środa, 23 marca 2016

Zupa-krem z dyni z piekła rodem / Cream of pumpkin "straight from hell" soup

Przy okazji innego przepisu, na Pumpkin Pie, pisałam już, że dynia w Polsce jest niedocenianym warzywem. Może i nie jest rodzimego pochodzenia, a okres jej świetności przypadał na czasy bardzo odległe od lat osiemdziesiątych, w których zaczyna się moja własna historia, ale kiedyś jedzono jej znacznie więcej. Potem, w czasach gdy byłam już świadoma, że lubię taką zupę, a takiej nie lubię, zniknęła kompletnie z polskich stołów i dla celów dekoracyjnych jedynie się tu i tam pojawiała (zresztą nie tylko dynia znikła, ale i sporo innych podstawowych rzeczy. One jednak wróciły, a dynia - nie). Nigdy jednak nie używano jej do ciast, nie robiono z niej zup, a o dodatkach do "schabowego" w takiej, czy innej postaci, można było zapomnieć. Nie było tradycji, nie było chęci, by próbować czegoś nowego, niczego nie było (pan Kononowicz nie obrazi się, że go zacytuję, albowiem jego słowa są już częścią popkultury i nic na to nikt nie poradzi, a już tym bardziej sam wywołany do tablicy, nawet przy swym zdecydowanym sprzeciwie;)). Dopiero gdy coś drgnęło ostatnimi czasy i gospodynie odkryły, że jest coś takiego jak dynia i jej uniwersalna i jedyna w swoim rodzaju zdolność przejmowania i ulepszania smaków jej towarzyszących, że zupy wcale nie trzeba zabielać mąką dla zagęszczenia, a zwyczajnie zmiksować (lub tylko jej część, jak ktoś pragnie czuć, że je zupę, a nie papkę dla niemowlaka) i że po pozbyciu się skóry otrzymujemy tak cudowny, naturalny kolor, który się nie rozmywa w innych dodatkach, wtedy dopiero dynia wróciła do łask.
U nas, rzecz jasna, z opóźnieniem. Najczęściej spożywa się zupę dyniową, krem, na łagodnie lub słodko. Za oceanem robią z dyni cuda. Poczynając od zup, a kończąc na deserach i to takiego rodzaju, że zaskoczeni bylibyście, że dynia jest w środku. Lody z dynią, muffinki z dynią, dyniowe brownie, ba, serniki też dyniowe robią i wszystko do siebie pasuje i smakuje.
Inną sprawą, która przesądziła o tym, że Polak i dynia to tak jeszcze po macoszemu się traktują, jest niezdecydowany smak tego warzywa. Sama dynia... no, nie bardzo. Nikt jej nieprzyprawionej nie zje, bo jest mdła. Dlatego, moje drogie ofiary grafomańskich Bantofelków, Polacy tak jak ten kot, któremu raz podsunięto omyłkowo chleb, zamiast mięsa. Obwącha, nadgryzie, obrazi się, że ktoś tu go w balona robi, a potem długo trzeba się nachodzić, by zmienił zdanie i namówić na drugą próbę.

Ja też byłam oporna. Nie ma co się oszukiwać. Dyniowej spróbowałam jako osoba dorosła, zachęcona rodzącą się właśnie ciekawością kulinarnych dóbr tego świata. Szczęściem z miejsca trafiłam na doskonały przepis, który po ulepszeniu stosuję do dzisiaj, karmiąc dyniową-kremem od czasu do czasu moich mężczyzn. Tym, którzy mieli pecha i się zawiedli na swoim pierwszym przepisie i oświadczyli, że "nigdy więcej", mogę tylko współczuć, bo dynia to temat trudny do przełknięcia, jak raz stanie kością w gardle. Ale i zachęcić do spróbowania raz jeszcze: naprawdę, z dobrym przepisem, gdy wybalansujecie już swój własny smak i przyprawy, zachwycicie się dynią do tego stopnia, że zacznie się na zupie, a skończy na lodach. I nigdy nie przeminie. Pękata dama zaśpiewa trzy tony waszemu sercu i żołądkowi, trafi w punkt G (sic!) i zostaniecie podbici, zawojowani i spragnieni zupy dyniowej, ledwie sezon na dynie nadejdzie wraz z jesienią.
Inna sprawa, że może trwać cały rok, jak sobie dynię zamrozicie:)

Zupę zrobić prosto. Każdy wie, że gotuje się warzywa. wrzucane na hurra do garnka, w ilości, jaka nam akurat podejdzie na "wodziankę", albo zupę o konsystencji takiej, że łyżka staje sztorcem. Nie inaczej jest i z dyniową. Proces jej produkcji różni się od jarzynówki jedynie samą końcówką. A skoro dyniowa-krem jest zupą, zupę zrobić potrafi każdy, to przecież nie ma co kręcić nosem, szczególnie, jeśli szukacie zupy nowej, wartej by ją wprowadzić do własnego domu i usadzić w nim na zawsze.

Moim wtrętem w tę zupę jest doprawienie. Jak już pisałam, dyniowa pięknie chłonie smaki towarzyszące, samej mając niezdecydowanie słodkawy. Oraz kolor, jakiego nie uzyskamy żadnym, sztucznym barwnikiem. Dla odmiany robionej wszędzie wersji  łagodnej i na słodko, razu pewnego słuchając randomowych kawałków na metalowej liście z Winampa, rozważałam jak by tu dodać charakteru niemal gotowej zupie dyniowej. I, jak łatwo przypuszczać, muzyka, która leciała gdzieś mimo uszu, metalowe riffy na gitarach, tudzież wokalista drący mordę, któremu wtórowałam co jakiś czas, śpiewając do łyżki drewnianej, lub używając dwóch jak pałeczek bębniarza na meblach, miała konkretny wpływ na to, po jaką przyprawę sięgnęła moja ręka.
A jeszcze jak ryknęło z głośników Rage - Staright to Hell, to nie było już wyproś. Dyniowa-krem stała się zupą z piekła rodem, która cię tam zaprowadzi prostą, szybką trasą, a ty pójdziesz za nią grzecznie, bo nie będziesz miał jej dość.
Zresztą, przysięgam, gdyby zdarzyła się kiedyś taka okoliczność, że talerz mej piekielnej dyniowej zacząłby śpiewać (załóżmy, że tak by się stało... skoro w "Hotelu Transylvania" mieli krzyczący ser, to czemu i Zupa-Krem z Dyni nie miałaby też dostać głosu:P), miałby głos Petera Burtza, wokalisty kapeli Rage.

Czyli generalnie wiecie już, czemu dyniowa jest zupą piekielną. Przynajmniej, patrząc na słowa mej felki i przepis poniżej. A teraz najwyższy czas udać się po przyprawy, posiekać dynię i zacząć robić swojego własnego dyniowego piekielnika, do czego serdecznie zapraszam:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

1/2 kg dyni
1 pietruszka
3 marchewki
1 plaster selera
1 cebula
1 kostka bulionowa warzywna
2 łyżki masła
3 liście laurowe
3 ziarnka ziela angielskiego
Szczypty: soli, pieprzu, pietruszki, kolendry, imbiru, gałki muszkatołowej, chili, curry, słodkiej papryki
Kwaśna śmietana na przybranie

Wykonanie: 

Dynię (jeśli kupiliśmy w całości) rozcinamy, pozbywamy się włókien ze środka i pestek (pestki można zasuszyć i zostawić do późniejszego użycia), kroimy na plastry, razem ze skórą.

Piekarnik nastawiamy na ok. 180 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy folią aluminiową, kładziemy na niej skórą do dołu kawałki dyni i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy dynię tak długo, aż miąższ dźgany widelcem, jest miękki i odchodzi od skóry, skóra z kolei jest nieco przypalona lub pomarszczona. Wydobywamy wówczas dynię z piekarnika, bez trudu pozbywamy się skóry i kroimy już miękką, na mniejsze kawałki. Odstawiamy na chwilę na bok.

Cebulę kroimy w drobną kostkę, marchewki i pietruszkę w plasterki, seler w kostkę.

Na patelnię wrzucamy cebulę, podsmażamy ją na maśle aż się zeszkli.

Dorzucamy do niej marchewki i pietruszkę wraz z selerem, oraz upieczoną dynią, mieszamy wszystko razem i smażymy ok. 5 dalszych minut.

Następnie warzywa przekładamy do garnka, zalewamy wodą tylko na tyle aby je przykryła, dorzucamy kostkę rosołową, oraz liść laurowy i gotujemy aż warzywa zmiękną.

Pod koniec gotowania dorzucamy po szczypcie pozostałych przypraw, mieszamy zupę i pozwalamy jej jeszcze "pyrkać" przez 5 minut na ogniu.

Po tym czasie zdejmujemy zupę z ognia, miksujemy całość do gładkiej, aksamitnej konsystencji i raz jeszcze doprawiamy. "Piekielnica" ma być ostrzejsza, więc należy pamiętać, by nie żałować sobie przypraw, jedynie ostrożniej szafując imbirem i chili. Tego pierwszego na próbę dałabym najpierw 1/4 łyżeczki, a potem sprawdziła, czy zupa odpowiednio pali i wiedzie kubki smakowe do piekła.
UWAGA: następnego dnia po ugotowaniu, smaki zupy się intensyfikują, imbir i chili czuć mocniej, więc i to należy brać pod uwagę przy doprawianiu.

Gotową zupę przelewamy na talerze. Na każdą porcję zupy wykładamy ostrożnie solidny kleks śmietany, by nieco łagodziła piekiełko w gardle i podbijała smak.

Konsumujemy przy dźwiękach muzyki dowolnej kapeli metalowej.

Kozioł... znaczy dynia... z wami!:)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

1/2 kg pumpkin
1 parsley root
3 carrots
1 slice of celery
1 onion
1 vegetable stock cube
2 tblspns of butter
3 bay leaves
3 allspice seeds
a pinch of: salt, pepper, dried parsley, crushed coriander, powdered ginger, nutmeg, powdered chilli, curry, powdered sweet paprika
sour cream as a add-on

The making of:

If the pumpkin is whole and fresh, cut it half, remove the insides (you can keep the seeds, dry it and then use it for something else), slice it and do not remove the skin from the slices.

Heat the oven to approx. 180 degrees Celcius / 356 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminum foil on a baking tray. Put the slices of pumpkin on (skin down), and put into the oven to bake it.

Bake the pumpkin until the pulp, when touched with a fork, is soft, and the skin is slightly burned or wrinkled, and the pulp is easy to peel off. Remove the pumpkin from the oven, remove the skin, and cut the pulp in a smaller pieces. Set aside for a moment.

Chop the onion and celery into a small cubes, carrots and parsley root cut into slices.

Put a butter on a frying pan, add the onion and fry, stirring from time to time, until it is glazed.

Add the rest of vegetables: carrots, parsley, celery and the pumpkin and cook it alltogether for about 5 minutes.

Move the veggies to a medium pot, pour enough water to cover them, add the stock cube and bay leaves, and allspice and cook until the vegetables are soft.

Then, when it is almost ready, add the rest of seasoning, one pinch for starters , stir it one last time, and let it simmer for 5 more minutes.

Remove the pot from heat, and blend the soup until smooth and velvety consistence, then season it one last time. Remember that "hellish soup" has to be spicy so be careful only when using ginger and chilli. With ginger and chilli start with 1/4 tspn and check how hot it has become.
ATTENTION: The day after cooking, the taste of soup intensifies, especially when it comes to ginger and chili. Remember about it, while seasoning.

When to soup is ready to serve, put it on the plates, and add a solid splash of sour cream into each portion, so it alleviated a little the hottness of soup.

Eat it all up, listening to your favourite metal band.

May the goat... the pumpkin... be with you:)




poniedziałek, 21 marca 2016

Placek z makiem / Poppy-seed cake

Tradycja to tradycja, szczególnie ta dotycząca jedzenia na święta. Przynajmniej jeśli chodzi o absolutne podstawy, samo wnętrze potrawy i przywiązanie do smaku, który musi, po prostu musi być na stole, by człowiek czuł się świątecznie.
By teorię tę potwierdzić (lub zhajcować przesąd jak czytadło "Zmierzch" w ogniu krytyki znawców jedynie słusznych wampirów) przeprowadziłam niedawno drobną ankietę wśród swoich znajomych. Jedno-pytaniową i obejmującą osoby z różnych środowisk (jeśli was nie pytałam, a jesteście moimi znajomymi... chill, to była naprawdę nieduża i bardzo spontaniczna ankieta:)). Pytanie w tej ankiecie brzmiało: "Jakie ciasto świąteczne ląduje na twoim stole rodzinnym, sprawiając, że do cna czujesz, że są Święta (bez rozróżniania, czy to Wielkanoc czy Boże Narodzenie) i ryjek ci się cieszy?"
Odpowiadali mi różnie. Ku memu zaskoczeniu, ta różność wiązała się wpierw z odpowiedzią "Nie jadam ciast, jestem na diecie", następnie "Mam w dupie Święta", ale jednak spora grupa podała kilka przykładów. Tych malkontentów dietetycznych i bojkotujących Święta też przycisnęłam, zmieniając formę pytania na "Jakie ciasto świąteczne stawiają przed innymi na stole, a ty się ślinisz na jego widok i czując dogłębnie, że są Święta, przeklinasz swoją dietę?" oraz "Jakie ciasto przynoszą ci pod nos do twej samotni, a ty je pochłaniasz w trzy sekundy, podczas gdy z pomieszczenia obok, gdzie zebrała się rodzina, słychać kolędowanie albo okrzyki "Chrystus zmartwychwstał prawdziwie, Tomek, daj te jajka w majonezie...".
Podsumowując, wyniki od wszystkich przedstawiły się mniej więcej tak, idąc w kolejności najczęściej pojawiających się odpowiedzi:
1. Sernik
2.Makowiec
3. Szarlotka
4.Babka
Każde z zazwyczaj dodanym "mojej mamy" lub "mojej babci".
I nie było wyproś. Aby Polak poczuł się jak na Świętach, któreś z nich, lub co najmniej dwa rodzaje, muszą się pojawić na stole. A jeśli nie mają tradycyjnej formy, to ciągle oko ucztującego widzi w nich dokładnie te ciasta, nawet jeśli dostają jakiś artystycznie mały kawałeczek z odrobiną nadzienia na środku wielkiego talerza w kleksie sosu i z jakimś jadalnym bratkiem większym niż zaserwowany okruch (bo i tak czasem robią... spalić! spalić natychmiast za smród malizny w powietrzu! Ciast nie wolno reglamentować ilościowo, to zbrodnia przeciw ludzkości!:P)

Serników ci na Bantofelkach dostatek. Sama bardzo je lubię, więc nawet i cały, osobny dział na nie powstał, w obliczu mnożenia się ich jak króliki. I końca im nie widać, bo co chwila coś nowego zaświta w głowie, albo gdzieś dostrzegę/spróbuję i jazda robić nową, własną wersję. Dlatego też, skoro jesteśmy już w temacie ciast świątecznych i obiecanego, trzeciego przepisu, jaki dumnie postawić można na stole świątecznym, nie zapodam sernika. Zapodam coś, czego u mnie jeszcze nie było, a mianowicie placek z makiem.
Mak nie jest moim ulubionym składnikiem, przyznaję się bez bicia. Przede wszystkim ze względu na to, że z doprawianiem maku zawsze są problemy, następnie dlatego, że te cholerne drobinki włażą między zęby i tydzień się potem chodzi z domniemaną próchnicą uzębienia, gdy wielokrotne szczotkowanie nie dało im rady i pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie na zębów bieli.
Finalnie dlatego, że makowce, jakie się najczęściej spotyka to ciasta w formie rolady. Czyli tona ciasta pośledniej jakości i jakieś tam nędzne maźnięcie masy makowej. A przecież makowiec to przede wszystkim smak maku, a nie ciasta. Co za dużo to nie zdrowo. Po paru próbach przekonywania, by dodawano więcej maku, a mniej ciasta i odmowie rodziny, ja odmówiłam jedzenia makowców. Do momentu aż moja rodzicielka x lat temu znalazła gdzieś przepis na placek z makiem, który postawił na głowie wszelkie makowe tradycje w moim domu.
I nagle się okazało, że wszyscy podziękowali uprzejmie za ciastowiec z kleksem maku i rzucili się jak zwariowani na placek z makiem, gdzie masy makowej jest cała tona, doprawiona zajebiście smacznie, a ciasto, tak jak powinno, stanowi tylko dodatek. Ba, nawet i zdarzało się zdzieranie ciasta, odkładanie go na bok i wyżeranie samej masy makowej!
A mój mąż od 13 lat w każde zbliżające się Święta, chodzi dookoła "mamusi" i pyta o ten makowiec, czy może mamusia da mu paseczek... dostaje całą blachę i olewając diety wszelakie, zjada na pniu! A to jest najlepsza rekomendacja, skoro zięć nie pada trupem po cieście teściowej i prosi o więcej.
O co ten cały szum w sumie, jeśli chodzi o zwykły placek z makiem? Wiecie, to ciężko określić, poza tym, że w końcu dostajemy właściwą ilość nadzienia w makowcu. Ciasto jest bardzo dobre, takie trochę kruche, ale nie do końca. Masa makowa idealnie zbilansowana smakowo i odradzam zastępowanie jej puszkową, bo popsujecie efekt. A pianka z białek dodaje niezwykłego efektu lekkiej, orzechowej chmurki w całym tym ciężkim smakołyku. Dołożycie jeszcze polewę z prawdziwej czekolady i serio... więcej do zawijanego makowca nie wrócicie:)

Jednakże wiadomo: nie będzie teściowa pluła nam w twarz(w tym przypadku matka)... i tym razem dokonałam go sama, by cały splendor trafił we właściwe ramiona. TEN makowiec doczekał się mego wykonania zimą, ale skoro makowce trafiają na stoły świąteczne bez względu na rodzaj święta, zaserwuję go wam przed Wielkanocą.
Macie, cieszcie się, zawijańce-ciastowce wywalcie przez okno i łapcie się za to cudo.
Zdjęcia jak zwykle średnio udane... ale ogólnie widać, o co chodzi.
No to co, parzymy mak i zabieramy się do roboty. Dziś Pierwszy Dzień Wiosny, a Wielkanoc za pasem. Ruszamy z tym kok... makiem!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki:

Ciasto:
2 szklanki mąki
25 dkg masła
1 szklanka cukru pudru
4 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia 

Nadzienie makowe:
2,5 szklanki maku
1 jajko
1 łyżka masła
2 łyżki miodu
1 szklanka cukru
olejek migdałowy
dowolne bakalie według waszego gustu (rodzynki, migdały, skórki pomarańczowe, daktyle, figi, orzechy, itp.) 

Piana z białek:
4 białka
1 szklanka cukru
1 szklanka posiekanych orzechów 

Polewa czekoladowa (opcjonalnie):
1 tabliczka gorzkiej czekolady(100g)
1 tabliczka mlecznej czekolady(100g)
50g masła
50g śmietanki kremówki 30% (i w górę)


Wykonanie:

Mak parzymy gorącą wodą (ok.1 litr wrzątku wlewamy do garnczka z makiem, mieszamy razem i zostawiamy tak na 3-4 godziny, po tym czasie odlewamy wodę z maku przez drobne sito, a mak odciskamy starannie z wody. Zostawiamy do ostudzenia.)

Nagrzewamy piekarnik na 150 stopni Celsjusza.

Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.

Wszystkie składniki ciasta mieszamy ze sobą na stolnicy, zagniatamy, aż się połączą, formujemy kulę, opatulamy ją w folię i wkładamy do lodówki na czas robienia nadzienia.
 
Mielimy sparzony wcześniej mak w maszynce na drobno.

Bakalie siekamy drobniutko, dorzucamy do przemielonego maku.

Dodajemy resztę składników nadzienia i starannie mieszamy wszystko ze sobą. Olejku migdałowego można dać na próbę najpierw pół buteleczki, potem dosmaczać wedle własnego gustu.

Robimy pianę z białek.

Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Pod koniec tego procesu dosypujemy, stale ubijając, cukier.

Do gotowej piany po odrobinie wsypujemy posiekane drobno orzechy i bardzo delikatnie mieszamy wszystko ze sobą.
 
Wyjmujemy ciasto z lodówki i dzielimy na dwie części.

Pierwszą część rozwałkowujemy, i kładziemy na spód blachy.

Na ciasto wykładamy całą masę makową.

Na masę makową kładziemy piankę z białek.

Drugą część ciasta rozwałkowujemy i przykrywamy nią ostrożnie ciasto.

Gotowe ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy około 1 godzinę.

Wyciągamy z piekarnika, pozwalamy się plackowi ostudzić całkowicie i wtedy wydobywamy z blachy oraz papieru. Jeśli rodzina wychodzi z siebie, by ciasta spróbować, serwujemy już. Możemy jednak wziąć ich na wstrzymanie i zrobić jeszcze polewę czekoladową, ale wówczas najwygodniej będzie nam zostawić go i w blaszce i w papierze, by polewa nie spłynęła po bokach.

Aby zrobić polewę, czekoladę łamiemy na drobne kawałki i wraz z masłem roztapiamy w kąpieli wodnej. Do roztopionej czekolady z masłem ostrożnie, cały czas mieszając, wlewamy śmietankę, trzymając mieszaninę na ogniu jeszcze parę chwil. Zdejmujemy z ognia i przestudzamy, pilnując jednak, by była płynna, gdy będziemy nią dekorować nasz placek z makiem.

Placek musi być całkowicie wystudzony, gdy wylejemy na niego polewę. Nie żałujcie sobie, grubą warstwą i wszystko z garnuszka. Potem zostawiamy polewę by stwardniała całkowicie na placku i dopiero wtedy przystępujemy do serwowania.
Można podawać z kleksem bitej śmietany przysmaczonej olejkiem pomarańczowym, z boku.

Smacznego!
I od razu (na wypadek, gdybym nie zdążyła przed Świętami załączyć następnego przepisu) Wesołych Świąt Wielkiej Nocy!:)

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

Dough:
2 cups of flour
250g butter
1 cup of caster sugar
4 egg yolks
1 tspn of baking powder

Poppy-seed filling:
2 and 1/2 cups of poppy-seed
1 egg
1 tbspn of butter
2 tblspns of honey
1 cup of sugar
2-3 tspns of almond extract/almond oil
delicacies of your choice (dried fruit, nuts, raisins, candid orange peel, almonds, etc.)

Egg whites foam:
4 egg whites
1 cup of sugar
1 cup of chopped wallnuts

Chocolate icing (optional):
100g dark chocolate
100g milk chocolate
50g of butter
50g of heavy cream (30% fat or more)


The making of:

Blanch the poppy-seed (put the poppy-seed into the dish, then pour there approx. 1 litre of boiling water; leave it like that for 3-4 hours. After that, remove the water, and squeeze all the water from blanched poppy-seed. Leave it to cool down a little bit.)

Preheat the oven to 150 degrees Celcius/ 302 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of baking paper on a baking tray.

Mix together all the ingredients for the dough, kneed it nicelly, then form it in a ball, roll into aluminium foil, and put into the fridge, while you will be prepearing the poppy-seed filling.

Grind nicelly blanched poppy-seed.

Chop the delicacies and mix with the poppy-seed.

Add the rest of filling ingredients and mix it together with the poppy-seed and delicacies.

Prepeare the egg whites foam.
Beat the egg whites with a pinch of salt, until soft peeks are forming. Then, little by little, still beating, add the sugar. When it is done, mix it delicatelly with a chopped wallnuts.

Remove the dough from the fridge and divide into 2 halves.

Roll out the 1st part of dough and put it at the bottom of baking tray.

Put on the dough all of the poppy-seed filling.

Put your egg whites foam on the poppy-seed filling.

Finally roll out the 2nd part of dough and cover the cake with it.

Put the cake into the oven and bake for about an 1 hour.

Remove the cake from the oven and let it cool down in a room temperature still in a baking tray. Remove it when it is cool. You can serve it now, or add a chocolate icing on it. If so, leave the cake in the baking paper and in a tray, so the icing won't flow down and stay on a top.

To make a chocolate icing, break the chocolates on a smaller pieces and melt it together with a butter. Add the heavy cream and while still heating it, mix it all together. Remove the icing from fire, and cool it a little bit, remembering that it has to be liquid when you put the icing on a cake.

If the cake is completelly cooled, put the icing on, then let it harden, before you start cutting the cake.

Remove from the baking dish and take of the baking papier.

Serve as it is or with an addition of orange whipped cream.

Cheers!
And in case it was the last recipe before the Easter on my blog, Happy Easter everyone!:)

 

 

sobota, 12 marca 2016

Sernik "Złota zebra"/ "Golden zebra" cheesecake

Hasło: Co gospodyni domowa na stole w Święta ma!?
Odzew: Gospodyni domowa na stole w Święta ma stawiać dobre żarcie!
Kurtyna!

Czyż nie? Im więcej i smaczniejsze, tym lepiej. A Wielkanoc bardzo sprzyja szaleństwo kulinarnym. Nie tylko tradycyjne jajko na dziesięć sposobów, sałatki, półmiski wędlin i mięsiw, a także uroczyste obiady przy rodzinnym stole, okraszanie corocznymi kłótniami (nie, nie kręćcie głową, ja wiem, że w każdym domu jak nie kłótnia przy Śniadaniu/Obiedzie Wielkanocnym, to polityka:)), ale i rozmaite nowości, lekkie odskoki od tradycji, nieco inaczej podane to, do czego przywykliśmy od zawsze. Wielkanoc na to pozwala. Jest świętem urwipołciów, i nie tylko chodzi o Poniedziałek Wielkanocny. Tradycyjna pani domu wykona w kuchni zadzierżysty podskok z przytupem i akurat w tę porę świętowania, jajko na twardo z fantazją uczyni jajkiem faszerowany chili, aż rodzina będzie bić brawo, płacząc, udając, że nie pali ich w pysku i puszczając dym nosem. Bo się aż chce zrobić coś zwykłego w niezwykły sposób.

Serniki, moi państwo, to taka sama deserowa świąteczna tradycja polska, jak makowce, babki i mazurki. W sumie chyba nie wyobrażam sobie, by co najmniej jednego z tych ciast nie stało na Wielkanoc. Zazwyczaj u mnie są co najmniej dwa, a sernik w rozmaitych odsłonach - co roku.
Także i w tym roku będzie sernik, ale najpiękniejszy, jaki w życiu widziałam. Sernik typu "zebra".

Wpiszcie w necie tę nazwę i od razu się zorientujecie, o co chodzi. On jest pasiasty! Śliczny! Będąc sernikiem, ciastem, jest jednocześnie dziełem sztuki, które czasem aż żal zjeść. I tylko by pasł oczy tymi paseczkami, jak namalowanymi pędzlem, w brązie świeżo przeoranej ziemi i promykach wiosennego słońca, za którym wszyscy tak bardzo już tęsknimy. A jeśli pokusimy się też o taką dekorację, by tych paseczków nie zasłoniła, to tylko doskonale zaświadczy o naszym poczuciu estetyki.

Jednakże ja nie byłabym rogatą sobą, gdybym zrobiła tę zebrę jak wszyscy. O, nie. Już jest piękna, ale jak dla mnie waniliowe paseczki były za jasne przy tej czekoladzie. Za płaskie. I za zwyczajne. Potrzebowałam w tej zebrze dotyku... słońca. Dlatego też zamiast kopiować kolejne wersje tego samego sernika-zebry, w ciemne i jasne pasy, zrobiłam sernik "Złotą zebrę" nasyconą aromatem pomarańcz i prawdziwego, naturalnego kakao. Na dodatek bezglutenowy, bo, jak się okazuje, coraz więcej mamy w otoczeniu alergików, albo ludzi, którzy z własnej woli rezygnują z typowych produktów mącznych. Może i zdrowiej w ten sposób się je, jak twierdzą. Ja nigdy specjalnie nie gnałam w tę stronę (wiwat życie bez-dietowe od naturalnych narodzin do śmierci nadciśnieniowej!:)) Fakt jednak, że i w tej bezglutenowej formie zebra jest szalenie smaczna i na dodatek delikatna jak piórko. Jak krem serkowy. Jak odmiana New York Cheesecake (do którego lotem ptaka zaniesie was link:)) "Złota zebra" sernikowa to dokładnie to, co mam na myśli mówiąc o "tłustej" ozdobie stołu świątecznego w postaci deseru. Podskok z przyklaskiem obcasów. Odrobina szaleństwa, którego każdy w życiu potrzebuje.

W pędzie przygotowań przedświątecznych niech więc wam ręka zadrży czasem nad tradycyjnym przepisem. Niech ominie opakowanie z mąką tortową i torebeczkę proszku do pieczenia i sięgnie po skrobię kukurydzianą, po pomarańczę i kakao. Pozwólcie sobie na głębszy oddech dla swej stłamszonej rzeczywistością weny odkrywcy kuchennego. Niechże ta zebra zarży donośnie, wierzgnie tu i tam i wniesie swoją urodą i nieokiełznanym smakiem słońce na początek wiosny do waszych domów.
Bardzo, bardzo tego potrzebujemy:)
A źródła przepisu nie podam, bo jest on moją wariacją bazowaną na co najmniej dziesięciu innych, więc jakby nie spojrzał, sernik "Złota Zebra" jest autorsko moja:)

Wierzg, wierzg, pasiasta furio radości... lecimy z przepisem!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki:

4 całe jajka
1 żółtko
1 i 1/2 szklanki cukru
1 kg twarogu trzykrotnie mielonego z wiaderka (ja wybrałam "Twaróg na Sernik" od Włoszczowej)
4 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka skrobi kukurydzianej
3 łyżki kakao w proszku
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 pomarańcza (otarta skórka na masę pomarańczową, sok na lukier pomarańczowy na wierzch)
1/2 buteleczki olejku pomarańczowego
(opcjonalnie) kandyzowana skórka pomarańczowa, drobno posiekana, jako dodatek do masy pomarańczowej
(opcjonalnie) drobniutko posiekane kawałeczki mlecznej czekolady do masy kakaowej
sok z pomarańczy+cukier puder na lukier pomarańczowy na wierzch


Wykonanie:

Jajka i twaróg powinny mieć temperaturę pokojową w momencie rozpoczęcia pracy nad sernikiem.

Pomarańczę parzymy gorącą wodą, następnie ścieramy z niej skórkę.
 
Do miski od miksera wkładamy twaróg, cukier i jajka, oraz ekstrakt z wanilii i krótko miksujemy, tylko tyle, by się składniki połączyły, tworząc gładką masę.

Masę dzielimy po równo na dwie części.
Do jednej dodajemy kakao i 2 łyżki mąki ziemniaczanej.
Do drugiej dodajemy skórkę otartą z pomarańczy, olejek pomarańczowy, 2 łyżki mąki ziemniaczanej i 1 łyżkę skrobi kukurydzianej.

Każdą z mas raz jeszcze miksujemy do gładkości, doprawiamy do smaku cukrem (zależnie jak bardzo chcemy mieć sernik słodki) i dodatkową ilością kakao i olejku pomarańczowego i dodajemy opcjonalne składniki w postaci drobniutko posiekanej czekolady mlecznej i skórki kandyzowanej. Nie są wybitnie potrzebne, ale na pewno podbiją smak.

Standardową, okrągła blaszkę (ok 26 cm średnicy), wykładamy papierem do pieczenia.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza, a na jego najniższą szufladę wstawiamy naczynie żaroodporne napełnione wodą.

Następnie na środek tortownicy wylewamy 3 łyżki masy pomarańczowej, nadajemy jej nieco okrągły kształt, ale nie rozcieramy. Na sam środek masy pomarańczowej ostrożnie wylewamy 3 łyżki masy czekoladowej, i również ostrożnym maźnięciem nadajemy jej okrągły kształt na tym wcześniejszym kleksie pomarańczowym. I w ten sam sposób wykładamy na przemian masę pomarańczową i czekoladową, aż do całkowitego ich wyczerpania. Nie trzeba im pomagać się rozłożyć równo, poza tymi dwoma pierwszymi porcyjkami. Same będą się rozchodzić po tortownicy.
Finalnie uzyskamy ciasto o wielu kręgach nakładających się na siebie dwóch kolorów. Taką zebrę.

Blaszkę wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 10 minut. Następnie zmniejszamy temperaturę pieczenia do 150 stopni i pieczemy dalsze 50 minut. 
Gdy upłynie 1 godzina od momentu wstawienia ciasta do piekarnika, sprawdzamy powierzchnię ciasta. Jeśli już nie jest płynne, nie przykleja się do palców, ale jeszcze jest za miękkie, nakrywamy blachę płatem folii aluminiowej i pieczemy przez dodatkowe 10 minut.

Po tym czasie ciasto powinno już być takie, jak zastygnięty budyń. Uginające się, stawiające trochę opór, ale nie kamiennie twarde, o powierzchni gładkiej jak stół. Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i zostawiamy ciasto w piekarniku aż będziemy w stanie je wyciągnąć bez pomocy rękawicy kuchennej.

Potem wyciągamy z piekarnika i ochładzamy całkowicie w temperaturze pokojowej.

Gdy sernik jest już zimny, nadszedł czas na ewentualne dekorowanie lukrem.

2-3 łyżki soku z pomarańczy mieszamy z taką ilością cukru pudru, by lukier nie był lejący i miał konsystencję gładką, dobrą do smarowania. Możemy też dodać kilka kropel olejku pomarańczowego dla mocniejszego aromatu.

Lukier wykładamy na powierzchnię ciasta okrężnymi ruchami. Tylko na jego wierzch. Boczki będą za ładnie wyglądać, by je ukrywać pod lukrem. Możemy też na wierch dać dowolne inne ozdoby, pamiętając, by ewentualne owoce nie miały dużo soku. Powierzchnia sernika nie wchłonie go, więc nadmiar soku może nam popsuć efekt, a lukier spłynie zamiast stwardnieć. Polecam skórkę pomarańczową kandyzowaną, kropelki czekoladowe, płatki migdałów itp.

Sernik już ozdobiony (i nadal w blaszce) wkładamy na całą noc do lodówki.

Serwujemy następnego dnia.

Smacznego:)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Ingredients:

4 eggs
1 egg yolk
1 and 1/2 cup of sugar
1 kg of cream cheese or cottage cheese, smoothly grinded
4 tblspns of potato flour
1 tblspn of corn starch
3 tblspns of cocoa powder
2 tspns of vanilla extract
1 orange (orange zest for orange part of cheesecake; juice for orange frosting) 
1/2 a bottle of orange oil / 2 tspns of orange extract
(optional) candid orange peel, chopped nicely for orange part of the cheesecake
(optional) chocolate chips for chocolate part of the cheesecake
 orange juice + caster sugar for the frosting


 The making of:

The eggs and cheese should have a room temperature.

 Blanch an orange with a boiling water, then grate the zest.

In a large bowl put eggs, cheese, sugar and vanilla extract and mix it all shortly, so the dough had a smooth consistency, and all ingredients were mixed.

Divide the dough on two even parts.
To the first part add a cocoa powder and 2 tblspns of potato flour.
The the second part add an orange zest, orange oil (orange extract), 2 tblspns of potato flour and 1 tblspn of corn starch.

Mix every part once again, so it were smooth, season optionally with a sugar, or orange extract, or cocoa, and add candid orange zest and chocolate chips if you wish.

Put a sheet of baking paper on a round baking dish (circa 26cm diameter).

Heat the oven to 180 degrees Celcius or 356 degrees Fahrenheit. On the lowest part of the oven put a casserole dish filled with water.

On a center of the baking dish put 3 tblspns of orange dough, give this "blotch" a round shape. On the center of orange "blotch" put 3 tblspns of chocolate dough, again make it round. Repeat the move until you are out of both part of cheesecake dough. At final you will receive 2-colour even circles cake, looking like a zebra stripes.

Put a baking dish to the oven and bake for 10 minutes. Then turn the temperature to 150 degrees Celcius (302 degrees Fahrenheit) and bake additionally  for another 50 minutes.
After 1 hour has passed from the moment the cheesecake was put in the oven, check the surface. If it is not liquid anymore and it does not stick to the fingers, but it is still too soft, put a sheet of aluminium foil on a baking dish, and bake for additional 10 minutes.

After that the cheesecake should be similar to a pudding. Spongy, but not too hard, beautifully and evenly flat. Turn off the oven then, open a little the oven door, and let it cool inside until you are able to remove it with a bare hand.

Remove it and let it cool completelly in a room temperature.

When your "golden zebra" cheesecake is cold, you may put a frosting on.

Mix together 2-3 spoons of orange juice and smeer it on the cheesecake surface. Only on a top. Leave the sides untouched, so the marble design was clearly visible. You can also put any other add-ons on a top, but remember not too put too juicy fruit on a top, for the frosting may flow down. The best for decorating might be candid orange peel, chocolate chips, almond flakes etc.

All-decorated cheesecake put to the fridge for 1 whole night.

Serve the next day.

Cheers!:)


 


wtorek, 8 marca 2016

Ciastka thumbprint (z dziurką) i sosem butterscotch/Thumbprint cookies with butterscotch sauce

Zbliża się wielkimi krokami czas wszechjajeczny, świąteczny, czas skaczących zajęcy, czekoladowych jajek i przekornego życzenia sobie mokrej choinki i wesołego karpia. Wielkanoc! Te święta należą do grupy, na których wspomnienie zawsze śmieje mi się ryjek. Nawet bardziej niż na Boże Narodzenie. Czemu? A wiecie, że prawdopodobnie powód jest czysto świecki, mało związany z bogobojnym okrzykiem mojej teściowej, którym nas wita co roku na Śniadaniu Wielkanocnym "Chrystus zmartwychwstał prawdziwie!".
Zazwyczaj Wielkanoc oznacza, że zima już się skończyła (choć w tym roku straszą, że będzie znowu Biała Wielkanoc), na świętach nie ma postu, więc dania, jakie zaserwujemy na stół są niczym, poza tradycją, nieograniczone, a i do niej można dolepić coś nowego jako "tradycję zachodnią" i ogólnie jest to święto bardzo pasujące do mej optymistycznej natury. Podskakującej jak zając z koszykiem jajek.
Nie ma prezentów co prawda... ale już teraz, 2-3 tygodnie przed Wielkanocą sama podskakuje z zadowolenia, ilekroć spojrzę na kalendarz.

Dlatego też, ponieważ jest to "moje" święto, spodziewajcie się co najmniej trzech przepisów pod rząd, (jeśli nie czterech), w jakiś sposób związanych z Wielkanocą, jeszcze przed Wielkanocą. Być może nawet znajdziecie coś inspirującego wśród nich, co sami zrobicie w tym roku. Tak w sumie zazwyczaj sezonowo jest na blogach kulinarnych: przed Wigilią zakwitają rewolucyjnymi przepisami na karpie, barszcze z uszkami i kutię, obradzają w pączki przed Tłustym Czwartkiem, a przed Wielkanocą znoszą jajka, sałatki i ciasta. Mnóstwo, mnóstwo ciast. A wszystko obowiązkowo przyozdobione w zające, kurczaczki i szeroooki uśmiech:)

Niejeden spyta, patrząc na nazwę tej felki i zdjęcie: w jaki sposób ciastka "thumbprint" związane są z Wielkanocą? A ja na to: dwoma metrami sznurka i psim ogonem. Popatrzcie na nie! Nie widzicie podobieństwa między jajkiem sadzonym a nimi? Ja widzę ogromne, ale dopiero dzisiaj mi się skojarzyło, do czego wydają mi się podobne:)
Skojarzenie z jajkiem jest tu jeszcze o tyle zgodne, że tak szybko jak jajka robi się i je. Poza tym smakują cudownie. Dwa gryzy niczym nieokiełznanej słodko, maślanej i karmelowej pasji!

Pomijając wygląd jajkowy, jeżeli ktoś z was pamięta, niedawno robiłam tradycyjne szkockie ciasto kruche tzw. Shortbread. Miłośnicy tego ciasta rozpoznają w tych ciastkach ten sam smak, chociaż znacznie większą, aksamitną gładkość w ich konsystencji. Mniej się kruszą te thumbprinty, wystarczają na o wiele krócej, ale wrażenia smakowe są nie do pobicia.
A, jako że zrobione są z ciasta typu shortbread, to jakże mogłam go nie połączyć z jedynie słusznym domowej roboty sosem butterscotch? Pasują do siebie jak dłoń i rękawiczka! Jak jajko i majonez! Jak... no dobra, sosu zostało mi za wiele, trzeba było też do czegoś go zużyć, by się nie zmarnował:) Jeżeli go nie będziecie mieć, a smak wam na te ciastka przyjdzie, spokojnie można zapełnić charakterystyczną "dziurkę" w tych ciastkach dowolnym innym dobrem. Konfiturą malinową na przykład. Stopioną czekoladą. Masą budyniową. Musi być tylko taka, by twardniała mocno w lodówce i nie wylewała się za bardzo z ciastek. Lekki "jęzor" jest dopuszczalny, ale na pewno nie masa na salaterce, a ciastka ledwie nią maźnięte.

Podobają się? Ładne? A z przepisu wynika, że smaczne i szybkie? No to ja nie wiem, na co tu jeszcze czekamy (poza tym, aż przestanę pisać tę felkę i przejdę do tego, co miłośnicy gotowania czytać lubią, to jest przepisu). Łapiemy za składniki i lecimy do roboty. Wielkanoc za pasem. Zaraz będziemy musieli robić bardziej tradycyjne dania, chociaż... ja myślę, że te ciacha zrobią furorę na stole świątecznym. Przepis wzięty stąd, z solidnymi modyfikacjami.
No to jedziemy:)

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki (na około 20 ciasteczek):

1 i 1/4 szklanki mąki
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki masła, miękkiego
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
domowy sos butterscotch (lub inne słodkie nadzienie, jakim zechcecie przyozdobić ciastka, konfitura, stopiona czekolada, byle pamiętać, że powinna być na tyle scalona i lepka, by pozostawała "w dziurce" a nie spływała luzem po ciastku)


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza, a blachę na ciastka nakrywamy papierem do pieczenia.

Sos butterscotch wyjmujemy z lodówki przynajmniej 1 godzinę przed wykładanie go na ciastka, by ogrzał się, przybierając bardziej płynną konsystencję, dla wygody przelewamy tak pół szklanki  na talerzyk.

Do miski od miksera wrzucamy masło z cukrem i ekstraktem z wanilii i miksujemy, aż masa będzie lekka i puszysta.

Dorzucamy do nich mąkę i sól i miksujemy, aż połączą się ze sobą. Bardzo możliwe, że masa wyjdzie wam za sucha, nie chcąc się łączyć i przypominając kruszonkę (typowo dla kruchego ciasta szkockiego). W takim wypadku dolewamy łyżkę mleka, miksujemy i sprawdzamy efekty. Jeśli nadal ciasto nie chce się formować wokół mieszadeł, dolewamy drugą. U mnie tyle wystarczyło.

Gdy ciasto będzie już gładkie, wyłączamy mikser i formujemy ciastka. Nabieramy ilość zapełniającą łyżkę od zupy, formujemy kulki ciasta i kładziemy je na blaszce wysłanej papierem w równym rządku.

Każdą kulkę przyciskamy kciukiem do papieru, lekko rozpłaszczając, aż powstanie w środku charakterystyczne zagłębienie (do którego zresztą wzięły nazwę "thumbprint" - czyli odcisk kciuka). Może do tego celu użyć również wypukłej części łyżeczki.

Wkładamy blachę do piekarnika na 10 minut.

Po 10 minutach wyjmujemy blachę i za pomocą końca łyżeczki ostrożnie pogłębiamy otwór w na wpół upieczonym ciastku. Robimy to po to, by zmieściło się tam więcej nadzienia po upieczeniu.

Ponownie wkładamy ciastka do piekarnika i pieczemy kolejne i ostatnie 10 minut.

Po tym czasie jaśniutkie ciastka (ledwo, ledwo się wyzłocą, ale tak ma być) wyciągamy z piekarnika, i całkowicie studzimy.

Ozdabiamy ciastka butterscotchem. Nabieramy na łyżeczkę nieco sosu i ostrożnie wlewamy w zagłębienie, po czym natychmiast wkładamy ciastko do lodówki, starając się je ustawić tak, by sos nie wylał się, zanim nie stwardnieje. Podobnie robimy z cała resztą ciastek.
Jeżeli napełniacie je czym innym, należy postępować zgodnie z tym, jak się zachowuje nadzienie w temperaturze pokojowej, zawsze jednak pilnujemy, by nie wypłynęło ono nieestetycznie z dziurek, nim nie zastygnie.

Po kilku godzinach w lodówce, gdy sos jest już zastygnięty (można sprawdzać palcem, będzie lekko tylko lepki), można je wyjąć i podawać.

Sugeruję nie trzymać ich za długo poza lodówką, żeby sos nie spłynął:)

Smacznego!

------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients (for about 20 cookies):

1 and 1/4 cups all purpose flour
1/4 teaspoon salt
1/2 cup (1 stick) unsalted butter, at room temperature
1/2 cup powdered sugar
1 teaspoon vanilla extract
home-made butterscotch sauce (or any other filling, you would like to put on you thumbprint cookies; whatever you add make sure it is sticky and hard enough to stay on your cookies, not to stream down all over the cookie)



The making of:


Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit (176 Celcius) and line your baking sheets with parchment paper.

Remove your home-made butterscotch sauce from the fridge, so it warmed up a little to a room temperature, at least an hour before placing it on a cookies. Pour 1/2 cup of it to a little bowl.

In your electric mixer bowl cream together the butter, powdered sugar, butter extract and vanilla extract until light and fluffy.

Add all the dry ingredients and mix on low speed for about a minute. It is possible that your dough will be crumbly, so just add a tablespoon or two of milk, one after another, and mix until soft dough forms.

When the dough is ready, start forming your cookies. Scoop a tablespoon of dough, roll it into a ball and place on your baking sheet. Repeat until you use up all your dough.

Using your thumb or the back of a teaspoon flat the balls a little, making an indentation in every cookie.

Place in the oven and bake for 10 minutes.

Remove the cookies from the oven, and use the other side of your teaspoon to carefully push down again on your cookie's indentation, so you could put there more of the filling.

Return the cookies to the oven and continue to bake for another and the last 10 minutes.

Remove the cookies from the oven. They will be very light and that is how it should look. Cool them completelly.

Now it is time to put some butterscotch on your shortbread:) Gather butterscotch sauce on your teaspoon, and carefully place it in the indentation of your baked cookie. Put it imediatelly into the fridge, placing the cookie in a position that won't allow the butterscoth to stream down, before it hardens. Repeat with the rest of the cookies.

Let the cookies cool for a few hours in the fridge and you can serve them.

Cheers!



 





wtorek, 1 marca 2016

Zielony Chlebek Rey z Jakku ( Star Wars: Przebudzenie Mocy)/Rey's Green Ration bread (Star Wars: The Force Awakens)

Minęło dwadzieścia pięć długich lat, odkąd obejrzałam po raz pierwszy "Star Wars: Epizod IV - Nowa Nadzieja". Dwadzieścia pięć lat, pełnych uwielbienia dla produkcji science-fiction, nierealnych, pełnych magicznych efektów specjalnych, dosyć często z niskich lotów fabułą, ale kto by na to patrzył, gdy tak cudownie wykopują wyobraźnię poza wszelkie granice. Dwadzieścia pięć lat, w trakcie których na dobre wsiąkłam i wdzięcznie pozwoliłam się podbić wszelkiej fantastyce naukowej; zaczynając na rajdach kosmicznych, a na historiach fantasy kończąc. I to nie tylko filmom, ale i książkom, komiksom i grom (chociaż tutaj nieco mniej, bo granie w taki Mass Effect wymagało dobrego sprzętu, którego nie miałam), w końcu i historiom, które sama zaczęłam pisać.
Ten i ów powiedziałby, że to wcale nie Star Wars. Że to najzwyklejsze dążenie umysłu do bujania w obłokach, więc tak czy siak skłoniłabym się ku fantastyce nie tylko naukowej, gdyby ktoś mi tylko wetknął w łapę pierwszą książkę w tej tematyce, albo pierwszy film na VHS puścił (tak, tak, do dziś wspominam z nostalgią tę martwą technologię, ale kiedyś nie było nic innego, na czym rozprowadzano by filmy:)). Ale wiecie? Nie sądzę by taki Łowca Androidów zrobił swym mrocznym klimatem aż takie wrażenie na małej dziewczynce, jak widziany w Gwiezdnych Wojnach ogrom Niszczyciela Gwiezdnego, który w pierwszych kadrach sunie przez kosmos, goniąc za małym stateczkiem i strzelając do niego z laserów. I ten podskok na krzesełku, to wgapienie się w telewizor z otwartą buzią... trafi, czy nie trafi? Uciekną? Trafił! I co teraz, co teraz?! Absolutnie nic nie jest w stanie przebić tego uczucia, gdy pierwszy raz w życiu oglądasz Star Wars i stajesz się fanem do końca życia. I tysiąc twarzy Greya, dziesiątki stron Harlequinów, tony mądrości z poradników "Jak go zdobyć?". Wszystko to nic, w porównaniu z wrażeniem jakie Star Wars wywierają na kimś, kto ma przeznaczone stanie się fanem tego gatunku i zaczyna od najlepszego, do czego może sięgnąć.

Po tym filmie pragnęłam wszystkiego, co było z nim związane, ale gadżeciarstwo w Polsce we wczesnych latach 90tych praktycznie nie istniało. Szczytem marzeń była koszulka z Darthem Vaderem, jaką zobaczyłam u kolegi, co dostał ją z paczki ze Stanów. Han Solo był pierwszym ideałem mężczyzny dla mej, dorastającej osoby, piski R2D2 naśladować usiłowałam bardzo długo, a kota (jeśliby ktoś tylko mi go podarował) planowałam nazwać Chewbacca. Szał! Dzikość serca! Tak rodzi się Star Wars maniac!

Z biegiem lat i pojawiających się kolejnych produkcji, poznawania nowych światów, w tym i fantasy, pełnego magii i niezwykłych wydarzeń, lekko ta mania przybladła. Ale w kręgu zainteresowań Gwiezdne Wojny zawsze zostały. Toteż ledwie pojawiły się plotki o nowej trylogii, czy też poprawionej wersji w kinach, byłam pierwsza w kolejce po bilety.

Nie inaczej stało się z "Przebudzeniem Mocy", kontynuującym zachwycającą historię, jakiej pozbawiono mnie po "Powrocie Jedi". Ja, stara kopa, pognałam w pierwszy dzień przedsprzedaży biletów i je kupiłam, ledwo otwarto kasę. W dzień premiery odcięłam się całkiem od internetu, by wbrew swemu zwyczajowi, nie dostać po łbie spoilerem. Tym razem nie chciałam wiedzieć nic pewnego o fabule. Chciałam przeżyć wszystko na nowo. Jak te dwadzieścia pięć lat temu.

I nie zawiodłam się. Nowy reżyser, nowi bohaterowie, ale i stara ekipa była. Stary klimat. Magia powróciła, promieniując z galaktyki daleko, daleko stąd wprost w moje zachwycone oczy...

Jak się łatwo domyślić, inaczej się odbiera uwielbiany film w wieku dziesięciu lat, inaczej mając trzeci krzyżyk na karku i troszkę innych zainteresowań. Kiedyś oglądałam tylko dla efektów, a teraz zachwycałam się dodatkowo szczegółami, nawiązaniami do ukochanej trylogii. I nowościami, jakie przedstawili.

Na ten przykład, zauważyliście, że w jedynej słusznej pierwszej trylogii prawie nic nie jedzą? Mamy sławne niebieskie mleko w scenie z "Nowej Nadziei" u Larsów, mamy coś, co wygląda jak długa chrupka kukurydziana w "Imperium", jako część rebelianckiej racji żywnościowej Luke'a na Dagobah i... tyle! Ja rozumiem, że jedzenie mało ważne wobec poważniejszych wydarzeń, ale dopiero jak zachwyciłam się tym, co nam pokazali w "Przebudzeniu Mocy" uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi tam przyziemnej konsumpcji nieziemskich potraw.

Mowa oczywiście to sławnym chlebku Rey, który wyrasta w kilka sekund, po połączeniu tajemniczego proszku z wodą i podgrzaniu. Jejku, ten chlebek intrygował mnie bardziej niż wiele ciekawszych dla innych, rzeczy, tylko dlatego, że był jedną z niewielu potraw z uniwersum, jakie przedstawiono. I wygląda wprost... cudnie i kosmicznie. Popatrzcie na ten gif:






Było więc tylko kwestią czasu, kiedy go spróbuję odtworzyć.

I tak się stało kilka dni temu, po przekopaniu sporej ilości informacji na internetach, które dostarczyły zresztą ciekawych wniosków.

Według Wookipedii na przykład, chlebek ten, a właściwie proszek, z jakiego go robią, stanowi część imperialnej racji żywnościowej i nosi intrygującą nazwę "Polystarch". "Starch" to z angielskiego "mąka" albo "skrobia". Czyli, jakby nie spojrzał, mowa tu o pieczywie.
Co jeszcze ciekawsze, twórcom filmu stworzenie tego chlebka zajęło całe trzy miesiące. Nie jest to bowiem absolutnie żaden efekt komputerowy. Oni naprawdę go zrobili, naprawdę wyrósł tak, jak pokazują, a aktorka naprawdę go ugryzła. Co prawda potem ponoć łyknęła bez gryzienia, bo był ohydny w smaku, ale jednak! Ponownie ukłony w stronę starej trylogii, gdzie większość efektów osiągano przy pomocy starych, dobrych konstrukcji z patyczków do lodów i różnych, przypadkowych części na blue screenie, osiągając kosmiczne efekty.
Nikt niestety nie podał z czego go zrobiono na potrzeby filmu, ale skoro był zjadliwy, a Daisy Ridley nie padła na miejscu z zatrucia pokarmowego, coś musiało tam być normalnym składnikiem spożywczym.

Aż tak daleko nie poszłam, by bawić się w chemika i próbować odtworzyć efekt filmowy, ale jak łatwo przypuścić, swoim sposobem postanowiłam odtworzyć ten chlebek, robiąc z niego nie tylko jak najdokładniejsza kopię filmowego, ale i przyjemną do zjedzenia. W końcu mamy odczuwać przyjemność z konsumpcji, oglądając przy okazji Star Warsy, a nie dzielnie pluć tworzywem sztucznym. Albo kawałkami żelatyny.

Swoim sposobem więc odnalazłam tego giffa, przyjrzałam się chlebkowi z każdej strony i tak oto powstała owa felka.
A więc co my tu mamy...

Mamy tu z pewnością pieczywo. Wielkości takiej, że zmieści się w jednej, małej ręce, czyli chlebek jest wielkości dużej bułki. Giff nie oddaje pełni kolorów, ale widać nieco złota typowej bułki mącznej po pieczeniu, ale i zaskakującą zieleń. Ta zieleń jest tak charakterystyczna, podkreślona również w Wookipedii, że nie ma mowy, by ją ominąć.
Filmik pokazuje nam też, że powierzchnia tej bułeczki nie jest równa. Wręcz przeciwnie. Są pęknięcia, bardziej kaniony, jakby powierzchnia nie została wygładzona. Taki efekt daje ciasto wyrośnięte na drożdżach, ugniatane dodatkowo jeszcze chwilę ręcznie z mąką, do takiej postaci, w której niektóre kawałki doczepiamy, gdy się już oderwały od głównej masy, a potem powstają nam takie piękne kaniony podczas rośnięcia.
Konsystencji nam nie pokazano, ale na oko bułeczka jest ciężka. Żadnego dmuchanego, pszennego pieczywa, a coś, co, w założeniu fabuły, przetrwa ciężkie życie szturmowca, obijanie i gniecenie w torbie podróżnej i nadal zachowa swój kształt. Pieczywo więc musi być mięsiste. I nie przesadzone smakowo, skoro to racja żywnościowa. Trzymamy się więc podstawowych smaków i nie kombinujemy.

Niewiele przepisów do tej pory opiewa na ten wyrób. Dwie wersje łącznie znalazłam. Jedna, udostępniona przez Disneya, całkiem idiotycznie podsuwa nam wersję ciasta z kubka, rosnącego w mikrofali, które tylko zielenią przypomina pierwowzór z filmu. Nie, tego nie chciałam. Bułka to bułka i akurat szybki efekt rośnięcia mniej znaczył niż ogólny wygląd po wykonaniu.
Czy Rey wyżerała z kubka? Nie, Rey nie wyżerała z kubka, brała gotową bułeczkę do ręki i szła konsumować z czymś, co wyglądało jak gulasz z wodorostów. I na pewno w racji żywnościowej dla szturmowców nie przewidziano by herbaty jako dodatku smakowego. Przepis z matcha i mikrofali, wyrastany w kubku uznałam więc za kompletnie chybiony. Szczególnie w obliczu drugiego, który spełnił większość kryteriów, jakie powinien spełnić. A to, że rośnie łącznie około 2 godzin, to zupełny detal, wobec tego, jak się prezentuje i jak cudowną barwę i smak nadaje mu całkiem pospolity szpinak.
A przecież ustaliliśmy, że powinien być prosty, prawda? Bardziej pospolitej, zieleń dającej rośliny chyba nie ma...

Proponuję więc wam taką, a nie inną wersję chlebka Rey z Jakku, dla odmiany bardzo smacznego, szczególnie, gdy zjada się go na ciepło. Doskonałego w towarzystwie masła i pomidorów, lub jako zagryzka do dowolnego gulaszu:)

Przepis wzięty stąd. Zmodyfikowany w kilku miejscach.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



 Składniki:

Ok. 15dkg mrożonego szpinaku (zdaję sobie sprawę, że nie każdy może lubić szpinak, dlatego do uzyskania koniecznej, zielonkawej barwy chlebka, by nie sięgać po sztuczny barwnik, można użyć również świeżej bazylii w postaci pulpy lub proszku matcha - tego zielonego, herbacianego, który podaje Disney. Jednakże wtedy uzyskacie najzwyklejszy smak bułki drożdżowej, bez arcyciekawego aromatu oferowanego przez szpinak)
2 ząbki czosnku (opcjonalnie)
1/2 szklanki ciepłej, przegotowanej wody
2 łyżeczki suszonych drożdży
1/2 łyżeczki cukru
3 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki soli
1 łyżka stopionego masła

 Wykonanie:

Szpinak rozmrażamy, pulpę dajemy do garnuszka, stawiamy na ogień, i podgrzewamy, mieszając często, by pozbyć się nadmiaru wody.

Ząbki czosnku, jeśli będziemy je dodawać, obieramy, miażdżymy i dorzucamy do szpinaku, by przejął nieco ich aromatu.

Szpinak trzymamy na ogniu aż będzie gęsty, a nadmiar wody wyparuje. Wtedy zdejmujemy z ognia i pozwalamy mu ostygnąć.

Do miski od miksera wlewamy ciepłą wodę, dodajemy cukier i drożdże, mieszamy i zostawiamy na około 10 mintu, przykryte ściereczką, do momentu aż pojawi się bąbelkująca pianka na powierzchni.

Dodajemy do drożdży masło, sól, papkę szpinakową (lub inny dodatek nadający kolor zielony), oraz 1 szklankę mąki i włączamy mikser  z mieszadłami hakowymi do ciasta drożdżowego.

Miksujemy zawartość miski aż składniki się połączą, stopniowo dodając resztę mąki, i pozwalamy się ciastu miesić jeszcze przez co najmniej 5 minut.

Po tym czasie, gdy uformowało kulę dookoła mieszadeł, ale nadal jest sporo niewymieszanej mąki i luźne kawałki ciasta, wykładamy je na stolnicę i chwilę zagniatamy ręcznie aż wszystko połączy się w jedną, nierówną na powierzchni kulę.

Gotowe ciasto wkładamy do miski, lekko smarujemy oliwą i przykryte czystą ściereczką zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na około 1 i 1/2 do 2 godzin. Aż podwoi swoją objętość.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia.

Zależnie od tego, czy chcemy jeden, wielki chlebek, czy kilka mniejszych, formuujemy z ciasta albo jedną kulę, albo 4-5 mniejszych, okrągłych chlebków tak na rękę, ponownie przykrywamy ściereczką i pozwalamy im rosnąć następne 45 minut.

Po tym czasie wkładamy blachę z chlebkami do piekarnika na środkową szufladę. Na dolną wkładamy napełnione wodą naczynie żaroodporne, by parowało podczas pieczenia. Dzięki temu pieczywo będzie miało chrupiącą skórkę. Zamykamy piekarnik i pieczemy chlebki około 35-45 minut (krócej, jeśli są to małe chlebki, dłużej, jeżeli to jeden, większy chlebek).

Wyciągamy z piekarnika, pozwolimy im ostygnąć, a potem spożywamy, ciepłe jeszcze w towarzystwie gulaszu, masła i takich dodatków, jakie zapragniemy.

Niech Moc będzie z Wami!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:


5 oz./150g frozen spinach pulp
2 garlic cloves (optionally)
1/2 cup warm water
2 tsp. active dry yeast
1/2 tsp. sugar
3 cups all purpose flour

1 and 1/2 tsp. salt
1 tbsp. melted butter




The making of:

 Defrost a spinach pulp. Put a pulp into a small pot, and put into the heat to boil and vapourate excess water.

Crash the garlic cloves, if you intend to add them, and put into the pot of spinach pulp. Heat it up, so the garlic aroma came into the spinach. Cook it together a little bit, then put the pot aside and let it cool.

In a large mixing bowl, stir together the 1/2 cup of warm water, sugar and yeast. Let it sit for about 10 minutes to get foamy.

Add the butter, salt and spinach pulp (or any other green colouring, like basil leaves pulp, or matcha powder) and 1 cup of flour. Mix it, using the dough hook, and then add the rest of flour little by little, then kneed it for about 5 minutes.

When the dough forms a ball around the hooks, but there is still left over flour in the bowl, remove it and manually kneed the dough, so all the flour is mixed with the dough, forming uneven ball.

Lightly coat the dough with oil and then put it back in the mixing bowl. Cover with a damp towel to rise in a warm place for about 1 1/2 – 2 hours.

Heat your oven to 400ºF/200 Celcius.

Put a sheet of baking paper on a baking pan.

Remove the dough from a bowl (it should double the size by now) and form it either in a one greater ball, or 4-5 smaller ones. Cover it with a damp towel and let it rise again for about 45 minutes.

Ater that time, place a casserole dish of water on the bottom rack, then place the bread pan on the middle rack. Bake for about 35-45 minutes (depending on the size of you breads).

Remove it to cool slightly. Best served warm, together with a meat stew, smeared with butter and any addition you wish.

May the Force be with you!






piątek, 26 lutego 2016

Czerwony barszcz kiszony na sposób babciny/Granny's marinated borsch

Musicie mi wybaczyć ostatnie obsuwy czasowe i brak tych kilku felek tygodniowo, którymi was do tego momentu rozpieszczałam. Od ostatniej minął zapewne tydzień, ale to zdecydowanie nie z powodu mojego lenistwa. Widzicie, podsumowałam sobie listę priorytetów i przestawiłam niektóre wyżej, niektóre przesuwając o oczko w dół.
Jak wiecie, kocham pisać. Widać to z resztą po nielitościwej ilości tekstów, jakie wam zapodaję przy każdym przepisie. Niektórzy narzekają, że za długo, inni, jak Maciej "Lobo" Linke (aż się pochwalę, bo to były bardzo miłe słowa), zachwycają się, że bardzo fajnie i nie zwracać uwagi na marudy i pisać dalej. Pisać lubię nawet bardziej niż gotować. Przede wszystkim pisać, tworzyć historie, na kilka godzin przenieść się bezpośrednio w świat opowiadania, prowadząc narrację przez ramię bohatera... czemu? Tak po prostu już jest ze mną. Podobnie jak z wokalistą Sonaty Arctiki, Tonym Kakko, zapytanym w jakimś wywiadzie kilka lat temu, czy potrafiłby przestać śpiewać. A on zapytał w odpowiedzi: "A czy ty potrafiłbyś przestać oddychać?" Otóż właśnie, ze mną jest tak samo. Potrzebuję pisania, jak inny potrzebuje powietrza, czy śpiewu, by być szczęśliwym. Nie potrafię bez tego żyć i w sumie od paru lat krąży wokół mnie pewna myśl, żeby, skoro sprawia mi to nieustannie taką frajdę, pójść za ciosem i zrobić z tym coś więcej niż napisanie i zmagazynowanie na dysku twardym.
A więc wyjaśniło się. Piszę. Dużo piszę i ćwiczę warsztat, a jak nie piszę, to redaguję napisane treści lub obmyślam nowy pomysł. I tak mi znika czas.

Jednakże nie jest tak, że zupełnie to wszystko rzucam w diabły. Felki też są pewną formą doskonalenia warsztatu i sprawiają mi ogromną frajdę. Na dodatek człowiek jeść musi, a w moim przypadku jak coś mi fajnie wyjdzie, to i zdjęcie się zrobi. A w wolnej chwili, to i cosik naskrobie... no to się znalazła jednak i chwila i foteczka... i felka też się pisze.

A zatem bez paniki, Bantofelki dobrze się mają, istnieją i istnieć będą. Kilka przepisów jestem do przodu, więc panicznego działania w kuchni, byle coś zapodać, też nie będzie. Cierpliwie zrealizujemy wszystkie plany.

A dzisiaj w menu coś, co zagraniczniacy określiliby mianem "Wielkiego yuck!", tylko dlatego, że oni sobie nie wyobrażają, że można spożyć coś, czemu dało się skwaśnieć. I to ze smakiem spożyć! Dla niewątpliwych, doskonałych skutków dla naszego zdrowia, szczególnie w porze zimowej, gdy pogoda pokazuje figę i to błyska mrozem, to prawie wiosenną pogodą.

Barszcz zna każdy. Zupa z buraków o pięknej, rubinowej barwie, spożywana jest w większości polskich domów nie tylko w Wigilię, ale i na codzień. Podbita mięskiem takim lub owym, wywarem z dodatkowych jarzyn, z jajkiem i zabielona śmietaną... no, kto by jej nie lubił zjeść bodaj raz w roku.
Ale  ja nie o typowym barszczu powiadać zamierzam, gdzie buraki poddaje się obróbce termicznej, a o znacznie prostszym, a o niebo lepszym, szybszym i zdrowszym specyfiku, który triumfy swe święcił w czasach naszych babek. Wtedy o witaminę C i żelazo było znacznie trudniej i nasi dziadowie radzić sobie musieli ze składnikami naturalnymi, rozmaicie je obrabiając, by wyciągnąć z nich, co tylko najlepsze się da. Stąd rozmaite warzywa i owoce kiszono, marynowano, przechowywano w szczelnych słojach i kamionkach, nie dość, że je konserwując na zimę, to tworząc sobie w ten sposób całkiem doskonały odpowiednik dzisiejszych medykamentów witaminowych rodem z laboratoriów koncernów farmaceutycznych.
Barszcz kiszony wraca do łask ostatnimi czasy. Polecany przez lekarzy w ostrych niedoborach żelaza i witaminy C, jako doskonały do picia tuż po ukiszeniu, lub jako gotowy zakwas do barszczu, na którym zupa ta wyjdzie jak na żadnym innym smaczna. I jest zdumiewająco dobry, lekko kwaskowaty... niespodziewane niebo w gębie, tym przyjemniejsze, że wiesz iż sam podjąłeś się wyzwania i zrobiłeś własnołapnie. A teraz się tym leczysz i również odruchowo od razu lepiej się czujesz. Czyżby psychiczna odmiana placebo?

Wracając do naszego kiszonego barszczu... przepis jest prościuteńki. Potrzebujecie do najprostszej wersji jedynie 3-4 składników poza burakami i wyparzonego słoja lub dwóch. I kilku dni czasu. A po ich upływie - voila! Pijemy, gotujemy, a raz użyte buraki użyć możemy ponownie i otrzymać jeszcze szybciej kolejną porcję rubinowego dobra, które cuda zdziała z organizmami wykończonymi zimą.
Jasne, nieco obaw jest, bo to pierwszy taki barszcz... ale przecież jakbyś nigdy nie spróbował wiejskiej kiełbasy, to też byś do tej pory nie wiedział, jaka jest dobra, mimo średnio pociągającego wyglądu, nie?
Tu się nie da schrzanić niczego!
To co, lecimy?

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na dwa litrowe słoiki do kiszenia i półtoralitrową butelkę na czysty kiszony barszcz):

1 kilogram buraków czerwonych
2 litry ciepłej, przegotowanej wody
50g chleba razowego
4-6 liści laurowych
kilka ziarnek ziela angielskiego
4-6 ząbków czosnku

Wykonanie:

Słoiki szklane pasteryzujemy (czyli zalewamy wrzątkiem, opróżniamy i pozwalamy im obeschnąć samym).

Buraki myjemy, obieramy ze skóry i kroimy w plastry lub kostkę, jak nam będzie wygodniej.

Wkładamy do słoików po równo, tak do zapełnienia obu na mniej więcej połowę samymi burakami.

Chlebek razowy rwiemy na drobno i wrzucamy kawałki do obu słoików.

Równo rozdzielamy między nie resztę przypraw.

Staramy się wymieszać w słoikach wszystko ze sobą, a następnie zalewamy buraki i dodatki w słoikach ciepłą wodą aż całkowicie nakryje nam buraki.

Nakrywamy każdy ze słoi kawałkiem papieru do pieczenia, obwiązujemy dookoła nicią i na papierze robimy sporo niewielkich dziurek, by zapewnić barszczowi dostęp powietrza.

Tak spreparowane słoiki z barszczem stawiamy w ciepłym miejscu (najlepiej przy kaloryferze, lub tam, gdzie panuje temperatura ok. 18-20 stopni Celsjusza) i zostawiamy samym sobie na 3-5 dni.

Po tym czasie barszcz powinien stać się już kwaskowy w smaku. Słoiki więc wyciągamy z kąta, zdejmujemy papier i ściągamy, oraz wyrzucamy osad, jaki nam się uczynił na powierzchni.

Przelewamy przez sito barszcz do wyparzonych butelek, zakręcamy i możemy przechowywać w lodówce.

Barszcz sprawdzi się świetnie pity sam, albo jako podstawa do barszczu czerwonego.

Zdrowia!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients: (for about 2 glass jars (1 litres each), and 1,5 litre bottle for a clear marinated borsch

1kg red beets
2 litres of warm, earielier boiled water
50g of rye bread
4-6 bay leaves
some allspiece seeds
4-6 garlic cloves 


The making of:

Wash and pasteurize your glass jars.

Wash and peel your red beets, slice them or chop, the way you find the most suitable for you.

Put your chopped red beets into the jars, so you filled them for about the half of their height.

Shred your rye bread into smaller pieces and divide it between two containers with red beets.

Spread evenly the rest of seasoning between both jars and mix it all inside as nicely as you can.

Pour warm water into jars so it covered everything inside.

Put a sheet of baking paper at the top of each container, tie it around its neck with a thread, and using a tip of a knife make a lot of small holes on the paper, so the air could go inside freely.

Put both jars in the warm place (around 18-20 degrees Celcius) and leave it like that for 3-5 days.

When the time passes, your borsch should taste a little sour, and it should be like that. Remove the paper of your jars and remove the sediment of the surface of your borsch.

Using a strainer (to keep all the residue out of the clear liquid) pour the borsh to a clean, pasteurized glass bottles, recap them, and use as you wish.

You can keep it in the fridge up to 3 weeks.

Marinated borsch is perfect to drink it as it is, or you can use it to prepeare delicious borsch soup.

Cheers!




środa, 17 lutego 2016

Biszkopt z brzoskwiniami i posypką cynamonowo-imbirową/ Sponge pie with peaches and ginger-cinnamon topping

Na pewno nie jest wam obcy termin "comfort food". Tu i tam przewija się w tle życia, rozmaitych filmów i książek, szczególnie często słyszy się go w znaczeniu poszukiwania ukojenia, powrotu do czegoś znanego, dobrego, uspokajającego, szczególnie wtedy gdy człowiekowi jest zwyczajnie źle. I to jest właśnie doskonałe wyjaśnienie. "Comfort food" to jedzenie kojące, swoista terapia konsumpcją. Nie  stawiajmy jednak znaku równości między zażeraniem problemu, czyli pochłanianiem ton chipsów, lodów ze słodkimi sosami i wszystkiego, co nam wpadnie w rękę, zalewając to hektolitrami alkoholu, a jedzeniem na ukojenie. Nie, to całkowicie inna bajka. Różnica między jednym, a drugim jest taka jak między piciem, a żłopaniem (której to różnicy fanom książek Terry Pratchetta tłumaczyć nie trzeba, ale dla reszty: żłopanie to to samo co picie, tylko głośniejsze i więcej się wylewa). Niby terminy podobne, ale zażeranie problemu jedynie przyda nam kalorii i bólu brzucha, i na pewno nie poprawi nastroju. Natomiast "comfort food" w odpowiedniej dozie i przy doborze odpowiedniego składnika potrafi uczynić cuda załamanej psychice, nie szkodząc ciału.

Pod tym terminem rozumie się tez coś prostego, do czego przygotowania nie trzeba wielkiej filozofii, wielu składników i modlenia się przed piekarnikiem, żeby nie opadło, ani nie wybuchło, czy co tam może się stać jeszcze produktowi domowej produkcji robionemu pierwszy raz. Potrawa na ukojenie kojarzy się też z domem. Czymś co "mama robiła". Albo babcia. Taki na przykład specjalny rosołek z kurczaka, jak się było chorym i w wieku wczesnoszkolnym. Jedyne w swoim rodzaju pierogi ruskie, z dodatkową porcją usmażonej na maśle cebulki. Albo serniczek, najprostszy, może z czekoladą... tudzież biszkopt.

Taki właśnie biszkopt wam proponuję. Dla mnie nie był on akurat typowym jedzeniem kojącym. Była nim herbata z dużą ilością cukru, pierogi ruskie mojej jednej babci, albo szarlotka drugiej (ta szarlotka jest w planie w Bantofelkach, więc obserwujcie czujnie:)), krupnik, gęsty, że łyżka staje. I jajko na miękko z bułeczką z masłem, gotowane przez moją mamę, gdy mnie powalił pierwszy w życiu atak migreny i ręką nie mogłam ruszyć, ani nogą, o głowie nie wspomnę. To już ponad dwadzieścia jeden lat od tego czasu minęło, a nadal pamiętam jak mi się wtedy miło zrobiło i dobrze... na głowę nie pomogło, ale to nie zawsze chodzi o pomoc ciału. Bardziej duszy.

Wracając do biszkopta. Może nie pochodzi z tego dobrego miejsca z przeszłości, do której udaję się gdy rzeczywistość jest kompletnie nie do zniesienia i nie piekę go jako takie danie, ale zdecydowanie zasługuje na miano "comfort food" jako pierwsza rzecz, jaką zrobiłam po ostatniej chorobie. Nie były to Francuskie makaroniki Earl Grey, choć kolejność wpisów jest myląca, gdy spojrzymy na ostatnią aktywność na blogu. Makaroniki zrobiłam kolejne. Biszkopt natomiast upiekłam, ledwie byłam w stanie ruszać się normalnie po domu, jeszcze smarkając i kichając, ale już stwierdzając, że życie jest złe i potrzebuję czegoś dobrego, by nie stało się koszmarne. I to ZARAZ.
Rekonwalescent, wiadomo, nie wiadomo czego nie zrobi. Musiało więc być to coś, co się czyni raz dwa, miesza, pokroi, wsadzi na pieczenie i po godzinie można się już tym delektować. Przy tym i zrobione ze składników, które ma się pod ręką i nie trzeba się zmuszać do ganiania po sklepach. Pod tym względem (ani pod żadnym innym, jak zwykle zresztą, bo siedzi w mym zeszycie z przepisami od dobrych pięciu lat) biszkopt mnie nie zawiódł. Upiekł się pięknie i równo, nie opadł (to ciasto chyba nie ma prawa się nie udać, powiadam wam), brzoskwinie wyszły w nim ślicznie, plasując się i w środku i na wierzchu. Jednakże po wyciągnięciu go z piekarnika, pomyślałam, że biszkopt jako ciasto neutralne smakowo i delikatne, w połączeniu z równie neutralną brzoskwinią... zabrakło mi w tym "pazura", który sprawi, że doskonały wypiek będzie boski, zasługując już zupełnie na miano pocieszacza. A więc niewiele myśląc chwyciłam imbir proszkowany, cynamon i cukier i zrobiłam z nich posypkę, która poleciała na świeżo upieczone  ciasto. I to był strzał w dziesiątkę.

Dalibyście wiarę, że imbir w połączeniu z brzoskwiniami daje taką rewelację smakową? Nie? No to nie ma co czekać. Wypróbujcie, bo to naprawdę łatwe. Już za godzinę możecie mieć to samo na talerzykach, co zaraz wam pokażę na zdjęciu, jeśli zabierzecie się do przepisu już teraz.
Zaczynamy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)
 



Składniki: 

4 jajka
1 szklanka cukru
1 i 1/2 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki oleju
2 łyżki wody
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 puszka brzoskwiń w syropie
imbir sproszkowany, cynamon sproszkowany, cukier puder - na posypkę


Wykonanie:

Nagrzać piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Jajka i cukier włożyć do miski od miksera, zmiksować.

Dodać do tej masy resztę składników i zmiksować raz jeszcze, aż będzie masa będzie gładka.

Prostokątną blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, wylać na nie ciasto.

Brzoskwinie z puszki odsączyć z syropu i pokroić na cienkie plasterki wprost na wylane ciasto w takiej ilości by je w miarę równo przykryły. Nie trzeba wciskać do środka. Część zejdzie w dół ciasta podczas pieczenia, część zostanie na zewnątrz.

Blaszkę z ciastem wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez ok. 40-50 minut, testując patyczkiem gotowość. Jeśli będzie suchy, oznacza to, że ciasto jest upieczone.

Wyciągnąć z piekarnika i pozwolić mu się studzić w blasze.

W tym czasie przygotowujemy posypkę. W równych ilościach wymieszać cynamon z cukrem i imbirem w miseczce (na przykład po 1 łyżeczce wszystkiego).

Ciepły biszkopt posypujemy z wierzchu posypką równą warstwą.

Studzimy ciasto,kroimy w niewielkie prostokąty i podajemy.


Garść uwag:

Można też oszczędzić sobie czasu z mieszaniem posypki i sypać prosto z opakowań najpierw imbirem, szczególnie po brzoskwiniach,  bo połączą się fantastycznie smakowo, potem cynamonem i na koniec cukrem.

Cukier można również pominąć w posypce.Ciasto jest dość słodkie i bez niego.

Jeżeli boicie się, że biszkopt wam opadnie (chociaż ten nie opadł mi jeszcze nigdy), nie wyciągajcie go po pieczeniu od razu na temperaturę pokojową. Wyłączcie grzanie, otwórzcie drzwiczki piekarnika i pozwólcie ciastu dochodzić tak przez kwadrans, nim wyciągniecie go na studzenie w temperaturze pokojowej.

Do tego biszkopta podejdą dosłownie każde owoce, jednak szczególnie pyszny jest z rabarbarem, malinami i wiśniami, generalnie z każdymi owocami o wyraźnym smaku.

Smacznego!

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

English version of the recipe will be here later. Stay tuned:)