środa, 5 października 2016

Smok a.k.a Jadeith - ulubiony drink Dory Wilk (Seria o Dorze Wilk) /Dragon a.k.a Jadeith - Dora Wolf's alcoholic drink (Dora Wolf hexalogy)

Od lat wkłada się nam do głów prawdę, powszechnie znaną, że co rude, to wredne. Ale to oczywiście nie wszystko. Rude też jest fałszywe. Rude na głowie oznacza wiedźmę. Nie chcę nawet myśleć ile rudowłosych kobiet posiadających koty i dziedzictwo po przodku w postaci recesywnego genu MC1R, który ubarwił im głowy na kolor płomienia, za mrocznych czasów średniowiecza z miejsca było uznawanych za czarownice, tylko dlatego, że znały się na ziołach i były wolnomyślicielkami. Bo rude! Rude na dodatek są piegowate, a w latach 90tych, gdy sama byłam małą dziewczynką, rude piętnowano, nazywając wiewiórkami lub marchewkami i nie dając im spokoju w podstawówce. Wiadomo, co inne od całego stada wron jednej, burej barwy: zadziobać! Rozszarpać na strzępy! Nie pozwolić się wychylać, bo a nuż pomyśli, że jest lepsze. A, to jeszcze udowodnimy, że jest gorsze od nas bo jest rude. I dalej dręczyć nieszczęsnego rudzielca, doprowadzając do łez, aż się to nie znudziło. Dzieciaki są okrutne, póki im samym los nie da w dupę...
Rudym więc, jak widać, nigdy łatwo nie było. Ani kiedyś, ani teraz, gdy wiadomo już, że gen odpowiadający za ogniste barwy na głowie zanika i za jakieś pięćdziesiąt, sto lat rudych już nie będzie. Ogromna to szkoda, bo wygadując te wszystkie bzdury o naturalnych rudzielcach (naturalnych, to należy podkreślić, bo farbowanych lisic to teraz na pęczki na ulicach), nie dodaje się również, że rudzielce są genetycznymi potomkami Celtów i Wikingów lub też jeszcze starszej nacji, która osiedliła się na Wyspach Brytyjskich dawno, dawno temu, a co za tym idzie są to osoby o niezwykle barwnej osobowości, energiczne i równie ogniste z charakteru, jak ich głowy. Cholerycy, bardzo często, ale równie często artyści. Rudzi są po prostu pełni niespodzianek i jeśli o mnie chodzi, bardzo takie osoby cenię, ponieważ nie można się z nimi nudzić.
A zresztą, opinio publiczna, głosząca te tezy swym dzieciom, tak jak wam głosili je wasi rodzice, koledzy i przodkowie: jeśli rude jest takie złe i fałszywe - czemu sami się tak farbujecie? Aaaaa... dlatego, że rudy człowiek jest bardziej interesujący niż burofutry, a o rudych kobietach powiada się, że są petardami w łóżku. Czyli jednak nie samo zło i fałsz, skoro z taką lubością panie (i nie tylko) używają tej wiedźmiej barwy w setce odcieni... przede wszystkim odróżnienie się od tłumu, w który z taką pasją tłum usiłuje nas z powrotem wcisnąć.
I bardzo słusznie. Niech rude łby błyskają coraz częściej pośród masy czerni i szarości, bo wtedy nadal istnieć będzie nadzieja, że świat do reszty nie pogrążył się w konsumpcjonizmie i pogoni tylko za chlebem powszednim. Te przebłyski ognia, nawet nienaturalnego dają nadzieję, na to, że następny wschód słońca nadal kogoś zachwyci tylko i wyłącznie tym, że nastąpił i to w pięknych, tycjanowskich odcieniach. Rudych, a jakże. Rudzi rządzą i zmieniają świat, który bez nich byłby... jak książka bez iskrzącego jak iskra w mroku, bohatera.
Jak seria o Dorze Wilk, bez Dory.

Wspominam tę bohaterkę nie bez powodu, ponieważ od niej wywodzi się bohater dzisiejszej felki, czyli jej ulubiony drink. Dora jest bohaterką hexalogii autorstwa Anety Jadowskiej, wiedźmą i jest też ogniście ruda, co jednak z byciem wiedźmą w świecie stworzonym przez Anetę Jadowską wcale nie jest równoznaczne. Ona jest ruda z tego samego powodu, dla którego kłopoty bardzo ją kochają i wyłażą jej na spotkanie zza każdego kąta, niespodziewani przodkowie machając z przeszłości, objawiając się w najmniej odpowiednim momencie i obdarzając darem, który, a jakże, najpierw musi sprawić kupę problemów zanim stanie się użyteczny. Dlatego, że takie osoby, którym los nie szykuje spokojnego życia po prostu się czasem pojawiają. Na pewno nie zaznają spokoju, nim ich nie przeczołga przez dżungle kłopotów, oceany ambarasów, armie przeciwników, i na koniec oferuje małą chatkę na zadupiu w komplecie ze spokojem, na który rzucą się z utęsknieniem i nigdy więcej nie zechcą wracać do zbyt żywego świata, by ten świat znowu sobie o nich nie przypomniał.
Dora jest fajna. Bądź jak Dora...
Albo może nie bądź, bo tyle przygód, ile jej zgotowała jej twórczyni, to nie na barki przeciętnej dziewczyny, nawet policjantki z wykształcenia. Niemniej nawet jeśli nie dane ci będzie być Dorą, z chęciami ku temu lub i bez nich, każdy chciałby mieć w swojej okolicy "kąt" z napojami alkoholicznymi i czartem za barem, w którym czuje się bezpieczny jak w domu, serwują mu jego ulubiony napitek i zazwyczaj nie zawracają dupy, póki z tej knajpy nie wyjdzie. Mowa tu o "Szatańskim Pierwiosnku" - ulubionej knajpie naszej rudej wiedźmy, w której, mimo zdecydowanie uczynienia z niej sanktuarium spokoju i miejsca dla złapania oddechu, również, jak druhny na weselu, szczerzą zęby nadchodzące kłopoty, diabelnie przystojne diabły iskrzą aurą, a anioły stróże roztaczają Pełnię Majestatu...

Oszczędzę wam spoilerów... sami przeczytacie książki o Dorze, jeżeli uznacie, że moje słowa o rudej brzmią obiecująco. W hexalogii jest ich sześć i każda jedna przepełniona niezwykłymi wybrykami wiedźmy, diabła i anioła, oraz rozmaitych ich sprzymierzeńców i wrogów w alternatywnej, paranormalnej wersji Torunia, zwanego Thornem. Mimo, że generalnie zwykle ciągnie mnie bardziej do postaci twardych wojowniczek i już teraz należę do "Team Nikita" (nowa książka Jadowskiej -  "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" z wyżej wspomnianą Nikitą porywa tak, że kapcie spadają z wrażenia i na sto procent jeszcze o niej na Bantofelkach usłyszycie. Dziewczyna pochłania 4000 kalorii dziennie i to nie w postaci powietrza... tak, tak, już wiecie, co to oznacza...:D). Do Dory się ciągle przekonuję, niemniej od razu mówię, że nie da się o niej zapomnieć i wcisnąć w szeregi czarownic i wiedźm, łażących tłumnie po wielu światach fantasy. Bo to Wilk. W dodatku Rudy. A Rudy Wilk nie wpasowuje się w żadne ramki. Robi sobie własne i to one muszą dopasować się do niego.

Skoro zaś mowa o dopasowaniu się, nie do wyobrażenia jest, by taka bohaterka sączyła w swej ulubionej knajpie wódkę. Albo zwykłą whisky. Ba, Tequilla Sunrise, który już jest bardziej buzernym koktajlem, bardzo pasującym do umaszczenia Dory, nadal nie jest tym czymś, czym dziewczyna się raczy, a co z miejsca przykuło moją uwagę w pierwszym tomie jej przygód. Bowiem wbrew podejrzeniom, nie pija ona byczej ani demoniej krwi, wina, ani ciężkich alkoholi, przez które umysł idzie spać, albo się wyłącza, dostawszy pałą alkoholową do pary z i tak męczącymi go nadprzyrodzonymi problemami. Dora pija drinka, który jednocześnie wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem i idealnie do niej pasować.
Spójrzmy jednak na to, co nam książka o nim powiada, a co sprawiło, że chwyciłam za długopis i wpisałam go na listę planów bantofelkowych, nie zastanawiając się nawet nad tym, kiedy znajdę na niego czas. Jak widać znalazł się, ale uwierzcie, "Smok" jest wart wciskania go w rozmaite, niewygodne miejsca...
...
Dobra... to ja lepiej będę już cytować, zanim ktoś tu zacznie mieć zbereźne myśli na temat szklanek z drinkiem trzymanych przez wiedźmę-joginkę samymi mięśniami Kegla... wrrrróć!:) Cytat:

"Dopiłam drinka. Byłam chyba jedyną osobą, która zamawiała Smoka: wódka, sok z kaktusa i limonki, plaster ogórka na lodzie. Zielony, orzeźwiający, bez wyczuwalnego smaku alkoholu,
idealny. Podejrzewałam, że Leon specjalnie dla mnie zawsze ma pod ladą karton soku kaktusowego, nie używa go do innych drinków. To było miłe."

Złodziej dusz - Aneta Jadowska

 Na chłopski rozum, jeszcze bez testów, doszłam do wniosku, że Smok albo Jadeith, jak go nazwą od tomu drugiego - jest więc orzeźwiającym połączeniem soku z kaktusa (powiedzmy... jak ten skład produktu na opakowaniu soku potrafi odzierać z nadziei...), limonki, soku, którym ocieka plasterek ogórka na lodzie i naprawdę tak małej ilości wódki, że czuje się jedynie jej leciutkie wierzgnięcie spomiędzy tych chłodnych kwaskowatości. Jest to taki drink, który właściwie można pić jak sok, wiedząc przy tym, że to nie jest sok, bo alkohol wyczujesz, jeśli sobie przypomnisz, że tam jest. Subtelny, przyjemny i dziwnie niepopularny, sądząc po opisie. A także chyba... smaczny. I to mówię ja, która od lat z repertuaru drinków oferowanych przez rozmaite knajpy, konsekwentnie wybieram klasyczną Margaritę, Long Island Ice Tea, albo Lemmy'ego (czyli Johny Walkera z colą), czyli raczej takie, w których da się wyczuć alkohol i cukier.
Ale to tak łatwo nigdy nie jest, że starczy mi lista składników do dania/napitku, które pojawiło się w interesującej postaci w jakiejś historii i zaczęło mnie nawiedzać, co wybitnie świadczy o tym, że ŻYCZY sobie być odtworzone. Udałam się na wywiad do Anety i tak długo zadawałam dziwne pytania, poczynając od składników i ich ilości w "Smoku", a kończąc na rodzaju szklanki, w której jest serwowany w "Pierwiosnku", aż byłam usatysfakcjonowana wiedzą, jaką zdobyłam. Autorka nie posłała mnie, o dziwo, do wszystkich Mironów, co tylko świadczy o jej odporności w kontaktach z ludźmi zadającymi dziwne pytania. Bardzo, bardzo użyteczna umiejętność. Za to podała mi co i jak i oto pewnego pięknego wieczora, tuż przed sesją  RPG w "Wilkołaka: Apokalipsę", stworzyłam ten drink, obfotografowałam z każdej strony, a potem szklanki z nim podsunęłam swoim chłopakom, by testowali. I wiecie co? Wataha składająca się z dorosłych mężczyzn, z czego każdy o innych upodobaniach alkoholicznych, wysiorbała Jadeithy tak szybko i z takim mlaskaniem, że opływając  w samozadowolenie z powodu dobrze wykonanego napitku Dory Wilk, mogę się przyczepić tylko do jednego: albo Dora wcale nie ma aż tak nietypowego smaku, jako jedna z niewielu gustując w Jadeicie, bo może chowają go przed innymi, albo moje chłopaki z watahy wraz ze mną, są jak Dora. Z jednej strony to super, a z drugiej... wszyscy bogowie, brońcie nas, bo dziś szykuje się budzenie caernu i wobec ich wyraźnie widocznego stopnia dziwności umysłu, nie wiem czy nie skończy się na wielkiej wojnie z Fomorami, albo Gają, tak zirytowaną naszymi wariactwami, że zamiast udzielić łaski i obdarzyć bezpiecznym dla wilkołaków miejscem, pośle nas do wszystkich czartów świata Anety Jadowskiej (bo Telluria to za mało)!:D

Podsumowując, na wypadek gdyby ktoś się nie dał rady przedrzeć przez moje pisanie i nie znalazł słów zadowolenia, "Smok" smaczny jest. Śliczny, zieloniutki, orzeźwiający, a ten ogórek na lodzie dodaje naprawdę kapitalnego aromatu. Pewnie, małą ilość alkoholu w nim zawsze można zwiększyć, w zależności od preferencji pijącego, ale, bądźmy szczerzy, wtedy to już nie będzie oryginalny drink Dory Wilk, ale jego wolna interpretacja. No i za dużo alkoholu raczej zepsułoby tę frywolną lekkość smaku. Jest to drink wprost idealny dla każdego, kto ma naturę bardziej niż mniej, że tak się wyrażę, rudowłosą. Dla tych, którzy wierzą w magię i to nie pojmowaną jako machanie łapkami i szeptanie magicznych formuł, ale którzy widzą ją w tęczy, promyku słońca zamkniętym w kropli rosy i cieszą się przez tydzień najmniejszą przyjemnością. Drink optymistyczny.
A jeśli będąc pesymistami lub realistami znajdziecie jego smak mimo wszystko zdecydowanie fajnym, to może jednak świat nie jest aż tak strasznie czarno-biały i poważny, jak wam się wydaje i wciąż jest dla was nadzieja na optymistyczne ogłupienie.

To mówiłem ja, Jarząbek, trener trzeciej klasy...:D

A teraz pogalopujmy do tego, na co spora ilość z was zawsze czeka, lub do czego od razu scrolluje, nie zawracając sobie głowy felką, czyli do przepisu na Smoka (chociaż mam cichą nadzieję, że jednak ktoś to wszystko czyta; głupio by było pisać tylko dla siebie, skoro robię to ku szerszemu gronu:))

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na 2-3 szklanki napitku):

1 litr soku kaktusowego (użyłam "Owoce Świata" Tymbarku, z braku czego innego na rynku)
100ml wódki (niezbyt mocno dającej alkoholem po nosie; Stock albo Krupnik bez dodatków smakowych spełniają zadanie)
sok wyciśnięty z 2 limonek
kruszony lód
plastry świeżego ogórka

Wykonanie:

Do wysokiego naczynia przelewamy schłodzony sok kaktusowy, dodajemy sok wyciśnięty z limonek, dolewamy alkohol.

Mieszamy wszystko razem za pomocą łyżki o długiej rączce tak, by składniki połączyły się porządnie ze sobą. Jeżeli mamy odpowiednio duży shaker, możemy rzecz jasna mieszanie zastąpić potrząsaniem. Na jedno wyjdzie.

Do szklanki z grubego szkła nasypujemy kruszonego lodu do 1/4 wysokości, w lód ten wtykamy plaster ogórka i po łyżce, powoli, nalewamy mieszankę soku kaktusowo-limonkowego z alkoholem tak, by lód jak najwolniej nam podrygiwał, a ogórek poruszał się wraz z nim (to, by ogórek pozostał z lodem jest ważne dla smaku, o wiele lepszego, niż gdyby ogórek miał pływać w drinku bez lodu).

Wtykamy do "Smoka" grubą rurkę, wystarczającą by wciągnąć nią kruszony lód i serwujemy od razu.

Smacznego:)!

------------------------------------------

Ingredients (for 2-3 high glasses):

1 litre of cactus juice
100ml of vodka (not too fragrant)
freshly squeezed juice of 2 limes
crushed ice
thick slices of fresh cucumber

The making of:

Pour cooled cactus juice into the high jug, add squeezed lime juice and alcohol.

Mix it, using a spoon with a long handle, so the ingredients mixed nicely. You can also mix them in a shaker if you have it big enough.

 Pour the crushed ice into a drink glass  so it reached about 1/4 of its height, put a slice of cucumber just between the slights of crushed ice, and slowly pour the drink into the glass, using a tablespoon, so the ice and cucumber stayed together as long as it is possible on the bottom, and finally flowed up together (that is a necesarry procedure, for the cucumber with ice tastes much better then without it).

Put a thick straw into the drink (so you could also get to the crushed ice with it) and serve imediatelly after making.

Cheers!


niedziela, 2 października 2016

Klasyczne Apple Pie "z kratką"/ Classic Lattice-top Apple Pie

Czy istnieje bardziej jesienny owoc niż jabłko? Raczej nie spodziewałabym się, by na przykład na takie pytanie w "Familiadzie" ktoś w odpowiedzi pchnął odruchowo śliwkę Strasburgerowi w konferansjerskie oblicze. Albo jarzębinę. Zawsze jabłko, jako pierwsze wstrzela się na myśl, gdy nas zapytają o jesień i owoce. Jabłko zielono, żółto, czerwone, chrupiące i słodkie, twarde, lub wręcz przeciwnie miękkie, rozpływające się w ustach. Jabłko, które lubi praktycznie każdy. Często w jesiennej parze z jeżem, który je nosi na grzbiecie na obrazkach dla dzieci, sugerując, że jeż te je jada. Nic bardziej mylnego... jak jeż przypadkiem ma jabłko nabite na kolce, to nie jako ruchoma spiżarnia, albo jedzenie na wynos, a z powodu soku owocowego, który spływając mu z kolców na skórę, zwalcza pasożyty. Mało poetyczna wizja, ale tak to wygląda. Dzieciakom pozwólcie jednak wierzyć, że jeżyk niesie jabłko, które potem sobie zje w norce w ciszy i spokoju. Obecny świat jest tak porąbany i coraz mniej normalny, że taka przyjazna, przytulaśna wiedza daje to, co nam odbierają politycy swymi nieludzkimi decyzjami.
Nie będę tu wyjeżdżać teraz o polityce. Nie mam siły na to, nie mam też chęci psuć sobie i wam smacznego, jabłkowego nastroju wspomnieniami tego, co się dzieje w ostatnim czasie i do czego państwo rządzący usiłują zredukować kobiety. Nie... wróćmy lepiej do jabłek.

A zatem jabłka. Spożyjecie na surowo - bomba witaminowa i uśmiech na ryjku, szybka przekąska w dosłownie każdym miejscu i sytuacji (pod ławką w szkole też; sama zżerałam cichcem jabłka, gdy przerwa była za daleko, a żołądek stanowczo za pusty, chrupiąc dyskretnie i udając niewinną, gdy mnie łapano z pełnym ryjkiem i kazano interpretować wiersz Szymborskiej. Moja mina ponoć była epicka..:)) Ale przecież nie samą surowizną człowiek żyje. Umówmy się: jabłko surowe jest smaczne. Ale jeżeli jabłko surowe połączymy z czymś jeszcze, to nie tylko nie straci aromatu. Podgrzane albo upieczone z dodatkiem, polepszy smak produktu towarzyszącego, a samo nadal pozostanie świetnie wyczuwalną osobowością. Dlatego tak idealnie pasuje do wszelakich potraw z każdej dziedziny. Używa się je wszędzie, od deserów po zagęszczanie nim gulaszu zamiast mąki, czy to w Polsze, czy w Afryce. Bez jabłka nie byłoby kuchni, tak mi się zdaje, chociaż i kobieta miała tu jakiś wkład. A zatem, spokojnie rzec można, że prawdziwa kariera jabłek zaczęła się nie w rajskim ogrodzie, choć poprzednie zdanie zupełnie ciekawie wpasowuje się w ten pogląd, a w kuchni przedsiębiorczej gosposi, która sobie pomyślała pewnie któregoś dnia parę setek lat temu: "a gdybym tak na tym podpłomyku położyła kawałek jabłka i przykryła go drugim podpłomykiem, a potem upiekła na kamieniu?". Kto zaręczy, że tak się nie zaczęła kariera wszystkich ciast owocowych z jabłkami? Nikt. Ale od tego mamy wyobraźnię, by właśnie teraz widzieć tę kobitkę w gieźle, jak kombinuje nad jabłkiem i ciastem.

Jesień kojarzy się z jabłkiem. A ciasto z jabłkiem? Polakom z szarlotką. Z miejsca. Natomiast wszelakim anglosasom i pochodzącym od nich - z Apple Pie. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że u nich sztandarowe pie to taki wypiek z dwóch cienkich kawałków ciasta i zamkniętego między nimi nadzienia, które czyni to nadzienie głównym bohaterem. U nas niemal zawsze tym bohaterem jest puchata góra ciasta, w którym owoce to tylko dodatek. Szkoda wielka, ale tak już się to utarło. Jednakże nie oznacza wcale, że wyrastając w jednej tradycji, wszystkie inne musimy pro-polsko, odpychać od siebie, bo nie nasze. A takiego... jak chcę ciasta z owocami, to sięgam po takie, które jest pełne owoców, a nie tylko nafaszerowane nimi tu i tam, albo maźnięte czymś w rodzaju konfitury z cienkiej warstwy posiekanych na drobnicę, co się jeszcze rozpłynęły w gorącu piekarnika. Ja chcę owoców, które niemal z niego wypływają, tak ich dużo.
I właśnie takich wrażeń dostarcza mi absolutnie klasyczne Apple Pie.

Apple pie, znane też jako tarta z jabłkami (nie podam tu również określenia ciasto z jabłkami, bo Apple Cake też istnieje i ma swój odpowiednik w polskich ciastach jabłkowych), które pojawia się bardzo wcześnie w angielskich, starych przepisach - już w czternastym wieku, wyobraźcie sobie - stało się tak niesłychanie popularne na świecie (w końcu proste i z dostępnego wszędzie owocu, więc dlaczego by nie), że praktycznie każdy, europejski kraj ma swoją jego wersję. Wspomnę teraz jedynie najsłynniejsze, za które już się brałam lub wezmę się w niedalekiej przyszłości, darząc wszelakie jabłkowe pie i szarlotki, ciasta z jabłkami rozmaitego typu, nieprzemijającym, wielkim uczuciem: Anglosasi i pochodzący od nich Amerykanie - Apple Pie. Ci ostatni zrobili sobie nawet z niego narodowy, wszechamerykański wypiek i przemianowali na American Pie. Polska - szarlotkę. Francuzi mają niesamowitą Tarta Tatin, która dosłownie stoi na głowie, a Niemcy - Apfelkuchen, który właściwie jest ciastem z rozrzuconymi na nim jabłkami. No i strudel wiedeński też mają, ale to, mimo, że z jabłkiem, zupełnie inne, chociaż absolutnie kultowe ciasto. Ogólnie, co kraj, to inna wariacja, ale z tego co zauważyłam, we wszystkich tych wypiekach jabłkowych z całego świata powtarzają się dwie rzeczy: jabłka muszą być z gatunku twardawych, by się nie rozciapały podczas obróbki termicznej, oraz muszą być połączone z cynamonem i innymi, korzennymi przyprawami, które wybijają jabłkowy aromat do stratosfery. Także i cukier lub miód być musi do posłodzenia nadzienia, bo jabłka twarde zazwyczaj są kwaśne i nikt by w sumie nie za bardzo polubił ciasto z kwaśnym nadzieniem. Aczkolwiek, jeżeli absolutnie nie chcecie cukru, nasi przodkowe też wymyślili na to sposób. Cukier był drogi i zamorski, ale gruszki z kolei - słodkie i dostępne równie powszechnie jak jabłka. Temu Apple Pie doprawiano właśnie sokiem z gruszek tam, gdzie było cienko z cukrem. Albo wspomnianym wcześniej miodem.
Na szczęście my nie musimy aż tak bardzo się dostosowywać, więc spokojnie sypniemy sobie białą śmiercią do jabłek i skracając sobie życie o kilka dodatkowych sekund - spożyjemy Apple Pie z absolutną rozkoszą.

Lubię, jak mój kolejny wypiek ma jakieś umocowanie w geek-kuchni, ale w przypadku Apple Pie opadły mi ręce. Ono jest wszędzie! Pojawia się dosłownie w każdym serialu, większości filmów, grach (w RuneScape - grze retro typu MMO wręcz mamy questa, by je zrobić, w Guild Wars 2 - kolejnym MMO, również występuje i to w dwóch wersjach, ale o nich poczytacie dokładniej w innym artykule na Portalu MMO, do którego przyłożyłam rękę:)), i nawet nie wspominajcie mi o książkach, w których też co kartka to Apple Pie. Ćwiekowy "Kłamca" ma je w trzech formach i to tylko w jednym cyklu u Lokim! Wiem, bo sprawdzałam pilnie, a to tylko ten jeden cykl. Wiecie, że siedzi i w innych jego książkach, co zdecydowanie, jak na moje oko czyni Kubę miłośnikiem Apple Pie?:) W "Lyonesse" Jacka Vance'a spożywane jest na uczcie, "Żelazny Druid" Kevina Hearne też je zjada. Nie dam za to głowy, bo dawno czytałam, ale w cyklu "Kobra" Timothy Zahna również było. I w "Pernie" Anne McCaffrey! Powiedzcie mi zatem, czy jest ciasto bardziej epickie i bardziej ukochane przez twórców wszelakich? Bardziej popkulturowe niż to? No, nie ma. Apple Pie musiało więc trafić na Bantofelki i trafi jeszcze na pewno co najmniej raz. W nieco innej wersji, na którą już się czaję, ale najpierw zapoznajcie się z klasykiem. Od klasyki zaczyna się bowiem wszystko: i indoktrynację fantasy Tolkienem młodego umysłu dziecka <złowrogi śmiech:P> i wariacje kuchenne w temacie rozmaitych, niepolskich wypieków.

Jak zwykle, zabierając się za nowy produkt (chociaż Apple Pie robiłam już kilkakrotnie w ostatnich latach, więc tak właściwe to wcale nowy dla mnie nie jest, ale tym razem na bloga chciałam odrobić zadanie jak trzeba), zrobiłam sobie research, poczytałam kilka przepisów i zdecydowałam się na klasyka, ALE z tradycyjną, chociaż nietypową górą dla pie. Czyli z kratką. Co prawda pobawimy się z nią nieco dłużej niż ze zwyczajną górą do pie w postaci nakładanego na wierzch płatu ciasta, ale efekt naprawdę jest nie dość, że dekoracyjny i zgodny z najlepszymi tradycjami, to smakuje fantastycznie.
Skoro klasyk, to klasyk. Trzymamy się właściwie podstawowych dodatków, które w klasyku być muszą. A zatem w nadzieniu jabłka. Twardawe, jak już wspomniałam, ale nie będzie źle, jeżeli między te twarde trafi nam jedno lub dwa miękkie, takie które się szybko rozlecą. Zrobią nam w ten sposób sos jak marzenie i nawet wody nie będziemy musieli dodawać. Cukier, rzecz jasna. Cynamon, gałka muszkatołowa, imbir - musowo. Kardamon dodałam również, bo aromat ma cudowny, świetnie grający z resztą. Rodzynki trafiły do ciasta tradycyjnie. Nie zawsze się je dodaje, ale Ciotka Wiki podpowiada, że tradycyjnie i one lądowały w klasycznych Apple Pie.
Natomiast ciasto stanowiło wyzwanie. Nie sposób znaleźć, jakie było to tradycyjne, najczęściej używane dawniej, szczególnie, że każda gosposia ambitnie będzie wskazywać swoje, jako jedynie słuszne i tradycyjne. Gro przepisów w jakie się zagłębiałam, proponowało zrobienie ciasta o zastanawiającej nazwie "flaky". Jest to odmiana ciasta francuskiego, którego warstwy oddzielają się od siebie, "listkują" w czasie pieczenia. Jednakże nie pasowało mi ono zupełnie ani do tradycyjnego spojrzenia na Apple Pie  - gdzie tam czternastowieczna gosposia będzie wymyślała ciasto listkujące - ani moich preferencji smakowych, co do spodu do pie. Ciasto listkujące chętnie widuję w ciastkach kruchych i drożdżówkach, a nie pełnych nadzienia, dużych ciastach, które się kroi i nie da się rady zjeść w całości tak, by nadzienie nam nie poszło w diabły bokami.
Dlatego też spokojnie ominęłam szalejące, listkujące przepisy i skierowałam spojrzenie na prosto, maślanie wyglądający spód, którego sposób wykonania już dawno sama stosuję. Z tą różnicą, że w jego skład weszły tym razem i żółtka oraz cukier, dzięki którym ciasto zyskało przecudowną elastyczność.
A krateczka na górze, jak już wspomniałam wcześniej, jest zarówno dekoracyjna jak i klasyczna. Pasuje do kultowego, jesiennego przysmaku, na jaki za chwilę dostaniecie przepis.

Wpierw jednak poświęćmy chwilę na napawanie się pięknym widokiem ze zdjęć, które aż pachną jabłkami, przyprawami i jesienią k'nam i tak ładnie polecają Apple Pie jako polepszacz jesiennej aury, że wstydem byłoby teraz go nie zrobić...





Ponapawani?
No to łapiemy się za jabłka i czynimy rzeczywistość jesienną bardziej obłaskawioną, bo unurzaną w cudowne wonie klasycznego Apple Pie - króla ciast jesiennych, udzielnego księcia sadów i postać trzecioplanową co drugiej produkcji kinowo-growo-książkowej realnego świata. Przepis pochodzi z tej strony. Mocno zmodyfikowałam.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
Ciasto:
3 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
250g zimnego masła pokrojonego w kostki
2 żółtka
4 łyżki zimnej wody
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
cukier puder do posypania "kratki"

Nadzienie:
8-10 średnich jabłek, w większości typu twardego i kwaśnawego jak szara reneta (1 lub 2 mogą być miękkie i słodsze; pomogą w utworzeniu części płynnej nadzienia)
1/4 szklanki cukru (lub więcej, zależnie od kwaśności jabłek)
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki zmielonego anyżu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki kardamonu
2 garście rodzynek
1 łyżka mąki ziemniaczanej lub 1/4 opakowania galaretki pomarańczowej


Wykonanie:

Najpierw robimy nadzienie.

Jabłka myjemy, kroimy w ćwierć plasterki, wrzucamy do garnka.

Dosypujemy cukier, mieszamy i podłączamy pod nimi gaz, by się macerowały do momentu aż puszczą sok, a te miększe zaczęły się rozpadać.

Dosypujemy przyprawy i rodzynki, mieszamy i pozwalamy im się gotować jeszcze dłuższą chwilę, mieszając dosyć często, by nie dopuścić do przypalenia się. Jeżeli mamy jabłka, które zawierają mało soku, można dolać parę łyżek wody.

Jabłka trzymamy na ogniu do momentu, aż będą mieć sos - czyli te miększe się już rozleciały, ale nadal w większości będzie sporo kawałków tych twardszych jabłek. Nie chcemy osiągnąć konsystencji konfitury, a po prostu poddusić je we własnym sosie z przyprawami.

Dokonujemy próby smaku. Założenie smakowe w Apple Pie jest takie, by przede wszystkim było czuć jabłka, ale podbite wyraźnie aromatem przypraw. Jeżeli więc podane ilości wam nie wystarczą, zwiększcie ilość przypraw, ale, zaklinam, ostrożnie, by przyprawy nie przejęły jabłek. W przypadku, jeśli "sypnie się" nam czegoś za dużo, możemy sytuację ratować dodając cukru, soku z cytryny lub wody do nadzienia i pozwalając się ostrzejszemu smakowi trochę w tej dodatkowej ilości rozejść.

Na koniec dosypujemy dla zagęszczenia nadzienia mąkę ziemniaczaną lub galaretkę, mieszamy do rozpuszczenia w nadzieniu i jeśli smak po spróbowaniu jest dokładnie taki, jak nam odpowiada, ściągamy jabłka z gazu i pozwalamy nadzieniu ostygnąć.

Następnie wykonujemy ciasto.

Do miski wsypujemy mąkę i cukier, mieszamy razem.

Następnie wrzucamy do nich zimne masło w kostkach i za pomocą dłoni rozcieramy je z mąką i cukrem tak, by otrzymać masę o konsystencji kruszonki.

Dodajemy żółtka, wodę i ekstrakt z wanilii i szybko, starannie zagniatamy w misce ciasto.

Kulę otrzymanego ciasta dzielimy na większą i mniejszą część. Mniejsza - ok. 1/3 ciasta - będzie nam potem służyć do stworzenia "kratki" na wierzch. Z większej - 2/3 ciasta - utworzymy spód.

Obie części formujemy w osobne, spłaszczone dyski i zawinięte w folię wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę, w trakcie której możemy przygotować sobie nadzienie, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Formę na tartę wykładamy folią aluminiową lub smarujemy masłem, aby spód nie przywarł nam do formy.

Wyciągamy większy dysk schłodzonego ciasta z lodówki i na arkuszu folii aluminiowej rozwałkowujemy go tak, by ciasto miało średnicę naszej formy na tartę oraz brzegów i jeszcze coś zostało.

Następnie bierzemy folię z rozwałkowanym dyskiem, zręcznie odwracamy nad foremką do góry nogami tak, by ciasto ją przykryło i ściągamy ostrożnie folię, a ciasto dopasowujemy do spodu i boków formy aż po same brzegi. Naddatek odcinamy.

Napełniamy po brzegi nadzieniem jabłkowym.

Wyciągamy z lodówki mniejszy dysk i rozwałkowujemy tak jak poprzedni kawałek, na folii aluminiowej, by pasował wielkością do średnicy ciasta.

Tniemy go na równe paski 1 i 1/2 lub 2 cm szerokości, w takiej ilości, w jakiej pasuje nam mieć szeroką kratkę na cieście, należy jednak pamiętać, że odstępy między paskami powinny być na tyle duże, by nadzienie miało jak "oddychać".

Następnie tworzymy krateczkę na cieście, w następujący sposób:

1. układamy kilka pasków poziomo na cieście w równych odległościach od siebie i zaginamy do połowy co drugi.
2. układamy 1 pasek pionowo wzdłuż tych zagiętych, zagięte odginamy z powrotem tak, by spoczęły na pasku pionowym. Zaginamy do połowy te, które wcześniej pozostały nie zagięte, czyli ponownie, co drugi.
3. układamy kolejny pionowy pasek tuż przy linii zagięcia zagiętych obecnie pasków, prostujemy je na pasku pionowym. Zaginamy ponownie co drugie.
4. kładziemy kolejny pasek pionowo przy zagiętych, powtarzając cały proces do momentu aż otrzymamy przeplataną krateczkę.

Kratkę lekko zwilżamy wodą i posypujemy cukrem pudrem, po czym wkładamy Apple Pie do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy przez 45 minut lub do momentu aż krateczka będzie złoto-brązowa, a nadzienie zacznie bąbelkować.

Wyciągamy z piekarnika i pozwalamy ciastu ostygnąć.

Serwujemy ciepłe lub na zimno, samo lub z lodami albo bitą śmietaną.

Smacznego!:)




--------------------------------------- 


Ingredients:

Pastry:
3 cups of flour
1/2 cup of caster sugar
250g of butter, cold and cubed
2 egg yolks
4 tblspns of cold water
1 tspn of vanilla extract

caster sugar for lattice sprinkling

Apple filling:
8-10 medium sized apples, mostly hard and sour like Granny Smith (1 or 2 might be softer and sweeter. It will help to create an apple sauce in the filling.)
1/4 cup of sugar (or more, depending on the sourness of your apples)
2 tspns of cinnamon
1/2 tspn of ginger
1/2 tspn of ground cloves
1/2 tspn of ground anise
1/2 tspn of nutmeg
1/2 tspn of cardamom
2 handfulls of raisins
1 tblspn of potato flour

The making of:

First, prepare a filling (or you can make it while the pastry is in the refridgerator):

Wash and peel the apples, cut them into the quarter slices, and put into the pot.

Mix with a sugar and start cooking until the softer ones start to fall apart and first juices appear.

Add the spices and raisins, mix with the apples nicely and cook some more, stirring from time to time, not to let them burn. If the apples happen to be less juicy, add some tblspns of water.

The apples should have a good filling consistence, when there is an apple sauce inside, and still a lot of hard apple pieces. We do not need for them to become a marmelade, just to cook them with spices.

Now it is time for a taste check. We need to have the filling still tasting like apples, but with a clear aroma of spices with it. The amount of spices given in the recipe should be just enough to achieve that, but if you wish to feel more or less of this or that spice, feel free to experiment, just, be careful for the spices not to take over all the apple flavour of the filling.
If something happends and one or more of spices is too much, you can still save the taste, by adding some sugar, or water or lemon juice and mix it vigoriously until the taste is again fine.

Add the potato flour at the end to harden the filling, mix it with the filling until it dissolves, check the taste once again and if everything seems to be ok, put the pot with a filling aside to cool a bit.

Start preparing the pastry.

Mix a flour and sugar in the bowl.

Add cold, cubed butter and work it with your hands until you receive a crumbly mixture.

Add the egg yolks, water and vanilla extract and work it until the dough forms.

Divide the dough into two pieces. Take a third of the dough, shape it into a disc and wrap in plastic wrap. This will be your lattice. Form a disc with the remaining dough and wrap it in plastic wrap. This will be your crust. Refrigerate for at least an hour.

Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminium foil on a pie dish or butter it nicely, so the crust didn't clinged to the dish during baking. 

Remove the larger disc from a fridge. On a lightly floured surface, or between two sheets of baking paper, roll out the dough until it is big enough to line your pie dish.

Flip the baking paper with a sheet of rolled pastry above the pied dish, cover with it, and gently remove the paper, then fashion the pastry to the bottom and sides of the baking dish. Cut of the extras of pastry.

Fill the pie shell with an apple filling.

Remove the second piece of pastry from the fridge and roll is as same as you did with the first one.

Cut the dough into 1.5 - 2 cm wide strips. Arrange them in a lattice over the apples. 

The method of making the lattice:
1. Arrange strips of pastry horizontally across the pie. Fold back every second strip halfway.
2. Place a strip of pastry vertically along the folded strips. Unfold the horizontal strips over the pastry. Fold back the other every second horizontal strip halfway.
3. Place another strip of pastry vertically. Unfold the folded strips. Fold back the originally unfolded strips. 

4. Place another strip vertically and continue with this process until you have a lattice.

Brush a lattice with a little bit of water, sprinkle it with caster sugar, then put the Apple Pie into the oven.

Bake for 45 minutes or till the moment the top will be golden-brown, and the filling starts to bubble. 

Remove the pie from the oven and cool it a bit.

Serve it warm or cold with icecream or whiped cream on top.

Cheers!:)

czwartek, 22 września 2016

Ciasto marchewkowe z Hogwartu (Harry Potter i kamień filozoficzny - film) // Hogwart's Carrot cake (Harry Potter and the Philosopher's stone - movie)

- Mama! Mama, patrz! Marchewka? Ciasto z Marchewką! Harry je ciasto z marchewkami! Zrobisz? Błaaagam...

I w ten sposób, moi państwo, rodzi się spora część chęci na wykonywanie dań, które odwlekamy w czasie. Bo niby chcemy, ale zawsze coś innego wyskakuje, coś ciekawszego jest do zrobienia, nie ma czasu albo składników, a, bo to, a, bo tamto. Starczy jednak by dziecię, które pierwszy raz z otwartą buzią ogląda najmniej straszną część Harry Pottera, zakwiliło na widok niezwykłego wypieku, który widać w filmie jedynie przelotnie (Domiś ma niesamowite oko, muszę przyznać), mobilizujemy się w tempie ekspresowym.

Ten cytat powyżej to właśnie słowa mojej progenitury, która wprawdzie już jest przyzwyczajona do tego, że z maminej kuchni nie wyjeżdżają wyłącznie szarlotki i polskie serniki, częściej jakieś nieopisane, nietypowe szaleństwa, w które się z zaskoczonym mlaskaniem wgryza. Nigdy jednak Młody nie widział ciasta - ciasto z samej swej natury powinno być czymś słodkim - które ma jak byk marchewkę na wierzchu. Z marcepanu, że tak wam cicho zdradzę, ale marchewka to marchewka, sześciolatkowi wsio radno, czy to prawdziwa czy sztuczna, grunt, że sensacja, bo marchewka! Warzywo! Na placku! Tego to jeszcze nie było i tak się tym zafascynował, że uciekła mu połowa filmu, nim przestał gadać o ciastku z marchewką dla Królika Bugsa i upewniać się pięćdziesiąt razy, że mu takie zrobię.
Prośby syna, dzielnie i z zafascynowaniem znoszącego indoktrynację fantasy i sf od najmłodszych lat (najpierw Star Wars, które uwielbił i tylko czeka aż będzie miał więcej lat, by móc obejrzeć Trylogię Jedynie Słuszną, Pierwszą Tego Imienia, potem Opowieści z Narni - wałkujemy obecnie "Podróż Wędrowca do Świtu" codziennie przed spaniem z mojego własnego, pierwszego polskiego wydania książeczki, teraz Harry Potter i wkrótce Hobbit... jestem złą, złą geek-matką, że mu nie podsunęłam wpierw "Tomka Wilmowskiego" i "Pana Samochodzika", a porządne klasyki fantasy i sf... albo raczej najlepszą możliwą. Pozwijcie mnie, jak was to razi:P) stanowią jednak tylko 40% całych chęci, które nagle narosły we mnie w kierunku ciasta marchewkowego. Za następne 40% odpowiada moja kumpelka Kagi, prowadząca zaprzyjaźnionego bloga z recenzjami książek Kag in the Books, która zapłakała ostatnio, zrozpaczona o przepis na ciasto marchewkowe, które nie wyjdzie jej z zakalcem, ani suche, ani nie będzie zawierać ananasów i orzechów. Jak bowiem zrozumiałam, robiła do tej pory ciasto marchewkowe z przepisu z bardzo popularnego bloga kulinarnego i... no, dupa, mości państwo, to nie było to. A skoro ja prowadzę swą skromną działalność geeko-blogową i prośba do mnie dotarła... wiecie, ja dla fajnych, bliskich mi osób potrafię zrobić o wiele więcej niż przetestować i wycyzelować przepis na coś fajnego, więc to była czysta przyjemność.
Mamy więc 80%. A co z resztą? Ano 10% to atak samolubnej ambicji i chęć pokonania własnej niechęci. Tak, tak, pierwsze moje zetknięcie z ciastem marchewkowym, było złe. Gdy zaserwowano mi je lata temu, nie smak marchewek się wybijał, nie jego konsystencja. Tych już absolutnie nie pamiętam. Pamiętam za to smak i zapach zjełczałej śmietany w polewie na cieście, który to był tak obrzydliwy, że skutecznie mnie od tego ciasta odgonił. Na dodatek sprawcą tego koszmaru była cukiernia, która chciała się wybić w Rzeszowie z przepisami z zagranicy. Knajpy, jak łatwo się domyślić, już nie ma od dawna, ale niechęć zaszczepiono głęboko w mej duszy i dopiero żywe chęci bliskich mi osób dały radę mnie zachęcić. No i ta ambicja, że knajpa spartoliła, ale JA dam radę - wspaniały emetyk na humory wszelakie.
A ostatnie 10%? Harry Potter! Nic jeszcze nie robiłam jadalnego z tego uniwersum, chociaż twardo zachowałam resztki domowego sosu butterscotch na Butterscotch Beer - sławne Piwo Kremowe (będzie, będzie, zapewniam, niech tylko dobiorę najwłaściwszy przepis), niemniej czy to nie jest znak od losu, gdy mniej więcej w tym samym czasie, gdy przychodzi prośba od Kag, mój młody ogląda film i wyczaja to ciasto z marchewką na czubku, czym informuje mnie podekscytowaną gadaniną? Nic, tylko machnąć ręką na dreszcze obrzydzenia w stosunku do śmierdzącego kremu ze śmietany, które uparcie towarzyszył każdej mej myśli o cieście marchewkowym, ucieszyć się, że akurat ciasto wpasowało się świetnie w fenomen popkulturowy jakim jest świat stworzony przez J.K. Rowling, a po to ten blog przecież jest - by takich fantastycznych, smacznych bohaterów drugiego planu i tła wyłapać i wysunąć na pierwszy plan - i spoglądając z zachwytem na jesień za oknami, stwierdzić, że czas na przełamywanie lodów i poważne podejście do tematu "ciasto marchewkowe" nie mógłby być lepszy.

Skoro więc już się napaliłam jak szczerbaty na suchary, przyszedł czas by zaciągnąć cugle ekscytacji i zająć się na poważnie tematem - zaczęłam research nad ciastem marchewkowym. Najpierw w temacie, z czym tak właściwie mamy do czynienia i co to jest.
Ano, ciasto marchewkowe pochodzi najprawdopodobniej ze Szwajcarii, chociaż koledzy amerykanie mają inne zdanie na ten temat. Jednakże w sporej ilości źródeł widnieje jego niemieckojęzyczna nazwa - "Rüeblitorte", więc i tym razem obejść muszą się smakiem. Jeśli chodzi o konsystencję, blisko mu troszeczkę do piernika. Troszeczkę do wilgotnych babek. Ledwo, ledwo do biszkoptu. Ogólnie carrot cake to trochę ma wspólnego z keksami, ale też nie do końca. Marchewki zmieniają konsystencję ciasta w taki sposób, że właściwie ciężko określić, czym ciasto marchewkowe jest. Z całą pewnością jednak nie jest ciastem typu pie. Żadnego nadzienia i osobno przygotowywanych spodów i wierzchów. Rośnie, ma jednolitą masę od spodu do samej góry i właściwie to nie jest za bardzo słodkie. Marchewki jako warzywo, nie zapewnią niezwykłych sensacji, bo same w sobie są... no, pospolite. Ale spróbujcie je połączyć z przyprawami korzennymi i obrobić termicznie... ulalaaaaa... mamy tu do czynienia z fenomenem, miśki, ponieważ ciasto marchewkowe to coś absolutnie jedynego w swoim rodzaju. O ile tylko przełamiemy swe opory przed zrobieniem ciasta z jarzyny.
Jako tak niezwykły wypiek, szybko znalazło swych amatorów na całym świcie i ze Szwajcarii w Europie dotarło, a jakże, do Stanów. Stamtąd, niestety, przywlekł się zwyczaj ozdabiania go polewą z serka kremowego lub śmietany, który tak skaszanił sprawę przy moim pierwszym kontakcie z carrot cake. A zupełnie nie tak powinno być. Oryginalnie, europejska wersja prawdziwego carrot cake, jaką postanowiłam zrobić, posiadała śnieżnobiały lukier z cukru pudru i soku cytrynowego, albo jeszcze lepiej: z cukru i gorzkiej odmiany wiśniówki. Przyznam się, ta wiśniówka mnie kusiła, ale, kurczę, barek mam pusty, no i takiej właściwej bym nie dopadła u siebie w monopolowym. Wszystko tam chyba słodkie, a szwabskiej "Kirsch" to na internetach tylko szukać. A zatem, ponieważ za nic w świecie nie przełamałabym się, by walić polewą z sera lub śmietany na ciasto marchewkowe, pozostało mi zrobić lukier z aromatem cytrynowym. Tak, zupełnie niepewna, jak to zagra.
Ulalalaaaaaa...
Strzał w dziesiątkę, alleluja i masło orzechowe, jak powiada mój przyjaciel. A jeszcze ta marchewka z marcepanu (brońcie bogowie masa cukrowa... ja wiem, że to wygodniej, ale Kag, jeden ze zleceniodawców carrot cake'a, nie lubi jej, a to w końcu jej zamierzam czynić dobrze...(sic!)), która wygląda wprost ślicznie na białym tle... wiecie... dobrze jest jednak czasem przestać się bać.
Kiedyś zjem pająka w panierce i zakrzyknę po tym posiłku, z pięścią, triumfalnie wzniesioną w górę: "Nie będzie pająk snuł nam w twarz!"
Po czym się wyrzygam...

Nie, nie! Nie sugeruję, że zwrócicie ciasto od razu po spróbowaniu. To była wolna dygresja w moim stylu na temat: pożryj to, czego się boisz lub co cię obrzydza, by zaprzestało. Nie cierpię pająków! A skoro przemogłam niechęć i odwlekanie w nieskończoność zrobienia tego ciasta, kto wie, czy nie uznam pajęczych kończyn za smaczne...

Tfu!

A zatem doszliśmy do tego, że ciasto marchewkowe będzie oryginałem. Klasykiem w swym wydaniu, czyli żadnych serów i śmietan na górze i żadnego przekładania tymże paskudztwem w postaci kremu w środku. Dodatki typu ananas, który z jakiejś przyczyny pasuje do marchewki, ale jest dodatkiem stricte amerykańskim, oraz orzechy - zapewne z tego samego źródła - również nie dostąpiły zaszczytu stania się częścią mego ciasta marchewkowego wersji oryginalno-europejskiej. Oryginał wprawdzie powinien być pieczony w blasze okrągłej, ale jedynie tu odeszłam od tematu, tym razem składając ukłon w stronę ciasta marchewkowego, które w filmie było jak nic w kwadratowych kawałkach. Więc blacha - standardowy prostokąt i tyle. Lepiej go kroić i o wiele korzystniej przedstawiają się kawałki ozdobione marchewką na górze, umieszczoną zgrabnie pośrodku pola idealnie gładkiego, klasycznego lukru.
Zresztą filmowcy w "Harrym Potterze i Kamieniu Filozoficznym" również poszli w tę stronę i zaserwowali w filmie klasyk. Niestety w książce niezwykle ubogo wygląda opis uczty na Halloween, ciasto marchewkowe się tam nie pojawia, ale w filmie - owszem, chociaż, jak wspomniałam wyżej, trzeba mieć oko, by je wyczaić. Spójrzcie na ten filmik i dokładnie 13 sekundę z 4 minut i 26 sekund:

Ciasto marchewkowe z Hogwartu

Jest! Nieco rozmazane, ale bez wątpienia wyraźnie w kadrze godnie siedzi cała taca kwadratowych kawałków ciasta, wyrośniętych, nie muśniętych w środku kremami, z bielą lukru na górze i marchewką-gigantem na łbie:) Wygląda kozacko i nietypowo - nic dziwnego, że Młody się zainteresował. A co najważniejsze - wygląda dokładnie tak, jak chciałam je robić (minus wielkość marchewek, które ja zrobiłam mniejsze i zgrabniejsze). Nie ma się więc co dziwić, że wobec tak przytłaczających mrugnięć oka losu w moją stronę, musiałam się za to wziąć i to z ogromnymi chęciami. Nic bowiem, w jesiennej dobie nie woła tak bardzo o upieczenie, jak właśnie ciasto marchewkowe, jak stwierdzam po fakcie, ale już wyedukowana pierwszą i na pewno nie ostatnią w tym roku blachą tego placka. Nieco później, bliżej Halloween, na stołach będzie królować Pumpkin Pie - tarta dyniowa (której wersję Bantofelkową mój ślubny uwielbia i gada o niej od miesiąca; wkrótce zapewne ulegnę jego prośbom i dokonam tego wypieku ponownie:)) i wszelakie muffinki z użyciem obu tych warzyw. Jednak umówmy się: 1 dzień jesieni już jutro - 23 września. Akurat będziecie mieć czas, by na cześć tej daty zrobić ciasto marchewkowe i uczcić koniec pory upałów i kataru siennego, a powitać bogatą w piękne barwy porę roku, ukochaną przez grzybiarzy, alergików (odroczenie kichających tortur do przyszłej wiosny!) i miłośników długich spacerów i zbierania kasztanów i liści. Tak jest, kocham jesień i zamierzam się nią cieszyć tak bardzo, jak to tylko jest możliwe.
Tyle sposobów by ją uczcić, ale w końcu jedzenie ciasta marchewkowego to chyba najlepszy z nich.

Oto więc ono: klasyczne ciasto marchewkowe, cudownie smaczne w swej prostocie, bez kombinowania i niepotrzebnym dodatków, wilgotne i absolutnie zakalco-odporne, o ile, rzecz jasna, będziecie się trzymać przepisu. Magiczne, jak przystało na coś, co podaje się na uczcie w szkole czarodziejów. Przepis zaś wzięłam stąd, ale zmodyfikowałam co nieco. Teraz jest troszkę bardziej aromatyczne, bez mogącego je popsuć nabiału na górze i bardziej jesienne. Ładne? Zachęceni? No, to marchewki w dłoń i lecimy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Ciasto:
2 szklanki mąki (300g)
1 i 1/2 szklanki cukru (290g)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki kardamonu
3 szklanki startych na średnich oczkach tarki marchewek (ok. 6 sztuk średnich, całych marchewek)
1 szklanka oleju rzepakowego lub słonecznikowego
4 jajka

Lukier:
10 łyżek+ cukru pudru
1-2 łyżeczki soku wyciśniętego z cytryny
gorąca woda

Marcepanowe marchewki:
100g domowego marcepanu (albo kupnej masy marcepanowej)
Cukier puder do podsypywania podczas ugniatania marcepanu
Barwniki spożywcze: żółty, czerwony, zielony


Wykonanie:

Standardową blachę na ciasto wykładamy papierem do pieczenia.

Nastawiamy piekarnik na 162 stopnie Celsiusza.

W misce mieszamy ze sobą wszystkie suche składniki.

Do suchych składników dodajemy wszystkie mokre wraz z marchewkami (świeżo startymi; nie wolno dopuścić, by pod wiórkami zebrała się woda, gdyż za dużo wilgoci w cieście może nam spowodować później zakalec).

Ręcznym mikserem ubijamy wszystko razem aż składniki się połączą.

Masę przelewamy na blaszkę i wsadzamy do rozgrzanego piekarnika.

Pieczemy ciasto ok. 50-60 minut, jednak jeżeli chcemy by było nie wysuszone, po 50 minutach testujemy patyczkiem gotowość. Jeżeli wychodzi ze środka suchy, wyciągamy ciasto z piekarnika.

Pozwalamy ciastu marchewkowemu ostygnąć całkowicie, w tym czasie szykując marchewki marcepanowe i lukier.

Kawałek marcepanu dzielimy na dwie części, z czego jedna powinna być nieco większa od drugiej.

Na płaskiej powierzchni, lub w rękach, ugniatamy obie części masy, aż będą plastyczne, podsypując cukrem pudrem, jeśli marcepan zacznie się lepić do palców lub stolnicy.

Do mniejszej kulki marcepanu dodajemy zielony barwnik w takiej ilości, jak intensywną pragniemy mieć barwę "naci marchewkowej"i zagniatamy tak, by ten kawałek marcepanu zabarwił się w całości na zielono.

Do większej dodajemy czerwony i żółty barwnik, by w ten sam sposób zabarwić kawałek marcepanu na pomarańczowo.

Od pomarańczowej kulki odrywamy kawałeczki marcepanu i robimy marchewki, w których na szerszym końcu nożem robimy dziurę na "nać". Z kawałków zielonej rolujemy nitki, które potem przycinamy tak, by otrzymać po 3 krótkie, równe kawałki. Zielone kawałeczki o równej długości sklejamy na jednym końcu i tym końcem pakujemy "natkę" w "marchewki", zalepiając potem ostrożnie wolną przestrzeń, by cała marchewka trzymała się razem. Końcem noża robimy na gotowych marchewkach krótkie nacięcia, imitujące te na powierzchni prawdziwych marchewek.

Gotowe marchewki wkładamy do lodówki. Nie stwardnieją co prawda, ale też nie zmiękną bardziej, podczas gdy będziemy zajmować się lukrem.

Do miski wsypujemy cukier puder, dolewamy sok z cytryny i tyle gorącej wody, by otrzymać biały lukier o gęstej konsystencji, jaka nam nie spłynie z ciasta.

Obficie pokrywamy nim całą powierzchnię zimnego ciasta marchewkowego, a na wierzchu rozkładamy marcepanowe marchewki, jak mam ochotę. Możemy je rozłożyć równo, po jednej na kawałek, planując zawczasu, jak ciasto zostanie pocięte, możemy rozrzucić swobodnie po powierzchni. Polukrowane i ozdobione marchewkami ciasto wkładamy do lodówki, by lukier porządnie stężał.

Serwujemy z gorącą herbatą, ciesząc się jesienną aurą za oknem.

Smacznego!:)

---------------------------------

Ingredients:

Cake:
2 cups of flour (300g)
1 and 1/2 cups of sugar (290g)
1 tspn of baking powder
1 tspn of baking soda
1 tspn of salt
2 tspns of ground cinnamon
1/2 tspn of ginger
1 tspn of nutmeg
1/2 tspn of cardamom
3 cups of grated on medium thick side carrots (about 6 whole medium carrots)
1 cup of vegetable oil
4 eggs

Icing:
10 tblspns (or more) of caster sugar
1-2 tspns of fresh lemon juice
hot water

Marzipan carrots:
100g of homemade marzipan (or a piece of marzipan bar, bought in a shop)
Handfull of caster sugar necesarry for kneading
Food colouring: yellow, red and green


The making of:

Put a sheet of baking paper into a 9x13 baking dish.

Heat the oven to 325 degrees Fahrenheit (162 degrees Celcius).

Stir dry ingredients together in a bowl.

Add all the wet ingredients, including grated carrots (they have to be freshly grated, without the juices that might gather on the bottom if grated carrots were left standing for too long; too much juices in the cake might result in sad layer during cake baking).

Mix it alltogether using a hand mixer.

Pour the mixture into a baking dish and put it into the preheated oven.

Bake the cake for about 50-60 minutes, however if you want it moist, use a toothpick to check if it is ready after 50 minutes of baking. If the toothpick comes out clean - remove carrot cake from the oven.

Let the cake to cool completely in a room temperature, and in the meantime prepare marzipan carrots and icing.

Divide a piece of marzipan in two; one part should be bigger then the other.

Knead both parts in hands or on a flat surface until they are plastic. If marzipan is too sticky, dust the surface or your hands with caster sugar.

To a smaller ball of marzipan add a green food colouring, as much as you want the "leaf stalks" green, and knead it again, so the whole piece had the same colour.

Add red and yellow food colouring to the bigger piece of marzipan the same way as with the green one, so to have an orange piece of marzipan.

Now, rip small pieces of an orange piece od marzipan, and fashion them into small carrots, making a small hole on the wider end for "leafs" with a knife tip, as an ending touch. Create a long, thin threads of a green marzipan, and then cut them to achieve a small pieces of the same lenght. Stick together 3 short pieces on the one side, creating a small "leaf stalk", put it into a hole in a "carrot", and then carefully stick it together, so the marzipan carrot held together nicely. Finally, using a tip of a knife, make on the carrots some marks, similar to the one, the real carrots have.

Put all the marzipan carrots you created this way into the fridge, while you prepare the icing. They will not become harder, but won't melt either.

Put caster sugar into a bowl, add the lemon juice and as much hot water as you need to reach the approproate consistence of icing. Thick, and not to flowy, but still possible to smear on the cake surafce.

Smear the icing generously on the whole carrot cake surface, then put the marzipan carrots in the way you like the most. In the straight lines and equal distanced one from another, so after cutting the cake into the pieces, each have a small carrot on the center; or you can just throw them artisticaly on the cake. It will look nicely too. When the cake is ready, put it into the fridge, to allow the icing to harden.

Serve the carrot cake with a cup of hot tea, enjoying an autumn weather outside.

Cheers!

wtorek, 20 września 2016

Pigułki z Suszonej Żaby (Świat Dysku)/ Dried Frog Pills (Terry Pratchett's Discworld)

W 1983 roku pewien Anglik o ciętym poczuciu humoru, w jakie wyposażył swoje pióro i jedynym w swoim rodzaju zmyśle obserwacji świata i rozmaitych spraw toczących się wokół niego, oraz cudownej zdolności przekuwana tej, niekiedy nudnej i pospolitej rzeczywistości w iskrzącą dowcipem i pomysłami fikcję, stworzył pewną książkę. Książka ta traktowała o bohaterach fantastycznego świata, niesionego przez wszechświat na skorupie Wielkiego A'Tuina, który był żółwiem. Żółwicą, jak utrzymywali niektórzy, ale nikt płci sprawdzić nie dał rady. Osobiście sądzę, że była to baba, bo tylko baba, nawet żółwia, miałaby powód by latać bez celu przez kosmos ze światem na grzbiecie. I słoniami, które ten świat podtrzymują. Z czystej przekory, że może to zrobić i żaden zasmarkany samiec dowolnej rasy nie będzie jej udowadniał, że jej na to nie stać.
Książka nosiła tytuł "Kolor Magii", a Anglik zwał się Terry Pratchett i z miejsca zyskał uwielbienie i miłość fanów, których ilość rosła z każdą kolejną książką z cyklu "Świat Dysku", jakie Kreator raczył nam dawać w prezencie. Zaś świat, dysk na żółwiu i słoniach bawił i zachwycał czytelników przez ponad dwadzieścia lat. Pratchett stał się Sir Pratchettem, co tylko podkreśliło jak ważną pełni rolę w świecie tych, którym za chleb powszedni literacki nie wystarczają Greye, codzienne gazety i Harlequiny, ale i ta jedyna w swoim rodzaju fantazja, która magicznym sposobem zabiera od ciebie całe zło nawet na ten krótki czas lektury.

12 marca 2015 roku ten wielki człowiek, niezwykły pisarz odszedł, ze Śmiercią pod rękę, pogrążając fanów fantasy w żałobie. Pamiętam, że w ten dzień płakał cały fejsbook, płakał cały fandom, a każdy z moich znajomych wiedział co się stało. Ja sama miałam łzy w oczach i do tej pory mi się kręcą, gdy wspomnę, że Pratchetta już nie ma. Że "Pasterska Korona" - ostatnie jego dzieło, ostatnie spojrzenie na "Świat Dysku", jest pożegnaniem. I nigdy już, choćby stawano na rzęsach i pisano najlepsze rzeczy, nikt nie powtórzy tego, co ten białobrody osobnik z długim piórem na zabawnym kapeluszu, osiągnął. Nikt nie zdobędzie aż takiej miłości zupełnie mu obcych ludzi z całego świata i nie spowoduje takiej żałoby jak on. Z papieżami mi tu niech nikt nie wyjeżdża, bo to zupełnie inny temat, inna wariacja smutku i nie na aż tak globalną skalę. Zresztą mówimy tu teraz o Sir Terry'm, którego uważam za jednego ze ścisłej piątki mych ulubionych autorów literackich i chociaż tym razem jemu w hołdzie, spróbuję nie pętać się po zaułkach mej rozkrzewionej na wszystkie strony wyobraźni, dywagując na wszelkie możliwe tematy, chociażby pośrednio z nim związane.

Terry Pratchett odszedł, zostawiając po sobie historie, które nigdy tak naprawdę nie dadzą o sobie zapomnieć. Dzięki którym będzie żył wiecznie. Za każdym razem gdy otworzymy jedną z jego książek i parskniemy śmiechem czytając przypis u dołu strony, albo jakiś nieprawdopodobny wątek nieludzko żywej postaci, wyglądającej zza literek - autor uśmiechnie się do nas przekornie po raz kolejny. A ja choć raz powiem "A nie mówiłam?" bez ponurej satysfakcji w głosie:) Bo wy to wiecie, wy wszyscy, którzy czytaliście cokolwiek ze "Świata Dysku". On żyje. I nawet jego nieskończona wyprawa w nieznane ze Śmiercią, Pimpusiem i Śmiercią Szczurów, jest tylko dalszym rozdziałem wielkiej opowieści, którego niestety nie dane będzie nam już przeczytać.

Możemy się jednak inspirować nim w nieskończoność, tak przebogaty materiał pozostawił po sobie. 41 powieści samego Świata Dysku - jako jedynotwórca. A jeszcze te pisane z innymi autorami, których też wcale nie jest mało. Do tego historie z innych uniwersów, opowiadania publikowane w zbiorkach i czasopismach, filmy na podstawie jego książek, gry, słuchowiska, przedstawienia teatralne... przypuszczam, że sporo osób próbuje wzorować się na jego stylu pisząc własne, pierwsze opowiadania. I dobre to jest, chociaż to jak próbować sięgać gwiazd, łowiąc ich odbicie w jeziorze za pomocą sieci. Wszystko to jednak to fajny, naprawdę świetny hołd dla tego niezwykłego człowieka.

I ja również chciałam dołożyć cegiełkę od siebie na swój pokręcony sposób. Piszę inaczej niż on, chociaż też dosyć zabawnie ale gdzie mi tam do jego stylu i pomysłowości. Robię jednak co innego, a mianowicie tworzę tego bloga. Już jeden przepis prosto z jego książki wylądował na nim, zresztą jako pierwszy, nieopierzony jeszcze, gdy nie do końca łapałam, jak chcę to wszystko zrobić. Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda, gdyby ktoś był zaciekawiony, okazały się super smaczne i dały mi pomysł na to jak tworzyć kolejne zjadliwości wyczajone w książkach i nie tylko, by było to inne niż na pozostałych blogach. I choć długość tekstów, jakie towarzyszą obecnie większości przepisów na Bantofelkach, zapewne nie zdobywa mi nadmiaru zachwytów i czytelników - nadal jest to dokładnie tak, jak chcę to robić. Sir Terry'emu też ktoś kiedyś na pewno powiedział, że coś się ze Świata Dysku nie przyjmie, więc powinien pisać to inaczej i zapewne kazał się on mu szlachecko pier... no, robiąc dokładnie to, co uważał za właściwe. I wyszło mu to na dobre. Tedy i ja kontynuuję swoje dzieło. I dziś mam wam zamiar przedstawić jedno ze sławniejszych dań, choć nie jest to danie per se, jakie przewija się w praktycznie każdej książce ze "Świata Dysku", w której wspomina się o magach z Niewidocznego Uniwersytetu (w szczególności o Kwestorze) i ich kuriozalnym polatywaniu na falach magicznego oddechu Ankh-Morpork, jakie inni nazywają życiem.
Miasto i Uniwersytet z zasady są dziwne, więc czemu i kadra magiczna miałaby być normalna? Wszyscy, od Nadrektora Ridcully, po maga Rincewinda zdrowo są szajbnięci, przeto taki doskonały lek (do pary z alkoholem) by rzeczywistość chociaż trochę była im bliższa niż zwykle, to jest Pigułki z Suszonej Żaby, idealnym są sposobem by na moment zdozować sobie ich świat.

Emetyk ten cudowny został wynaleziony na Niewidocznym Uniwersytecie przez Myślaka Stibbonsa i stosowany jest jako lek na szaleństwo, po którym szaleniec ma halucynacje, że jest normalny. Zbzikowanemu Kwestorowi - głównemu użytkownikowi tych pigułek - do pewnego stopnia pomagają. O ile spożywa je w ilości liczonej na łyżki, a nie na pigułki.
Wedle tego, co powiadają nam książki, pigułki te produkowane są z pewnej szczególnie trującej odmiany żab, hodowanych na NU. Gdy magowie zabierają się za ich produkcję, jedną z żab uszczęśliwiają do stopnia, w której jej dusza ulatuje do wielkiej dżungli na niebiesiech, natomiast szczątki doczesne są suszone i wraz z innymi składnikami ukręcane w małe pigułki. Niestety nie powiedziano nam, co robią tej żabie, ale skoro jest uszczęśliwiana...
W sumie to chyba nie chcę wiedzieć...

Wracając do pigułek. Całkiem dobrze opisuje je poniższy cytat z "Wiedźmikołaja" (tłumaczony własnołapnie z angielskiego, ponieważ nie mam pod ręką książki):

"- Tak czy siak wydaje się być bardzo szczęśliwy.
- To przez pigułki z suszonej żaby; spożywa je garściami. - oświadczył z lekceważeniem Pierwszy Prymus. - W sumie czemu nie miałby tego robić...
- Oh, mam nadzieję, że nie uzależniają.
- Jestem pewien, że nie jadłby ich w takiej ilości, gdyby były uzależniające. - powiedział Pierwszy Prymus."
Terry Pratchett - Wiedźmikołaj

No, ja tam bym się kłóciła, ale w sumie jako czytelnik niewiele mam do powiedzenia.
Jako geek-food blogerka jednakże powiem wam: zrobiłam, spróbowałam jedną i za tą jedną poleciały kolejne... uzależniają!

Ale skoro już jestem przy tym, że zrobiłam, należy wyjaśnić pewną kwestię. Nie z żaby. Żaby są pod ochroną. Żadna żaba nie ucierpiała w wyniku moich eksperymentów z Pigułkami z Suszonej Żaby, co zresztą zaleca cudowna " Książka kucharska Niani Ogg", z której wzięłam humanitarny i bardzo smaczny przepis na nie. Nie jest zresztą jedynym, z jakim mam zamiar się zmierzyć, zawartym w tym dziele. Teraz jednak ponownie skupmy się na pigułkach, które przecież są głównym bohaterem tej felki.

Ponieważ nie używamy żaby, trującej czy nie, należy pamiętać, że coś musi sprawiać, że pigułki te powinno się zjadać łyżkami. Muszą być smaczne, wręcz zaginające rzeczywistość swoją niezwykłością. I na szczęście takie są, zgodnie z przepisem zapodanym przez frywolną wiedźmę z Lancre. Ja go tylko nieco podrasowałam, bo pewne wartości z tekstu nie zgadzały się z rzeczywistością. Ale smak jest absolutnie autentyczny i jestem skłonna przyznać, że nawet jeśli spożycie Pigułek z Suszonej Żaby nie wyciągnie was z szaleństwa, ani nie wywoła halucynacji, że jesteście normalni (sic!), to na pewno poprawi wam humor.

Kreator nie podał nam żadnego opisu wyglądu tych pigułek, poza tym, że są małe (no, skoro łyka się je garściami albo łyżkami, to wielkości jabłka by być nie mogły) i, zakładając, że inkryminowana Żaba, z której ją robiono, miała zielonkawą skórę - i one są zielonkawe. Suszenie żaby co prawda logicznie temat ujmując, powinno zieleni dodać odcienia brązu i taki mieszany kolor otrzymamy finalnie, dostosowując się do przepisu Niani Ogg.
Zresztą co ja wam będę... zdjęcie, proszę ja was, mówi samo za siebie. Oto poniżej Pigułki z Suszonej Żaby.
A także przepis na nie, który wzięłam z "Książki Kucharskiej Niani Ogg" autorstwa Terry Pratchetta. Polecam tak nawiasem, przezabawny dodatek do "Świata Dysku". Nie zawiera żab, jest w sumie bardzo prosty i jedyne, czego wymaga to cierpliwość. A Pigułki zrobią się już same i będą jednocześnie miękkie w środku i o twardawej, zewnętrznej skorupce, smakowo - poezja. Czysta magia, powiedziałabym, gdyby nie był to pratchettowski lek na magicznego świra, co chyba wymagałoby ulotki z przeciwwskazaniami:D Ni ma ale i tak jedziemy z przepisem. Świat jest pełen domniemanych szaleńców, którym zdecydowanie się przydadzą.

PS. Podziękowania dla Kuby "Arathiego" Nowosada, za podsunięcie mi tej, pełnej skarbów, książki:) Czuj się dumny i wyróżniony;)





Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:

0 żab
1 białko jajka
30g + przesianego cukru pudru (zdecydowanie użyjecie więcej, to jest tylko na początek)
1 czubata łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka olejku rumowego
1 łyżeczka zielonego barwnika spożywczego

Wykonanie:

Ostrożnie NIE bierzemy żadnej żaby i NIE suszymy jej. Zamiast tego:

Ubijamy białko jajka mikserem na sztywno w głębokiej misce.

Dosypujemy większość z 30g cukru pudru i mieszamy z białkiem za pomocą drewnianej łyżki.

Dosypujemy cynamon i dolewamy olejek rumowy oraz barwnik zielony, mieszamy wszystko razem aż utworzy gładką masę o jednolitej buro-zielonej barwie.

Dosypujemy resztę cukru pudru, mieszamy raz jeszcze.

Następnie dosypujemy i mieszamy z miksturą taką ilość cukru pudru aż przestanie się ona lepić do palców. Ja zużyłam około 30 dodatkowych gramów, poza tymi wstępnymi, a masa i tak nadal lekko się lepiła. Jednak dała się już potem rolować, więc orientacyjnie trzeba mieć pod ręką całe opakowanie cukru pudru.
Podczas dosypywania cukru i mieszania, smak również nam się lekko rozmyje, więc doradzam, w momencie gdy zaczniecie osiągać już odpowiednią gęstość mazidła - popróbować i w razie potrzeby dosypać jeszcze cynamonu i dolać olejku rumowego.

Gdy osiągniemy odpowiednią konsystencję masy, o kolorze suszonej żaby (buro-zielona z przewagą zieleni) i właściwym, mocnym, cynamonowo - rumowym smaku, wyścielamy blachę papierem do pieczenia.

Następnie zanurzamy obie dłonie w cukrze pudrze, odrywamy małe kawałeczki masy i rolujemy je w ucukrzonych dłoniach na kształt kulek wielkości ziarnka grochu. Każdą kolejną kulkę odkładamy na blachę z papierem. Zanurzanie będzie trzeba powtarzać co kilka rolowań, więc jak najbardziej warto mieć szeroko otwarte opakowanie, albo cukier wysypany na szeroki talerz. Kulki nie powinny się stykać ze sobą.

Gdy zrolujemy w kulki całą masę, zostawiamy pigułki do wysuszenia na co najmniej 8 godzin (najlepiej 12 lub na cała noc) w temperaturze pokojowej, w miejscu możliwie mało wilgotnym. Będą musiały wyschnąć zanim zabierzemy się do jedzenia. Po około 5 godzinach można ostrożnie je poprzewracać na drugą stronę, by i tam podeschły.

Gotowe przesypujemy do pojemnika z przykrywką i spożywamy jedną (lub garście) za każdym razem gdy świat nam za bardzo dopieka, albo głosy w głowie nam to nakażą.

Nie wsadzajcie ich do piekarnika, bo wyjdą wam kiepskie, zapadnięte makaroniki! Pigułki z Suszonej Żaby muszą schnąć na powietrzu.

Smacznego:D

-----------------------------------------------------

Ingredients:

0 frogs

1 egg white

30g and more of sifted icing sugar (you will need more, this amount is just for starters)

1 heaped tspn of ground cinnamon

1 tspn of rum flavouring

1 tspn of green food colouring


The making of:


Carefully take NO frogs and DO NOT dry them. Instead:


Whisk the egg white in a deep bowl until stiff.


Gradually beat in most of the 30g of sugar using a wooden spoon.

Sift in the cinnamon, add the rum flavouring and the colouring and stir until well blended, until the consistence is smooth and has nice green-brown colour.

Add the rest of icing sugar, mix once again.

Add enough of the remaining sugar to form a mixture that doesn't stick to the fingers when patted. I used additional ca. 30g, besides the one mentioned in the ingredients, and the mixture still was a bit sticky. It was possible to roll, however, so be prepared and have a full package of icing sugar next to your work place.

While adding the icing sugar, you have to check the taste and in case it gets blurry for all the additional sugar, add some more cinnamon or rum flavouring.

When the mixture is ready, having supposedly the colour of dried frog (brown-green) and heavy, rum and cinnamon taste, put a sheet of baking paper on a baking tin.

Then cover your hands totally in icing sugar and roll with it a small bits of mixture into a pea-sized balls. Each tiny ball put on a baking paper, remebering not to let them stick one to another. You will have to repeat covering your hands with the sugar, so all the pills could be easily rolled.

Leave the tin with a pills to dry for at least 8 hours (or 12, even overnight) in a room temperature, in a dry place, possibly with the lowest moisture level. After 5 hours has passed, you can try carefully flip the, so the bottom side dried as well.

When it is ready put them into a closed container. Or/and eat one (or a handful) everytime the world gets too much or when the voices tell you to.

Do not dry them or bake them in the oven! Dried Frog Pills have to dry in a room temperature, or you get stupid looking, sad-layer macarons.


Cheers!:) 



czwartek, 15 września 2016

Smażone batoniki Mars / Fried Mars bars

Bez wątpienia ten tytuł to nie podpucha. Ani też nie proponuję wam normalnym trybem robionych ciastek  "od stadium mąki i proszku do pieczenia", które tylko wyglądają jak batonik, a nim nie są. Nawet tak nie smakują (nie, ci z was, którzy zechcą mi wmawiać, że ciasto "Twix", "Snickers" i "Rafaello" chociaż zbliżają się smakiem do batonów, niech nawet nie próbują. Wybryki te bowiem są polskiej produkcji i z polskiej konweniencji ciasta robione, a niestety biszkopcik używany choćby w Twixie, to shortbread i żadne biszkoptowe cuda "made in Poland" albo inne zmiażdżone Petit Beurre nie osiągną jego maślanego smaku i mięsistej chrupkości nie do porównania z niczym polskim. I nie kuście mnie nawet gotowanym mlekiem kondensowanym, udającym karmel. Sam zaś kokos albo orzechy oryginału nie czynią.), nawet nie wyglądają, lądując w grupie typowych, weselnych przekładańców. Bleh, nie. Tknęłam się za nie raz i podziękowałam już na zawsze po pierwszej porcji każdego z wymienionych. Podróbek nie znoszę i tępić będę po kres mych dni, ament.
Wyraziwszy swą irytację i zapewnienie, że nie zamierzam was wpuszczać w maliny, od razu potwierdzę: mój smażony batonik Mars to najprawdziwszy batonik Mars zamknięty w cieście, usmażony na deep fry'u i tak niepospolicie smaczny w swej prostocie, że aż łeb odpada, jak to wogóle mogło mi nie przyjść do tej pory do głowy, by tak go zrobić! Ale, jak to powiadają - genialne pomysły są niemal zawsze dziełem przypadku. A także przypadkowo się je spotyka.

Smażony Mars to nie mój własny pomysł. Źródeł jego pochodzenia należy szukać w jednym z barów rybnych w Szkocji, gdzie z lubością pitraszą fish'n'chips i gdzie w latach 90tych pewien dziennikarz natknął się przypadkiem w barze Haven na właściciela onego, smażącego batoniki Mars dla dzieciaków. Była to tak zadziwiająca rzecz, jaką można usmażyć na głębokim oleju, że dziennikarz ten puścił informację w artykule w obieg i się zaczęło. Smażony Mars rozpełzł się dosłownie po całym świecie i od 2002 roku można go dostać w niemal każdej szkockiej smażalni i wszędzie tam na świecie, gdzie robią cokolwiek w cieście, a słyszeli o tym przysmaku. Miałam nawet ostatnio z moim ślubnym dyskusję o tym, czy to prawda z tą Szkocją, bo on słyszał, że w latach 80tych w Norwegii ten pomysł się zrodził, ale w sumie... mieliśmy jeden batonik do podziału (drugi zeżarł w trzy sekundy Młody i łakomo patrzył na nasz), więc zrobiłam się na tę złą i podczas gdy mąż mi zacięcie udowadniał, że to Makłowicz, a nie internety mają rację, pochłonęłam podmiot dyskusji i pokazałam mu w uśmiech czarne od czekoladowej rozpusty zęby, tymczasowo zamykając ten rozdział dyskusyjny, gdy zamilkł z oburzeniem. Zaczynając po chwili jednak nowy o temacie przewodnim "Gosia, jak mogłaś!". Zacytuję w tym przypadku Joey'a z przyjaciół: "I am not even sorry!". No ale w zadośćuczynieniu kupiliśmy jeszcze jeden batonik smażony i wszyscy byli szczęśliwi.
W tym momencie parę słów pełnych miłości chciałabym poświęcić food-truckowi z Lublina, handlującemu tym żarciem na dniach WSK w Rzeszowie. Nie pamiętam jak się zwaliście, ale dzięki wam doznałam oświecenia poznając ten smak, a moje dziecię kolejną, ulubioną słodkość. Resztę, w tym i sposób robienia w domu tego przysmaku, obskoczyłam już sama metodą prób i błędów.

Było więc, czym jest ta słodycz, a także czym nie jest. Było skąd przylazła... ale zdecydowanie nie było informacji o cieście, w jakim się ją smaży. Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście prawdziwej panierki do fish'n'chips, nie naleśnikowej, a takiej na piwie i nie wyłącznie na mące pszennej, jesteście w stanie wyobrazić sobie jednocześnie jej kruchość i gumiastość. Trochę tak jakbym jadła tempurę, ale bardziej mięsistą, chociaż równie cienką. Przy tym widać spod niej batonika, więc jest półprzejrzysta. Taki efekt zapewnia tylko jeden produkt - skrobia kukurydziana (zamiennie z mąką kukurydzianą, którą można w tym przypadku użyć spokojnie, jako, że ma tylko zagęścić panierkę i uczynić ją lekką, a nie budować ciasto.) Towar naturalnie bezglutenowy i sądzę, że gdyby zupełnie pominął mąkę pszenną i spróbował panierkę zrobić na samej skrobi - batonika mogliby jeść i bezglutenowcy. Popróbuję przy okazji i tego sposobu.
Jest jeszcze, wedle internetów, drugi rodzaj ciasta, ale zdecydowanie zawiera więcej składników i sądząc z opisów i zdjęć - mamy tam regularnego pączka na patyku, gdzie Mars tonie w środku ciasta, a nie jest głównym jego bohaterem. Nijak się to ma zresztą do prostej panierki z kraju pochodzenia frytek i ryby w cieście, więc ten przepis, na podstawie którego udało mi się stworzyć smażone Marsy, uznaję za jedynie słuszny i zapewne często będę go wykorzystywać, by zobaczyć uśmiech na ustach dziecka. I dorosłego. Bo ten uśmiech, proszę ja was, pojawi się w rozmaitym natężeniu, ale jednak. Od skrzywienia ust ("boże jakie to słodkie!" to, do cholery nie jedz i oddawaj resztę!:D), do odczucia bliskiego orgazmowi w towarzystwie gwałtownej chęci na papierosa "po". Jeden aktor, Szkot zresztą i mój osobisty ulubieniec, spróbował w którymś, amerykańskim chyba programie z udziałem publiczności takiego batonika i efekty... cóż, zobaczycie na końcu tej felki, bo jego mina jest tak bezcenna, że musi tu trafić.

Najpierw jednak pozwolę sobie zapodać wam zdjęcia i przepis, wraz ze wskazówkami, bo już widzę ten ślinotok, na samą myśl o smażonym w cieście batoniku Mars. Albo Snickers! Do diabła, Milkyway również się nada, a tym, co zdecydowanie odmówią batona, bo za tuczący, mogę swobodnie polecić banany i jabłka antonówki smażone w tej panierce. Niebo w gębie! Próbowałam, bo wyszło jej sporo, a szkoda było zmarnować takie dobro.

To co, batony zakupione? Mąka kukurydziana w pogotowiu? Gabh air!("Do ataku!" - gaelic)
Źródło przepisu: ta strona. Mocno zmodyfikowany.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)






Składniki:

4 (lub więcej) batony Mars (Snickers, MilkyWay, etc.)
1 szklanka mąki
1/2 szklanki skrobi kukurydzianej
1 szczypta sody oczyszczonej
1 szklanka mleka
olej do głębokiego smażenia 

Wykonanie:

Batoniki Mars wkładamy w papierku do lodówki na czas przygotowywania ciasta. Muszą być dobrze chłodne i nie otwarte.

W misce mieszamy mąki i sodę oczyszczoną.

Dolewamy mleka i miksujemy wszystko razem aż do otrzymania konsystencji gęstej śmietany. U mnie wystarczyła szklanka, ale jeżeli po niej ciasto nadal będzie za gęste, dolewajcie po 1/3 aż do uzyskania właściwej konsystencji. Jeżeli zrobi się za rzadkie - należy dosypywać skrobi, by uratować sytuację. Rzadkie ciasto nie oblepi nam właściwie batonika i wszystko pójdzie na marne, bo czekolada się stopi zanim ciasto ją skutecznie zamknie podczas smażenia.

W niedużym garnuszku (takim, by wrzucony batonik był przykryty i mógł swobodnie popływać, nie spoczywając na dnie), nagrzewamy olej do głębokiego smażenia do stopnia, w którym okruch chleba wrzucony na gorący olej, wyzłoci się w około 7 sekund (tak, liczyłam:)).

Wyciągamy batonika z lodówki, ściągamy z niego papier i wrzucamy go do ciasta, obtaczając bardzo, bardzo dokładnie. Ciasto musi wejść w każde zagłębienie i pokryć całą powierzchnię czekolady.

Przy pomocy łyżki delikatnie, jednym ruchem wsuwamy batona w olej i trzymamy w nim chwilkę aż się wyzłoci. Smażymy dla bezpieczeństwa po jednej sztuce naraz.

Wyciągamy z oleju przy pomocy łopatki, pozwalamy odciec moment na papierowym ręczniku kuchennym a potem, gdy będzie już możliwy do dotknięcia, albo wtykamy w niego patyk (bardzo dobrze posłuży tu jedna z pałeczek do chińskiego żarcia), albo wykładamy na talerz, posypujemy cukrem pudrem, albo polewamy czekoladą.  Serwujemy jeszcze ciepłe i jakkolwiek jest on tak pyszny, że od razu chce się więcej - zalecam ostrożność w jedzeniu. Przysmak jest naprawdę straszliwie kaloryczny, chociaż bez wątpienia jest to jedno z najlepszych, szybkich dań jakie jadłam w ostatnim dziesięcioleciu.

Smacznego!

PS. Gerard Butler potwierdza!  Oh... My... God!:D




------------------------------------------ 




 Ingredients:

4 (or more) Mars bars (or Snickers, MilkyWay, etc.)
1 cup of all purpose flour
1/2 cup of conrstarch
a pinch of baking soda
1 cup of milk
oil for deep frying


The making of:

Chill the chocolate bar by keeping it in the fridge. They have to be cooled.

Mix the flours and baking soda together in a bowl.

Add milk and mix until you get a batter with the consistency of thick cream. 1 cup for me was just enough, but if the batter is still too hard, add some more milk, 1/3 a cup at a time. If the batter is too thin - add some more cornstarch. It cannot be too thin, for the batter has to stick to the whole surface of the bar, and cover each and everyone of the cracks. And do not drop too quickly, or the chocolate melts before the batter fries and preserves it.

In a small, high pot (enough for the bar to be covered completely in oil, and still swim freely) heat the oil till the moment a crumb of bread fries to a light gold colour within 7 seconds after throwing in (yeah, I counted:)).

Remove the bar from a fridge, remove the paper, and throw Mars into the batter, covering with it completely.

Using a spoon, gently slide a bar into the hot oil, let it fry in there for a few moments until it becomes light golden. For safety reasons, fry 1 bar at a time.

Remove from the oil and let it cool a bit and drain the exceeds of oil on a paper towel. When it is possible to touch, but still warm, put a stick in one of ends of the bar (chopsticks for asian food are perfect for this action), or put it on a plate, sprinkle it with caster sugar or splash some chocolate syrup. Serve warm and however it is most delicious - be careful with eating more then one at a time. This treat is really, really calorific, though it is, without any doubt, one of the best junk, quick food I have had during last decade. 

Cheers!

PS: Gerard Butler approves! Oh.. My... God!:D