Powiada prorok: "Prawda jest jako dupa; każdy ma własną." Powiada też inny prorok: "O gustach się nie dyskutuje." A jeszcze inny prorok rzecze, w mądrości swojej dzieląc się z nami następującą prawdą: "Ale i tak moja prawda jest najmojsza." Ja zaś powiadam, mimo, że prorokowanie to atut mojej wilkołaczej Teurg, nie mój, że każdy z owych dwóch pierwszych mędrców rzecze mądrze, ale prawdziwą nirwanę wiedzy osiągnął ten ostatni. On bowiem wie, że ludź uwag o tolerancji opinii innych wysłucha, ale i tak zawsze będzie dążył do udowodnienia innym, że nie mają racji, bo rację ma tylko on sam jeden, ostoja rozsądku na tym padole płaczu.
Pozwolę sobie więc oszczędzić dalsze moralizowanie i zwyczajnie oświadczę, że poniższy kawałek tekstu, który zaraz nastąpi jest odzwierciedleniem moich opinii, popartych sporą ilością przeczytanych książek i obejrzanych dzieł i w żaden sposób nie zamierzam wpierać swej opinii komukolwiek. Jeżeli jednak i tak się poczujecie obrażeni i zechcecie mi prawdę trzeciego z proroków spróbować wetrzeć w ryjek w komentarzach, być może w próbie udowodnienia, że nie mam racji, a wy dacie radę moją opinię zmienić - zapraszam serdecznie! Nie ma to jak ognista dyskusja dla rozruszania starych kości i poćwiczenia argumentacji.
A moja prawda i tak jest najmojsza, bo na moim blogu, o:D
A zatem: fantasy fatalnie smakuje z romansem. Obrzydliwie! Połączenie tych dwóch gatunków, dodając do tego jeszcze nonsensowe wątki erotyczne, wygląda tak, jakby kto wziął najlepszy miód pitny i w przekonaniu, że wie co robi i osiągnie doskonały efekt - wsadził do niego przepoconą skarpetkę nie praną miesiąc z całym jej smrodem, brudem i wszelakimi kulturami bakterii. A potem jeszcze do niego nasikał, zamknął dymion i oczekiwał ambrozji. Nie doczeka się. Nie dość, że nie będzie żadnej ambrozji to jeszcze popsuje uczciwy, choć prosty napitek i zmarnuje całość. Te dwie kategorie literackie i filmowe nigdy, przenigdy nie powinny iść w parze, szczególnie jeżeli miesza się je w równych proporcjach, a jedna z nich, zazwyczaj ta dotycząca romansu pisana jest kiepściutko, co niestety jest brzemieniem większości książek powstałych z mixu fantasy-romans. Znaczy, wiecie, ja rozumiem porządną historię, gdzie poczujemy jedynie leciutki powiew czegoś, co dziać się może między bohaterem, a bohaterką, podczas gdy akcja skupiona jest na zupełnie czym innym. Coś takiego jest na przykład w stareńkiej produkcji fantasy "Red Sonja", gdzie Czerwona konsekwentnie przeprowadza swoją misję od początku do końca, bez względu na to, że potencjalny kandydat do jej serca, książę Kalidor cały czas kręci się w okolicy. I co? nie wzdychają do siebie bezsensownie, a jedynie czasem łypią okiem? No nie. I jest doskonale. Podobnie mamy przecież wątek Hana i Lei w doskonałych "Star Wars - Nowa nadzieja", następnie w całych seriach klasycznego fantasy, heroic i dark z lat 80-tych i 90-tych, gdy pisarze fantasy należeli jeszcze do starej, klasycznej szkoły tworzenia książek tego gatunku. Wątek romansu gdzieś tam przewijał się w tle i nie wypływał na wierzch, niespodziewanie a śmierdząco, nie pasując do niczego, jak ta skarpetka w dymionie z miodem pitnym.
Niestety, ktoś kiedyś uznał, że znudziło mu się typowe fantasy i że znajdzie miłośników takiego, w którym nie tylko zabija się smoka i ratuje dziewicę, ale także pada przed tą dziewicą na kolana, prosząc o rękę, potem przelatuje jej siostrę, ma finalnie wyrzuty sumienia w tym temacie gdy sarniooka bogdanka spogląda na niego z przemyśleniami słodkimi i rodzinnymi, widocznymi w oczach (i 2 stronach maczkiem), dochodzi do tego wielka kłótnia, gdy dziewica okazuje się być w ciąży ze smokiem-ciemiężycielem, któremu się było zmarło, a jej siostra to tak naprawdę przyrodnia kuzynka bohatera. No i macie... fantasy nagle staje się tylko tłem, a my, w poszukiwaniu tego tła musimy przedzierać się przez strony bzdur, do tej pory zarezerwowanych dla książeczek z logo arlekina i różową okładką.
Żeby jeszcze tego było mało ktoś inny stwierdził, że skoro temat zaczął przyciągać kobiety, do tej pory niezainteresowane fantasy - fajnie będzie fantasy do tej pory wyraźnie utrzymane w klimacie średniowiecza przenieść w czasy obecne i ten wątek ero-miłosno-fantastyczny wcisnąć w teraźniejszość, a bohaterami uczynić, (ba, niedoruchane nastolatki płci żeńskiej to największa grupa docelowa!) zwykłego nastolatka płci obojętnej. I w ten oto sposób, drodzy państwo, powstał urban fantasy paranormal romans, a na gatunku fantasy dokonano przebrzydłego mordu w dniu, gdy pani Meyer wypuściła swój "Zmierzch" - króla potworków tego odłamu literackiego. Potem nic już nie było lepiej, tylko więcej i więcej (no, skoro się sprzedaje, to piszmy i wydawajmy największy chłam, kaska poleci) pisano i wydawano takich książek. Przez kilka ostatnich lat, gdy człowiek przeglądał półki w księgarni, widział przede wszystkim okładki takich właśnie pseudo-fantasy książek z romansem, jako głównym tematem, i długo musiał się naszukać, by natrafić na coś zupełnie normalnego.
Na szczęście boom na to gówno zaczyna w końcu przemijać, pokolenie nastolatek "Team Edward" i "Team Jacob" wielbiących ślady stóp Stephanie Meyer (która, nota bene, nie napisała nic więcej poza "Zmierzchem"... królowa fantasy, co?) wyszło z gimnazjów i zaczęło odkrywać lepsze, klasyczne książki, sprzedając ze wstydem to, co im zapychało do tej pory półki domowych biblioteczek . I słusznie. Ileż, kurwa, można!?
Ale, jak powiedziałam, pojawiła się nadzieja. Szał przeminął, dzięki produkcji HBO "Gra o tron" i "Deadpoolowi" (w których romansowanie nie przejmuje zupełnie akcji, chociaż jest w zjadliwej dozie) uwierzono w końcu, że coś innego może bawić w książce i kinie i przyciągać publiczność nie będąc dzieckiem gwałtu romansu i fantasy. Coraz tego mniej na półkach księgarskich, wraca powolutku moda na klasykę i tylko mogę tej modzie przyklasnąć. Niestety nadal pozostają serie shitu niemożebnego, z samego centrum tego boomu na paranormal romans, które wydawcy wznawiają z nadzieją, że ktoś się jeszcze na to złapie. Jedną z nich niewątpliwie jest seria Charlaine Harris - "Southern Vampire Mysteries", znana u nas jako "True Blood" - Prawdziwa Krew.
Nie lubię jej!
No dobra, skoro nie lubię, nie trawię i plwam od dwudziestu minut na tenże gatunek, którego jest doskonałym przykładem, czemu się za nią złapałam?
BO MA W SOBIE WILKOŁAKI!:D
A skoro coś ma w treści wilkołaki, to poczytam lub obejrzę to z samego umiłowania gatunku, lub radosnego wytykania błędów ichnim łakom, za każdym razem, gdy błąd ten dostrzegę. Tak samo mam ze wszystkim wikingowym i zaprawdę, powiadam wam, powinno mi się wydzierać z rąk książki i filmy, gdzie owe kategorie się pojawią, bo nie mam litości.
Do rzeczy. Wiecie już, że za jedynie słuszną wizję wilkołaków uznaję zmiennokształtne rasy stworzone przez White Wolf (wydawcę systemu RPG w settingu WoD) i system Wilkołak: Apokalipsa. Czyli dzikie, czyli mądre, chociaż silne, posiadające całą kulturę i stojącą za nimi backstory, dysponujące na dodatek potworną, wilczą formą crinos (jak najbardziej odpowiadającą temu, co najstarsze historie o wilkołakach głoszą), a także cztery inne możliwości zmiany postaci, od człowieka do zwyczajnego wilka. Z nieznanego dla mnie powodu w całym tym zalewie paranormali dla nastolatek, gdziekolwiek pojawiały się wilkołaki, ich wilkołaczość ukazywano wyłącznie poprzez możliwość zmiany w wilczą postać i nic więcej (poza nadmierną hutliwością, która jako charakterystyczna dla wilkołactwa nieustannie mnie zadziwia. W sensie, że jak kto zmienia się w zwierzę to jest genetycznie uwarunkowany do pieprzenia wszystkiego, co na drzewo nie ucieka i należy to podkreślić?). Czemu? Po co? Czyżby puszysty wilczuś pasował bardziej do wątku zakochanej w paranormalnej istocie dziewicy, niż ucieczka przed trzymetrowym bydlęciem, wyglądającym jak potworna krzyżówka wilka i człowieka, o której pogłaskaniu warto nawet nie myśleć, o ile nie chcesz mieć ręki odgryzionej przy samej dupie? Prawdopodobnie poszło to w ten deseń:) Bestia nie pasowałaby do ckliwej historyjki z romansem w tle. Wilkołaczek słodziak - "pudel z pudrowaną dupą" (jak dosadnie kiedyś nazwała takie pseudo-wilkołaki moja kumpelka Veni - również miłośniczka oryginalnego spojrzenia na wilki od strony systemu Wilkołaka) został więc opisany raz, a potem powielony setki i tysiące razy. I teraz pewnie tak, a nie inaczej wygląda w masowej wyobraźni, gdy zapytałby się dowolnego osobnika o jego wygląd, kiedy wilczy człowiek nie jest już człowiekiem.
Wilkołaki z "True Blood", pojawiające się w trzecim sezonie serialu powielają ten schemat. Jedna forma i nic więcej. Nie dano im nawet porządnej siły ani specjalnych mocy, poza doskonałym węchem i świecącymi oczami, oraz wrażliwością na pełnię księżyca w kwestii przemiany w wilka. Nie stanowią dla wszędzie się tam kręcących ssaczy praktycznie żadnej konkurencji, a zatem poza właściwą wilkołakom formą bestii, odebrano im także przywilej bycia głównym wrogiem wampirów. Jednakże, twórcom i miłośnikom ku pokrzepieniu serc powiem, że aż tak strasznie źle z nimi nie jest. Są tam brutalną rasą, pasującą bardziej do światka gangów motocyklowych, robią swoje złe, nieco mniej dobrego i nawet dałoby się z nimi dojść do ładu, gdyby nie to, że komuś się ubrdało, że siły dodaje im picie wampirzej krwi. Co, jak? Co za shit?!
Nie wnikam, kto to wymyślił, pragnąc pewnie podkreślić, że i w tym polu wampiry wysuwają się na front opowiadanej historii (jakby mało było im dominacji w całej serii tych książek, podkreślonej jeszcze przez tytuł serii) i spróbuję o tym fakcie zapomnieć z jednej przyczyny: kulturę i podstawy wilkołaczości zachowano nietknięte, takie jak być powinny. Jest alfa, są watahy, są wilki samotnicy i jest multum różnych ich typów charakterologicznych, wśród których spokojnie wskazać by mógł i dobrych i złych bohaterów. A poza tym mają tam absolutnie zajebisty, wilkołaczy bar, zwący się "Lou Pine's", do którego zdecydowanie bym poszła w dowolnej chwili, lać się po mordach, jak na prawdziwą wilczą babę przystało:)
Podsumowując: "True Blood" jako serial i książka - do dupy. Nie śledziłam za dobrze akcji już w pierwszym sezonie (a po przeczytaniu pierwszego tomu, darowałam sobie resztę), ale w momencie jak zaczęły się tam pojawiać hurtowe ilości dziwnych stworów, a bohaterka okazała się być pół-wróżką, jak niesie wieść gminna - darowałam sobie. Interesowały mnie tylko i wyłącznie wilkołaki w tym serialu i z tej przyczyny, myśląc już nad obecną felką dokształciłam się specjalnie, oglądając czujniej te odcinki, w których się pojawiły, dziury w fabule zalepiając wiki.
A także... jakżeby inaczej - żarcie! Ponieważ w fabule, dziejącej się w południowej części Ameryki Północnej, gdzie magikowanie voodoo jest równie często spotykane jak aligatory na bagnach i moskity - żarcie stanowi bardzo ważną część życia i na dodatek jest przepyszne. Wampierzom wszystko jedno, bo tylko krew albo jej Tru-Podróbę-Blood chłepcą, ale wszystko co żyje, jeść musi. I wilkołaki wcale ludziom nie ustępują. Co prawda więcej piją niż jedzą, ale koleś-wilkołak, najbardziej znany wśród tej wyjącej hałastry i przy tym romantyczne zainteresowanie głównej bohaterki o wdzięcznym imieniu Alcide Herveaux, wcale nie odżegnuje się od kuchni domowej czy z baru Merlotte's i na dodatek sobie dogadza!
Bogom dziękować, że i w kwestii spożycia, wilkołaki zostawiono w spokoju i tradycji. Jedzą dużo, tłusto i smacznie, bardzo często smażone rzeczy z deep fry'a, jak na południowych amerykańców przystało, piją jeszcze więcej, ale zdecydowanie niczego sobie nie odmawiają. Zaś ich dieta, w tym i Alcide w człowieczej formie, wcale nie bazuje wyłącznie na mięsie. Rybką wilk nie pogardzi, jak wskazuje dorwana przeze mnie ostatnio wspaniała książka kucharska: "True Blood - Eats, Drinks and Bites from Bon Temps" - zapełniona tematycznymi przepisami na rozmaite żarełka i napitki z serii. I właśnie ryba z deep fry'a - dosyć nietypowa jak na polskie warunki, a tym bardziej godna uwagi i spróbowania - jest, obok steku i jajek jednym z głównych dań, które są sygnowane imieniem i nazwiskiem tej postaci.
Alcide to wielki facet, z brodą i nieładem na głowie, ogólnie taka postać na która popatrzyć przyjemnie, nawet jak wygaduje głupoty i za szybko zmienia się w wilka jak na mój gust, więc gdzie by tam czym dietetycznym się najadł. Rybę spożywa więc zapewne najchętniej taką, na szybko, w towarzystwie ostrej cebulki i sosu tatarskiego z południa. Rybka, którą rzecz jasna odtworzyłam z przepisu pachnie pięknie, jest złota, i w przeciwieństwie do rybich kęsów z MacSzajsa, składa się z prawdziwej ryby w marynacie... no i nie czuć jej rybą, co powinno ucieszyć tych, którym każda ryba nieapetycznie "jedzie". Podawany zaś do tej rybki - suma, jeżeli koniecznie chcecie już wiedzieć już teraz - południowo amerykański sos tatarski jest absolutnym rarytasem i ma bardzo niewiele wspólnego z sosem tatarskim, jaki kojarzymy my, Polacy, ale jest jednak kwintesencją smaku, doskonale pasującą do smażonego suma.
Wiecie... "True Blood" nie lubię nadal i dokształciwszy się wilkołaczo raczej nie dam rady zmęczyć tej serii do końca. Ale jeżeli reszta potraw z wyżej wspomnianej książki jest tak samo smaczna, jak ten sum - to rękami i nogami zanurzę się w ten skrawek świata serii i być może znajdę coś jeszcze, inną jaką perełkę, która znowu mnie zachęci do zerknięcia w stronę tego serialu.
A zatem: macie i cieszcie się kolejnym daniem z serii wilkołaczych potraw, czyli Sum-ą Wszystkich Wilków Alicde'a (pozwoliłam sobie przetłumaczyć oryginalne "Sum, który zszedł na psy" po swojemu, bo niestety nazwa "catfish" jest częścią gierki słownej w tym tytule, a "sum który zszedł na psy" nie brzmiałby już tak zabawnie). Z sosem tatarskim. I zapewne paroma kłakami sierści, tak dla smaku i podkreślenia kłaczastości tej potrawy. Karta do Makro w rękę (jeśli nie ma innego wyjścia i nigdzie nie dostaniecie filetów z suma, to w Makro mają na sto procent) i lecimy łowić wilczą rybę!
Watahy... stworzyć wilczą potrawę numer trzy! Auuuuuuu! Kto ostatni w rybnym, ten wampir!
Please scroll below for the "red" recipe in english version.
Składniki:
Ryba:
700g filetów z suma, oskórowanych i pozbawionych ości
1 łyżeczka soli
1 i 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 szklanka mleka
2 łyżki musztardy
2 łyżki soku z cytryny
3 lub 4 chlapnięcia sosem tabasco
2 szklanki drobnej mąki kukurydzianej
1 łyżka skrobi kukurydzianej
Sos tatarski:
1 szklanka majonezu
1 łyżka musztardy
1 łyżka świeżej, posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżeczka posiekanego czosnku
1/4 łyżeczki sosu tabasco
sól, pieprz
Dodatkowo:
1 cebula pokrojona w cienkie plasterki, rozdzielone na krążki
olej do smażenia ryby
Wykonanie:
Filety z suma kroimy na kawałki 2-3 centymetrów, tak w sam raz na dwa kęsy, solimy, pieprzymy i wkładamy do miski.
Dodajemy tam mleko, musztardę, sok z cytryny i tabasco. Mieszamy składniki ze sobą i z rybą, zanurzając ją całkowicie w marynacie.
Zakrywamy i wkładamy do lodówki na godzinę.
W tym czasie robimy sos.
Łączymy ze sobą majonez, musztardę, natkę, szczypiorek i czosnek oraz tabasco, mieszamy w wszystko razem w głębokiej misce, a następnie blendujemy mikserem na gładko.
Próbujemy, doprawiamy solą i pieprzem, by na koniec przykryć i schować miskę do lodówki również na godzinę, by smaki się przegryzły.
Gdy czas chłodzenia ryby już nam minął, do woreczka foliowego (małej reklamówki, papierowej torby, jak będzie wygodniej, byle był szczelny) wsypujemy mąkę kukurydzianą i skrobię i mieszamy ze sobą.
Suma w marynacie wyjmujemy z lodówki i wyciągając po jednym kawałku, otrząsamy go z marynaty, a następnie wrzucamy do worka z mąką, gdzie metodą potrząsania całkowicie pokrywamy kawałek mąką. Umączony kawałek odkładamy ostrożnie na talerz, a cały proces powtarzamy do momenty aż skończy się nam ryba.
Do wysokiego garnka nalewamy oleju tak, by sięgał na około 5 centymetrów w górę, a wrzucony doń kawałek ryby pływał po powierzchni, a nie leżał na dnie.
Podgrzewamy olej do momentu gdy testowe kawalątko ryby wrzucone do środka natychmiast zaczyna się smażyć i pływać, po czym wrzucamy po 2-3 kawałki suma naraz i smażymy do momentu aż będą złocisto brązowe i zaczną wypływać na powierzchnię. Większym kawałkom, gdy istnieje ryzyko, że nie dosmażą się w środku, dajemy nieco więcej czasu i wyciągamy z oleju jak są już brązowawe z zewnątrz.
Kawałki usmażonego suma wyciągamy z oleju i kładziemy na talerz wysłany papierowym ręcznikiem, by odciekły z tłuszczu.
Usmażonego suma serwujemy watasze na szerokim talerzu, obłożoną cienkimi krążkami cebuli, w towarzystwie sosu tatarskiego, w taki sposób, by każdy mógł brać sobie kawałek ryby i cebuli z wspólnej miski, maczać w sosie i pakować do paszczy.
Smacznego!
-------------------------------------
Ingredients:
Catfish:
700g skinless catfish fillets
1 tspn of salt
1 and 1/2 tspn cayenne pepper
1 cup of milk
2 tblspns of mustard
2 tblspns of freshly squeezed lemon juice
3 or 4 dashes of tabasco sauce
2 cups of finely ground cornmeal
1 tblspn of cornstarch
Tartar sauce:
1 cup of mayo
1 tblspn of mustard
1 tblspn of chopped fresh flat-leaf parsley
1 tblspn of chopped chive or green onion (green part only)
1 tspn of chopped garlic
1/4 tspn of tabasco sauce
salt, pepper
Additionally:
1 onion thinly sliced and separated into rings
vegetable oil for hot frying
The making of:
Cut the catfish fillets into 1-by-3 inch strips, season with salt and pepper and put into a bowl.
Add milk, mustard, lemon juice and tabasco, mix it all up and cover the fish with the marinade.
Cover the bowl and put into the fridge for 1 hour.
Make a tartar sauce.
Mix together all the ingredients for the sauce, except salt and pepper, then blend it smooth.
Check the taste, season with salt and pepper, then cover the bowl with a sauce and put into refridgerator for 1 hour, for all the aromas mixed with each other.
When 1 hour of fish chilling has past, remove the catfish from the fridge. Put the cornmeal and cornstarch into the plastic or paper bag, mix together.
Remove the catfish from the marinade, a few pieces at the time, allowing the marinade to drip off a bit. Then put the pieces into the bag, and shake well to cover each piece. Remove them, put gently on a plate and repeat the process untill you are out of catfish pieces.
Add enough vegetable oil to a deep pot, to get a depth about 2 inches, so the fish pieces could swim freely on a surface, and not lye at the bottom.
Heat the oil until a small piece of fish covered in the cornmeal imediatelly starts to fry and float freely on the surface. Then Put 2 or 3 pieces at the time into the hot oil. When they rise to the surface and are golden brown, they are ready. A bigger, fatter pieces may take some more time to be ready, so make sure that they are fryed also, removing them from the oil when they are lightly browned.
Remove the pieces of fish and put on a plate, covered with a paper towel to rest a bit.
Serve your gone to the dogs catfish on a wide bowl to your pack, scattered with the onion rings, together with a tartar sauce, so everyone could enjoy it together.
Cheers!
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
środa, 16 listopada 2016
środa, 9 listopada 2016
Węgierska zupa gulaszowa z klopsikami Panny Waci ("Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" A. Jadowskiej)/ Miss Wacia's Hungarian goulash soup with meatballs ("The girl from District of Miracles" by A. Jadowska)
Z pewnością pamiętacie jak całkiem niedawno, przy okazji felki na temat ulubionego drinka Dory Wilk - Smok a.k.a Jadeith - wspominałam o rudych i ich fejmie. Opinii, jaką ma na temat rudzielców świat. Nie jest to opinia przesadzona, nie jest też zła. Nie do końca. Tak czy siak wychodzi na to, że czy chcemy, czy nie chcemy - rudzi budzą emocje. Są nietuzinkowi, niezwykli, są takimi osobowościami w większości, że głowy same się odwracają, gdy płonąca makówka miga nam na horyzoncie. Sensacja lubi rudzielców, świat fascynuje się rudymi, rudzi są bohaterami najciekawszych historii. I w związku z tym wszystkim są tak bardzo, tak przeokropnie, to masakrycznie eksploatowani! Ludzi ze zmutowanym genem, zapewniającym naturalną rdzę na głowie jest niewielu, a na ulicy co druga laska jest ruda, bez względu, czy ma ku temu karnację, czy nie! Jeżeli oglądamy film, w którym na mur beton jest bohater/bohaterka wykraczający poza utarte ramy, od której się wymaga bycia niezwykłą - będzie na 90% rudowłosym bohaterem! W grach komputerowych, wszelakie diabły w ludzkiej skórze lubią być rude! O branży porno wspominać nawet nie będę, bo jej nie znam, ale idę o zakład, że rudych uważa się za magnetycznie erotycznych i wtyka wszędzie tam, gdzie potrzebna laska z biczem albo oszustka, którą trzeba ukarać wychędożeniem. No i temat wiedźm w literaturze... o, rany boskie. Tam od wiedźm rudych jak marchewka zupełnie się już nie opędzimy. Gdzie wiedźma to ruda, złocisto ruda, zgaszona ruda... nawet jak siwa, to pasma rudości u czarownicy na głowie są widoczne, sugerując, że i ona podzieliła los standardowego wiedźmiego wyglądu i ruda była w młodości. Takie ogranie tematu też złe nie jest. Wynika po prostu z przyzwyczajeń, i już nawet tylko mimochodem zmęczony tą całą rudością człowiek sobie myśli, czytając o kolejnej ognistowłosej wiedźmie "czasem bym chciał, by zrobiono ją łysą jak Bene Gesserit, a nie rudą, bo to nudne...". Łysą, rzecz jasna, zgodnie z pierwszą ekranizacją powieści "Diuna". Nie powiem, że najlepszą, za co mnie możecie swobodnie rwać końmi na ćwierci, bo zdania nie zmienię. Nie była najlepsza, odbiegała za bardzo od treści książki (jak ja teraz od tematu felki:P), była jednym wielkim streszczeniem, przepełnionym symbolizmem z ogromnymi brakami fabuły , których wyjaśnieniem nie zawracano sobie głowy i topornymi efektami specjalnymi, ale mimo to Herbert uznał ją za dobrą, oddającą cześć jego dziełu, więc niechże ma etykietkę dzieła kultowego. Ja jednak uważam, że mini seria "Diuna" oraz kontynuacja "Dzieci Diuny" zrobiona kilka lat wstecz była znacznie, znacznie lepsza, bardziej zgodna z książkami, bardziej poskładana i tak dalej. Ale wróćmy jednak do tematu, bowiem o "Diunie" też dla was coś na przyszłość szykuję. Cierpliwości, wszystko w swoim czasie.
Czytelnik do rudych, interesujących postaci wiedźm przywykł. Poza tym odruchowo widząc na okładce rudzielca spodziewamy się fajerwerków i kupujemy książkę, by potwierdzić lub zaprzeczyć tej opinii. Tak działa marketing, jak mi kiedyś uświadomiono. Żeby coś sprzedać - trzeba postawić na przyzwyczajenie i archetypy. W tym przypadku powiązanie rudego z niezwykłością. Choćby było to ograne jak winylowa płyta Mietka Fogga na herbatce tańcującej w domu starców. Dlatego z niekłamaną rozkoszą spieszę was powiadomić, że nie będąca rudą Nikita, bohaterka "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów", książki zaczynająca nową serię Anety Jadowskiej, bije wszelkie rude "fajerwerki" bohaterek niezwykłością na głowę!
Zapytacie teraz zapewne, po co ten cały, przydługi wstęp o rudych, skoro każdy, który już zetknął się z najnowszą bohaterką książki Anety Jadowskiej wie, że Nikita to absolutna ciemna brunetka. Ona była tylko kochanką rudej, a tej rudej, która była z nią powiązana, czyli Dory Wilk szukać powinniśmy w innym cyklu. Ano dlatego, że podkreślam w ten sposób, że wcale nie trzeba ozdabiać baby rudością, by stworzyć fenomenalną postać. Starczy dać jej taki charakter, przy którym dotychczasowe, iskrzące rudości są...eee... blade jak szatynki na ulicy w dżdżysty dzień. A przy tym z magią ma tyle wspólnego, że żyje w świecie tą magią wypełnionym po brzegi i ma pewien... talent, o którym pisać nie będę, by nikomu nie psuć zabawy spoilerami. Niemniej Nikita, przynajmniej w mojej opinii wcale nie potrzebuje być ruda, by się wyróżniać. Chyba, że ma rudej barwy serce, duszę i aurę. To by zdecydowanie do niej pasowało.
Ci, którzy kojarzą moje preferencje fantasy co do bohaterek, wiedzą, że mając do wyboru maga i wojownika/łotrzyka, zawsze skłonię się ku pierwotnej sile i mieczowi/broni niż ku machaniu łapami i mamrotaniu zaklęć. No i generalnie historię o kimś takim kupię prędzej niż o magu. Dlatego wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy mając mieszane uczucia w stosunku do cyklu o Dorze Wilk, być może przez skojarzenie serii z etykietką romans paranormalny (nie tak całkiem bezpodstawnie, patrząc choćby na podchody z Mironem w pierwszym tomie), która mnie zwykle odrzuca z hukiem od książki, nie wiedząc zupełnie o czym jest "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" powzięłam niesamowitą potrzebę, by tę książkę przeczytać. Tak jakby bohaterka zagadała do mnie przez sam tytuł na modłę: "Ej, stara, my to się dogadamy lepiej niż ty i ruda. Kup mnie, a nie pożałujesz." Macie pojęcie, że tak mnie "Dziewczyna..." prześladować zaczęła, że śledziłam każdą wieść o książce, a potem praktycznie bez czytania obwoluty, kupiłam? I, do cholery, miałam rację! Dogadałam się z Nikitą jak złoto, pochłonęłam książkę w półtora dnia, zachwyciłam się fabułą tak, że teraz tylko czekam z wywieszonym językiem na kontynuację. Jakże to życie czytelnicze kręci się dziwnie to w prawo, to w lewo, nie? Jakie perły można stracić, jeżeli odruchowo się odrzuca jedno dzieło wraz z tym czymś, co nas zniechęciło, a potem nie zda na instynkt, który ci powiada, że może tamto nie podeszło, ale koniecznie zajrzyj do tej nowej książki. Mój zadziałał bez pudła. "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" jest obłędną książką, którą polecam każdemu, komu setting serii o Dorze Wilk podszedł, tylko bohaterów to by się chciało innych i mniej romansu na rzecz większej liczby zwrotów akcji. I fajnego przedstawienia "Dzielnicy Cudów" - o której też pisać nie będę, by nie spoilerzyć. Poza tym w tej książce wreszcie coś się je! I to JE przez duże Jot.
Jedzeniu w fantasy zawsze poświęcam sporo serca. Niezmiernie mnie to cieszy, gdy czytam o czymś smakowitym. I zawsze mi burczy w żołądku, podczas odwracania kartek, gdzie bohater, do którego przylgnęłam, coś ze smakiem spożywa. Podzielam w tym opinię Ani z Zielonego Wzgórza, która pierwsza wyraziła mą myśl w sposób doskonały, odpowiadając niemal bezbłędnie na pytanie, jakie mi już zadawano: czemu robię tego bloga? Pozwólcie, że sparafrazuję, a nie będę cytować:
"Za każdym razem, gdy ją [książkę "Klub Pickwicka"] czytam, robię się głodna. Bohaterowie nieustannie pałaszują gorącą szynkę, jajka i zapijają to wszystko doskonałym ponczem." Ja dodać mogę od siebie, że przez to burczenie w brzuchu i identyfikowanie się z bohaterami, przez co zapragnęłam w pewnym momencie jeść dokładnie to, co oni, teraz męczycie się z moimi tekstami, by na koniec, jak do deseru, dorwać się do wycyzelowanego przepisu.
Osobliwy przypadek, parole: przez miłowanie bohatera, do bloga i kuchni. Za to z jaką frajdą!
Ejże, wróćmy do tematu. Nikita to moja kumpelka, umówmy się, inaczej już jej nazywać nie mogę. A tej mojej kumpelce do przeżycia dziennie potrzeba czterech tysięcy kalorii (czemu? a nie powiem, poczytacie sami:D), czyli tyle, ile zjadają dwie normalne kobiety. Niestety na gotowanie nie ma ona ani chęci, ani czasu. W domu odgrzewa rozmaite dania gotowe, ale jak akurat ma ochotę na coś świeżego udaje się do Dzielnicy Cudów, do Jadłodajni Panny Waci - jedynego "pewnego" miejsca w Dzielnicy, w którym wieprzowina będzie wieprzowiną, a nie psem albo szczurem (na pozostałe możliwości spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia). Co ciekawsze, ta knajpka z powodów, o jakich sobie również poczytacie, bardzo kojarzy mi się z barami mlecznymi z początku wieku i ichnim, prostym ale smacznym jedzeniem. Co prawda, sądząc po opisie żarełka, jakie tam dają, a jakich nam Aneta nie skąpi, nie tylko mleczne produkty, ale i obiadowe tam serwują, w przyjemnym settingu i atmosferze szalonych, ekskluzywnych lat dwudziestych.
Potrawę z tej właśnie knajpki, z rozkoszą spożywaną przez Nikitę i jej partnera Robina, postanowiłam uczynić głównym bohaterem niniejszej felki. Potrawę prostą, idealną na chłody, jakimi hojnie szafuje jesień obecnie, smakowitą, danie prawie że jednogarnkowe i na dodatek takie, którym nawet i polak-tradycjonalista nie pogardzi. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po spektakularnym sukcesie "Jadeithu" zaczęły padać pytania o to, kiedy akurat tę potrawę dokonam. A zatem, skoro taka ze mnie istota lubiąca spełniać życzenia, a poza tym sama miałam przeogromną ochotę wziąć się za bary z tą potrawą - przedstawiam wam z dumą Węgierską Zupę Gulaszową z Klopsikami, jakiej Panna Wacia by się nie powstydziła w swej Jadłodajni, a Nikita bez wątpienia zjadła cztery talerze i poprosiła o piąty.
Swym zwyczajem najpierw dokonałam researchu i zajrzałam do kilku tradycyjnych przepisów na węgierskie zupy gulaszowe, gromadząc wspólne składowe dla nich wszystkich i odrzucając w kąt wszystkie, zawierające kostki rosołowe, magii i inne sztuczności. Pamiętajcie, że "Dzielnica Cudów" to miejsce niezwykłe, niejako zawieszone w czasie. Wszystko tam jest z minionej epoki, a zatem gdzie z wymysłem myśli naukowej pana von Liebiga (ojca kostki rosołowej) do garnka! Gdzie ze sztucznościami! W naszej węgierskiej gulaszowej nie ma prawa być glutaminianu sodu i sztucznych aromatów. Absolutnie cały smak wygenerują nam składniki.
Potem przyszła kolej na nękanie Anety Jadowskiej, która z podziwu godnym spokojem zniosła multum dziwnych pytań i udzieliła mi bardzo cennych rad, bez który może i bym zrobiła węgierską gulaszową z klopsikami, ale zdecydowanie nie TĄ węgierską gulaszową z klopsikami, na którą wszyscy czekają. Nie o tym smaku, który powinna mieć, i który bez wątpienia uczyni ją TĄ WŁAŚCIWĄ ZUPĄ z "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów". A przy tym, wiecie, nauczyłam się czegoś nowego, a takie okazje są zawsze cenne.
Potem zaczęło się gotowanie, smażenie, krojenie, pitraszenie zajmujące kupę czasu ale w efekcie, gdy złożyłam już wszystko razem i zaczęło się macerować, po pół godzinie smak zupy był boski, paprykowy, pomidorowy, gulaszowy, arcypięknie dymny. Po następnej godzinie, gdy dodałam już wszystko i zupa dochodziła - smak wybijał sufit i wylatywał kominem, a cała klatka w bloku czuła, że "pod siódemką" gotuje się coś smacznego.
Potem zaś przyszła kolej na zdjęcia klimatyczne, testy od strony najbardziej wymagającej publiczności czyli węgierską gulaszową z klopsikami na obiad dostał mój syn (niejadek) i mąż (o guście bardzo wyrafinowanym, który dosyć często kręci nosem na coś, co ja uznaję za szczyt smaku). Cuda się stały, bo obaj opróżnili miski w takim tempie, że nie zauważyłam, kiedy ta gulaszowa z klopsikami zniknęła. A potem solidarnie polecieli po dokładkę do garnka, podkradając sobie klopsiki z talerzy:D O tym, że następnego dnia smak był jeszcze wspanialszy, a na dzisiaj zostawiłam sobie malutką resztkę, której bronię zębami i pazurami, bo mi wszystko prawie zjedli sami, wspominać już nie muszę chyba. To zresztą jest wspólną miarą każdego gulaszu, stew i zupy - najsmaczniejsze są dzień po gotowaniu, gdy wszystkie smaki uczynią perfekcyjną harmonię i sprawią, że po przepis sięgniemy jeszcze nie raz. I po książkę też, zarówno by poczytać ponownie, jak i po to, by wyciągnąć z niej kolejny wspaniały, staromodny przepis.
A tym czasem zapraszam was do przepisu na węgierską zupę gulaszową z jadłodajni panny Waci, do zdjęć tak klimatycznych, jak tylko je uczynić mogłam, oraz honorujących Autorkę i Książkę, a następnie do gotowania, które może i zajmie wam pół dnia, ale na pewno nie uznacie tego czasu za zmarnowany.
Ah, najcudowniej byłoby szykować tę zupę w kociołku nad ogniem, jak węgierscy pasterze ją dawno temu gotowali, nazywając Gulyásleves lub w skrócie Gulyás, ale właściwy smak i tak osiągniemy nawet na kuchence w domu i w pięciolitrowym garnku. Zaś samej zupy spokojnie wam wystarczy na 6-8 solidnych porcji. Zresztą gdzie tam Panna Wacia latałaby po pastwiskach za kociołkami i pasterzami... porządna, utalentowana kucharka dokona cudów i w swojej "Dzielnicy", na swej własnej kuchni. Starczy cierpliwość, wena i źródło inspiracji. A tej zdecydowanie nam tu brakować nie będzie, o ile tylko Aneta Jadowska pisać będzie dalej. Czekamy na "Akuszera Bogów"tak niecierpliwie, jak tylko się da i z tej tęsknoty aż zaczynamy gotować, aye?:D
No to lecimy, bo w brzuchach już burczy jak Nikicie przed jadłodajnią!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Na zupę gulaszową (6-8 porcji)
500g szpondra wołowego z kością
2 cebule
1 marchewka
1 pietruszka
1 ćwiartka selera
1 duża, dojrzała papryka czerwona
1 duży pomidor
4 ząbki czosnku
2 łyżki czerwonej papryki wędzonej
1 łyżeczka kminku mielonego
1 łyżeczka ostrej papryki
2 małe przeciery pomidorowe (najlepiej domowe, jeśli macie pod ręką, a jeśli nie, to polecam puszeczki Pudliszek)
2 liście laurowe
sól, pieprz
3 łyżki smalcu (nie zastępujcie go pod żadnym pozorem margaryną ani masłem!)
ok 2 litrów wody
3 duże ziemniaki z gatunku sałatkowych, nie rozpadających się po ugotowaniu
Na klopsiki (ok. 35 sztuk):
500g mięsa mielonego wieprzowo-wołowego
1 jajko
2-3 łyżki bułki tartej
sól, pieprz
mąka do obtaczania
Wykonanie:
Najpierw szykujemy zupę.
Szponder kroimy na średniej wielkości kawałki.
Cebule obieramy, kroimy dość drobno choć bez przesady, bo i tak się rozpadnie podczas gotowania.
Marchew, pietruszkę obieramy, kroimy w ćwierć-plasterki, seler obieramy, kroimy w kostkę, paprykę kroimy w kostkę.
Pomidor sparzamy wrzątkiem, ściągamy z niego skórę, kroimy w kostkę. Czosnek kroimy bardzo drobno w kosteczkę.
Do dużego garnka, w którym będziemy gotować zupę, wrzucamy smalec i podłączamy ogień na kuchni. Podczas, gdy będzie się topił, wrzucamy do garnka kawałki szpondra, pokrojoną cebulę, marchew, pietruszkę i seler i smażymy całość, często mieszając, aż cebula się zeszkli, a mięso się podsmaży. Zajmie to około 10 minut.
Na osobną, małą patelnię wsypujemy wędzoną paprykę, kminek i paprykę ostrą i podgrzewamy na sucho, by wydobyć maksimum smaku. Gdy zacznie pachnieć, szybko dodajemy koncentrat pomidorowy, mieszamy z przyprawami i smażymy masę na patelni aż pasta-baza do zupy zacznie się robić brązowa.
Pastę papryczano-pomidorową wrzucamy do garnka z mięsem i warzywami i starannie łączymy ją z resztą, by rozpuściła się w smalcu i sokach warzywno-mięsnych.
Smażymy całość do momentu aż mięso będzie porządnie podsmażone z każdej strony. Dorzucamy wtedy pokrojoną paprykę, pomidora i posiekany czosnek. Mieszamy. Zalewamy ok 1 i 1/2 litra wody, wrzucamy liście laurowe i doprowadzamy do wrzenia.
Po tym, jak zupa się zagotuje, zmniejszamy ogień i pozwalamy się zupie gotować co najmniej godzinę samej, mieszając od czasu do czasu. Już po półgodzinie smak będzie bardzo mocno paprykowy, dymny, ale przy tym i mięsny, co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze.
Po około godzinie należy sprawdzić, czy zupa nie zmienia się nam w gulasz, czyli czy aby za dużo wody nie odparowało. Dolewamy wówczas pozostałe pół litra gorącej wody i zagotowujemy raz jeszcze. Należy ponownie sprawdzić smak, by dodatek wody nie rozwodnił go. Co prawda uwzględniłam tę dodatkową wodę w ilości papryki wędzonej i ostrej przewidzianej w tym przepisie, by smak, nawet pod dodaniu wody był jak należy, ale każdy lubi co innego. Jeśli po dodaniu wody nadal będziecie mieć ten sam smak, co przed jej dodaniem, więcej "spapryczać" nie musicie. Jeżeli jednak wam za mało, ponownie nasypcie sobie na patelnię papryki wędzonej i ostrej, podgrzejcie, by wydobyć smak, zmieszajcie z odrobiną przecieru pomidorowego i dodajcie do zupy.
Jeżeli smak paprykowy jest już ok, doprawiamy solą i pieprzem wedle upodobań, obieramy i kroimy w kostkę ziemniaki i dodajemy je do zupy. Gotujemy wszystko razem, aż ziemniaki zmiękną, dodatkowe 30-40 minut.
W czasie, gdy zupa będzie dochodzić, robimy klopsiki.
Mięso mielone mieszamy z jajkiem, solą, pieprzem i bułką tartą w gładką masę.
Mokrą ręką nabieramy odrobinę mięsa, formujemy z niego kuleczkę tak ledwie na jeden, dwa gryzy i obraczamy ją lekko w mące. Powtarzamy proces, aż skończy nam się mięso mielone.
Klopsiki wrzucamy na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą i podsmażamy z obu stron, by się nam potem nie rozleciały w zupie.
Z prawie gotowej zupy wyjmujemy kawałki szpondra (warto zachować je na później, bo gotowane wołowe do wielu rzeczy się jeszcze może przydać) i ostrożnie wkładamy do niej klopsiki. Gotujemy na małym ogniu jeszcze przez 15 minut, by klopsiki wchłonęły smaki z zupy i się ugotowały w niej.
Ostatni raz sprawdzamy smak, a następnie serwujemy gorącą węgierską gulaszową z klopsikami na głębokie talerze, każdą porcję posypując pokrojoną natką pietruszki.
Smacznego!
----------------------------------------------------------------
Ingredients:
For the goulash soup (6-8 bowls):
500g flat rib beef
2 onions
1 carrot
1 parsley root
1 quarter of a celery root
1 large, ripe, red paprika
1 large tomato
4 cloves of garlic
2 tblspns of pimiento (smoked paprika powder)
1 tspn of cumin
1 tspn of hot paprika powder
2 small(70g) cans of tomato paste (it would be better to use homemade, but canned one is also fairly good)
2 bay leaves
salt, pepper
3 tblspns of lard (do not substitute it with a butter, margarine or shortening!)
about 2 litres of water
3 large potatoes
For the meatballs (about 35 pcs):
500g minced beef-pork meat
1 egg
2-3 tblspns od bread crumbs
salt, pepper
some all purpose flour to sprinkle the meatballs
The making of:
First prepare a goulash soup.
Cut the flat rib beef on a medium pieces.
Peel and chop the onions on smaller pieces which will become the part of the soup anyway, so it doesn't have to be cut very finelly.
Peel and slice carrot and parsley root, peel and chop celery root, chop red paprika.
Peel tomato, cut in cubes, chop the garlic cloves finely.
Put the lard into the large pot, you will cook the soup in, make the fire on and start melting the fat. While it is melting, add meat, onions, carrot, parsley and celery and cook it until the meat starts to brown a little and the onions become transparent. It will take about 10 minutes.
Put pimiento, cumin and hot paprika on the separate frying pan, mix it and start heating it up to build the spices flavour. When it becomes fragrant, add the tomato paste, quickly mix it and cook until the paste - your base for the soup - becomes brown.
Add the base to the pot with meat and veggies and mix it all as good as possible, so the paste mixed with melted lard and the juices.
Cook it all together until the meat is nicely fried. Then add the paprika, tomato and garlic. Mix it up. Then add about 1 and 1/2 litre of water, add bay leaves and boil it.
After boiling up the soup, reduce the fire and cook the soup at least 1 hour more, mixing from time to time. When half of the time passes you should already feel the distinctive taste of paprika and tomato, very noticable. This means that you are on a good way to finish the dish beautifully.
After 1 hour has passed, check if there is still enough water in the pot, to call the dish a soup and not a goulash. If the mixture it too thick indeed, add the remaining 1/2 a litre of hot water and boil the soup again. Then make a taste check. Although in the ingredients I already added enough paprika to cover the additional water, we all have a different tastes. So if the taste is too watery after the additional water, just add some more pimiento and hot paprica heated on a dry pan as before, mixed with a bit of tomato paste and this should do the magic.
When the taste is just ok, season the soup with salt and pepper, peel and chop the potatoes, dice it and add to the soup. Cook it alltogether again, until the potatoes are soft, about 30-40 minutes.
While the soup is finishing, it is time to make our meatballs.
Mix the minced meat with an egg, salt and pepper, and bread crumbs, until smooth.
Form a small meatballs (just enough for a bite or two) of the mixture, then roll it in a flour. Continue the process until you are out of minced meat mixture.
Put the meatballs (not all of them, in parts, not to overcrown the pan) on a frying pan with a hot oil, and fry them all around, so it kept its shape in the soup.
Remove the pieces of a flat rib from the soup (and keep it for further usage) and add the metballs, dipping them gently into the hot soup. Cook it all up for about 15 more minutes so the meatballs cooked and cought the soup flavour.
Check the taste for the last time, then you can serve the hungarian goulash soup, hot, in a deep bowls, sprinkled with a fresh, chopped parsley.
Cheers!:)
Czytelnik do rudych, interesujących postaci wiedźm przywykł. Poza tym odruchowo widząc na okładce rudzielca spodziewamy się fajerwerków i kupujemy książkę, by potwierdzić lub zaprzeczyć tej opinii. Tak działa marketing, jak mi kiedyś uświadomiono. Żeby coś sprzedać - trzeba postawić na przyzwyczajenie i archetypy. W tym przypadku powiązanie rudego z niezwykłością. Choćby było to ograne jak winylowa płyta Mietka Fogga na herbatce tańcującej w domu starców. Dlatego z niekłamaną rozkoszą spieszę was powiadomić, że nie będąca rudą Nikita, bohaterka "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów", książki zaczynająca nową serię Anety Jadowskiej, bije wszelkie rude "fajerwerki" bohaterek niezwykłością na głowę!
Zapytacie teraz zapewne, po co ten cały, przydługi wstęp o rudych, skoro każdy, który już zetknął się z najnowszą bohaterką książki Anety Jadowskiej wie, że Nikita to absolutna ciemna brunetka. Ona była tylko kochanką rudej, a tej rudej, która była z nią powiązana, czyli Dory Wilk szukać powinniśmy w innym cyklu. Ano dlatego, że podkreślam w ten sposób, że wcale nie trzeba ozdabiać baby rudością, by stworzyć fenomenalną postać. Starczy dać jej taki charakter, przy którym dotychczasowe, iskrzące rudości są...eee... blade jak szatynki na ulicy w dżdżysty dzień. A przy tym z magią ma tyle wspólnego, że żyje w świecie tą magią wypełnionym po brzegi i ma pewien... talent, o którym pisać nie będę, by nikomu nie psuć zabawy spoilerami. Niemniej Nikita, przynajmniej w mojej opinii wcale nie potrzebuje być ruda, by się wyróżniać. Chyba, że ma rudej barwy serce, duszę i aurę. To by zdecydowanie do niej pasowało.
Ci, którzy kojarzą moje preferencje fantasy co do bohaterek, wiedzą, że mając do wyboru maga i wojownika/łotrzyka, zawsze skłonię się ku pierwotnej sile i mieczowi/broni niż ku machaniu łapami i mamrotaniu zaklęć. No i generalnie historię o kimś takim kupię prędzej niż o magu. Dlatego wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy mając mieszane uczucia w stosunku do cyklu o Dorze Wilk, być może przez skojarzenie serii z etykietką romans paranormalny (nie tak całkiem bezpodstawnie, patrząc choćby na podchody z Mironem w pierwszym tomie), która mnie zwykle odrzuca z hukiem od książki, nie wiedząc zupełnie o czym jest "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" powzięłam niesamowitą potrzebę, by tę książkę przeczytać. Tak jakby bohaterka zagadała do mnie przez sam tytuł na modłę: "Ej, stara, my to się dogadamy lepiej niż ty i ruda. Kup mnie, a nie pożałujesz." Macie pojęcie, że tak mnie "Dziewczyna..." prześladować zaczęła, że śledziłam każdą wieść o książce, a potem praktycznie bez czytania obwoluty, kupiłam? I, do cholery, miałam rację! Dogadałam się z Nikitą jak złoto, pochłonęłam książkę w półtora dnia, zachwyciłam się fabułą tak, że teraz tylko czekam z wywieszonym językiem na kontynuację. Jakże to życie czytelnicze kręci się dziwnie to w prawo, to w lewo, nie? Jakie perły można stracić, jeżeli odruchowo się odrzuca jedno dzieło wraz z tym czymś, co nas zniechęciło, a potem nie zda na instynkt, który ci powiada, że może tamto nie podeszło, ale koniecznie zajrzyj do tej nowej książki. Mój zadziałał bez pudła. "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" jest obłędną książką, którą polecam każdemu, komu setting serii o Dorze Wilk podszedł, tylko bohaterów to by się chciało innych i mniej romansu na rzecz większej liczby zwrotów akcji. I fajnego przedstawienia "Dzielnicy Cudów" - o której też pisać nie będę, by nie spoilerzyć. Poza tym w tej książce wreszcie coś się je! I to JE przez duże Jot.
Jedzeniu w fantasy zawsze poświęcam sporo serca. Niezmiernie mnie to cieszy, gdy czytam o czymś smakowitym. I zawsze mi burczy w żołądku, podczas odwracania kartek, gdzie bohater, do którego przylgnęłam, coś ze smakiem spożywa. Podzielam w tym opinię Ani z Zielonego Wzgórza, która pierwsza wyraziła mą myśl w sposób doskonały, odpowiadając niemal bezbłędnie na pytanie, jakie mi już zadawano: czemu robię tego bloga? Pozwólcie, że sparafrazuję, a nie będę cytować:
"Za każdym razem, gdy ją [książkę "Klub Pickwicka"] czytam, robię się głodna. Bohaterowie nieustannie pałaszują gorącą szynkę, jajka i zapijają to wszystko doskonałym ponczem." Ja dodać mogę od siebie, że przez to burczenie w brzuchu i identyfikowanie się z bohaterami, przez co zapragnęłam w pewnym momencie jeść dokładnie to, co oni, teraz męczycie się z moimi tekstami, by na koniec, jak do deseru, dorwać się do wycyzelowanego przepisu.
Osobliwy przypadek, parole: przez miłowanie bohatera, do bloga i kuchni. Za to z jaką frajdą!
Ejże, wróćmy do tematu. Nikita to moja kumpelka, umówmy się, inaczej już jej nazywać nie mogę. A tej mojej kumpelce do przeżycia dziennie potrzeba czterech tysięcy kalorii (czemu? a nie powiem, poczytacie sami:D), czyli tyle, ile zjadają dwie normalne kobiety. Niestety na gotowanie nie ma ona ani chęci, ani czasu. W domu odgrzewa rozmaite dania gotowe, ale jak akurat ma ochotę na coś świeżego udaje się do Dzielnicy Cudów, do Jadłodajni Panny Waci - jedynego "pewnego" miejsca w Dzielnicy, w którym wieprzowina będzie wieprzowiną, a nie psem albo szczurem (na pozostałe możliwości spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia). Co ciekawsze, ta knajpka z powodów, o jakich sobie również poczytacie, bardzo kojarzy mi się z barami mlecznymi z początku wieku i ichnim, prostym ale smacznym jedzeniem. Co prawda, sądząc po opisie żarełka, jakie tam dają, a jakich nam Aneta nie skąpi, nie tylko mleczne produkty, ale i obiadowe tam serwują, w przyjemnym settingu i atmosferze szalonych, ekskluzywnych lat dwudziestych.
Potrawę z tej właśnie knajpki, z rozkoszą spożywaną przez Nikitę i jej partnera Robina, postanowiłam uczynić głównym bohaterem niniejszej felki. Potrawę prostą, idealną na chłody, jakimi hojnie szafuje jesień obecnie, smakowitą, danie prawie że jednogarnkowe i na dodatek takie, którym nawet i polak-tradycjonalista nie pogardzi. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po spektakularnym sukcesie "Jadeithu" zaczęły padać pytania o to, kiedy akurat tę potrawę dokonam. A zatem, skoro taka ze mnie istota lubiąca spełniać życzenia, a poza tym sama miałam przeogromną ochotę wziąć się za bary z tą potrawą - przedstawiam wam z dumą Węgierską Zupę Gulaszową z Klopsikami, jakiej Panna Wacia by się nie powstydziła w swej Jadłodajni, a Nikita bez wątpienia zjadła cztery talerze i poprosiła o piąty.
Swym zwyczajem najpierw dokonałam researchu i zajrzałam do kilku tradycyjnych przepisów na węgierskie zupy gulaszowe, gromadząc wspólne składowe dla nich wszystkich i odrzucając w kąt wszystkie, zawierające kostki rosołowe, magii i inne sztuczności. Pamiętajcie, że "Dzielnica Cudów" to miejsce niezwykłe, niejako zawieszone w czasie. Wszystko tam jest z minionej epoki, a zatem gdzie z wymysłem myśli naukowej pana von Liebiga (ojca kostki rosołowej) do garnka! Gdzie ze sztucznościami! W naszej węgierskiej gulaszowej nie ma prawa być glutaminianu sodu i sztucznych aromatów. Absolutnie cały smak wygenerują nam składniki.
Potem przyszła kolej na nękanie Anety Jadowskiej, która z podziwu godnym spokojem zniosła multum dziwnych pytań i udzieliła mi bardzo cennych rad, bez który może i bym zrobiła węgierską gulaszową z klopsikami, ale zdecydowanie nie TĄ węgierską gulaszową z klopsikami, na którą wszyscy czekają. Nie o tym smaku, który powinna mieć, i który bez wątpienia uczyni ją TĄ WŁAŚCIWĄ ZUPĄ z "Dziewczyny z Dzielnicy Cudów". A przy tym, wiecie, nauczyłam się czegoś nowego, a takie okazje są zawsze cenne.
Potem zaczęło się gotowanie, smażenie, krojenie, pitraszenie zajmujące kupę czasu ale w efekcie, gdy złożyłam już wszystko razem i zaczęło się macerować, po pół godzinie smak zupy był boski, paprykowy, pomidorowy, gulaszowy, arcypięknie dymny. Po następnej godzinie, gdy dodałam już wszystko i zupa dochodziła - smak wybijał sufit i wylatywał kominem, a cała klatka w bloku czuła, że "pod siódemką" gotuje się coś smacznego.
Potem zaś przyszła kolej na zdjęcia klimatyczne, testy od strony najbardziej wymagającej publiczności czyli węgierską gulaszową z klopsikami na obiad dostał mój syn (niejadek) i mąż (o guście bardzo wyrafinowanym, który dosyć często kręci nosem na coś, co ja uznaję za szczyt smaku). Cuda się stały, bo obaj opróżnili miski w takim tempie, że nie zauważyłam, kiedy ta gulaszowa z klopsikami zniknęła. A potem solidarnie polecieli po dokładkę do garnka, podkradając sobie klopsiki z talerzy:D O tym, że następnego dnia smak był jeszcze wspanialszy, a na dzisiaj zostawiłam sobie malutką resztkę, której bronię zębami i pazurami, bo mi wszystko prawie zjedli sami, wspominać już nie muszę chyba. To zresztą jest wspólną miarą każdego gulaszu, stew i zupy - najsmaczniejsze są dzień po gotowaniu, gdy wszystkie smaki uczynią perfekcyjną harmonię i sprawią, że po przepis sięgniemy jeszcze nie raz. I po książkę też, zarówno by poczytać ponownie, jak i po to, by wyciągnąć z niej kolejny wspaniały, staromodny przepis.
A tym czasem zapraszam was do przepisu na węgierską zupę gulaszową z jadłodajni panny Waci, do zdjęć tak klimatycznych, jak tylko je uczynić mogłam, oraz honorujących Autorkę i Książkę, a następnie do gotowania, które może i zajmie wam pół dnia, ale na pewno nie uznacie tego czasu za zmarnowany.
Ah, najcudowniej byłoby szykować tę zupę w kociołku nad ogniem, jak węgierscy pasterze ją dawno temu gotowali, nazywając Gulyásleves lub w skrócie Gulyás, ale właściwy smak i tak osiągniemy nawet na kuchence w domu i w pięciolitrowym garnku. Zaś samej zupy spokojnie wam wystarczy na 6-8 solidnych porcji. Zresztą gdzie tam Panna Wacia latałaby po pastwiskach za kociołkami i pasterzami... porządna, utalentowana kucharka dokona cudów i w swojej "Dzielnicy", na swej własnej kuchni. Starczy cierpliwość, wena i źródło inspiracji. A tej zdecydowanie nam tu brakować nie będzie, o ile tylko Aneta Jadowska pisać będzie dalej. Czekamy na "Akuszera Bogów"tak niecierpliwie, jak tylko się da i z tej tęsknoty aż zaczynamy gotować, aye?:D
No to lecimy, bo w brzuchach już burczy jak Nikicie przed jadłodajnią!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
A gdyby tę zupę ugotował pasterz lub rekonstruktor historyczny, wyglądałaby nie mniej smakowicie, czyli właśnie tak, jak na ostatnim zdjęciu, przed którego załączeniem nie mogłam się powstrzymać. W tym settingu zupę gulaszową zobaczycie również w moim felietonie dla Portalu MMO, gdzie podpasowała się bez pudła pod danie o dźwięcznej nazwie "Stew Świętego Weriana".
Składniki:
Na zupę gulaszową (6-8 porcji)
500g szpondra wołowego z kością
2 cebule
1 marchewka
1 pietruszka
1 ćwiartka selera
1 duża, dojrzała papryka czerwona
1 duży pomidor
4 ząbki czosnku
2 łyżki czerwonej papryki wędzonej
1 łyżeczka kminku mielonego
1 łyżeczka ostrej papryki
2 małe przeciery pomidorowe (najlepiej domowe, jeśli macie pod ręką, a jeśli nie, to polecam puszeczki Pudliszek)
2 liście laurowe
sól, pieprz
3 łyżki smalcu (nie zastępujcie go pod żadnym pozorem margaryną ani masłem!)
ok 2 litrów wody
3 duże ziemniaki z gatunku sałatkowych, nie rozpadających się po ugotowaniu
Na klopsiki (ok. 35 sztuk):
500g mięsa mielonego wieprzowo-wołowego
1 jajko
2-3 łyżki bułki tartej
sól, pieprz
mąka do obtaczania
Wykonanie:
Najpierw szykujemy zupę.
Szponder kroimy na średniej wielkości kawałki.
Cebule obieramy, kroimy dość drobno choć bez przesady, bo i tak się rozpadnie podczas gotowania.
Marchew, pietruszkę obieramy, kroimy w ćwierć-plasterki, seler obieramy, kroimy w kostkę, paprykę kroimy w kostkę.
Pomidor sparzamy wrzątkiem, ściągamy z niego skórę, kroimy w kostkę. Czosnek kroimy bardzo drobno w kosteczkę.
Do dużego garnka, w którym będziemy gotować zupę, wrzucamy smalec i podłączamy ogień na kuchni. Podczas, gdy będzie się topił, wrzucamy do garnka kawałki szpondra, pokrojoną cebulę, marchew, pietruszkę i seler i smażymy całość, często mieszając, aż cebula się zeszkli, a mięso się podsmaży. Zajmie to około 10 minut.
Na osobną, małą patelnię wsypujemy wędzoną paprykę, kminek i paprykę ostrą i podgrzewamy na sucho, by wydobyć maksimum smaku. Gdy zacznie pachnieć, szybko dodajemy koncentrat pomidorowy, mieszamy z przyprawami i smażymy masę na patelni aż pasta-baza do zupy zacznie się robić brązowa.
Pastę papryczano-pomidorową wrzucamy do garnka z mięsem i warzywami i starannie łączymy ją z resztą, by rozpuściła się w smalcu i sokach warzywno-mięsnych.
Smażymy całość do momentu aż mięso będzie porządnie podsmażone z każdej strony. Dorzucamy wtedy pokrojoną paprykę, pomidora i posiekany czosnek. Mieszamy. Zalewamy ok 1 i 1/2 litra wody, wrzucamy liście laurowe i doprowadzamy do wrzenia.
Po tym, jak zupa się zagotuje, zmniejszamy ogień i pozwalamy się zupie gotować co najmniej godzinę samej, mieszając od czasu do czasu. Już po półgodzinie smak będzie bardzo mocno paprykowy, dymny, ale przy tym i mięsny, co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze.
Po około godzinie należy sprawdzić, czy zupa nie zmienia się nam w gulasz, czyli czy aby za dużo wody nie odparowało. Dolewamy wówczas pozostałe pół litra gorącej wody i zagotowujemy raz jeszcze. Należy ponownie sprawdzić smak, by dodatek wody nie rozwodnił go. Co prawda uwzględniłam tę dodatkową wodę w ilości papryki wędzonej i ostrej przewidzianej w tym przepisie, by smak, nawet pod dodaniu wody był jak należy, ale każdy lubi co innego. Jeśli po dodaniu wody nadal będziecie mieć ten sam smak, co przed jej dodaniem, więcej "spapryczać" nie musicie. Jeżeli jednak wam za mało, ponownie nasypcie sobie na patelnię papryki wędzonej i ostrej, podgrzejcie, by wydobyć smak, zmieszajcie z odrobiną przecieru pomidorowego i dodajcie do zupy.
Jeżeli smak paprykowy jest już ok, doprawiamy solą i pieprzem wedle upodobań, obieramy i kroimy w kostkę ziemniaki i dodajemy je do zupy. Gotujemy wszystko razem, aż ziemniaki zmiękną, dodatkowe 30-40 minut.
W czasie, gdy zupa będzie dochodzić, robimy klopsiki.
Mięso mielone mieszamy z jajkiem, solą, pieprzem i bułką tartą w gładką masę.
Mokrą ręką nabieramy odrobinę mięsa, formujemy z niego kuleczkę tak ledwie na jeden, dwa gryzy i obraczamy ją lekko w mące. Powtarzamy proces, aż skończy nam się mięso mielone.
Klopsiki wrzucamy na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą i podsmażamy z obu stron, by się nam potem nie rozleciały w zupie.
Z prawie gotowej zupy wyjmujemy kawałki szpondra (warto zachować je na później, bo gotowane wołowe do wielu rzeczy się jeszcze może przydać) i ostrożnie wkładamy do niej klopsiki. Gotujemy na małym ogniu jeszcze przez 15 minut, by klopsiki wchłonęły smaki z zupy i się ugotowały w niej.
Ostatni raz sprawdzamy smak, a następnie serwujemy gorącą węgierską gulaszową z klopsikami na głębokie talerze, każdą porcję posypując pokrojoną natką pietruszki.
Smacznego!
----------------------------------------------------------------
Ingredients:
For the goulash soup (6-8 bowls):
500g flat rib beef
2 onions
1 carrot
1 parsley root
1 quarter of a celery root
1 large, ripe, red paprika
1 large tomato
4 cloves of garlic
2 tblspns of pimiento (smoked paprika powder)
1 tspn of cumin
1 tspn of hot paprika powder
2 small(70g) cans of tomato paste (it would be better to use homemade, but canned one is also fairly good)
2 bay leaves
salt, pepper
3 tblspns of lard (do not substitute it with a butter, margarine or shortening!)
about 2 litres of water
3 large potatoes
For the meatballs (about 35 pcs):
500g minced beef-pork meat
1 egg
2-3 tblspns od bread crumbs
salt, pepper
some all purpose flour to sprinkle the meatballs
The making of:
First prepare a goulash soup.
Cut the flat rib beef on a medium pieces.
Peel and chop the onions on smaller pieces which will become the part of the soup anyway, so it doesn't have to be cut very finelly.
Peel and slice carrot and parsley root, peel and chop celery root, chop red paprika.
Peel tomato, cut in cubes, chop the garlic cloves finely.
Put the lard into the large pot, you will cook the soup in, make the fire on and start melting the fat. While it is melting, add meat, onions, carrot, parsley and celery and cook it until the meat starts to brown a little and the onions become transparent. It will take about 10 minutes.
Put pimiento, cumin and hot paprika on the separate frying pan, mix it and start heating it up to build the spices flavour. When it becomes fragrant, add the tomato paste, quickly mix it and cook until the paste - your base for the soup - becomes brown.
Add the base to the pot with meat and veggies and mix it all as good as possible, so the paste mixed with melted lard and the juices.
Cook it all together until the meat is nicely fried. Then add the paprika, tomato and garlic. Mix it up. Then add about 1 and 1/2 litre of water, add bay leaves and boil it.
After boiling up the soup, reduce the fire and cook the soup at least 1 hour more, mixing from time to time. When half of the time passes you should already feel the distinctive taste of paprika and tomato, very noticable. This means that you are on a good way to finish the dish beautifully.
After 1 hour has passed, check if there is still enough water in the pot, to call the dish a soup and not a goulash. If the mixture it too thick indeed, add the remaining 1/2 a litre of hot water and boil the soup again. Then make a taste check. Although in the ingredients I already added enough paprika to cover the additional water, we all have a different tastes. So if the taste is too watery after the additional water, just add some more pimiento and hot paprica heated on a dry pan as before, mixed with a bit of tomato paste and this should do the magic.
When the taste is just ok, season the soup with salt and pepper, peel and chop the potatoes, dice it and add to the soup. Cook it alltogether again, until the potatoes are soft, about 30-40 minutes.
While the soup is finishing, it is time to make our meatballs.
Mix the minced meat with an egg, salt and pepper, and bread crumbs, until smooth.
Form a small meatballs (just enough for a bite or two) of the mixture, then roll it in a flour. Continue the process until you are out of minced meat mixture.
Put the meatballs (not all of them, in parts, not to overcrown the pan) on a frying pan with a hot oil, and fry them all around, so it kept its shape in the soup.
Remove the pieces of a flat rib from the soup (and keep it for further usage) and add the metballs, dipping them gently into the hot soup. Cook it all up for about 15 more minutes so the meatballs cooked and cought the soup flavour.
Check the taste for the last time, then you can serve the hungarian goulash soup, hot, in a deep bowls, sprinkled with a fresh, chopped parsley.
Cheers!:)
czwartek, 3 listopada 2016
Fianna Coddle z wilczym chlebkiem sodowym("Wilkołak: Apokalipsa" RPG)/ Fianna Coddle with Irish werewolf soda bread ("Werewolf: The Apocalypse" Role-Playing Game)
Oto Rhiannon z rodu Óir, obdarzona wilczym imieniem "Stąpającej po Krawędzi". Ragabash z plemienia Fianna, pochodząca z watahy "Synów Świtu", strzegącej Caernu Czterech Wiatrów na Eire. Samica w randze Adren. Obecnie przebywa z watahą Ataku Znikąd w San Francisco, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, dowodzoną przez Wulfgara Hrothgerssona, Alfę szczepu.
Rhiannon jest Celtką. Jest ruda, zielonooka i charakterna.
Jest wilkołakiem.
Sam ten opis (oraz karta postaci i grafika pod linkiem powyżej) powinny już wam dawać pewną wizję tej postaci, jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jakie mogłyby być wilkołaki pochodzące od Celtów, gdyby istniały naprawdę. Bardzo często takie jak ona. Żywiołowe, artystyczne duchy, robiące dokładnie to, co im każą instynkty, ale jednocześnie niezwykle mocno strzegące tradycji wilczej rasy. Właściwie, gdy tak sobie pomyślę, Celtom bardzo niewiele brakowałoby do wilkołaków. To, że byli ludźmi, a nie wilczymi ludźmi można by uznać za drobne przeoczenie, jeden chromosom za mało, o którym zapomniała natura. Bowiem wszystko inne pasuje do obrazu jakoby Zieloną Wyspę od zarania dziejów zamieszkiwali zmiennokształtni.
Przejdźmy jednak do samego początku, bowiem mam wrażenie, że parę osób już czuje się zagubionych.
Ten link powyżej zawiera kartę postaci do gry role-play "Wilkołak: Apokalipsa", należącej do uniwersum Świat Mroku (World of Darkness) - najsłynniejszego mrocznego, paranormalnego systemu wśród gier RPG. Pozycji wręcz kultowej, której nie wypada nie znać, jeżeli się ma za gracza RPG z prawdziwego zdarzenia. W jego skład, oprócz uniwersum wilkołaczego, wchodzi także świat wampirów, magów, upiorów, mumii i pół tuzina innych, kultowych postaci, jakie na pewno kojarzycie z horrorów i fantasy.
Okres świetności WoD i Wilkołaka przypada na lata 90te, kiedy na całym świecie niemal bezustannie tłuczono w którąś z jego odsłon, do czasu aż przestały wychodzić dodatki, i powstawać zaczęły coraz to nowe uniwersa do gry na role. Wszystko czasem się przykrzy, prawda? Tak też WoD zachował swą pozycję kultowej gry, ale teraz to przede wszystkim starzy wyjadacze i weterani nadal nurzają się w jego mrocznych odmętach. Nowi gracze zaczynają od lżejszego fantasy, które nie wydaje się im tak bardzo passe, napiętnowane "sparkleniem" ze Zmierzchu i indiańskiej krwi wilkołakami, latającymi w podartym gatkach. Lub od ciężkiego sf. Umówmy się: WoD to pozycja, której musi spróbować każdy szanujący się gracz RPG, ale której czasy świetności już przeminęły.
To jednak, że korona mu z głowy już spadła nie znaczy, że wszyscy już o nim zapomnieli. Tu i tam nadal są ekipy, które z rozkoszą grają w tym systemie. Ja mam szczęście być w jednej z takich grup, składającej się z zapalonych graczy, którzy swoje lata grania liczą już nie miarą kalendarzową, a ilością zdekompletowanych setów kości, pogubionych podczas emocjonujących rozgrywek, posiadającej doskonałego MG i przede wszystkim - uważającej świat Wilkołaka, za najwspanialszy na świecie.
"Wilkołak: Apokalipsa" to, najkrócej rzecz ujmując, system gry, gdzie prowadzi się postać wilkołaka - jednego z dwunastu plemion wilczych ludzi, jakie zamieszkują Ziemię - Gaję, strzegąc jej przed złem. Jednakże przegrywają, wobec postępu i zatrucia środowiska, o czym mówi już sama nazwa systemu. Apokalipsa - koniec świata, gdzie resztek broni już tylko garstka Kłów i Pazurów Gai - Garou. Można by powiedzieć, że toczą ostatnią, przegraną walkę, bowiem postępu zatrzymać się już nie da. Czy aby na pewno? Nooo... wampirzy body-count u nas na sesjach daje nieco optymistyczniejszą wizję tej Apokalipsy, świadczy o tym, że jeszcze nie upadliśmy, jeszcze wilki się stroszą i kąsają, ale nie uprzedzajmy faktów, bo mój MG, czytający zapewne tę notatkę, zaraz się rozsierdzi i przysięgnie sobie, że "on nam zaraz pokaże Apokalipsę jak należy", skoro w nią upieram się nie wierzyć:D
Wilkołak właściwie jest jedynym systemem, o jakim wiem, tak bardzo podkreślającym temat ochrony Gai, a więc i środowiska naturalnego, tak nafaszerowanym duchowością i rytuałami, że najmniejsze osiągnięcie postaci wilkołaczej (awans w grupie, utworzenie watahy, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegoś totemu lub przewodnika) zasługuje na osobną celebrację. Walki walkami, rozrywanie wampirów i innego żmijostwa (Żmij - największy przeciwnik Garou w systemie, a wampierze są jego najwyraźniej widocznym stronnikiem), odprężającym rozrywaniem i szaberkiem, ale dzięki temu naciskowi na umiłowanie ginącej na tury przez wilczych ludzi, jest tak niezwykłym, niespotykanie mamiącym środowiskiem.
No, nie każdy to lubi. Większość graczy, jakich znam chętnie gra w heroic fantasy z mordowaniem dziewic, ratowaniem smoków i gromadzeniem skarbów, albo strzela z broni laserowej do wszystkiego co się rusza, jednak mnie akurat bardzo podoba się klimat tej gry. I wilczy Celtowie. Zawsze... zawsze Celtowie.
Już na pewno wiecie, że do Celtów, Szkotów i Irlandczyków mam stosunek pełen zachwytu. Uwielbiam te klimaty, kulturę celtycką kocham, kiedyś na pewno na Wyspy Brytyjskie się wybiorę i chyba nie było bardziej nieszczęśliwej Polki, gdy referendum Szkotów o niepodległość od Brytoli zakończyło się fiaskiem. Cóż więc w tym dziwnego, że skoro w systemie o mej ulubionej rasie jest możliwość zagrania celtyckim wilkołakiem, natychmiast go wybieram, a towarzystwo zna mnie do tego stopnia, że swoich postaci nie mieli jeszcze zrobionych, a już wiedzieli, że Fianna, czyli celtycka wilcza dusza będzie w watasze, w związku z czym mają nastawić się na przedziwne gadki w gaeliku, zaczepki i rozmaite numery, jakie, w ramach energicznej rozrywki, będę im wykręcać. Bo plemię Fianna to Celci do szpiku kości, nawet i bardziej. Są najstarszym plemieniem Garou, wręcz twórcami wilczej mowy, bajarzami i pieśniarzami, a legendy o wielkich dokonaniach rasy są naszpikowane tym czy tamtym rudym, wymalowanym na niebiesko wilkiem, którego czyny położyły podwaliny pod to, czym jest teraz ginący świat wilkołaków. A skoro wilki są celtami, to większość prawdziwej, celtyckiej kultury, którą tak kocham, jest z nimi bardzo ściśle związana. Czyli muzyka. Mowa. Wzornictwo. A także zachowanie i, najważniejsze dla mnie w tym momencie - zwyczaje żywieniowe.
Pierwsze i najważniejsze: jedynie właściwe wilkołaki, czyli te z WoD - nie jedzą ludzkiego mięsa. Mają zakaz z litanii - listy wilkołaczych praw, których złamanie ściąga im na głowy nie lada kłopoty. Nawet jeżeli są w formie innej niż ludzka, a tych do wyboru są jeszcze cztery. Potwornego Crinosa, postać bojową Garou, czyli pół ludzką, pół wilczą bestię znacie w tej lub innej formie z filmów i książek. Jest także normalny wilk - Lupus, i obie te formy lubują się w surowiźnie, ale nie w ludzinie. Poza nimi jest jeszcze wilk potworny, przerośnięty, maszynka do mordowania na czterech nogach - Hispo, oraz neandertalczyk - Glabro - bardzo włochaty, przerośnięty człowiek.
Skoro ludzkiego mięsa w diecie wilkołaczej nie ma - co jedzą? Ano, jako rasa właściwie prosta, nie przejmująca się konwenansami, wyobrażam sobie, że jedzą również nie przekombinowane rzeczy, najchętnie te, do których przywykli i którymi karmiono ich od maleńkości. A ponieważ w Wilcu niemal każde plemię ma swój odpowiednik wśród ludzkich ras (poza Celtami są też Wikingowie, Indiańce i Rosjanie) i oryginalne terytorium plemienia wychodzące z ziem, na których te rasy ludzkie żyją - jedzą to, co się je tam i to najbardziej lubią.
Fianna są celtyckim plemieniem wilkołaków, z Irlandii. Zaś Irlandia nigdy nie była zbyt bogatą wyspą, a jej surowy klimat nie dostarcza aż tak ogromne obfitości rodzajów jedzenia, jak każdy by chciał. Czyli właściwie większość potraw rodem z Eire składa się z rzeczy prostych, roślin niewymagających (a ponieważ wilki to mięsożercy, więc jeszcze w ich kuchni będzie mniej tego zielonego badziewia, niż u ludzi) i mięs tłustych. Żadnych diet dla Garou nie trzeba - byle było dużo, tłusto i smakowicie. Taka zresztą jest i kuchnia irlandzka sama w sobie. Dlatego bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie to i owo danie, jakie wilkołaki by chciały przygotować dla swoich, bez zbytniego babrania się i kombinowania ze składnikami. Ot, wrzucić do garnka, doprawić i zostawić, by się samo gotowało, a potem, w przerwie między jedną akcją a drugą, przyjść i zjeść, rozkoszując się mocnym smakiem. Jeszcze i mój Mistrz Gry ułatwił mi sprawę, gdy jego NPC - Wulfgar, wspomniany wyżej, zabrał mą Rhiannon do irlandzkiej knajpy w fabule, gdzie zaserwowali właśnie to danie, które dzisiaj postanowiłam dla was odtworzyć, a mianowicie Dublin Coddle (który na potrzeby wilkołaczego tematu przemianowałam na Fianna Coddle).
Trudno o bardziej wilcze jedzenie: ziemniaki, kiełbaski, cebula, w postaci gorącej ni to zupy, ni to gulaszu, dużo, dużo, do tego tradycyjny chlebek irlandzki, podawane w towarzystwie irlandzkiego piwa Guinness. Człowiek napycha się połową głębokiej miski tego pachnącego pieczonymi kiełbaskami i natką pietruszki dania, a wilk po jego spożyciu pewnie w końcu poczułby się syty. Zaś zawiesina, w której wszelakie, smakowite dobra się nam unoszą - poezja to, a nie zupo-sos. Szczególnie, jeżeli macza się w niej cudownie absorbujący ją chlebek sodowy.
Coddle wykonałam tradycyjne, bazując na kilku przepisach, które połączyłam w jeden, wilczy. Bez dodatków warzyw, które poleca się w nowszej, obecnej wersji. Wyobrażam sobie, że właśnie takie woleliby jeść Fianna. Co prawda w polskich warunkach nie miałam jak położyć rąk na oryginalnych, irlandzkich kiełbaskach (i prawdę mówiąc, po rozbadaniu tematu, nie miałam ochoty na tę białą mieszaninę tłuszczu i wieprzowego mięsa, które trzeba mocno zesmażyć, by dało się wogóle je zjeść, szczególnie, że my dysponujemy znacznie smaczniejszymi kiełbaskami w Polsce; to jest jedyny wyłom w celtyckości potrawy), ale wygrzebałam informacje, jak smakują i do polskich kiełbasek podczas ich smażenia dodałam składnika, którym tam się je doprawia - szałwii. Myślę, że dzięki temu smak zyskał na oryginalności. Co zaś do chlebka sodowego, z jakim się je podaje - pamiętacie podkarpackie Proziaki, na które przepis już jest na Bantofelkach? Otóż dziś dostaniecie przepis na wielki proziak w kształcie chleba, bo tym właśnie jest tradycyjny, sodowy chlebek irlandzki. Smakuje wyśmienicie, sos wciąga jak złoto, i, prawdę mówiąc, nie wiem na ile wam starczy, bo u mnie cały bochenek poszedł przy okazji jedzenia Coddle i tylko ciepłe okruchy zostały, bo nie pozwolono mu nawet wystygnąć przed pożarciem:)
Powiadam wam, bardziej wilkołaczego dania niż bohater dzisiejszej felki nie ma, niezależnie od plemienia wilkołaka, który zostanie skonfrontowany z jego miską. A skoro tak... łapać przepis, wilki, robić i spożywać, nim Żmij siedzi w swojej norze i liże rany po ostatniej walce.
My się wzmocnić musimy, ku ochronie Gai i ginącego świata!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki
Fianna Coddle:
1 i 1/2 kilograma ziemniaków (odmiana, która nie rozpada się po gotowaniu)
500g cienkich kiełbasek wieprzowych z dobrego mięsa (posiadający możliwość kupienia oryginalnych kiełbasek irlandzkich - jak najbardziej skorzystajcie z tej opcji)
500g grubo krojonego boczku wędzonego
2-3 cebule
szałwia (do smażenia z kiełbaskami)
majeranek (do doprawiania Coddle)
3 łyżki drobno pokrojonej, świeżej natki pietruszki
sól, pieprz
1-2 kostki bulionu z szynki (ew. z kurczaka)
Wilczy chlebek sodowy:
4 szklanki mąki
1 i 3/4 szklanki maślanki naturalnej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki sody oczyszczonej
Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, kroimy w grube kawałki (większe najdrobniej na cztery części, małe zostawiamy w całości).
Pietruszkę kroimy drobniutko.
Cebulę kroimy w grube plastry.
Zagotowujemy 500ml wody i rozpuszczamy w niej 1 kostkę bulionową.
Na głębokiej patelni smażymy plastry boczku aż się wyzłocą i puszczą tłuszcz. Usmażone ściągamy z patelni i pozwalamy im ostygnąć. Chłodniejsze kroimy na centymetrowe kostki.
Na patelnię z tłuszczem z boczku wykładamy kiełbaski porwane na mniejsze części (na przykład na pół) i smażymy aż mocno zbrązowieją, a skórka zrobi się chrupiąca, obficie podsypując podczas odwracania na drugą stronę szałwią.
W dużym garnku zaczynamy układać składniki Coddle warstwami. Idąc od spodu garnka: plastry cebuli, kawałki boczku, usmażone kawałki kiełbasek, kawałki ziemniaków. Posypujemy natką pietruszki i pieprzymy i ponownie: cebula, boczek, kiełbaski, ziemniaki. Postępujemy w ten sposób aż do skończenia się składników, warstwy oddzielając od siebie pietruszką i pieprzem.
Warstwy Coddle zalewamy przygotowanym bulionem, a jeżeli nie przykrył nam składników, dolewamy wody tak by miały się jak gotować. Dodajemy dodatkową, pokruszoną kostkę bulionu oraz majeranek. Nic nie mieszamy.
Stawiamy na ogień i zagotowujemy całość, potem natychmiast przykrywamy garnek przykrywką, ustawiamy ogień na minimalny i gotujemy Coddle co najmniej godzinę (czas gotowania zależny jest od ilości składników, temperatury w jakiej gotujemy i tego, jak szybko zmiękną ziemniaki. Przy 1 i 1/2 kilograma, oraz zakryciu wodą i malutkim ogniu wystarczyło mi 90 minut. Przy większej ilości składników i mniejszej ilości wody czas ten rozciąga się i na 3-4 godziny).
Coddle będzie gotowe gdy ziemniaki będą już miękkie, wody będzie mniej więcej w połowie garnka, a smak wybitnie kiełbasiano- ziołowy.
W czasie, gdy Coddle będzie się nam gotował, robimy chlebek sodowy.
Mąkę, sól i sodę mieszamy razem w misce.
Stopniowo dolewamy maślanki, wyrabiając ciasto palcami do momentu aż składniki się skończą.
Wyrabiamy ciasto, podsypując mąką, aż tylko trochę będzie się nam lepić do palców.
Piekarnik nastawiamy na 220 stopni Celsjusza.
Blachę wyścielamy folią do pieczenia.
Na blachę wykładamy ciasto formując je w lekko spłaszczony bochenek.
Za pomocą noża wycinamy na górze glif Fianna na głębokość centymetra. O taki:
Rzecz jasna można i przeciąć chlebek innym glifem, albo po chrześcijańsku (zupełnie już nie po wilczemu, pffff...) na krzyż. Niemniej ozdobę-przecięcie, będące jednocześnie sposobem, by ciepło dostało się w głąb ciasta, posypujemy nie zmielonym kminkiem.
Chlebek przykrywamy tortownicą i blachę wkładamy do nagrzanego piekarnika.
Po 30 minutach pieczenia ściągamy tortownicę i dopiekamy jeszcze 10 minut lub do momentu aż chlebek przybierze złoto-brązową barwę skórki.
Wyciągamy i lekko studzimy.
Gotowe, gorące jeszcze Coddle nakładamy do głębokiej miski, mieszając wszystkie składniki i dolewając zupy tak, by było w czym maczać pieczywo. Posypujemy odrobiną natki pietruszki. Podajemy w towarzystwie grubych pajd chlebka sodowego, obowiązkowo w towarzystwie piwa Guinness.
Po zjedzonym posiłku wydajemy wilcze, dziękczynne wycie do księżyca, w podzięce Gai za to, że pozwoliła nam spożyć tak doskonały posiłek:)
Ith gu leòir! (Smacznego!)
---------------------------------------------------
Ingredients:
Fianna Coddle:
1 and 1/2kg potatoes
500g good quality thin pork sausages (if you can buy the original irish sausages - be my guest)
500g thick sliced bacon
2-3 onions
dried sage (for frying the sausages if it is not originally irish)
marjoram (to season Coddle)
3 tblspns of fresh, finely chopped parsley
salt, pepper
1-2 ham or chicken stock cubes
Irish werewolf soda bread:
4 cups of flour
1 and 3/4 cup of buttermilk
1 tspn of salt
2 tspns of baking soda
The making of:
Peel and chop the potatos into a large pieces (the bigger ones in 3-4 pieces, the smaller ones leave whole).
Chop finely fresh parsley.
Chop the onions into thick slices.
Boil 500ml of water and melt the bulion cube in it.
Fry the slices of bacon until golden brown on the skillet. Remove on the side, when ready, and let it cool, then dice on 1cm cubes. Leave the bacon fat on the pan.
On the same pan fry sausages torn on smaller parts, until browned and with a crunchy skin, adding the sage while frying.
In a big pot start layering the ingredients: onion slices, bacon, sausages, potato pieces. Season with fresh parsley and freshly ground pepper. Then again: onion, bacon, sausages, potatos, seasoning, until all ingredients are out.
Cover Coddle layers with a prepared stock. If the stock is not enough to cover the ingredients, pour some more water, so it could cook, and add additional stock cube. Do not mix the layers.
Let the Coddle boil, then imediatelly cover the pot and reduce the fire to minimum. Cook at least for an hour (the time of cooking depends on the amount of ingredients, the temperature of cooking and how quickly the potatos become soft. In my case it took about 90 minutes. If there is a bigger amount of ingredients and smaller amount of water - the cooking takes about 3-4 hours).
Your Coddle is ready when the potatos are soft, there is about half the pot of gravey and the dish tastes strongly with sausage and herbs.
While the Coddle is cooking, prepare the soda bread.
In a bowl mix together the flour, salt and baking soda.
Bit by bit add the buttermilk to the mix, working on a dough with your fingers, until you are out of ingredients.
Knead the dough a few times, adding some more flour, until it sticks to your fingers just a little bit.
Heat the oven to 425 degrees Fahrenheit.
Put a sheet of tin foil on a baking tin.
Form the dough into a ball then flat it a bit.
Cut the Fianna glyph on a top, 1cm deep. Looking like this:
You can cut some other sign or werewolf glyph if you wish. Or a cross. As as final touch pour some whole cumin seeds on your sign, to highlight it a bit.
Cover the bread with a baking pan and bake in the oven for 30 minutes. When the time passed, remove the pan and bake additional 10 minutes until the bread in golden brown.
Remove from the oven and let it cool a bit.
Pour your hot Coddle into the deep bowl, mixing now the ingredients and adding some soup from the bottom of pot, sprinkle with some fresh parsley and serve with a thick slices of Irish werewolf soda bread and definitely with an irish Guinness beer.
After you finish your dish, howl with your pack to the moon, thanking Gaia for letting you eat this delicious werewolfy meal:)
Ith gu leòir! (Eat plenty!)
niedziela, 30 października 2016
Ciasto Cthulhu (dzieła H.P.Lovecraft'a) / Cthulhu Pie (H.P. Lovecraft's works)
Mija rok od momentu, gdy przeglądając Pinteresta za jakimiś niezwykłymi, Halloweenowymi wypiekami, natrafiłam na niezwykle prosty, ale interesujący ze wszechmiar pie. Posiadał on spód, czyli crust, posiadał nadzienie owocowe i posiadał ozdobnie wycięty wierzch. Niby prościej już się nie da, ale prawdziwa niezwykłość tego ciasta polegała na tym, że ten wierzch był w kształcie Cthulhu - Wielkiego Przedwiecznego, ojca wszelakich monstrów i demonów, w kształcie olbrzymiej ośmiornicy. Nazwę Cthulhu kojarzy każdy, kto słyszał o H.P. Lovecrafcie - pionierze potwornego fantasy. Nawet jeśli nie lubi książek o tej tematyce. Być może oglądał bowiem film... mało opowiadań mistrza zekranizowano? Może chociażby jest graczem RPG i kiedyś natknął się na sławny "Zew Cthulhu"? Ale jeśli myślicie, że to koniec, to jesteście w błędzie. Gry! Planszówki, gry komputerowe... ba, sądzę, że nawet i puzzle Cthulhu są, skoro stworzono maskotkę tego kultowego monstrum, a także trafił jako temat przewodni arcyzabawnej gierki "Munchkin", gdzie trafiają tylko prawdziwe monstra popkulturowe naszego świata. Żyć w nim i nie spotkać się z Cthulhu, chociażby z widzenia, nie zagłębiając się w tematykę jest niemożliwością. Nic więc dziwnego, że trafił i w ostatnie miejsce, w jakim się spodziewała go zobaczyć, to jest do kuchni. I to nie w postaci macek smażonych na masełku.
A sam Cthulhu pojawia się po raz pierwszy w serii opowiadań wspomnianego wyżej Lovecrafta, posiadając wiele imion, poza Wielkim Przedwiecznym, a to, że świat jeszcze istnieje zawdzięczamy temu, że śpi na dnie Pacyfiku, w cyklopowym mieście R'lyeh i tylko przez sny nawiedza swych kultystów i pojedynczych wybrańców, nie dając światu zapomnieć, że ten czas jakie teraz mają, jest tylko pożyczony. Potworna ośmiornica na nietoperzych skrzydłach jeszcze powróci i obejmie to, co jej należne we władanie...
Ależ się zrobiło mrocznie i Halloweenowo, nie? I nawet posępne wycie wilkołaków w tle skłaczonego bloga nie poprawia nastroju, gdy padł na niego cień Set-Hulha. Zabawa przednia, idealnie na Halloween!:D Wróćmy jednak z dna Pacyfiku na ziemię. A tak konkretniej do przepisu.
Odpowiedzialną za Ciasto Cthulhu, którego zdjęcie jest obecnie niezwykle znanym memem, tym bardziej popularnym obecnie im bliżej do Halloween, jest niejaka Sandy Yoo, której potomek, zaczytując się w Lovecrafcie, poprosił pewnego dnia o ciasto ze swym ulubionym Przedwiecznym. No i wiecie... matka Amerykanka, a więc stawiająca na skróty, artystka, więc czuje bluesa w momencie, gdy natrafia na ciekawy temat... myślę, że nie zajęło jej więcej niż pół godziny obmyślenie przysmaku, o którym od kilku lat ciągle jest głośno. Bo tak po prawdzie, ciężko, żeby było cicho. To monstrum zagina przestrzeń i mackami zżera światy. Myśleć o wypieku z Cthulhu w kategoriach innych niż "megatonalnie wielki" byłoby dużym niedopowiedzeniem. Nawet jeśli jest to tylko proste pie.
Sandy Yoo nie zajęło ono dużo czasu. Główka pracuje, a idąc na skróty, sporo składników miała dosłownie pod ręką. Szczerze, nie mam pojęcia w jakim okresie czasu robiła pierwszy raz to ciasto i czy tam są świeże owoce przez cały rok, ale ja musiałam się nieźle nakombinować nad jej wypiekiem, ponieważ w końcówce października w Polsce nie ma co liczyć na świeże, czerwone lub czarne owoce. Trzeba było użyć mrożonych, a skoro już uparłam się na Ciasto Cthulhu na Halloween, to byle jaka trudność mnie nie zwiedzie. A także i kolejna trudność, bo Sandy użyła mrożonego ciasta gotowego, jakiego w polskim sklepie ni dudu. Oraz następną... i jeszcze jedną... kurde, jak na tak proste ciasto, to Polka może dosłownie wyjść z siebie i zawyć w pewnym momencie jak wilkołak z frustracji - co również uczyniłam!
Bez obaw jednak. Skoro oddaję felkę w wasze ręce, a wraz z felką - przepis, znaczy to, że bez najmniejszych wątpliwości udało mi się pokonać logistyczno-pogodowe przeciwności i ciasto potworne zrobiłam. Wy już aż tak kombinować nie będziecie musieli i dla was faktycznie będzie to czysta zabawa. Bo właściwie, czemu by nie? Gotowanie to strasznie fajna czynność, a jeśli jeszcze wykonujemy portret naszego ulubionego potwora, z ciasta i na koniec będziemy mogli pożreć Wszechpożeracza, mlaskając donośnie, a triumfalnie - amen, alleluja i masło orzechowe, jak powiada mój kumpel:)
Problemy z tym arcyprostym ciastem, jakie napotkałam leżały przede wszystkim w tym, że nie miałam jak użyć zalecanego, mrożonego spodu do tarty/pie. Ponieważ w większości polskich sklepów, (nie wiem, czy warszawskie sklepy też tutaj zaliczać, bo może z racji bycia stolicą, w tym mieście mają coś więcej), jedyne mrożone ciasto, jakie dostaniemy to ciasto francuskie. Bomba! Idealne do wszystkiego, tylko nie do pie, gdzie zachowanie kształtu i nie nasiąkanie sokiem akurat ma znaczenie. Z ciasta francuskiego Cthulhu nie zrobię, to wiedziałam już na początku. A ponieważ innego nie miałam, zabawa pajem dla mnie zaczęła się nie od przygotowywania nadzienia i wycinania kształtu, a żmudnego rozkminiania, jakiego typu ciasto pudełkowe autorka używa na swym filmiku (nota bene, jest to jedyne, zapisane źródło przepisu i nawet tam nie ma podanego typu ciasta na pie; możliwe, że dla nich oczywistością jest, że ciasto na pie to takie i takie, nikt nie musi znać nazwy, każdy kupuje w sklepie "ciasto na pie"... kurwa mać...). Marka Pillsbury, jak się okazało. Ale i to nie ułatwiło roboty, bo na zidentyfikowanym pudełku TEŻ nie było nazwy, więc musiałabym na oślep wybierać z co najmniej dziesięciu rodzajów rozmaitych, domowej roboty spodów do pie, jakich się używa powszechnie. Ale ja nie chadzam na oślep, o nie. Więc grzebałam kolejną godzinę tym razem patrząc po zdjęciach i w pamięci mając wskazówkę, że nie może zanadto rosnąć, a ciasto mrożone Sandy lekko się napusza podczas podpiekania. Na ostatniej prostej miałam już tylko jeden typ - a mianowicie tajemnicze ciasto typu "flaky". Listkujące, o którym wspominałam przy okazji Apple Pie. Ale to ciasto, nie mające polskiego odpowiednika (również się listkuje, jak francuskie, ale mniej), musiało mniej rosnąć, nie stracić kształtu. I szukaj, pani, kolejną godzinę, tym razem przepisu na cięższy "flaky crust"... miałam już dosyć, szczerze. Tak to jest jak człowiek się na coś uprze i pokonuje go nie pech w kuchni, a zwykłe przeszkody logistyczne. Jednakże wtedy ponownie przypomniałam sobie Apple Pie, gdzie miałam niemal tę samą jazdę. Potupało się zatem na kilka przepisów obiecujących, a następnie otworzyło swoje ciasto z jabłkami i absolutnie ulubionym spodem do pie. I wiecie co się okazało? Że to całe, cholerne szukanie było psu na buty, bo poszukiwany spód do ciasta Cthulhu miałam na własnym blogu! Inne przepisy różniły się co prawda minimalnie od tego, ale to było bez wątpienia to.
Zabawa, tak?! No to i zrobiłam sobie zabawę, szczerze. Skoro ciasto było, nadzienie właściwie było tylko minimalną przeszkodą. Świeże borówki Sandy zastąpiłam mrożonymi wiśniami o morderczo krwawym kolorze, a ponieważ mowa była o tym, by ciasto nie nasiąkało zanadto sokiem, a z mrożonych będzie go od cholery - do owoców z cukrem dodałam nieco mąki ziemniaczanej, zagęszczając strukturę całego nadzienia. Smak został, objętość również, a dodatkowy efekt, jakoby Cthulhu z wierzchu siedział na krwawym, lśniącym łożu z oślizgłego... nie wiadomo czego, tylko podbił mi walory artystyczne. I jakże pasuje do Przedwiecznego, który straszył bohaterów z lat dwudziestych Lovecrafta do tego stopnia, że starczyło na Cthulhu spojrzeć raz, by stracić rozum.
Niemniej z ciastem Cthulhu jedyna strata jaka wam grozi, to strata głowy na jego punkcie, bo po pokonaniu tych kilku trudności faktycznie, absolutnie prosto się je robi, nadzienie smakuje cudownie, a poszukiwaczom przygód w lovecraftańskim świecie na pewno posmakuje macka, albo paszcza Cthulhu na jego wiśniowo-krwawym łożu, zaś ten, który dotrwa do końca rozgrywki (na przykład jeśli będziecie akurat grać w "Posiadłość Szaleństwa" - strasznie fajna planszówka, polecam), żywy i w miarę nie szalony - dostanie głowę potwora na srebrnej misie:D I jaki klimat, poza walorami smakowymi, och, ach!:D H. P. Lovecraft zdecydowanie by pochwalił.
A my, korzystając z tego, że Halloween już w poniedziałek, łapiemy za przyrządy i składniki i składamy naszego Przedwiecznego do kupy.
Przepis wzięty z oryginalnego filmiku Sandy Yoo. Został jednak na tyle mocno zmieniony, by Polka mogła go wykonać, że...hmmm... nie sugerujcie się nim poza fragmentem, w którym pokazywane jest składanie Cthulhu do kupy z wyciętych z ciasta części, jakoś tak w 8 minucie, 56 sekund.
Cthulhu Fhtagn!
Please scroll below for the "red" recipe in English version:)
Składniki:
Spód i wierzch:
Wykonujemy ciasto według przepisu na spód z Apple Pie, znajdującego się pod tym linkiem. (Mieszkańcy UK/USA mogą, jeżeli tak im wygodniej, spokojnie użyć gotowego spodu do ciasta "Pillsbury Pie Crusts" - sztuk dwie w opakowaniu, dla 9 calowej blaszki na pie, chociaż zdecydowanie polecam ciasto domowej roboty z podanego przepisu).
Nadzienie:
750g mrożonych wiśni, wypestkowanych
1 i 1/2 szklanki cukru
1 łyżka domowego cukru waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Smarowidło z jajka:
1 żółtko
1/2 łyżeczki wody
Wykonanie:
Wykonujemy ciasto według podanego przepisu.
Dzielimy na dwie, równe części, każdą spłaszczamy w dysk i wstawiamy do lodówki, zawinięte w folię na co najmniej godzinę.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie.
Wiśnie, pozbawione pestek (wszystkie, za wyjątkiem dwóch, jednakowego kształtu, z których zrobimy oczy) wrzucamy do garnka. Jeżeli nie są wypestkowane, będziemy musieli wyjmować pestki na bieżąco, w trakcie gotowania i rozgniatania 2/3 z nich.
Dwie zachowane wiśnie ostrożnie odkładamy na sitko i pozwalamy im się odmrażać w swoim tempie. Ważne, by zachowały okrągły kształt, więc one akurat powinny mieć pestkę w środku.
Podgrzewamy aż puszczą sok. Dosypujemy cukry i mieszając co jakiś czas, zagotowujemy.
Do wiśni z sokiem dosypujemy łyżkę mąki ziemniaczanej, starannie mieszamy aż nadzienie zacznie nam gęstnieć.
Gotowe, o konsystencji kisielu z dużą ilością owoców, ściągamy z gazu i bezwzględnie studzimy aż będzie zimne. Gorącego nie wolno nam przekładać na ciasto, bo będzie klops.
W czasie, gdy nadzienie nam stygnie, wyciągamy ciasto z lodówki. Najpierw część, jaką przeznaczymy na spód. Rozwałkowujemy ją na okrągło na płachcie folii na wielkość odpowiadającą podstawie formy do pieczenia tarty, plus kawałek na rant. Czyli ok 22-24 cm.
Formę do pieczenia (szklaną albo metalową), o średnicy spodu 20 cm (lub 8 cali), starannie smarujemy masłem.
Piekarnik nastawiamy na 200 stopni.
Rozbełtujemy żółtko z wodą w małym naczyniu, robiąc smarowidło jajeczne do ciasta.
Rozwałkowany na folii spód odwracamy wraz z folią do góry nogami nad formą i ściągamy folię.
Dopasowujemy spód do formy, przyciskając delikatnie ciasto do spodu i brzegów. Zwisające boki odcinamy za pomocą radełka z falistym kółkiem tuż na obrzeżach blachy.
Smarujemy ciasto dokładnie jajecznym smarowidłem na spodzie i bokach. Podpieczone, zrobi nam rodzaj membrany, by nadmiar soku nie wsiąkł w ciasto.
Wkładamy spód na 10 minut do rozgrzanego piekarnika i podpiekamy do delikatnie złotego koloru i upieczonej warstewki jajecznej na wierzchu.
Pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie na folii rozwałkowujemy drugą część ciasta. Tym razem można prostokątnie.
Z ciasta wycinamy najpierw głowę Cthulhu, część macek, skrzydła i oczy, resztę macek i detale (zajrzyjcie na podany wyżej fragment filmiku Sandy, w którym ten proces jest pokazany). Każdą kolejną, wyciętą część oddzielamy od ciasta i odkładamy na talerz do lodówki, by się zbytnio nie rozgrzało.
Gdy nadzienie jest już zimne, a spód da się dotknąć, wykładamy je na ciasto. Następnie z wyciętych kawałków ciasta formujemy na nadzieniu naszego Cthulhu, zaczynając od skrzydeł, potem wykładając fantazyjnie macki, na wierzch kładąc na nieco wyższy stosik nadzienia - głowę. W rozcięcia wyciętych oczu, wkładamy zachowane wiśnie i również umieszczamy na głowie, starannie przyklejając oczy do głowy. Wykładamy resztę detali (również podpatrzcie w filmiku).
Potwora smarujemy pozostałym smarowidłem i wkładamy ciasto do rozgrzanego piekarnika na 30-35 minut.
Po tym czasie wyjmujemy, studzimy w temperaturze pokojowej i wkładamy do lodówki, by zupełnie ostygł i zestalił się.
Serwujemy po czasie chłodzenia, krojąc w każdy, morderczy sposób, na jaki mamy ochotę.
Wesołego Halloween!:)
-------------------------------------------------------
Ingredients:
Crust:
Make a homemade crust according to the crust recipe for Apple Pie in this post.
(UK/USA readers may also, if they wish, use bought, frozen pie crust - "Pillsbury Pie Crusts", 2pcs in a pckg, for 9'' dish, although I still reccomend making a homemade crust, from the above recipe).
Filling:
750g of pitted, frozen cherries
1 and 1/2 cup of sugar
1 tblspn of homemade vanilla sugar
1 tblspn of potato flour
Eggwash:
1 egg yolk
1/2 tspn of water
The making of:
Make a crust according tho the instructions in the given recipe.
Divide the ball of dough in two halves, flat both to the disk form, cover with a tin foil and put the into the fridge for at least 1 hour.
Make a filling.
Pour frozen, pitted cherries (all but 2 fruits, about the same size, which will be necesarry to make Cthulhu's eyes), into the pot. If the stones were not removed before frozing the fruits, we remove them while cooking and mashing 2/3rd of them, while making the filling.
Put those 2 saved cherries into a little strainer and let them defrost in its own time. They should hold a round shape so it would be nice if they still had stones inside.
Cook the cherries in the pot until they drain juices. Add the sugars, mix from time to time, and boil them.
Add potato flour and mix it alltogether until the filling starts to become thick.
Remove the filling from the cooker and cool it until it is cold. Do not pour warm filling on the pre-baked crust.
While the filling is cooling down, remove the crust for the bottom part of Cthulhu pie from the fridge. Roll it on a sheet of a tin foil into the circle, matching the size of your baking dish, plus the sides, around 9-9,5''.
Butter 8'' glass baking dish.
Heat the oven to 392 degrees Fahrenheit.
Mix egg yolk with water, creating your egg wash.
Take rolled on a tin foil circle of dough and flip it above the baking dish, fashioning it to fit the rims. Carefully remove the foil.
Press the dough to the bottom and sides of a dish. Cut the excess parts with a zigzag pastry wheel.
Smear the egg wash on the bottom and sides of the crust. Prebaked, it will create a shield for the crust, so it did not become too soggy of the cherry juice.
Put the baking dish into the oven and bake for about 10 minutes, until light golden colour, and baked egg wash on the surface.
Remove it from the oven and cool a bit. At the same time roll the other part of the dough. Rectangular if you wish.
Cut the head of Cthulhu of the rolled dough, then part of tentacles, wings and eyes, the rest of the tentacles and some details (check how to do it on Sandy's video, in the mentioned above timing). Each part that you cut off, remove from the rest of the dough, and put to the plate in the fridge, so it was cold.
When the filling is cold, and the pre-baked crust possible to touch, fill the crust with the filling. Then create your Cthulhu out of the parts that you cut off the dough, on the surface of a filling, starting with a wings, then a tentacles, curved fantastically, then the head put on a slightly bigger pile of a filling. Put 2 saved cherries into the slits made in the Cthulhu's eyes and fit them on the monsters head. Fashion the rest of the details on the pie (also check how to do it nicely on Sandy's video above).
Smear the rest of an egg wash on a monster, and put the pie into the hot oven for 30-35 minutes.
Remove the baked pie from the oven, cool it in a room temperature until it is just slightly worm, and put it to the fridge for at least 1 hour.
Serve it, after chilling, cutting the Cthulhu Pie in every, morderus way, you might thing of:)
Happy Halloween, you guys!:D
A sam Cthulhu pojawia się po raz pierwszy w serii opowiadań wspomnianego wyżej Lovecrafta, posiadając wiele imion, poza Wielkim Przedwiecznym, a to, że świat jeszcze istnieje zawdzięczamy temu, że śpi na dnie Pacyfiku, w cyklopowym mieście R'lyeh i tylko przez sny nawiedza swych kultystów i pojedynczych wybrańców, nie dając światu zapomnieć, że ten czas jakie teraz mają, jest tylko pożyczony. Potworna ośmiornica na nietoperzych skrzydłach jeszcze powróci i obejmie to, co jej należne we władanie...
Ależ się zrobiło mrocznie i Halloweenowo, nie? I nawet posępne wycie wilkołaków w tle skłaczonego bloga nie poprawia nastroju, gdy padł na niego cień Set-Hulha. Zabawa przednia, idealnie na Halloween!:D Wróćmy jednak z dna Pacyfiku na ziemię. A tak konkretniej do przepisu.
Odpowiedzialną za Ciasto Cthulhu, którego zdjęcie jest obecnie niezwykle znanym memem, tym bardziej popularnym obecnie im bliżej do Halloween, jest niejaka Sandy Yoo, której potomek, zaczytując się w Lovecrafcie, poprosił pewnego dnia o ciasto ze swym ulubionym Przedwiecznym. No i wiecie... matka Amerykanka, a więc stawiająca na skróty, artystka, więc czuje bluesa w momencie, gdy natrafia na ciekawy temat... myślę, że nie zajęło jej więcej niż pół godziny obmyślenie przysmaku, o którym od kilku lat ciągle jest głośno. Bo tak po prawdzie, ciężko, żeby było cicho. To monstrum zagina przestrzeń i mackami zżera światy. Myśleć o wypieku z Cthulhu w kategoriach innych niż "megatonalnie wielki" byłoby dużym niedopowiedzeniem. Nawet jeśli jest to tylko proste pie.
Sandy Yoo nie zajęło ono dużo czasu. Główka pracuje, a idąc na skróty, sporo składników miała dosłownie pod ręką. Szczerze, nie mam pojęcia w jakim okresie czasu robiła pierwszy raz to ciasto i czy tam są świeże owoce przez cały rok, ale ja musiałam się nieźle nakombinować nad jej wypiekiem, ponieważ w końcówce października w Polsce nie ma co liczyć na świeże, czerwone lub czarne owoce. Trzeba było użyć mrożonych, a skoro już uparłam się na Ciasto Cthulhu na Halloween, to byle jaka trudność mnie nie zwiedzie. A także i kolejna trudność, bo Sandy użyła mrożonego ciasta gotowego, jakiego w polskim sklepie ni dudu. Oraz następną... i jeszcze jedną... kurde, jak na tak proste ciasto, to Polka może dosłownie wyjść z siebie i zawyć w pewnym momencie jak wilkołak z frustracji - co również uczyniłam!
Bez obaw jednak. Skoro oddaję felkę w wasze ręce, a wraz z felką - przepis, znaczy to, że bez najmniejszych wątpliwości udało mi się pokonać logistyczno-pogodowe przeciwności i ciasto potworne zrobiłam. Wy już aż tak kombinować nie będziecie musieli i dla was faktycznie będzie to czysta zabawa. Bo właściwie, czemu by nie? Gotowanie to strasznie fajna czynność, a jeśli jeszcze wykonujemy portret naszego ulubionego potwora, z ciasta i na koniec będziemy mogli pożreć Wszechpożeracza, mlaskając donośnie, a triumfalnie - amen, alleluja i masło orzechowe, jak powiada mój kumpel:)
Problemy z tym arcyprostym ciastem, jakie napotkałam leżały przede wszystkim w tym, że nie miałam jak użyć zalecanego, mrożonego spodu do tarty/pie. Ponieważ w większości polskich sklepów, (nie wiem, czy warszawskie sklepy też tutaj zaliczać, bo może z racji bycia stolicą, w tym mieście mają coś więcej), jedyne mrożone ciasto, jakie dostaniemy to ciasto francuskie. Bomba! Idealne do wszystkiego, tylko nie do pie, gdzie zachowanie kształtu i nie nasiąkanie sokiem akurat ma znaczenie. Z ciasta francuskiego Cthulhu nie zrobię, to wiedziałam już na początku. A ponieważ innego nie miałam, zabawa pajem dla mnie zaczęła się nie od przygotowywania nadzienia i wycinania kształtu, a żmudnego rozkminiania, jakiego typu ciasto pudełkowe autorka używa na swym filmiku (nota bene, jest to jedyne, zapisane źródło przepisu i nawet tam nie ma podanego typu ciasta na pie; możliwe, że dla nich oczywistością jest, że ciasto na pie to takie i takie, nikt nie musi znać nazwy, każdy kupuje w sklepie "ciasto na pie"... kurwa mać...). Marka Pillsbury, jak się okazało. Ale i to nie ułatwiło roboty, bo na zidentyfikowanym pudełku TEŻ nie było nazwy, więc musiałabym na oślep wybierać z co najmniej dziesięciu rodzajów rozmaitych, domowej roboty spodów do pie, jakich się używa powszechnie. Ale ja nie chadzam na oślep, o nie. Więc grzebałam kolejną godzinę tym razem patrząc po zdjęciach i w pamięci mając wskazówkę, że nie może zanadto rosnąć, a ciasto mrożone Sandy lekko się napusza podczas podpiekania. Na ostatniej prostej miałam już tylko jeden typ - a mianowicie tajemnicze ciasto typu "flaky". Listkujące, o którym wspominałam przy okazji Apple Pie. Ale to ciasto, nie mające polskiego odpowiednika (również się listkuje, jak francuskie, ale mniej), musiało mniej rosnąć, nie stracić kształtu. I szukaj, pani, kolejną godzinę, tym razem przepisu na cięższy "flaky crust"... miałam już dosyć, szczerze. Tak to jest jak człowiek się na coś uprze i pokonuje go nie pech w kuchni, a zwykłe przeszkody logistyczne. Jednakże wtedy ponownie przypomniałam sobie Apple Pie, gdzie miałam niemal tę samą jazdę. Potupało się zatem na kilka przepisów obiecujących, a następnie otworzyło swoje ciasto z jabłkami i absolutnie ulubionym spodem do pie. I wiecie co się okazało? Że to całe, cholerne szukanie było psu na buty, bo poszukiwany spód do ciasta Cthulhu miałam na własnym blogu! Inne przepisy różniły się co prawda minimalnie od tego, ale to było bez wątpienia to.
Zabawa, tak?! No to i zrobiłam sobie zabawę, szczerze. Skoro ciasto było, nadzienie właściwie było tylko minimalną przeszkodą. Świeże borówki Sandy zastąpiłam mrożonymi wiśniami o morderczo krwawym kolorze, a ponieważ mowa była o tym, by ciasto nie nasiąkało zanadto sokiem, a z mrożonych będzie go od cholery - do owoców z cukrem dodałam nieco mąki ziemniaczanej, zagęszczając strukturę całego nadzienia. Smak został, objętość również, a dodatkowy efekt, jakoby Cthulhu z wierzchu siedział na krwawym, lśniącym łożu z oślizgłego... nie wiadomo czego, tylko podbił mi walory artystyczne. I jakże pasuje do Przedwiecznego, który straszył bohaterów z lat dwudziestych Lovecrafta do tego stopnia, że starczyło na Cthulhu spojrzeć raz, by stracić rozum.
Niemniej z ciastem Cthulhu jedyna strata jaka wam grozi, to strata głowy na jego punkcie, bo po pokonaniu tych kilku trudności faktycznie, absolutnie prosto się je robi, nadzienie smakuje cudownie, a poszukiwaczom przygód w lovecraftańskim świecie na pewno posmakuje macka, albo paszcza Cthulhu na jego wiśniowo-krwawym łożu, zaś ten, który dotrwa do końca rozgrywki (na przykład jeśli będziecie akurat grać w "Posiadłość Szaleństwa" - strasznie fajna planszówka, polecam), żywy i w miarę nie szalony - dostanie głowę potwora na srebrnej misie:D I jaki klimat, poza walorami smakowymi, och, ach!:D H. P. Lovecraft zdecydowanie by pochwalił.
A my, korzystając z tego, że Halloween już w poniedziałek, łapiemy za przyrządy i składniki i składamy naszego Przedwiecznego do kupy.
Przepis wzięty z oryginalnego filmiku Sandy Yoo. Został jednak na tyle mocno zmieniony, by Polka mogła go wykonać, że...hmmm... nie sugerujcie się nim poza fragmentem, w którym pokazywane jest składanie Cthulhu do kupy z wyciętych z ciasta części, jakoś tak w 8 minucie, 56 sekund.
Cthulhu Fhtagn!
Please scroll below for the "red" recipe in English version:)
Składniki:
Spód i wierzch:
Wykonujemy ciasto według przepisu na spód z Apple Pie, znajdującego się pod tym linkiem. (Mieszkańcy UK/USA mogą, jeżeli tak im wygodniej, spokojnie użyć gotowego spodu do ciasta "Pillsbury Pie Crusts" - sztuk dwie w opakowaniu, dla 9 calowej blaszki na pie, chociaż zdecydowanie polecam ciasto domowej roboty z podanego przepisu).
Nadzienie:
750g mrożonych wiśni, wypestkowanych
1 i 1/2 szklanki cukru
1 łyżka domowego cukru waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Smarowidło z jajka:
1 żółtko
1/2 łyżeczki wody
Wykonanie:
Wykonujemy ciasto według podanego przepisu.
Dzielimy na dwie, równe części, każdą spłaszczamy w dysk i wstawiamy do lodówki, zawinięte w folię na co najmniej godzinę.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie.
Wiśnie, pozbawione pestek (wszystkie, za wyjątkiem dwóch, jednakowego kształtu, z których zrobimy oczy) wrzucamy do garnka. Jeżeli nie są wypestkowane, będziemy musieli wyjmować pestki na bieżąco, w trakcie gotowania i rozgniatania 2/3 z nich.
Dwie zachowane wiśnie ostrożnie odkładamy na sitko i pozwalamy im się odmrażać w swoim tempie. Ważne, by zachowały okrągły kształt, więc one akurat powinny mieć pestkę w środku.
Podgrzewamy aż puszczą sok. Dosypujemy cukry i mieszając co jakiś czas, zagotowujemy.
Do wiśni z sokiem dosypujemy łyżkę mąki ziemniaczanej, starannie mieszamy aż nadzienie zacznie nam gęstnieć.
Gotowe, o konsystencji kisielu z dużą ilością owoców, ściągamy z gazu i bezwzględnie studzimy aż będzie zimne. Gorącego nie wolno nam przekładać na ciasto, bo będzie klops.
W czasie, gdy nadzienie nam stygnie, wyciągamy ciasto z lodówki. Najpierw część, jaką przeznaczymy na spód. Rozwałkowujemy ją na okrągło na płachcie folii na wielkość odpowiadającą podstawie formy do pieczenia tarty, plus kawałek na rant. Czyli ok 22-24 cm.
Formę do pieczenia (szklaną albo metalową), o średnicy spodu 20 cm (lub 8 cali), starannie smarujemy masłem.
Piekarnik nastawiamy na 200 stopni.
Rozbełtujemy żółtko z wodą w małym naczyniu, robiąc smarowidło jajeczne do ciasta.
Rozwałkowany na folii spód odwracamy wraz z folią do góry nogami nad formą i ściągamy folię.
Dopasowujemy spód do formy, przyciskając delikatnie ciasto do spodu i brzegów. Zwisające boki odcinamy za pomocą radełka z falistym kółkiem tuż na obrzeżach blachy.
Smarujemy ciasto dokładnie jajecznym smarowidłem na spodzie i bokach. Podpieczone, zrobi nam rodzaj membrany, by nadmiar soku nie wsiąkł w ciasto.
Wkładamy spód na 10 minut do rozgrzanego piekarnika i podpiekamy do delikatnie złotego koloru i upieczonej warstewki jajecznej na wierzchu.
Pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie na folii rozwałkowujemy drugą część ciasta. Tym razem można prostokątnie.
Z ciasta wycinamy najpierw głowę Cthulhu, część macek, skrzydła i oczy, resztę macek i detale (zajrzyjcie na podany wyżej fragment filmiku Sandy, w którym ten proces jest pokazany). Każdą kolejną, wyciętą część oddzielamy od ciasta i odkładamy na talerz do lodówki, by się zbytnio nie rozgrzało.
Gdy nadzienie jest już zimne, a spód da się dotknąć, wykładamy je na ciasto. Następnie z wyciętych kawałków ciasta formujemy na nadzieniu naszego Cthulhu, zaczynając od skrzydeł, potem wykładając fantazyjnie macki, na wierzch kładąc na nieco wyższy stosik nadzienia - głowę. W rozcięcia wyciętych oczu, wkładamy zachowane wiśnie i również umieszczamy na głowie, starannie przyklejając oczy do głowy. Wykładamy resztę detali (również podpatrzcie w filmiku).
Potwora smarujemy pozostałym smarowidłem i wkładamy ciasto do rozgrzanego piekarnika na 30-35 minut.
Po tym czasie wyjmujemy, studzimy w temperaturze pokojowej i wkładamy do lodówki, by zupełnie ostygł i zestalił się.
Serwujemy po czasie chłodzenia, krojąc w każdy, morderczy sposób, na jaki mamy ochotę.
Wesołego Halloween!:)
-------------------------------------------------------
Ingredients:
Crust:
Make a homemade crust according to the crust recipe for Apple Pie in this post.
(UK/USA readers may also, if they wish, use bought, frozen pie crust - "Pillsbury Pie Crusts", 2pcs in a pckg, for 9'' dish, although I still reccomend making a homemade crust, from the above recipe).
Filling:
750g of pitted, frozen cherries
1 and 1/2 cup of sugar
1 tblspn of homemade vanilla sugar
1 tblspn of potato flour
Eggwash:
1 egg yolk
1/2 tspn of water
The making of:
Make a crust according tho the instructions in the given recipe.
Divide the ball of dough in two halves, flat both to the disk form, cover with a tin foil and put the into the fridge for at least 1 hour.
Make a filling.
Pour frozen, pitted cherries (all but 2 fruits, about the same size, which will be necesarry to make Cthulhu's eyes), into the pot. If the stones were not removed before frozing the fruits, we remove them while cooking and mashing 2/3rd of them, while making the filling.
Put those 2 saved cherries into a little strainer and let them defrost in its own time. They should hold a round shape so it would be nice if they still had stones inside.
Cook the cherries in the pot until they drain juices. Add the sugars, mix from time to time, and boil them.
Add potato flour and mix it alltogether until the filling starts to become thick.
Remove the filling from the cooker and cool it until it is cold. Do not pour warm filling on the pre-baked crust.
While the filling is cooling down, remove the crust for the bottom part of Cthulhu pie from the fridge. Roll it on a sheet of a tin foil into the circle, matching the size of your baking dish, plus the sides, around 9-9,5''.
Butter 8'' glass baking dish.
Heat the oven to 392 degrees Fahrenheit.
Mix egg yolk with water, creating your egg wash.
Take rolled on a tin foil circle of dough and flip it above the baking dish, fashioning it to fit the rims. Carefully remove the foil.
Press the dough to the bottom and sides of a dish. Cut the excess parts with a zigzag pastry wheel.
Smear the egg wash on the bottom and sides of the crust. Prebaked, it will create a shield for the crust, so it did not become too soggy of the cherry juice.
Put the baking dish into the oven and bake for about 10 minutes, until light golden colour, and baked egg wash on the surface.
Remove it from the oven and cool a bit. At the same time roll the other part of the dough. Rectangular if you wish.
Cut the head of Cthulhu of the rolled dough, then part of tentacles, wings and eyes, the rest of the tentacles and some details (check how to do it on Sandy's video, in the mentioned above timing). Each part that you cut off, remove from the rest of the dough, and put to the plate in the fridge, so it was cold.
When the filling is cold, and the pre-baked crust possible to touch, fill the crust with the filling. Then create your Cthulhu out of the parts that you cut off the dough, on the surface of a filling, starting with a wings, then a tentacles, curved fantastically, then the head put on a slightly bigger pile of a filling. Put 2 saved cherries into the slits made in the Cthulhu's eyes and fit them on the monsters head. Fashion the rest of the details on the pie (also check how to do it nicely on Sandy's video above).
Smear the rest of an egg wash on a monster, and put the pie into the hot oven for 30-35 minutes.
Remove the baked pie from the oven, cool it in a room temperature until it is just slightly worm, and put it to the fridge for at least 1 hour.
Serve it, after chilling, cutting the Cthulhu Pie in every, morderus way, you might thing of:)
Happy Halloween, you guys!:D
środa, 26 października 2016
Kanapka z sałatką z kurczaka Clay'a (jak w serialu "Bitten") / Clay's chicken salad sandwich (as in "Bitten" TV Show)
Już za chwileczkę, już za momencik nadejdzie anglosaskie święto potworów i koszmarów wszelakich - Halloween. W zeszłym roku uczciłam je bardziej tradycyjnym Pumpkin pie, ale w tym postanowiłam zaszaleć i faktycznie na ten okres końca października i początku listopada, spotworzę Bantofelki. A właściwie zwilkołaczę. Skłaczę! Blog będzie przez kilka nadchodzących postów wył przy pełni księżyca, z zacięciem polował na wampierze i rzecz jasna podtykał wam wszelakie, kłaczaste żarcia - jedno po drugim, z etykietką czegoś, co z rozkoszą zjadłby zmiennokształtny. Doświadczycie wszystkiego wilkowego, co stworzyła moja wyobraźnia (parafrazując jakże znany tekst z początku serialu "Twilight Zone"), a raczej co ta wyobraźnia sobie przypomniała, i gdzie ją skierowała pamięć, w poszukiwaniu książek i filmów, a także internetów, w których wilkołaki coś spożywały.
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.
A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.
Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!
Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.
Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.
W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...
Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.
Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.
Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.
Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!
No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.
Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!
A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):
12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek
Wykonanie:
Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.
Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.
Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.
Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.
Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.
Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.
Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.
Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.
W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.
Smacznego!:)
----------------------------------------------------
Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):
12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram
The making of:
Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.
When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.
Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.
Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together.
Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.
When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.
When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.
This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D
If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.
Cheers!
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.
A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.
Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!
Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.
Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.
W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...
Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.
Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.
Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.
Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!
No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.
Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!
A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):
12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek
Wykonanie:
Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.
Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.
Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.
Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.
Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.
Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.
Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.
Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.
W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.
Smacznego!:)
----------------------------------------------------
Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):
12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram
The making of:
Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.
When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.
Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.
Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together.
Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.
When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.
When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.
This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D
If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.
Cheers!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



