niedziela, 25 października 2015

Muffinki brownie dla Szymka

Raz na jakiś czas cierpię na odruch wyjątkowej hojności cukierniczej i swymi wybrykami prosto z piekarnika obdarzam kogoś innego niż najbliższą rodzinę. Jednakże sytuacja musi spełniać następujące wymogi:
1.  ciacho/deser musi być niesamowicie smaczne na pierwszy rzut oka
2. proste, abym się nie schetała przy tym jak dziki osioł, nie otrzymując odpowiednich wyrazów wdzięczności (swój - wiadomo - pochwali, a ktoś, z kim krwi nie dzielisz? Zawsze istnieje ryzyko kręcenia nosem)
3. szybki, bo nie mam ochoty siedzieć w kuchni pół dnia, a także niezbyt drogi
4. musi być okazja
5. osoba obdarowywana musi być tak blisko określenia "przyjaciel" jak to tylko możliwe

I teraz tak. Pierwsze trzy wymogi to łatwizna. Smaczne, proste, szybkie desery mnożą się jak grzyby po deszczu i przy ładnej pogodzie (tegoroczna jesień nam udowadnia bowiem, że same deszcze i siarczyste zimno rodzą tylko zmarznięte "papierzaki" zdesperowanych grzybiarzy, co do domu nie zdążyli, albo szukali do upadłego, a nie normalne grzyby), na internetach, w gazetach i w innych źródłach. Natomiast okazja nie trafia się co chwila. W przyjaciół też moja introwertyczna osoba nigdy nie obfitowała. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze czynnik impulsu, który zaświecić mi musi w głowie żaróweczką pomysłu, w odpowiedniej chwili.

No, ale macie szczęście. Tak się złożyło, że zaczynając od punktu 4, przez punkt 5, poprzez punkty 3, 2 i 1, przy współzaistnieniu owego magicznego impulsu, dokonałam fajnego przepisu, który został przyjęty z entuzjazmem, zarówno przez obdarowywanego, jak i gości.
Szymek, mój i męża bardzo bliski kolega, niemal przyjaciel rodziny, jedyny, do którego spośród wszystkich naszych znajomych mój synek się swobodnie przytuli i nazwie wujkiem (niedoszły ojciec chrzestny), miał urodziny. I jakkolwiek nie trzeba było szaleństw, prezenty do knajpy na piwo i planszówki (odmiana imprezy urodzinowej) też nie były potrzebne, ale w sumie chcieliśmy coś zrobić. Tak więc moja druga połowa rzuciła ziarno na glebę, pytając po półgodzinnej dyskusji nad tym co kupić "łysej mendzie" - a może upiecz mu coś? No i się zaczęło. Burza mózgów nie trwała jednak długo. Szymek muffinki lubi, na diecie znowu nie jest, a skoro nie jest na diecie, poszerza nam się zakre możliwości.
Więc co zrobiłam, mając do dyspozycji półtora dnia przed urodzinami? Odpaliłam Pinteresta, wpisałam poszukiwanie muffinek i po około 15 minutach gapiłam się z zadowoleniem na coś, co mogło być hitem.

Sporo z was już się orientuje, że lubię czekoladę. Jeszcze więcej osób wie, że czekoladę lubi też przeważająca większość mężczyzn, więc nasz kumpel bez wątpienia też ją lubi. Co więcej, lubi on moje brownie (nie zatapiając się w samozadowoleniu, acz stwierdzając fakt - jak większość tych, co go spróbowała). No to zgadnijcie, na jaki przepis padło moje oko podczas poszukiwań? No jasne, że na muffinki brownie.
A ponieważ przepis spełniał pierwsze 3 punkty z powyższej listy - zabrałam się do roboty kilka godzin przed imprezą urodzinową.
I co? I partia muffinek, jeszcze trochę ciepłych, wręczona w prezencie i postawiona na stole z wyrazem zadowolenia na brodatym ryju Szymka, znikła w ciągu kwadransa, ku z kolei memu wielkiemu zadowoleniu.
Bo przysmaki znikające w takim tempie MUSZĄ być niesamowicie dobre.

Daję wam więc ten przepis, z życzeniem, aby i wam tak fajnie wyszło:)
Pochodzi z tej strony. Modyfikowany pod względem skali metrycznej, aby było łatwiej budować bazę składników, oraz wprowadziłam kilka skrótów.




Składniki (na 14-16 muffinek):

4 tabliczki czekolady gorzkiej
10 łyżek masła
4 lekko rozbite jajka
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 szklanka mąki
1 szklanka drobno posiekanych kawałeczków mlecznej czekolady albo małe opakowanko chocolate chips
2-3 łyżki stopionego masła na posmarowanie foremek
garść kawałeczków czekolady dla przyozdobienia muffinek


Wykonanie:

 Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.

Silikonowe foremki na muffinki smarujemy stopionym masłem na bokach i dnie i stawiamy na blasze wyjętej z piekarnika, wysłanej folią aluminiową lub papierem do pieczenia.

Nasze cztery czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem rozpuszczamy w kąpieli wodnej, mieszając od czasu do czasu, aż staną się czekoladową masą. Gdy będzie gładka, zdejmujemy z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.

Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii wkładamy do miski od miksera i krótko miksujemy, tylko tak, by się połączyły.

Do zmiksowanej masy powoli wmiksowujemy całą stopioną czekoladę z masłem.

Wmiksowujemy też mąkę, ale tylko na tyle, by się połączyła z resztą. Masa nie może być zbyt gładka, ale z kolei surowych kulek mąki też nie wolno nam zostawić.

Wsypujemy szklankę kawałeczków czekolady lub chocolate chips i mieszamy z ciastem za pomocą łyżki.

Każdą foremkę na muffinkę wypełniamy ciastem do 2/3 wysokości. Nie więcej, bo się ciasto wyleje, a poza tym mimo wszystko muffiny trochę urosną. Tylko trochę.

Na górę każdej surowej muffinki wysypujemy kilka sztuk kawałeczków czekolady.

Wsadzamy blachę z foremkami do nagrzanego piekarnika i pieczemy około 30-35 minut.

Następnie wyjmujemy je z piekarnika i w foremkach pozwolimy stygnąć 5 minut poza piekarnikiem. Po tym czasie wyjmujemy je z foremek (z łatwością, naprawdę, dzięki wymaśleniu i tak silikonowych foremek, same wypadają na dłoń) i pozwalamy ochładzać się już luzem.

Zjadamy z przyjemnością, ile nam pozwolą.

Tyle:)

No dobra, na koniec parę uwag, które mogą wam pomóc.

Skoro są to muffinki brownie, spodziewajcie się, że będą w środku wilgotne, zupełnie jak brownie powinno być. To nie jest zakalec!:)

Podczas pieczenia nie ma co sprawdzać patyczkiem. W pół godziny wychodzą takie jak trzeba.
ACZKOLWIEK, jeżeli przeciągniecie czas pieczenia, dacie za mało czekolady (na przykład 3 zamiast 4 tabliczki) przy pozostałej ilości składników pozostawionej bez zmian, to też się nic strasznego nie stanie. Nie spalicie ich. Po prostu otrzymacie babeczki czekoladowe, też niesłychanie smaczne, ale upieczone bardziej, niż powinno być upieczone brownie.

Popękają, tak jak widać na zdjęciu. Nie ma bata, żeby tak nie było, ale to też ma swój urok, szczególnie z tymi drobinami czekolady, które, o dziwo, wcale się nie topią podczas pieczenia.

Co do charakterystycznej skorupki brownie - powinna się pojawić. Może mniejsza niż jak robicie brownie w blaszce, tycia, ale jednak. Przy tej okazji wyciągajcie upieczone muffinki z foremek ostrożnie, aby to dobro wam się nie pokruszyło.

Jeżeli macie ochotę ulepszyć te muffinki i na przykład w surowe jeszcze wetknąć do środka kostkę czekolady albo kawałek krówki - przypuszczam, że się rozpuszczą i możecie mieć bardziej płynne wnętrze. Ale nie wypróbowałam tego pomysłu jeszcze, więc jeśli ktoś tak spróbuje, koniecznie dajcie znać.
Natomiast dodanie do środka łyżeczki dżemu (czyli nalanie małej warstwy ciasta do foremki, nałożenie łyżeczki dżemu i zalanie resztą porcji) mogło by wyjść... Ponownie - nie próbowałam takiej wariacji z tym przepisem, więc nie bierzcie za pewnik:)





piątek, 16 października 2015

Gofry cynamonowe z domową wiśniową frużeliną na wyrku z czekolady

O gofrach, drodzy państwo, rzec można na pewno dwie rzeczy:
1. 90% społeczeństwa je kocha i pożera w wakacyjnej porze z "budek" na ulicach kilogramami w letnim czasie (o zimowym nie wspomnę, bo wtedy też pożerają, ale cichem, w knajpkach, nie łażąc z przysmakiem po ulicy)
2. Każdy, kto kocha gofry, przynajmniej raz w życiu spróbował je zrobić domowym sposobem. O ile miał gofrownicę. Bez gofrownicy niestety gofrów nie będzie, choćbyśmy stawali na głowie i klaskali uszami. W tym celu gofrownice były kupowane, znajomi, co mają ten sprzęt już i robią, pytani o sprawdzony przepis... i potem, zamiast końca problemów, zaczynały się prawdziwe schody.
Ten deser jest niby prosty w wykonaniu. Zmieszać składniki, wlać ciasto do nagrzanej gofrownicy i czekać, aż się zrobią. No, proste, prawda? Jednakże gdyby to było takie proste, internet nie byłby zawalony po sufit przepisami na "sprawdzone", "zawsze wychodzące", "doskonałe" gofry, z których połowa nie wychodzi, pali się, nim zdąży się upiec, albo wręcz przeciwnie - wcale się nie piecze. Magia! Jak to jest możliwe, żeby sąsiadka Ewa podała ci przepis na gofry perfekcyjne, które jadłaś wczoraj u niej, po czym po spróbowaniu tego przepisu u siebie - wylewasz resztki zakalcowatych gofrów z gofrownicy ze łzami w oczach, lub wydrapujesz z niej spalone na węgiel ciasto. No jak! Czemu przepis "sprawdzony" nie wychodzi?

Otóż podam wam najprostszy powód niepowodzeń w robieniu doskonałych gofrów, przez który 45% miłośników gofrów zarzuca próby po dziesiątym nieudanym przepisie na "sprawdzone i najlepsze" i wraca do gości z "budki", zacierających radośnie ręce na widok dzieci marnotrawnych wracających w pokorze po gofra.
Powodem jest gofrownica, nie przepis. To od gofrownicy wszystko zależy, znacznie bardziej niż od za dużej ilości lub braku mąki w przepisie. Od gofrownicy, a w szczególności od jej mocy.

Zauważyliście, czego brak w większości przepisów na gofry? Brak informacji, w jakiej gofrownicy i o jakiej mocy akurat te "perfekcyjne" i "sprawdzone, super-smaczne" gofry były robione. A bez tej informacji, drogi czytelniku, jedynie fartem zrobisz doskonałe gofry za pierwszym, drugim, lub trzecim razem, bez narażania się na poszukiwania idealnego przepisu.

Im gofrownica ma większą moc, tym lepiej. Niestety, ta moc przekłada się na jej cenę, a skoro spora ilość z nas kupi gofrownicę na promocji w Lidlu, albo taką, co robi gofry w kształcie serduszek, cóż... nie gwarantuję, czy wyjdą nawet z przepisu załączonego do gofrownicy.

Ja uczciwie się przyznaję: moja gofrownica to sprzęt 3w1 FirstAustria 750 W. Nie jest to wiele. Wręcz maleńko, skoro najlepsze gofrownice (odpowiednio drogie, rzecz jasna) mają ponad 1000W i na nich na pewno wyjdzie całkiem spory procent gofrów polecanych jako "zawsze wychodzące". Jednakże człowiek lubi to co ma, i czasem się męczy z tym, co ma, nim osiągnie sukces.
Także i u mnie i mojej maszyny tak było, nim osiągnęłyśmy konsensus, a z książeczki dołączonej do gofrownicy, dopiero czwarty z kolei wypróbowany i zmodyfikowany nieco przepis okazał się dobry.

Dlatego też z przyjemnością zapodam wam ten przepis, zaznaczając, że gofry powinny wyjść jak należy właścicielom tejże gofrownicy, o ile tylko nagrzeją ją jak należy i nie pójdą na skróty.

A jakie powinny być bansheekowe doskonałe gofry? Złotawe, aż do poziomu jasnego brązu, choć nie muszą być złotawe równomiernie. Chrupiące z zewnątrz, a w środku mięciutkie, aczkolwiek upieczone. I ze szczyptą cynamonu, która jest zdecydowanie moją ulubioną przyprawą. Ta szczypta w gofrach jest spora, co też przekłada się na ich smak, ale jak nie lubicie cynamonu, można spokojnie go pominąć. Gofry wyjdą świetne i tak.

Co do tych gofrów? Dla mnie wyłącznie dżemy i dżemo-podobne, chociaż możecie dodać co wam się żywnie podoba. W tym przypadku poeksperymentowałam i zrobiłam ekspresowo porcję czegoś, co okazało się być świetnym odpowiednikiem frużeliny, w dodatku nie smakującej konserwantami, a owocami. Na nią też wam dam przepis, który po odpowiednim powiększeniu proporcji i nie nawaleniu wielkich łych na gofry, nawet powinien wam starczyć na całą partię:)
A "czekoladowy wyrko" jest w bonusie. Taki malutki twist od miłośnika czekolady dla innych miłośników czekolady.

W tym momencie skończyłam ostatni kawałek ostatniego gofra i już zaczęłam tęsknić za ich widokiem, więc wrzucę zdjęcia z mego gofrowego wybryku i zapodam przepis na całość deserku.
No to jedziemy:



Składniki (na ok. 12 gofrów dla gofrownicy "3w1 FirstAustria 750 W"):

Gofry:
2 szklanki mleka
2 szklanki mąki
2 jajka (osobno żółtka i białka)
3 łyżki cukru
duża szczypta cynamonu
1/3 szklanki oliwy z pestek winogron
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 opakowanie chocolate chips albo drobniutko pocięta w kawałeczki mleczna czekolada

Domowa frużelina (ilość na 3 gofry; dla większej ilości należy odpowiednio powielić składniki):
4-5 garści mrożonych wiśni
1/2 opakowania galaretki wiśniowej
1 łyżeczka cukru


Wykonanie:

Gofrownicę nagrzewamy zgodnie z instrukcją.

Do miski wlewamy mleko, mąkę, cukier, cynamon, oliwę i proszek do pieczenia. Oddzielamy żółtka od białek i dorzucamy żółtka do pozostałych składników. Białka przelewamy do miski i na chwilę odstawiamy na bok.

Miksujemy składniki mikserem, aż otrzymamy gładką masę.

Do białek wsypujemy szczyptę soli i ubijamy je mikserem na sztywną pianę. Ubitą pianę ostrożnie, po łyżce przekładamy do zmiksowanych składników i bardzo ostrożnie mieszamy wszystko razem.

Otwieramy nagrzaną gofrownicę, smarujemy starannie oliwą górną i dolną część formy na gofry, nie pomijając górnych części, zamykamy i raz jeszcze nagrzewamy.

Gdy lampka na gofrownicy ponownie zgaśnie (patrz: instrukcja obsługi), otwieramy, i nalewamy do foremek porcje ciasta na gofry. Zamykamy i przez pierwsze 2-3 minuty nie otwieramy gofrownicy. Potem co jakiś czas sprawdzamy stan upieczenia. Jeśli ciasto na gofry zacznie się robić złotawe, i pojawią cię ciemniejsze kwadraciki na wierzchu od górnej części, za pomocą nożyka ostrożnie odczepiamy ciasto od foremki, przewracamy na drugą stronę i pieczemy aż do złotawej barwy.

Po wyjęciu gofrów z gofrownicy przekładamy je na powierzchnię z siateczki (w braku czego innego używam do tego celu uczynionego z metalowej siateczki pojemnika do pieczenia frytek), stawiamy pionowo i w tej pozycji studzimy. Nie wolno ich kłaść na talerzu albo desce, bo zmiękną i nie będą już takie chrupiące jak należy.

Następnie raz jeszcze smarujemy staranie tłuszczem foremkę w gofrownicy i przelewamy kolejne porcje ciasta, aż do wyczerpania go, podczas gdy rosnąć nam będzie górka gotowych gofrów.

Gdy gofry nam stygną, przyrządzamy domową frużelinę.

Wiśnie zamrożone wrzucamy do garnka i stawiamy na średni ogień. Jeżeli są pozbawione pestek jedynie mieszamy, czekając aż nam się odmrożą i zaczną rozpadać. Jeśli przez lenistwo swoje, zamrażaliśmy z pestkami, podczas rozmrażania w garnku należy je "dźgać" łyżką i stopniowo wydobywać i wyrzucać pestki.

W trakcie rozmrażania, wiśnie puszczają sok i ten sok stanowić nam będzie podstawę do frużeliny.

Do całkowicie rozmrożonych, parujących i gotujących się we własnym soku owoców, wsypujemy pół opakowania galaretki wiśniowej i starannie mieszamy wszystko razem. Gdy masa stała się gęsta i lśniąca, należy spróbować i dodać cukru. Mnie wystarczyła łyżeczka, ponieważ galaretka słodka jest sama w sobie, a wściekle słodka frużelina nie jest nam potrzebna. Powinna być słodko-kwaśna.

Trzymamy jeszcze na ogniu przez kilka minut, ciągle mieszając. Następnie ściągamy garnek z ognia i odstawiamy, by frużelina nieco ostygła.

Ostudzone gofry można już okraszać frużeliną, dżemem, bitą śmietaną i owocami, lub posypać cukrem pudrem, ewentualnie niczym - bo klasyki cynamonowe są najlepsze:). I zjadać.

Co do mego wyboru, widocznego na zdjęciach, postanowiłam użyć chocolate chips do pary wiśniom (ponieważ bardzo lubię to połączenie) i na jeszcze ciepłego gofra w każdą krateczkę wrzuciłam po 2-3 kawałeczki czekolady, po czym przykryłam gofra grubą warstwą nadal ciepłej frużeliny.

Nie przetrwały nawet dwóch godzin, biedaki, ale taki jest ich los, jeśli tylko są smaczne.

Smacznego:)

PS: Co do tej frużeliny, można jej pewnie użyć i do pancakes i do sernika nowojorskiego lub okrasić nimi inne ciasta i ciasteczka. Spróbujcie. Na pewno się nie zawiedziecie. Nie zdążyłam sprawdzić przechowywania (nie zostało nic, na czym można by sprawdzać:P), ale przypuszczam, że naddatek frużeliny można na szybko podgrzać, a potem parujący, na wzór dżemu, wpakować ją do słoika, zamknąć szczelnie i używać do rozmaitych celów.


środa, 14 października 2015

Cytrynowo-imbirowy uzdrowicielski syrop do herbaty

Jesień pędzi na złamanie karku, w ucieczce przed zimą. Nawet nie zdążyliśmy się tak naprawdę nacieszyć ZPJ, a już jej prawie nie ma. ZPJ czyli Złota Polska Jesień trwała może parę dni we wrześniu, a teraz, w połowie października wydaje się, jakby był listopad! Co to za porządki, by śnieg już był rano. Jam nie przygotowana, na złom kark wyciągać musiałam zimowe odzienie rodziny, żeby mi nie pomarzli i nie połapali jakiej zarazy.
I złapałam ja. Jak zwykle. Oba moje chłopaki pomykają ledwie z katarem, a ja dopiero teraz kończę chyrlać czyli wypluwać płuca. Za takie porządki to ja dziękuję, biorę swą łopatkę i wysiadam z tego pociągu. Tylko w sumie... hmm... gdzie... na Plutona? No, niby można by się wyprowadzić na inny kontynent w ramach protestu i zamiast mrozu w nocy mieć ciepełko...
Ale skoro nie jest to chwilowo w planach - radzimy sobie z lodowatą jesienią i wszystkim, co niesie, jak się da.  Żywnościowo także.
Do łask wraca w porze "zarazy" czosnek spożywany na surowo, syrop cukrowy z cebuli (świetny na kaszel), a także ulubiony dodatek do herbaty mojej rodziny i na dodatek równie skuteczny, co prościuteńki w wykonaniu. A mianowicie złota, gęsta mieszanina miodu, cytryny i świeżego korzenia imbiru, czyli bohater dzisiejszej felki.
Od zawsze w sumie i każdy wie, że cytrusy, miód i imbir są doskonałe na chorobę, wszelakie kaszle i przeziębienia gardła, i w sumie łączy się czasem co najmniej dwa z trzech składników w herbacie, ale o połączeniu ich razem nie pomyślałam do poprzedniej wiosny (wtedy trafiłam na przepis na ten syrop gdzieś w gazecie). Wtedy też lubią mi chłopaki łapać co tłustsze bakterie latające w powietrzu i smarkać potem i kaszleć przez tygodni dwa.
Średnio jestem zwolenniczką dawania lekarstw maluchowi, więc z miejsca, w przypadku choroby zwracam się ku naturze. Zatem taki syrop domowej roboty, który można pić cały rok i jedynie dobre rzeczy przynosi, jest czymś wspaniałym. I dla dorosłych i dla dzieciaków. I na dodatek jaki smaczny:D

Rychło więc w czas podrzucam wam przepis na uzdrawiający (serio!) syrop do herbaty, który na dodatek polepsza jej walory smakowe, i sprawia, że wszyscy są zdrowsi. Korzystajcie, bowiem zrobienie go to kwestia kwadransa, a przechowywać można długo.







Składniki:

1 spora cytryna ze skórką, sparzona i starannie wymyta
1 korzeń imbiru wielkości mniej więcej cytryny
1 szklanka miodu naturalnego dowolnego rodzaju (polecam lipowy)
1 szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Cytrynę myjemy, parzymy wrzątkiem i kroimy wraz ze skórką najpierw na plasterki, potem plasterki na kawałeczki wielkości paznokcia lub nieco większe.

Imbir obieramy ze skóry i kroimy na kawałeczki wielkości takiej, jak pokroiliśmy cytrynę.

Oba składniki wrzucamy do starannie wymytego i co najmniej wyparzonego wrzątkiem słoika.

Cytrynę i imbir zalewamy w słoiku szklanką miodu i starannie mieszamy wszystkie trzy składniki ze sobą.

Słoik zamykamy i wstawiamy do lodówki na noc, by się przegryzły ze sobą i puściły sok.

Następnego dnia otwieramy, mieszamy raz jeszcze i możemy od tego momentu używać go czy jako dodatku do herbaty, czy też do zwykłej wody, tworząc sobie gorący napój, poprzez dodanie do cieczy pitnej 2 łyżek stołowych syropu. Każdorazowo przed użyciem należy przemieszać zawartość słoika, a potem go zamknąć, by nie wdała się pleśń.

Syrop można przechowywać i miesiąc w lodówce, bez szkody dla jego właściwości, a kawałeczki imbiru i cytryny dodawać także do herbaty, na równi z sokiem, jaki z nich się wytoczył.

Smacznego. I zdrowia:)


sobota, 10 października 2015

Zapiekanka z kurczaka i makaronu "Mac'n'chick"

Po trzech tygodniach wyjazdu quasi-urlopowego, do sanatorium, podczas którego poznałam na nowo jak kiepsko może smakować stołówkowa kuchnia masowa, na równi z genialnymi walorami borowiny oczyszczającej zatoki, powracam ponownie do swego bloga i przepisów. Nie jest zbyt dobrze odkładać za długo pewne rzeczy, bo się można zupełnie zniechęcić, a skoro na podglądzie projektu nadal widzę, że ktoś mnie jeszcze odwiedza na Bantofelkach, najwyższa pora wrócić do drylu. Tyle jeszcze przepisów mam w zanadrzu, które chcę wypróbować i podzielić się z wami, że aż mnie w sumie rozsadza:)
Zacznę jednak od dania obiadowego, które dokonałam jakiś czas temu. Pracochłonna, wbrew swej nazwie, zapiekanka makaronowa, ale powiadam wam - tak jest smaczna i sycąca, że aż się prosi o robienie jej co jakiś czas choćby po to, by widzieć walkę na obliczu mego skąpiącego komplementów męża: "powiedzieć, że doskonałe i chciałbym dokładkę, czy nie powiedzieć?"

Na dodatek pora jesienna jak najbardziej sprzyja takim daniom, jeszcze nie wymagającym zimowej ciężkości i maksymalnego naładowania wszystkim, co przynosi siłę ciału, by okres zimowy przetrwać, ale już mniej lekkim i frywolnym niż wiosenne sałatki, galaretki i musy owocowe. Dynie zaś dopiero się zaczynają, więc zanim zacznę szaleństwo z zupami-kremami z dyni i tartą dyniową, już zamówioną przez mego męża, jako najbliższe ciasto, w jakim pragnie zatopić kły, zaproponuję wam przejściowo, arcysmaczną zapiekankę "Mac'n'Chick" (nazwa autorska i bardzo pasuje;))

Przepis znalazłam sobie na tej stronie, jednakże z wiadomych względów różnic pomiędzy kuchnią polską, a amerykańską i dostępnością niektórych składników u nas, dokonać musiałam niezbędnych modyfikacji. I wcale, a wcale nie zmieniły one smaku dania. Wręcz przeciwnie: wydaje mi się, że jest teraz znacznie zdrowsze niż gdyby zastosować wszystko to, co Pionierka zapodaje w swoim przepisie. Przykładowo, zamiast puszkowanej zupy będącej w 90% mieszaniną soli i glutaminianu sodu oraz smakowitych E, zaproponowałam tu doskonały substytut z naturalnych składników (który już na blogu jest od jakiegoś czasu). Nie dodałam też niepotrzebnego zupełnie dodatkowego bulionu, bo ów substytut jest tak kremowy, że zapiekanka nie ma prawa być sucha, nasączona znakomitą ilością tego smakołyku. Że o odpadającej przy tym dodatkowej porcji soli i tłuszczu nie wspomnę.

Ale do rzeczy: jeśli zechcecie sobie porównywać przepisy pod względem moich zmian - proszę bardzo. Po to jest link do oryginału i aby zachować prawa autorskie. A moja wersja fantastycznej zapiekanki z makaronu i kurczaka już na was czeka, by zacząć ją robić. Do dzieła!







Składniki:

2 szklanki ugotowanego białego i ciemnego mięsa z kurczaka  (ja użyłam mięsa z 2 nóżek i z 2 piersi, ale spokojnie możecie użyć dowolnych szczątków doczesnych tego ptaka. Jeśli będziecie kupować całego kurczaka tylko dla tej zapiekanki - niech nie będzie za duży. 2 szklanki to tak na oko 60-70 deko mięsa)
3 szklanki makaronu spaghetti połamanego na 3 części lub makaronu nitki (różnica niemal żadna, bo i tak podczas mieszania i pieczenia zmięknie nam i co nieco się połamie. No, może kawałki spaghetti będą większe niż nitki i nieco grubsze, ale osobiście uważam, że oba rodzaje będą dobre.)
2 porcje substytutu zupy-kremu z grzybów (ilość ta odpowiada potrzebnym w oryginale 2 puszkom kondensowanej zupy-krem z grzybów, ale odradzam kupowanie. Taniej, zdrowiej i smaczniej jest zrobić ją sobie samemu na potrzeby tego dania i nie tylko. Serio.)
2 szklanki ostrego w smaku startego sera żółtego (polecam ser salami)
1/4 szklanki zielonej papryki skrojonej w drobną kostkę
1/4 szklanki cebuli skrojonej w drobną kostkę
1/2 słoiczka czerwonej papryki pimento (marynowana papryka, niegdyś dodawana do zielonej oliwki w miejsce pestki, teraz dodają galaretkę z niej. Od konserwowej różni się tylko tym, że jest miększa i ma nieco ostrzejszy smak. Papryczki pimento z łatwością kupicie w supermarkecie np. w E.Leclerc.)
1 łyżeczka soli (ostrożnie z nią, danie ma tyle dodatków, że trzeba próbować ciągle, czy nie przesadzimy z tą przyprawą.)
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1 dodatkowa szklanka startego ostrego sera żółtego na posypanie zapiekanki
szczypta majeranku i tymianku, oraz czerwonej słodkiej papryki


Wykonanie:

 Najpierw przygotowujemy sobie substytut zupy-krem z grzybów według tego przepisu. Lepiej mieć to już zrobione przed zabraniem się za zapiekankę, jednocześnie gotując mięso z kurczaka, bo potem będziemy tylko łączyć ze sobą składniki, zamiast czekać aż te bardziej płynne "dojdą".

Gotujemy mięso z kurczaka, wrzucając kawałki na gotującą się wodę. Tak jest zdecydowanie szybciej i wygodniej, nawet jeśli macie kupioną połówkę kurczaka. Pokrójcie go na kilka części zanim wrzucicie do wody. Kurczak pogotować się musi do miękkości, wpierw kilka minut na dużym ogniu, potem zmniejszamy gaz i pozwalamy mu się gotować na średnim około 30-45 minut. Gdy kawałki mięsa zaczną odstawać od kości (zauważycie zdecydowanie) wyłączamy gaz i wydobywamy kurczaka z wody, by ostygł. Będziemy za chwilę obierać mięso z kości, lepiej więc to robić, jak mięso jest już możliwe do dotknięcia.

Na wodę po kurczaku wrzucamy makaron, podkręcamy ponownie ogień pod garnczkiem i gotujemy go aż będzie prawie al'dente. Czyli nie tak do końca miękki. Potem zapiekanka jeszcze będzie zapiekana w piekarniku, więc nie chcemy mieć papki zamiast makaronu. Ugotowany makaron wyrzucamy na sito i odstawiamy na chwilę na bok.

Kroimy zieloną paprykę, cebulę i czerwone papryczki pimento w drobną kostkę.

Jeśli mięso z kurczaka nam już wystygło, obieramy je z kości, czyniąc z niego nie za duże kawałki. Odmierzamy wymaganą przepisem ilość, odstawiamy na bok.

Naczynie żaroodporne napełniamy makaronem.

Do makaronu wsypujemy rozdrobnione, ugotowane mięso z kurczaka.

Ostrożnie przelewamy do nich nasz substytut zupy-kremu z grzybów.

Dokładamy pokrojone warzywa.

Dodajemy starty, żółty ser.

Mieszamy wszystko ostrożnie ale dokładnie. W tym momencie zawartość naczynia żaroodpornego sięgać nam będzie prawie po brzegi, więc zdecydowanie trzeba to robić delikatnymi ruchami. Jeżeli wolicie wszystko mieszać w osobnym naczyniu, większym garnku lub czymś w tym stylu - proszę bardzo. Ja wolę w naczyniu, bo mniej wtedy naczyń ubrudzę, poza tym da się. I nie trzeba potem przekładać do naczynia, w którym będziemy zapiekać.

Starannie wymieszanych składników próbujemy, zanim zaczniemy doprawiać. Pamiętajcie, że w zupie-krem jest już sól i pieprz oraz bulion grzybowy, więc dodając łyżeczkę soli - bądźcie z nią ostrożni.

Doprawiamy więc solą i pieprzem, oraz pozostałymi przyprawami z przepisu. Jeżeli uznacie, że nadal czegoś wam brakuje, można poeksperymentować z ilościami, a także z inną przyprawą. Curry też tu podejdzie. Podbije smak charakterem.

Następnie raz jeszcze mieszamy, sprawdzamy ostatecznie smak i zapiekankę już znajdującą się w naczyniu żaroodpornym posypujemy tą dodatkową szklanką startego, żółtego sera.

Wsadzamy naczynie do piekarnika nagrzanego na 176 stopni Celsjusza i pieczemy około 35-45 minut do momentu aż ser się stopi, a potrawa widziana przez przezroczystą ściankę naczynia puszcza nam bąbelki. Finalnie otrzymamy soczystą zapiekankę, niby łagodną ale jednocześnie przyjemnie ognistą w smaku, naładowaną smacznymi składnikami, która zapełni brzuchy głodnej rodziny aż do przesytu i tylko o deser będą wam wołać.

Dania starczy spokojnie na 8 porcji.

Smacznego!:)




piątek, 11 września 2015

Odwrócone muffinki pomarańczowe z czekoladą

Trzeba w życiu spróbować wszystkiego. Absyntu, fajek (by stwierdzić oczywiście, że nie smakują i nie zapalimy nigdy już żadnej) seksu, skoku na bungie, hodowli węża w terrarium, obłaskawiania kota-Sfinksa (powodzenia bez grubych rękawic, jak jest szczególnie złośliwy), a także dokonania czynności zwykłej, której lekko boimy się podjąć, chociaż inne tego samego typu wykonujemy bez problemu. W tym przypadku u mnie szło o zrobienie muffinek.
Nie wiem czemu ten temat omijałam równie szerokim łukiem jak inni legendarne w tym, że nie "wychodzą" ciastka Makaroniki. Przecież to proste. Zmieszać składniki, wlać do foremek, upiec, zjeść. No tak, ale ja foremek nie miałam, nie miałam pojęcia jakie wybrać i jak piec i tak dalej. A poza tym gdzieś tam we łbie utarła mi się wizja muffinek, jako typowych babeczek, pieczonych jeszcze przez moją babcię w metalowych foremkach, ciężkich i mało przyjemnych w jedzeniu, a jak już się je w końcu wydłubało w całości z tych paskudnych foremek, to się cholery kruszyły wszędzie, zanim skończyłaś jeść jedną sztukę. W taki sposób chyba działają stereotypy. I to nie tylko w moim przypadku. Do dzisiaj słyszę głosy porównujące babeczki do muffinek, zrównując je ze sobą, podczas gdy ciasto w jednym i drugim wypieku jest zupełnie, ale to zupełnie inne. To tak, jakby próbować zrównać ze sobą brownie i murzynka, na podstawie tego, że oba są pieczone z czekoladą.

Niemniej stereotyp paskudnej babki zwalczyłam, a już zupełnie zaciekawiłam się muffinkami, gdy znalazłam pewien przepis na obiadowe muffiny z serkiem ricottą i szpinakiem, jeszcze nie wypróbowany. Nie było okazji w sumie. Ale z myślą o nim kupiłam sobie silikonowe foremki do muffinek. I złożyłam w szufladzie... jakoś ze trzy miesiące temu.
I pewnie by leżały i czekały na swoją szansę (albo sparcienie ze starości i nie używania), gdyby nie kalendarz ścienny z przepisami na odrywanych każdego dnia karteczkach. Przepis głosił "Pomarańczowe babeczki" i pewnego dnia mąż złożył mi go na łonie triumfalnym gestem, nic nie mówiąc, a tylko obserwując reakcję.
Zerknęłam raz na przepis, potem drugi raz, otworzyłam szerzej ślepia, bo spodobało mi się to co czytałam (już wiedział, znając moje upodobanie do ciast typu "odwrócone") i generalnie zostałam podbita. Następnej nocy śniło mi się robienie tych babeczek, (a właściwie muffinek, bo to nic innego tylko muffiny do góry nogami) i już nie było odwrotu. Nawet i brak składników mnie nie uratował, bo to taki przepis, że w domu się ma zazwyczaj wszystko na niego.
Tak oto powstały bohaterki dzisiejszej felki, do których oczywiście musiałam przyłożyć swoje inwencyjne pomysły. Dlatego też nie są całkiem pomarańczowe, a dosmaczone kawałeczkami czekolady, co wychodzi im naprawdę na dobre. Przy tym pomarańczę się czuje i widzi w cieście, są leciutkie, ale i smakowicie można wbić w nie zęby i poczuć, że się coś zjada... no, perfekcja. Każdego wyleczą ze strachu przed muffinkami. Gwarantuję.
I na dodatek tak ślicznie wyglądającego deseru dawno nie widziałam. Szkoda, że w jednej partii wychodzi tak mało... zawsze jednak można robić z podwójnej ilości, co w sumie zalecam. Przepis jednak podaję na ilość standardową: 12 muffinek. Sami już podwoicie ilość składników, jak będziecie chcieli ( będziecie:)).
No to jedziemy:


Składniki:

2 jajka
1/2 szklanki soku wyciśniętego z pomarańczy
4 łyżki stopionego masła + 2 dodatkowe łyżki na posmarowanie dna foremek na muffinki
1,5 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier brązowy (do posypania dna foremek na muffinki)
12 plasterków pomarańczy (jeśli są malutkie to całych, jeśli pomarańcze są zwykłego rozmiaru to bierzemy kawałki tych plasterków, można też pomarańczę zastąpić mandarynką i też będzie dobrze)
1/2 szklanki czekolady mlecznej posiekanej drobniutko, lub gotowych chocolate chips


Wykonanie:

Pomarańczę parzymy wrzątkiem, obieramy ze skórki, kroimy na plastry. Z pozostałej części wyciskamy potrzebne nam pół szklanki soku do ciasta. Odstawiamy.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni Celsjusza.

Jajka ubijamy mikserem na puszystą masę. Do masy wlewamy sok z pomarańczy oraz stopione masło. Ubijamy, aż się połączą. Dosypujemy następnie mąkę, cukier i proszek do pieczenia. Miksujemy całość tylko na tyle, by się połączyły. Grudkowatość masy na muffinki jest tym, co sprawia, że po upieczeniu są bardziej wilgotne i takie chcemy je mieć. Do ciasta dosypujemy kawałeczki czekolady i mieszamy wszystko razem łyżką.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia. Stawiamy na niej foremki silikonowe na muffinki. Dno każdej smarujemy starannie stopionym masłem i posypujemy brązowym cukrem, tylko na tyle by przykrył dno i namókł masłem.

Na dno każdej foremki kładziemy na cukier i masło kawałek plasterka pomarańczy.

Foremki napełniamy ciastem do 2/3 wysokości foremki maksimum. Nie napełniajcie do samej góry, bo muffinki będą rosnąć. Jak nie będą mieć na to miejsca, to się wyleją i będą kłopoty, a nie muffinki.

Blachę z foremkami z ciastem wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 25-30 minut.

Po tym czasie wyjmujemy muffinki z piekarnika i pozwalamy im nieco ostygnąć w temperaturze pokojowej.

Gdy są już tylko ciepłe, ostrożnie odwracamy każdą jedną do góry dnem nad talerzem, na którym mamy je zamiar serwować i cierpliwie czekamy aż wylezą, tudzież lekko odginamy na boki foremkę, by im pomóc.

Finalnie otrzymamy śliczne, złote muffinki z kawałkiem pomarańczy na "górze" zatopionym w karmelu, lśniące i pachnące.
Jeść można od razu (spróbujcie powstrzymać przed tym rodzinę - równie skuteczne, co obłaskawianie kota-Sfinksa bez rękawic:P), albo pozwolić im wystygnąć i serwować chłodne. Dodatki i ozdoby nie są zupełnie potrzebne - muffinki same wyglądają jak klejnoty i obronią się smakiem bez niczyjej pomocy.

piątek, 4 września 2015

Tarta na czekoladowym spodzie, z waniliowym kremem budyniowym i karmelizowanymi brzoskwiniami

Dawno temu już się przekonałam, że działanie pod wpływem impulsu jest tą najlepszą rzeczą, jaką można zrobić. Rzecz jasna w sprawach gardłowych nie. Ale w momencie, gdy chodzi o zwykłą zachciankę? Coś drobnego, z czego może wyniknąć coś ciekawego... wtedy, proszę państwa, jak nam błyśnie niespodziewana iskra, i mamy przeświadczenie, że tu i teraz ta decyzja, jakkolwiek szalona, jest tą właściwą, wtedy idziemy na całość.
Tak się właśnie miała sprawa z bohaterką obecnej felki, czyli niezwykłą tartą, którą właściwie wymyśliłam w ciągu trzech minut. Starczył impuls. W tym przypadku interesujący pin dotyczący ciemnego, czekoladowego spodu na tartę. Nigdy nie jadłam czegoś takiego, ba, nigdy w życiu nie próbowałam innej tarty niż z jasnym ciastem. Czyli co? Veni, vidi, cookie... czyli przybyłam, zobaczyłam i upiekłam. Przy tym musiałam i eksperymentować ostro, bo w oryginalnym przepisie, o tu, pieczono tę tartę z nadzieniem. A to, co przyszło mi do głowy w trzy minuty po przeczytaniu przepisu, wymagało upieczenia spodu najpierw, a potem nakładania gotowego nadzienia.
Generalnie po tym wariactwie, stwierdzam, że uwielbiam wielką improwizację w kuchni. Zrobić odtwórczo ciasto - to jedno. Ale zainspirować się i zrobić coś tak bardzo swojego - satysfakcja gwarantowana i nawet o zwrot pieniędzy martwić się nie trzeba.
A to wszystko przez impulsywne: "O, ciemny spód na tartę. O, cholera, łatwy i ciekawy. Jak super mogłoby to smakować gdyby dać na ten spód masę do karpatki, a na wierzch jakieś karmelizowane owoce, kwaśnawe, dla przeciwwagi!?" Bach! Pomysł się pojawił, składniki miałam. Za pieczenie wzięłam się jeszcze tego samego dnia i godziny, gdy pomysł zakwitł.
I niech mi już nikt więcej nie mówi, że impulsywne akcje dają tylko kłopoty. Bo mnie przynoszą same dobre rzeczy. Ta była (już nie ma, zjedli, tarta wytrwała niecałe dwa dni) wprost znakomita. Pyszna. Spód to w ogóle nie z tej ziemi, a w połączeniu z kremem waniliowym, zakrzywia czasoprzestrzeń.
No i nauczyłam się nowej rzeczy. Karmelizować owoce. To jest naprawdę bardzo łatwe. A jakie smaczne? Przy cieście maxi czekoladowym prawie nie słodkim i słodkim kremie, ich kwaskowatość jest jak ta przysłowiowa wisienka na torcie. Tarta jest leciutka. Przyjemna. Wysoce uzależniająca i jaka śliczna! Zresztą przekonajcie się sami. Zapraszam do działania.





Składniki:

Spód:

1 szklanka mąki
2 łyżki cukru
2 łyżki kakao
3 łyżki zimnego masła
1 szklanka lodowatej wody
1/2 szklanki kawałeczków mlecznej czekolady lub gotowych chocolate chips

Krem:

1 opakowanie kremu do karpatki (akurat miałam go pod ręką, musiałam zużyć, bo data ważności się kończyła, a mąż krążył dookoła niego jak sęp wokół padliny i nie wiadomo, kiedy by zdecydował, że trzeba zrobić i zjeść całość, bez ciasta nawet:P Ale zrobienie własnego, domowego jest bardzo proste, więc jak chcecie spróbować, to rekomenduję własnołapnie robiony krem budyniowy do tej tarty)
1 kostka masła (200 g)
1/2 litra mleka


Karmelizowane brzoskwinie:

15-20 sztuk polskich brzoskwiń (tych małych, o zielonkawym miąższu i czerwonych przy pestce)
4 łyżki miodu
4 łyżki cukru
1 duża szczypta cynamonu
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1/2 olejku pomarańczowego
odrobina octu jabłkowego


Wykonanie:

Najpierw bierzemy się za ciasto.

Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza.

Suche składniki, czyli mąkę, cukier i kakao wrzucamy do miski od miksera, starannie mieszamy.

Masło kroimy na drobno i wrzucamy do suchych składników. Następnie bierzemy widelec i metodą rozgniatania kawałków masła wraz z proszkiem, działamy do momentu, aż to, co otrzymamy w misce zacznie nam przypominać kruszonkę.

Następnie bierzemy lodowatą wodę i wlewamy troszkę do masy. Miksujemy. Potrzebujemy tym razem otrzymać masę złączoną, więc tej wody nie wejdzie w sumie tak wiele. Tak więc wody dodajemy ile nam wypadnie, by masa nie była wodnista, a zwarta. Ciasto zresztą łatwo przetestować. Jeżeli weźmiemy odrobinę i spróbujemy zlepić między palcami, a ciasto będzie zwarte po zlepieniu - jest gotowe.

Ciasto przerzucamy na stolnicę posypaną odrobiną kakao. Zagniatamy kilka razy, następnie tworzymy płaski dysk. Dysk ten przekładamy na folię, owijamy nią i wsadzamy do lodówki na co najmniej 30 minut.

W czasie, gdy ciasto będzie się nam chłodzić, spokojnie możemy przygotować sobie masę budyniową waniliową. Przygotowanie jej z proszku to pójście na skróty, mea culpa, szczególnie, że tak często podkreślam, że jestem przeciw wszelakim, pudełkowym ciastom. Nie miałam jednak innego wyjścia, musiałam to wykorzystać. Mimo to, wyjątek podkreśla regułę. Róbcie własną masę, jeśli tylko macie taką możliwość.
Wracając do masy z proszku, wykonujemy ją zgodnie z instrukcją z opakowania. W to wchodzi i mleko i masło podane w tym przepisie. Po prostu wykonajcie wszystko, co tam piszą z tyłu opakowania, odstawcie kremiszcze do ochłodzenia, a potem wmiksujcie ciepłe masło i waniliowy krem do tarty gotowy.

Akurat gdy będzie się chłodzić, powinno nam minąć te 30 minut wyczekiwania na ciasto na tartę z lodówki.

Bierzemy blaszkę na tartę z wyjmowalnym dnem (naprawdę bardzo wygodna rzecz), smarujemy ją masłem i posypujemy kakao. Oszczędnych informuję, że zamiast kakao oczywiście można użyć mąki i do posypania blaszki i do wcześniejszego traktowania ciasta na stolnicy. Nic się nie stanie, ale ryzykujecie białe ślady na ciemnym cieście.

Ciasto wyjmujemy z lodówki, odwijamy z folii i na stolnicy i wcześniej pozostawionym kakao rozwałkowujemy tak, by dysk był nieco większy niż średnica naszej blaszki na tartę. Następnie nawijamy ostrożnie ciasto na wałek i przenosimy nad blaszkę. Ustawiając wałek przy krawędzi blaszki końcówką ciasta, powoli rozwijamy je z wałka tak, by przykryło nam blaszkę. Na koniec dociskamy je starannie do dna i brzegów, odstające końce odcinając nożem. Można nimi potem ewentualnie uzupełnić dziury w rancie (rant - bok ciasta przylegający do bocznej części blaszki tarty).
Ciasto przykrywamy papierem do pieczenia i wysypujemy na dno groch, specjalne, szklane kulki do pieczenia lub suchą fasolę. Robimy to w celu obciążenia go, by nie podniosło się nam niepotrzebnie podczas pieczenia. Można i nie dawać tego papieru, ale gdy w trakcie pieczenia zauważymy, że spód mu się podnosi, należy ostrożnie dziabnąć je widelcem, by wypuścić spod spodu powietrze. Wtedy opadnie.

Ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy 20-25 minut. Testujemy patyczkiem, czy już upieczone.

Po tym czasie wyjmujemy je z piekarnika, odstawiamy do wystudzenia. Natychmiast po wyjęciu przesypujemy na dno równą warstwą kawałeczki czekolady. Warstwa ta nie musi być gruba. Starczy, by przykryły równo spód. I zostawiamy je w spokoju. Celem jest częściowe stopienie tej czekolady, by jeszcze dodać ciastu smaku, ale by ocalałe kawałeczki chrupały nam potem czekoladowo w zębach.

Gdy masę mamy już zimną, a ciasto ostudziło się, przekładamy krem waniliowy na upieczony spód z czekoladą. Rozsmarowujemy go równą warstwą po cieście. Powinno go być akurat tyle, by sięgnął do brzegów. Ciasto z kremem wstawiamy do lodówki do całkowitego ostudzenia.

Przygotowujemy następnie karmelizowane brzoskwinie.

Polskie owoce są twarde, małe i kwaskowate. Dlatego doskonałe są do karmelizacji. Tak szybko się nie rozlecą podczas obróbki termicznej.

Brzoskwinie myjemy więc, obieramy ze skóry, przekrawamy na pół i pozbywamy się pestek. Połówki już oczyszczone wkładamy do miski.

Do głębokiego rondla z grubym dnem lub patelni wkładamy miód i cukier. Podgrzewamy je na średnim ogniu, aż się rozpuszczą.

Do powstałej masy wrzucamy połówki brzoskwiń i zaczynamy je smażyć w miodzie i cukrze, obracając od czasu do czasu za pomocą drewnianej łyżki (nie działamy widelcem, bo zostawi potem dziurki w owocach), mieszając i okrywając równo powstającym syropem, pilnując by się nic nie przypaliło.

Gdy sos zaczyna nam się redukować, wsypujemy cynamon i sok z cytryny, mieszamy, i dalej macerujemy brzoskwinie aż sos zacznie się robić ciemny, a brzoskwinie wyraźnie zaczną mięknąć. Wtedy wlewamy olejek pomarańczowy, raz jeszcze starannie mieszamy.

W momencie, gdy brzoskwinie już są prawie miękkie, a sosu jest o 2/3 mniej niż wcześniej, jest też bardzo już gęsty, wlewamy odrobinę octu, mieszamy starannie i jeszcze przez parę minut trzymamy owoce w karmelu na ogniu.

Miękkie, ściągamy z ognia i odstawiamy je do całkowitego ostudzenia. Karmel nam się nie zbryli, bez obawy. Po prostu stanie się zimnym sosem karmelowym, owocom też nic nie będzie. Muszą być całkowicie zimne, sos też, gdy będziemy przekładać na krem waniliowy na tarcie. Inaczej wytrąci się nam nieestetycznie tłuszcz i wystąpi nad karmel. Nie jest to niesmaczne i nic się nie popsuje (w takiej sytuacji po prostu się go usuwa drewnianą wykałaczką i wszystko gra), ale oczyszczenie ciasta to dodatkowa robota, w momencie, gdy chcielibyśmy już kroić. Szkoda czasu, gdy można nieszczęściu zapobiec wcześniej.

Zimne owoce wypukłościami do góry przekładamy na zimną tartę z zimnym kremem. Zaczynamy od środka i układamy warstwę aż do brzegów. Wolne miejsca między owocami, przez które będzie nam wyglądać złocisty krem, wypełnimy ostrożnie sosem karmelowym. Nie wycieknie, gdyż ciasto cały czas jest w blaszce i takie powinno pozostać jeszcze przez jakiś czas.
Jeśli przypadkiem się okaże, że nam zabrakło owoców, a mamy jeszcze zapasowe, karmelizujemy jeszcze kilka połówek brzoskwiń, postępując dokładnie tak samo, jak poprzednio. Tylko do mniejszej ilości owoców używamy o połowę mniej miodu i cukru, oraz soku z cytryny i olejku. Czas oczekiwania na ochłodzenie rzecz jasna się przeciągnie, ale naprawdę warto będzie czekać.

Tartę z owocami i karmelem po raz ostatni pakujemy do lodówki na co najmniej godzinę. Najlepiej to dwie.

Po tym czasie wyjmujemy z lodówki, wyciągamy z blaszki (dno, wiadomo, wyjmowalne, ale boki należy podważać ostrożnie wąskim, cienkim nożykiem, bo sos karmelowy mógł się tam dostać i skleić ciasto z formą).

Podajemy samo, bo bardzo jest bogate samo w sobie i ślicznie się prezentuje po przekrojeniu. Albo z ulubionymi lodami. Tudzież można zaszaleć i przygotować sobie jeszcze trochę karmelizowanych owoców i tym razem na ciepło podać je do ciasta wraz z sosem karmelowym.

Kolejna bomba kaloryczna, powiecie. Chociaż, czy na pewno? Ciasto jest bez jajek i masła. Jedynie w kremie jest go cała kostka i cukier w owocach. Więc tak do końca nie jest językową rozpustą. Ale w sumie... czemu się przejmujecie kaloriami? Ciasto powstałe pd wpływem dobrego impulsu na pewno pójdzie w cycki!

Smacznego:)


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Chlebek kukurydziany z tapenadą (pastą) z oliwek

Oto danie szybkie, proste, a więc i za wiele nie ma się co nad nim rozpisywać. No, pyszne, więc cokolwiek jednak napiszę. Na dodatek z rodzaju tak modnej obecnie kuchni fusion - mieszania na jednym talerzu potraw z różnych stron świata.
A, że mieszamy, to widać już po nazwie. Chlebki kukurydziane na pierwszy rzut oka pochodzą gdzieś z południa świata. U nas bowiem jada się kukurydzę z kolby, gotowaną, z grilla albo puszkową. Nie bardzo jest tradycja jedzenia jej inaczej. A zachodni sąsiedzi nie ograniczają się i jedzą ją na różne sposoby. Naturalnie też, rzecz jasna, ugotowaną, w ramach na przykład sałatki do obiadu, ale i przetwarzają na, na przykład syrop, kukurydziany - niemożliwie słodki i niezdrowy dodatek do ciast (i nie ma się potem co dziwić legionom otyłych dzieci ze Stanów, jak im się to implementuje od maleńkości). Ale też robią z niej mąkę. Naturalną koleją rzeczy pszenica u nich nie rośnie aż tak fantastycznie jak w Europie, bo strasznie gorąco tam. Natomiast kukurydza takie temperatury kocha. I tak jak u nas łany pszenicy, tam tak całe pola kukurydziane rosną. I to w kilku odmianach. Więc i rozwinęli sztukę produkowana mnóstwa dobra z tego produktu.
Co do oliwek, pierwsze skojarzenie to Włochy, prawda? Albo Meksyk. I właśnie na Meksyk kierujemy spojrzenie, patrząc na nazwę pasty, jaką proponuję w tej ekspresowej przekąsce. Tapenada to cudownie prosta i maksymalnie szybka do zrobienia pasta z oliwek. Najlepiej dwóch ich rodzajów, dla smaku. Ale można też zrobić pastę tylko z zielonych, albo tylko z czarnych. Zależnie jakie akurat dopadniemy w sklepie. Zresztą, jakie by nie były - na pewno muszą być absolutnie bez pestek i galaretki z pimento (czyli pasty paprykowej, wsadzanej w dziurki po pestkach w zielonych oliwkach). No i oczywiście, zamarynowane. Raczej nie sądzę, by w Polsce udało nam się dopaść świeże "świeże". A marynowane oliwki to dokładnie to, co nam wystarczy do przyrządzenia wspaniałego dodatku do chlebka kukurydzianego, który sam w sobie jest zamulający. Pasta oliwkowa dodaje mu właściwego poślizgu i sami nie wiemy, kiedy znika i cały bochenek i cała miseczka tapenady.

Na danie nabrałam ochoty, gdy w jednej z moich ulubionych knajpek w Rzeszowie - BBQ Sport's Bar (serdecznie polecam zresztą, kapitalne steki i O-ringi tam mają, że o właściwie doprawionym Chili Con Carne nie wspomnę) jako czekadełko (amuse bouche - jedno, dwu-kęsowa przekąska, serwowana podczas czekania na zamówione potrawy) zaserwowano nam właśnie chlebek albo bułeczkę kukurydzianą i tę niesamowitą, super smaczną pastę.
Rzecz jasna, postanowiłam to kiedyś zrobić w domu. I w końcu się to stało, że miałam wszystko pod ręką, i mąkę kukurydzianą i oliwki, więc zrobiłam. Co prawda mój luby uważa, że jednak trochę inaczej tamto pieczywo smakowało, było lżejsze i bardziej puszyste, ale wiecie, nie kręcił nosem mimo tego kręcenia nosem i co zaglądałam do kuchni do tego chlebka i tapenady, to było ich coraz mniej...
Przekąska (poza wiadomą użytkowością podczas oglądania meczu, filmów, czy podjadania między posiłkami, można też potrawę traktować jako kanapeczkę lub szybkie śniadanie) otrzymuje więc znak jakość mego męża, czyli "a może zrobisz jeszcze kiedyś ten żółty chleb i to dobre smarowidło?" a zatem warta jest zapodania na blogu, dla użytku społecznego.
Czynię to więc z przyjemnością. Fusion kuchni amerykańsko-włosko-meksykańskiej czas zacząć!


Składniki:

Chlebek kukurydziany (przepis pochodzi stąd):

1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki stopionego masła
2 jajka
1 szklanka maślanki (uwaga: jeżeli nie mamy pod ręką maślanki, możemy zrobić sobie szklankę ekspresowo sami. Starczy 1 szklanka mleka i 1 łyżka soku z cytryny. Pomieszać, odstawić na 5 minut. Używać zamiast 1 szklanki maślanki)

Tapenada z oliwek (przepis zmodyfikowany pochodzi stąd):

1 opakowanie zielonych oliwek bez pestek i pasty paprykowej (180 gramów)
1 opakowanie czarnych oliwek (180 gramów)
5-6 sztuk kaparów
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek lub oliwy z pestek winogron


Wykonanie:

Chlebek:

Piekarnik nagrzewamy na 200 stopni Celsjusza.

Do miski miksera wsypujemy i mieszamy ze sobą suche składniki: obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Osobno łączymy ze sobą składniki mokre: masło, jajka i maślankę.

Wlewamy składniki mokre do suchych, miksujemy starannie na gładką masę.

Blaszkę - keksówkę smarujemy starannie masłem, zwracając uwagę na rogi blaszki.

Wlewamy do niej gotowe ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika, by się piekło przez 20-25 minut. Albo do momentu aż patyczek wsadzony w środek ciasta wyjdzie suchy.

Wyciągamy i zostawiamy w blaszce do ostygnięcia, aż chlebek będzie tylko ciepły. Po tym czasie odwracamy blaszkę do góry dnem i na czystą ściereczkę wyrzucamy ostrożnie chlebek z blaszki. Powinien wyjść bez problemów. Jeżeli nie wychodzi warto za pomocą nożyka spróbować podważyć boki, a potem, gdy odwrócimy blaszkę do góry dnem, popukać w nie i poczekać, aż ciasto samo "zejdzie".
Przechowujemy okryty starannie ściereczką, by nie wysechł.


Tapenada:

Oba rodzaje oliwek odsączamy z soku i wrzucamy do wysokiego naczynia.

Dorzucamy ząbek czosnku i kapary.

Wszystko starannie blendujemy aż składniki staną się drobniutko posiekaną masą, łatwą do nałożenia na chlebek.
Na koniec dolewamy oliwę i starannie mieszamy pastę, próbując. Jeżeli za mało czuć czosnek, można dorzucić jeszcze jeden ząbek.
Generalnie ilość oliwek i czosnku jest od siebie zależna. Można pastę zrobić nawet i z kilograma jednych i kilograma drugich oliwek, jak ktoś ma taką ochotę, ale wtedy trzeba będzie zwiększyć proporcjonalnie ilość pozostałych składników. Podana ilość starcza na miseczkę pasty oliwkowej.
Przechowujemy w szklanym naczyniu przykrytym folią aluminiową.

Chlebek kukurydziany kroimy jak jest jeszcze ciepły.
Na każdy ukrojony kawałek nakładamy pastę oliwkową i spożywamy z zadowoleniem w ilościach ogromnych, potem się dziwiąc kiedy to wszystko zostało zjedzone:)

Smacznego!