wtorek, 24 maja 2016

Szkockie meat-pie czyli ciasto z wołowiną i grzybami ("Outlander")/Scottish meat and mushroom pie ("Outlander")

Czas szybko leci. Jak z bicza trzasnął. Jeszcze niedawno zachwycałam się naprawdę ładnym zdjęciem, jakie mi wyszło przy ciastkach Wookie, prawie że takie, że nie uciekają z krzykiem z bloga, o próbowaniu przepisu nie mówiąc, a zaraz potem miałam na głowie masę kłopotów rodzinnych, chorego syna, męża i siebie, gdy zima zostawiła swój ostatni prezent, rejterując przed wiosną.
A teraz jest gorąco, czerwiec za kilka dni, poziomki zaczynają dojrzewać w skrzyneczce na balkonie (Młody codziennie zagląda do nich, liczy pieczołowicie i skacze jak piłka w górę i w dół z radości, bo może jutro będzie już je jadł!).
Wysypał się też worek z filmami i serialami, na które wyczekiwałam. Większość jest już w połowie sezonu, intrygi się zawęźlają, a fabuła po solidnym pierdzielnięciu przewidzianym na środek akcji powolutku zaczyna zwalniać, by przypadkiem finałowe odcinki nie miały za małej oglądalności, gdy przyjdzie do podsumowywania, największego łomotu akcji przewidzianego na finał i kancelacji seriali w przyszłym sezonie.
"Outlander" jest właśnie w równiutkiej połowie i akcja przenosi się do Szkocji z ludwikowskiej Francji, a to oznacza, że znowu będę gapić się na ukochane klimaty i kilty.
Ach, kilty na odważnych samcach! Ach, Szkocja. Ach, mój ulubiony konik i długofalowy cel podróży ściśle powiązany z mym najtrwalszym na świecie zainteresowaniem i miłością, to jest kulturą celtycką. Ach... nie dziwcie się więc, że pierwszy wpis po długiej przerwie związany jest z tak wenotwórczym tematem - Szkocją i jednym z moich ulubionych cyklów powieściowych w Szkocji się dziejących, na podstawie którego robią ten wspaniały serial.
W skrócie, bo to przecież nie jest blog o książkach i filmach:
"Outlander" to historia pielęgniarki, żyjącej spokojnie we wczesnych latach pięćdziesiątych, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, która po przyjeździe do Szkocji przechodzi przypadkowo przez jeden z kamiennych kręgów, rozsianych tam przecież gęsto i jakimś cudem przenosi się w czasie o 200 lat do Szkocji, jeszcze zanim but Anglików zmiażdżył niepodległość, klany i prawie zmiótł ich niezwykłą kulturę. Claire przeżywa tam niezwykłe przygody, dostosowuje się do rzeczywistości i podczas poszukiwania drogi powrotnej do swoich czasów poznaje przypadkiem wielką miłość swego życia - Szkota Jamie Frasera.
Skracając 7 kolejnych tomów, które tę dwójkę rzucają od Szkocji po przed rewolucyjną Amerykę na przestrzeni kolejnych 50 "szkockich" lat (z 20 letnią przerwą, gdy Claire wraca do swoich czasów, by uciec z nich znowu ostatecznie do Frasera), jest to historia tak fantastyczna, tak sławna o całej rzeszy fanów i tak potencjalnie serialowy hit, że stworzenie na jej podstawie serialu lub filmu było tylko kwestią czasu.
Powróćmy jednak do samej Szkocji, w której tak de facto dzieje się w całości akcja pierwszego tomu "Obcej", a także 1 sezonu serialu. Siedemnastowieczna kultura szkocka została przedstawiona bardzo dokładnie, z dbałością o szczegóły, nie tylko w sferze wyglądu postaci i języka "gaelic", którym się posługują bohaterowie, niezrozumiałego dla Angielki, póki się go nie zaczęła sama uczyć. Zaprezentowano tam tez takie perełki, jak charakterystyczne ozdoby, tańce szkockie, wygląd domów, kuchnię... no właśnie. Potraw anglosaskich w Outlanderze jest multum. Jak więc mogłoby zabraknąć do gruntu szkockiego ciasta mięsnego, które jadają co prawda na całych Wyspach, od Anglii po Irlandię, tak charakterystycznego dla tej kultury, ale w sumie cholernie mało znanego poza nią?

Na warsztat Meat-Pie wzięłam już kilka lat temu, z ciekawości. Jako Polka, ciasta jadam z owocami, a nie z mięsem i o ile idea "Pie" była mi znana, to takiego pomysłu, by do środka, na spód z półkruchego ciasta dać mięsne nadzienie i przykryć warstwą tego samego ciasta, nie mogłam przełknąć, póki w końcu nie spróbowałam. I wiecie co? To ciasto ląduje u mnie na stole obiadowym średnio raz na miesiąc, a rodzina jest zachwycona! Z dodatkiem sałatki z świeżych warzyw, żadnych ziemniaków, na Boga! I na jednym kawałku tego złotego, aromatycznego cuda się nigdy nie kończy. Nawet na zimno się go czepiają, choć prawdziwa poezja to się dzieje po wyjęciu go na świeżo z piekarnika, a w całym domu pachnie wołowinką, tymiankiem i grzybami.
Meat-pie, na które przepis zaraz wam zapodam, posiada nadzienie z wołowiny i grzybów (cudownie by było mieć świeże lub suszone leśne, ale pieczarki też ujdą od biedy), które śmiałoby można nazwać gulaszem, gdyby nie gotowano go w taki sposób, by sos był pięknie zwarty i pozostawał potem w cieście po przekrojeniu, nie wypływając z niego. Mięso jest mięciutkie, a jeśli dodacie jeszcze porteru do sosu, po odparowaniu otrzymacie iście szkocką potrawę, jaką nie pogardził by żaden anglosas, a i zaciekawiony Polak zje i poprosi o dokładkę. Ciasto, w jakim zapiekamy mięso należy koniecznie potraktować żółtkiem po wierzchu, by było cudownie złociste i chrupiące, a dodatek tymianku w nim to już ostateczny creme-de-la-creme potrawy, łączący wszystko ze sobą w fantastyczną, niezwykłą całość.
Szczególnie polecam danie tym, którzy szukają alternatywy dla w kółko gotowanych gulaszy, schabowych i sznycli z ziemniakami. Odrobina ekstrawagancji rodem z Wysp Brytyjskich nikomu nie zaszkodzi, a wypędzi nudę z kuchni lepiej niż te wszystkie reklamowane pół produkty Winiar czy innych Knorrów, jakie nam się pchają przed oczy w telewizji. Jasne, trzeba poświęcić trochę czasu na zrobienie i nadzienia i mięsa, ale efekt przerośnie wasze najśmielsze oczekiwania.
A zatem, skoro przyciągnęłam już wasze zainteresowanie, najwyższa pora rzucić się do roboty.
Przepis wzięty z tej strony. Korzystałam z niej wielokrotnie, gdyż autorka doskonale wie jak odtwarzać przepisy z serii "Outlander" i pobocznych, trzyma się szczegółów opisanych w książkach, robiąc najdokładniej tak, jak tam jest opisane i w sumie, sama wprowadziłam tylko niewielkie poprawki, by bardziej trafić w smak:) A teraz wy możecie spróbować tego wszystkiego sami.
Niech więc zagrają dudy i ruszmy w tany z garnkiem i patelnią!
Slainte Mhaith!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)








Składniki:

Nadzienie mięsne:
70dkg wołowiny (im mniej białych powięzi, tym lepiej)
1 i 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki musztardy
1/2 łyżeczki pieprzu
2 plastry boczku wędzonego (ja preferuję surowy, bo pięknie oddaje smak w potrawie; wystarczą tak na szerokość kciuka)
Oliwa z pestek winogron
1 średnia cebula
23-25dkg grzybów leśnych suszonych lub świeżych, ew. pieczarek
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki mąki
1 butelka piwa typu porter (polecam Guinness)(opcjonalnie)
1/2 litra bulionu wołowego
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 liść laurowy

Ciasto:
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki świeżego tymianku (lub solidna szczypta suszonego; powinien być widoczny w cieście)
1/2 łyżeczki soli
2/3 szklanki masła
2 żółtka
3-4 łyżki zimnej wody

Jajeczne smarowidło na wierzch ciasta:
1 żółtko
1 łyżeczka wody

Wykonanie:

Wołowinę kroimy jak mięso na gulasz, starając się by kawałki mięsa nie były większe od paznokcia kciuka.
Grzyby suszone namaczamy przez noc w wodzie. Następnego dnia wydobywamy z cieczy, odciskamy i kroimy na drobno. Świeże grzyby lub pieczarki myjemy i kroimy na półplasterki.

Wkładamy mięso do miski, dodajemy do mięsa sól, musztardę i pieprz, starannie mieszamy wszystko razem i wstawiamy do lodówki, by mięso przechodzić zaczęło smakiem.

Z boczku odcinamy skórę, kroimy na drobno i wrzucamy na patelnię (sugeruję dużą i głęboką, bo na niej będziemy robić ostatecznie całe nadzienie). Podsmażamy, pilnując by nie zbrązowiał za bardzo. Następnie ściągamy boczek (tłuszcz wytopiony zostawiamy), odkładamy na talerz, a na patelnię dolewamy tyle tłuszczu by w raz z wytopionym z boczku wyszło na oko ze 2 łyżki.

Wyciągamy wołowinę z lodówki i kawałki mięsa wrzucamy na patelnię, by je obsmażać około 5 minut. Następnie ściągamy ją z patelni, zostawiając tłuszcz i wytopione soki z mięsa i odstawiamy mięso na talerzu na bok.

Dolewamy 2 łyżki oliwy i wrzucamy na patelnię pokrojone grzyby oraz cebulę pokrojoną w kostkę. Dusimy aż cebula się zeszkli, a grzyby zmiękną - około 5 minut.

Na patelnię do grzybów i cebuli dorzucamy posiekane ząbki czosnku, smażymy razem około 1 minuty, następnie dosypujemy mąkę i smażymy wszystko razem, stale mieszając, przez kolejne 2 minuty.

Jeżeli zdecydujemy się do potrawy dodać porteru, wlewamy piwo na patelnię i mieszamy z obecnymi tam składnikami.

Dolewamy bulion wołowy, dodajemy podsmażone boczek i wołowinę, tymianek oraz liść laurowy. Starannie wszystko mieszamy i doprowadzamy do wrzenia.

Następnie zmniejszamy ogień pod patelnią tak, by zawartość patelni tylko "pyrkała", częściowo przykrywamy i gotujemy w ten sposób aż mięso będzie miękkie, a sos gęsty i ciężki. Zajmie to około 1 godziny.

Doprawiamy ostatecznie do smaku, zdejmujemy patelnię z gotowym nadzienie z ognia i odstawiamy, by nieco się ostudziło zanim przełożymy je na ciasto.

Następnie wykonujemy ciasto.

W osobnej misce mieszamy razem mąkę, posiekany, świeży tymianek i sól.

Dodajemy posiekane masło i końcami palców mieszamy wszystko razem, rozdrabiając mąkę z kawałkami masła, aż całość zacznie nam przypominać nieco kruszonkę o lekko żółtym kolorze z pojawiającymi się tu i tam małymi kawałeczkami masła.

Rozrabiamy żółtka z 3 łyżkami zimnej wody, dolewamy do mącznej masy i tak jak poprzednio wyrabiamy rękami, aż przyjmie postać suchej kuli ciasta. Wody dodajemy tylko w ostateczności. Całość ma się trzymać ze sobą, a nie być ciastem pierogowym.

Kulę ciasta kładziemy na płachcie folii aluminiowej, zawijamy w nią, a następnie spłaszczamy ją aż przyjmie postać grubego dysku. Dysk wkładamy do lodówki co najmniej na 1 godzinę. Można też zostawić na noc.

Nagrzewamy piekarnik na 205 stopni Celsjusza.

Schłodzony dysk z ciasta wyciągamy z lodówki i odwijamy z folii. Ostrożnie przecinamy na pół tak, by otrzymać dwa węższe dyski. Pierwszy rozwałkowujemy na stolnicy, a następnie przekładamy na standardową formę na tartę, wysmarowaną wcześniej masłem. Może się okazać, że ciasto nie da się przełożyć w całości. Żaden to problem. Kawałkami wylepiamy po prostu spód i boki aż do samej góry formy.

Następnie do ciastem wyłożonej formy przekładamy ostudzoną zawartość patelni z nadzieniem. Całą. Miejsca wystarczy, a jak się nam zrobi górka to też nie ma co płakać.

Rozwałkowujemy drugi dysk ciasta podobnie jak pierwszy i przykrywamy nim ciasto, dociskając je do brzegów tak, by zamknąć nadzienie w szczelnej ciastowej skorupce. Tym razem staramy się przenieść tę kołderkę w całości, więc na przykład nawinięcie go na wałek i wyłożenie w ten sposób, może się akurat udać.

Przy pomocy noża robimy w wierzchniej warstwie ciasta dwie lub trzy dziurki, następnie smarujemy je jajecznym smarowidłem (ukręcone ze sobą żółtko i woda) po wierzchu, by podczas pieczenia przybrało piękny, złoty kolor i blask.

Meat-Pie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 35-40 minut aż będzie złote. Wyjmujemy wtedy z piekarnika i pozwalamy nieco mu ostygnąć zanim je zaserwujemy, w towarzystwie świeżych ogórków, pomidorów i sałaty połączonych w zgrabną, wiosenną sałatkę.

Ith gu leòir! (Zjadać w wielkiej ilości!)
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Beef & Mushroom Filling:
700 g of beef
1 and 1/2 tsp of salt
2 tsps of mustard
1/2 tsp of pepper
2 slices of bacon
Vegetable Oil
1 medium onion

230-250g wild or button mushroom
2 cloves of garlic

1/4 cup of flour
1 bottle of dark beer/porter (optional)
2 cups of beef stock
1 tsp of dried thyme
1 bay leaf


Pastry:
2 and 1/4 cup of all-purpose flour
2 tspn of fresh thyme leaves
1/2 tsp of salt 

2/3 cup of butter
2 egg yolks
3-4 tblspns of cold water

Egg-wash:
1 egg yolk
1 tsp of water


The making of:

Chop the beef on small cubes. 
Soak the dried mushroom overnight, then chop them. If you have fresh mushroom, just wash them and chop.

Toss the cubed beef with the salt, mustard and pepper.  Set aside.

Chop the bacon then crisp it over medium heat, careful not to overbrown. Remove fried bacon to a small plate.  Add enough vegetable oil to the pan to make 2 tablespoons of fat.
Brown the beef for about 5 minutes. Set the beef aside, add another 2 tablespoons of oil as well as the onion and mushrooms to the pan and saute until soft and translucent, another 5 minutes.

Add the garlic and cook until fragrant, about 1 minute, then stir in the flour and cook for 2 minutes, stirring constantly.

If we decide to add porter to the dish, add it now and mix with the rest of the ingredients.

Add the stock or water, reserved beef and bacon, thyme and bay leaf.  Stir well, and bring to the boil. 

Reduce to a simmer, partially cover and cook until the beef is tender and the gravy shiny and thick, about 1 hour.  

Season to taste, then remove from the heat and cool slightly.  

Now prepare the pastry.

Stir together the flour, thyme and salt in a bowl.  

Add the butter, and with your fingers, rub the butter into the flour until everything resembles cornmeal:  slightly yellow, with only small lumps of butter.

Whisk the yolks into 3 tablespoons of cold water.  Add to the flour mixture and mix with your hands until it comes together into a very dry ball.  Add the extra water only if necessary.   

Dump the mixture onto a large sheet of plastic wrap and bring the edges of the wrap together to form a ball.  Press together into a firm disc with your hands and refrigerate for 1 hour and up to overnight.

Preheat the oven to 400° Fahrenheit.

Remove the pastry from the frisge and divide into 2 pieces.  Roll out the bottom part and transfer to a standard size tart dish. If you find it difficut to transfer it as one big piece, put it in the smaller pieces, one by one, and carefully coat the bottom and sides of dish up to the top with pastry. 

Fill it to the top with a mushroom &beef filling.

Roll out the other piece of pastry and use it to cover the pie, crimping to attach to the bottom crust.  

Use a knife or small cutter to cut 1 or 2 vents in the top. Whisk together the egg yolk and water for the egg wash, then brush it on the top of the pie, so it was bright, shiny and beautifully golden after the baking id finished.

Put your meat-pie into the oven and bake for 35-40 minutes until golden. Cool slightly before serving, and then serve together witha a fresh vegetable salad.

Ith gu leòir! (Eat plenty!)






piątek, 25 marca 2016

Świąteczne Gniazdka Zająca Wielkanocnego / Easter Bunny's Nest cookies


Co ja się tu będę już produkować... Wielkanoc! Czas szukać jajek poukrywanych w krzakach przez Zająca Wielkanocnego, wyżerać zawartość lodówki, a nam, tym, które piekły i gotowały przez ostatnie dwa-trzy dni, po ciężkiej robocie należy się wreszcie odrobina odpoczynku. A zatem rodzina niech nie siedzi przed kompem (no dobra, możecie poczytać jedną felkę:)) tylko raduje się z najwspanialszych Świąt w roku, a my leżymy i pachniemy jak bogowie przykazali.

Tak tylko jeszcze, by post nie był pustakiem, zapodaję wam malutkie, smaczne, świąteczne cudo, jakie można zrobić dzięki wykonaniu poprzedniego przepisu na ciastka Wookie, dosłownie jako ostatnie pociągnięcie pędzla na Święta.

Oto ciastka Świąteczne Gniazdka Zająca Wielkanocnego!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Zastosuj te same składniki, jakie znajdziesz w felce "Futrzaki" - ciastka Wookie
plus
opakowanie małych jajek czekoladowych w cukrowej polewie (ja użyłam tych od Milki)


Wykonanie:

Postępuj dokładnie tak samo, jak podczas wykonywania ciastek Wookie.

Gdy ciastka będą już prawie zimne, wetknij na nie po kilka jajek czekoladowych i smakowita ozdoba stołu i ciastko za razem - gotowe:)

Wesołych Świąt Wielkiej Nocy i do napisania już wkrótce!

 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Use the same ingredients as in the recipe for "Fuzzballs" - Wookie's cookies
plus
1 pckge of small chocolate eggs covered with sugar crisp


The making of:

Follow the same steps as in the recipe for "Fuzzballs" - Wookie's cookies.

When the cookies are almost completelly cool, put into them some chocolate eggs. And it's ready: beautiful and tasty at the same time:)

Happy Easter and see you soon!

"Futrzaki" - ciastka Wookie / "Fuzzballs" - Wookie's cookies

Bez wątpienia 90% z was oglądało trylogię Star Wars i ją czci. Znakomita ilość z was widziała też trylogię prequelową, którą mniej czcimy, bo, krótko mówiąc, była do luftu w porównaniu z jedynie słuszną "oryginalną". W zeszłym roku zaś Lucasfilm (będący obecnie częścią MouseHouse) ucieszył nas pierwszą częścią trylogii sequelowej, dziejącej się 30 lat po wydarzeniach jedynie słusznej trylogii oryginalnej. Wiadomo - nowe filmy, zaraz jedni lecą z miejsca szukać błędów (jak trampki u szturmowca), albo ukrytych Easter Egg, inni piszczą radośnie, odkrywając stare, dobrze znane wątki, ulubione hasła postaci, czy też ponownie zaczynają kombinować, jak tu zbudować miecz świetlny, dysponując jedynie tym, co ziemska technologia ma do zaoferowania.
Ja należę zarówno do grupy "piszczącej" i szukającej starej magii w nowych filmach, jak i kombinującej nad mieczem świetlnym i płaszczem Jedi (w końcu go sobie uszyję!). Ale nie kombinuję tylko nad tym, ale i nad wszelką kosmiczną zjadliwością Gwiezdnych Wojen.

Star Warsy niestety nie uszczęśliwiają nas za dużą liczbą rzeczy jadalnych, które możemy sobie obejrzeć w filmie. Expanded Universe (czyli wszelkiego typu książki, gry i inne bazujące na kanonicznych filmach) polepszają nieco sprawę, podsuwając tu i tam jakieś gwiezdno-wojenne potrawy, ale co jest w oryginalnym filmie, to jest w oryginalnym filmie.

Ostatnio udało mi się zapodać wam jak najbardziej kanoniczny chlebek Rey z "Przebudzenia Mocy", który, mówiąc skromnie, tylko tym się różnił od filmowego, że dłużej się go robiło i na pewno lepiej smakował po zrobieniu niż racje imperialne instant, z których pochodził pierwowzór. Tym razem jednak postanowiłam zrobić... deser.
Deserów w Star Wars jeszcze mniej niż normalnego, galaktycznego jedzenia, więc niestety, ach, niestety, ciastka, które wam teraz zaproponuję są tylko inspirowane Star Warsami. Chociaż czy to tak źle? Można dzięki temu, założyć, że gdyby ktoś tam wpadł na ten sam pomysł, to pewnie by je zrobił. A może już były, tylko zwyczajnie ich nie pokazano, bo nie były potrzebne? Mnożyć możliwości można w kółko, zatrzymajmy się jednak na tej ostatniej: co mógłby zjeść Wookie na deser?

Aż tak die-hard fanem nie jestem, by znać szczegóły biologiczne każdej z rasy występujących w świecie Star Wars, ale jestem dość dobrym obserwatorem. Wookie w filmie nie jadł nic. Nic też nie pił. Ani w oryginalnej, ani w prequelu, ani w nowej części. Dlatego możemy sobie gdybać i gdybając dochodzę do wniosku, że mając kły, Wookie zapewne chociaż częściowo jest mięsożerny. Patrząc na jego zainteresowanie krwawym łupem w "Powrocie Jedi", nawet na pewno. Pochodzi on jednak z planety Kashyyk, która jest jedną, wielką dżunglą, więc wobec tego rośliny Wookie też musi jeść. A zatem, gdyby Wookie zechciał spożyć deser, to na produkcie pochodzenia roślinnego raczej by się skupił. Poza tym... mam przedziwne wrażenie, że Wookie mają poczucie humoru. Przynajmniej raz dano nam posłuchać śmiechu Wookie w filmach, a skoro dowcip jest im nieobcy, to może mała igraszka deserowa? Uczynić jedzenie na swój obraz i podobieństwo? Czyli porosnąć je futrem! Deser futrzak... patrzcie, nawet Han Solo uważa, że "Futrzak" to świetna nazwa.

"Futrzak!"

Kimże więc jestem skromna ja, by zignorować tak jasne przesłanie. Wookie z rozbawieniem zobaczył by włochaty deser, obwąchał, a potem pewnie zjadł, bo i czemu nie. Same naturalne (może nieco przetworzone) rzeczy! Same słodkie! Pycha. Wookiście:D

Jeśli jeszcze dodam, że zrobienie "Futrzaków" wymaga tylko 5 składników i nie mają one absolutnie żadnego kontaktu z piekarnikiem, a jedyny problem dla mieszkańców Polski to wystarać się o składnik główny do nich, to myślę, że choćby dla samej zabawy ubabracie się, robiąc je, po pachy i wybuchając śmiechem. Nie zapominajmy też o smaku. Chrupiąca niespodzianka w środku, masa słodyczy orzechowo-karmelowej i czekoladowo-karmelowej na zewnątrz. Radocha, którą ja z nich miałam godna jest podzielenia się, więc przekazuję w dobre ręce "Futrzaki", życząc takiej samej zabawy i wam:)
Inspiracja przepisem z tej strony. Poszerzyłam go o wersję ciemniejszą, specjalnie dla tych, co są uczuleni na orzechy, jak mój synek, ale też mogliby chcieć spróbować ciastkowego żartu.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na około 12 ciastek, zawsze jednak można dorobić więcej masy):

3 brykiety niteczkowych płatków pszennych "Shredded wheat biscuits" czyli 1 i 1/2 opakowania z paczki (spieszę wyjaśnić, że w polskich sklepach, nawet supermarketach marne są szanse, by je dostać. Żaden polski producent nie wypuścił ich na nasz rynek, dlatego jedyną szansą na zdobycie tych konkretnych płatków o specyficznej fakturze są sklepy oferujące towary spożywcze z zagranicy. Oczywiście mieszkańcy WB albo Stanów problemu z nimi na pewno mieć nie będą, ale zwykła, zasiedziała w kraju Polka te konkretne płatki może kupić na przykład na tej stronie, albo osobiście w warszawskiej filii tego sklepu.)

Na jasne "Futrzaki":
3 łyżki masła orzechowego, gładkiego
3 łyżki domowego sosu butterscotch

Na ciemne "Futrzaki":
1 czekolada gorzka
3-4 łyżki domowego sosu butterscotch
2-3 łyżki mleka



Wykonanie:

1- 2 godziny przed produkcją ciastek wyciągajmy z lodówki sos butterscotch, by się ogrzał.

Brykiety odpakowujemy z papierka i łamiemy oraz rozdzielamy poszczególne nitki do dużej miski ostrożnie tak, by zostało nam jak najwięcej długich nitek, ale brykiet był dokładnie rozdrobniony.

Na jasne "Futrzaki":
Wkładamy sos butterscotch i masło orzechowe do rondelka, mieszamy i podgrzewamy tylko na tyle, by masa zrobiła się płynna, ale nadal dało się wetknąć do niej palce i się nie poparzyć.

Rozkładamy na płaskiej powierzchni płachtę papieru do pieczenia.

Dużą szczyptę nitek pszennych wrzucamy do masy orzechowo-karmelowej i jak najdokładniej, ale delikatnie obtaczamy w masie, następnie wyciągamy  "kłaki" i robimy ciastko na papierze do pieczenia, kształtując nitki z karmelem mniej więcej w spłaszczoną kulkę, uważając by ich nie połamać.

Pozwalamy "Futrzakom" stygnąć w temperaturze pokojowej, a potem pakujemy do lodówki na całą noc.

Na ciemne "Futrzaki":

Czekoladę łamiemy drobno do rondelka, dodajemy sos butterscotch oraz mleko podgrzewamy aż powstanie nam gęsta masa, nadal jednak płynna.

Ostudzamy do chwili, gdy nadal jest płynna, ale można jej dotknąć i dalej postępujemy dokładnie jak jak z "Futrzakami" jasnymi.

Po nocy spędzonej w lodówce, można je serwować.

Rzecz jasna tą metodą i mając zapas zarówno sosu butterscotch, masła orzechowego i płatków możemy ich naprodukować znacznie więcej niż tylko dwanaście, a także możemy z nich zrobić inne cudo, na przykład na Święta Wielkanocne, dodając jeden malutki składnik. Ale to bez niego "Futrzaki" są prawdziwymi ciastkami Wookie, którymi żaden Futrzak nie pogardzi. Ani ten z galaktyki daleko, daleko stąd, ani własny, bardzo zarośnięty futrzak-mężczyzna, albo malutki łażący dywanik, który chętnie rąbnie sobie "Futrzaka" ledwie będzie wystudzony i wpakuje do buzi:)
Smacznego im wszystkim i wam, gotującym.

I niech Moc będzie z Wami!

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients: (for approx. 12 cookies, but you always can make more sauces):

3 large Shredded Wheat Biscuits ( I used Nestle's)

For the bright "Fuzzballs":
3 tblspns of peanut butter, smooth
3 tblspns of home-made butterscotch sauce

For the dark "Fuzzballs":
100g dark chocolate
3-4 tblspns of home-made buttescotch sauce
2-3 tblspns of milk


The making of:

Remove the butterscotch sauce from the fridge 1-2 hours before making a cookies, so it had a room temperature.

Carefully break apart shredded wheat biscuits so that they are completely broken up but there are still lots of long strands, and put the strands into the large bowl.

For the bright "Fuzzballs":
Put your butterscotch sauce and peanut butter into a small pot, mix, and the heat it up a little so it became liquid but still possible to touch with bare hand.

Put a sheet of baking paper on a flat surface.

Put a large pinch of strands into the caramel-peanut butter sauce and carefully mix them together. Form into a clump and put into a baking paper, forming a "fuzzball".

Let them harden in a room temperature, and then put into a fridge for the whole night.

For the dark "Fuzzballs":
 Chop a chocolate for a smaller pieces, put it together with a butterscotch and milk into a small pot, mix it and melt together, so to get a liquid, yet possible to touch sauce.

If it is too hot, let it cool a little, but it still has to be liquid so to form a "fuzzballs". Then do exactly the same steps as with the "bright fuzzballs".

After they spent the night in the fridge, you may serve the cookies to your guests.

Having some more shredded wheat, butterscotch sauce and peanutbutter, and chocolate you can always make some more of then, than just 12 pcs. You can also add one little ingredient and create a wonderful little treat for the Easter. I promise your guests will love it: Wookie, or nor.

Cheers and may the Force be with you!


środa, 23 marca 2016

Zupa-krem z dyni z piekła rodem / Cream of pumpkin "straight from hell" soup

Przy okazji innego przepisu, na Pumpkin Pie, pisałam już, że dynia w Polsce jest niedocenianym warzywem. Może i nie jest rodzimego pochodzenia, a okres jej świetności przypadał na czasy bardzo odległe od lat osiemdziesiątych, w których zaczyna się moja własna historia, ale kiedyś jedzono jej znacznie więcej. Potem, w czasach gdy byłam już świadoma, że lubię taką zupę, a takiej nie lubię, zniknęła kompletnie z polskich stołów i dla celów dekoracyjnych jedynie się tu i tam pojawiała (zresztą nie tylko dynia znikła, ale i sporo innych podstawowych rzeczy. One jednak wróciły, a dynia - nie). Nigdy jednak nie używano jej do ciast, nie robiono z niej zup, a o dodatkach do "schabowego" w takiej, czy innej postaci, można było zapomnieć. Nie było tradycji, nie było chęci, by próbować czegoś nowego, niczego nie było (pan Kononowicz nie obrazi się, że go zacytuję, albowiem jego słowa są już częścią popkultury i nic na to nikt nie poradzi, a już tym bardziej sam wywołany do tablicy, nawet przy swym zdecydowanym sprzeciwie;)). Dopiero gdy coś drgnęło ostatnimi czasy i gospodynie odkryły, że jest coś takiego jak dynia i jej uniwersalna i jedyna w swoim rodzaju zdolność przejmowania i ulepszania smaków jej towarzyszących, że zupy wcale nie trzeba zabielać mąką dla zagęszczenia, a zwyczajnie zmiksować (lub tylko jej część, jak ktoś pragnie czuć, że je zupę, a nie papkę dla niemowlaka) i że po pozbyciu się skóry otrzymujemy tak cudowny, naturalny kolor, który się nie rozmywa w innych dodatkach, wtedy dopiero dynia wróciła do łask.
U nas, rzecz jasna, z opóźnieniem. Najczęściej spożywa się zupę dyniową, krem, na łagodnie lub słodko. Za oceanem robią z dyni cuda. Poczynając od zup, a kończąc na deserach i to takiego rodzaju, że zaskoczeni bylibyście, że dynia jest w środku. Lody z dynią, muffinki z dynią, dyniowe brownie, ba, serniki też dyniowe robią i wszystko do siebie pasuje i smakuje.
Inną sprawą, która przesądziła o tym, że Polak i dynia to tak jeszcze po macoszemu się traktują, jest niezdecydowany smak tego warzywa. Sama dynia... no, nie bardzo. Nikt jej nieprzyprawionej nie zje, bo jest mdła. Dlatego, moje drogie ofiary grafomańskich Bantofelków, Polacy tak jak ten kot, któremu raz podsunięto omyłkowo chleb, zamiast mięsa. Obwącha, nadgryzie, obrazi się, że ktoś tu go w balona robi, a potem długo trzeba się nachodzić, by zmienił zdanie i namówić na drugą próbę.

Ja też byłam oporna. Nie ma co się oszukiwać. Dyniowej spróbowałam jako osoba dorosła, zachęcona rodzącą się właśnie ciekawością kulinarnych dóbr tego świata. Szczęściem z miejsca trafiłam na doskonały przepis, który po ulepszeniu stosuję do dzisiaj, karmiąc dyniową-kremem od czasu do czasu moich mężczyzn. Tym, którzy mieli pecha i się zawiedli na swoim pierwszym przepisie i oświadczyli, że "nigdy więcej", mogę tylko współczuć, bo dynia to temat trudny do przełknięcia, jak raz stanie kością w gardle. Ale i zachęcić do spróbowania raz jeszcze: naprawdę, z dobrym przepisem, gdy wybalansujecie już swój własny smak i przyprawy, zachwycicie się dynią do tego stopnia, że zacznie się na zupie, a skończy na lodach. I nigdy nie przeminie. Pękata dama zaśpiewa trzy tony waszemu sercu i żołądkowi, trafi w punkt G (sic!) i zostaniecie podbici, zawojowani i spragnieni zupy dyniowej, ledwie sezon na dynie nadejdzie wraz z jesienią.
Inna sprawa, że może trwać cały rok, jak sobie dynię zamrozicie:)

Zupę zrobić prosto. Każdy wie, że gotuje się warzywa. wrzucane na hurra do garnka, w ilości, jaka nam akurat podejdzie na "wodziankę", albo zupę o konsystencji takiej, że łyżka staje sztorcem. Nie inaczej jest i z dyniową. Proces jej produkcji różni się od jarzynówki jedynie samą końcówką. A skoro dyniowa-krem jest zupą, zupę zrobić potrafi każdy, to przecież nie ma co kręcić nosem, szczególnie, jeśli szukacie zupy nowej, wartej by ją wprowadzić do własnego domu i usadzić w nim na zawsze.

Moim wtrętem w tę zupę jest doprawienie. Jak już pisałam, dyniowa pięknie chłonie smaki towarzyszące, samej mając niezdecydowanie słodkawy. Oraz kolor, jakiego nie uzyskamy żadnym, sztucznym barwnikiem. Dla odmiany robionej wszędzie wersji  łagodnej i na słodko, razu pewnego słuchając randomowych kawałków na metalowej liście z Winampa, rozważałam jak by tu dodać charakteru niemal gotowej zupie dyniowej. I, jak łatwo przypuszczać, muzyka, która leciała gdzieś mimo uszu, metalowe riffy na gitarach, tudzież wokalista drący mordę, któremu wtórowałam co jakiś czas, śpiewając do łyżki drewnianej, lub używając dwóch jak pałeczek bębniarza na meblach, miała konkretny wpływ na to, po jaką przyprawę sięgnęła moja ręka.
A jeszcze jak ryknęło z głośników Rage - Staright to Hell, to nie było już wyproś. Dyniowa-krem stała się zupą z piekła rodem, która cię tam zaprowadzi prostą, szybką trasą, a ty pójdziesz za nią grzecznie, bo nie będziesz miał jej dość.
Zresztą, przysięgam, gdyby zdarzyła się kiedyś taka okoliczność, że talerz mej piekielnej dyniowej zacząłby śpiewać (załóżmy, że tak by się stało... skoro w "Hotelu Transylvania" mieli krzyczący ser, to czemu i Zupa-Krem z Dyni nie miałaby też dostać głosu:P), miałby głos Petera Burtza, wokalisty kapeli Rage.

Czyli generalnie wiecie już, czemu dyniowa jest zupą piekielną. Przynajmniej, patrząc na słowa mej felki i przepis poniżej. A teraz najwyższy czas udać się po przyprawy, posiekać dynię i zacząć robić swojego własnego dyniowego piekielnika, do czego serdecznie zapraszam:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1/2 kg dyni
1 pietruszka
3 marchewki
1 plaster selera
1 cebula
1 kostka bulionowa warzywna
2 łyżki masła
3 liście laurowe
3 ziarnka ziela angielskiego
Szczypty: soli, pieprzu, pietruszki, kolendry, imbiru, gałki muszkatołowej, chili, curry, słodkiej papryki
Kwaśna śmietana na przybranie

Wykonanie: 

Dynię (jeśli kupiliśmy w całości) rozcinamy, pozbywamy się włókien ze środka i pestek (pestki można zasuszyć i zostawić do późniejszego użycia), kroimy na plastry, razem ze skórą.

Piekarnik nastawiamy na ok. 180 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy folią aluminiową, kładziemy na niej skórą do dołu kawałki dyni i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy dynię tak długo, aż miąższ dźgany widelcem, jest miękki i odchodzi od skóry, skóra z kolei jest nieco przypalona lub pomarszczona. Wydobywamy wówczas dynię z piekarnika, bez trudu pozbywamy się skóry i kroimy już miękką, na mniejsze kawałki. Odstawiamy na chwilę na bok.

Cebulę kroimy w drobną kostkę, marchewki i pietruszkę w plasterki, seler w kostkę.

Na patelnię wrzucamy cebulę, podsmażamy ją na maśle aż się zeszkli.

Dorzucamy do niej marchewki i pietruszkę wraz z selerem, oraz upieczoną dynią, mieszamy wszystko razem i smażymy ok. 5 dalszych minut.

Następnie warzywa przekładamy do garnka, zalewamy wodą tylko na tyle aby je przykryła, dorzucamy kostkę rosołową, oraz liść laurowy i gotujemy aż warzywa zmiękną.

Pod koniec gotowania dorzucamy po szczypcie pozostałych przypraw, mieszamy zupę i pozwalamy jej jeszcze "pyrkać" przez 5 minut na ogniu.

Po tym czasie zdejmujemy zupę z ognia, miksujemy całość do gładkiej, aksamitnej konsystencji i raz jeszcze doprawiamy. "Piekielnica" ma być ostrzejsza, więc należy pamiętać, by nie żałować sobie przypraw, jedynie ostrożniej szafując imbirem i chili. Tego pierwszego na próbę dałabym najpierw 1/4 łyżeczki, a potem sprawdziła, czy zupa odpowiednio pali i wiedzie kubki smakowe do piekła.
UWAGA: następnego dnia po ugotowaniu, smaki zupy się intensyfikują, imbir i chili czuć mocniej, więc i to należy brać pod uwagę przy doprawianiu.

Gotową zupę przelewamy na talerze. Na każdą porcję zupy wykładamy ostrożnie solidny kleks śmietany, by nieco łagodziła piekiełko w gardle i podbijała smak.

Konsumujemy przy dźwiękach muzyki dowolnej kapeli metalowej.

Kozioł... znaczy dynia... z wami!:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 kg pumpkin
1 parsley root
3 carrots
1 slice of celery
1 onion
1 vegetable stock cube
2 tblspns of butter
3 bay leaves
3 allspice seeds
a pinch of: salt, pepper, dried parsley, crushed coriander, powdered ginger, nutmeg, powdered chilli, curry, powdered sweet paprika
sour cream as a add-on

The making of:

If the pumpkin is whole and fresh, cut it half, remove the insides (you can keep the seeds, dry it and then use it for something else), slice it and do not remove the skin from the slices.

Heat the oven to approx. 180 degrees Celcius / 356 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminum foil on a baking tray. Put the slices of pumpkin on (skin down), and put into the oven to bake it.

Bake the pumpkin until the pulp, when touched with a fork, is soft, and the skin is slightly burned or wrinkled, and the pulp is easy to peel off. Remove the pumpkin from the oven, remove the skin, and cut the pulp in a smaller pieces. Set aside for a moment.

Chop the onion and celery into a small cubes, carrots and parsley root cut into slices.

Put a butter on a frying pan, add the onion and fry, stirring from time to time, until it is glazed.

Add the rest of vegetables: carrots, parsley, celery and the pumpkin and cook it alltogether for about 5 minutes.

Move the veggies to a medium pot, pour enough water to cover them, add the stock cube and bay leaves, and allspice and cook until the vegetables are soft.

Then, when it is almost ready, add the rest of seasoning, one pinch for starters , stir it one last time, and let it simmer for 5 more minutes.

Remove the pot from heat, and blend the soup until smooth and velvety consistence, then season it one last time. Remember that "hellish soup" has to be spicy so be careful only when using ginger and chilli. With ginger and chilli start with 1/4 tspn and check how hot it has become.
ATTENTION: The day after cooking, the taste of soup intensifies, especially when it comes to ginger and chili. Remember about it, while seasoning.

When to soup is ready to serve, put it on the plates, and add a solid splash of sour cream into each portion, so it alleviated a little the hottness of soup.

Eat it all up, listening to your favourite metal band.

May the goat... the pumpkin... be with you:)




poniedziałek, 21 marca 2016

Placek z makiem / Poppy-seed cake

Tradycja to tradycja, szczególnie ta dotycząca jedzenia na święta. Przynajmniej jeśli chodzi o absolutne podstawy, samo wnętrze potrawy i przywiązanie do smaku, który musi, po prostu musi być na stole, by człowiek czuł się świątecznie.
By teorię tę potwierdzić (lub zhajcować przesąd jak czytadło "Zmierzch" w ogniu krytyki znawców jedynie słusznych wampirów) przeprowadziłam niedawno drobną ankietę wśród swoich znajomych. Jedno-pytaniową i obejmującą osoby z różnych środowisk (jeśli was nie pytałam, a jesteście moimi znajomymi... chill, to była naprawdę nieduża i bardzo spontaniczna ankieta:)). Pytanie w tej ankiecie brzmiało: "Jakie ciasto świąteczne ląduje na twoim stole rodzinnym, sprawiając, że do cna czujesz, że są Święta (bez rozróżniania, czy to Wielkanoc czy Boże Narodzenie) i ryjek ci się cieszy?"
Odpowiadali mi różnie. Ku memu zaskoczeniu, ta różność wiązała się wpierw z odpowiedzią "Nie jadam ciast, jestem na diecie", następnie "Mam w dupie Święta", ale jednak spora grupa podała kilka przykładów. Tych malkontentów dietetycznych i bojkotujących Święta też przycisnęłam, zmieniając formę pytania na "Jakie ciasto świąteczne stawiają przed innymi na stole, a ty się ślinisz na jego widok i czując dogłębnie, że są Święta, przeklinasz swoją dietę?" oraz "Jakie ciasto przynoszą ci pod nos do twej samotni, a ty je pochłaniasz w trzy sekundy, podczas gdy z pomieszczenia obok, gdzie zebrała się rodzina, słychać kolędowanie albo okrzyki "Chrystus zmartwychwstał prawdziwie, Tomek, daj te jajka w majonezie...".
Podsumowując, wyniki od wszystkich przedstawiły się mniej więcej tak, idąc w kolejności najczęściej pojawiających się odpowiedzi:
1. Sernik
2.Makowiec
3. Szarlotka
4.Babka
Każde z zazwyczaj dodanym "mojej mamy" lub "mojej babci".
I nie było wyproś. Aby Polak poczuł się jak na Świętach, któreś z nich, lub co najmniej dwa rodzaje, muszą się pojawić na stole. A jeśli nie mają tradycyjnej formy, to ciągle oko ucztującego widzi w nich dokładnie te ciasta, nawet jeśli dostają jakiś artystycznie mały kawałeczek z odrobiną nadzienia na środku wielkiego talerza w kleksie sosu i z jakimś jadalnym bratkiem większym niż zaserwowany okruch (bo i tak czasem robią... spalić! spalić natychmiast za smród malizny w powietrzu! Ciast nie wolno reglamentować ilościowo, to zbrodnia przeciw ludzkości!:P)

Serników ci na Bantofelkach dostatek. Sama bardzo je lubię, więc nawet i cały, osobny dział na nie powstał, w obliczu mnożenia się ich jak króliki. I końca im nie widać, bo co chwila coś nowego zaświta w głowie, albo gdzieś dostrzegę/spróbuję i jazda robić nową, własną wersję. Dlatego też, skoro jesteśmy już w temacie ciast świątecznych i obiecanego, trzeciego przepisu, jaki dumnie postawić można na stole świątecznym, nie zapodam sernika. Zapodam coś, czego u mnie jeszcze nie było, a mianowicie placek z makiem.
Mak nie jest moim ulubionym składnikiem, przyznaję się bez bicia. Przede wszystkim ze względu na to, że z doprawianiem maku zawsze są problemy, następnie dlatego, że te cholerne drobinki włażą między zęby i tydzień się potem chodzi z domniemaną próchnicą uzębienia, gdy wielokrotne szczotkowanie nie dało im rady i pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie na zębów bieli.
Finalnie dlatego, że makowce, jakie się najczęściej spotyka to ciasta w formie rolady. Czyli tona ciasta pośledniej jakości i jakieś tam nędzne maźnięcie masy makowej. A przecież makowiec to przede wszystkim smak maku, a nie ciasta. Co za dużo to nie zdrowo. Po paru próbach przekonywania, by dodawano więcej maku, a mniej ciasta i odmowie rodziny, ja odmówiłam jedzenia makowców. Do momentu aż moja rodzicielka x lat temu znalazła gdzieś przepis na placek z makiem, który postawił na głowie wszelkie makowe tradycje w moim domu.
I nagle się okazało, że wszyscy podziękowali uprzejmie za ciastowiec z kleksem maku i rzucili się jak zwariowani na placek z makiem, gdzie masy makowej jest cała tona, doprawiona zajebiście smacznie, a ciasto, tak jak powinno, stanowi tylko dodatek. Ba, nawet i zdarzało się zdzieranie ciasta, odkładanie go na bok i wyżeranie samej masy makowej!
A mój mąż od 13 lat w każde zbliżające się Święta, chodzi dookoła "mamusi" i pyta o ten makowiec, czy może mamusia da mu paseczek... dostaje całą blachę i olewając diety wszelakie, zjada na pniu! A to jest najlepsza rekomendacja, skoro zięć nie pada trupem po cieście teściowej i prosi o więcej.
O co ten cały szum w sumie, jeśli chodzi o zwykły placek z makiem? Wiecie, to ciężko określić, poza tym, że w końcu dostajemy właściwą ilość nadzienia w makowcu. Ciasto jest bardzo dobre, takie trochę kruche, ale nie do końca. Masa makowa idealnie zbilansowana smakowo i odradzam zastępowanie jej puszkową, bo popsujecie efekt. A pianka z białek dodaje niezwykłego efektu lekkiej, orzechowej chmurki w całym tym ciężkim smakołyku. Dołożycie jeszcze polewę z prawdziwej czekolady i serio... więcej do zawijanego makowca nie wrócicie:)

Jednakże wiadomo: nie będzie teściowa pluła nam w twarz(w tym przypadku matka)... i tym razem dokonałam go sama, by cały splendor trafił we właściwe ramiona. TEN makowiec doczekał się mego wykonania zimą, ale skoro makowce trafiają na stoły świąteczne bez względu na rodzaj święta, zaserwuję go wam przed Wielkanocą.
Macie, cieszcie się, zawijańce-ciastowce wywalcie przez okno i łapcie się za to cudo.
Zdjęcia jak zwykle średnio udane... ale ogólnie widać, o co chodzi.
No to co, parzymy mak i zabieramy się do roboty. Dziś Pierwszy Dzień Wiosny, a Wielkanoc za pasem. Ruszamy z tym kok... makiem!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Ciasto:
2 szklanki mąki
25 dkg masła
1 szklanka cukru pudru
4 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia 

Nadzienie makowe:
2,5 szklanki maku
1 jajko
1 łyżka masła
2 łyżki miodu
1 szklanka cukru
olejek migdałowy
dowolne bakalie według waszego gustu (rodzynki, migdały, skórki pomarańczowe, daktyle, figi, orzechy, itp.) 

Piana z białek:
4 białka
1 szklanka cukru
1 szklanka posiekanych orzechów 

Polewa czekoladowa (opcjonalnie):
1 tabliczka gorzkiej czekolady(100g)
1 tabliczka mlecznej czekolady(100g)
50g masła
50g śmietanki kremówki 30% (i w górę)


Wykonanie:

Mak parzymy gorącą wodą (ok.1 litr wrzątku wlewamy do garnczka z makiem, mieszamy razem i zostawiamy tak na 3-4 godziny, po tym czasie odlewamy wodę z maku przez drobne sito, a mak odciskamy starannie z wody. Zostawiamy do ostudzenia.)

Nagrzewamy piekarnik na 150 stopni Celsjusza.

Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.

Wszystkie składniki ciasta mieszamy ze sobą na stolnicy, zagniatamy, aż się połączą, formujemy kulę, opatulamy ją w folię i wkładamy do lodówki na czas robienia nadzienia.
 
Mielimy sparzony wcześniej mak w maszynce na drobno.

Bakalie siekamy drobniutko, dorzucamy do przemielonego maku.

Dodajemy resztę składników nadzienia i starannie mieszamy wszystko ze sobą. Olejku migdałowego można dać na próbę najpierw pół buteleczki, potem dosmaczać wedle własnego gustu.

Robimy pianę z białek.

Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Pod koniec tego procesu dosypujemy, stale ubijając, cukier.

Do gotowej piany po odrobinie wsypujemy posiekane drobno orzechy i bardzo delikatnie mieszamy wszystko ze sobą.
 
Wyjmujemy ciasto z lodówki i dzielimy na dwie części.

Pierwszą część rozwałkowujemy, i kładziemy na spód blachy.

Na ciasto wykładamy całą masę makową.

Na masę makową kładziemy piankę z białek.

Drugą część ciasta rozwałkowujemy i przykrywamy nią ostrożnie ciasto.

Gotowe ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy około 1 godzinę.

Wyciągamy z piekarnika, pozwalamy się plackowi ostudzić całkowicie i wtedy wydobywamy z blachy oraz papieru. Jeśli rodzina wychodzi z siebie, by ciasta spróbować, serwujemy już. Możemy jednak wziąć ich na wstrzymanie i zrobić jeszcze polewę czekoladową, ale wówczas najwygodniej będzie nam zostawić go i w blaszce i w papierze, by polewa nie spłynęła po bokach.

Aby zrobić polewę, czekoladę łamiemy na drobne kawałki i wraz z masłem roztapiamy w kąpieli wodnej. Do roztopionej czekolady z masłem ostrożnie, cały czas mieszając, wlewamy śmietankę, trzymając mieszaninę na ogniu jeszcze parę chwil. Zdejmujemy z ognia i przestudzamy, pilnując jednak, by była płynna, gdy będziemy nią dekorować nasz placek z makiem.

Placek musi być całkowicie wystudzony, gdy wylejemy na niego polewę. Nie żałujcie sobie, grubą warstwą i wszystko z garnuszka. Potem zostawiamy polewę by stwardniała całkowicie na placku i dopiero wtedy przystępujemy do serwowania.
Można podawać z kleksem bitej śmietany przysmaczonej olejkiem pomarańczowym, z boku.

Smacznego!
I od razu (na wypadek, gdybym nie zdążyła przed Świętami załączyć następnego przepisu) Wesołych Świąt Wielkiej Nocy!:)

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Dough:
2 cups of flour
250g butter
1 cup of caster sugar
4 egg yolks
1 tspn of baking powder

Poppy-seed filling:
2 and 1/2 cups of poppy-seed
1 egg
1 tbspn of butter
2 tblspns of honey
1 cup of sugar
2-3 tspns of almond extract/almond oil
delicacies of your choice (dried fruit, nuts, raisins, candid orange peel, almonds, etc.)

Egg whites foam:
4 egg whites
1 cup of sugar
1 cup of chopped wallnuts

Chocolate icing (optional):
100g dark chocolate
100g milk chocolate
50g of butter
50g of heavy cream (30% fat or more)


The making of:

Blanch the poppy-seed (put the poppy-seed into the dish, then pour there approx. 1 litre of boiling water; leave it like that for 3-4 hours. After that, remove the water, and squeeze all the water from blanched poppy-seed. Leave it to cool down a little bit.)

Preheat the oven to 150 degrees Celcius/ 302 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of baking paper on a baking tray.

Mix together all the ingredients for the dough, kneed it nicelly, then form it in a ball, roll into aluminium foil, and put into the fridge, while you will be prepearing the poppy-seed filling.

Grind nicelly blanched poppy-seed.

Chop the delicacies and mix with the poppy-seed.

Add the rest of filling ingredients and mix it together with the poppy-seed and delicacies.

Prepeare the egg whites foam.
Beat the egg whites with a pinch of salt, until soft peeks are forming. Then, little by little, still beating, add the sugar. When it is done, mix it delicatelly with a chopped wallnuts.

Remove the dough from the fridge and divide into 2 halves.

Roll out the 1st part of dough and put it at the bottom of baking tray.

Put on the dough all of the poppy-seed filling.

Put your egg whites foam on the poppy-seed filling.

Finally roll out the 2nd part of dough and cover the cake with it.

Put the cake into the oven and bake for about an 1 hour.

Remove the cake from the oven and let it cool down in a room temperature still in a baking tray. Remove it when it is cool. You can serve it now, or add a chocolate icing on it. If so, leave the cake in the baking paper and in a tray, so the icing won't flow down and stay on a top.

To make a chocolate icing, break the chocolates on a smaller pieces and melt it together with a butter. Add the heavy cream and while still heating it, mix it all together. Remove the icing from fire, and cool it a little bit, remembering that it has to be liquid when you put the icing on a cake.

If the cake is completelly cooled, put the icing on, then let it harden, before you start cutting the cake.

Remove from the baking dish and take of the baking papier.

Serve as it is or with an addition of orange whipped cream.

Cheers!
And in case it was the last recipe before the Easter on my blog, Happy Easter everyone!:)

 

 

sobota, 12 marca 2016

Sernik "Złota zebra"/ "Golden zebra" cheesecake

Hasło: Co gospodyni domowa na stole w Święta ma!?
Odzew: Gospodyni domowa na stole w Święta ma stawiać dobre żarcie!
Kurtyna!

Czyż nie? Im więcej i smaczniejsze, tym lepiej. A Wielkanoc bardzo sprzyja szaleństwo kulinarnym. Nie tylko tradycyjne jajko na dziesięć sposobów, sałatki, półmiski wędlin i mięsiw, a także uroczyste obiady przy rodzinnym stole, okraszanie corocznymi kłótniami (nie, nie kręćcie głową, ja wiem, że w każdym domu jak nie kłótnia przy Śniadaniu/Obiedzie Wielkanocnym, to polityka:)), ale i rozmaite nowości, lekkie odskoki od tradycji, nieco inaczej podane to, do czego przywykliśmy od zawsze. Wielkanoc na to pozwala. Jest świętem urwipołciów, i nie tylko chodzi o Poniedziałek Wielkanocny. Tradycyjna pani domu wykona w kuchni zadzierżysty podskok z przytupem i akurat w tę porę świętowania, jajko na twardo z fantazją uczyni jajkiem faszerowany chili, aż rodzina będzie bić brawo, płacząc, udając, że nie pali ich w pysku i puszczając dym nosem. Bo się aż chce zrobić coś zwykłego w niezwykły sposób.

Serniki, moi państwo, to taka sama deserowa świąteczna tradycja polska, jak makowce, babki i mazurki. W sumie chyba nie wyobrażam sobie, by co najmniej jednego z tych ciast nie stało na Wielkanoc. Zazwyczaj u mnie są co najmniej dwa, a sernik w rozmaitych odsłonach - co roku.
Także i w tym roku będzie sernik, ale najpiękniejszy, jaki w życiu widziałam. Sernik typu "zebra".

Wpiszcie w necie tę nazwę i od razu się zorientujecie, o co chodzi. On jest pasiasty! Śliczny! Będąc sernikiem, ciastem, jest jednocześnie dziełem sztuki, które czasem aż żal zjeść. I tylko by pasł oczy tymi paseczkami, jak namalowanymi pędzlem, w brązie świeżo przeoranej ziemi i promykach wiosennego słońca, za którym wszyscy tak bardzo już tęsknimy. A jeśli pokusimy się też o taką dekorację, by tych paseczków nie zasłoniła, to tylko doskonale zaświadczy o naszym poczuciu estetyki.

Jednakże ja nie byłabym rogatą sobą, gdybym zrobiła tę zebrę jak wszyscy. O, nie. Już jest piękna, ale jak dla mnie waniliowe paseczki były za jasne przy tej czekoladzie. Za płaskie. I za zwyczajne. Potrzebowałam w tej zebrze dotyku... słońca. Dlatego też zamiast kopiować kolejne wersje tego samego sernika-zebry, w ciemne i jasne pasy, zrobiłam sernik "Złotą zebrę" nasyconą aromatem pomarańcz i prawdziwego, naturalnego kakao. Na dodatek bezglutenowy, bo, jak się okazuje, coraz więcej mamy w otoczeniu alergików, albo ludzi, którzy z własnej woli rezygnują z typowych produktów mącznych. Może i zdrowiej w ten sposób się je, jak twierdzą. Ja nigdy specjalnie nie gnałam w tę stronę (wiwat życie bez-dietowe od naturalnych narodzin do śmierci nadciśnieniowej!:)) Fakt jednak, że i w tej bezglutenowej formie zebra jest szalenie smaczna i na dodatek delikatna jak piórko. Jak krem serkowy. Jak odmiana New York Cheesecake (do którego lotem ptaka zaniesie was link:)) "Złota zebra" sernikowa to dokładnie to, co mam na myśli mówiąc o "tłustej" ozdobie stołu świątecznego w postaci deseru. Podskok z przyklaskiem obcasów. Odrobina szaleństwa, którego każdy w życiu potrzebuje.

W pędzie przygotowań przedświątecznych niech więc wam ręka zadrży czasem nad tradycyjnym przepisem. Niech ominie opakowanie z mąką tortową i torebeczkę proszku do pieczenia i sięgnie po skrobię kukurydzianą, po pomarańczę i kakao. Pozwólcie sobie na głębszy oddech dla swej stłamszonej rzeczywistością weny odkrywcy kuchennego. Niechże ta zebra zarży donośnie, wierzgnie tu i tam i wniesie swoją urodą i nieokiełznanym smakiem słońce na początek wiosny do waszych domów.
Bardzo, bardzo tego potrzebujemy:)
A źródła przepisu nie podam, bo jest on moją wariacją bazowaną na co najmniej dziesięciu innych, więc jakby nie spojrzał, sernik "Złota Zebra" jest autorsko moja:)

Wierzg, wierzg, pasiasta furio radości... lecimy z przepisem!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

4 całe jajka
1 żółtko
1 i 1/2 szklanki cukru
1 kg twarogu trzykrotnie mielonego z wiaderka (ja wybrałam "Twaróg na Sernik" od Włoszczowej)
4 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka skrobi kukurydzianej
3 łyżki kakao w proszku
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 pomarańcza (otarta skórka na masę pomarańczową, sok na lukier pomarańczowy na wierzch)
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
(opcjonalnie) kandyzowana skórka pomarańczowa, drobno posiekana, jako dodatek do masy pomarańczowej
(opcjonalnie) drobniutko posiekane kawałeczki mlecznej czekolady do masy kakaowej
sok z pomarańczy+cukier puder na lukier pomarańczowy na wierzch


Wykonanie:

Jajka i twaróg powinny mieć temperaturę pokojową w momencie rozpoczęcia pracy nad sernikiem.

Pomarańczę parzymy gorącą wodą, następnie ścieramy z niej skórkę.
 
Do miski od miksera wkładamy twaróg, cukier i jajka, oraz ekstrakt z wanilii i krótko miksujemy, tylko tyle, by się składniki połączyły, tworząc gładką masę.

Masę dzielimy po równo na dwie części.
Do jednej dodajemy kakao i 2 łyżki mąki ziemniaczanej.
Do drugiej dodajemy skórkę otartą z pomarańczy, olejek pomarańczowy, 2 łyżki mąki ziemniaczanej i 1 łyżkę skrobi kukurydzianej.

Każdą z mas raz jeszcze miksujemy do gładkości, doprawiamy do smaku cukrem (zależnie jak bardzo chcemy mieć sernik słodki) i dodatkową ilością kakao i olejku pomarańczowego i dodajemy opcjonalne składniki w postaci drobniutko posiekanej czekolady mlecznej i skórki kandyzowanej. Nie są wybitnie potrzebne, ale na pewno podbiją smak.

Standardową, okrągła blaszkę (ok 26 cm średnicy), wykładamy papierem do pieczenia.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza, a na jego najniższą szufladę wstawiamy naczynie żaroodporne napełnione wodą.

Następnie na środek tortownicy wylewamy 3 łyżki masy pomarańczowej, nadajemy jej nieco okrągły kształt, ale nie rozcieramy. Na sam środek masy pomarańczowej ostrożnie wylewamy 3 łyżki masy czekoladowej, i również ostrożnym maźnięciem nadajemy jej okrągły kształt na tym wcześniejszym kleksie pomarańczowym. I w ten sam sposób wykładamy na przemian masę pomarańczową i czekoladową, aż do całkowitego ich wyczerpania. Nie trzeba im pomagać się rozłożyć równo, poza tymi dwoma pierwszymi porcyjkami. Same będą się rozchodzić po tortownicy.
Finalnie uzyskamy ciasto o wielu kręgach nakładających się na siebie dwóch kolorów. Taką zebrę.

Blaszkę wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 10 minut. Następnie zmniejszamy temperaturę pieczenia do 150 stopni i pieczemy dalsze 50 minut. 
Gdy upłynie 1 godzina od momentu wstawienia ciasta do piekarnika, sprawdzamy powierzchnię ciasta. Jeśli już nie jest płynne, nie przykleja się do palców, ale jeszcze jest za miękkie, nakrywamy blachę płatem folii aluminiowej i pieczemy przez dodatkowe 10 minut.

Po tym czasie ciasto powinno już być takie, jak zastygnięty budyń. Uginające się, stawiające trochę opór, ale nie kamiennie twarde, o powierzchni gładkiej jak stół. Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i zostawiamy ciasto w piekarniku aż będziemy w stanie je wyciągnąć bez pomocy rękawicy kuchennej.

Potem wyciągamy z piekarnika i ochładzamy całkowicie w temperaturze pokojowej.

Gdy sernik jest już zimny, nadszedł czas na ewentualne dekorowanie lukrem.

2-3 łyżki soku z pomarańczy mieszamy z taką ilością cukru pudru, by lukier nie był lejący i miał konsystencję gładką, dobrą do smarowania. Możemy też dodać kilka kropel olejku pomarańczowego dla mocniejszego aromatu.

Lukier wykładamy na powierzchnię ciasta okrężnymi ruchami. Tylko na jego wierzch. Boczki będą za ładnie wyglądać, by je ukrywać pod lukrem. Możemy też na wierch dać dowolne inne ozdoby, pamiętając, by ewentualne owoce nie miały dużo soku. Powierzchnia sernika nie wchłonie go, więc nadmiar soku może nam popsuć efekt, a lukier spłynie zamiast stwardnieć. Polecam skórkę pomarańczową kandyzowaną, kropelki czekoladowe, płatki migdałów itp.

Sernik już ozdobiony (i nadal w blaszce) wkładamy na całą noc do lodówki.

Serwujemy następnego dnia.

Smacznego:)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Ingredients:

4 eggs
1 egg yolk
1 and 1/2 cup of sugar
1 kg of cream cheese or cottage cheese, smoothly grinded
4 tblspns of potato flour
1 tblspn of corn starch
3 tblspns of cocoa powder
2 tspns of vanilla extract
1 orange (orange zest for orange part of cheesecake; juice for orange frosting) 
1/2 a bottle of orange oil / 2 tspns of orange extract
(optional) candid orange peel, chopped nicely for orange part of the cheesecake
(optional) chocolate chips for chocolate part of the cheesecake
 orange juice + caster sugar for the frosting


 The making of:

The eggs and cheese should have a room temperature.

 Blanch an orange with a boiling water, then grate the zest.

In a large bowl put eggs, cheese, sugar and vanilla extract and mix it all shortly, so the dough had a smooth consistency, and all ingredients were mixed.

Divide the dough on two even parts.
To the first part add a cocoa powder and 2 tblspns of potato flour.
The the second part add an orange zest, orange oil (orange extract), 2 tblspns of potato flour and 1 tblspn of corn starch.

Mix every part once again, so it were smooth, season optionally with a sugar, or orange extract, or cocoa, and add candid orange zest and chocolate chips if you wish.

Put a sheet of baking paper on a round baking dish (circa 26cm diameter).

Heat the oven to 180 degrees Celcius or 356 degrees Fahrenheit. On the lowest part of the oven put a casserole dish filled with water.

On a center of the baking dish put 3 tblspns of orange dough, give this "blotch" a round shape. On the center of orange "blotch" put 3 tblspns of chocolate dough, again make it round. Repeat the move until you are out of both part of cheesecake dough. At final you will receive 2-colour even circles cake, looking like a zebra stripes.

Put a baking dish to the oven and bake for 10 minutes. Then turn the temperature to 150 degrees Celcius (302 degrees Fahrenheit) and bake additionally  for another 50 minutes.
After 1 hour has passed from the moment the cheesecake was put in the oven, check the surface. If it is not liquid anymore and it does not stick to the fingers, but it is still too soft, put a sheet of aluminium foil on a baking dish, and bake for additional 10 minutes.

After that the cheesecake should be similar to a pudding. Spongy, but not too hard, beautifully and evenly flat. Turn off the oven then, open a little the oven door, and let it cool inside until you are able to remove it with a bare hand.

Remove it and let it cool completelly in a room temperature.

When your "golden zebra" cheesecake is cold, you may put a frosting on.

Mix together 2-3 spoons of orange juice and smeer it on the cheesecake surface. Only on a top. Leave the sides untouched, so the marble design was clearly visible. You can also put any other add-ons on a top, but remember not too put too juicy fruit on a top, for the frosting may flow down. The best for decorating might be candid orange peel, chocolate chips, almond flakes etc.

All-decorated cheesecake put to the fridge for 1 whole night.

Serve the next day.

Cheers!:)


 


wtorek, 8 marca 2016

Ciastka thumbprint (z dziurką) i sosem butterscotch/Thumbprint cookies with butterscotch sauce

Zbliża się wielkimi krokami czas wszechjajeczny, świąteczny, czas skaczących zajęcy, czekoladowych jajek i przekornego życzenia sobie mokrej choinki i wesołego karpia. Wielkanoc! Te święta należą do grupy, na których wspomnienie zawsze śmieje mi się ryjek. Nawet bardziej niż na Boże Narodzenie. Czemu? A wiecie, że prawdopodobnie powód jest czysto świecki, mało związany z bogobojnym okrzykiem mojej teściowej, którym nas wita co roku na Śniadaniu Wielkanocnym "Chrystus zmartwychwstał prawdziwie!".
Zazwyczaj Wielkanoc oznacza, że zima już się skończyła (choć w tym roku straszą, że będzie znowu Biała Wielkanoc), na świętach nie ma postu, więc dania, jakie zaserwujemy na stół są niczym, poza tradycją, nieograniczone, a i do niej można dolepić coś nowego jako "tradycję zachodnią" i ogólnie jest to święto bardzo pasujące do mej optymistycznej natury. Podskakującej jak zając z koszykiem jajek.
Nie ma prezentów co prawda... ale już teraz, 2-3 tygodnie przed Wielkanocą sama podskakuje z zadowolenia, ilekroć spojrzę na kalendarz.

Dlatego też, ponieważ jest to "moje" święto, spodziewajcie się co najmniej trzech przepisów pod rząd, (jeśli nie czterech), w jakiś sposób związanych z Wielkanocą, jeszcze przed Wielkanocą. Być może nawet znajdziecie coś inspirującego wśród nich, co sami zrobicie w tym roku. Tak w sumie zazwyczaj sezonowo jest na blogach kulinarnych: przed Wigilią zakwitają rewolucyjnymi przepisami na karpie, barszcze z uszkami i kutię, obradzają w pączki przed Tłustym Czwartkiem, a przed Wielkanocą znoszą jajka, sałatki i ciasta. Mnóstwo, mnóstwo ciast. A wszystko obowiązkowo przyozdobione w zające, kurczaczki i szeroooki uśmiech:)

Niejeden spyta, patrząc na nazwę tej felki i zdjęcie: w jaki sposób ciastka "thumbprint" związane są z Wielkanocą? A ja na to: dwoma metrami sznurka i psim ogonem. Popatrzcie na nie! Nie widzicie podobieństwa między jajkiem sadzonym a nimi? Ja widzę ogromne, ale dopiero dzisiaj mi się skojarzyło, do czego wydają mi się podobne:)
Skojarzenie z jajkiem jest tu jeszcze o tyle zgodne, że tak szybko jak jajka robi się i je. Poza tym smakują cudownie. Dwa gryzy niczym nieokiełznanej słodko, maślanej i karmelowej pasji!

Pomijając wygląd jajkowy, jeżeli ktoś z was pamięta, niedawno robiłam tradycyjne szkockie ciasto kruche tzw. Shortbread. Miłośnicy tego ciasta rozpoznają w tych ciastkach ten sam smak, chociaż znacznie większą, aksamitną gładkość w ich konsystencji. Mniej się kruszą te thumbprinty, wystarczają na o wiele krócej, ale wrażenia smakowe są nie do pobicia.
A, jako że zrobione są z ciasta typu shortbread, to jakże mogłam go nie połączyć z jedynie słusznym domowej roboty sosem butterscotch? Pasują do siebie jak dłoń i rękawiczka! Jak jajko i majonez! Jak... no dobra, sosu zostało mi za wiele, trzeba było też do czegoś go zużyć, by się nie zmarnował:) Jeżeli go nie będziecie mieć, a smak wam na te ciastka przyjdzie, spokojnie można zapełnić charakterystyczną "dziurkę" w tych ciastkach dowolnym innym dobrem. Konfiturą malinową na przykład. Stopioną czekoladą. Masą budyniową. Musi być tylko taka, by twardniała mocno w lodówce i nie wylewała się za bardzo z ciastek. Lekki "jęzor" jest dopuszczalny, ale na pewno nie masa na salaterce, a ciastka ledwie nią maźnięte.

Podobają się? Ładne? A z przepisu wynika, że smaczne i szybkie? No to ja nie wiem, na co tu jeszcze czekamy (poza tym, aż przestanę pisać tę felkę i przejdę do tego, co miłośnicy gotowania czytać lubią, to jest przepisu). Łapiemy za składniki i lecimy do roboty. Wielkanoc za pasem. Zaraz będziemy musieli robić bardziej tradycyjne dania, chociaż... ja myślę, że te ciacha zrobią furorę na stole świątecznym. Przepis wzięty stąd, z solidnymi modyfikacjami.
No to jedziemy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na około 20 ciasteczek):

1 i 1/4 szklanki mąki
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki masła, miękkiego
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
domowy sos butterscotch (lub inne słodkie nadzienie, jakim zechcecie przyozdobić ciastka, konfitura, stopiona czekolada, byle pamiętać, że powinna być na tyle scalona i lepka, by pozostawała "w dziurce" a nie spływała luzem po ciastku)


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza, a blachę na ciastka nakrywamy papierem do pieczenia.

Sos butterscotch wyjmujemy z lodówki przynajmniej 1 godzinę przed wykładanie go na ciastka, by ogrzał się, przybierając bardziej płynną konsystencję, dla wygody przelewamy tak pół szklanki  na talerzyk.

Do miski od miksera wrzucamy masło z cukrem i ekstraktem z wanilii i miksujemy, aż masa będzie lekka i puszysta.

Dorzucamy do nich mąkę i sól i miksujemy, aż połączą się ze sobą. Bardzo możliwe, że masa wyjdzie wam za sucha, nie chcąc się łączyć i przypominając kruszonkę (typowo dla kruchego ciasta szkockiego). W takim wypadku dolewamy łyżkę mleka, miksujemy i sprawdzamy efekty. Jeśli nadal ciasto nie chce się formować wokół mieszadeł, dolewamy drugą. U mnie tyle wystarczyło.

Gdy ciasto będzie już gładkie, wyłączamy mikser i formujemy ciastka. Nabieramy ilość zapełniającą łyżkę od zupy, formujemy kulki ciasta i kładziemy je na blaszce wysłanej papierem w równym rządku.

Każdą kulkę przyciskamy kciukiem do papieru, lekko rozpłaszczając, aż powstanie w środku charakterystyczne zagłębienie (do którego zresztą wzięły nazwę "thumbprint" - czyli odcisk kciuka). Może do tego celu użyć również wypukłej części łyżeczki.

Wkładamy blachę do piekarnika na 10 minut.

Po 10 minutach wyjmujemy blachę i za pomocą końca łyżeczki ostrożnie pogłębiamy otwór w na wpół upieczonym ciastku. Robimy to po to, by zmieściło się tam więcej nadzienia po upieczeniu.

Ponownie wkładamy ciastka do piekarnika i pieczemy kolejne i ostatnie 10 minut.

Po tym czasie jaśniutkie ciastka (ledwo, ledwo się wyzłocą, ale tak ma być) wyciągamy z piekarnika, i całkowicie studzimy.

Ozdabiamy ciastka butterscotchem. Nabieramy na łyżeczkę nieco sosu i ostrożnie wlewamy w zagłębienie, po czym natychmiast wkładamy ciastko do lodówki, starając się je ustawić tak, by sos nie wylał się, zanim nie stwardnieje. Podobnie robimy z cała resztą ciastek.
Jeżeli napełniacie je czym innym, należy postępować zgodnie z tym, jak się zachowuje nadzienie w temperaturze pokojowej, zawsze jednak pilnujemy, by nie wypłynęło ono nieestetycznie z dziurek, nim nie zastygnie.

Po kilku godzinach w lodówce, gdy sos jest już zastygnięty (można sprawdzać palcem, będzie lekko tylko lepki), można je wyjąć i podawać.

Sugeruję nie trzymać ich za długo poza lodówką, żeby sos nie spłynął:)

Smacznego!

------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients (for about 20 cookies):

1 and 1/4 cups all purpose flour
1/4 teaspoon salt
1/2 cup (1 stick) unsalted butter, at room temperature
1/2 cup powdered sugar
1 teaspoon vanilla extract
home-made butterscotch sauce (or any other filling, you would like to put on you thumbprint cookies; whatever you add make sure it is sticky and hard enough to stay on your cookies, not to stream down all over the cookie)



The making of:


Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit (176 Celcius) and line your baking sheets with parchment paper.

Remove your home-made butterscotch sauce from the fridge, so it warmed up a little to a room temperature, at least an hour before placing it on a cookies. Pour 1/2 cup of it to a little bowl.

In your electric mixer bowl cream together the butter, powdered sugar, butter extract and vanilla extract until light and fluffy.

Add all the dry ingredients and mix on low speed for about a minute. It is possible that your dough will be crumbly, so just add a tablespoon or two of milk, one after another, and mix until soft dough forms.

When the dough is ready, start forming your cookies. Scoop a tablespoon of dough, roll it into a ball and place on your baking sheet. Repeat until you use up all your dough.

Using your thumb or the back of a teaspoon flat the balls a little, making an indentation in every cookie.

Place in the oven and bake for 10 minutes.

Remove the cookies from the oven, and use the other side of your teaspoon to carefully push down again on your cookie's indentation, so you could put there more of the filling.

Return the cookies to the oven and continue to bake for another and the last 10 minutes.

Remove the cookies from the oven. They will be very light and that is how it should look. Cool them completelly.

Now it is time to put some butterscotch on your shortbread:) Gather butterscotch sauce on your teaspoon, and carefully place it in the indentation of your baked cookie. Put it imediatelly into the fridge, placing the cookie in a position that won't allow the butterscoth to stream down, before it hardens. Repeat with the rest of the cookies.

Let the cookies cool for a few hours in the fridge and you can serve them.

Cheers!