Bez wątpienia ten tytuł to nie podpucha. Ani też nie proponuję wam normalnym trybem robionych ciastek "od stadium mąki i proszku do pieczenia", które tylko wyglądają jak batonik, a nim nie są. Nawet tak nie smakują (nie, ci z was, którzy zechcą mi wmawiać, że ciasto "Twix", "Snickers" i "Rafaello" chociaż zbliżają się smakiem do batonów, niech nawet nie próbują. Wybryki te bowiem są polskiej produkcji i z polskiej konweniencji ciasta robione, a niestety biszkopcik używany choćby w Twixie, to shortbread i żadne biszkoptowe cuda "made in Poland" albo inne zmiażdżone Petit Beurre nie osiągną jego maślanego smaku i mięsistej chrupkości nie do porównania z niczym polskim. I nie kuście mnie nawet gotowanym mlekiem kondensowanym, udającym karmel. Sam zaś kokos albo orzechy oryginału nie czynią.), nawet nie wyglądają, lądując w grupie typowych, weselnych przekładańców. Bleh, nie. Tknęłam się za nie raz i podziękowałam już na zawsze po pierwszej porcji każdego z wymienionych. Podróbek nie znoszę i tępić będę po kres mych dni, ament.
Wyraziwszy swą irytację i zapewnienie, że nie zamierzam was wpuszczać w maliny, od razu potwierdzę: mój smażony batonik Mars to najprawdziwszy batonik Mars zamknięty w cieście, usmażony na deep fry'u i tak niepospolicie smaczny w swej prostocie, że aż łeb odpada, jak to wogóle mogło mi nie przyjść do tej pory do głowy, by tak go zrobić! Ale, jak to powiadają - genialne pomysły są niemal zawsze dziełem przypadku. A także przypadkowo się je spotyka.
Smażony Mars to nie mój własny pomysł. Źródeł jego pochodzenia należy szukać w jednym z barów rybnych w Szkocji, gdzie z lubością pitraszą fish'n'chips i gdzie w latach 90tych pewien dziennikarz natknął się przypadkiem w barze Haven na właściciela onego, smażącego batoniki Mars dla dzieciaków. Była to tak zadziwiająca rzecz, jaką można usmażyć na głębokim oleju, że dziennikarz ten puścił informację w artykule w obieg i się zaczęło. Smażony Mars rozpełzł się dosłownie po całym świecie i od 2002 roku można go dostać w niemal każdej szkockiej smażalni i wszędzie tam na świecie, gdzie robią cokolwiek w cieście, a słyszeli o tym przysmaku. Miałam nawet ostatnio z moim ślubnym dyskusję o tym, czy to prawda z tą Szkocją, bo on słyszał, że w latach 80tych w Norwegii ten pomysł się zrodził, ale w sumie... mieliśmy jeden batonik do podziału (drugi zeżarł w trzy sekundy Młody i łakomo patrzył na nasz), więc zrobiłam się na tę złą i podczas gdy mąż mi zacięcie udowadniał, że to Makłowicz, a nie internety mają rację, pochłonęłam podmiot dyskusji i pokazałam mu w uśmiech czarne od czekoladowej rozpusty zęby, tymczasowo zamykając ten rozdział dyskusyjny, gdy zamilkł z oburzeniem. Zaczynając po chwili jednak nowy o temacie przewodnim "Gosia, jak mogłaś!". Zacytuję w tym przypadku Joey'a z przyjaciół: "I am not even sorry!". No ale w zadośćuczynieniu kupiliśmy jeszcze jeden batonik smażony i wszyscy byli szczęśliwi.
W tym momencie parę słów pełnych miłości chciałabym poświęcić food-truckowi z Lublina, handlującemu tym żarciem na dniach WSK w Rzeszowie. Nie pamiętam jak się zwaliście, ale dzięki wam doznałam oświecenia poznając ten smak, a moje dziecię kolejną, ulubioną słodkość. Resztę, w tym i sposób robienia w domu tego przysmaku, obskoczyłam już sama metodą prób i błędów.
Było więc, czym jest ta słodycz, a także czym nie jest. Było skąd przylazła... ale zdecydowanie nie było informacji o cieście, w jakim się ją smaży. Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście prawdziwej panierki do fish'n'chips, nie naleśnikowej, a takiej na piwie i nie wyłącznie na mące pszennej, jesteście w stanie wyobrazić sobie jednocześnie jej kruchość i gumiastość. Trochę tak jakbym jadła tempurę, ale bardziej mięsistą, chociaż równie cienką. Przy tym widać spod niej batonika, więc jest półprzejrzysta. Taki efekt zapewnia tylko jeden produkt - skrobia kukurydziana (zamiennie z mąką kukurydzianą, którą można w tym przypadku użyć spokojnie, jako, że ma tylko zagęścić panierkę i uczynić ją lekką, a nie budować ciasto.) Towar naturalnie bezglutenowy i sądzę, że gdyby zupełnie pominął mąkę pszenną i spróbował panierkę zrobić na samej skrobi - batonika mogliby jeść i bezglutenowcy. Popróbuję przy okazji i tego sposobu.
Jest jeszcze, wedle internetów, drugi rodzaj ciasta, ale zdecydowanie zawiera więcej składników i sądząc z opisów i zdjęć - mamy tam regularnego pączka na patyku, gdzie Mars tonie w środku ciasta, a nie jest głównym jego bohaterem. Nijak się to ma zresztą do prostej panierki z kraju pochodzenia frytek i ryby w cieście, więc ten przepis, na podstawie którego udało mi się stworzyć smażone Marsy, uznaję za jedynie słuszny i zapewne często będę go wykorzystywać, by zobaczyć uśmiech na ustach dziecka. I dorosłego. Bo ten uśmiech, proszę ja was, pojawi się w rozmaitym natężeniu, ale jednak. Od skrzywienia ust ("boże jakie to słodkie!" to, do cholery nie jedz i oddawaj resztę!:D), do odczucia bliskiego orgazmowi w towarzystwie gwałtownej chęci na papierosa "po". Jeden aktor, Szkot zresztą i mój osobisty ulubieniec, spróbował w którymś, amerykańskim chyba programie z udziałem publiczności takiego batonika i efekty... cóż, zobaczycie na końcu tej felki, bo jego mina jest tak bezcenna, że musi tu trafić.
Najpierw jednak pozwolę sobie zapodać wam zdjęcia i przepis, wraz ze wskazówkami, bo już widzę ten ślinotok, na samą myśl o smażonym w cieście batoniku Mars. Albo Snickers! Do diabła, Milkyway również się nada, a tym, co zdecydowanie odmówią batona, bo za tuczący, mogę swobodnie polecić banany i jabłka antonówki smażone w tej panierce. Niebo w gębie! Próbowałam, bo wyszło jej sporo, a szkoda było zmarnować takie dobro.
To co, batony zakupione? Mąka kukurydziana w pogotowiu? Gabh air!("Do ataku!" - gaelic)
Źródło przepisu: ta strona. Mocno zmodyfikowany.
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
4 (lub więcej) batony Mars (Snickers, MilkyWay, etc.)
1 szklanka mąki
1/2 szklanki skrobi kukurydzianej
1 szczypta sody oczyszczonej
1 szklanka mleka
olej do głębokiego smażenia
Wykonanie:
Batoniki Mars wkładamy w papierku do lodówki na czas przygotowywania ciasta. Muszą być dobrze chłodne i nie otwarte.
W misce mieszamy mąki i sodę oczyszczoną.
Dolewamy mleka i miksujemy wszystko razem aż do otrzymania konsystencji gęstej śmietany. U mnie wystarczyła szklanka, ale jeżeli po niej ciasto nadal będzie za gęste, dolewajcie po 1/3 aż do uzyskania właściwej konsystencji. Jeżeli zrobi się za rzadkie - należy dosypywać skrobi, by uratować sytuację. Rzadkie ciasto nie oblepi nam właściwie batonika i wszystko pójdzie na marne, bo czekolada się stopi zanim ciasto ją skutecznie zamknie podczas smażenia.
W niedużym garnuszku (takim, by wrzucony batonik był przykryty i mógł swobodnie popływać, nie spoczywając na dnie), nagrzewamy olej do głębokiego smażenia do stopnia, w którym okruch chleba wrzucony na gorący olej, wyzłoci się w około 7 sekund (tak, liczyłam:)).
Wyciągamy batonika z lodówki, ściągamy z niego papier i wrzucamy go do ciasta, obtaczając bardzo, bardzo dokładnie. Ciasto musi wejść w każde zagłębienie i pokryć całą powierzchnię czekolady.
Przy pomocy łyżki delikatnie, jednym ruchem wsuwamy batona w olej i trzymamy w nim chwilkę aż się wyzłoci. Smażymy dla bezpieczeństwa po jednej sztuce naraz.
Wyciągamy z oleju przy pomocy łopatki, pozwalamy odciec moment na papierowym ręczniku kuchennym a potem, gdy będzie już możliwy do dotknięcia, albo wtykamy w niego patyk (bardzo dobrze posłuży tu jedna z pałeczek do chińskiego żarcia), albo wykładamy na talerz, posypujemy cukrem pudrem, albo polewamy czekoladą. Serwujemy jeszcze ciepłe i jakkolwiek jest on tak pyszny, że od razu chce się więcej - zalecam ostrożność w jedzeniu. Przysmak jest naprawdę straszliwie kaloryczny, chociaż bez wątpienia jest to jedno z najlepszych, szybkich dań jakie jadłam w ostatnim dziesięcioleciu.
Smacznego!
PS. Gerard Butler potwierdza! Oh... My... God!:D
------------------------------------------
Ingredients:
4 (or more) Mars bars (or Snickers, MilkyWay, etc.)
1 cup of all purpose flour
1/2 cup of conrstarch
a pinch of baking soda
1 cup of milk
oil for deep frying
The making of:
Chill the chocolate bar by keeping it in the fridge. They have to be cooled.
Mix the flours and baking soda together in a bowl.
Add milk and mix until you get a batter with the consistency of thick cream. 1 cup for me was just enough, but if the batter is still too hard, add some more milk, 1/3 a cup at a time. If the batter is too thin - add some more cornstarch. It cannot be too thin, for the batter has to stick to the whole surface of the bar, and cover each and everyone of the cracks. And do not drop too quickly, or the chocolate melts before the batter fries and preserves it.
In a small, high pot (enough for the bar to be covered completely in oil, and still swim freely) heat the oil till the moment a crumb of bread fries to a light gold colour within 7 seconds after throwing in (yeah, I counted:)).
Remove the bar from a fridge, remove the paper, and throw Mars into the batter, covering with it completely.
Using a spoon, gently slide a bar into the hot oil, let it fry in there for a few moments until it becomes light golden. For safety reasons, fry 1 bar at a time.
Remove from the oil and let it cool a bit and drain the exceeds of oil on a paper towel. When it is possible to touch, but still warm, put a stick in one of ends of the bar (chopsticks for asian food are perfect for this action), or put it on a plate, sprinkle it with caster sugar or splash some chocolate syrup. Serve warm and however it is most delicious - be careful with eating more then one at a time. This treat is really, really calorific, though it is, without any doubt, one of the best junk, quick food I have had during last decade.
Cheers!
PS: Gerard Butler approves! Oh.. My... God!:D
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
czwartek, 15 września 2016
niedziela, 11 września 2016
Japoński marmurkowy sernik matcha z czarnym sezamem (Challenge No. 4)//Japanese marble matcha cheesecake with black sesame (Challenge No. 4)
こんばんは!
Powyższe krzaczki oznaczają słowo "konbanwa" czyli dobry wieczór w języku japońskim. Zwrot niezmiernie adekwatny, zarówno do zawartości felki, jej bohatera, jak i pory, w której ją piszę. Mamy bowiem sobotę, parę minut po 22, gdy zaczynam pisać tę felkę, więc standardowe "konnichiwa", czyli "dzień dobry", pasowałoby jak dżem poziomkowy do hot-doga z musztardą. Znaczy... ja wiem, że niektórzy uznają takie połączenie za ekscytującą nowość i podnietę dla kubków smakowych i im na przykład bardzo przypasuje po krótkim okresie testów, ale dziwność jest super, bez popadania w nadmierną przesadę, której o wiele za blisko to kiczu i maniery.
Tak więc skoro już się przywitaliśmy, należy od razu na wstępie rzec, że krzaczki w tej felce wcale nie będą jedynym wtrętem azjatyckim, jaki was ukąsi w zadki. Ten post będzie miał wyjątkowo skośne oczy, samurajski kucyk, ale ten prawdziwy, a nie to, co proponuje obecna uliczna męska moda, na co drugim facecie (serio, o co w tych wygolonych skroniach i potylicy, a także antence związanej z resztek na czubku głowy chodzi? Ani to ładne, na większości łbów wygląda jak wielki test przed fryzurą Małej Mi i przede wszystkim powielające się do znudzenia! Jakbym widziała armię klonów, mijając dziesiąte z kolei dziecko miłości upadłego samuraja i Ragnara z serialu "Vikings"...), a także ukrytą gdzieś katanę, kimono i aby nie było nam za starożytnie - wymachiwać będzie gameboyem Nintendo, na którego retro-ekraniku dinozaur Yoshi skacze sobie po pikselowatych platformach gry. Jednakże Sernik-san, którego zaraz wam przedstawię, w żaden sposób nie jest związany z grami, jak sugerowałyby słowa w poprzednim zdaniu. Nie odkryłam go w żadnej mandze, animcu, ani grze. Sernik marmurkowy, na który dziś dostaniecie przepis to efekt wyzwania od mego kumpla Szymona, który niebacznie wysłał mi filmik z "fajnym czymś", gdzie to ciasto robiono, bo pomyślał, że fajnie to wygląda.
Nie mylił się, ciasto jest faktycznie dekoracyjne, i na dodatek smakuje tak niezwykle, że będziecie po sobie spoglądać z zupełnym zaskoczeniem, kosztując tego małego cudeńka, ale jednak nie zdecydujecie się nie dokończyć porcji. Inny wcale nie znaczy gorszy.
A zatem wyzwanie. Challenge na Bantofelkach oznacza, że staję na głowie, by osiągnąć pokazywany mi produkt końcowy własnymi sposobami, czy to dlatego, że kogoś lubię i skłonna jestem spełnić tęskną prośbę, coś komuś obiecałam, czy też dlatego, że sama czuję się zaintrygowana wyzwaniem. W przypadku Sernika-san (podoba mi się ta nazwa, powtórzę ją tu jeszcze wielokrotnie:P) zaskoczeń było naprawdę sporo. Na ten przykład: filmik nie miał dołączonego przepisu. A raczej miał. Po japońsku. Krzaczki wbudowane w klip i to w taki sposób, że po pierwszym obejrzeniu rozumiałam tylko liczby arabskie pojawiające się przy każdym kolejnym stadku japońskiego pisma. Co oni tam dodawali mogłam się domyślać tylko, ale ten problem nie przerósł mnie wcale. Wręcz przeciwnie. Dodatkowy fakt, że i po angielsku nigdzie nie ma tego sernika i wszelakie Pinteresty i Buzzfeedy milczą, podsuwając mi tylko oryginał, tylko podkręcił mi chęć wzięcia się za bary z tym sernikiem.
Pierwsze, co zakapowałam to to, że mamy tu do czynienia z sernikiem na zimno. Bez pieczenia. Znaczy... zakładając, że podkład macie już gotowy kupny, a nie pieczecie sami wcześniej. Serek do sernika był bez wątpienia kremowy - zrozumiałe, ponieważ obecna kultura japońska wyrosła na wzorcu amerykańskim jeszcze w czasach ostatnich samurajów, więc próżno szukać u nich serników z mielonego twarogu. A ten zielony proszek... matcha, proszę państwa. Zmielona na proszek zielona, samurajska herbata, którą nie tylko fajnie jest pić w japońskiej ceremonii herbacianej, ale ostatnio panuje moda na dodawanie jej do różnych fajnych wypieków. Przyznam, że matcha jako produkt cukierniczy średnio mnie przekonywała, ze względu na swój specyficzny aromat. Mocny i bezkompromisowy, sama kwintesencja tego, czym jest japońska herbata. Pomijając fakt, że jest bombą witaminową, bardzo łatwo matcha zabić smak całej reszty potrawy, więc do czegokolwiek dodajecie ten cudowny ekwiwalent zielonego barwnika żywności - czyńcie to z rozwagą.
Mieliśmy więc zidentyfikowany serek, crust, czyli spód z maślanego kruchego ciasta szkockiego i matcha. Ale co to za smołę dodawano dla uzyskania ciemnej barwy spodu i sera - za Chiny Ludowe zgadnąć nie mogłam. Dopiero po dokopaniu się do japońskiej strony z przepisem i przepuszczeniem jej przez translator, dowiedziałam się, że użyto tu ziaren czarnego sezamu (u nas najczęściej spotykanego jako ozdoba sushi) i pasty z tychże ziaren, bardzo popularnej ostatnio do wykonywania wypieków w Japonii. Zresztą u nich to żadna nowość, podczas gdy u nas... no ilu z was wie o czym piszę i wogóle miało kontakt z tym produktem? Założę się, że na tyle mało, że mamy teraz przed ekranami całe rzędy szeroko otwartych z zaciekawienia oczu. Chociaż w sumie mogliście ją jeść nawet, a nie wiecie o tym:) Pasty z czarnego sezamu nie dostaniemy w supermarkecie tak samo jak syropu złocistego z prawdziwego zdarzenia. Nawet i w sklepach z azjatycką kuchnią bywa problem. Można co prawda zrobić własnoręcznie, ale takiej gładkości i jedwabistości pyłu, jaka jest potrzebna by zgrała się nam z gładziutkim serkiem, nie uzyskamy w żadnym moździerzu. Może w food procesorze, który też jednak nie stanowi standardowego wyposażenia każdej kuchni... tylko w sumie po co się mordować, skoro całkiem tanio można ją zamówić przez internet?Szczególnie do jednego, testowego wypieku, by sprawdzić z czym to się je i jak farbuje. Robi na ciemno-szaro, ale za to smacznie:)
No, ale skoro mamy już czwarty składnik z tych tajemniczych, reszta wydawała się zupełnie do oswojenia. Cukier, ekstrakt z wanilii, śmietanka, mleko kondensowane... i gotowe. Niejaki problem mógłby się pojawić w przypadku wymaganych trzech nieokreślonej wielkości kawałków ciastka shortbread ( u nas w sklepach sprzedawanych jako małe ciasteczka deserowe, a nie coś, co można wrzucić na spód ciasta jak Petitki), ale umówmy się - zrobicie sobie blaszkę z mego przepisu na doskonały, prosty shortbread, użyjecie połowę, resztę i tak pochłonie zachwycona rodzina. Nie zmarnuje się absolutnie nic.
Pasta sezamowa, ciastko maślane, matcha... co za bomba smakowa z tego wychodzi? Jedno słodkie, drugie na wskroś szkockie, trzecie niemal ostre... ale jakimś dziwnym sposobem zgrało się ze sobą, chociaż musiałam już od początku zmieniać proporcje, bo pasta z czarnego sezamu w oryginalnym przepisie była inna niż moja, bardziej płynna i japońska niż to, co zakupiłam. Jednak w smaku zdecydowanie musiało być to samo. No i tortownicę miałam większą niż zalecana.
Hell, tysiące rzeczy w tym przepisie mogły nie wyjść i bez bicia przyznam się, że dwa razy ratowałam się jak mogłam, gdy nagle mi coś nie wychodziło jak powinno, nie mając dosłownie żadnej podpory w komentarzach do tekstu, bo ich zwyczajnie nie było. Udało się! Wyzwanie przyjęłam, dokonałam i czuję się z tego powodu tak cholernie dumna i pewna siebie, że zacznę chyba zerkać łakomym okiem na kolejne, niezwykłe, japońskie połączenia smaków, które nie są dobrze już znanym sushi.
A Sernik-san, jak smakuje? Nie jest przesadnie słodki. Niezwykle odświeżający, dzięki matcha, śliczny kolorystyczne, spód świetnie się trzyma razem dzięki paście i ziarnkom czarnego sezamu, a połączenie tych dwóch smaków też daje niezwykłe wrażenia. Gładkość serka i chrupkość spodu, wyskakujące niewiadomo skąd maślane wspomnienia shortbread'a, schowane w większych okruszkach w cieście...
Bajka. Japońska poezja, albo jeden z tych ich ślicznych obrazów jak mgłą malowanych. Takie odnoszę wrażenie, próbując serniczka na nowo za każdym razem. Tak więc jeśli szukacie czegoś, co zachwyci i zaskoczy jednocześnie - polecam Sernik-san. Pod warunkiem, że zjecie go do końca najpóźniej w dzień po pokrojeniu. Mgły też nie są wieczne, a i płatki kwiatów wiśnie nie spadają w czasie święta Hanami dłużej, niż jest im przeznaczone. Krótki lot, zachwyt... a potem wspominanie.
I tak należy również potraktować ten japoński sernik marmurkowy. Zapraszam do zapoznania się z nim i bez obawy... zepsuć go, wbrew pozorom, naprawdę ciężko:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na tortownicę o średnicy 16cm):
Spód:
180-200g kruchego ciasta typu shortbread (najlepiej zrobić je z tego przepisu)
1 łyżka ziaren czarnego sezamu
2 i 1/2 łyżki pasty z czarnego sezamu (moja, kupna, była bardzo skoncentrowana i gęsta. Jeżeli macie nieco bardziej płynną, należy zacząć dodawanie jej od 1 łyżki i powiększać jej ilość dodawaną do pokruszonych kawałków ciastka do momentu uzyskania odpowiednio ciemnego koloru)
1 łyżka stopionego masła
Masa sernikowa:
170g serka kremowego (najtaniej będzie wam go zrobić z tego przepisu)
280g słodzonego mleka kondensowanego
50ml śmietany kremówki 30%
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżki proszku z zielonej herbaty - matcha
2 łyżki pasty z czarnego sezamu
1 łyżeczka soku z cytryny
Bita śmietana i listki mięty do dekoracji
Wykonanie:
Wypiekamy ciasto kruche shortbread, zgodnie z przepisem. Studzimy całkowicie, odmierzamy potrzebną ilość i wrzucamy do miski.
Do drugiej miski wsypujemy ziarno czarnego sezamu i rozcieramy go jak najdrobniej.
Za pomocą tłuczka z kulką na końcu kruszymy ciastko do formy proszku, zostawiając i większe okruchy, by przyjemnie nam pochrupywały w cieście. Łączymy okruchy z rozdrobionym czarnym sezamem.
Dolewamy do masy stopione masło, starannie mieszamy.
Na koniec dodajemy pastę z czarnego sezamu i mieszamy wszystko razem do momentu aż spód nabierze ciemnej barwy, a pasta całkowicie połączy się z okruchami i masłem, nabierając konsystencji grubego, mokrego piasku.
Tortownicę o średnicy 16cm wykładamy folią aluminiową aż po brzegi.
Przesypujemy do niej kruchy spód sezamowym i ugniatamy przy użyciu łyżki, mocno przyciskając crust do spodu i profilując tak, by lekko zachodził na boki.
Tortownicę ze spodem odstawiamy na bok, przystępując do właściwej masy sernikowej.
Serek kremowy wrzucamy do miski i roztrzepujemy mikserem.
Po trochu dolewamy mleko kondensowane, cały czas miksując masę.
Dolewamy na koniec ekstrakt z wanilii i sok cytrynowy, raz jeszcze miksujemy.
Ubijamy śmietankę kremówkę z cukrem pudrem na sztywną pianę, dodajemy ją do masy serkowej, ostrożnie mieszamy wszystko razem przy pomocy łyżki.
Dzielimy masę sernikową w stosunku 2:1 czyli 1/3 przekładamy do jednej miski, w drugiej zostawiając 2/3.
Do jednej trzeciej dodajemy proszek matcha i starannie mieszamy.
Do pozostałego serka dodajemy pastę sezamową i również mieszamy starannie, do uzyskania gładkiej masy bez grudek.
Na gotowy spód nakładamy najpierw 4 łyżki zielonego serka w kształt kwadratu, nie rozcierając go, potem kładziemy 4 łyżki ciemno-szarego serka, uzupełniając dziury. Następnie kładziemy kolejno łyżki zielonego i szarego serka na przemian, tym sposobem wykładając całe nadzienie sernikowe na spód. Ostatnią łyżką wygładzamy wierzch sernika.
Sernik wkładamy do lodówki na co najmniej 6 godziny lub na całą noc, by porządnie stwardniał.
Gotowy, kroimy, przyozdabiając każdy kawałek tuż przed podaniem kleksem bitej śmietany, listkiem świeżej mięty i wiórkami zmiażdżonego czarnego sezamu lub ciemnej czekolady.
いただきます!
(itadakimassu)
Smacznego!
--------------------------------------
Ingredients (for 16cm cake tin):
Crust:
180-200g of shortbread (please check this recipe for a homemade, easy shortbread)
1tblspn of black sesame seeds
2 and 1/2 tblspn of black sesame paste (mine was really condensed and hard, but if you have somewhat softer or having a liquid form, you might want to start from 1tblspn, adding more to the crust depending of the colour you achieve with this amount)
1 tblspn of melted butter
Cheesecake filling:
170g of homemade cream cheese (from this recipe)
280g of sweet condensed milk
50ml of heavy cream
1 tsnp of vanilla extract
2 tblspns of matcha powder
2 tblspns of black sesame paste
1 tspn of lemon juice
Whipped cream and fresh mint leaves for decoration.
The making of:
Bake a shortbread according to this recipe. Cool it completely, measure the necesarry quantity and relocate it to a bowl.
Put the black sesame seeds into another bowl and crush it nicely.
Crush the shortbread as well, into the small pieces, leaving some bigger ones, so it crunched pleasantly while you eat the cheesecake. Then mix it with the crushed black sesame seeds.
Add melted butter, mix it well.
Add black sesame paste and mix it again so the crust becomes dark with it and the whole consistence become similar to the one that the wet sand has.
Put a sheet of aluminium foil into the cake tin from bottom to the rims.
Pour the crust inside and preasure it, using the spoon, flattening to the bottom and some to the sides.
Set the cake tin aside, while you prepare the cheesecake filling now.
Pour the creme cheese into a bowl and mix it with a hand mixer nicely.
Add the condensed milk little by little, while still mixing.
Add vanilla extract and lemon juice, mixing it once again.
Prepare the whipped cream out of heavy cream and some confectionar's sugar. Add it to the cheesecake filling and gently mix, using a spoon, with the rest.
Divide the filling in proportion 2: 1. That means you have to put 1/3 of the filling in one bowl and leave 2/3 of the filling in the other one.
Add matcha powder to the 1/3 of the filling and mix it profoundly.
Add the black sesame paste to the other part of the filling and also mix it nicely, so the filling was smooth.
On the awaiting crust put first: 4 tblspns of matcha filling in the shape of a square, do not flatten them. Then put 4 tblspns od sesame cheesecake, filling the holes between the green ones in the bottom. Then, one by one, put sesame and matcha filling interchangeably until the tin is full and nothing of the fillig is left in the bowls. With the last spoon of the filling, smooth the top of cheesecake.
Put the cheesecake into the fridge for at least 6 hours or overnight, to harden it.
When it is ready, serve it, decorating every individual piece just before serving it with a splash of whipped cream, fresh mint leaf and some of black sesame or dark chocolate shreds.
いただきます!
(itadakimassu)
Cheers!
Powyższe krzaczki oznaczają słowo "konbanwa" czyli dobry wieczór w języku japońskim. Zwrot niezmiernie adekwatny, zarówno do zawartości felki, jej bohatera, jak i pory, w której ją piszę. Mamy bowiem sobotę, parę minut po 22, gdy zaczynam pisać tę felkę, więc standardowe "konnichiwa", czyli "dzień dobry", pasowałoby jak dżem poziomkowy do hot-doga z musztardą. Znaczy... ja wiem, że niektórzy uznają takie połączenie za ekscytującą nowość i podnietę dla kubków smakowych i im na przykład bardzo przypasuje po krótkim okresie testów, ale dziwność jest super, bez popadania w nadmierną przesadę, której o wiele za blisko to kiczu i maniery.
Tak więc skoro już się przywitaliśmy, należy od razu na wstępie rzec, że krzaczki w tej felce wcale nie będą jedynym wtrętem azjatyckim, jaki was ukąsi w zadki. Ten post będzie miał wyjątkowo skośne oczy, samurajski kucyk, ale ten prawdziwy, a nie to, co proponuje obecna uliczna męska moda, na co drugim facecie (serio, o co w tych wygolonych skroniach i potylicy, a także antence związanej z resztek na czubku głowy chodzi? Ani to ładne, na większości łbów wygląda jak wielki test przed fryzurą Małej Mi i przede wszystkim powielające się do znudzenia! Jakbym widziała armię klonów, mijając dziesiąte z kolei dziecko miłości upadłego samuraja i Ragnara z serialu "Vikings"...), a także ukrytą gdzieś katanę, kimono i aby nie było nam za starożytnie - wymachiwać będzie gameboyem Nintendo, na którego retro-ekraniku dinozaur Yoshi skacze sobie po pikselowatych platformach gry. Jednakże Sernik-san, którego zaraz wam przedstawię, w żaden sposób nie jest związany z grami, jak sugerowałyby słowa w poprzednim zdaniu. Nie odkryłam go w żadnej mandze, animcu, ani grze. Sernik marmurkowy, na który dziś dostaniecie przepis to efekt wyzwania od mego kumpla Szymona, który niebacznie wysłał mi filmik z "fajnym czymś", gdzie to ciasto robiono, bo pomyślał, że fajnie to wygląda.
Nie mylił się, ciasto jest faktycznie dekoracyjne, i na dodatek smakuje tak niezwykle, że będziecie po sobie spoglądać z zupełnym zaskoczeniem, kosztując tego małego cudeńka, ale jednak nie zdecydujecie się nie dokończyć porcji. Inny wcale nie znaczy gorszy.
A zatem wyzwanie. Challenge na Bantofelkach oznacza, że staję na głowie, by osiągnąć pokazywany mi produkt końcowy własnymi sposobami, czy to dlatego, że kogoś lubię i skłonna jestem spełnić tęskną prośbę, coś komuś obiecałam, czy też dlatego, że sama czuję się zaintrygowana wyzwaniem. W przypadku Sernika-san (podoba mi się ta nazwa, powtórzę ją tu jeszcze wielokrotnie:P) zaskoczeń było naprawdę sporo. Na ten przykład: filmik nie miał dołączonego przepisu. A raczej miał. Po japońsku. Krzaczki wbudowane w klip i to w taki sposób, że po pierwszym obejrzeniu rozumiałam tylko liczby arabskie pojawiające się przy każdym kolejnym stadku japońskiego pisma. Co oni tam dodawali mogłam się domyślać tylko, ale ten problem nie przerósł mnie wcale. Wręcz przeciwnie. Dodatkowy fakt, że i po angielsku nigdzie nie ma tego sernika i wszelakie Pinteresty i Buzzfeedy milczą, podsuwając mi tylko oryginał, tylko podkręcił mi chęć wzięcia się za bary z tym sernikiem.
Pierwsze, co zakapowałam to to, że mamy tu do czynienia z sernikiem na zimno. Bez pieczenia. Znaczy... zakładając, że podkład macie już gotowy kupny, a nie pieczecie sami wcześniej. Serek do sernika był bez wątpienia kremowy - zrozumiałe, ponieważ obecna kultura japońska wyrosła na wzorcu amerykańskim jeszcze w czasach ostatnich samurajów, więc próżno szukać u nich serników z mielonego twarogu. A ten zielony proszek... matcha, proszę państwa. Zmielona na proszek zielona, samurajska herbata, którą nie tylko fajnie jest pić w japońskiej ceremonii herbacianej, ale ostatnio panuje moda na dodawanie jej do różnych fajnych wypieków. Przyznam, że matcha jako produkt cukierniczy średnio mnie przekonywała, ze względu na swój specyficzny aromat. Mocny i bezkompromisowy, sama kwintesencja tego, czym jest japońska herbata. Pomijając fakt, że jest bombą witaminową, bardzo łatwo matcha zabić smak całej reszty potrawy, więc do czegokolwiek dodajecie ten cudowny ekwiwalent zielonego barwnika żywności - czyńcie to z rozwagą.
Mieliśmy więc zidentyfikowany serek, crust, czyli spód z maślanego kruchego ciasta szkockiego i matcha. Ale co to za smołę dodawano dla uzyskania ciemnej barwy spodu i sera - za Chiny Ludowe zgadnąć nie mogłam. Dopiero po dokopaniu się do japońskiej strony z przepisem i przepuszczeniem jej przez translator, dowiedziałam się, że użyto tu ziaren czarnego sezamu (u nas najczęściej spotykanego jako ozdoba sushi) i pasty z tychże ziaren, bardzo popularnej ostatnio do wykonywania wypieków w Japonii. Zresztą u nich to żadna nowość, podczas gdy u nas... no ilu z was wie o czym piszę i wogóle miało kontakt z tym produktem? Założę się, że na tyle mało, że mamy teraz przed ekranami całe rzędy szeroko otwartych z zaciekawienia oczu. Chociaż w sumie mogliście ją jeść nawet, a nie wiecie o tym:) Pasty z czarnego sezamu nie dostaniemy w supermarkecie tak samo jak syropu złocistego z prawdziwego zdarzenia. Nawet i w sklepach z azjatycką kuchnią bywa problem. Można co prawda zrobić własnoręcznie, ale takiej gładkości i jedwabistości pyłu, jaka jest potrzebna by zgrała się nam z gładziutkim serkiem, nie uzyskamy w żadnym moździerzu. Może w food procesorze, który też jednak nie stanowi standardowego wyposażenia każdej kuchni... tylko w sumie po co się mordować, skoro całkiem tanio można ją zamówić przez internet?Szczególnie do jednego, testowego wypieku, by sprawdzić z czym to się je i jak farbuje. Robi na ciemno-szaro, ale za to smacznie:)
No, ale skoro mamy już czwarty składnik z tych tajemniczych, reszta wydawała się zupełnie do oswojenia. Cukier, ekstrakt z wanilii, śmietanka, mleko kondensowane... i gotowe. Niejaki problem mógłby się pojawić w przypadku wymaganych trzech nieokreślonej wielkości kawałków ciastka shortbread ( u nas w sklepach sprzedawanych jako małe ciasteczka deserowe, a nie coś, co można wrzucić na spód ciasta jak Petitki), ale umówmy się - zrobicie sobie blaszkę z mego przepisu na doskonały, prosty shortbread, użyjecie połowę, resztę i tak pochłonie zachwycona rodzina. Nie zmarnuje się absolutnie nic.
Pasta sezamowa, ciastko maślane, matcha... co za bomba smakowa z tego wychodzi? Jedno słodkie, drugie na wskroś szkockie, trzecie niemal ostre... ale jakimś dziwnym sposobem zgrało się ze sobą, chociaż musiałam już od początku zmieniać proporcje, bo pasta z czarnego sezamu w oryginalnym przepisie była inna niż moja, bardziej płynna i japońska niż to, co zakupiłam. Jednak w smaku zdecydowanie musiało być to samo. No i tortownicę miałam większą niż zalecana.
Hell, tysiące rzeczy w tym przepisie mogły nie wyjść i bez bicia przyznam się, że dwa razy ratowałam się jak mogłam, gdy nagle mi coś nie wychodziło jak powinno, nie mając dosłownie żadnej podpory w komentarzach do tekstu, bo ich zwyczajnie nie było. Udało się! Wyzwanie przyjęłam, dokonałam i czuję się z tego powodu tak cholernie dumna i pewna siebie, że zacznę chyba zerkać łakomym okiem na kolejne, niezwykłe, japońskie połączenia smaków, które nie są dobrze już znanym sushi.
A Sernik-san, jak smakuje? Nie jest przesadnie słodki. Niezwykle odświeżający, dzięki matcha, śliczny kolorystyczne, spód świetnie się trzyma razem dzięki paście i ziarnkom czarnego sezamu, a połączenie tych dwóch smaków też daje niezwykłe wrażenia. Gładkość serka i chrupkość spodu, wyskakujące niewiadomo skąd maślane wspomnienia shortbread'a, schowane w większych okruszkach w cieście...
Bajka. Japońska poezja, albo jeden z tych ich ślicznych obrazów jak mgłą malowanych. Takie odnoszę wrażenie, próbując serniczka na nowo za każdym razem. Tak więc jeśli szukacie czegoś, co zachwyci i zaskoczy jednocześnie - polecam Sernik-san. Pod warunkiem, że zjecie go do końca najpóźniej w dzień po pokrojeniu. Mgły też nie są wieczne, a i płatki kwiatów wiśnie nie spadają w czasie święta Hanami dłużej, niż jest im przeznaczone. Krótki lot, zachwyt... a potem wspominanie.
I tak należy również potraktować ten japoński sernik marmurkowy. Zapraszam do zapoznania się z nim i bez obawy... zepsuć go, wbrew pozorom, naprawdę ciężko:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na tortownicę o średnicy 16cm):
Spód:
180-200g kruchego ciasta typu shortbread (najlepiej zrobić je z tego przepisu)
1 łyżka ziaren czarnego sezamu
2 i 1/2 łyżki pasty z czarnego sezamu (moja, kupna, była bardzo skoncentrowana i gęsta. Jeżeli macie nieco bardziej płynną, należy zacząć dodawanie jej od 1 łyżki i powiększać jej ilość dodawaną do pokruszonych kawałków ciastka do momentu uzyskania odpowiednio ciemnego koloru)
1 łyżka stopionego masła
Masa sernikowa:
170g serka kremowego (najtaniej będzie wam go zrobić z tego przepisu)
280g słodzonego mleka kondensowanego
50ml śmietany kremówki 30%
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżki proszku z zielonej herbaty - matcha
2 łyżki pasty z czarnego sezamu
1 łyżeczka soku z cytryny
Bita śmietana i listki mięty do dekoracji
Wykonanie:
Wypiekamy ciasto kruche shortbread, zgodnie z przepisem. Studzimy całkowicie, odmierzamy potrzebną ilość i wrzucamy do miski.
Do drugiej miski wsypujemy ziarno czarnego sezamu i rozcieramy go jak najdrobniej.
Za pomocą tłuczka z kulką na końcu kruszymy ciastko do formy proszku, zostawiając i większe okruchy, by przyjemnie nam pochrupywały w cieście. Łączymy okruchy z rozdrobionym czarnym sezamem.
Dolewamy do masy stopione masło, starannie mieszamy.
Na koniec dodajemy pastę z czarnego sezamu i mieszamy wszystko razem do momentu aż spód nabierze ciemnej barwy, a pasta całkowicie połączy się z okruchami i masłem, nabierając konsystencji grubego, mokrego piasku.
Tortownicę o średnicy 16cm wykładamy folią aluminiową aż po brzegi.
Przesypujemy do niej kruchy spód sezamowym i ugniatamy przy użyciu łyżki, mocno przyciskając crust do spodu i profilując tak, by lekko zachodził na boki.
Tortownicę ze spodem odstawiamy na bok, przystępując do właściwej masy sernikowej.
Serek kremowy wrzucamy do miski i roztrzepujemy mikserem.
Po trochu dolewamy mleko kondensowane, cały czas miksując masę.
Dolewamy na koniec ekstrakt z wanilii i sok cytrynowy, raz jeszcze miksujemy.
Ubijamy śmietankę kremówkę z cukrem pudrem na sztywną pianę, dodajemy ją do masy serkowej, ostrożnie mieszamy wszystko razem przy pomocy łyżki.
Dzielimy masę sernikową w stosunku 2:1 czyli 1/3 przekładamy do jednej miski, w drugiej zostawiając 2/3.
Do jednej trzeciej dodajemy proszek matcha i starannie mieszamy.
Do pozostałego serka dodajemy pastę sezamową i również mieszamy starannie, do uzyskania gładkiej masy bez grudek.
Na gotowy spód nakładamy najpierw 4 łyżki zielonego serka w kształt kwadratu, nie rozcierając go, potem kładziemy 4 łyżki ciemno-szarego serka, uzupełniając dziury. Następnie kładziemy kolejno łyżki zielonego i szarego serka na przemian, tym sposobem wykładając całe nadzienie sernikowe na spód. Ostatnią łyżką wygładzamy wierzch sernika.
Sernik wkładamy do lodówki na co najmniej 6 godziny lub na całą noc, by porządnie stwardniał.
Gotowy, kroimy, przyozdabiając każdy kawałek tuż przed podaniem kleksem bitej śmietany, listkiem świeżej mięty i wiórkami zmiażdżonego czarnego sezamu lub ciemnej czekolady.
いただきます!
(itadakimassu)
Smacznego!
--------------------------------------
Ingredients (for 16cm cake tin):
Crust:
180-200g of shortbread (please check this recipe for a homemade, easy shortbread)
1tblspn of black sesame seeds
2 and 1/2 tblspn of black sesame paste (mine was really condensed and hard, but if you have somewhat softer or having a liquid form, you might want to start from 1tblspn, adding more to the crust depending of the colour you achieve with this amount)
1 tblspn of melted butter
Cheesecake filling:
170g of homemade cream cheese (from this recipe)
280g of sweet condensed milk
50ml of heavy cream
1 tsnp of vanilla extract
2 tblspns of matcha powder
2 tblspns of black sesame paste
1 tspn of lemon juice
Whipped cream and fresh mint leaves for decoration.
The making of:
Bake a shortbread according to this recipe. Cool it completely, measure the necesarry quantity and relocate it to a bowl.
Put the black sesame seeds into another bowl and crush it nicely.
Crush the shortbread as well, into the small pieces, leaving some bigger ones, so it crunched pleasantly while you eat the cheesecake. Then mix it with the crushed black sesame seeds.
Add melted butter, mix it well.
Add black sesame paste and mix it again so the crust becomes dark with it and the whole consistence become similar to the one that the wet sand has.
Put a sheet of aluminium foil into the cake tin from bottom to the rims.
Pour the crust inside and preasure it, using the spoon, flattening to the bottom and some to the sides.
Set the cake tin aside, while you prepare the cheesecake filling now.
Pour the creme cheese into a bowl and mix it with a hand mixer nicely.
Add the condensed milk little by little, while still mixing.
Add vanilla extract and lemon juice, mixing it once again.
Prepare the whipped cream out of heavy cream and some confectionar's sugar. Add it to the cheesecake filling and gently mix, using a spoon, with the rest.
Divide the filling in proportion 2: 1. That means you have to put 1/3 of the filling in one bowl and leave 2/3 of the filling in the other one.
Add matcha powder to the 1/3 of the filling and mix it profoundly.
Add the black sesame paste to the other part of the filling and also mix it nicely, so the filling was smooth.
On the awaiting crust put first: 4 tblspns of matcha filling in the shape of a square, do not flatten them. Then put 4 tblspns od sesame cheesecake, filling the holes between the green ones in the bottom. Then, one by one, put sesame and matcha filling interchangeably until the tin is full and nothing of the fillig is left in the bowls. With the last spoon of the filling, smooth the top of cheesecake.
Put the cheesecake into the fridge for at least 6 hours or overnight, to harden it.
When it is ready, serve it, decorating every individual piece just before serving it with a splash of whipped cream, fresh mint leaf and some of black sesame or dark chocolate shreds.
いただきます!
(itadakimassu)
Cheers!
niedziela, 4 września 2016
Domowy serek kremowy/Homemade cream cheese
Załapałam fazę na sernik jakieś dwa tygodnie temu. Nie w ten sposób, że śnił mi się co noc, czułam jego zapach dosłownie wszędzie i jak się to często dzieje w przypadku, gdy się na czymś mocno zafiksujesz, wszystko mi się z nim kojarzyło do tego stopnia, że niemal widziałam go na ulicy, wołającego z każdej witryny cukierni "Kup mnie!". Nie. To by była naturalna kolej rzeczy, że w końcu ulegam takiej długofalowej ciągocie z bez wątpienia przyrodzonym mi wdziękiem. Ja, jako dusza wybitnie rogata, jak zwykle zrobiłam to po swojemu. Któregoś wieczora po prostu mnie pierdzielnęła chęć na sernik. Jakikolwiek, chociaż tak w sumie to nie bardzo na polski. Akurat sobie przeglądałam opowiadania z cyklu "Chłopcy" i tam gdzieś mi się przewinął sernik, jaki jadła Dzwoneczek. Najprawdopodobniej ze Starbucks'a, ale akurat w to się nie miałam chęci zagłębiać. Ważniejszym od tego, jaki konkretnie to był sernik i z jakim wzorkiem na wierzchu, był fakt, że to sernik na serku kremowym, bo jak sieciówka amerykańska to przecież polskiego sernika nie będą podawać. Żadnych serów, nie ważne ile razy mielonych, zawsze będą zbyt ziarniste. Sernik rodem z hameryki. Następnie jedno doprowadziło do drugiego, zanim się obejrzałam miałam usta pełne śliny i już wiedziałam, że jakikolwiek wypiek powstanie w najbliższej przyszłości, będzie wymagał tego gładziutkiego serka. A więc będzie sernikiem w mniejszym lub większym stopniu i zaspokoi moje szurnięte pragnienie.
Nie, nie jestem w ciąży, to nie jest zachciewajka. Po prostu strasznie zachciało mi się sernika typu nowojorskiego. Nie mówcie, że wam się coś takiego nie trafia, hm?
No, niby, żaden problem. Sernik wymaga serka i paru innych rzeczy. Pójdę do sklepu, kupię i zrobię. Niby nic. Ale, wiecie, mimo różnicy w konsystencji sera twarogowego i kremowego, ważą niemal tak samo. I jak na sernik polski kupowałabym jakiś kilogram za zwyczajną, serną cenę, to kupienie kilograma serka kremowego już by zabolało. Mało tego. Za liche 200g z których nie zrobimy pełnowielkościowego ciasta, trzeba zapłacić tyle, że w sumie niektórym przechodzą zachcianki na samą myśl o ok. 10 złotych wywalonych na sam ser, a gdzie, przepraszam reszta, inni się zadowalają zwykłym twarogiem i na tym się kończą różne egzotyczne chciejstwa. A przecież nie powinno tak być! Żyjemy w czasach, kiedy w sklepach nie mamy na półkach wyłącznie octu, a dobra luksusowe można dostać wyłącznie w Baltonie za ciężkie dolary. Jest więc i ten serek kremowy w lodówkach w każdym sklepie. Ale najwyraźniej producent uznaje, że Polak użyje go tylko do kanapek, a do kanapek 200g wystarczy. O tych, co ambitnie chcą pojechać dalej, raczej się nie myśli. Solidarnie będziemy, kurna, żreć wyłącznie rodzimy, polski produkt, a jak się komu chce nowości, to do restauracji, won. Albo za granicę. Takie coś, takie potężne śrubowanie cen morduje nie tylko chęci, ale i wenę dla wszystkich, którym nie tylko schabowy i nieśmiertelna szarlotka z lodami w głowie. Czasem potrzebują... sernika z serka kremowego, no!
Ale za taką cenę...
Za taką cenę, to ja, wkurzona, przypomniałam sobie, że rzucił mi się w oczy niedawno przepis na serek kremowy robiony domowym sposobem. Tańszy. Smaczniejszy, bo bez zagęszczaczy i polepszaczy smaku i tak absolutnie prosty, nie wymagający niczego, poza czasem. Czemu nadal się zastanawiam i pieklę na ceny, skoro po dokonaniu prostych obliczeń, wyjdę na plus z podwójną ilością serka robionego w domu, w porównaniu do mizernych dwustu ubitych na kamień maszynowo gramów ze sklepu i zdecydowanie o wiele mniej za to zapłacę, niż gdybym miała całość kupić w sklepie.
Ominęłam więc dział serków kremowych, wyszukując przepis na internecie, zamarłam z zaskoczenia na widok listy składników i... chwyciłam wiaderko litrowego jogurtu. A potem w aptece - gazę.
Reszty domyślić się już łatwo. Ser się robił już po 10 minutach od powrotu do domu. Sam. A ja cała zadowolona czekałam na rezultaty, które, jak się okazało po 36 godzinach okazały się spektakularne.
Żadnej chemii. Żadnej soli, którą tak polscy producenci lubią dodawać do serka kanapkowego (przekonani, że każdy Polak weźmie go z zamiarem użycia na kanapce). Ba, żadnego miksera, masła, śmietan, dodatków... nic. Tylko lodówka. Tylko gaza, jogurt i grawitacja, która za ciebie wyciąga z jogurtu serwatkę, zostawiając w gazie dokładnie to, co znamy jako serek kremowy. Tak jest! Serek kremowy to jogurt pozbawiony serwatki. I za ten prostacko zwykły pomysł każą nam przepłacać? Nigdy więcej.
Szczególnie, że z 1 litra jogurtu wyszło mi prawie 400g serka. Przeliczając więc... nie, nie jestem dobra w matmie. Przejdźcie się do sklepu i dla rozrywki zobaczcie ile zapłacicie za litr jogurtu w porównaniu do cen serków typu Filadelfia i President. Rezultaty was zaskoczą i to bardzo pozytywnie:)
Serek, jak widać na poniższym zdjęciu, wychodzi śliczny. Bielutki. Tłuściutki. Mógłby być piękniejszy, gdybym nie robiła go z zamiarem przerobienia potem na sernik. Mógłby. W przepisie poniżej macie sposób, jak uczynić go małym, cudownie ukształtowanym dziełem sztuki. Ale ci, co im tylko serniki w głowie, wyrzucą zawartość gazy już po procesie produkcyjnym wprost na wagę, odważą właściwą ilość na ciasto, a resztę pożrą łyżkami błogosławiąc się za rozum i oszczędność. A smak? Poezja nie smak. Troszkę podobnie smakuje do Bielucha, ale lepiej. Bogatsza nuta, przyjemniejsza jedwabistość... jeśli nie zjecie w serniku, to zdecydowanie na chleb też się nie dostanie. Prosto z gazy do ryjka, słowo. O ile nie macie mocnego samozaparcia, znaczy się:)
Same plusy, miśki. Jeśli więc wasze chęci na serniki wytrzymają półtorej doby, to problem ceny serka kremowego zupełnie przestanie was dotyczyć. Pojawi się pewnie problem z dodatkowymi centymetrami w biodrach, ale, warto zaryzykować i raz na jakiś czas rozpieścić siebie samego. Ci, co dyktują ceny w sklepach wystarczająco dużo robią, by nam nadwątlić samopoczucie, ale, jak to się mówi, gdzie bogowie zamykają drzwi, gdzieś indziej otwierają okna. To akurat otwarło się na innowację.
To co, wyłazimy?:)
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na 350-400g serka):
1 litr jogurtu naturalnego (ja wybrałam Jogurt Kuchmistrza z Mlekovity)
gaza (zakupiłam 3 opakowania metrowe, najtańsze i było w porządku)
Wykonanie:
Na durszlak wykładamy jedna po drugiej, 3 warstwy gazy. Każda rozłożona metrowa gaza składa się tak naprawdę z dwóch warstw, więc w sumie powinniśmy otrzymać izolację z 6 warstw gazy.
Pod sito wkładamy garnek lub talerz, ponieważ niemal od razu serwatka zacznie przeciekać.
Jogurt wylewamy na środek gazy.
Zbieramy ostrożnie jej końce, zwisające dotąd po bokach z każdej strony sita i zbieramy je ze sobą u góry w taki sposób by jogurt w gazie utworzył kształt woreczka. Już w tym momencie serwatka z jogurtu zacznie wyciekać kroplami na sito i do naczynia pod spodem.
Końce gazy związujemy mocno ze sobą przy pomocy długiego kawałka sznurka lub włóczki bezbarwnej. Następnie bierzemy wysokie naczynie (najlepiej gdyby miało ze dwa litry), oraz drewnianą łyżkę.
Korzystając z tego, że sznurka do wiązania gazy zostało nam jeszcze sporo, przywiązujemy go mniej więcej pośrodku rączki łyżki tak wysoko jak tylko się da, po czym wkładamy gazę z zawartością ostrożnie do wysokiego naczynia i opieramy łyżkę o jego krawędzie. Musimy przy tym pamiętać, by między dnem naczynia, a końcem gazy z jogurtem była przestrzeń wolna, ponieważ aby serek się utworzył, serwatka musi wycieknąć, a pozostałość podeschnąć.
Wysokie naczynie z gazą i łyżką wkładamy do lodówki na 24-36 godzin. Co jakiś czas należy kontrolować ilość serwatki na dnie i wylewać ją (najlepiej nie do zlewu, a do innego naczynia, by użyć do czego innego, ponieważ jest bardzo zdrowa), ponieważ tworzący się serek nie może w niej być zanurzony.
Po 36 godzinach, gdy przy ostatnim wylewaniu serwatki było jej znacząco mało, przenosimy naszą gazę ponownie na sito. Odcinamy gazę ze sznurkiem i ostrożnie rozchylamy warstwy, zaczynając od najwyższej. Delikatnie odciągamy gazę z boków powstałego serka kremowego, a potem przenosimy go do naczynia, skąd będziemy go wybierać i używać.
Ponieważ mój serek powstał z przeznaczeniem na użycie w serniku, nie dbałam zbytnio o wygląd zewnętrzny produktu i swobodnie wybierałam rozmaite kawałki powstałego serka z górnej warstwy, a potem z dolnej, gdzie jak się okazało, było go najwięcej i przekładałam do miski. Jeżeli zależy nam jednak na równiutkiej łezce albo kształcie babeczki lub równego kręgu, w dodatku z wzorkiem gazy na wierzchu, możemy wyścielić kokilkę ponownie dwoma warstwami gazy, starannie układając ją na dnie i po bokach, wyłożyć do środka serek, przyciskając go, by zawierał jak najmniej powietrza, następnie przykryć krążkiem wyciętym z folii o średnicy kokilki, docisnąć i włożyć ponownie do lodówki na kilka godzin.
Po tym czasie zdjąć plastik, ostrożnie odwrócić kokilkę na talerz do góry dnem, wyjąć serek w gazie i ostrożnie ją ściągnąć. Otrzymamy serek z ozdobną, koronkową siateczką na wierzchu i w pożądanym kształcie, gotowy do zachwycania nim gości.
Proponowany przepis służy do wykonania serka kremowego o naturalnym smaku. Zawsze jednak można go dosolić, dodać przypraw, szczególnie, jeżeli ma służyć do jedzenia z pieczywem, a nie do pieczenia sernika. Dosmaczamy go na etapie formowania, gdy pakujemy go do kokilki.
Smacznego!
-----------------------------
Ingredients (for about 350-400g of cream cheese):
1 litre of natural yoghurt
1 cheesecloth
The making of:
Put 3 layers of cheesecloth on the collander. Each layer consists of 2 parts, so all in all you will have 6 layers of cheesecloth.
Put a dish under the collander, for the whey starts to drop throughout the cheesecloth almost imediatelly.
Pour the whole yoghurt in the middle of cheesecloth layers.
Gather all the outside parts of cheesecloth and gather them together, creating a kind of sack, with a yoghurt inside. The wey should start to drop like now.
Tie the ends of cheesecloth with a twine. Then prepare a wooden spoon and a high dish (2litre for instance).
Tie the cheesecloth with the same twine to the wooden spoon, in the middle of a handle, then put the sack into the high dish and rest the spoon on the edges. Remember that there has to be a space left between the bottom and the end of sack, for if the cream cheese is ought to create, the whey must flow out and the remaining part of yoghurt dry and harden apart of it.
Put the dish with cream cheese-to-be into the fridge for 24-36 hours. Check it from time to time to pour the whey into the separate dish (do not throw it away, it is good for your health), for the cream cheese cannot flow in it.
After 36 hours have passed, remove the dish from a fridge, and relocate the cheesecloth again into the collander. Cut out the top part of cheesecloth and carefully uncover the cream cheese. Remove it from your homemade cream cheese and put the cheese into the dish you will be using it of.
Now, I created my homemade cream cheese exclusively for a cheesecake, so I did not bother with its look, just the taste, so I removed it just because from its cheesecloth and put it into the bowl, and that was the end of a job. But if you want it to look nicely, and have a shape of a tear or like a little, even circle, with a lacey pattern on the surface, there are some more things to do.
In this case you should put like two clean layers of cheesecloth into the ramekin or any dish you want to shaped your cream cheese, then put the cream cheese inside, pressing it gently, so there was no air bubbles left. Then cover it with a foil circle having the same diameter as the dish, preasure it gently again, and put into the fridge for another couple of hours.
Then remove the foil circle, turn the dish upside down to remove the cream cheese together with cheesecloth, then peel it off gently. And there you have - a pretty, little homemade cream cheese, looking all fine and dandy.
Using this recipe you will get a cream cheese having the natural flavour. No salt, no seasoning. But you can always give it your desired flavour, especially when you want to eat it with bread, not use it to any cheesecake. In that case all the seasoning should be added during the process of putting the cream cheese into the dish of the desired shape, and you will receive a cream cheese with a flavour of your choice.
Cheers!
środa, 31 sierpnia 2016
Domowy popcorn karmelowy/Homemade caramel corn
Z czym wam się kojarzy kino? No, przede wszystkim filmy. To byłaby prawdopodobna odpowiedź 90% z was. 100% by tak odpowiedziało 20 lat temu, kiedy nie było jeszcze innych źródeł oglądania nowości z Fabryki Snów, potwornie spóźnionych, czasem o całe lata (macie pojęcie, że "Star Wars - Nowa Nadzieja" zadebiutowały w Polsce 2 lata po premierze w Stanach, czyli w 1979 roku, a plakat informujący o wyświetlaniu "Powrót Jedi" widziałam na własne oczy w jakimś 1986-87 roku w Rymanowie Zdroju jako 9-latka? Również 3 lata w plecy! Ale cóż się dziwić, Polska w tym czasie ledwie przestała traktować wszystko, co nie jest z bratniego ZSRR jako zło wcielone i nowe filmy dochodziły i do nas. Spóźnione jak czort, ale jednak.) Teraz mamy internety i wszystko, co ze sobą sprowadziły (nie tylko szeroki i łatwy dostęp do porno:P), więc i filmy, które gdzieś już wcześniej miały premierę, można, przy odrobinie wysiłku zobaczyć je wcześniej mało legalnie, a nie po kilku miesiącach w majestacie prawa. Co prawda ustrojone w polską flagę i nieśmiertelny głos Szyca, Adamczyka, Kożuchowskiej, albo ultrapopularnego Kota (najmniej winnego spośród wymienionych; uwielbiam jego Ryśka Riedla. Za "Skazanego na Bluesa" i "Bogowie" jestem mu w stanie wybaczyć naprawdę wiele). Rzecz ważka szczególnie dla tych, którzy fizycznie cierpią słysząc polski dubbing, i tęskniąc do anglojęzycznych żartów, jakie zarzyna ów już na wstępie, że tak przywołam wspomnianą już we wcześniejszych felkach przysłowiową "twoją starą" z któregoś nowego "Batmana".
Nie ujmujmy jednak niczego polskim kinom obecnie, poza wzmiankowanym dubbingiem. Poza filmami, niektórym kojarzy się z ekscytującym obmacywaniem się w ostatnim rzędzie, innym z ucieczką od sprawdzianu w szkole, gdy przypadkiem wypadło jakieś święto i robi się wielki spęd na jakieś dzieło historyczne. Od parunastu lat kojarzy się również z popcornem. Kinowym żarciem, które niektórzy wciągają jak powietrze w płuca, nie myśląc nawet o tym, że to robią, pełnymi garściami, a potem macają dno pudełka i spoglądają w szoku najpierw na pustą tekturkę, a potem na ekran, gdzie minęła ledwie 1/3 filmu, z wyrzutem, jakby to ten tam, główny bohater zeżarł ci przekąskę. Taaa... popcorn też się kojarzy. Szybciej nawet niż seks w tylnym rzędzie i dwudziestominutowe reklamy, jako piekielnie irytująca gra wstępna.
Kukurydza prażona, o niej to bowiem mowa, choć u nas dopiero stanowi rzeczywistość kinową (i super przepłaconą) od tych nastu lat, za wielką wodą siedzi w kinach, jako przekąska filmowa od wczesnych lat dwudziestych XX wieku. Ale tak naprawdę, jak większość amerykańskich przysmaków, przybyła z innego rejonu, by cieszyć zmanierowane podniebienia imigrantów na nowej ziemi, mających się za naród wybrany:) Pochodzi z Ameryki Południowej, gdzie jej ziarna znajdowano w trakcie wykopalisk archeologicznych, wśród pozostałości po kulturze inkaskiej i azteckiej. Jedzono ją ponoć na codzień, co w sumie nie dziwi, bo kukurydza to strasznie fajny wynalazek, jakkolwiek się ją przyrządzi.
Koledzy Amerykanie zrobili jednak po swojemu. Najpierw co prawda i oni potraktowali popcorn śniadaniowo, ale potem ktoś wymyślił, by ją pomieszać z molasą i orzeszkami i podać ludziom wgapionym w srebrny ekran. I tak właśnie powstał Cracker Jack - praojciec dzisiejszego junk food. Jak łatwo sobie wyobrazić, następny krok w postaci oddzielenia kukurydzy i zmieszania jej z masłem i solą był tylko kwestią ulubionego amerykańskiego pędu do ułatwiania sobie życia. No i orzechów może nie lubić więcej ludzi. Kukurydzę kocha prawie każdy.
Popcorn przylazł więc do kin i już tam został, przybierając rozmaite odmiany smakowe. Najpopularniejsza, w tym i u nas w kraju, to ta z solą i umaślona. Jednakże dosyć szybko ktoś doszedł do wniosku, że Cracker Jack bez orzechów, ale z samym dodatkiem słodyczy będzie ciekawy - i trafił w dziesiątkę, dodając do popcornu stopiony cukier i osiągając zupełnie nowy poziom przekąski.
Ja bym temu komuś chętnie postawiła pomnik i maiła mu czoło listkami laurowymi do końca życia za umilenie mi mego, jako swemu bóstwu - na równi z tym, kto wymyślił brownie i pierwszy raz zmieszał zgniłe liście herbaciane z gorącą wodą, uzyskując mój ulubiony napój - herbatę. Popcorn karmelowy po raz pierwszy jadłam w towarzystwie swego obecnego męża trzynaście lat temu na nocce filmowej Władcy Pierścieni w Heliosie i pamiętam przede wszystkim swój zaskoczony zachwyt w temacie - jakie to dobre! To... i Viggo Mortensena... rozmarzenie, mode on:D
Powiada się, że ten pierwszy raz zapamiętuje się na zawsze, jako najwspanialszy na świecie. W większości przypadków tak jest, przynajmniej jeśli chodzi o ulubione jedzenie i kultowe filmy lub książki, które zostają z nami do końca życia. Jednak ja to bestia, wredna i marudna, przynajmniej w kwestii wymogów co do tego, co daje mi energię do dalszego, optymistycznego spijania śmietanki z życia (nawet jeśli czasem z lekka ona kwaśnawa). Popcorn z karmelem wciągnęłam hurtowo, garściami, mlaszcząc i mrucząc jak kot nad indyczą wątróbką, ale do dzisiaj pamiętam ile się namarudziłam, że te ziarnka tak mało karmelowe. Że ledwie poświęcono kropelkę lub dwie, nie obtoczono żadnego fragmentu konkretnie. Nagrzebać się trzeba było w kubełku żeby dopaść jedno skarmelizowane zupełnie, a potem stoczyć na niby walkę z drugą połową, w temacie, kto będzie tym szczęśliwcem, który je zje. Nie zawsze wygrywałam, czasem charyzma i piękny uśmiech ustępują sile całusów i sprytowi samczemu... niemniej po tym pierwszym kubełku były kolejne, na kolejnych filmach, których z moim Dudkiem obejrzeliśmy wielką ilość przez te lata. I tak jak jakość kina sf z biegiem lat wcale się nie poprawiała, tak, ku memu smutkowi, cena popcornu karmelowego rosła odwrotnie proporcjonalnie do ilości karmelu w kukurydzy. Za mało tego dobra, raz nawet je przypalili, zmuszając mnie do zwrócenia kubełka i wymiany zawartości... no i w końcu powiedziałam "dość". No bo przecież, skoro za przekąski w kinie płacimy często tyle samo ile za sam bilet do kina, to mam chyba, kurna, prawo za tę cenę żądać właściwej jakości!
Ale kina oszczędzają. Wolą dać mniej karmelu, ledwie maźnąć tu i tam, bo przecież Polak się nie upomni, tylko pokornie zje to, co mu dają. A możnaby otworzyć ryj, wznieść głos w proteście... a potem, widząc, że jest się samemu, machnąć ręką i ruszyć do kuchni. Skoro Multipleksy mają mnie w nosie jeśli chodzi o jakość, oferują bloczek reklamowy długości 1/3 filmu i pseudo-karmelowy popcorn na osłodę, to ja mogę mieć w nosie ich, zrobić sobie w nieprawdopodobnie krótkim czasie prawie kilo popcornu karmelowego lepszej jakości i o wiele tańszego... i tylko problem będzie z przemyceniem go na salę kinową, ale też się da.
Wszystko się da, trza tylko mieć chęć i motywację! Powiem wam, że zostające w kieszeni 30 zeta naprawdę motywuje:)
Nie szukałam długo. Już parę lat temu trochę tych przepisów kursowało po sieci o rozmaitym stopniu trudności. Wzięło się nieco z tego, nieco z tamtego, tu i ówdzie dodało własny twist i tym oto sposobem oferuję wam swój, sprawdzony przepis na domowy popcorn karmelowy, który udaje się zawsze - o ile tylko przestrzega się wskazówek przy gotowaniu karmelu - jest źródłem nieziemskiej satysfakcji, oszczędności, przy każdej wyprawie do kina, jeżeli, rzecz jasna, jesteśmy wielkim fanem tego przysmaku i pozwala zagrać na nosie oszczędnej ekipie przygotowującej przepłacone żarcie. Fuck the system! Do yourself! Make popcorn, not money! Yhmmm... dobra, to ostatnie to nie bardzo, ale pierdolenie systemu, jak najbardziej. Przy udziale kukurydzy, jako eksperyment, te pomysły, które przychodzą do głowy... wow, robię się świńska:)
A zatem, zanim wkroczę na bagniste obszary BDSM przy użyciu gadżetów z produktów spożywczych, zapodaję wam przepis na popcorn karmelowy, łatwy i szybki do zrobienia w domu. Bez termometru cukierniczego i zbędnych dodatków, wyłącznie obserwując proces gotowania cukru.
Ilość otrzymanego karmelu można regulować, rozprowadzić go sobie po kukurydzy, jak się chce. Dać mniej popcornu, więcej karmelu na mniejszą porcję i mieć dokładnie każde ziarnko utytłane w nim. Ja wolę jednak mieć proporcje pół na pół tak, by tę słodycz przegryźć raz po raz czymś wytrawnym.
Każdy jednak dokona tak, jak lubi. To jest właśnie w tym przepisie piękne. Wy decydujecie ile, gdzie i w jakiej proporcji, a nie maszyna i oszczędność obsługi kina za was. I to o to przecież chodzi, nie? By się cieszyć tą przekąską w kinie i nie myśleć, że potwornie się przepłaciło za coś, co nie jest tego warte. Narzekajmy lepiej tylko na filmy, a skoro możemy wpłynąć na to, co pochrupujemy na sali kinowej, niech ten wybór będzie jak najbardziej właściwy. A zatem...
Na miejsca, kamera, akcja!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (porcja porównywalna wielkością do "średniej" w kinach):
700g świeżo uprażonego popcornu (w surowych ziarnkach będzie to ok. 100-120g)
1 szklanka cukru
1/3 szklanki wody
szczypta soli
1 łyżka masła
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
Wykonanie:
Popcorn prażymy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy przesypujemy do głębokiej, natłuszczonej miski. Nie solimy.
Cukier, sól, wodę, ekstrakt i masło rozpuszczamy w garnuszku o grubym dnie na małym ogniu, mieszając.
Następnie odrzucamy łyżkę precz i zostawiamy masę w spokoju - będzie się gotować sama. Pod żadnym pozorem nie próbujcie jej tykać łyżką, póki nie będzie gotowa, bo karmel się gotów zcukrzyć lub przypalić! Nie mieszamy! Nie poganiamy! Nie sprawdzamy panicznie, czy nic nie przywiera, bo nie będzie przywierać! Jedyne, co wolno nam zrobić to zmieniać ustawienie garnka na gazie tak, aby masa równo się gotowała, czyli bąbelki obejmowały całą powierzchnię mieszaniny, a i to ostrożnymi ruchami.
Etapy gotowania karmelu:
1. rozpuszczone składniki zaczynają się podgrzewać
2. pojawiają się pierwsze, drobniutkie, białe bąbelki tu i ówdzie, które ostatecznie w większej ilości grupują się w miejscach mocniej ogrzewanych. Ponieważ jednak chcemy by karmel zrobił się nam w całym garnku ze wszystkiego, a mieszać nie wolno, kręcimy garnkiem tak, by cały spód ostatecznie się równo nagrzewał i cała powierzchnia cieczy nam buzowała
3. bąbelki, drobne i białe do tej pory, robią się coraz większe
4. po czasie zależnym od tego, czy gotujemy karmel na małym czy na średnim ogniu (brońcie was bogowie przed dużym, bo się cukier spali, zamiast skarmelizować), tak na oko po upływie 10 minut do kwadransa, biała barwa bąbelków zacznie miejscowo robić się żółtawa. Od tego momentu nie spuszczamy z karmelu oka, ponieważ teraz to już kwestia minut, gdy jasny żółty pojawi się na niemal całej powierzchni, a potem nagle bąbelkująca masa otrzyma złotą barwę karmelu. W tym czasie zacznie również charakterystycznie pachnieć, więc należy czekać w pogotowiu z wyłączaniem gazu.
Gdy otrzymamy już bąbelkujące, pachnące karmelowo złoto w garnku, ściągamy karmel z ognia, natychmiast dosypujemy sodę oczyszczoną i szybko mieszamy do dna, uważając jak cholera bo pryska. Zaraza jest strasznie gorąca i kontakt wrzącego karmelu ze skórą z miejsca skutkuje bąblem.
Następnie pędem zalewamy karmelem popcorn w misce, łyżką rozprowadzając kukurydzę pod nim, by karmel jednolicie pokrył popcorn, aż do dna. Nie ma chwili do stracenia, ponieważ karmel zastyga tak szybko, że końcówka, którą zechcecie wydłubać z garnka, już będzie twarda.
Popcorn z karmelem wyrzucamy szybko na blachę wysłaną papierem do pieczenia, rozkładamy równomiernie, korzystając z tego, że na kukurydzy jeszcze jest ciepły i plastyczny i pozwalamy mu stygnąć.
Po jakichś 5-10 minutach, gdy jest już tylko ciepły, rozdzielamy zawartość blachy na pojedyncze ziarnka i popcorn karmelowy przesypujemy do miski, w której będziemy go serwować.
Najlepiej zjadać go od razu tego samego dnia, ale jeżeli nie damy rady, należy zakryć miskę folią (na przykład reklamówką) by nie było dostępu wilgoci z powietrza i tym sposobem popcorn będzie następnego dnia tak samo świeży jak tuż po zrobieniu.
Miłego seansu!
----------------------------------------------------------
Ingredients (equal to "medium" bucket of popcorn in the cinema):
700g of freshly made popcorn (100-120g of raw seeds)
1 cup of sugar
1/3 cup of water
a pinch of salt
1 tblspn of butter
1 tspn of vanilla extract
1/2 tsnp of baking soda
The making of:
Make a popcorn acc. to the instruction. Put it, freshly made into the deep, buttered bowl. Do not salt it.
Melt the sugar, water, salt, butter and vanilla extract in a small pot on a small fire, stirring until it is all mixed up.
Put the spoon down and do not touch it until the caramel is almost done. Do not rush the cooking, do not touch the mixed, cooking ingredients in a pot with it, and do not stir, for it all burns before caramelizing even begins! Just watch, how its making itself, without your help. All you are allowed to do is to shake delicately the pot once or twice in a while, so the caramel cooked evenly in the whole pot.
The stages of caramel cooking:
1. all the melted ingredients start to heat up
2. first, tiny, white bubbles appear here and there, grouping in a larger number where there is a hotter spot in a pot. We want it to appear on all the surface, but we cannot stir, so shake the pot a little bit, change its position on the stove, so all the pot bottom was heated up the same.
3. the tiny bubbles become bigger and buzz heavily
4. after approx. 10-15 minutes, depending on a fire you cook the caramel on, small or medium (do not cook it on a big fire, for you ruin the caramel before it event starts to cook!), the white bubbles start to become yellowish here and there. It is now only a minutes before the yellowish becomes really yellow on a whole surface, so watch it closely, until the caramel becomes golden and produces caramel fragrance.
When the moment comes, remove the pot from a fire, instantly add baking soda and stir it deeply, being very careful. It is hot as hell!
Pour the caramel quickly into the bowl of freshly made popcorn, spreading it as evenly as you wish on a whole surface of corn. You must do it really fast, for the caramel congeals really quickly, and the leftovers from the bottom of the pot may already by hard, as you are almost done with spreading the caramel on the popcorn.
Remove the caramel popcorn from a bowl to a baking tin with a sheet of baking paper on, and spread it on the surface evenly, so it cooled a bit.
After 5-10 more minutes when the treat is just warm, divide the seeds of caramel popcorn apart and pour it all into the bucket, from which you will serve it (or eat).
Caramel corn is best served the same day it was made, but if you wish to eat the part of it the next day, just cover the bucket with a sheet of foil (not to allow moisture from air have an influence on a dish), and the corn will stay as fresh as the day it was made.
Have a great show!
Nie ujmujmy jednak niczego polskim kinom obecnie, poza wzmiankowanym dubbingiem. Poza filmami, niektórym kojarzy się z ekscytującym obmacywaniem się w ostatnim rzędzie, innym z ucieczką od sprawdzianu w szkole, gdy przypadkiem wypadło jakieś święto i robi się wielki spęd na jakieś dzieło historyczne. Od parunastu lat kojarzy się również z popcornem. Kinowym żarciem, które niektórzy wciągają jak powietrze w płuca, nie myśląc nawet o tym, że to robią, pełnymi garściami, a potem macają dno pudełka i spoglądają w szoku najpierw na pustą tekturkę, a potem na ekran, gdzie minęła ledwie 1/3 filmu, z wyrzutem, jakby to ten tam, główny bohater zeżarł ci przekąskę. Taaa... popcorn też się kojarzy. Szybciej nawet niż seks w tylnym rzędzie i dwudziestominutowe reklamy, jako piekielnie irytująca gra wstępna.
Kukurydza prażona, o niej to bowiem mowa, choć u nas dopiero stanowi rzeczywistość kinową (i super przepłaconą) od tych nastu lat, za wielką wodą siedzi w kinach, jako przekąska filmowa od wczesnych lat dwudziestych XX wieku. Ale tak naprawdę, jak większość amerykańskich przysmaków, przybyła z innego rejonu, by cieszyć zmanierowane podniebienia imigrantów na nowej ziemi, mających się za naród wybrany:) Pochodzi z Ameryki Południowej, gdzie jej ziarna znajdowano w trakcie wykopalisk archeologicznych, wśród pozostałości po kulturze inkaskiej i azteckiej. Jedzono ją ponoć na codzień, co w sumie nie dziwi, bo kukurydza to strasznie fajny wynalazek, jakkolwiek się ją przyrządzi.
Koledzy Amerykanie zrobili jednak po swojemu. Najpierw co prawda i oni potraktowali popcorn śniadaniowo, ale potem ktoś wymyślił, by ją pomieszać z molasą i orzeszkami i podać ludziom wgapionym w srebrny ekran. I tak właśnie powstał Cracker Jack - praojciec dzisiejszego junk food. Jak łatwo sobie wyobrazić, następny krok w postaci oddzielenia kukurydzy i zmieszania jej z masłem i solą był tylko kwestią ulubionego amerykańskiego pędu do ułatwiania sobie życia. No i orzechów może nie lubić więcej ludzi. Kukurydzę kocha prawie każdy.
Popcorn przylazł więc do kin i już tam został, przybierając rozmaite odmiany smakowe. Najpopularniejsza, w tym i u nas w kraju, to ta z solą i umaślona. Jednakże dosyć szybko ktoś doszedł do wniosku, że Cracker Jack bez orzechów, ale z samym dodatkiem słodyczy będzie ciekawy - i trafił w dziesiątkę, dodając do popcornu stopiony cukier i osiągając zupełnie nowy poziom przekąski.
Ja bym temu komuś chętnie postawiła pomnik i maiła mu czoło listkami laurowymi do końca życia za umilenie mi mego, jako swemu bóstwu - na równi z tym, kto wymyślił brownie i pierwszy raz zmieszał zgniłe liście herbaciane z gorącą wodą, uzyskując mój ulubiony napój - herbatę. Popcorn karmelowy po raz pierwszy jadłam w towarzystwie swego obecnego męża trzynaście lat temu na nocce filmowej Władcy Pierścieni w Heliosie i pamiętam przede wszystkim swój zaskoczony zachwyt w temacie - jakie to dobre! To... i Viggo Mortensena... rozmarzenie, mode on:D
Powiada się, że ten pierwszy raz zapamiętuje się na zawsze, jako najwspanialszy na świecie. W większości przypadków tak jest, przynajmniej jeśli chodzi o ulubione jedzenie i kultowe filmy lub książki, które zostają z nami do końca życia. Jednak ja to bestia, wredna i marudna, przynajmniej w kwestii wymogów co do tego, co daje mi energię do dalszego, optymistycznego spijania śmietanki z życia (nawet jeśli czasem z lekka ona kwaśnawa). Popcorn z karmelem wciągnęłam hurtowo, garściami, mlaszcząc i mrucząc jak kot nad indyczą wątróbką, ale do dzisiaj pamiętam ile się namarudziłam, że te ziarnka tak mało karmelowe. Że ledwie poświęcono kropelkę lub dwie, nie obtoczono żadnego fragmentu konkretnie. Nagrzebać się trzeba było w kubełku żeby dopaść jedno skarmelizowane zupełnie, a potem stoczyć na niby walkę z drugą połową, w temacie, kto będzie tym szczęśliwcem, który je zje. Nie zawsze wygrywałam, czasem charyzma i piękny uśmiech ustępują sile całusów i sprytowi samczemu... niemniej po tym pierwszym kubełku były kolejne, na kolejnych filmach, których z moim Dudkiem obejrzeliśmy wielką ilość przez te lata. I tak jak jakość kina sf z biegiem lat wcale się nie poprawiała, tak, ku memu smutkowi, cena popcornu karmelowego rosła odwrotnie proporcjonalnie do ilości karmelu w kukurydzy. Za mało tego dobra, raz nawet je przypalili, zmuszając mnie do zwrócenia kubełka i wymiany zawartości... no i w końcu powiedziałam "dość". No bo przecież, skoro za przekąski w kinie płacimy często tyle samo ile za sam bilet do kina, to mam chyba, kurna, prawo za tę cenę żądać właściwej jakości!
Ale kina oszczędzają. Wolą dać mniej karmelu, ledwie maźnąć tu i tam, bo przecież Polak się nie upomni, tylko pokornie zje to, co mu dają. A możnaby otworzyć ryj, wznieść głos w proteście... a potem, widząc, że jest się samemu, machnąć ręką i ruszyć do kuchni. Skoro Multipleksy mają mnie w nosie jeśli chodzi o jakość, oferują bloczek reklamowy długości 1/3 filmu i pseudo-karmelowy popcorn na osłodę, to ja mogę mieć w nosie ich, zrobić sobie w nieprawdopodobnie krótkim czasie prawie kilo popcornu karmelowego lepszej jakości i o wiele tańszego... i tylko problem będzie z przemyceniem go na salę kinową, ale też się da.
Wszystko się da, trza tylko mieć chęć i motywację! Powiem wam, że zostające w kieszeni 30 zeta naprawdę motywuje:)
Nie szukałam długo. Już parę lat temu trochę tych przepisów kursowało po sieci o rozmaitym stopniu trudności. Wzięło się nieco z tego, nieco z tamtego, tu i ówdzie dodało własny twist i tym oto sposobem oferuję wam swój, sprawdzony przepis na domowy popcorn karmelowy, który udaje się zawsze - o ile tylko przestrzega się wskazówek przy gotowaniu karmelu - jest źródłem nieziemskiej satysfakcji, oszczędności, przy każdej wyprawie do kina, jeżeli, rzecz jasna, jesteśmy wielkim fanem tego przysmaku i pozwala zagrać na nosie oszczędnej ekipie przygotowującej przepłacone żarcie. Fuck the system! Do yourself! Make popcorn, not money! Yhmmm... dobra, to ostatnie to nie bardzo, ale pierdolenie systemu, jak najbardziej. Przy udziale kukurydzy, jako eksperyment, te pomysły, które przychodzą do głowy... wow, robię się świńska:)
A zatem, zanim wkroczę na bagniste obszary BDSM przy użyciu gadżetów z produktów spożywczych, zapodaję wam przepis na popcorn karmelowy, łatwy i szybki do zrobienia w domu. Bez termometru cukierniczego i zbędnych dodatków, wyłącznie obserwując proces gotowania cukru.
Ilość otrzymanego karmelu można regulować, rozprowadzić go sobie po kukurydzy, jak się chce. Dać mniej popcornu, więcej karmelu na mniejszą porcję i mieć dokładnie każde ziarnko utytłane w nim. Ja wolę jednak mieć proporcje pół na pół tak, by tę słodycz przegryźć raz po raz czymś wytrawnym.
Każdy jednak dokona tak, jak lubi. To jest właśnie w tym przepisie piękne. Wy decydujecie ile, gdzie i w jakiej proporcji, a nie maszyna i oszczędność obsługi kina za was. I to o to przecież chodzi, nie? By się cieszyć tą przekąską w kinie i nie myśleć, że potwornie się przepłaciło za coś, co nie jest tego warte. Narzekajmy lepiej tylko na filmy, a skoro możemy wpłynąć na to, co pochrupujemy na sali kinowej, niech ten wybór będzie jak najbardziej właściwy. A zatem...
Na miejsca, kamera, akcja!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (porcja porównywalna wielkością do "średniej" w kinach):
700g świeżo uprażonego popcornu (w surowych ziarnkach będzie to ok. 100-120g)
1 szklanka cukru
1/3 szklanki wody
szczypta soli
1 łyżka masła
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
Wykonanie:
Popcorn prażymy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy przesypujemy do głębokiej, natłuszczonej miski. Nie solimy.
Cukier, sól, wodę, ekstrakt i masło rozpuszczamy w garnuszku o grubym dnie na małym ogniu, mieszając.
Następnie odrzucamy łyżkę precz i zostawiamy masę w spokoju - będzie się gotować sama. Pod żadnym pozorem nie próbujcie jej tykać łyżką, póki nie będzie gotowa, bo karmel się gotów zcukrzyć lub przypalić! Nie mieszamy! Nie poganiamy! Nie sprawdzamy panicznie, czy nic nie przywiera, bo nie będzie przywierać! Jedyne, co wolno nam zrobić to zmieniać ustawienie garnka na gazie tak, aby masa równo się gotowała, czyli bąbelki obejmowały całą powierzchnię mieszaniny, a i to ostrożnymi ruchami.
Etapy gotowania karmelu:
1. rozpuszczone składniki zaczynają się podgrzewać
2. pojawiają się pierwsze, drobniutkie, białe bąbelki tu i ówdzie, które ostatecznie w większej ilości grupują się w miejscach mocniej ogrzewanych. Ponieważ jednak chcemy by karmel zrobił się nam w całym garnku ze wszystkiego, a mieszać nie wolno, kręcimy garnkiem tak, by cały spód ostatecznie się równo nagrzewał i cała powierzchnia cieczy nam buzowała
3. bąbelki, drobne i białe do tej pory, robią się coraz większe
4. po czasie zależnym od tego, czy gotujemy karmel na małym czy na średnim ogniu (brońcie was bogowie przed dużym, bo się cukier spali, zamiast skarmelizować), tak na oko po upływie 10 minut do kwadransa, biała barwa bąbelków zacznie miejscowo robić się żółtawa. Od tego momentu nie spuszczamy z karmelu oka, ponieważ teraz to już kwestia minut, gdy jasny żółty pojawi się na niemal całej powierzchni, a potem nagle bąbelkująca masa otrzyma złotą barwę karmelu. W tym czasie zacznie również charakterystycznie pachnieć, więc należy czekać w pogotowiu z wyłączaniem gazu.
Gdy otrzymamy już bąbelkujące, pachnące karmelowo złoto w garnku, ściągamy karmel z ognia, natychmiast dosypujemy sodę oczyszczoną i szybko mieszamy do dna, uważając jak cholera bo pryska. Zaraza jest strasznie gorąca i kontakt wrzącego karmelu ze skórą z miejsca skutkuje bąblem.
Następnie pędem zalewamy karmelem popcorn w misce, łyżką rozprowadzając kukurydzę pod nim, by karmel jednolicie pokrył popcorn, aż do dna. Nie ma chwili do stracenia, ponieważ karmel zastyga tak szybko, że końcówka, którą zechcecie wydłubać z garnka, już będzie twarda.
Popcorn z karmelem wyrzucamy szybko na blachę wysłaną papierem do pieczenia, rozkładamy równomiernie, korzystając z tego, że na kukurydzy jeszcze jest ciepły i plastyczny i pozwalamy mu stygnąć.
Po jakichś 5-10 minutach, gdy jest już tylko ciepły, rozdzielamy zawartość blachy na pojedyncze ziarnka i popcorn karmelowy przesypujemy do miski, w której będziemy go serwować.
Najlepiej zjadać go od razu tego samego dnia, ale jeżeli nie damy rady, należy zakryć miskę folią (na przykład reklamówką) by nie było dostępu wilgoci z powietrza i tym sposobem popcorn będzie następnego dnia tak samo świeży jak tuż po zrobieniu.
Miłego seansu!
----------------------------------------------------------
Ingredients (equal to "medium" bucket of popcorn in the cinema):
700g of freshly made popcorn (100-120g of raw seeds)
1 cup of sugar
1/3 cup of water
a pinch of salt
1 tblspn of butter
1 tspn of vanilla extract
1/2 tsnp of baking soda
The making of:
Make a popcorn acc. to the instruction. Put it, freshly made into the deep, buttered bowl. Do not salt it.
Melt the sugar, water, salt, butter and vanilla extract in a small pot on a small fire, stirring until it is all mixed up.
Put the spoon down and do not touch it until the caramel is almost done. Do not rush the cooking, do not touch the mixed, cooking ingredients in a pot with it, and do not stir, for it all burns before caramelizing even begins! Just watch, how its making itself, without your help. All you are allowed to do is to shake delicately the pot once or twice in a while, so the caramel cooked evenly in the whole pot.
The stages of caramel cooking:
1. all the melted ingredients start to heat up
2. first, tiny, white bubbles appear here and there, grouping in a larger number where there is a hotter spot in a pot. We want it to appear on all the surface, but we cannot stir, so shake the pot a little bit, change its position on the stove, so all the pot bottom was heated up the same.
3. the tiny bubbles become bigger and buzz heavily
4. after approx. 10-15 minutes, depending on a fire you cook the caramel on, small or medium (do not cook it on a big fire, for you ruin the caramel before it event starts to cook!), the white bubbles start to become yellowish here and there. It is now only a minutes before the yellowish becomes really yellow on a whole surface, so watch it closely, until the caramel becomes golden and produces caramel fragrance.
When the moment comes, remove the pot from a fire, instantly add baking soda and stir it deeply, being very careful. It is hot as hell!
Pour the caramel quickly into the bowl of freshly made popcorn, spreading it as evenly as you wish on a whole surface of corn. You must do it really fast, for the caramel congeals really quickly, and the leftovers from the bottom of the pot may already by hard, as you are almost done with spreading the caramel on the popcorn.
Remove the caramel popcorn from a bowl to a baking tin with a sheet of baking paper on, and spread it on the surface evenly, so it cooled a bit.
After 5-10 more minutes when the treat is just warm, divide the seeds of caramel popcorn apart and pour it all into the bucket, from which you will serve it (or eat).
Caramel corn is best served the same day it was made, but if you wish to eat the part of it the next day, just cover the bucket with a sheet of foil (not to allow moisture from air have an influence on a dish), and the corn will stay as fresh as the day it was made.
Have a great show!
sobota, 27 sierpnia 2016
Ekspresowy kremowy Mac'n'Cheese// Quick and easy creamy Mac&Cheese
Bohater tej felki ma wielu ojców. I całe stado matek. Tuziny braci i sióstr, mnóstwo źródeł pochodzenia jeśli chodzi o obecną popkulturę i doprawdy nie mam pojęcia od czego miałabym zacząć gdybym chciała poszukać jednego filmu, książki albo gry, w której go wypatrzyłam, bowiem jest praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawia się bodaj jedna scenka rodzajowa z rodziną w tle i zachodzi prawdopodobieństwo, że rodzinka bazowana jest na amerykanach. Jest we "Friendsach", pożerają go też w "Desperate Houseviwes", jest filmy animowany, który ma stricte tę nazwę, nawet, cholera, "Kevin sam w domu" szykował sobie Mac'n'Cheese na świąteczny posiłek! Gdzie się nie obejrzy, makaron z serem pachnie nam z kątów, będąc niejako częścią ściśle składową doskonałego ogniska domowego wraz z kotem mruczącym na kolanach, kubkiem herbaty, książką i rodziną, która kręci się gdzieś i hałasuje na granicy słyszalności. Jest... wcielonym smacznym spokojem, którego każdy pragnie i szuka, do którego się zwraca, gdy życie mu dokopie.
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.
Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.
Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D
Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.
Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):
70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz
Wykonanie:
Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.
Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.
2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.
Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał.
Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.
Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.
Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!
Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.
Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.
W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.
Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.
Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.
Smacznego!
----------------------------------
Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):
70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper
The making of:
Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.
Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.
Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.
Mix it and cook until fragrant.
Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.
Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.
Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!
When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.
Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time, so nothing burned.
When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.
Sreve right away, still hot, in a deep bowl.
Cheers!
Macaroni and cheese - makaron z serem - czyli właśnie Mac'n'Cheese jest także jednym z tych dań, bez których człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić amerykańskiego stylu i kuchni. Jest tu zupełnie tak jak z hamburgerem. Jak z frytkami, bajglami i wszechamerykańskim hot-dogiem. Jest to jedno z tych dań, które z miejsca wyobrażamy sobie z dodatkiem patyczka, na którym powiewa charakterystyczna biało-niebiesko-czerwona pasiasta flaga z pięćdziesięcioma gwiazdkami. I tak jak większość, w którymś momencie króciutkiej historii USA, jego pradziadek został tam przywleczony przez imigrantów z innego kraju (bowiem koledzy amerykanie mimo szerokiego spreadu kulturowego i rasowego, nie mają praktycznie żadnej własnej potrawy w rodzaju choćby naszego bigosu. Wszystkie już gdzieś były i skądś zaadoptowali dla swego "najwspanialszego państwa na świecie". Trochę to smutne...). W tym przypadku z Włoch lub z Anglii, gdzie pierwsze wzmianki o tej potrawie pojawiły się już w czternastym wieku. Co prawda skład ówczesnego mac'n'cheese'a był o wiele, wiele prostszy niż obecnie, ale główne składniki - gotowany makaron i starty ser żółty - pozostały bez zmiany. W osiemnastym wieku przywlokło się toto do Stanów... i tam już pozostało, dochrapując się w dwudziestym wieku miana jednej z głównych "potraw pocieszających", tzw. comfort food - kalorycznych, smakowitych, prostych w przygotowaniu dań, uwielbianych przez rzesze ludzi, którzy wynieśli je z dzieciństwa i przetransponowali z kolei do własnych domów. Czegoś, co ci niemal z miejsca potrafi poprawić humor i ukoić, gdy źle. Bo przecież świat nie może być aż tak do dupy, jeśli w którymś momencie jego mieszkańcy wymyślili takie cudowne dobro jak Mac'n'Cheese.
Od lat próbuję znaleźć doskonałą wersję tej potrawy, ale koledzy amerykanie nie ułatwiają mi roboty. Jak konkretna ilość ich potraw, wszędzie gdzie spojrzę - serial nie serial, film nie film - robią makaron z serem z pudełka albo wręcz odgrzewają gotowe danie sklepowe w mikrofali. Żeby sobie bez wątpienia jeszcze sprawę ułatwić. Wsypać proszek do wody, dodać makaron, wymieszać i voila! Jest mac'n'cheese, możemy konsumować.
Nie lubię tak, więc nawet w przypadku tak ewidentnego hacku obiadowego - ponieważ to danie z miejsca przypisuję do tej kategorii ze względu na króciuteńki czas szykowania i absolutne nasycenie brzucha po jednej porcji. Pewnie, z pudełka byłoby na pewno szybciej, ale cholera wie jaki produkt sero-podobny sproszkowany tam jest dodany? Co za mleko w proszku! Jakie smakowite zagęstniki i glutaminiany sodu! A pfuj! Nawet kosztem tych kilku minut, wolę zrobić wszystko sama, zostając przy półproduktach wyłącznie tam, gdzie wiążemy potrawę z hackowaniem obiadu, a czas i nasycenie ma znaczenie.
A więc nasz shakowany mac'n'cheese będzie robiony na podstawie kupnego makaronu, który potrzebuje czasu na ugotowanie się, około 10 minut. Reszta czasu będzie poświęcona na zrobienie sosu kremowo-serowego i po 15 minutach będziemy mieć cudowną porcyjkę, która nam na szybko zastąpi obiad i to wcale skuteczne.
Większość przepisów, jakie przerobiłam podczas poszukiwania idealnego smaku makaronu z serem, zawierała niestety sos beszamelowy. Ten charakterystyczny, biały sosik robiony z mąki, masła i mleka, kojarzony jest u nas jako biała zasmażka, którym przekładamy lazanię. Na nieszczęście, ma on po dokonaniu tak charakterystyczny smak, że żadna ilość sera go nie zamaskuje. Wierzcie mi, próbowałam wszystkiego, miksując różne ilości składników w tym beszamelu, sera sypałam tony do ledwie minimalnej ilości sosu-bazy... zawsze ta biała cholera wypełzała smakiem ponad ser. Przy tym nie ma się co oszukiwać - sos beszamelowy potwornie zamula. Dodajcie do niego jeszcze ser i po trzech łyżkach nie zjecie ani odrobiny więcej, a nadal będziecie głodni.
A zatem próbowałam i bez beszamelu z samym serem... również klapa. Brakowało składnika sero-nośnego. Ser co prawda ładnie się topił w gorącym makaronie, ale cóż z tego, skoro to był nadal makaron i ser, a nie makaron z serem. Ser nie stopił się na tyle, by stać się sosem. W jednym przypadku nawet mi się usmażył, a w innym rozwarstwił i zważył, a nie stopił do końca, gdy trzymałam go do oporu na ogniu, próbując stopić!:D
Próby czynią jednak mistrza. Nie w tę i nie w tamtą... w końcu siadłam nad tym makaronem, serem, wyłączyłam wszystkie inne propozycje mac'n'cheese (z których bardzo niewielka ilość była bez beszamelu - za to z dodatkiem mleka w proszku! Makabra!) i poszłam w złoty środek. Dokładnie. I zrobiłam swoją własną wersję, biorąc trochę z jednej strony, czysto serowej, z drugiej, gdzie się rozsiadł tej przeklęty beszamel, no i w końcu mi się udało. Po tych większych lub mniejszych zapiekankach czy znowu kombinacjach gotowanych, długim myśleniu czego jest za dużo, za mało i małżonku stękającym, że on już nie będzie próbował, koniec kropka, bo on jest na diecie, jasna cholera! Dziś, w okolicach godziny szesnastej w końcu dopracowałam proporcje do perfekcji i oto daję wam najsmaczniejszy na świecie Mac'n'Cheese: serowy, nie zamulający, bez beszamelu, ale z cudowną, kremową bazą w której ser roztapia się jak złoto, łączy ze smakiem i tak bardzo rządzi, że mimo nasycenia się jedną porcją, już myślisz o tym, kiedy zrobisz sobie kolejną. Bez pudełek, bez mikrofalówek, ledwie z jednym garnczkiem do gotowania makaronu i patelnią. Kwadrans, miśki i przysięgam wam, że będziecie sobie robić to danie dzień w dzień, przez tydzień. Na ślepo, ponieważ składniki to raptem cztery rzeczy i to takie, które każdy ma na co dzień w domu. Bez mąki pszennej - bezglutenowcy będą się cieszyć, jeśli użyją przepisu na potrawę do makaronów bezglutenowych. Ale tak cudownie pełne smaku, że nie do uwierzenia, że ta potrawa to prosty makaron z serem.
Zatem, bez dalszych konotacji - kolejny z serii obiad-hacków - Ekspresowy Mac'n'Cheese.
Łapiemy za patelnię i gotujemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki (na porcję dla 1, średnio głodnej osoby):
70g makaronu kolanka (mogą być również świderki, muszelki, rurki lub nitki, każdy, który podczas mieszania nie straci formy)
1 łyżka masła
2 ząbki czosnku
1/2 kostki bulionowej warzywno-drobiowej lub wołowej
3 łyżki kwaśnej śmietany lub 1/2 szklanki mleka
50g i więcej sera żółtego o wyraźnym smaku, nie słodkawego (proponuję Ser Morski albo Salami)
sól, pieprz
Wykonanie:
Makaron gotujemy al dente, czyli tak by nie był rozgotowany, ale też nie za twardy, ponieważ będziemy go jeszcze potem obrabiać termicznie, a chcemy, by zachował kształt, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzamy, odstawiamy w durszlaku na chwilę.
W czasie, gdy będzie się gotował, doradzam robić sos, potrawa wyjdzie nam wtedy szybciej.
Na głęboką, rozgrzaną patelnię wrzucamy masło i roztapiamy. Zdejmujemy z ognia na chwilę, gdy już jest roztopione, by się nam nie przypaliło.
2 ząbki czosnku siekamy drobinutko, tak drobno, że bardziej to można już tylko wyciskać i wrzucamy na gorące masło, a patelnię ponownie stawiamy na ogień.
Mieszając, smażymy czosnek do chwili aż zacznie pachnieć. Pilnujemy, by nie zbrązowiał.
Na patelnię do masła z czosnkiem wrzucamy połówkę kostki rosołowej, mieszamy wszystko razem aż utworzy się lekka pasta.
Do pasty wrzucamy ugotowany makaron i wszystko razem mieszamy starannie tak, by makaron był solidnie utytłany w zawartości patelni, cały czas podsmażając.
Dodajemy śmietanę lub mleko, nieco zmniejszamy ogień na mały i mieszamy solidnie wszystko ze sobą, pilnując by śmietana weszła w skład sosu. Jeżeli dodajemy mleko, musimy dodatkowo pilnować, kiedy się zredukuje, zostawiając nam tylko gęstą bazę. Uważamy, by niczego nie przypalić, więc nie wolno zostawiać patelni z zawartością samopas nawet na chwilę!
Gdy nabiał stanie się już integralną częścią gęstego sosu, zdejmujemy patelnię z ognia i ścieramy bezpośrednio na makaron - ser żółty. Zaczynamy od 50 gramów, ale można dodać zawsze więcej, jeżeli lubimy większą ilość sera. Należy jedynie pamiętać, by przy większej ilości dodać potem odrobinę mleka, by sos nie był za gęsty.
Gdy dodaliśmy już tego sera, mieszamy całą potrawę raz jeszcze i stawiamy ponownie na mały ogień. Stale mieszając doprowadzamy ser do stanu w który się stopi, a następnie trzymamy nadal na ogniu, ciągle mieszając, aż stanie się płynny i połączy z sosem.
W tym momencie należy patelnię zdjąć z ognia, spróbować danie i doprawić pieprzem, oraz, jeśli to konieczne - solą.
Konsystencja jaką otrzymamy będzie nadal makaronem, ale w półpłynnym, gęstym sosie, w którym nie wygląda jak zupa, tylko solidnie gęstniej. Nadal jednak sos powinien być lekki, a ser doskonale rozpuszczony.
Podajemy od razu, gorący, najlepiej w głębokiej misce.
Smacznego!
----------------------------------
Ingredients (for 1 moderatelly hungry person):
70g of elbow macaroni (you can use also any short pasta such as fusilli, gnocchi, pene or filini)
1 tblspn of butter
2 garlic cloves
1/2 stock cube (vege-chicken or beef)
3 tblspns of sour cream or 1/2 cup of milk
50g and more of clear tasting cheese, not too sweet (Salami cheese would be just fine)
salt, pepper
The making of:
Cook the macaroni al dente - not too hard and not too soft, right in the middle. Strain it, and set aside, for the time necessary to prepare the sauce.
Put a butter into a deep pan and melt it. Remember not to overbrown it. Then temove from the fire.
Chop garlic cloves finely and put it on the butter in the pan. And start heating it again.
Mix it and cook until fragrant.
Then add 1/2 of cube stock and mix it alltogether so it created a smooth paste.
Pour the macaroni into the pan and mix it with the paste, so it covered it nicely, cooking it the whole time.
Add the cream or milk, decrease the heat, and stirring constantly, mix it with the macaroni. If the milk was added, it has to be reduced a little, so it became a part of thick sauce. Be careful no to burn anything; you cannot leave the pan unattended even for a moment!
When everything looks fine and saucy - remove the pan from fire and grate the cheese directly on it. 50g is for the starters, but if you wish, you can add more. However it has to be noted that more cheese = additional milk or cream, so the sauce kept its creamy consistence.
Mix it alltoghether once again and put on fire again, so the cheese started melting and then became one with the sauce. Stir from time to time, so nothing burned.
When the sauce and cheese within are perfectly creamy, remove the pan from fire and taste it. Then add a pepper and if necesarry - salt.
Sreve right away, still hot, in a deep bowl.
Cheers!
wtorek, 23 sierpnia 2016
Pie truskawkowo-rabarbarowy z "Facetów w Czerni III""// Strawberry and rhubarb pie from "Men in Black III"
Faktem pewnym i dokonanym jest to, że lubię fantasy i science-fiction w każdej postaci. Film, gra, książka, nawet muzyka i nic nie jest w stanie się przebić innego przez tą szczelną kurtynę. Romanse nie miały szans nigdy, książki Kinga, sporą, ale też nie podołały - za bardzo boję się horrorów, nawet genialnie napisanych:) Początek tej fiksacji sięga czasów dawniejszych niż przypuszczałam do tej pory. Nie do roku 1996 plus minus rok, dwa lata, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki książkę Wielkiej Mistrzyni Andre Norton i zakochałam się na amen w jej serii "Świat Czarownic", którą do dzisiaj uznaję, za jeden z niedoścignionych, najlepszych klasycznych cykli fantasy. Nie do czasu, gdy ojciec zabrał mnie na "Willow" - mój pierwszy prawdziwy film fantasy dla dorosłych, a miałam wtedy może trzynaście lat. Jeszcze wcześniej, lata wcześniej niż spotkanie ze "Star Wars", gdy miałam dziesięć lat i z otwartą buzią oglądałam na wakacyjnej świetlicy "Nową Nadzieję", stając się fanką SW na wiki wikiw.
To sięga dalej, jak się okazało, do klasyka Clive Staplesa Lewisa. Do cyklu Narni, na którym uczyłam się czytać. Do dzisiaj mam to wydanie z osiemdziesiątego któregoś roku, z nieistniejącego już chyba wydawnictwa KAW. Posklejane, pogryzione przez moje papużki, z latającymi kartkami, ale zajmuje poczesne miejsce na półce z książkami i obecnie czytam je swemu synowi. To samo, stare, przesiąknięte moim dziecięcym zachwytem. Nie zhańbiłabym tego dzieła nowym wydaniem, które nie miałoby... duszy. Sądząc po zachwyconym milczeniu i chłonięciu każdego słowa jak gąbka wodę - indoktrynacja tym klasykiem fantasy idzie pełną parą:D Wcześniej tylko była Mary Poppins, ale nie wiem, czy ten cykl to fantasy tak do końca. Prędzej baśń. W "Lew, czarownica i stara szafa" pojawiają się pierwsze, charakterystyczne cechy gatunku, który mnie zawojował i zdobył na całe życie, pojawia się zło zakamuflowane magią i czarami, walczące z nim dobro i zupełnie dorosłe problemy, czego w Mary Poppins nie było. Dlatego to arcydzieło C.S. Lewisa, a nie żadne inne uznaję za początek tego wszystkiego, co prowadzi nas finalnie do momentu, w którym piszę tę felkę.
I od niego, jak macki wielkiego Przedwiecznego z biegiem czasu, rozpełzły się zainteresowania najpierw w stronę filmów fantasy i sf (rozwijające się równiutko), potem w stronę gier komputerowych, finalnie lokując się w role-playu i planszówkach. I wiecie, uwiłam sobie gniazdo z tych macek, wciągam do niego coraz to nowe rzeczy, adaptuję, rozwijam... i dobrze mi w tym gniazdku jak nigdzie indziej. Jeśli potraficie powiedzieć, że wasze zainteresowanie stanowi integralną część waszego życia, waszego: jestem tym kim się sam stworzyłem, jesteście tak jak ja: szczęśliwym człowiekiem (mimo, a może przede wszystkim) dzięki kopniakom, jakie poza tym sprzedaje nam życie. Ma nas co podnosić i mamy to gniazdo, w którym możemy się bezpiecznie zwinąć i lizać rany, aż w końcu z niego wypełzniemy, by wziąć się z tym sukinsynem za bary.
That being said... jestem fantastką pełną gębą i nie odmawiam sobie niczego w tematach fantasy i science fiction, oraz różnych ich krzyżówek z innymi dziedzinami, jakie zakwitły w kulturze. I, o ile sporo z moich znajomych siedzi, tak jak ja, po końce uszu w literaturze fantasy i sf, znacznie mniejsza ilość wyznaje również filmy z tego gatunku. Dlatego, że raz: nie są książkami i nie wyobraźnia, a ekran podsuwa nam bohaterów, będących na dodatek wizją jakiegoś reżysera, a nie autora i czytelnika. Dwa, jeśli są to ekranizacje książek, to w większości przyjmowane bardzo chłodno i na 90% przypadków - kompletnie pieprzą odbiór ukochanych klasyków. Trzy - powiedzmy sobie szczerze - filmy fantasy i sf są płytkie. W dobie CGI, gdzie każdą magię, każdy dryfujący w kosmosie statek obcych, każdego stwora można stworzyć komputerowo, całe, ogromne budżety wali się właśnie w to. Nie historia, która powinna być sednem opowieści na srebrnym ekranie, staje się ważna, ale to, jak ją pokażą, z jak ogromnymi wybuchami i błyskami, na myśl o których spora ilość epileptyków z miejsca dostaje drgawek. Te historie, które żyją w książkach, które przeżywamy z każdą, odwracaną stroną i suchością w ustach, myśląc dramatycznie "przeżyje, nie przeżyje... powstrzymam się przed poczytaniem ostatniej strony... o rany... a może jednak? To nie wygląda dobrze, może chociaż zerknę! Jest, Przeżył! Bodaj bym oślepła, teraz wiem jak się skończyło!". Któż z nas, fantastów, tego nie zna:D Te emocje są tak powalające, tak się czasem zżywamy z bohaterami, że sama myśl, że coś z naszych ukochanych, znanych na pamięć dzieł, będą ekranizować, aż boli i wywołuje prawdziwe shit-stormy na mediach społecznościowych, w dyskusjach nad piwem i wszędzie tam, gdzie fandom się gnieździ i nurza w swoim świecie, dymie fajkowym i dyskusjach, tak przez nas kochanych, łączących geeków lepiej niż T-Mobile, ludzi.
Fantaści nie lubią ekranizacji fantasy i sf, ale i tak na nie chodzą, by się po raz kolejny przekonać, że Fabryka Snów nie umie tego robić za grosz (na polską fantastykę w kinie litościwie spuśćmy zasłonę milczenia i nie dodawajmy już ani jednego słowa.). No dobra, "Władca Pierścieni" to całkiem dobry wyjątek. "Star Wars" jedyna, oryginalna pierwsza trylogia - też, aczkolwiek SW było od początku pomyślane jako historia filmowa. Są to jednak nadal wyjątki. I mam przedziwne wrażenie, że filmy sf i fantasy w latach 90tych były... lepsze. Bardziej żywe, miały jednak więcej sensu niż to, co nam teraz w kinach oferują. To, czyli jeden wielki fajerwerk efektów specjalnych. Zdaje się, że CGI - pomyślane jako dźwignia dla urzeczywistnienia tych wszystkich filmów fantastycznych, zadziałało jak kamień młyński, ciągnący ten gatunek na dno, zostawiając niestety na powierzchni cały smród, jaki pozostał po kolejnym, zgwałconym arcydziele fantasy.
Jest źle. Bez wątpienia, jako ktoś, kto od lat jara się całą tą tematyką, potwierdzam, że jest źle. Niedługo zostaną nam tylko książki i komiksy. Filmów nikt oglądał nie będzie, bo niszczą odbiór oryginalnego dzieła. Ludzie będą woleli - jeżeli technologia się rozwinie w tym kierunku - wpakować książkę w jakiś niezwykły czytnik, podłączyć go do fal mózgowych i trafić do ukochanego świata dokładnie takiego, jak on go widzi. I żadne kino nie będzie mu już potrzebne.
W tej powodzi niezadowolenia pływają jednak, jak ostatnie deski po rozbitym statku flagowym "Her Majesty's Cinematic Fantasy", kołyszące się na falach, drobiazgi. Piękne, jak porzucony naszyjnik z diamentem. Błyskotki. Drobinki, które sprawiają, że jeszcze jest coś, dla czego warto pójść do kina na dane sf lub fantasy. Fakt, że to nasze ukochane dzieło będą teraz deflorować... naszym obowiązkiem jest cierpieć przy tym. Nazwisko reżysera. Ukochany aktor, odtwarzający postać, który, de facto, ratuje nam całość samym pojawieniem się na ekranie i tym, że stara się ze wszystkich sił. Muzyka filmowa... ooo... to osobny i zupełnie inny temat, chwała i gloria, trzymająca niektóre filmy do kupy tam, gdzie nie trzyma ich już nic. Detale typu dyskusje, pojedyncze scenki. Śmiech Harley Quinn i różowy kucyk Kapitana Boomeranga na tonącym okręcie, jakim był wyczekiwany z nadzieją Suicide Squad. Rozmowa o pie, którą, jako jedyną, zapamiętałam na długo z filmu Faceci w Czerni III... ta rozmowa, która jest właśnie powodem, dla którego tworzę tę felkę. Ten detal, który sprawia, że całość sequela nie jest tak strasznie głupia, że dziesięć minut po wyjściu z kina, nie pamiętasz o czym był film.
A tak... "hej, oni tam gadali o pie... a wiesz, że to jest dobre? Czasami coś takiego faktycznie pozwala ci nabrać dystansu. Jeden gryz ulubionego ciastka, nie myślisz o tym i pozwalasz by pie ci pomogło.". I wiecie, czasem taki detal zostawia jednak przyjemny posmak na języku. Pamiętasz tą dobrą rzecz, a nie całe to bagno dookoła.
MIB III był do dupy. Ale rozmowa o pie między agentami Smithem (nie pamiętam, kogo grał Smith, dla mnie zawsze gra siebie, kogokolwiek by nie grał) i K. granym przez Tommy Lee Jonesa, była tym czymś, co sprawiło, że film utkwił mi w pamięci. Zerknijcie na ten fragment (pomijając laskę z przodu, bo nie o tym mowa):)
Pie
oraz jeszcze na ten:
Will Smith Pie (ten akurat dlatego, że mamy tu pokazanego bohatera felki, ale ważniejszy tekstowo jest właśnie tamten:))
Nie analizujesz... filmu na przykład. Pozwalasz by pie... na przykład, zrobiło za ciebie całą tą dobrą robotę. Ono tam jest i to generalnie wystarczy, by jednak coś ruszyło. Coś zapamiętać. I nie skończyć z minus pięcioma dychami w kieszeni i wrażeniem, że właśnie cię wyruchano w ulubioną serię.
A teraz, skoro ta felka zaczyna znowu przekraczać granice normalnej długości, należałoby zająć się samym pie. Tych ciast amerykańskich kilka już mamy na Bantofelkach. Dlatego, że są strasznie dobre i szybkie do zrobienia. I tak inne od tego, do czego przywykliśmy w naszym słowiańskim kraju, opływającym w przekładane masami placki, na cieście o smaku i konsystencji tektury. Właściwie to jest cały dział poświęcony Pie. Jeżeli jesteście zainteresowani, to sobie tam zajrzyjcie, bo to dzisiejsze zdecydowanie nie jest ostatnim z nich.
Jak każde pie, jest ono w największym skrócie nadzieniem zamkniętym w krucho-podobnym cieście z góry i dołu. Bardzo często ta góra ma wzorki, jest też czasem krateczką z ciasta, przez którą widać nadzienie. Czasem jest bezą. Często jej po prostu nie ma, a spód w wielkiej ilości wystaje po bokach, tworząc dekoracyjną barierkę dla nadzienia, by nam nie wypłynęło.
Boki zazwyczaj są karbowane, ponieważ pie piecze się, każde bez wyjątku, w okrągłej foremce na tartę i podaje potem w formie trójkątów. Samo, posypane cukrem, z bitą śmietaną i lodami... tak czy siak, jest cudowne w smaku i nawet jeżeli nie rozwiązuje za nas problemów, to zdecydowanie po jednym kęsie ulubionego pie, człowiek od razu czuje się lepiej.
Agent Smith, w podanym wyżej fragmencie, zamówił pie rabarbarowo-truskawkowe, a ponieważ powtórkę filmu obejrzałam akurat wtedy, gdy sezon na działkowy rabarbar jeszcze trwał, a truskawkowy był w pełni - trafiono w samo sedno, bo akurat szukałam czegoś do upieczenia z mego ulubionego podejrzanego warzywo-owocu, który miałam w lodówce w sporej ilości. Agent zamówił, a ja, podśmiewając się z tych ciastowych scenek, postanowiłam je zrobić.
Niestety nie widzimy go za dokładnie. W drugim filmiku troszkę lepiej niż w pierwszym, chociaż to na apple pie agenta K. jest zbliżenie, ale też wystarczająco je widać. Smithowe pie ma zdecydowanie niechlujny kawałek kratki na górze. Nie wygląda to ani ładnie, ani smacznie, więc machnęłam na kratkę łapą i klasycznie dokonałam tego pie z truskawek i rabarbaru, zamykając je w smakowitej, kruchutkiej skorupce (której nie radzę tykać tuż po upieczeniu bo się wam skruszy, niech stwardnieje w lodówce jak należy... ja wiem, że bosko będzie pachnieć i kusić do krojenia ciepłego, ale wstrzymajcie się!) z góry i dołu.
I oto ono. Niezwykłe, pomagające rozwiązywać problemy, pie truskawkowo-rabarbarowe, które nie ma w sobie części ciał obcych, ani chemicznych dodatków (co pewnie i tak byłoby tym samym, co noga obcego. O, albo paznokieć. Lub macka. I na pewno popsuło by smak.). A skoro lato się nam kończy i nawet jeśli nie mamy już świeżego rabarbaru i truskawek, to na pewno jest w lodówce zapas mrożonych owoców, z których zrobić można prościuteńkie nadzienie. Albo jeszcze lepiej - konfitura z rabarbaru - ta ode mnie na przykład - którą zwyczajnie, zmieszaną ze zmiażdżonymi truskawkami i podgrzaną, by smaki się zlały, przelejcie na spód pie - i wyjdzie wam przecudownie! Ja tak zresztą w tym przypadku zrobiłam eksperymentalnie. I przykład ten polecam, gdy akurat mamy konfitury, a owoców nie, lub nie chce się nam nadzienia robić.
Samo ciasto, nadmieniam, słodkie nie jest wogóle, więc zadbajcie, by środek dostał dość słodyczy, a wierzch został posypany cukrem.
No to jedziemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto na spód i wierzch pie:
140g masła
300g mąki tortowej
szczypta soli
3 łyżki lodowatej wody
Nadzienie:
1 słoik domowej konfitury z rabarbaru wedle tego przepisu (ok. 1/2 litra)
2 garście truskawek mrożonych lub świeżych pokrojonych w kawałki
Wykonanie:
Wszystkie składniki suche muszą mieć temperaturę pokojową. Wszystkie składniki zimne - muszą być dodawane do ciasta zimne.
Do miski wsypujemy mąkę, mieszamy z solą.
Do tej masy wkrawamy masło w małych kawałeczkach, pamiętając, że musi być jak najzimniejsze.
Następnie rozcieramy masło z mąką i solą tak długo, palcami lub widelcem, aż otrzymamy ciasto o konsystencji kruszonki, z malutkimi kawałeczkami masła.
Do tego ciasta dolewamy bardzo zimną wodę i szybko, starannie zagniatamy ciasto, aby połączyło się ze sobą, tworząc zbitą kulę.
Kulę przekrawamy na pół. Jedną część wkładamy od razu do lodówki, a nad drugą będziemy obecnie pracować.
Na poziomej powierzchni rozkładamy płachtę folii aluminiowej, a następnie rozwałkowujemy na niej ciasto na kształt okręgu tak, by pasował wielkością do średnicy formy na tartę, dodając wysokość boków formy, czyli rant.
Formę na tartę smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą lub mąką.
Na tę formę wykładamy rozwałkowane ciasto, zwyczajnie odwracając folię z nim do góry dnem nad foremką, potem ściągamy folię i dopasowujemy ciasto do formy, przyciskając je starannie do dna i boków. Należy pamiętać, by nie zrobić dziur, bo inaczej nadzienie nam wypłynie w czasie pieczenia, oraz by wykleić boki formy do samej góry.
Formę z ciastem wkładamy do lodówki na 40-60 minut.
Nastawiamy piekarnik na ok. 180-190 stopni Celsjusza. Blachę wykładamy folią aluminiową, na wypadek, gdyby nadzienie z ciasta zechciało nam wykipieć podczas pieczenia.
W czasie, gdy będzie się chłodzić, przygotowujemy nadzienie.
Konfiturę z rabarbaru przekładamy ze słoika do garnczka o grubym dnie.
Wsypujemy do niego pokrojone truskawki, mieszamy i zaczynamy podgrzewać, co jakiś czas mieszając, by się nam mikstura nie przypaliła.
Podczas podgrzewania i mieszania konfitura i rabarbar połączą się ładnie ze sobą tworząc spójne nadzienie. Należy wówczas je spróbować, by upewnić się, że ten smak nam pasuje. Jeżeli jest za słodko - nie odmawiamy sobie soku z cytryny, zaczynając od pół łyżeczki. Jeżeli za kwaśno - dosładzamy. Za mało truskawek - dodajemy nieco więcej. I tak aż nadzienie będzie nam idealnie smakowo pasować.
Gotowe nadzienie ściągamy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.
Gdy minie czas leżakowania formy z ciastem w lodówce, wyciągamy je, na ciasto nakładamy ostudzone nadzienie.
Wyciągamy drugą część ciasta i rozwałkowujemy je tak samo jak pierwszą część - na kształt okręgu na folii aluminiowej. I tak samo nakładamy je, tym razem na wierzch ciasta, zakrywając nadzienie.
Dociskamy mocno boki wierzchu do boków spodu, nadmiar odcinamy.
Za pomocą widelca nakłuwamy ciasto w kilku miejscach, robiąc mu wentylację z góry.
Wkładamy formę do nagrzanego piekarnika i pieczemy 30-50 minut, aż wierzch będzie złotawy.
Ponieważ ciasto jest bardzo kruche - popęka na wierzchu podczas pieczenia. Nadzienie również nie za bardzo utrzyma się na miejscu w związku z tym i w którymś momencie pocieknie nam bokiem. Nie trzeba się tym przejmować, ponieważ po zakończeniu pieczenia, ciasto wyciągamy i studzimy w temperaturze pokojowej, a potem wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Przez ten czas wszelakie pęknięcia ładnie się zejdą, a nadzienie zestali i pie będzie można spokojnie kroić.
Gotowy, schłodzony pie posypujemy cukrem pudrem lub kryształem po wierzchu i podajemy samo, lub w towarzystwie kulki lodów waniliowych, lub bitej śmietany.
Smacznego!
-------------------------------------
Ingredients:
Pie dough:
140g of butter
300g of all purpose flour
a pinch of salt
3 tblspns of ice cold water
Filing:
1 jar of home-made rhubarb jam acc. to this recipe (approx. 1/2 litre of jam)
2 handfuls of fresh or frozen strawberries, cut into pieces
The making of:
All dry ingredients must be in a room temperature. All fridge ingredients - have to be cold.
Mix flour and salt in a bowl.
Chop finely cold butter and put it also in a bowl.
Using a fork or your own hands work the butter into the flour mix, until it all resembles crumbs with a visible little lumps of butter.
Mix it with a cold water and quickly squeeze it all together, receiving a ball of dough. Divide the ball into two halves. One, wrapped in a foil, put into the fridge. You will be working on the remaining one now.
Put a sheet of aluminium foil on a flat surface. Roll on the dough there in the shape of a circle, matching the size of your pie dish, plus a little extra for the sides.
Smear your pie dish with a butter and sprinkle it with flour.
Put a circle of dough into the pie dish, flipping the aluminium foil with it upside down above the pie dish, then remove the foil and fit the dough to the pie dish nicely. Remember not to leave or make a holes in the dough cirlce, for the filing could flow outsides the pie through it.
Put the rough pie in a pie dish into the fridge for about 40-60 minutes.
Heat the oven to 356-374 Fahrenheit. Put a sheet of aluminium foil on the surface of a baking tin, in case the filing boiled out.
While te rough pie is in the fridge, start preparing the filing.
Pour the rhubarb jam from a jar into a pot.
Put there chopped strawberries, mix it all and start heating up, stirring from time to time.
While heating up, the jam and strawberries should become one, smooth filing, which you should try now. If the taste suits you - remove it from the heat. If it is too sour - add some sugar. If too sweet - ad some lemon juice. Not enough strawberries - add some more.
All in all, the filing, when ready, should be left to chill, before there comes the time to put it into a pie.
When the time is right, remove the rough pie from the fridge and fill it with a filing.
Remove the second part of ball of dough and repeat the process of rolling as same as for the previous part. Put the circle of rolled dough in the top of pie with a filing.
Grip together the ends of the top cirlce with the sides of crust, cut off the extras.
Using a fork, make some ventilation holes in the top of pie.
Put the pie into the heated oven and bake for about 30-50 minutes until golden on a top.
The crust is very crispy and delicate, so it is highly possible, it will break during the baking, and some drips of the filing bubbles out. If this happends, do not fret, for when it bakes already, you should remove it and let it cool in a room temperature, and then put it into the frigde for couple of hours. And during this cold treatment ale the cracks go together nicely and the filing steadies, so the pie will be ready to cut and serve.
The pie, cold and ready to serve should be sprinkled with caster or grated sugar and served with vanilla ice cream or whipped cream.
Enjoy!
To sięga dalej, jak się okazało, do klasyka Clive Staplesa Lewisa. Do cyklu Narni, na którym uczyłam się czytać. Do dzisiaj mam to wydanie z osiemdziesiątego któregoś roku, z nieistniejącego już chyba wydawnictwa KAW. Posklejane, pogryzione przez moje papużki, z latającymi kartkami, ale zajmuje poczesne miejsce na półce z książkami i obecnie czytam je swemu synowi. To samo, stare, przesiąknięte moim dziecięcym zachwytem. Nie zhańbiłabym tego dzieła nowym wydaniem, które nie miałoby... duszy. Sądząc po zachwyconym milczeniu i chłonięciu każdego słowa jak gąbka wodę - indoktrynacja tym klasykiem fantasy idzie pełną parą:D Wcześniej tylko była Mary Poppins, ale nie wiem, czy ten cykl to fantasy tak do końca. Prędzej baśń. W "Lew, czarownica i stara szafa" pojawiają się pierwsze, charakterystyczne cechy gatunku, który mnie zawojował i zdobył na całe życie, pojawia się zło zakamuflowane magią i czarami, walczące z nim dobro i zupełnie dorosłe problemy, czego w Mary Poppins nie było. Dlatego to arcydzieło C.S. Lewisa, a nie żadne inne uznaję za początek tego wszystkiego, co prowadzi nas finalnie do momentu, w którym piszę tę felkę.
I od niego, jak macki wielkiego Przedwiecznego z biegiem czasu, rozpełzły się zainteresowania najpierw w stronę filmów fantasy i sf (rozwijające się równiutko), potem w stronę gier komputerowych, finalnie lokując się w role-playu i planszówkach. I wiecie, uwiłam sobie gniazdo z tych macek, wciągam do niego coraz to nowe rzeczy, adaptuję, rozwijam... i dobrze mi w tym gniazdku jak nigdzie indziej. Jeśli potraficie powiedzieć, że wasze zainteresowanie stanowi integralną część waszego życia, waszego: jestem tym kim się sam stworzyłem, jesteście tak jak ja: szczęśliwym człowiekiem (mimo, a może przede wszystkim) dzięki kopniakom, jakie poza tym sprzedaje nam życie. Ma nas co podnosić i mamy to gniazdo, w którym możemy się bezpiecznie zwinąć i lizać rany, aż w końcu z niego wypełzniemy, by wziąć się z tym sukinsynem za bary.
That being said... jestem fantastką pełną gębą i nie odmawiam sobie niczego w tematach fantasy i science fiction, oraz różnych ich krzyżówek z innymi dziedzinami, jakie zakwitły w kulturze. I, o ile sporo z moich znajomych siedzi, tak jak ja, po końce uszu w literaturze fantasy i sf, znacznie mniejsza ilość wyznaje również filmy z tego gatunku. Dlatego, że raz: nie są książkami i nie wyobraźnia, a ekran podsuwa nam bohaterów, będących na dodatek wizją jakiegoś reżysera, a nie autora i czytelnika. Dwa, jeśli są to ekranizacje książek, to w większości przyjmowane bardzo chłodno i na 90% przypadków - kompletnie pieprzą odbiór ukochanych klasyków. Trzy - powiedzmy sobie szczerze - filmy fantasy i sf są płytkie. W dobie CGI, gdzie każdą magię, każdy dryfujący w kosmosie statek obcych, każdego stwora można stworzyć komputerowo, całe, ogromne budżety wali się właśnie w to. Nie historia, która powinna być sednem opowieści na srebrnym ekranie, staje się ważna, ale to, jak ją pokażą, z jak ogromnymi wybuchami i błyskami, na myśl o których spora ilość epileptyków z miejsca dostaje drgawek. Te historie, które żyją w książkach, które przeżywamy z każdą, odwracaną stroną i suchością w ustach, myśląc dramatycznie "przeżyje, nie przeżyje... powstrzymam się przed poczytaniem ostatniej strony... o rany... a może jednak? To nie wygląda dobrze, może chociaż zerknę! Jest, Przeżył! Bodaj bym oślepła, teraz wiem jak się skończyło!". Któż z nas, fantastów, tego nie zna:D Te emocje są tak powalające, tak się czasem zżywamy z bohaterami, że sama myśl, że coś z naszych ukochanych, znanych na pamięć dzieł, będą ekranizować, aż boli i wywołuje prawdziwe shit-stormy na mediach społecznościowych, w dyskusjach nad piwem i wszędzie tam, gdzie fandom się gnieździ i nurza w swoim świecie, dymie fajkowym i dyskusjach, tak przez nas kochanych, łączących geeków lepiej niż T-Mobile, ludzi.
Fantaści nie lubią ekranizacji fantasy i sf, ale i tak na nie chodzą, by się po raz kolejny przekonać, że Fabryka Snów nie umie tego robić za grosz (na polską fantastykę w kinie litościwie spuśćmy zasłonę milczenia i nie dodawajmy już ani jednego słowa.). No dobra, "Władca Pierścieni" to całkiem dobry wyjątek. "Star Wars" jedyna, oryginalna pierwsza trylogia - też, aczkolwiek SW było od początku pomyślane jako historia filmowa. Są to jednak nadal wyjątki. I mam przedziwne wrażenie, że filmy sf i fantasy w latach 90tych były... lepsze. Bardziej żywe, miały jednak więcej sensu niż to, co nam teraz w kinach oferują. To, czyli jeden wielki fajerwerk efektów specjalnych. Zdaje się, że CGI - pomyślane jako dźwignia dla urzeczywistnienia tych wszystkich filmów fantastycznych, zadziałało jak kamień młyński, ciągnący ten gatunek na dno, zostawiając niestety na powierzchni cały smród, jaki pozostał po kolejnym, zgwałconym arcydziele fantasy.
Jest źle. Bez wątpienia, jako ktoś, kto od lat jara się całą tą tematyką, potwierdzam, że jest źle. Niedługo zostaną nam tylko książki i komiksy. Filmów nikt oglądał nie będzie, bo niszczą odbiór oryginalnego dzieła. Ludzie będą woleli - jeżeli technologia się rozwinie w tym kierunku - wpakować książkę w jakiś niezwykły czytnik, podłączyć go do fal mózgowych i trafić do ukochanego świata dokładnie takiego, jak on go widzi. I żadne kino nie będzie mu już potrzebne.
W tej powodzi niezadowolenia pływają jednak, jak ostatnie deski po rozbitym statku flagowym "Her Majesty's Cinematic Fantasy", kołyszące się na falach, drobiazgi. Piękne, jak porzucony naszyjnik z diamentem. Błyskotki. Drobinki, które sprawiają, że jeszcze jest coś, dla czego warto pójść do kina na dane sf lub fantasy. Fakt, że to nasze ukochane dzieło będą teraz deflorować... naszym obowiązkiem jest cierpieć przy tym. Nazwisko reżysera. Ukochany aktor, odtwarzający postać, który, de facto, ratuje nam całość samym pojawieniem się na ekranie i tym, że stara się ze wszystkich sił. Muzyka filmowa... ooo... to osobny i zupełnie inny temat, chwała i gloria, trzymająca niektóre filmy do kupy tam, gdzie nie trzyma ich już nic. Detale typu dyskusje, pojedyncze scenki. Śmiech Harley Quinn i różowy kucyk Kapitana Boomeranga na tonącym okręcie, jakim był wyczekiwany z nadzieją Suicide Squad. Rozmowa o pie, którą, jako jedyną, zapamiętałam na długo z filmu Faceci w Czerni III... ta rozmowa, która jest właśnie powodem, dla którego tworzę tę felkę. Ten detal, który sprawia, że całość sequela nie jest tak strasznie głupia, że dziesięć minut po wyjściu z kina, nie pamiętasz o czym był film.
A tak... "hej, oni tam gadali o pie... a wiesz, że to jest dobre? Czasami coś takiego faktycznie pozwala ci nabrać dystansu. Jeden gryz ulubionego ciastka, nie myślisz o tym i pozwalasz by pie ci pomogło.". I wiecie, czasem taki detal zostawia jednak przyjemny posmak na języku. Pamiętasz tą dobrą rzecz, a nie całe to bagno dookoła.
MIB III był do dupy. Ale rozmowa o pie między agentami Smithem (nie pamiętam, kogo grał Smith, dla mnie zawsze gra siebie, kogokolwiek by nie grał) i K. granym przez Tommy Lee Jonesa, była tym czymś, co sprawiło, że film utkwił mi w pamięci. Zerknijcie na ten fragment (pomijając laskę z przodu, bo nie o tym mowa):)
Pie
oraz jeszcze na ten:
Will Smith Pie (ten akurat dlatego, że mamy tu pokazanego bohatera felki, ale ważniejszy tekstowo jest właśnie tamten:))
Nie analizujesz... filmu na przykład. Pozwalasz by pie... na przykład, zrobiło za ciebie całą tą dobrą robotę. Ono tam jest i to generalnie wystarczy, by jednak coś ruszyło. Coś zapamiętać. I nie skończyć z minus pięcioma dychami w kieszeni i wrażeniem, że właśnie cię wyruchano w ulubioną serię.
A teraz, skoro ta felka zaczyna znowu przekraczać granice normalnej długości, należałoby zająć się samym pie. Tych ciast amerykańskich kilka już mamy na Bantofelkach. Dlatego, że są strasznie dobre i szybkie do zrobienia. I tak inne od tego, do czego przywykliśmy w naszym słowiańskim kraju, opływającym w przekładane masami placki, na cieście o smaku i konsystencji tektury. Właściwie to jest cały dział poświęcony Pie. Jeżeli jesteście zainteresowani, to sobie tam zajrzyjcie, bo to dzisiejsze zdecydowanie nie jest ostatnim z nich.
Jak każde pie, jest ono w największym skrócie nadzieniem zamkniętym w krucho-podobnym cieście z góry i dołu. Bardzo często ta góra ma wzorki, jest też czasem krateczką z ciasta, przez którą widać nadzienie. Czasem jest bezą. Często jej po prostu nie ma, a spód w wielkiej ilości wystaje po bokach, tworząc dekoracyjną barierkę dla nadzienia, by nam nie wypłynęło.
Boki zazwyczaj są karbowane, ponieważ pie piecze się, każde bez wyjątku, w okrągłej foremce na tartę i podaje potem w formie trójkątów. Samo, posypane cukrem, z bitą śmietaną i lodami... tak czy siak, jest cudowne w smaku i nawet jeżeli nie rozwiązuje za nas problemów, to zdecydowanie po jednym kęsie ulubionego pie, człowiek od razu czuje się lepiej.
Agent Smith, w podanym wyżej fragmencie, zamówił pie rabarbarowo-truskawkowe, a ponieważ powtórkę filmu obejrzałam akurat wtedy, gdy sezon na działkowy rabarbar jeszcze trwał, a truskawkowy był w pełni - trafiono w samo sedno, bo akurat szukałam czegoś do upieczenia z mego ulubionego podejrzanego warzywo-owocu, który miałam w lodówce w sporej ilości. Agent zamówił, a ja, podśmiewając się z tych ciastowych scenek, postanowiłam je zrobić.
Niestety nie widzimy go za dokładnie. W drugim filmiku troszkę lepiej niż w pierwszym, chociaż to na apple pie agenta K. jest zbliżenie, ale też wystarczająco je widać. Smithowe pie ma zdecydowanie niechlujny kawałek kratki na górze. Nie wygląda to ani ładnie, ani smacznie, więc machnęłam na kratkę łapą i klasycznie dokonałam tego pie z truskawek i rabarbaru, zamykając je w smakowitej, kruchutkiej skorupce (której nie radzę tykać tuż po upieczeniu bo się wam skruszy, niech stwardnieje w lodówce jak należy... ja wiem, że bosko będzie pachnieć i kusić do krojenia ciepłego, ale wstrzymajcie się!) z góry i dołu.
I oto ono. Niezwykłe, pomagające rozwiązywać problemy, pie truskawkowo-rabarbarowe, które nie ma w sobie części ciał obcych, ani chemicznych dodatków (co pewnie i tak byłoby tym samym, co noga obcego. O, albo paznokieć. Lub macka. I na pewno popsuło by smak.). A skoro lato się nam kończy i nawet jeśli nie mamy już świeżego rabarbaru i truskawek, to na pewno jest w lodówce zapas mrożonych owoców, z których zrobić można prościuteńkie nadzienie. Albo jeszcze lepiej - konfitura z rabarbaru - ta ode mnie na przykład - którą zwyczajnie, zmieszaną ze zmiażdżonymi truskawkami i podgrzaną, by smaki się zlały, przelejcie na spód pie - i wyjdzie wam przecudownie! Ja tak zresztą w tym przypadku zrobiłam eksperymentalnie. I przykład ten polecam, gdy akurat mamy konfitury, a owoców nie, lub nie chce się nam nadzienia robić.
Samo ciasto, nadmieniam, słodkie nie jest wogóle, więc zadbajcie, by środek dostał dość słodyczy, a wierzch został posypany cukrem.
No to jedziemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
Składniki:
Ciasto na spód i wierzch pie:
140g masła
300g mąki tortowej
szczypta soli
3 łyżki lodowatej wody
Nadzienie:
1 słoik domowej konfitury z rabarbaru wedle tego przepisu (ok. 1/2 litra)
2 garście truskawek mrożonych lub świeżych pokrojonych w kawałki
Wykonanie:
Wszystkie składniki suche muszą mieć temperaturę pokojową. Wszystkie składniki zimne - muszą być dodawane do ciasta zimne.
Do miski wsypujemy mąkę, mieszamy z solą.
Do tej masy wkrawamy masło w małych kawałeczkach, pamiętając, że musi być jak najzimniejsze.
Następnie rozcieramy masło z mąką i solą tak długo, palcami lub widelcem, aż otrzymamy ciasto o konsystencji kruszonki, z malutkimi kawałeczkami masła.
Do tego ciasta dolewamy bardzo zimną wodę i szybko, starannie zagniatamy ciasto, aby połączyło się ze sobą, tworząc zbitą kulę.
Kulę przekrawamy na pół. Jedną część wkładamy od razu do lodówki, a nad drugą będziemy obecnie pracować.
Na poziomej powierzchni rozkładamy płachtę folii aluminiowej, a następnie rozwałkowujemy na niej ciasto na kształt okręgu tak, by pasował wielkością do średnicy formy na tartę, dodając wysokość boków formy, czyli rant.
Formę na tartę smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą lub mąką.
Na tę formę wykładamy rozwałkowane ciasto, zwyczajnie odwracając folię z nim do góry dnem nad foremką, potem ściągamy folię i dopasowujemy ciasto do formy, przyciskając je starannie do dna i boków. Należy pamiętać, by nie zrobić dziur, bo inaczej nadzienie nam wypłynie w czasie pieczenia, oraz by wykleić boki formy do samej góry.
Formę z ciastem wkładamy do lodówki na 40-60 minut.
Nastawiamy piekarnik na ok. 180-190 stopni Celsjusza. Blachę wykładamy folią aluminiową, na wypadek, gdyby nadzienie z ciasta zechciało nam wykipieć podczas pieczenia.
W czasie, gdy będzie się chłodzić, przygotowujemy nadzienie.
Konfiturę z rabarbaru przekładamy ze słoika do garnczka o grubym dnie.
Wsypujemy do niego pokrojone truskawki, mieszamy i zaczynamy podgrzewać, co jakiś czas mieszając, by się nam mikstura nie przypaliła.
Podczas podgrzewania i mieszania konfitura i rabarbar połączą się ładnie ze sobą tworząc spójne nadzienie. Należy wówczas je spróbować, by upewnić się, że ten smak nam pasuje. Jeżeli jest za słodko - nie odmawiamy sobie soku z cytryny, zaczynając od pół łyżeczki. Jeżeli za kwaśno - dosładzamy. Za mało truskawek - dodajemy nieco więcej. I tak aż nadzienie będzie nam idealnie smakowo pasować.
Gotowe nadzienie ściągamy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.
Gdy minie czas leżakowania formy z ciastem w lodówce, wyciągamy je, na ciasto nakładamy ostudzone nadzienie.
Wyciągamy drugą część ciasta i rozwałkowujemy je tak samo jak pierwszą część - na kształt okręgu na folii aluminiowej. I tak samo nakładamy je, tym razem na wierzch ciasta, zakrywając nadzienie.
Dociskamy mocno boki wierzchu do boków spodu, nadmiar odcinamy.
Za pomocą widelca nakłuwamy ciasto w kilku miejscach, robiąc mu wentylację z góry.
Wkładamy formę do nagrzanego piekarnika i pieczemy 30-50 minut, aż wierzch będzie złotawy.
Ponieważ ciasto jest bardzo kruche - popęka na wierzchu podczas pieczenia. Nadzienie również nie za bardzo utrzyma się na miejscu w związku z tym i w którymś momencie pocieknie nam bokiem. Nie trzeba się tym przejmować, ponieważ po zakończeniu pieczenia, ciasto wyciągamy i studzimy w temperaturze pokojowej, a potem wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Przez ten czas wszelakie pęknięcia ładnie się zejdą, a nadzienie zestali i pie będzie można spokojnie kroić.
Gotowy, schłodzony pie posypujemy cukrem pudrem lub kryształem po wierzchu i podajemy samo, lub w towarzystwie kulki lodów waniliowych, lub bitej śmietany.
Smacznego!
-------------------------------------
Ingredients:
Pie dough:
140g of butter
300g of all purpose flour
a pinch of salt
3 tblspns of ice cold water
Filing:
1 jar of home-made rhubarb jam acc. to this recipe (approx. 1/2 litre of jam)
2 handfuls of fresh or frozen strawberries, cut into pieces
The making of:
All dry ingredients must be in a room temperature. All fridge ingredients - have to be cold.
Mix flour and salt in a bowl.
Chop finely cold butter and put it also in a bowl.
Using a fork or your own hands work the butter into the flour mix, until it all resembles crumbs with a visible little lumps of butter.
Mix it with a cold water and quickly squeeze it all together, receiving a ball of dough. Divide the ball into two halves. One, wrapped in a foil, put into the fridge. You will be working on the remaining one now.
Put a sheet of aluminium foil on a flat surface. Roll on the dough there in the shape of a circle, matching the size of your pie dish, plus a little extra for the sides.
Smear your pie dish with a butter and sprinkle it with flour.
Put a circle of dough into the pie dish, flipping the aluminium foil with it upside down above the pie dish, then remove the foil and fit the dough to the pie dish nicely. Remember not to leave or make a holes in the dough cirlce, for the filing could flow outsides the pie through it.
Put the rough pie in a pie dish into the fridge for about 40-60 minutes.
Heat the oven to 356-374 Fahrenheit. Put a sheet of aluminium foil on the surface of a baking tin, in case the filing boiled out.
While te rough pie is in the fridge, start preparing the filing.
Pour the rhubarb jam from a jar into a pot.
Put there chopped strawberries, mix it all and start heating up, stirring from time to time.
While heating up, the jam and strawberries should become one, smooth filing, which you should try now. If the taste suits you - remove it from the heat. If it is too sour - add some sugar. If too sweet - ad some lemon juice. Not enough strawberries - add some more.
All in all, the filing, when ready, should be left to chill, before there comes the time to put it into a pie.
When the time is right, remove the rough pie from the fridge and fill it with a filing.
Remove the second part of ball of dough and repeat the process of rolling as same as for the previous part. Put the circle of rolled dough in the top of pie with a filing.
Grip together the ends of the top cirlce with the sides of crust, cut off the extras.
Using a fork, make some ventilation holes in the top of pie.
Put the pie into the heated oven and bake for about 30-50 minutes until golden on a top.
The crust is very crispy and delicate, so it is highly possible, it will break during the baking, and some drips of the filing bubbles out. If this happends, do not fret, for when it bakes already, you should remove it and let it cool in a room temperature, and then put it into the frigde for couple of hours. And during this cold treatment ale the cracks go together nicely and the filing steadies, so the pie will be ready to cut and serve.
The pie, cold and ready to serve should be sprinkled with caster or grated sugar and served with vanilla ice cream or whipped cream.
Enjoy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





