są zdolne do dalszej współpracy. Jeśli jest nietknięte i nadal buro-mleczne, jak świeżo po wmieszaniu drożdży - czas wziąć nowe opakowanie i zaczynać od nowa.
"Żywy" zaczyn zabieramy na mikser i do dalszej obróbki.
Do mleka z drożdżami wrzucamy pokrojone na kawałki, koniecznie miękkie masło i włączamy mikser na średnie obroty, by trochę je wmieszać. W ciągu całego procesu nie wmiesza się nam całkowicie w ciasto, dopiero na sam koniec, więc nie panikujcie, gdy ciągle będziecie widzieć podczas ubijania, że kawałki masła pływają luźno.
Dodajemy po jednym jajku, cały czas mając mikser włączony.
Dosypujemy sól.
Pozwalamy chwilę mikserowi pracować, co jakiś czas za pomocą łyżki odciągając masło od ścianek i popychając je ku mieszadłom. W ten sposób upewnimy się, że wszystko się równo miesza.
Po paru dłuższych minutach wsypujemy po trochu mąkę. Wpierw pół szklanki, czekamy aż zmiesza się z ciastem, potem dosypujemy dalej i tak w ten deseń, aż wejdzie nam wszystkie 4 szklanki. Po tym czasie ciasto pewnie jeszcze będzie zbyt miękkie, by je przenosić na stolnicę celem ugniatania, więc dosypujemy pozostałe pół szklanki mąki i obserwujemy ciasto. Po 4 i 1/2 szklanki powinno wyglądać już jak dobrze wyrobione ciasto drożdżowe, być lśniące, ale przede wszystkim po przechyleniu miski zaczynać odstawać od ścianek.
W takim momencie wyłączamy mikser i wyciągamy stolnicę. Podsypujemy ją mąką, wykładamy ciasto z miski i zagniatamy je, również podsypując mąką, by nam się nie kleiło do palców. Zagniatamy do czasu, aż nie będzie nam się w ogóle do palców przyczepiać, ale nadal będzie lśniące.
Bierzemy miskę, lekko obsypujemy mąką wewnątrz i wkładamy do niej kulę ciasta. Przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy w ciepłe miejsce na około 1,5 godziny. W tym czasie powinno nam się podwoić ilościowo.
Wyrośnięte ciasto przekładamy ponownie na stolnicę i rozwałkujemy w kształt dużego prostokąta. Pilnujemy, by całe ciasto było równe zarówno na brzegach jak i w środku.
Zostawiamy je na moment rozwałkowane i przystępujemy do robienia nadzienia.
Zamrożone owoce wyciągamy z zamrażalnika dopiero teraz. Nie rozmrażamy wcześniej, ponieważ wszystko, co z nich wypłynie, powinno trafić do ciasta. Większe owoce, w moim przypadku truskawki, kroimy na drobno, mniejsze, jak maliny, wrzucamy w całości do garnuszka.
Do owoców wsypujemy cukier i mąkę ziemniaczaną, mieszamy wszystko razem.
Przekładamy owoce równą warstwą na prostokąt rozwałkowanego ciasta, a następnie ciasno zwijamy go w rulon wraz z tymi owocami.
Uzbrajamy się w bardzo ostry nóż i rulon z ciasta i owoców tniemy na mniej więcej 1,5 centymetrowe plastry.
Każdy taki plaster kładziemy płasko na blachę wysłaną starannie papierem do pieczenia, zachowując między nimi trochę wolnego miejsca. W standardowej blaszce w ten sposób zmieści się 9 plastrów. Resztę wykładamy do innej blaszki, również wysłanej papierem. W moim przypadku sprawdziła się na pozostałe 4 kawałki, keksówka.
Blaszki z zawijasami zakrywamy ściereczką i po raz kolejny pozwalamy im rosnąć w ciepłym miejscu przez następne 2 godziny. W tym czasie zawijasy urosną i wypełnią ściśle obie blaszki, a owoce puszczą sok, który potem, podczas pieczenia zostanie wchłonięty przez ciasto.
Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza i po upływie dwóch godzin wyrastania, wsuwamy blaszki do nagrzanego piekarnika, by piec je przez ok. 25-30 minut. Przez pierwsze 20 minut najlepiej je przykryć folią, by wierzch się nie spalił, ale w ostatnich 5 minutach folię możemy zabrać, by się ładnie wyzłociły. Nie wolno wtedy spuszczać ich z oka mimo wszystko i gdy zauważymy, że są zbyt ciemne, ponownie nakładamy folię na wierzch.
Zawijasy będą gotowe w momencie gdy będą złociste, a ewentualnie widoczny na wierzchu i po bokach sok i owoce będą bąbelkować.
Wyciągamy blaszki z piekarnika i pozwalamy zawijasom stygnąć w nich przez kwadrans. Dopiero potem wyciągamy spód blaszki i odginamy rogi papieru, by wygodnie wyciągać kawałki.
Zawijasy tuż po upieczeniu będą wyglądać tak, jakby się zlały i nie było szansy by je od siebie oddzielić. nic bardziej mylnego. Spokojnie da się oddzielić od siebie pojedyncze kawałki, chociaż ciepłe jeszcze będą bardzo delikatne, więc trzeba będzie to robić z ostrożnością.
Przygotowujemy lukier. Mieszamy śmietanę z cukrem i sokiem cytrynowym, żąglując składnikami w zależności od ilości lukru, jakiej potrzebujemy i stopnia słodkości. Polewamy nim ciepłe jeszcze zawijasy i możemy spożywać w ilości ogromnej.
Wysoce uzależniają. Nigdy się nie kończy na jednym kawałku. Spód będą miały pokryty lepką warstewką soku z owoców i to jest jak najbardziej prawidłowe. Tylko doda smaku.
Teoretycznie wytrzymają 2-3 dni, jeśli je przykryjemy i nie wyschną. Ale wątpliwe, by nie zjedzono ich przed upływem pierwszej doby.
Smacznego;D
środa, 6 stycznia 2016
Sernik z sosem butterscotch (i solą)
Serników ci u nas dostatek w każdej porze roku. W Polsce, znaczy się. Powinno się mówić nie, że kraj mlekiem i miodem płynący (ha!ha!ha!), a jadący na serniku od bardzo już dawna. Ponieważ sernik towarzyszy polakowi od czasów biedy, wcześniejszego okresu międzywojennego, gdy wszystko było lepsze i z klasą i czasów jeszcze dawniejszych, gdy o kierunku kulturalnym rozwoju naszego pięknego kraju stanowił Paryż i Wiedeń.
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.
No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.
Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.
W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...
Składniki:
4 jajka
20 dkg cukru (1 szklanka)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
12,5 dkg masła
50 dkg twarogu półtłustego
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka mąki pszennej
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.)
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach
Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki).
Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite).
Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy.
Dodajemy mąki i ponownie miksujemy.
W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli.
Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami.
Dodajemy bakalie.
Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg).
Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście.
Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny. Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.
Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.
Smacznego:)
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.
No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.
Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.
W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...
Składniki:
4 jajka
20 dkg cukru (1 szklanka)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
12,5 dkg masła
50 dkg twarogu półtłustego
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka mąki pszennej
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.)
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach
Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki).
Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite).
Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy.
Dodajemy mąki i ponownie miksujemy.
W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli.
Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami.
Dodajemy bakalie.
Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg).
Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście.
Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny. Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.
Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.
Smacznego:)
czwartek, 31 grudnia 2015
Sos Butterscotch
Wchodzimy po Świętach powoli na pełne obroty. Co prawda Sylwester za pasem, czyli jutro znowu coś będę robić, a potem nic nie robić aż do późnego popołudnia 1 stycznia, ale myślę przyszłościowo. Nowe przepisy czekają już w kolejce na wypróbowanie, obiecany kolejny sernik, obiecane fantastyczne mięsne ciasto z nadzieniem, że klękajcie narody, cała seria wypieków skandynawskiego pochodzenia, które krążą dookoła jak upierdliwe komary wokół plamy krwi, wreszcie Tort Rabski, na który się czaję od dwóch lat, ale ciągle nie mam albo czasu, albo składników, by się za niego zabrać. O chińskich pierożkach gotowanych na parze nawet nie wspomnę, bo leżą i kwiczą, patrząc na mnie z Pinteresta okiem pełnym wyrzutu.
Tak więc, jak widać, Nowy Rok kroi się bardzo różnorodny kulturowo, z mnóstwem nietypowych dań i wielu potraw inspirowanych rozmaitymi mediami.
Zapowiedź pierwszej z nich już dzisiaj.
Butterscotch. A cóż to jest? Ano, proszę państwa, to cudeńko pochodzi z Wysp Brytyjskich i najkrócej mówiąc jest rodzajem cukierka z rodziny toffee. Zależnie od tego jak się tę słodycz przygotuje, butterscotch może być albo całkiem twardym karmelkiem, albo nieco miększym rodzajem toffee, miękką, brytyjską krówką, lub sosem.
Głównymi składnikami tego złotego cukierasa od zawsze są masło (jak widać w pierwszym członie nazwy), brązowy cukier oraz różne odmiany syropu cukrowego. Do tego dodaje się także inne rzeczy typu ekstrakt z wanilii lub sól, ale podstawowe składniki muszą pozostać bez zmian. Szkockiej nie ma w przepisie (tak, tak, słyszę to rozżalone jęki), wbrew temu, jak się przysmak nazywa. Nazwa pochodzi nie od Szkockiej, a prawdopodobnie od słowa "scorch" - czyli gotować w wysokiej temperaturze, bowiem dokładnie to i tylko to się robi z mieszaniną cukru, masła i syropu cukrowego, by przygotować butterscotch.
Czym się różni sos od butterscotcha? Tylko tym, że do ugotowanego dodaje się śmietanę, bo inaczej w krótkim czasie zrobi nam się twarde toffi. A nie o to w tym chodzi.
Prawdziwą, twardą, możliwą do krojenia odmianę butterscotch na pewno będę jeszcze robić, tym razem jednak pokusiłam się o szybki dodatek do dwóch potraw (i setek innych deserów, jeśli tylko podejdzie wam smak), które mam w planie w najbliższej przyszłości. Dokonać kuchni fusion w postaci polskiego sernika i szkockiego butterscotcha z dodatkiem soli morskiej, oraz Piwa Kremowego znanego ze świata Harry Pottera. W obu przepisach sos butterscotch jest jednym z dodatków, więc logicznym się wydawało, iż muszę najpierw zrobić sos, by móc zabrać się za resztę. Obrany z rozumu zaś tylko kupiłby za ciężkie pieniądze coś, czego smaku nie zna, a może zrobić w 20 minut własny półprodukt za jedną trzecią kasy, o jaką krzyczą sklepy.
Bowiem jest to proste. Nawet bardzo. Prostsze niż zrobienie golden syrup'u albo fudge'a. Krócej się czeka, bezpiecznie merda łyżką by się nie przypaliło, a potem tylko próbuje, dosmacza i przekłada do butelki, by przez następne dwa tygodnie cieszyć się pysznym, karmelowo-toffee-podobnym sosem do czego tylko dusza zapragnie.
A co tam, do kawy i schabowego też pewnie podejdzie, jeśli macie takie pragnienie. Skoro można piec mięso w Coca-Coli, to czemu nie w butterscotchu!
Oto więc zrobiony w dwadzieścia radosnych minut, domowy, "very-own"(jak to ładnie powiadają anglojęzyczni) karmelowy, złoty i cudownie gęsty sos butterscotch. Ode mnie, dla was, by radośnie się tyło. Przepis wzięty stąd, z poczynionymi modyfikacjami.
Składniki:
1/2 szklanki masła
2/3 szklanki białego cukru
2/3 szklanki brązowego cukru
3/4 szklanki golden syrup'u
2 łyżki wody
1/4 łyżeczki soli
3-4 spore łyżki śmietany (idealnie by było, gdyby to była kremówka 30%, ale na 18% też wyjdzie)
2-4 łyżeczek ekstraktu z wanilii
Wykonanie:
Wkładamy masło do średniej wielkości garnczka z grubym dnem i roztapiamy je na małym ogniu, pilnując by nie zaczęło się przypalać lub brązowieć. Dobrze jest w tym celu ostatnie jego kawałeczki roztopić w już roztopionym maśle poruszając żywo garnkiem zdjętym z ognia.
Do roztopionego masła dosypujemy cukier biały i brązowy, wlewamy golden syrup, mieszamy wszystko razem i ponownie stawiamy na, tym razem, średni ogień. Dorzucamy dodatkowo wodę i sól, i zaczynamy podgrzewać, mieszając mieszaninę cały czas, aż doprowadzimy ją do wrzenia.
Przez kolejne 5 minut gotujemy ciecz, nieustannie mieszając, skrobiąc łyżką po kątach garnka, bokach i spodzie, by nic się nie przypaliło, pozwalając jej wrzeć do woli.
Po upływie tego czasu ściągamy garnczek z ognia i wlewamy do cieczy ekstrakt z wanilii. Ostrożnie, bo może pryskać. Ilość ekstraktu jest zależna od was. Alkohol i tak wyparuje, ponieważ butterscotch w tym momencie jest bardzo gorący i procenty się "nie przedrą", więc pozostanie tylko ustalenie, czy chcemy wyraźniejszą woń wanilii w sosie, czy nie. U mnie podeszły cztery łyżeczki, ale dodajcie jak wam lepiej posmakuje.
Starannie mieszamy, by butterscotch i ekstrakt z wanilii się połączyły.
Potem dodajemy śmietanę. Co najmniej 3 łyżki na pewno należy dodać, co zauważycie próbując butterscotch bez śmietany. W ustach momentalnie zamienia się w twarde toffee, a toffi nie chcemy, chcemy sos. A zatem najpierw 1 łyżka i mieszamy od razu, by całość weszła w sos. Potem i 2 - mieszamy i sprawdzamy, jak nam się prezentuje w ustach. Jeśli nadal twardnieje na amen, dajemy 3. Ja w rozpędzie dałam i 4, aby na pewno uzyskać kremową konsystencję, ale tak myślę, że po 3 łyżce już będziemy mieć sos.
Gotowy sos mieszamy raz jeszcze, upewniając się, że nie zaplątała się tam żadna, nie roztarta grudka śmietany, po czym, jeżeli chcemy go w całości zachować na później, przelewamy przy pomocy lejka do wymytej, wrzątkiem przelanej szklanej butelki z zamknięciem.
Co zrobić, gdy nagle się okazuje, że nie ma lejka w domu i nigdy nie było? A jest papier do pieczenia? Jest? Więc ratujemy się tym. Robimy z podwójnie złożonego kawałka papieru do pieczenia tutkę z szerszym końcem, wąski wpychamy do szyjki butelki, upewniamy się, że jest przepływ i lu!
Znaczy, to "lu", to ostrożnie. Sos jest nadal gorący. Przelejcie z entuzjazmem, ale w miarę wolno.
Po przelaniu butelkę zakręcamy i studzimy. Potem pakujemy do lodówki, gdzie może siedzieć jakieś dwa tygodnie.
Jeśli życzymy sobie go użyć od razu, umieszczamy potrzebną nam ilość na tym, czym będziemy zdobić butterscotch, a resztę pakujemy do butelki.
Sos stosujemy jako dodatek do deserów. Jest gęsty, prawdopodobnie ładnie będzie zastygał. Może nie na kamień, ale delikatne ciasta lubiące polewę przypuszczalnie wdzięcznie go udźwigną. Na serniku nowojorskim sprawdzi się na pewno, również i na rozmaitych odmianach brownie. To, że do lodów i kawy też będzie świetnie pasował, to na pewno każdy już odgadnie.
Z podanych składników uzyskamy prawie 3 szklanki sosu.
Jeżeli sos po wystygnięciu lub pobycie w lodówce stwardnieje w butelce, nie ma co panikować. Wkładamy butelkę do garnczka z bardzo ciepłą wodą (tyle, żeby butelka wytrzymała i nie pękła, więc nie wrzątek) i co jakiś czas potrząsamy nim, wyjmując z kąpieli, by zluzować sos. To powinno przerzedzić nam butterscotch do właściwej płynności.
A więc smacznego wszystkim:)
Tak więc, jak widać, Nowy Rok kroi się bardzo różnorodny kulturowo, z mnóstwem nietypowych dań i wielu potraw inspirowanych rozmaitymi mediami.
Zapowiedź pierwszej z nich już dzisiaj.
Butterscotch. A cóż to jest? Ano, proszę państwa, to cudeńko pochodzi z Wysp Brytyjskich i najkrócej mówiąc jest rodzajem cukierka z rodziny toffee. Zależnie od tego jak się tę słodycz przygotuje, butterscotch może być albo całkiem twardym karmelkiem, albo nieco miększym rodzajem toffee, miękką, brytyjską krówką, lub sosem.
Głównymi składnikami tego złotego cukierasa od zawsze są masło (jak widać w pierwszym członie nazwy), brązowy cukier oraz różne odmiany syropu cukrowego. Do tego dodaje się także inne rzeczy typu ekstrakt z wanilii lub sól, ale podstawowe składniki muszą pozostać bez zmian. Szkockiej nie ma w przepisie (tak, tak, słyszę to rozżalone jęki), wbrew temu, jak się przysmak nazywa. Nazwa pochodzi nie od Szkockiej, a prawdopodobnie od słowa "scorch" - czyli gotować w wysokiej temperaturze, bowiem dokładnie to i tylko to się robi z mieszaniną cukru, masła i syropu cukrowego, by przygotować butterscotch.
Czym się różni sos od butterscotcha? Tylko tym, że do ugotowanego dodaje się śmietanę, bo inaczej w krótkim czasie zrobi nam się twarde toffi. A nie o to w tym chodzi.
Prawdziwą, twardą, możliwą do krojenia odmianę butterscotch na pewno będę jeszcze robić, tym razem jednak pokusiłam się o szybki dodatek do dwóch potraw (i setek innych deserów, jeśli tylko podejdzie wam smak), które mam w planie w najbliższej przyszłości. Dokonać kuchni fusion w postaci polskiego sernika i szkockiego butterscotcha z dodatkiem soli morskiej, oraz Piwa Kremowego znanego ze świata Harry Pottera. W obu przepisach sos butterscotch jest jednym z dodatków, więc logicznym się wydawało, iż muszę najpierw zrobić sos, by móc zabrać się za resztę. Obrany z rozumu zaś tylko kupiłby za ciężkie pieniądze coś, czego smaku nie zna, a może zrobić w 20 minut własny półprodukt za jedną trzecią kasy, o jaką krzyczą sklepy.
Bowiem jest to proste. Nawet bardzo. Prostsze niż zrobienie golden syrup'u albo fudge'a. Krócej się czeka, bezpiecznie merda łyżką by się nie przypaliło, a potem tylko próbuje, dosmacza i przekłada do butelki, by przez następne dwa tygodnie cieszyć się pysznym, karmelowo-toffee-podobnym sosem do czego tylko dusza zapragnie.
A co tam, do kawy i schabowego też pewnie podejdzie, jeśli macie takie pragnienie. Skoro można piec mięso w Coca-Coli, to czemu nie w butterscotchu!
Oto więc zrobiony w dwadzieścia radosnych minut, domowy, "very-own"(jak to ładnie powiadają anglojęzyczni) karmelowy, złoty i cudownie gęsty sos butterscotch. Ode mnie, dla was, by radośnie się tyło. Przepis wzięty stąd, z poczynionymi modyfikacjami.
Składniki:
1/2 szklanki masła
2/3 szklanki białego cukru
2/3 szklanki brązowego cukru
3/4 szklanki golden syrup'u
2 łyżki wody
1/4 łyżeczki soli
3-4 spore łyżki śmietany (idealnie by było, gdyby to była kremówka 30%, ale na 18% też wyjdzie)
2-4 łyżeczek ekstraktu z wanilii
Wykonanie:
Wkładamy masło do średniej wielkości garnczka z grubym dnem i roztapiamy je na małym ogniu, pilnując by nie zaczęło się przypalać lub brązowieć. Dobrze jest w tym celu ostatnie jego kawałeczki roztopić w już roztopionym maśle poruszając żywo garnkiem zdjętym z ognia.
Do roztopionego masła dosypujemy cukier biały i brązowy, wlewamy golden syrup, mieszamy wszystko razem i ponownie stawiamy na, tym razem, średni ogień. Dorzucamy dodatkowo wodę i sól, i zaczynamy podgrzewać, mieszając mieszaninę cały czas, aż doprowadzimy ją do wrzenia.
Przez kolejne 5 minut gotujemy ciecz, nieustannie mieszając, skrobiąc łyżką po kątach garnka, bokach i spodzie, by nic się nie przypaliło, pozwalając jej wrzeć do woli.
Po upływie tego czasu ściągamy garnczek z ognia i wlewamy do cieczy ekstrakt z wanilii. Ostrożnie, bo może pryskać. Ilość ekstraktu jest zależna od was. Alkohol i tak wyparuje, ponieważ butterscotch w tym momencie jest bardzo gorący i procenty się "nie przedrą", więc pozostanie tylko ustalenie, czy chcemy wyraźniejszą woń wanilii w sosie, czy nie. U mnie podeszły cztery łyżeczki, ale dodajcie jak wam lepiej posmakuje.
Starannie mieszamy, by butterscotch i ekstrakt z wanilii się połączyły.
Potem dodajemy śmietanę. Co najmniej 3 łyżki na pewno należy dodać, co zauważycie próbując butterscotch bez śmietany. W ustach momentalnie zamienia się w twarde toffee, a toffi nie chcemy, chcemy sos. A zatem najpierw 1 łyżka i mieszamy od razu, by całość weszła w sos. Potem i 2 - mieszamy i sprawdzamy, jak nam się prezentuje w ustach. Jeśli nadal twardnieje na amen, dajemy 3. Ja w rozpędzie dałam i 4, aby na pewno uzyskać kremową konsystencję, ale tak myślę, że po 3 łyżce już będziemy mieć sos.
Gotowy sos mieszamy raz jeszcze, upewniając się, że nie zaplątała się tam żadna, nie roztarta grudka śmietany, po czym, jeżeli chcemy go w całości zachować na później, przelewamy przy pomocy lejka do wymytej, wrzątkiem przelanej szklanej butelki z zamknięciem.
Co zrobić, gdy nagle się okazuje, że nie ma lejka w domu i nigdy nie było? A jest papier do pieczenia? Jest? Więc ratujemy się tym. Robimy z podwójnie złożonego kawałka papieru do pieczenia tutkę z szerszym końcem, wąski wpychamy do szyjki butelki, upewniamy się, że jest przepływ i lu!
Znaczy, to "lu", to ostrożnie. Sos jest nadal gorący. Przelejcie z entuzjazmem, ale w miarę wolno.
Po przelaniu butelkę zakręcamy i studzimy. Potem pakujemy do lodówki, gdzie może siedzieć jakieś dwa tygodnie.
Jeśli życzymy sobie go użyć od razu, umieszczamy potrzebną nam ilość na tym, czym będziemy zdobić butterscotch, a resztę pakujemy do butelki.
Sos stosujemy jako dodatek do deserów. Jest gęsty, prawdopodobnie ładnie będzie zastygał. Może nie na kamień, ale delikatne ciasta lubiące polewę przypuszczalnie wdzięcznie go udźwigną. Na serniku nowojorskim sprawdzi się na pewno, również i na rozmaitych odmianach brownie. To, że do lodów i kawy też będzie świetnie pasował, to na pewno każdy już odgadnie.
Z podanych składników uzyskamy prawie 3 szklanki sosu.
Jeżeli sos po wystygnięciu lub pobycie w lodówce stwardnieje w butelce, nie ma co panikować. Wkładamy butelkę do garnczka z bardzo ciepłą wodą (tyle, żeby butelka wytrzymała i nie pękła, więc nie wrzątek) i co jakiś czas potrząsamy nim, wyjmując z kąpieli, by zluzować sos. To powinno przerzedzić nam butterscotch do właściwej płynności.
A więc smacznego wszystkim:)
wtorek, 29 grudnia 2015
Sernik na zimno
No proszę, Bantofelki istnieją już od pół roku, a dopiero jeden sernik zawitał na ich łamy. I to taki, którego próbowałam po raz pierwszy z ciekawości. A przecież niezwykła historia "Bansheek i serniki" zaczęła się całe lata temu, gdy czcigodna rodzicielka Bansheeka kupiła na początku lat dziewięćdziesiątych rozkoszne urządzenie zwane malakserem. Cud myśli technicznej na ówczesne czasy. Ustrojstwo samo mieszało składniki, samo cięło i samo, w związku z tym, robiło ciasto na różne wypieki, fantastycznie oszczędzając czas i siły gospodyni domowej. Na dodatek w instrukcji były przepisy na potrawy - również nowość na tamte czasy.
Obecne pokolenia pewnie nie zrozumieją tego zachwytu, mając pod ręką całą masę sprzętów AGD ułatwiających życie: od ręcznych mikserów z Zelmera, po sprowadzane "zza wielkiej wody" prawdziwe kombajny, slow-cookery i inne food processory. Teraz miara wartości danego sprzętu zależy przede wszystkim od marki i logo wybitego na boku, a nie na tym, ile znaczył pradziadek takiego urządzenia (wraz z instrukcją pełną przepisów) dla polskiej gospodyni domowej ery post-komunistycznej, która mogła w końcu odłożyć montewkę i wcisnąć guzik, a wszystko robiło się za nią, podczas gdy ona na spokojnie piła kawę.
O tym pierwszym serniku z malaksera, jak jest nazywany do tej pory w moim rodzinnym domu, będzie na pewno na blogu, przy okazji, bowiem muszę onego dokonać, zrobić mu sesję zdjęciową i dopiero wtedy spokojnie będę o nim pisać.
Natomiast dzisiaj będzie o drugim serniku, który wkroczył w me życie wraz z mym przyszłym (na tamte czasy) mężem.
Jak już gdzieś wspominałam (chyba właśnie w felce dotyczącej przepisu na sernik nowojorski), mój chłopina nie lubi serników pieczonych. Do dzisiaj nie wiem, co mu się takiego ulęgło we łbie, że nimi gardzi, krzywi się, gdy proponuję co jakiś czas nieśmiało, że może zrobię, będzie gładziutki jak ten "z bloga" i wogóle zmieni jego światopogląd od dziś po wieczność w tym temacie. A gdzie tam, tknąć się nie da. Sernik, powiada, pieczony, to zło.
No więc, mając do wyboru zrobić i zjeść sama, w smutku i goryczy, albo nie zrobić, nie robię.
Ale nie dokończyłam wypowiedzi rozpoczętej przez "Pieczony sernik to zło". Druga część dodawana po namyśle brzmi: "Zrób sernik na zimno". Albowiem akurat ten sernik moja druga połowa zje i to w całości, gdyby mu pozwolił. Ponieważ z tym ciastem, zupełnie jak w przypadku mej słabości do sernika z malaksera, też się wiążą wspomnienia z domu rodzinnego. Ten właśnie sernik zawsze u niego bywał na jego urodziny, ten kocha, temu pokłony składa, ten wreszcie umie sam zrobić od początku do końca (zapominając o połowie składników zapewne, ponieważ mój mąż gotuje "na oko") i zawsze będzie zadowolony z rezultatów. Które zje i nawet nie piśnie, bo jest wszystko pod jego smak.
Zresztą nie wiele może się w tym cieście nie udać. Ciężko sknocić coś, czego się nie wkłada do piekarnika, wszystko, co z zawartością związane, miesza razem i jedyna zabawa jest przy wykładaniu herbatników na dno i takim wylaniu ciasta, by herbatniki z dna nie pokazały się u góry. A potem... robi się sam. Dosłownie. Tylko siedzimy, czekamy, czasem zaglądamy ciekawie do lodówki i zostawiamy wstydliwy odcisk palca na masie, gdy sprawdzamy, czy już stężała.
Jest więc też sernik na zimno idealnym ciastem, które można zrobić mimochodem.
Co do smaku: ponieważ ciasto jest polskiego pochodzenia, nie używamy do niego serka kremowego, a zmielony twaróg. I nie kubełkowy, bo ten zmielony jest za bardzo. Najlepiej zmielić samemu, by uzyskać odpowiedni stopień ziarnistości ciasta, gdyż właśnie to jest w nim najfajniejsze. Grudki napakowane smakiem, na jakie natrafia się przypadkiem. Nadto masa bakalii w środku. I jeszcze owoce na górze. I galaretka! Pod pewnymi względami między deserem wigilijny, - paschą, a sernikiem na zimno jest pewne podobieństwo, więc tuszę, że jeśli lubicie paschę, to i sernik na zimno pokochacie.
Słówko, co do znajdywanych w sklepie pudełkowych świństw. Nie kupujcie! Zróbcie sami, bo tekturowy smak naprawdę zepsuje wam podejście do tego fantastycznego, super-smacznego ciasta, które nieco większym nakładem roboty niż wsypanie proszku i dodanie wody, osiągniecie, ale o wiele, wiele większą satysfakcją, gdy zaczną was pytać o przepis.
A przepis, jedynie słuszny przepis na jedynie prawdziwy, polski sernik na zimno, znajdziecie tuż poniżej. Zachamęcony od teściowej, a teściowa skąd ma... nie wiem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z dna piekła, skąd pochodzi, ale być może przeczyta tego bloga i prawem Murphy'ego trafi od razu na ten przepis, a wtedy będę mieć przesrane:D
Kocham mamusię, wie mamusia o tym, prawda?:D
A zatem, without further ado, kurtyna w górę, sernik na zimno w wasze ręce:
Składniki:
1 kg białego sera twarogu (1/2 kg sera pełnotłustego, 1/2 kg sera półtłustego)
1 duże opakowanie biszkoptów ladyfingers (tych długich, czasem nazywanych kocimi języczkami; ja najchętniej używam wyrobu Dr Gurgula, w charakterystycznym opakowaniu w pomarańczowo-żółtą quasi-kratkę)
1 szklanka cukru
2 galaretki owocowe w różnych kolorach (jedna dopasowana barwą do owoców, jakie wylądują na wierzchu sernika, druga w dowolnym kolorze, bowiem pójdzie do ciasta)
1/2 kostki masła
bakalie: rodzynki, skórka pomarańczowa, suszone morele, suszona żurawina, figi (odradzam dodawania do sera świeżych owoców, bo może sernik popłynąć; zostawcie je na górę)
1 duża puszka owoców w syropie (brzoskwinie, ananasy, morele, mieszanka koktajlowa, co wam podejdzie. Można i świeże, ale nie dodawajcie kiwi, galaratka przy nich nie chce wogóle tężeć)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
Wykonanie:
Na sam początek przygotowujemy galaretki. Obie wsypujemy do osobnych garnuszków. Jedną, tą, która pójdzie na górę, na owoce, zalewamy gorącą wodą zgodnie z ilością podaną na opakowaniu i mieszamy aż żelatyna na dnie się rozpuści.
Drugą, tą, którą dodamy do sera, zalewamy 1 szklanką gorącej wody i również mieszamy, aż się rozpuści.
Obie galaretki zostawiamy w temperaturze pokojowej w garnuszkach, by sobie stygły i dążyły do stężenia.
Tymczasem szykujemy resztę sernika.
Twaróg kupiony w kawałkach (koniecznie nie zmielony wcześniej) mielimy w domu w maszynce do mięsa, mieląc wraz z serem kawałki masła i dodają szklankę cukru. Masę przekładamy do miski od miksera i miksujemy starannie, by się wszystkie trzy składniki ładnie połączyły.
Dolewamy galaretkę szykowaną na ciasto - tę rozpuszczoną w 1 szklance wody - jeśli tylko już wykazała tendencję do tężenia (dlatego lepiej przygotować sobie galaretki wcześniej, by nie czekać za długo między kolejnymi etapami), do masy serno-maślano-cukrowej i ponownie miksujemy wszystko razem.
Próbujemy po raz pierwszy. W razie za małej słodkości dodajemy cukru. Dolewamy olejek pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Miksujemy.
Rodzynki parzymy wrzątkiem i w ilości na jaką mamy ochotę, wsypujemy do masy. Skórkę pomarańczową (jeśli kupna) wsypujemy również. Jeśli mamy własną, robioną w domu, kroimy drobniutko skórki i wrzucamy. Suszone morele, żurawinę, figi itp. wszystkie większe gabarytowo bakalie - kroimy drobno i dodajemy do masy. Następnie za pomocą drewnianej łyżki mieszamy starannie, by bakalie trafiły w każdy zakamarek ciasta. Raz jeszcze próbujemy i jeśli smak pasuje nam ostatecznie, odstawiamy na chwilę do lodówki.
Okrągłą tortownicę z wyjmowalnym dnem wykładamy folią aluminiową, starannie, aż po brzegi, nie zostawiając dziur, by ani ciasto, ani galaretka nam nie wypłynęły. Jeśli trzeba to nawet podwójną warstwą.
Długimi biszkoptami wykładamy starannie dno tortownicy, starając się je jak najmniej łamać, ale wypełniamy wszystkie dziury między nimi jak się da. Nawet i kruszonymi kawałeczkami.
Wyciągamy ciasto do sernika z lodówki i po jednej łyżce wykładamy najpierw na biszkopty, by przykryć je warstwą sera. Nie wylewajcie wszystkiego naraz, bo biszkopty wypłyną od razu i będzie bieda. Gdy już przykryjemy ciastem wszystkie biszkopty, możemy ostrożnie zacząć wylewać resztę sera do tortownicy. Wygarniamy do spodu, puste naczynie podsuwamy rodzinie do wylizania wraz z łyżką, a tortownicę ponownie wsadzamy do lodówki.
Puszkę z owocami otwieramy, odsączamy kawałki lub plastry z syropu i sprawdzamy sernik jednym, próbnym kawałeczkiem. Jeżeli owoce nie tonie i leży na serze, możemy zacząć powoli wykładać owoce na wierzch tak, by jak najdokładniej pokryć powierzchnię równą warstwą.
Jeżeli z kolei kawałki zaczynają tonąć, natychmiast je zdejmujemy i dajemy sernikowi spokój na jakieś pół godziny, by stężał. Dopiero potem ponownie testujemy i wykładamy owoce.
Sernik z owocami wkładamy do lodówki i sprawdzamy galaretkę, którą zamierzamy wylać na owoce. Wolno nam ją przelać, a raczej przełożyć dopiero wtedy, gdy jest prawie całkiem stężała, inaczej w zbyt płynnej postaci znajdzie każdą dziurę między folią, a tortownicą i wycieknie poza sernik. Doskonała będzie więc taka, której jeszcze nie trzeba kroić, ale jeśli zostawimy ją bodaj na 5 minut nieróbstwa, właśnie taka się stanie.
Jeśli nam jednak stężeje, bo przegapiliśmy moment, stawiamy ją na chwilę na ogień i mieszamy, doprowadzając do stanu właściwego, tuż przed stężeniem.
Galaretkę, łyżka po łyżce przekładamy na owoce, zapełniając najpierw dziury między nimi i sernikiem, potem po powierzchni owoców i wreszcie gdzie się da, ile tylko mamy wolnego miejsca i galaretki.
Gotowy sernik pakujemy do lodówki na ostateczne, kilkugodzinne leżakowanie. Najlepiej by było dać jej całą noc. Kroimy dopiero gdy galaretka na wierzchu jest całkowicie twarda.
Sernik można podawać z bitą śmietaną, ale moim zdaniem zupełnie nie potrzebuje dodatków, sam w sobie będąc idealnie wilgotny, aromatyczny i bardzo, bardzo smakowity.
Smacznego:)
Obecne pokolenia pewnie nie zrozumieją tego zachwytu, mając pod ręką całą masę sprzętów AGD ułatwiających życie: od ręcznych mikserów z Zelmera, po sprowadzane "zza wielkiej wody" prawdziwe kombajny, slow-cookery i inne food processory. Teraz miara wartości danego sprzętu zależy przede wszystkim od marki i logo wybitego na boku, a nie na tym, ile znaczył pradziadek takiego urządzenia (wraz z instrukcją pełną przepisów) dla polskiej gospodyni domowej ery post-komunistycznej, która mogła w końcu odłożyć montewkę i wcisnąć guzik, a wszystko robiło się za nią, podczas gdy ona na spokojnie piła kawę.
O tym pierwszym serniku z malaksera, jak jest nazywany do tej pory w moim rodzinnym domu, będzie na pewno na blogu, przy okazji, bowiem muszę onego dokonać, zrobić mu sesję zdjęciową i dopiero wtedy spokojnie będę o nim pisać.
Natomiast dzisiaj będzie o drugim serniku, który wkroczył w me życie wraz z mym przyszłym (na tamte czasy) mężem.
Jak już gdzieś wspominałam (chyba właśnie w felce dotyczącej przepisu na sernik nowojorski), mój chłopina nie lubi serników pieczonych. Do dzisiaj nie wiem, co mu się takiego ulęgło we łbie, że nimi gardzi, krzywi się, gdy proponuję co jakiś czas nieśmiało, że może zrobię, będzie gładziutki jak ten "z bloga" i wogóle zmieni jego światopogląd od dziś po wieczność w tym temacie. A gdzie tam, tknąć się nie da. Sernik, powiada, pieczony, to zło.
No więc, mając do wyboru zrobić i zjeść sama, w smutku i goryczy, albo nie zrobić, nie robię.
Ale nie dokończyłam wypowiedzi rozpoczętej przez "Pieczony sernik to zło". Druga część dodawana po namyśle brzmi: "Zrób sernik na zimno". Albowiem akurat ten sernik moja druga połowa zje i to w całości, gdyby mu pozwolił. Ponieważ z tym ciastem, zupełnie jak w przypadku mej słabości do sernika z malaksera, też się wiążą wspomnienia z domu rodzinnego. Ten właśnie sernik zawsze u niego bywał na jego urodziny, ten kocha, temu pokłony składa, ten wreszcie umie sam zrobić od początku do końca (zapominając o połowie składników zapewne, ponieważ mój mąż gotuje "na oko") i zawsze będzie zadowolony z rezultatów. Które zje i nawet nie piśnie, bo jest wszystko pod jego smak.
Zresztą nie wiele może się w tym cieście nie udać. Ciężko sknocić coś, czego się nie wkłada do piekarnika, wszystko, co z zawartością związane, miesza razem i jedyna zabawa jest przy wykładaniu herbatników na dno i takim wylaniu ciasta, by herbatniki z dna nie pokazały się u góry. A potem... robi się sam. Dosłownie. Tylko siedzimy, czekamy, czasem zaglądamy ciekawie do lodówki i zostawiamy wstydliwy odcisk palca na masie, gdy sprawdzamy, czy już stężała.
Jest więc też sernik na zimno idealnym ciastem, które można zrobić mimochodem.
Co do smaku: ponieważ ciasto jest polskiego pochodzenia, nie używamy do niego serka kremowego, a zmielony twaróg. I nie kubełkowy, bo ten zmielony jest za bardzo. Najlepiej zmielić samemu, by uzyskać odpowiedni stopień ziarnistości ciasta, gdyż właśnie to jest w nim najfajniejsze. Grudki napakowane smakiem, na jakie natrafia się przypadkiem. Nadto masa bakalii w środku. I jeszcze owoce na górze. I galaretka! Pod pewnymi względami między deserem wigilijny, - paschą, a sernikiem na zimno jest pewne podobieństwo, więc tuszę, że jeśli lubicie paschę, to i sernik na zimno pokochacie.
Słówko, co do znajdywanych w sklepie pudełkowych świństw. Nie kupujcie! Zróbcie sami, bo tekturowy smak naprawdę zepsuje wam podejście do tego fantastycznego, super-smacznego ciasta, które nieco większym nakładem roboty niż wsypanie proszku i dodanie wody, osiągniecie, ale o wiele, wiele większą satysfakcją, gdy zaczną was pytać o przepis.
A przepis, jedynie słuszny przepis na jedynie prawdziwy, polski sernik na zimno, znajdziecie tuż poniżej. Zachamęcony od teściowej, a teściowa skąd ma... nie wiem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z dna piekła, skąd pochodzi, ale być może przeczyta tego bloga i prawem Murphy'ego trafi od razu na ten przepis, a wtedy będę mieć przesrane:D
Kocham mamusię, wie mamusia o tym, prawda?:D
A zatem, without further ado, kurtyna w górę, sernik na zimno w wasze ręce:
Składniki:
1 kg białego sera twarogu (1/2 kg sera pełnotłustego, 1/2 kg sera półtłustego)
1 duże opakowanie biszkoptów ladyfingers (tych długich, czasem nazywanych kocimi języczkami; ja najchętniej używam wyrobu Dr Gurgula, w charakterystycznym opakowaniu w pomarańczowo-żółtą quasi-kratkę)
1 szklanka cukru
2 galaretki owocowe w różnych kolorach (jedna dopasowana barwą do owoców, jakie wylądują na wierzchu sernika, druga w dowolnym kolorze, bowiem pójdzie do ciasta)
1/2 kostki masła
bakalie: rodzynki, skórka pomarańczowa, suszone morele, suszona żurawina, figi (odradzam dodawania do sera świeżych owoców, bo może sernik popłynąć; zostawcie je na górę)
1 duża puszka owoców w syropie (brzoskwinie, ananasy, morele, mieszanka koktajlowa, co wam podejdzie. Można i świeże, ale nie dodawajcie kiwi, galaratka przy nich nie chce wogóle tężeć)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
Wykonanie:
Na sam początek przygotowujemy galaretki. Obie wsypujemy do osobnych garnuszków. Jedną, tą, która pójdzie na górę, na owoce, zalewamy gorącą wodą zgodnie z ilością podaną na opakowaniu i mieszamy aż żelatyna na dnie się rozpuści.
Drugą, tą, którą dodamy do sera, zalewamy 1 szklanką gorącej wody i również mieszamy, aż się rozpuści.
Obie galaretki zostawiamy w temperaturze pokojowej w garnuszkach, by sobie stygły i dążyły do stężenia.
Tymczasem szykujemy resztę sernika.
Twaróg kupiony w kawałkach (koniecznie nie zmielony wcześniej) mielimy w domu w maszynce do mięsa, mieląc wraz z serem kawałki masła i dodają szklankę cukru. Masę przekładamy do miski od miksera i miksujemy starannie, by się wszystkie trzy składniki ładnie połączyły.
Dolewamy galaretkę szykowaną na ciasto - tę rozpuszczoną w 1 szklance wody - jeśli tylko już wykazała tendencję do tężenia (dlatego lepiej przygotować sobie galaretki wcześniej, by nie czekać za długo między kolejnymi etapami), do masy serno-maślano-cukrowej i ponownie miksujemy wszystko razem.
Próbujemy po raz pierwszy. W razie za małej słodkości dodajemy cukru. Dolewamy olejek pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Miksujemy.
Rodzynki parzymy wrzątkiem i w ilości na jaką mamy ochotę, wsypujemy do masy. Skórkę pomarańczową (jeśli kupna) wsypujemy również. Jeśli mamy własną, robioną w domu, kroimy drobniutko skórki i wrzucamy. Suszone morele, żurawinę, figi itp. wszystkie większe gabarytowo bakalie - kroimy drobno i dodajemy do masy. Następnie za pomocą drewnianej łyżki mieszamy starannie, by bakalie trafiły w każdy zakamarek ciasta. Raz jeszcze próbujemy i jeśli smak pasuje nam ostatecznie, odstawiamy na chwilę do lodówki.
Okrągłą tortownicę z wyjmowalnym dnem wykładamy folią aluminiową, starannie, aż po brzegi, nie zostawiając dziur, by ani ciasto, ani galaretka nam nie wypłynęły. Jeśli trzeba to nawet podwójną warstwą.
Długimi biszkoptami wykładamy starannie dno tortownicy, starając się je jak najmniej łamać, ale wypełniamy wszystkie dziury między nimi jak się da. Nawet i kruszonymi kawałeczkami.
Wyciągamy ciasto do sernika z lodówki i po jednej łyżce wykładamy najpierw na biszkopty, by przykryć je warstwą sera. Nie wylewajcie wszystkiego naraz, bo biszkopty wypłyną od razu i będzie bieda. Gdy już przykryjemy ciastem wszystkie biszkopty, możemy ostrożnie zacząć wylewać resztę sera do tortownicy. Wygarniamy do spodu, puste naczynie podsuwamy rodzinie do wylizania wraz z łyżką, a tortownicę ponownie wsadzamy do lodówki.
Puszkę z owocami otwieramy, odsączamy kawałki lub plastry z syropu i sprawdzamy sernik jednym, próbnym kawałeczkiem. Jeżeli owoce nie tonie i leży na serze, możemy zacząć powoli wykładać owoce na wierzch tak, by jak najdokładniej pokryć powierzchnię równą warstwą.
Jeżeli z kolei kawałki zaczynają tonąć, natychmiast je zdejmujemy i dajemy sernikowi spokój na jakieś pół godziny, by stężał. Dopiero potem ponownie testujemy i wykładamy owoce.
Sernik z owocami wkładamy do lodówki i sprawdzamy galaretkę, którą zamierzamy wylać na owoce. Wolno nam ją przelać, a raczej przełożyć dopiero wtedy, gdy jest prawie całkiem stężała, inaczej w zbyt płynnej postaci znajdzie każdą dziurę między folią, a tortownicą i wycieknie poza sernik. Doskonała będzie więc taka, której jeszcze nie trzeba kroić, ale jeśli zostawimy ją bodaj na 5 minut nieróbstwa, właśnie taka się stanie.
Jeśli nam jednak stężeje, bo przegapiliśmy moment, stawiamy ją na chwilę na ogień i mieszamy, doprowadzając do stanu właściwego, tuż przed stężeniem.
Galaretkę, łyżka po łyżce przekładamy na owoce, zapełniając najpierw dziury między nimi i sernikiem, potem po powierzchni owoców i wreszcie gdzie się da, ile tylko mamy wolnego miejsca i galaretki.
Gotowy sernik pakujemy do lodówki na ostateczne, kilkugodzinne leżakowanie. Najlepiej by było dać jej całą noc. Kroimy dopiero gdy galaretka na wierzchu jest całkowicie twarda.
Sernik można podawać z bitą śmietaną, ale moim zdaniem zupełnie nie potrzebuje dodatków, sam w sobie będąc idealnie wilgotny, aromatyczny i bardzo, bardzo smakowity.
Smacznego:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















