Dawno temu już się przekonałam, że działanie pod wpływem impulsu jest tą najlepszą rzeczą, jaką można zrobić. Rzecz jasna w sprawach gardłowych nie. Ale w momencie, gdy chodzi o zwykłą zachciankę? Coś drobnego, z czego może wyniknąć coś ciekawego... wtedy, proszę państwa, jak nam błyśnie niespodziewana iskra, i mamy przeświadczenie, że tu i teraz ta decyzja, jakkolwiek szalona, jest tą właściwą, wtedy idziemy na całość.
Tak się właśnie miała sprawa z bohaterką obecnej felki, czyli niezwykłą tartą, którą właściwie wymyśliłam w ciągu trzech minut. Starczył impuls. W tym przypadku interesujący pin dotyczący ciemnego, czekoladowego spodu na tartę. Nigdy nie jadłam czegoś takiego, ba, nigdy w życiu nie próbowałam innej tarty niż z jasnym ciastem. Czyli co? Veni, vidi, cookie... czyli przybyłam, zobaczyłam i upiekłam. Przy tym musiałam i eksperymentować ostro, bo w oryginalnym przepisie, o tu, pieczono tę tartę z nadzieniem. A to, co przyszło mi do głowy w trzy minuty po przeczytaniu przepisu, wymagało upieczenia spodu najpierw, a potem nakładania gotowego nadzienia.
Generalnie po tym wariactwie, stwierdzam, że uwielbiam wielką improwizację w kuchni. Zrobić odtwórczo ciasto - to jedno. Ale zainspirować się i zrobić coś tak bardzo swojego - satysfakcja gwarantowana i nawet o zwrot pieniędzy martwić się nie trzeba.
A to wszystko przez impulsywne: "O, ciemny spód na tartę. O, cholera, łatwy i ciekawy. Jak super mogłoby to smakować gdyby dać na ten spód masę do karpatki, a na wierzch jakieś karmelizowane owoce, kwaśnawe, dla przeciwwagi!?" Bach! Pomysł się pojawił, składniki miałam. Za pieczenie wzięłam się jeszcze tego samego dnia i godziny, gdy pomysł zakwitł.
I niech mi już nikt więcej nie mówi, że impulsywne akcje dają tylko kłopoty. Bo mnie przynoszą same dobre rzeczy. Ta była (już nie ma, zjedli, tarta wytrwała niecałe dwa dni) wprost znakomita. Pyszna. Spód to w ogóle nie z tej ziemi, a w połączeniu z kremem waniliowym, zakrzywia czasoprzestrzeń.
No i nauczyłam się nowej rzeczy. Karmelizować owoce. To jest naprawdę bardzo łatwe. A jakie smaczne? Przy cieście maxi czekoladowym prawie nie słodkim i słodkim kremie, ich kwaskowatość jest jak ta przysłowiowa wisienka na torcie. Tarta jest leciutka. Przyjemna. Wysoce uzależniająca i jaka śliczna! Zresztą przekonajcie się sami. Zapraszam do działania.
Składniki:
Spód:
1 szklanka mąki
2 łyżki cukru
2 łyżki kakao
3 łyżki zimnego masła
1 szklanka lodowatej wody
1/2 szklanki kawałeczków mlecznej czekolady lub gotowych chocolate chips
Krem:
1 opakowanie kremu do karpatki (akurat miałam go pod ręką, musiałam zużyć, bo data ważności się kończyła, a mąż krążył dookoła niego jak sęp wokół padliny i nie wiadomo, kiedy by zdecydował, że trzeba zrobić i zjeść całość, bez ciasta nawet:P Ale zrobienie własnego, domowego jest bardzo proste, więc jak chcecie spróbować, to rekomenduję własnołapnie robiony krem budyniowy do tej tarty)
1 kostka masła (200 g)
1/2 litra mleka
Karmelizowane brzoskwinie:
15-20 sztuk polskich brzoskwiń (tych małych, o zielonkawym miąższu i czerwonych przy pestce)
4 łyżki miodu
4 łyżki cukru
1 duża szczypta cynamonu
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1/2 olejku pomarańczowego
odrobina octu jabłkowego
Wykonanie:
Najpierw bierzemy się za ciasto.
Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza.
Suche składniki, czyli mąkę, cukier i kakao wrzucamy do miski od miksera, starannie mieszamy.
Masło kroimy na drobno i wrzucamy do suchych składników. Następnie bierzemy widelec i metodą rozgniatania kawałków masła wraz z proszkiem, działamy do momentu, aż to, co otrzymamy w misce zacznie nam przypominać kruszonkę.
Następnie bierzemy lodowatą wodę i wlewamy troszkę do masy. Miksujemy. Potrzebujemy tym razem otrzymać masę złączoną, więc tej wody nie wejdzie w sumie tak wiele. Tak więc wody dodajemy ile nam wypadnie, by masa nie była wodnista, a zwarta. Ciasto zresztą łatwo przetestować. Jeżeli weźmiemy odrobinę i spróbujemy zlepić między palcami, a ciasto będzie zwarte po zlepieniu - jest gotowe.
Ciasto przerzucamy na stolnicę posypaną odrobiną kakao. Zagniatamy kilka razy, następnie tworzymy płaski dysk. Dysk ten przekładamy na folię, owijamy nią i wsadzamy do lodówki na co najmniej 30 minut.
W czasie, gdy ciasto będzie się nam chłodzić, spokojnie możemy przygotować sobie masę budyniową waniliową. Przygotowanie jej z proszku to pójście na skróty, mea culpa, szczególnie, że tak często podkreślam, że jestem przeciw wszelakim, pudełkowym ciastom. Nie miałam jednak innego wyjścia, musiałam to wykorzystać. Mimo to, wyjątek podkreśla regułę. Róbcie własną masę, jeśli tylko macie taką możliwość.
Wracając do masy z proszku, wykonujemy ją zgodnie z instrukcją z opakowania. W to wchodzi i mleko i masło podane w tym przepisie. Po prostu wykonajcie wszystko, co tam piszą z tyłu opakowania, odstawcie kremiszcze do ochłodzenia, a potem wmiksujcie ciepłe masło i waniliowy krem do tarty gotowy.
Akurat gdy będzie się chłodzić, powinno nam minąć te 30 minut wyczekiwania na ciasto na tartę z lodówki.
Bierzemy blaszkę na tartę z wyjmowalnym dnem (naprawdę bardzo wygodna rzecz), smarujemy ją masłem i posypujemy kakao. Oszczędnych informuję, że zamiast kakao oczywiście można użyć mąki i do posypania blaszki i do wcześniejszego traktowania ciasta na stolnicy. Nic się nie stanie, ale ryzykujecie białe ślady na ciemnym cieście.
Ciasto wyjmujemy z lodówki, odwijamy z folii i na stolnicy i wcześniej pozostawionym kakao rozwałkowujemy tak, by dysk był nieco większy niż średnica naszej blaszki na tartę. Następnie nawijamy ostrożnie ciasto na wałek i przenosimy nad blaszkę. Ustawiając wałek przy krawędzi blaszki końcówką ciasta, powoli rozwijamy je z wałka tak, by przykryło nam blaszkę. Na koniec dociskamy je starannie do dna i brzegów, odstające końce odcinając nożem. Można nimi potem ewentualnie uzupełnić dziury w rancie (rant - bok ciasta przylegający do bocznej części blaszki tarty).
Ciasto przykrywamy papierem do pieczenia i wysypujemy na dno groch, specjalne, szklane kulki do pieczenia lub suchą fasolę. Robimy to w celu obciążenia go, by nie podniosło się nam niepotrzebnie podczas pieczenia. Można i nie dawać tego papieru, ale gdy w trakcie pieczenia zauważymy, że spód mu się podnosi, należy ostrożnie dziabnąć je widelcem, by wypuścić spod spodu powietrze. Wtedy opadnie.
Ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy 20-25 minut. Testujemy patyczkiem, czy już upieczone.
Po tym czasie wyjmujemy je z piekarnika, odstawiamy do wystudzenia. Natychmiast po wyjęciu przesypujemy na dno równą warstwą kawałeczki czekolady. Warstwa ta nie musi być gruba. Starczy, by przykryły równo spód. I zostawiamy je w spokoju. Celem jest częściowe stopienie tej czekolady, by jeszcze dodać ciastu smaku, ale by ocalałe kawałeczki chrupały nam potem czekoladowo w zębach.
Gdy masę mamy już zimną, a ciasto ostudziło się, przekładamy krem waniliowy na upieczony spód z czekoladą. Rozsmarowujemy go równą warstwą po cieście. Powinno go być akurat tyle, by sięgnął do brzegów. Ciasto z kremem wstawiamy do lodówki do całkowitego ostudzenia.
Przygotowujemy następnie karmelizowane brzoskwinie.
Polskie owoce są twarde, małe i kwaskowate. Dlatego doskonałe są do karmelizacji. Tak szybko się nie rozlecą podczas obróbki termicznej.
Brzoskwinie myjemy więc, obieramy ze skóry, przekrawamy na pół i pozbywamy się pestek. Połówki już oczyszczone wkładamy do miski.
Do głębokiego rondla z grubym dnem lub patelni wkładamy miód i cukier. Podgrzewamy je na średnim ogniu, aż się rozpuszczą.
Do powstałej masy wrzucamy połówki brzoskwiń i zaczynamy je smażyć w miodzie i cukrze, obracając od czasu do czasu za pomocą drewnianej łyżki (nie działamy widelcem, bo zostawi potem dziurki w owocach), mieszając i okrywając równo powstającym syropem, pilnując by się nic nie przypaliło.
Gdy sos zaczyna nam się redukować, wsypujemy cynamon i sok z cytryny, mieszamy, i dalej macerujemy brzoskwinie aż sos zacznie się robić ciemny, a brzoskwinie wyraźnie zaczną mięknąć. Wtedy wlewamy olejek pomarańczowy, raz jeszcze starannie mieszamy.
W momencie, gdy brzoskwinie już są prawie miękkie, a sosu jest o 2/3 mniej niż wcześniej, jest też bardzo już gęsty, wlewamy odrobinę octu, mieszamy starannie i jeszcze przez parę minut trzymamy owoce w karmelu na ogniu.
Miękkie, ściągamy z ognia i odstawiamy je do całkowitego ostudzenia. Karmel nam się nie zbryli, bez obawy. Po prostu stanie się zimnym sosem karmelowym, owocom też nic nie będzie. Muszą być całkowicie zimne, sos też, gdy będziemy przekładać na krem waniliowy na tarcie. Inaczej wytrąci się nam nieestetycznie tłuszcz i wystąpi nad karmel. Nie jest to niesmaczne i nic się nie popsuje (w takiej sytuacji po prostu się go usuwa drewnianą wykałaczką i wszystko gra), ale oczyszczenie ciasta to dodatkowa robota, w momencie, gdy chcielibyśmy już kroić. Szkoda czasu, gdy można nieszczęściu zapobiec wcześniej.
Zimne owoce wypukłościami do góry przekładamy na zimną tartę z zimnym kremem. Zaczynamy od środka i układamy warstwę aż do brzegów. Wolne miejsca między owocami, przez które będzie nam wyglądać złocisty krem, wypełnimy ostrożnie sosem karmelowym. Nie wycieknie, gdyż ciasto cały czas jest w blaszce i takie powinno pozostać jeszcze przez jakiś czas.
Jeśli przypadkiem się okaże, że nam zabrakło owoców, a mamy jeszcze zapasowe, karmelizujemy jeszcze kilka połówek brzoskwiń, postępując dokładnie tak samo, jak poprzednio. Tylko do mniejszej ilości owoców używamy o połowę mniej miodu i cukru, oraz soku z cytryny i olejku. Czas oczekiwania na ochłodzenie rzecz jasna się przeciągnie, ale naprawdę warto będzie czekać.
Tartę z owocami i karmelem po raz ostatni pakujemy do lodówki na co najmniej godzinę. Najlepiej to dwie.
Po tym czasie wyjmujemy z lodówki, wyciągamy z blaszki (dno, wiadomo, wyjmowalne, ale boki należy podważać ostrożnie wąskim, cienkim nożykiem, bo sos karmelowy mógł się tam dostać i skleić ciasto z formą).
Podajemy samo, bo bardzo jest bogate samo w sobie i ślicznie się prezentuje po przekrojeniu. Albo z ulubionymi lodami. Tudzież można zaszaleć i przygotować sobie jeszcze trochę karmelizowanych owoców i tym razem na ciepło podać je do ciasta wraz z sosem karmelowym.
Kolejna bomba kaloryczna, powiecie. Chociaż, czy na pewno? Ciasto jest bez jajek i masła. Jedynie w kremie jest go cała kostka i cukier w owocach. Więc tak do końca nie jest językową rozpustą. Ale w sumie... czemu się przejmujecie kaloriami? Ciasto powstałe pd wpływem dobrego impulsu na pewno pójdzie w cycki!
Smacznego:)
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
piątek, 4 września 2015
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Chlebek kukurydziany z tapenadą (pastą) z oliwek
Oto danie szybkie, proste, a więc i za wiele nie ma się co nad nim rozpisywać. No, pyszne, więc cokolwiek jednak napiszę. Na dodatek z rodzaju tak modnej obecnie kuchni fusion - mieszania na jednym talerzu potraw z różnych stron świata.
A, że mieszamy, to widać już po nazwie. Chlebki kukurydziane na pierwszy rzut oka pochodzą gdzieś z południa świata. U nas bowiem jada się kukurydzę z kolby, gotowaną, z grilla albo puszkową. Nie bardzo jest tradycja jedzenia jej inaczej. A zachodni sąsiedzi nie ograniczają się i jedzą ją na różne sposoby. Naturalnie też, rzecz jasna, ugotowaną, w ramach na przykład sałatki do obiadu, ale i przetwarzają na, na przykład syrop, kukurydziany - niemożliwie słodki i niezdrowy dodatek do ciast (i nie ma się potem co dziwić legionom otyłych dzieci ze Stanów, jak im się to implementuje od maleńkości). Ale też robią z niej mąkę. Naturalną koleją rzeczy pszenica u nich nie rośnie aż tak fantastycznie jak w Europie, bo strasznie gorąco tam. Natomiast kukurydza takie temperatury kocha. I tak jak u nas łany pszenicy, tam tak całe pola kukurydziane rosną. I to w kilku odmianach. Więc i rozwinęli sztukę produkowana mnóstwa dobra z tego produktu.
Co do oliwek, pierwsze skojarzenie to Włochy, prawda? Albo Meksyk. I właśnie na Meksyk kierujemy spojrzenie, patrząc na nazwę pasty, jaką proponuję w tej ekspresowej przekąsce. Tapenada to cudownie prosta i maksymalnie szybka do zrobienia pasta z oliwek. Najlepiej dwóch ich rodzajów, dla smaku. Ale można też zrobić pastę tylko z zielonych, albo tylko z czarnych. Zależnie jakie akurat dopadniemy w sklepie. Zresztą, jakie by nie były - na pewno muszą być absolutnie bez pestek i galaretki z pimento (czyli pasty paprykowej, wsadzanej w dziurki po pestkach w zielonych oliwkach). No i oczywiście, zamarynowane. Raczej nie sądzę, by w Polsce udało nam się dopaść świeże "świeże". A marynowane oliwki to dokładnie to, co nam wystarczy do przyrządzenia wspaniałego dodatku do chlebka kukurydzianego, który sam w sobie jest zamulający. Pasta oliwkowa dodaje mu właściwego poślizgu i sami nie wiemy, kiedy znika i cały bochenek i cała miseczka tapenady.
Na danie nabrałam ochoty, gdy w jednej z moich ulubionych knajpek w Rzeszowie - BBQ Sport's Bar (serdecznie polecam zresztą, kapitalne steki i O-ringi tam mają, że o właściwie doprawionym Chili Con Carne nie wspomnę) jako czekadełko (amuse bouche - jedno, dwu-kęsowa przekąska, serwowana podczas czekania na zamówione potrawy) zaserwowano nam właśnie chlebek albo bułeczkę kukurydzianą i tę niesamowitą, super smaczną pastę.
Rzecz jasna, postanowiłam to kiedyś zrobić w domu. I w końcu się to stało, że miałam wszystko pod ręką, i mąkę kukurydzianą i oliwki, więc zrobiłam. Co prawda mój luby uważa, że jednak trochę inaczej tamto pieczywo smakowało, było lżejsze i bardziej puszyste, ale wiecie, nie kręcił nosem mimo tego kręcenia nosem i co zaglądałam do kuchni do tego chlebka i tapenady, to było ich coraz mniej...
Przekąska (poza wiadomą użytkowością podczas oglądania meczu, filmów, czy podjadania między posiłkami, można też potrawę traktować jako kanapeczkę lub szybkie śniadanie) otrzymuje więc znak jakość mego męża, czyli "a może zrobisz jeszcze kiedyś ten żółty chleb i to dobre smarowidło?" a zatem warta jest zapodania na blogu, dla użytku społecznego.
Czynię to więc z przyjemnością. Fusion kuchni amerykańsko-włosko-meksykańskiej czas zacząć!
Składniki:
Chlebek kukurydziany (przepis pochodzi stąd):
1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki stopionego masła
2 jajka
1 szklanka maślanki (uwaga: jeżeli nie mamy pod ręką maślanki, możemy zrobić sobie szklankę ekspresowo sami. Starczy 1 szklanka mleka i 1 łyżka soku z cytryny. Pomieszać, odstawić na 5 minut. Używać zamiast 1 szklanki maślanki)
Tapenada z oliwek (przepis zmodyfikowany pochodzi stąd):
1 opakowanie zielonych oliwek bez pestek i pasty paprykowej (180 gramów)
1 opakowanie czarnych oliwek (180 gramów)
5-6 sztuk kaparów
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek lub oliwy z pestek winogron
Wykonanie:
Chlebek:
Piekarnik nagrzewamy na 200 stopni Celsjusza.
Do miski miksera wsypujemy i mieszamy ze sobą suche składniki: obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.
Osobno łączymy ze sobą składniki mokre: masło, jajka i maślankę.
Wlewamy składniki mokre do suchych, miksujemy starannie na gładką masę.
Blaszkę - keksówkę smarujemy starannie masłem, zwracając uwagę na rogi blaszki.
Wlewamy do niej gotowe ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika, by się piekło przez 20-25 minut. Albo do momentu aż patyczek wsadzony w środek ciasta wyjdzie suchy.
Wyciągamy i zostawiamy w blaszce do ostygnięcia, aż chlebek będzie tylko ciepły. Po tym czasie odwracamy blaszkę do góry dnem i na czystą ściereczkę wyrzucamy ostrożnie chlebek z blaszki. Powinien wyjść bez problemów. Jeżeli nie wychodzi warto za pomocą nożyka spróbować podważyć boki, a potem, gdy odwrócimy blaszkę do góry dnem, popukać w nie i poczekać, aż ciasto samo "zejdzie".
Przechowujemy okryty starannie ściereczką, by nie wysechł.
Tapenada:
Oba rodzaje oliwek odsączamy z soku i wrzucamy do wysokiego naczynia.
Dorzucamy ząbek czosnku i kapary.
Wszystko starannie blendujemy aż składniki staną się drobniutko posiekaną masą, łatwą do nałożenia na chlebek.
Na koniec dolewamy oliwę i starannie mieszamy pastę, próbując. Jeżeli za mało czuć czosnek, można dorzucić jeszcze jeden ząbek.
Generalnie ilość oliwek i czosnku jest od siebie zależna. Można pastę zrobić nawet i z kilograma jednych i kilograma drugich oliwek, jak ktoś ma taką ochotę, ale wtedy trzeba będzie zwiększyć proporcjonalnie ilość pozostałych składników. Podana ilość starcza na miseczkę pasty oliwkowej.
Przechowujemy w szklanym naczyniu przykrytym folią aluminiową.
Chlebek kukurydziany kroimy jak jest jeszcze ciepły.
Na każdy ukrojony kawałek nakładamy pastę oliwkową i spożywamy z zadowoleniem w ilościach ogromnych, potem się dziwiąc kiedy to wszystko zostało zjedzone:)
Smacznego!
A, że mieszamy, to widać już po nazwie. Chlebki kukurydziane na pierwszy rzut oka pochodzą gdzieś z południa świata. U nas bowiem jada się kukurydzę z kolby, gotowaną, z grilla albo puszkową. Nie bardzo jest tradycja jedzenia jej inaczej. A zachodni sąsiedzi nie ograniczają się i jedzą ją na różne sposoby. Naturalnie też, rzecz jasna, ugotowaną, w ramach na przykład sałatki do obiadu, ale i przetwarzają na, na przykład syrop, kukurydziany - niemożliwie słodki i niezdrowy dodatek do ciast (i nie ma się potem co dziwić legionom otyłych dzieci ze Stanów, jak im się to implementuje od maleńkości). Ale też robią z niej mąkę. Naturalną koleją rzeczy pszenica u nich nie rośnie aż tak fantastycznie jak w Europie, bo strasznie gorąco tam. Natomiast kukurydza takie temperatury kocha. I tak jak u nas łany pszenicy, tam tak całe pola kukurydziane rosną. I to w kilku odmianach. Więc i rozwinęli sztukę produkowana mnóstwa dobra z tego produktu.
Co do oliwek, pierwsze skojarzenie to Włochy, prawda? Albo Meksyk. I właśnie na Meksyk kierujemy spojrzenie, patrząc na nazwę pasty, jaką proponuję w tej ekspresowej przekąsce. Tapenada to cudownie prosta i maksymalnie szybka do zrobienia pasta z oliwek. Najlepiej dwóch ich rodzajów, dla smaku. Ale można też zrobić pastę tylko z zielonych, albo tylko z czarnych. Zależnie jakie akurat dopadniemy w sklepie. Zresztą, jakie by nie były - na pewno muszą być absolutnie bez pestek i galaretki z pimento (czyli pasty paprykowej, wsadzanej w dziurki po pestkach w zielonych oliwkach). No i oczywiście, zamarynowane. Raczej nie sądzę, by w Polsce udało nam się dopaść świeże "świeże". A marynowane oliwki to dokładnie to, co nam wystarczy do przyrządzenia wspaniałego dodatku do chlebka kukurydzianego, który sam w sobie jest zamulający. Pasta oliwkowa dodaje mu właściwego poślizgu i sami nie wiemy, kiedy znika i cały bochenek i cała miseczka tapenady.
Na danie nabrałam ochoty, gdy w jednej z moich ulubionych knajpek w Rzeszowie - BBQ Sport's Bar (serdecznie polecam zresztą, kapitalne steki i O-ringi tam mają, że o właściwie doprawionym Chili Con Carne nie wspomnę) jako czekadełko (amuse bouche - jedno, dwu-kęsowa przekąska, serwowana podczas czekania na zamówione potrawy) zaserwowano nam właśnie chlebek albo bułeczkę kukurydzianą i tę niesamowitą, super smaczną pastę.
Rzecz jasna, postanowiłam to kiedyś zrobić w domu. I w końcu się to stało, że miałam wszystko pod ręką, i mąkę kukurydzianą i oliwki, więc zrobiłam. Co prawda mój luby uważa, że jednak trochę inaczej tamto pieczywo smakowało, było lżejsze i bardziej puszyste, ale wiecie, nie kręcił nosem mimo tego kręcenia nosem i co zaglądałam do kuchni do tego chlebka i tapenady, to było ich coraz mniej...
Przekąska (poza wiadomą użytkowością podczas oglądania meczu, filmów, czy podjadania między posiłkami, można też potrawę traktować jako kanapeczkę lub szybkie śniadanie) otrzymuje więc znak jakość mego męża, czyli "a może zrobisz jeszcze kiedyś ten żółty chleb i to dobre smarowidło?" a zatem warta jest zapodania na blogu, dla użytku społecznego.
Czynię to więc z przyjemnością. Fusion kuchni amerykańsko-włosko-meksykańskiej czas zacząć!
Składniki:
Chlebek kukurydziany (przepis pochodzi stąd):
1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki stopionego masła
2 jajka
1 szklanka maślanki (uwaga: jeżeli nie mamy pod ręką maślanki, możemy zrobić sobie szklankę ekspresowo sami. Starczy 1 szklanka mleka i 1 łyżka soku z cytryny. Pomieszać, odstawić na 5 minut. Używać zamiast 1 szklanki maślanki)
Tapenada z oliwek (przepis zmodyfikowany pochodzi stąd):
1 opakowanie zielonych oliwek bez pestek i pasty paprykowej (180 gramów)
1 opakowanie czarnych oliwek (180 gramów)
5-6 sztuk kaparów
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek lub oliwy z pestek winogron
Wykonanie:
Chlebek:
Piekarnik nagrzewamy na 200 stopni Celsjusza.
Do miski miksera wsypujemy i mieszamy ze sobą suche składniki: obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.
Osobno łączymy ze sobą składniki mokre: masło, jajka i maślankę.
Wlewamy składniki mokre do suchych, miksujemy starannie na gładką masę.
Blaszkę - keksówkę smarujemy starannie masłem, zwracając uwagę na rogi blaszki.
Wlewamy do niej gotowe ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika, by się piekło przez 20-25 minut. Albo do momentu aż patyczek wsadzony w środek ciasta wyjdzie suchy.
Wyciągamy i zostawiamy w blaszce do ostygnięcia, aż chlebek będzie tylko ciepły. Po tym czasie odwracamy blaszkę do góry dnem i na czystą ściereczkę wyrzucamy ostrożnie chlebek z blaszki. Powinien wyjść bez problemów. Jeżeli nie wychodzi warto za pomocą nożyka spróbować podważyć boki, a potem, gdy odwrócimy blaszkę do góry dnem, popukać w nie i poczekać, aż ciasto samo "zejdzie".
Przechowujemy okryty starannie ściereczką, by nie wysechł.
Tapenada:
Oba rodzaje oliwek odsączamy z soku i wrzucamy do wysokiego naczynia.
Dorzucamy ząbek czosnku i kapary.
Wszystko starannie blendujemy aż składniki staną się drobniutko posiekaną masą, łatwą do nałożenia na chlebek.
Na koniec dolewamy oliwę i starannie mieszamy pastę, próbując. Jeżeli za mało czuć czosnek, można dorzucić jeszcze jeden ząbek.
Generalnie ilość oliwek i czosnku jest od siebie zależna. Można pastę zrobić nawet i z kilograma jednych i kilograma drugich oliwek, jak ktoś ma taką ochotę, ale wtedy trzeba będzie zwiększyć proporcjonalnie ilość pozostałych składników. Podana ilość starcza na miseczkę pasty oliwkowej.
Przechowujemy w szklanym naczyniu przykrytym folią aluminiową.
Chlebek kukurydziany kroimy jak jest jeszcze ciepły.
Na każdy ukrojony kawałek nakładamy pastę oliwkową i spożywamy z zadowoleniem w ilościach ogromnych, potem się dziwiąc kiedy to wszystko zostało zjedzone:)
Smacznego!
wtorek, 25 sierpnia 2015
Ciasto brownie "Uśmiercenie czekoladą" (Death-by-chocolate brownie cake)
Ciekawa jestem, czy pamiętacie jakąś szczególną czynność, słowo od przyjaciela/wroga, może jakiś kawałek muzyczny, może cytat, zdjęcie, cokolwiek drobnego sprzed lat, co wpłynęło na to, czym się teraz zajmujecie dla przyjemności? Nie pracą zarobkową, bo tę mało kto kocha, chyba, że ma prawdziwe szczęście i robi to, co kocha. Hobby. W sumie ciężkie zadanie, przypomnieć sobie coś takiego sprzed dwudziestu lat, ale gdy sobie to przypomnisz, nagle zaczynasz bardziej chcieć. Bardziej żyć. Bardziej... odkrywać, sięgać do źródeł.
Tak przynajmniej wygląda to z mojej strony.
Jest taka książeczka, którą będąc trzynasto - czy - czternastolatką, przeczytałam na wakacjach. Rzeczywistość była wtedy taka zwyczajna, jeszcze niosąca ze sobą odór ciężkich lat 80tych, chociaż powiewy zachodu zaczynały mocno wkradać się w lata 90-te. Coś się ruszało i w sklepach i w telewizji, ogólnie w ludziach. Więcej koloru i dźwięku wokół. Więcej wszystkiego.
No i właśnie wtedy w księgarniach i kioskach pojawiły się cieniutkie książeczki dla młodszych nastolatek o - młodszych nastolatkach z innego kraju. Ze Stanów, tak konkretnie. Niby nic, ale gdy je czytałam, moje brwi ciągle były w górze. Mentalność i zachowania takich nastolatek kompletnie inne od tego, co sama znałam ze szkoły i podwórka. Sama szkoła nie nazywała się "Liceum" (jeszcze wtedy o gimnazjach u nas nie było mowy), a Niższa Szkoła Średnia. Pamiętam swe kompletnie zaskoczenie, jak coś, co kojarzyłam już z High School, czyli właśnie Szkołą Średnią (ah, ten edukujący serial Beverly Hills 90210), może mieć odmianę dla młodszych uczniów w formie jej niższej wariacji. Jak się okazało - było to ichnie gimnazjum.
Ubierały się inaczej niż my, awangardowo, interesowały chłopakami, a chłopaki interesowały nimi i było to zupełnie normalne dla każdej z nich, podczas gdy w mojej końcówce podstawówki sensacją był wolny taniec kolegi i koleżanki z klasy na dyskotece szkolnej:D.
Poza tym... jedzenie. To tam pierwszy raz przeczytałam o frytkach, do których dodają kwaśną śmietanę i szczypiorek, na dodatek na wynos. A także pierwszy raz o brownie.
Rzecz jasna w tamtych czasach mało kto miał pojęcie, co to jest brownie, dlatego tłumaczka tych książeczek rozsądnie zastąpiła charakterystyczną nazwę "ciastem czekoladowym". Dobrze, że nie murzynkiem...
Niemniej tłumaczenie było zupełnie nieadekwatne do ciasta, o którym potem czytałam, że miłośnik czekolady jest go w stanie pożreć całą blachę (wnioskowanie: nie jest to normalne ciasto czekoladowe z masami, bo ono jest wysokie i nikt normalny nie da rady go zjeść. Musi więc być niskie, albo płaskie, albo bez masy), nazywają je "Uśmiercenie czekoladą", a mama głównej bohaterki zamiast wsypać do niego pokrojone orzechy, wsypuje tonę kawałeczków czekolady, bo dzieciaki orzechów nie lubią. Czemu do środka, a nie na wierzch?! Co to za ciasto?
Już wtedy kochałam czekoladę i powoli zaczynałam wtykać nos do kuchni, gdy coś się piekło. Wiedziałam więc, że to ciasto, na które nabrałam ochoty, jest czymś, czego nie widziałam nigdy dotąd i miałam nie oglądać jeszcze przez całe lata. Ale nie przestawałam się rozglądać.
Opis tak dobrze pozostał w mej łepetynie, że gdy w końcu wpadł mi w ręce przepis na klasyczne brownie i zobaczyłam w nim orzechy, a potem i sam jego wygląd oraz, że charakterystyczne jest to ciasto dla anglosasów... no, to byłam w domu. To było to ciasto czekoladowe, za którym tęskniło się dziecku dziesięć lat, nim w końcu już jako świeżo po studiach, zrobiłam swoje pierwsze, prawdziwe brownie.
Ale tak de facto tłumaczka swoim "ciastem czekoladowym" tak skutecznie zrobiła mi wodę z mózgu, że mając już dostęp do internetów i innych źródeł, i nadal od czasu do czasu się rozglądając za tym intrygującym wypiekiem, z uporem maniaka szukałam przepisów z "cake" w nazwie. Czyli "ciasto".
Dopiero niedawno, zupełnym przypadkiem natrafiłam na przepis na Pintereście, który zapalił mi czerwoną żaróweczkę w głowie. Czekoladowe - wiadomo. "Uśmiercenie czekoladą" sugeruje typowe ciasto kilkukrotnie czekoladowe, nazywane "Death-by-Chocolate", co znaczy dokładnie uśmiercenie czekoladą. Ale blacha na jakiej je piekli sugeruje, że to nie było typowe ciasto. A jeśli nie chodzi o ciasto, w tym konkretnym przypadku, a o połączenie ciasta i brownie?
Ale brownie już znałam. Robiłam. Uwielbiałam. Natomiast to, co uznałam za cudowną wariację w tym temacie, oraz połączenie z tym właśnie ciastem "Death-by-Chocolate", które i tak chciałam kiedyś robić, było najnormalniej w świecie jak oświecenie dla Buddy.
Siedziałam przed kompem, patrzyłam na to ciasto z triumfalnym bananem na ryjku i dźgałam monitor, tłumacząc z pasją mężowi (i tak nie słuchał:P), ile się oszukałam i naczekałam, żeby to znaleźć i zrobić.
I oto w końcu jest. Początek mego zainteresowania wypiekami, maksimum czekoladowego smaku z obłędną masą czekoladową w środku i na zewnątrz, dodatkowo napakowane kawałeczkami czekolady. I jeszcze w stylu brownie, czyli czujesz, że gryziesz i co gryziesz. I nie masz dość, mimo, że jeden kawałek naraz to wszystko, co jesteś w stanie znieść na co najmniej godzinę.
Ostrzegam lojalnie - słodkie. Prawdziwa bomba kaloryczna. Istne... uśmiercenie czekoladą, ale, powiadam wam, z tym ciastem na talerzu powitałabym i zabójcę z szerokim uśmiechem i słowami:
"Strzelaj, morduj, rabuj co chcesz. Ja wszystko już teraz w swoim życiu upiekłam. Ja całą noc tańczyłam z Kevinem Costnerem..." a, nie, to nie do końca to. Cytat pomyliłam z dowcipem o wilku tańczącym z Costnerami. Ale wydźwięk jest ten sam. Pewien kamień milowy został osiągnięty. Czas poszukać kolejnych.
Przepis, zmodyfikowany solidnie, przede wszystkim o te orzechy (ja nie lubię, mój Młody uczulony) pochodzi stąd.
Składniki:
Ciasto:
2 tabliczki gorzkiej czekolady (2x100 gramów w tabliczce)
6 łyżek masła
3/4 szklanki mąki
5 jajek
1 szklanka cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki śmietany 18%
Masa czekoladowa (ganache):
1,5 szklanki kawałeczków czekolady (albo w postaci chocolate chips, albo posiekanej drobno mlecznej czekolady)
1,5 szklanki śmietany kremówki 30%
3 łyżki masła
3 łyżki cukru (dosładzać masę będziecie pod koniec na pewno, więc ta ilość to tylko na wstęp)
2 tabliczki czekolady gorzkiej
1/2 olejku pomarańczowego, migdałowego, jakiego zapragniecie, by było czuć w waszej masie.(można pominąć, jeśli chcemy tylko smaku czekolady)
Wykonanie:
Na początek zabieramy się za ciasto.
Nagrzewamy piekarnik na 160 stopni Celsjusza.
2 tabliczki czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem topimy w kąpieli wodnej, aż utworzą gładką masę. Odstawiamy na chwilę na bok.
Blaszkę tortową (najlepiej z wyjmowalnym dnem) smarujemy masłem i posypujemy mąką lub kakaem w proszku, tylko na tyle by proszek pokrył tłuszcz. Nadmiar strzepujemy.
Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii umieszczamy w misce z mikserem i miksujemy przez 4-5 minut, aż masa stanie się puszysta i powiększy swą objętość.
Do masy dolewamy stopioną czekoladę z masłem, stopniowo, ciągle miksując, po czym finalnie miksujemy całość jeszcze przez 15 sekund.
Do powstałej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i na niskich obrotach mieszamy wszystko razem.
Na koniec dokładamy śmietanę, miksujemy raz jeszcze do gładkości.
Masę przelewamy do blaszki tortowej i równo rozprowadzamy w jej wnętrzu.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy około 50-55 minut, lub do chwili aż patyczek testowy wetknięty w środek ciasta nie wyjdzie suchy.
Wyjmujemy upieczone ciasto brownie z piekarnika i przez 20 minut pozwalamy mu stygnąć w blasze, w temperaturze pokojowej. W tym czasie możemy cienkim nożykiem ostrożnie podważać brzegi, by się upewnić, że nie przywarło do boków. Po upływie 20 minut zdejmujemy bok blaszki. Jeżeli znajdziemy na cieście charakterystyczną, łamliwą skorupę brownie, dobrze jest ją zjeść od razu, inaczej będzie nam się łamać w najmniej odpowiednich momentach i nie pozwoli na równe rozprowadzenie masy czekoladowej.
Następnie przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia, odwracamy do góry nogami i ponownie ostrym nożykiem podważamy ostrożnie dół (obecnie blacha będzie na górze ciasta), by spód wypieku oczepić od spodu blachy. Powinno odejść samo dość szybko.
Po tym czasie wkładamy ciasto do lodówki i trzymamy w niej, nie przykryte, przez co najmniej 1 godzinę.
W tym czasie przygotowujemy masę czekoladową.
Czekolady łamiemy na drobno i wkładamy na jednego garnczka.
Śmietanę kremówkę, masło oraz cukier wkładamy do drugiego garnczka i stawiamy na niewielki ogień. Mieszamy, aż składniki się rozpuszczą i zmieszają ze sobą. Na tym ogniu trzymamy masę aż dokoła jej krawędzi pojawi się pierwszy wianuszek bąbelków powietrza. Nie można jej się pozwolić w żadnym razie zagotować ani przypalić, dlatego warto od czasu do czasu zamieszać.
Gdy to się stanie, ściągamy garnuszek z ognia i wylewamy jego gorącą zawartość do garnuszka z przygotowaną czekoladą.
Przez kolejnych 5 minut pozwalamy się masie samej rozpuszczać. Po upływie tego czasu mieszamy starannie i mocno, aż będzie gęsta i gładka.
Gotową masę musimy schłodzić, więc wstawiamy ją do lodówki, co jakiś czas wyjmując i mieszając, by się nie zastała.
Gdy będzie już chłodna wyciągamy z lodówki.
1 szklankę masy zachowujemy na pokrycie ciasta. Do reszty stopniowo wsypujemy posiekane lub gotowe kawałeczki mlecznej czekolady, zostawiając garść do późniejszej ozdoby ciasta.
Mieszamy ganache, aż czekolada rozłoży się w masie po równo. Odstawiamy na bok.
Przystępujemy do składania ciasta w jedną całość.
Wyciągamy ciasto z lodówki.
Ponownie układamy na czystym spodzie blachy, w której piekliśmy je, wysłanym papierem do pieczenia.
Ostrym nożem przecinamy ciasto brownie na pół, górną jego część odkładając na bok. Posłuży jako przykrycie dla ciasta.
Na pozostałej, dolnej połowie rozsmarowujemy starannie i równo cały ganache z kawałeczkami czekolady, aż po brzegi.
Przykrywamy górną częścią ciasta i lekko dociskamy ją do dolnej i kremu czekoladowego.
Następnie bierzemy zachowaną szklankę czystego kremu czekoladowego i jak najstaranniej smarujemy górę i boki ciasta tak, by ani kawałek nie wystawał na zewnątrz. Całe ciasto brownie ma zatonąć w warstwie czekoladowej masy (bez spodu, rzecz jasna, bo na nim ciasto stoi).
Finalnie bierzemy zachowaną garść kawałeczków czekolady i fantazyjnie, zgodnie z własnym pragnieniem, rozsypujemy ją na powierzchni ciasta.
Ciasto wkładamy do lodówki jeszcze na godzinę, nim zaczniemy je kroić.
Jest bardzo słodkie, więc najlepiej podawać je z czymś kwaśnym, łamiącym tę słodycz. Ja wpadłam na pomysł by zamiast lodów, albo jakiejś kwaśnej konfitury po prostu podać je z zamrożonymi czerwonymi porzeczkami. Wygląda bardzo ładnie i doskonale smakuje.
Tyle. Smacznego, łasuchy!
A teraz kilka uwag, wynikających z własnej obserwacji.
Przede wszystkim: ganache to nie typowa polewa czekoladowa, którą trzeba trzymać z daleka od lodówki, bo zaraz pokrywa się białym nalotem. Nic z tych rzeczy. Bezpiecznie możemy trzymać ciasto w lodówce i ciągle będzie tak samo brązowe, jak tuż po pokryciu go warstwą masy czekoladowej.
Użycie kakao zamiast mąki do posypania blaszki przed pieczeniem to o tyle doskonały pomysł, że potem nie widać białych resztek mąki na cieście.
Ciasto przechowujemy w lodówce, rzecz jasna, ale doradzam nie kroić go od razu po wyjęciu z niej. Będzie twardsze niż powinno przez tę całą czekoladę i kawałki mogę nam nieestetycznie wyglądać po pokrojeniu, gdy się zaczną kruszyć. Dlatego najlepiej pozwolić ciastu "odpocząć" przez kwadrans po wyjęciu z lodówki i dopiero potem kroić.
Tak przynajmniej wygląda to z mojej strony.
Jest taka książeczka, którą będąc trzynasto - czy - czternastolatką, przeczytałam na wakacjach. Rzeczywistość była wtedy taka zwyczajna, jeszcze niosąca ze sobą odór ciężkich lat 80tych, chociaż powiewy zachodu zaczynały mocno wkradać się w lata 90-te. Coś się ruszało i w sklepach i w telewizji, ogólnie w ludziach. Więcej koloru i dźwięku wokół. Więcej wszystkiego.
No i właśnie wtedy w księgarniach i kioskach pojawiły się cieniutkie książeczki dla młodszych nastolatek o - młodszych nastolatkach z innego kraju. Ze Stanów, tak konkretnie. Niby nic, ale gdy je czytałam, moje brwi ciągle były w górze. Mentalność i zachowania takich nastolatek kompletnie inne od tego, co sama znałam ze szkoły i podwórka. Sama szkoła nie nazywała się "Liceum" (jeszcze wtedy o gimnazjach u nas nie było mowy), a Niższa Szkoła Średnia. Pamiętam swe kompletnie zaskoczenie, jak coś, co kojarzyłam już z High School, czyli właśnie Szkołą Średnią (ah, ten edukujący serial Beverly Hills 90210), może mieć odmianę dla młodszych uczniów w formie jej niższej wariacji. Jak się okazało - było to ichnie gimnazjum.
Ubierały się inaczej niż my, awangardowo, interesowały chłopakami, a chłopaki interesowały nimi i było to zupełnie normalne dla każdej z nich, podczas gdy w mojej końcówce podstawówki sensacją był wolny taniec kolegi i koleżanki z klasy na dyskotece szkolnej:D.
Poza tym... jedzenie. To tam pierwszy raz przeczytałam o frytkach, do których dodają kwaśną śmietanę i szczypiorek, na dodatek na wynos. A także pierwszy raz o brownie.
Rzecz jasna w tamtych czasach mało kto miał pojęcie, co to jest brownie, dlatego tłumaczka tych książeczek rozsądnie zastąpiła charakterystyczną nazwę "ciastem czekoladowym". Dobrze, że nie murzynkiem...
Niemniej tłumaczenie było zupełnie nieadekwatne do ciasta, o którym potem czytałam, że miłośnik czekolady jest go w stanie pożreć całą blachę (wnioskowanie: nie jest to normalne ciasto czekoladowe z masami, bo ono jest wysokie i nikt normalny nie da rady go zjeść. Musi więc być niskie, albo płaskie, albo bez masy), nazywają je "Uśmiercenie czekoladą", a mama głównej bohaterki zamiast wsypać do niego pokrojone orzechy, wsypuje tonę kawałeczków czekolady, bo dzieciaki orzechów nie lubią. Czemu do środka, a nie na wierzch?! Co to za ciasto?
Już wtedy kochałam czekoladę i powoli zaczynałam wtykać nos do kuchni, gdy coś się piekło. Wiedziałam więc, że to ciasto, na które nabrałam ochoty, jest czymś, czego nie widziałam nigdy dotąd i miałam nie oglądać jeszcze przez całe lata. Ale nie przestawałam się rozglądać.
Opis tak dobrze pozostał w mej łepetynie, że gdy w końcu wpadł mi w ręce przepis na klasyczne brownie i zobaczyłam w nim orzechy, a potem i sam jego wygląd oraz, że charakterystyczne jest to ciasto dla anglosasów... no, to byłam w domu. To było to ciasto czekoladowe, za którym tęskniło się dziecku dziesięć lat, nim w końcu już jako świeżo po studiach, zrobiłam swoje pierwsze, prawdziwe brownie.
Ale tak de facto tłumaczka swoim "ciastem czekoladowym" tak skutecznie zrobiła mi wodę z mózgu, że mając już dostęp do internetów i innych źródeł, i nadal od czasu do czasu się rozglądając za tym intrygującym wypiekiem, z uporem maniaka szukałam przepisów z "cake" w nazwie. Czyli "ciasto".
Dopiero niedawno, zupełnym przypadkiem natrafiłam na przepis na Pintereście, który zapalił mi czerwoną żaróweczkę w głowie. Czekoladowe - wiadomo. "Uśmiercenie czekoladą" sugeruje typowe ciasto kilkukrotnie czekoladowe, nazywane "Death-by-Chocolate", co znaczy dokładnie uśmiercenie czekoladą. Ale blacha na jakiej je piekli sugeruje, że to nie było typowe ciasto. A jeśli nie chodzi o ciasto, w tym konkretnym przypadku, a o połączenie ciasta i brownie?
Ale brownie już znałam. Robiłam. Uwielbiałam. Natomiast to, co uznałam za cudowną wariację w tym temacie, oraz połączenie z tym właśnie ciastem "Death-by-Chocolate", które i tak chciałam kiedyś robić, było najnormalniej w świecie jak oświecenie dla Buddy.
Siedziałam przed kompem, patrzyłam na to ciasto z triumfalnym bananem na ryjku i dźgałam monitor, tłumacząc z pasją mężowi (i tak nie słuchał:P), ile się oszukałam i naczekałam, żeby to znaleźć i zrobić.
I oto w końcu jest. Początek mego zainteresowania wypiekami, maksimum czekoladowego smaku z obłędną masą czekoladową w środku i na zewnątrz, dodatkowo napakowane kawałeczkami czekolady. I jeszcze w stylu brownie, czyli czujesz, że gryziesz i co gryziesz. I nie masz dość, mimo, że jeden kawałek naraz to wszystko, co jesteś w stanie znieść na co najmniej godzinę.
Ostrzegam lojalnie - słodkie. Prawdziwa bomba kaloryczna. Istne... uśmiercenie czekoladą, ale, powiadam wam, z tym ciastem na talerzu powitałabym i zabójcę z szerokim uśmiechem i słowami:
"Strzelaj, morduj, rabuj co chcesz. Ja wszystko już teraz w swoim życiu upiekłam. Ja całą noc tańczyłam z Kevinem Costnerem..." a, nie, to nie do końca to. Cytat pomyliłam z dowcipem o wilku tańczącym z Costnerami. Ale wydźwięk jest ten sam. Pewien kamień milowy został osiągnięty. Czas poszukać kolejnych.
Przepis, zmodyfikowany solidnie, przede wszystkim o te orzechy (ja nie lubię, mój Młody uczulony) pochodzi stąd.
Składniki:
Ciasto:
2 tabliczki gorzkiej czekolady (2x100 gramów w tabliczce)
6 łyżek masła
3/4 szklanki mąki
5 jajek
1 szklanka cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki śmietany 18%
Masa czekoladowa (ganache):
1,5 szklanki kawałeczków czekolady (albo w postaci chocolate chips, albo posiekanej drobno mlecznej czekolady)
1,5 szklanki śmietany kremówki 30%
3 łyżki masła
3 łyżki cukru (dosładzać masę będziecie pod koniec na pewno, więc ta ilość to tylko na wstęp)
2 tabliczki czekolady gorzkiej
1/2 olejku pomarańczowego, migdałowego, jakiego zapragniecie, by było czuć w waszej masie.(można pominąć, jeśli chcemy tylko smaku czekolady)
Wykonanie:
Na początek zabieramy się za ciasto.
Nagrzewamy piekarnik na 160 stopni Celsjusza.
2 tabliczki czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem topimy w kąpieli wodnej, aż utworzą gładką masę. Odstawiamy na chwilę na bok.
Blaszkę tortową (najlepiej z wyjmowalnym dnem) smarujemy masłem i posypujemy mąką lub kakaem w proszku, tylko na tyle by proszek pokrył tłuszcz. Nadmiar strzepujemy.
Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii umieszczamy w misce z mikserem i miksujemy przez 4-5 minut, aż masa stanie się puszysta i powiększy swą objętość.
Do masy dolewamy stopioną czekoladę z masłem, stopniowo, ciągle miksując, po czym finalnie miksujemy całość jeszcze przez 15 sekund.
Do powstałej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i na niskich obrotach mieszamy wszystko razem.
Na koniec dokładamy śmietanę, miksujemy raz jeszcze do gładkości.
Masę przelewamy do blaszki tortowej i równo rozprowadzamy w jej wnętrzu.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy około 50-55 minut, lub do chwili aż patyczek testowy wetknięty w środek ciasta nie wyjdzie suchy.
Wyjmujemy upieczone ciasto brownie z piekarnika i przez 20 minut pozwalamy mu stygnąć w blasze, w temperaturze pokojowej. W tym czasie możemy cienkim nożykiem ostrożnie podważać brzegi, by się upewnić, że nie przywarło do boków. Po upływie 20 minut zdejmujemy bok blaszki. Jeżeli znajdziemy na cieście charakterystyczną, łamliwą skorupę brownie, dobrze jest ją zjeść od razu, inaczej będzie nam się łamać w najmniej odpowiednich momentach i nie pozwoli na równe rozprowadzenie masy czekoladowej.
Następnie przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia, odwracamy do góry nogami i ponownie ostrym nożykiem podważamy ostrożnie dół (obecnie blacha będzie na górze ciasta), by spód wypieku oczepić od spodu blachy. Powinno odejść samo dość szybko.
Po tym czasie wkładamy ciasto do lodówki i trzymamy w niej, nie przykryte, przez co najmniej 1 godzinę.
W tym czasie przygotowujemy masę czekoladową.
Czekolady łamiemy na drobno i wkładamy na jednego garnczka.
Śmietanę kremówkę, masło oraz cukier wkładamy do drugiego garnczka i stawiamy na niewielki ogień. Mieszamy, aż składniki się rozpuszczą i zmieszają ze sobą. Na tym ogniu trzymamy masę aż dokoła jej krawędzi pojawi się pierwszy wianuszek bąbelków powietrza. Nie można jej się pozwolić w żadnym razie zagotować ani przypalić, dlatego warto od czasu do czasu zamieszać.
Gdy to się stanie, ściągamy garnuszek z ognia i wylewamy jego gorącą zawartość do garnuszka z przygotowaną czekoladą.
Przez kolejnych 5 minut pozwalamy się masie samej rozpuszczać. Po upływie tego czasu mieszamy starannie i mocno, aż będzie gęsta i gładka.
Gotową masę musimy schłodzić, więc wstawiamy ją do lodówki, co jakiś czas wyjmując i mieszając, by się nie zastała.
Gdy będzie już chłodna wyciągamy z lodówki.
1 szklankę masy zachowujemy na pokrycie ciasta. Do reszty stopniowo wsypujemy posiekane lub gotowe kawałeczki mlecznej czekolady, zostawiając garść do późniejszej ozdoby ciasta.
Mieszamy ganache, aż czekolada rozłoży się w masie po równo. Odstawiamy na bok.
Przystępujemy do składania ciasta w jedną całość.
Wyciągamy ciasto z lodówki.
Ponownie układamy na czystym spodzie blachy, w której piekliśmy je, wysłanym papierem do pieczenia.
Ostrym nożem przecinamy ciasto brownie na pół, górną jego część odkładając na bok. Posłuży jako przykrycie dla ciasta.
Na pozostałej, dolnej połowie rozsmarowujemy starannie i równo cały ganache z kawałeczkami czekolady, aż po brzegi.
Przykrywamy górną częścią ciasta i lekko dociskamy ją do dolnej i kremu czekoladowego.
Następnie bierzemy zachowaną szklankę czystego kremu czekoladowego i jak najstaranniej smarujemy górę i boki ciasta tak, by ani kawałek nie wystawał na zewnątrz. Całe ciasto brownie ma zatonąć w warstwie czekoladowej masy (bez spodu, rzecz jasna, bo na nim ciasto stoi).
Finalnie bierzemy zachowaną garść kawałeczków czekolady i fantazyjnie, zgodnie z własnym pragnieniem, rozsypujemy ją na powierzchni ciasta.
Ciasto wkładamy do lodówki jeszcze na godzinę, nim zaczniemy je kroić.
Jest bardzo słodkie, więc najlepiej podawać je z czymś kwaśnym, łamiącym tę słodycz. Ja wpadłam na pomysł by zamiast lodów, albo jakiejś kwaśnej konfitury po prostu podać je z zamrożonymi czerwonymi porzeczkami. Wygląda bardzo ładnie i doskonale smakuje.
Tyle. Smacznego, łasuchy!
A teraz kilka uwag, wynikających z własnej obserwacji.
Przede wszystkim: ganache to nie typowa polewa czekoladowa, którą trzeba trzymać z daleka od lodówki, bo zaraz pokrywa się białym nalotem. Nic z tych rzeczy. Bezpiecznie możemy trzymać ciasto w lodówce i ciągle będzie tak samo brązowe, jak tuż po pokryciu go warstwą masy czekoladowej.
Użycie kakao zamiast mąki do posypania blaszki przed pieczeniem to o tyle doskonały pomysł, że potem nie widać białych resztek mąki na cieście.
Ciasto przechowujemy w lodówce, rzecz jasna, ale doradzam nie kroić go od razu po wyjęciu z niej. Będzie twardsze niż powinno przez tę całą czekoladę i kawałki mogę nam nieestetycznie wyglądać po pokrojeniu, gdy się zaczną kruszyć. Dlatego najlepiej pozwolić ciastu "odpocząć" przez kwadrans po wyjęciu z lodówki i dopiero potem kroić.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Ekstrakt z wanilii
Rzecz prostsza do zrobienia niż pójście do sklepu i kupienie cukru wanilinowego, który z uporem maniaka my, Polacy, nazywamy, waniliowym. A cukier wanilinowy z wanilią ma tyle wspólnego, że tylko odrobinę pachnie jej chemicznie uzyskanym substytutem.
Nie chcę w sumie wiedzieć, z czego jest produkowana wanilina. Gdzieś mi się obiło o uszy, że biorą w tym udział krowie odchody, ale chyba lepiej dla wszystkich będzie spuścić na to zasłonę zapomnienia.
Cukru wanilinowego używają już co najmniej trzy pokolenia Polek, do aromatyzowana swych wypieków, ja osobiście nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała prawdziwy cukier waniliowy w jakimkolwiek sklepie. Podobno kiedyś był. Zniknął na korzyść tańszej waniliny i tak już zostało. Ale, wiecie, tylko krowa nie zmienia poglądów. Skoro można dużą ilość czegoś znacznie lepszego zrobić, generalnie wykonując tylko 3 czynności, a potem cieszyć się doskonałym aromatem prawdziwej wanilii w ciastach przez długi czas, to grzechem jest pójście na leniwca i nadal korzystanie z kupnego cukru. Kupnego, czaicie?:D Brrrr...
Przepis na ekstrakt z wanilii pojawia się w masie przepisów na ciasta, rodem z zagranicy. Nie dostaniemy go u nas w sklepach na pewno. Stawiają ciągle na ten cholerny cukier z waniliny na zasadzie "durne kupowały przez trzydzieści lat, nie znają nic innego, to będą kupować dalej". Po co więc dać na półki coś, co jest droższe w produkcji, chociaż o niebie lepsze? Po co? A o tej kupie, z której się robi wanilinę, to przecież nie każdy wie i w sumie pewnie wygodniej jest nie wiedzieć...
No ale wracając do ciast, przynajmniej 90% z tych, na które przepisy czytałam i prawie wszystkie, które wypróbowałam, mają ten składnik, więc w końcu, znużona otwieraniem torebek z kupnym cukrem, poszłam po rozum do głowy i na bloga Doroty, pogrzebałam tam i znalazłam to, czego mi było potrzeba do pełni szczęścia.
Mój ekstrakt z wanilii ma już prawie miesiąc. Ostatnio dla próby, dwa dni temu, użyłam go po raz pierwszy w cieście "Uśmiercenie Czekoladą" i naprawdę niebo w gębie i nosie. Żaden cukier wanilinowy wam tego nie zapewni.
Dlatego też, bez zmian w przepisie, przeblogowuję przepis z Moich Wypieków na doskonały ekstrakt z wanilii. Prościutki do wykonania, wymagający dwóch składników i szklanej butelki. Oraz co najmniej miesiąca cierpliwości, dwóch, by osiągnął właściwą moc.
Ale, uwierzcie mi, warto czekać.
Aha, do większości wypieków używa się maksymalnie 1 łyżeczki ekstraktu. Wystarcza to w zupełności na aromatyzowanie całego ciasta i nie czuć w nim absolutnie alkoholu, który jest podstawą ekstraktu. Jednak więcej niż jedna łyżeczka może już wpłynąć na dziecko, jedzące to ciasto, więc lojalnie ostrzegam, nie szalejcie z tym składnikiem, jeśli akurat wasze pociechy ciasto z ekstraktem będą spożywać. Nie chcemy w końcu dziabniętych dzieciaków mieć, nie?
Zdjęcie poniżej jest średniej jakości. Nie mam dobrego aparatu pod ręką, a chcę skończyć już wpis, więc tak pi razy oko, kolorystykę ogarniecie.
Za miesiąc ekstrakt będzie jeszcze ciemniejszy.
Składniki:
3 duże laski wanilii (można i dodać do tego laski częściowo zużyte, bez ziarenek, bo nadal zawierają potrzebny aromat)
1 szklanka wódki (użyłam u siebie Stocka, jako, że potrzebowałam mniej "woniejącego" alkoholu, żeby to wanilia, a nie wóda była potem wyczuwalna)
1 szklana butelka ze szczelnym korkiem (inne szklane naczynie ze szczelnym zamknięciem też może być)
Wykonanie:
Laski wanilii przecinamy na pół wzdłuż. Nie pozbawiamy ich ziarenek. Tak przecięte wkładamy do butelki. Przepis podaje o trzech co najmniej, ale można napakować i więcej. Im więcej wanilii, tym bardziej aromatyczny ekstrakt nam wyjdzie.
Wanilię w butelce zalewamy szklanką wódki i zamykamy szczelnie korkiem.
Już po paru chwilach wódka zrobi się ciemniejsza i mętna, zaczną w niej latać farfocle i ziarenka. To dobrze. Znaczy, że proces ekstrakcji się zaczął.
Butelkę wkładamy w ciemne miejsce, w temperaturze pokojowej (nie do lodówki, ale do jakiej szafki jak najbardziej) i na skorzystanie z ekstraktu czekamy co najmniej miesiąc, co jakiś czas wyjmują butelkę i potrząsając nią. Po dwóch miesiącach ekstrakt powinien osiągnąć full aromatu.
Ja osobiście trzymam tę butelkę ustawioną pod kątem w cargo. Jak widać laski wystają ponad linię alkoholu, a chcę, by całość aromatu szła w płyn, więc ustawienie pod kątem sprawia, że laski wanilii są cały czas zanurzone.
Ekstrakt można trzymać w domu bardzo długo. Nie zepsuje się. W miarę wyczerpywania się cieczy, można dolewać jeszcze alkoholu i dorzucać wanilii. W ten sposób zapewnimy sobie stały dostęp do tego świetnego, naturalnego aromatyzera.
Nie chcę w sumie wiedzieć, z czego jest produkowana wanilina. Gdzieś mi się obiło o uszy, że biorą w tym udział krowie odchody, ale chyba lepiej dla wszystkich będzie spuścić na to zasłonę zapomnienia.
Cukru wanilinowego używają już co najmniej trzy pokolenia Polek, do aromatyzowana swych wypieków, ja osobiście nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała prawdziwy cukier waniliowy w jakimkolwiek sklepie. Podobno kiedyś był. Zniknął na korzyść tańszej waniliny i tak już zostało. Ale, wiecie, tylko krowa nie zmienia poglądów. Skoro można dużą ilość czegoś znacznie lepszego zrobić, generalnie wykonując tylko 3 czynności, a potem cieszyć się doskonałym aromatem prawdziwej wanilii w ciastach przez długi czas, to grzechem jest pójście na leniwca i nadal korzystanie z kupnego cukru. Kupnego, czaicie?:D Brrrr...
Przepis na ekstrakt z wanilii pojawia się w masie przepisów na ciasta, rodem z zagranicy. Nie dostaniemy go u nas w sklepach na pewno. Stawiają ciągle na ten cholerny cukier z waniliny na zasadzie "durne kupowały przez trzydzieści lat, nie znają nic innego, to będą kupować dalej". Po co więc dać na półki coś, co jest droższe w produkcji, chociaż o niebie lepsze? Po co? A o tej kupie, z której się robi wanilinę, to przecież nie każdy wie i w sumie pewnie wygodniej jest nie wiedzieć...
No ale wracając do ciast, przynajmniej 90% z tych, na które przepisy czytałam i prawie wszystkie, które wypróbowałam, mają ten składnik, więc w końcu, znużona otwieraniem torebek z kupnym cukrem, poszłam po rozum do głowy i na bloga Doroty, pogrzebałam tam i znalazłam to, czego mi było potrzeba do pełni szczęścia.
Mój ekstrakt z wanilii ma już prawie miesiąc. Ostatnio dla próby, dwa dni temu, użyłam go po raz pierwszy w cieście "Uśmiercenie Czekoladą" i naprawdę niebo w gębie i nosie. Żaden cukier wanilinowy wam tego nie zapewni.
Dlatego też, bez zmian w przepisie, przeblogowuję przepis z Moich Wypieków na doskonały ekstrakt z wanilii. Prościutki do wykonania, wymagający dwóch składników i szklanej butelki. Oraz co najmniej miesiąca cierpliwości, dwóch, by osiągnął właściwą moc.
Ale, uwierzcie mi, warto czekać.
Aha, do większości wypieków używa się maksymalnie 1 łyżeczki ekstraktu. Wystarcza to w zupełności na aromatyzowanie całego ciasta i nie czuć w nim absolutnie alkoholu, który jest podstawą ekstraktu. Jednak więcej niż jedna łyżeczka może już wpłynąć na dziecko, jedzące to ciasto, więc lojalnie ostrzegam, nie szalejcie z tym składnikiem, jeśli akurat wasze pociechy ciasto z ekstraktem będą spożywać. Nie chcemy w końcu dziabniętych dzieciaków mieć, nie?
Zdjęcie poniżej jest średniej jakości. Nie mam dobrego aparatu pod ręką, a chcę skończyć już wpis, więc tak pi razy oko, kolorystykę ogarniecie.
Za miesiąc ekstrakt będzie jeszcze ciemniejszy.
Składniki:
3 duże laski wanilii (można i dodać do tego laski częściowo zużyte, bez ziarenek, bo nadal zawierają potrzebny aromat)
1 szklanka wódki (użyłam u siebie Stocka, jako, że potrzebowałam mniej "woniejącego" alkoholu, żeby to wanilia, a nie wóda była potem wyczuwalna)
1 szklana butelka ze szczelnym korkiem (inne szklane naczynie ze szczelnym zamknięciem też może być)
Wykonanie:
Laski wanilii przecinamy na pół wzdłuż. Nie pozbawiamy ich ziarenek. Tak przecięte wkładamy do butelki. Przepis podaje o trzech co najmniej, ale można napakować i więcej. Im więcej wanilii, tym bardziej aromatyczny ekstrakt nam wyjdzie.
Wanilię w butelce zalewamy szklanką wódki i zamykamy szczelnie korkiem.
Już po paru chwilach wódka zrobi się ciemniejsza i mętna, zaczną w niej latać farfocle i ziarenka. To dobrze. Znaczy, że proces ekstrakcji się zaczął.
Butelkę wkładamy w ciemne miejsce, w temperaturze pokojowej (nie do lodówki, ale do jakiej szafki jak najbardziej) i na skorzystanie z ekstraktu czekamy co najmniej miesiąc, co jakiś czas wyjmują butelkę i potrząsając nią. Po dwóch miesiącach ekstrakt powinien osiągnąć full aromatu.
Ja osobiście trzymam tę butelkę ustawioną pod kątem w cargo. Jak widać laski wystają ponad linię alkoholu, a chcę, by całość aromatu szła w płyn, więc ustawienie pod kątem sprawia, że laski wanilii są cały czas zanurzone.
Ekstrakt można trzymać w domu bardzo długo. Nie zepsuje się. W miarę wyczerpywania się cieczy, można dolewać jeszcze alkoholu i dorzucać wanilii. W ten sposób zapewnimy sobie stały dostęp do tego świetnego, naturalnego aromatyzera.
Ciasto cytrynowo - borówkowe
Lato się kończy, a wraz z nim mnogość owoców, z których można piec ciasta. W tym i na borówkę amerykańską sezon przemija wielkimi krokami. Jako, że bardzo lubię ten owoc (może nie ubóstwiam, jak na przykład wiśnie, ale na pewno jest w top 5), gdy tylko zauważyłam, że u teściów na działce krzaczki jakoś mniej obwieszone na fioletowo ostatnio ( i to nie z winy zbieraczy), zaraz sięgnęłam po koszyczek i napełniłam go obficie litrem fioletowego dobra.
To nie tak, że jak się borówka skończy na krzakach, to potem rok trzeba będzie na nią czekać. W sklepach można ją kupić większość roku. Niestety po tak zbójeckiej cenie za pół litra, że się na jej widok momentalnie odechciewa nie tylko na zjedzenie, ale i na pieczenie kupować.
Dlatego, aby oszczędzić sobie rozterek wyboru, a w konsekwencji zapomnieć o cieście, które mnie kusiło od jakiegoś czasu, zaopatrzyłam się w borówki, a także w cytryny i jogurt w sklepie i zabrałam się za wyrób nieskosłodzonego (jak na moje ciasta to zdecydowanie osiągnięcie) i mało kalorycznego przysmaku.
Na dodatek ciekawa byłam połączenia smakowego cytryn i borówek, ponoć ekstraordynaryjnego.
I cóż? Wszystko było tak, jak je określono. Ciasto cytrynowo-borówkowe faktycznie ma aromat cytryn, napakowane jest potężnie borówkami od góry do dołu, przy tym konsystencją przypomina nieco keksa, ale nie jest suche. Tę akurat właściwość zapewniło solidne naponczowanie syropem cytrynowym, w którym ciasto w pewnym momencie prawie pływało. To zdecydowany jego plus. Na dodatek bardzo ładnie, marmurkowo prezentuje się po przekrojeniu, a z zewnątrz ma pyszną, wcale nie aż tak słodką, warstwę cytrynowego lukru.
Doskonałe do kawy lub herbaty, albo jako przegryzka.
A przepis pochodzi z tej strony. Nieco przetasowany, ale to było konieczne:)
No to co, łapiemy za owoce i robimy!
Składniki:
Ciasto:
1,5 szklanki i osobno 1 łyżka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka jogurtu naturalnego
1 szklanka cukru
3 jajka
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można zamiast niego dać 1 cukier waniliowy)
1/2 szklanki oliwy z pestek winogron
1,5 szklanki borówek zwykłych lub amerykańskich, świeżych lub mrożonych
Syrop cytrynowy:
1/3 szklanki soku wyciśniętego z cytryny
1/3 szklanki cukru
Lukier cytrynowy:
1 szklanka cukru pudru
3-4 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
Przygotowanie:
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.
Blaszkę keksową smarujemy masłem na dnie i po bokach i obsypujemy mąką, strząsając jej nadmiar.
W misce łączymy ze sobą suche składniki: mąkę i proszek do pieczenia.
W misce miksera umieszczamy składniki mokre: jogurt, cukier, jajka, skórkę cytrynową, ekstrakt z wanilii i olej. Miksujemy je razem.
Następnie wsypujemy składniki suche do składników mokrych i raz jeszcze miksujemy na gładką masę.
Borówki myjemy, odsączamy z wody, pozwalamy im nieco obeschnąć, potem wrzucamy do miski i ostrożnie mieszamy z łyżką mąki. Gdy będą nią obtoczone, wsypujemy je do gotowej masy na ciasto.
Masę z borówkami wlewamy do blaszki, wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 50-55 minut, lub do momentu aż testowy patyczek wetknięty w różne fragmenty ciasta wyjdzie nam z niego suchy.
Upieczone ciasto studzimy w blaszce w otwartym piekarniku przez 10 minut, następnie wyjmujemy z niego zupełnie i studzimy w temperaturze pokojowej do momentu aż jest już tylko ciepłe.
Wyjmujemy z blaszki. Dokonać tego można metodą najprostszą. Ostrym nożykiem sięgamy do boków ciasta i ostrożnie podważamy je przy samej blaszce, by ewentualne przypieczenia i fragmenty owoców nie zawadzały nam podczas wyjmowania, oraz nie wyrwały w cieście dziur.
Następnie przykrywamy blaszkę płachtą papieru do pieczenia i zdecydowanym ruchem odwracamy blachę do góry nogami, kładąc na stole. Potem należy tylko postukać w dno. Ciasto powinno wylecieć samo. Pozostaje tylko zdjąć z niego blaszkę.
W czasie, gdy będzie już tylko ciepłe, przygotowujemy kąpiel cytrynową.
W garnuszku łączymy sok cytrynowy i cukier i stawiamy na nieduży ogień. Cały czas mieszając podgrzewamy, aż cukier się rozpuści, po czym jeszcze przez 3 minuty trzymamy na ogniu.
Po tym czasie zdejmujemy z niego i odstawiamy syrop na chwilę na bok.
Uzbrojeni w wykałaczkę nakłuwamy ciepłe ciasto z każdej strony. Po bokach i na wierzchu, pomijając spód. dziurek trochę być powinno, bo musi w ciasto wsiąknąć cały syrop. Następnie ciasto polewamy po łyżeczce przygotowanym, ciepłym jeszcze syropem cytrynowym i pozwalamy mu całkowicie w nie wsiąknąć, zwracając uwagę szczególnie na krawędzie i boki.
Gdy cały syrop wsiąknie, wykonujemy polewę cytrynową.
W tym celu mieszamy cukier puder z sokiem cytrynowym aż powstanie gładka, biała masa.
Ja, niestety, nie miałam cukru pudru, użyłam więc zwykłego, więc akurat na zdjęciu u mnie polewa zamiast być gładka i biała, jest pół przezroczysta i przypomina nieco kawałki kry lodowej. To też ma swój urok w sumie, a nie ujmuje absolutnie nic ze smaku. Więc z czego ją zrobić, pozostawiam już wam do wyboru.
Lukrem pokrywamy ciasto, zaczynając od wierzchu i schodząc na boki, ile się da, aż zużyjemy cały lukier. Przed krojeniem ciasta należy pozwolić lukrowi stężeć.
Smacznego!
To nie tak, że jak się borówka skończy na krzakach, to potem rok trzeba będzie na nią czekać. W sklepach można ją kupić większość roku. Niestety po tak zbójeckiej cenie za pół litra, że się na jej widok momentalnie odechciewa nie tylko na zjedzenie, ale i na pieczenie kupować.
Dlatego, aby oszczędzić sobie rozterek wyboru, a w konsekwencji zapomnieć o cieście, które mnie kusiło od jakiegoś czasu, zaopatrzyłam się w borówki, a także w cytryny i jogurt w sklepie i zabrałam się za wyrób nieskosłodzonego (jak na moje ciasta to zdecydowanie osiągnięcie) i mało kalorycznego przysmaku.
Na dodatek ciekawa byłam połączenia smakowego cytryn i borówek, ponoć ekstraordynaryjnego.
I cóż? Wszystko było tak, jak je określono. Ciasto cytrynowo-borówkowe faktycznie ma aromat cytryn, napakowane jest potężnie borówkami od góry do dołu, przy tym konsystencją przypomina nieco keksa, ale nie jest suche. Tę akurat właściwość zapewniło solidne naponczowanie syropem cytrynowym, w którym ciasto w pewnym momencie prawie pływało. To zdecydowany jego plus. Na dodatek bardzo ładnie, marmurkowo prezentuje się po przekrojeniu, a z zewnątrz ma pyszną, wcale nie aż tak słodką, warstwę cytrynowego lukru.
Doskonałe do kawy lub herbaty, albo jako przegryzka.
A przepis pochodzi z tej strony. Nieco przetasowany, ale to było konieczne:)
No to co, łapiemy za owoce i robimy!
Składniki:
Ciasto:
1,5 szklanki i osobno 1 łyżka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka jogurtu naturalnego
1 szklanka cukru
3 jajka
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można zamiast niego dać 1 cukier waniliowy)
1/2 szklanki oliwy z pestek winogron
1,5 szklanki borówek zwykłych lub amerykańskich, świeżych lub mrożonych
Syrop cytrynowy:
1/3 szklanki soku wyciśniętego z cytryny
1/3 szklanki cukru
Lukier cytrynowy:
1 szklanka cukru pudru
3-4 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
Przygotowanie:
Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.
Blaszkę keksową smarujemy masłem na dnie i po bokach i obsypujemy mąką, strząsając jej nadmiar.
W misce łączymy ze sobą suche składniki: mąkę i proszek do pieczenia.
W misce miksera umieszczamy składniki mokre: jogurt, cukier, jajka, skórkę cytrynową, ekstrakt z wanilii i olej. Miksujemy je razem.
Następnie wsypujemy składniki suche do składników mokrych i raz jeszcze miksujemy na gładką masę.
Borówki myjemy, odsączamy z wody, pozwalamy im nieco obeschnąć, potem wrzucamy do miski i ostrożnie mieszamy z łyżką mąki. Gdy będą nią obtoczone, wsypujemy je do gotowej masy na ciasto.
Masę z borówkami wlewamy do blaszki, wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 50-55 minut, lub do momentu aż testowy patyczek wetknięty w różne fragmenty ciasta wyjdzie nam z niego suchy.
Upieczone ciasto studzimy w blaszce w otwartym piekarniku przez 10 minut, następnie wyjmujemy z niego zupełnie i studzimy w temperaturze pokojowej do momentu aż jest już tylko ciepłe.
Wyjmujemy z blaszki. Dokonać tego można metodą najprostszą. Ostrym nożykiem sięgamy do boków ciasta i ostrożnie podważamy je przy samej blaszce, by ewentualne przypieczenia i fragmenty owoców nie zawadzały nam podczas wyjmowania, oraz nie wyrwały w cieście dziur.
Następnie przykrywamy blaszkę płachtą papieru do pieczenia i zdecydowanym ruchem odwracamy blachę do góry nogami, kładąc na stole. Potem należy tylko postukać w dno. Ciasto powinno wylecieć samo. Pozostaje tylko zdjąć z niego blaszkę.
W czasie, gdy będzie już tylko ciepłe, przygotowujemy kąpiel cytrynową.
W garnuszku łączymy sok cytrynowy i cukier i stawiamy na nieduży ogień. Cały czas mieszając podgrzewamy, aż cukier się rozpuści, po czym jeszcze przez 3 minuty trzymamy na ogniu.
Po tym czasie zdejmujemy z niego i odstawiamy syrop na chwilę na bok.
Uzbrojeni w wykałaczkę nakłuwamy ciepłe ciasto z każdej strony. Po bokach i na wierzchu, pomijając spód. dziurek trochę być powinno, bo musi w ciasto wsiąknąć cały syrop. Następnie ciasto polewamy po łyżeczce przygotowanym, ciepłym jeszcze syropem cytrynowym i pozwalamy mu całkowicie w nie wsiąknąć, zwracając uwagę szczególnie na krawędzie i boki.
Gdy cały syrop wsiąknie, wykonujemy polewę cytrynową.
W tym celu mieszamy cukier puder z sokiem cytrynowym aż powstanie gładka, biała masa.
Ja, niestety, nie miałam cukru pudru, użyłam więc zwykłego, więc akurat na zdjęciu u mnie polewa zamiast być gładka i biała, jest pół przezroczysta i przypomina nieco kawałki kry lodowej. To też ma swój urok w sumie, a nie ujmuje absolutnie nic ze smaku. Więc z czego ją zrobić, pozostawiam już wam do wyboru.
Lukrem pokrywamy ciasto, zaczynając od wierzchu i schodząc na boki, ile się da, aż zużyjemy cały lukier. Przed krojeniem ciasta należy pozwolić lukrowi stężeć.
Smacznego!
środa, 12 sierpnia 2015
Filet z miruny w kurkach
Po ostatnich upałach przeplatanych z deszczami, sypnęło grzybami. Co prawda ja ostatnio nie miałam czasu jeździć (dwa tygodnie bez grzybobrania... i te wszystkie grzyby, które mogłam mieć w koszyku, zebrał, zeżarł i strawił jakiś miejscowy! Rozpacz i zgrrroza!:)), ale teść ponoć już dopadł dwanaście borowików. A skoro borowiki łaskawie pokazały łby, to kurek musi być zatrzęsienie.
Kurki to bardzo wdzięczne grzyby. Smaczne, bardzo ładne, szybko się je znajduje, bo żółcą się jaskrawo w zielonej lub brązowej ściółce i nie do pomylenia z niczym innym, trującym lub po prostu niejadalnym. Można marynować - super smaczne w zimie, jak nie lza ich dostać, nawet w sklepach. A na surowo pasują też do rzeczy, o których wcześniej bym nie pomyślała, że podejdą. I to nie do zwykłych jajecznic czy czerwonego mięsa. To wie każdy. Do deserów też kurek nie dodajemy, bo to by była profanacja. Grzybów, nie deserów. I nikt by nie tknął kurek z bitą śmietaną.
Pasują do ryby.
Tak właściwie nie połączyłabym ich i z rybą, ale nie miałam ostatnio wyboru. Dwa, duże, soczyste filety z miruny wyczekiwały swej szansy w zamrażalniku. Bez ości, śliczne, na dodatek rybą woniejące mniej niż wszystkie znane mi ryby. Nie miałam też zupełnie ochoty oklepaną metodą pakować je w bułkę tartą i smażyć jak kotleta. Ten ulubiony sposób podawania filetów pamiętam z czasów, gdy byłam mała, a z ryb widywało się tylko kostki z mintaja. Paskudztwo i oznaka biedy wszędzie dookoła. Jak kto jadł rybę, to zazwyczaj tak i to do znudzenia w każdy piątek. Co prawda krwawych przysiąg, że nigdy więcej ryby nie tknę, nie zrobię i nie powącham, nie składałam, ale jakoś... no, z rybą dogadać się nie mogę. Zjem od święta, od święta zrobię, ale szczególnie nie kocham, o ile nie są wigilijnym karpiem, smażoną makrelą nad morzem, albo pstrągiem znad Soliny lub z "Doliny Pstrąga". Te z kolei są robione w taki sposób, że nawet nędznemu entuzjaście ryb - smakują.
Wracając jednak do miruny. Zimowała mi w zamrażalniku kolejny tydzień, coś trzeba było z nią zrobić. A i ówczesna wyprawa na grzyby (końcówka lipca) zaowocowała ponownie kurkami, których ilość wysłała dno sporego kosza. Na sos za mało, na jajecznicę szkoda. Czekać musiały do następnego dnia, aż pańcia spojrzy ponownie na rybę, spojrzy na kurki czekające zlitowania (dostrzegając też garść zapomnianych pieczarek w lodówce), doda dwa do dwóch, czyli brak pomysłu na rybę i brak pomysłu na trzy garście kurek i ostatecznie z miną ryzykantki wyciągnie patelnię, rozmrozi rybę i pójdzie na żywioł, by z obu "braków pomysłów" stworzyć całkiem ciekawe i smaczne "coś".
W ten sposób połączyłam kurki, pieczarki, filet z miruny, rozmaite zioła, śmietanę i duuużo ciekawości. Efekt wyszedł tak smaczny, że danie zaczęło się pojawiać na stole, ile razy miałam pod ręką kurki i rybę, ku radości mego rybożernego męża.
A teraz podzielę się nim z wami, by marnowaniu jedzenia powiedzieć stop i przedstawić sposób jej zagospodarowania w niezwykły sposób (korzystajcie, póki kurki jeszcze są):
Składniki:
1 filet z miruny bez ości (lub innej ryby o białym mięsie, to już wasz wybór, byle nie była zanadto wonna)
3 solidne garście kurek (można dodać i trochę pieczarek, by grzybów wydawało się więcej, zawsze jednak kurek powinna być przewaga)
1 pęczek koperku, drobno pokrojony
3 ząbki czosnku, drobno pokrojone
1/2 kubka kwaśnej śmietany 18%
majeranek, sok z cytryny, sól, pieprz, tymianek
oliwa z pestek winogron do smażenia ryby
masło do duszenia grzybów
Wykonanie:
Filet z ryby, jeśli mamy zamrożony, rozmrażamy i upewniamy się, że nie ma ości. Jeśli ości są, wyskubujemy je jak najdokładniej. Myjemy, osuszamy.
Filet kroimy na cztery równe części, z obu stron solimy, pieprzymy, skrapiamy sokiem z cytryny.
Na głęboką patelnię nalewamy solidnie oliwy, rozgrzewamy ją, i kładziemy kawałki ryby, by je usmażyć. Kawałki posypujemy odrobiną pokrojonego koperku z obu stron podczas smażenia. Trzymamy je na patelni tylko tyle, by się usmażyły, a nie rozpadły. Ryba też nie powinna być sucha. A więc dosłownie kilka minut z jednej strony, kilka minut z drugiej.
Rybę usmażoną ściągamy ostrożnie z patelni za pomocą drewnianej łopatki, odkładamy na talerz.
Kurki myjemy. Jeśli są duże, kroimy na kawałki. Malutkie wrzucamy w całości na ten sam tłuszcz co pozostał po rybie i na tę samą patelnię. Jeśli mamy w zapasie inne grzyby, których szkoda zostawić, a można dodać - również wrzucamy. Dorzucamy kawałek masła w pokrojone grzyby i podłączamy ogień pod patelnią.
Grzyby smażymy na średnim ogniu 10-15 minut, aż zaczynają ciemnieć i robią się miękkie. Należy je cały czas mieszać, by się nie przypaliły. Jeśli po tym czasie nadal są twarde, dolewamy na patelnię trochę wody, zakrywamy przykrywką i dusimy, aż zmiękną, często mieszając.
Pod koniec duszenia dorzucamy czosnek, sól, pieprz, majeranek i tymianek, w takiej ilości by były wyczuwalne, ale nie przejęły smaku grzybów.
Gdy grzyby są już gotowe pół kubka śmietany (około 3 łyżki), łączymy z 1,5 łyżki mąki w osobnym naczyniu, starannie mieszamy. Dodajemy do nich następnie 1 łyżkę duszących się grzybów i mieszamy. Ma to na celu wyrównanie temperatury śmietany i grzybów, by śmietana się w sosie nie zważyła.
Gdy nasza śmietana jest już ciepława (im cieplej tym lepiej) dodajemy mieszaninę na patelnię stopniowo, aż do końca śmietany i intensywnie mieszamy wszystko razem.
Zależnie od tego ile nam zostało płynu na patelni - uzupełniamy jego zawartość, czy to dolewając wody przegotowanej i mieszając wszystko razem, czy ponownie po łyżce śmietanę. Celem jest uzyskanie sosu, w którym potem umieścimy naszą rybę, by nieco nim przesiąkła. Musi więc być chociaż odrobinę płynny.
Do sosu dorzucamy od razu większą część pokrojonego koperku, mieszamy ponownie i chwilę pozwalamy smakom przejść sobą, cały czas pilnując, czy sos nadal jest płynny. Ostatecznie próbujemy sosu i doprawiamy.
Na koniec ostrożnie do sosu wkładamy rybę, oblewamy usmażone filet nim obficie i pozwalamy im się macerować w sosie kilka minut. Co najmniej tyle, by się ryba podgrzała. Należy też podczas podgrzewania ryby i sosu, poruszać nią od czasu do czasu by nie przywarła, a sos się nie przypalił.
Jeśli troszkę nam boki filetów odpadną w trakcie tej ostatniej operacji - zdarza się. Nie ma co panikować. Są przecież w sosie, a sos zje się i tak.
Gotową mirunę w sosie podajemy od razu po usmażeniu, w towarzystwie makaronu świderków, posypując resztką pokrojonego koperku.
Smacznego:)
Kurki to bardzo wdzięczne grzyby. Smaczne, bardzo ładne, szybko się je znajduje, bo żółcą się jaskrawo w zielonej lub brązowej ściółce i nie do pomylenia z niczym innym, trującym lub po prostu niejadalnym. Można marynować - super smaczne w zimie, jak nie lza ich dostać, nawet w sklepach. A na surowo pasują też do rzeczy, o których wcześniej bym nie pomyślała, że podejdą. I to nie do zwykłych jajecznic czy czerwonego mięsa. To wie każdy. Do deserów też kurek nie dodajemy, bo to by była profanacja. Grzybów, nie deserów. I nikt by nie tknął kurek z bitą śmietaną.
Pasują do ryby.
Tak właściwie nie połączyłabym ich i z rybą, ale nie miałam ostatnio wyboru. Dwa, duże, soczyste filety z miruny wyczekiwały swej szansy w zamrażalniku. Bez ości, śliczne, na dodatek rybą woniejące mniej niż wszystkie znane mi ryby. Nie miałam też zupełnie ochoty oklepaną metodą pakować je w bułkę tartą i smażyć jak kotleta. Ten ulubiony sposób podawania filetów pamiętam z czasów, gdy byłam mała, a z ryb widywało się tylko kostki z mintaja. Paskudztwo i oznaka biedy wszędzie dookoła. Jak kto jadł rybę, to zazwyczaj tak i to do znudzenia w każdy piątek. Co prawda krwawych przysiąg, że nigdy więcej ryby nie tknę, nie zrobię i nie powącham, nie składałam, ale jakoś... no, z rybą dogadać się nie mogę. Zjem od święta, od święta zrobię, ale szczególnie nie kocham, o ile nie są wigilijnym karpiem, smażoną makrelą nad morzem, albo pstrągiem znad Soliny lub z "Doliny Pstrąga". Te z kolei są robione w taki sposób, że nawet nędznemu entuzjaście ryb - smakują.
Wracając jednak do miruny. Zimowała mi w zamrażalniku kolejny tydzień, coś trzeba było z nią zrobić. A i ówczesna wyprawa na grzyby (końcówka lipca) zaowocowała ponownie kurkami, których ilość wysłała dno sporego kosza. Na sos za mało, na jajecznicę szkoda. Czekać musiały do następnego dnia, aż pańcia spojrzy ponownie na rybę, spojrzy na kurki czekające zlitowania (dostrzegając też garść zapomnianych pieczarek w lodówce), doda dwa do dwóch, czyli brak pomysłu na rybę i brak pomysłu na trzy garście kurek i ostatecznie z miną ryzykantki wyciągnie patelnię, rozmrozi rybę i pójdzie na żywioł, by z obu "braków pomysłów" stworzyć całkiem ciekawe i smaczne "coś".
W ten sposób połączyłam kurki, pieczarki, filet z miruny, rozmaite zioła, śmietanę i duuużo ciekawości. Efekt wyszedł tak smaczny, że danie zaczęło się pojawiać na stole, ile razy miałam pod ręką kurki i rybę, ku radości mego rybożernego męża.
A teraz podzielę się nim z wami, by marnowaniu jedzenia powiedzieć stop i przedstawić sposób jej zagospodarowania w niezwykły sposób (korzystajcie, póki kurki jeszcze są):
Składniki:
1 filet z miruny bez ości (lub innej ryby o białym mięsie, to już wasz wybór, byle nie była zanadto wonna)
3 solidne garście kurek (można dodać i trochę pieczarek, by grzybów wydawało się więcej, zawsze jednak kurek powinna być przewaga)
1 pęczek koperku, drobno pokrojony
3 ząbki czosnku, drobno pokrojone
1/2 kubka kwaśnej śmietany 18%
majeranek, sok z cytryny, sól, pieprz, tymianek
oliwa z pestek winogron do smażenia ryby
masło do duszenia grzybów
Wykonanie:
Filet z ryby, jeśli mamy zamrożony, rozmrażamy i upewniamy się, że nie ma ości. Jeśli ości są, wyskubujemy je jak najdokładniej. Myjemy, osuszamy.
Filet kroimy na cztery równe części, z obu stron solimy, pieprzymy, skrapiamy sokiem z cytryny.
Na głęboką patelnię nalewamy solidnie oliwy, rozgrzewamy ją, i kładziemy kawałki ryby, by je usmażyć. Kawałki posypujemy odrobiną pokrojonego koperku z obu stron podczas smażenia. Trzymamy je na patelni tylko tyle, by się usmażyły, a nie rozpadły. Ryba też nie powinna być sucha. A więc dosłownie kilka minut z jednej strony, kilka minut z drugiej.
Rybę usmażoną ściągamy ostrożnie z patelni za pomocą drewnianej łopatki, odkładamy na talerz.
Kurki myjemy. Jeśli są duże, kroimy na kawałki. Malutkie wrzucamy w całości na ten sam tłuszcz co pozostał po rybie i na tę samą patelnię. Jeśli mamy w zapasie inne grzyby, których szkoda zostawić, a można dodać - również wrzucamy. Dorzucamy kawałek masła w pokrojone grzyby i podłączamy ogień pod patelnią.
Grzyby smażymy na średnim ogniu 10-15 minut, aż zaczynają ciemnieć i robią się miękkie. Należy je cały czas mieszać, by się nie przypaliły. Jeśli po tym czasie nadal są twarde, dolewamy na patelnię trochę wody, zakrywamy przykrywką i dusimy, aż zmiękną, często mieszając.
Pod koniec duszenia dorzucamy czosnek, sól, pieprz, majeranek i tymianek, w takiej ilości by były wyczuwalne, ale nie przejęły smaku grzybów.
Gdy grzyby są już gotowe pół kubka śmietany (około 3 łyżki), łączymy z 1,5 łyżki mąki w osobnym naczyniu, starannie mieszamy. Dodajemy do nich następnie 1 łyżkę duszących się grzybów i mieszamy. Ma to na celu wyrównanie temperatury śmietany i grzybów, by śmietana się w sosie nie zważyła.
Gdy nasza śmietana jest już ciepława (im cieplej tym lepiej) dodajemy mieszaninę na patelnię stopniowo, aż do końca śmietany i intensywnie mieszamy wszystko razem.
Zależnie od tego ile nam zostało płynu na patelni - uzupełniamy jego zawartość, czy to dolewając wody przegotowanej i mieszając wszystko razem, czy ponownie po łyżce śmietanę. Celem jest uzyskanie sosu, w którym potem umieścimy naszą rybę, by nieco nim przesiąkła. Musi więc być chociaż odrobinę płynny.
Do sosu dorzucamy od razu większą część pokrojonego koperku, mieszamy ponownie i chwilę pozwalamy smakom przejść sobą, cały czas pilnując, czy sos nadal jest płynny. Ostatecznie próbujemy sosu i doprawiamy.
Na koniec ostrożnie do sosu wkładamy rybę, oblewamy usmażone filet nim obficie i pozwalamy im się macerować w sosie kilka minut. Co najmniej tyle, by się ryba podgrzała. Należy też podczas podgrzewania ryby i sosu, poruszać nią od czasu do czasu by nie przywarła, a sos się nie przypalił.
Jeśli troszkę nam boki filetów odpadną w trakcie tej ostatniej operacji - zdarza się. Nie ma co panikować. Są przecież w sosie, a sos zje się i tak.
Gotową mirunę w sosie podajemy od razu po usmażeniu, w towarzystwie makaronu świderków, posypując resztką pokrojonego koperku.
Smacznego:)
czwartek, 6 sierpnia 2015
Rożki (scones) podwójnie czekoladowe z morelami i morelowym lukrem
Zaprawdę powiadam wam: ten, kto raz spróbuje rożków (scones) w jakiejkolwiek formie, inaczej postrzega świat. I zaczyna je maniakalnie lubić. I jeść, kiedy się da. A jeśli nie ma skąd ich kupić, bo sklepy cukiernicze znają tylko rożki z ciasta francuskiego albo kruche lub półkruche - zaczyna je piec w rozmaitych odmianach.
Nie ma powrotu z tego uzależnienia, oj nie.
Ale tak właściwie, to czemu mielibyśmy chcieć z niego wychodzić? Takie rożki to bajka na śniadanie i podwieczorek. Zamiast bułki - mają równie zwartą strukturę jak pieczywo - niekoniecznie słodkie, jak ciasta, z mlekiem smakują znakomicie (popijane, nie kruszone do niego, chociaż można by pewnie i tak spróbować jeść...). Jeden taki rożek z ośmiu możliwych, na które kroi się rożkowe ciasto, spokojnie zapełni brzuch jako posiłek. I żadne ciastka digestive nie wykopią go z podium i nie odbiorą palmy zwycięstwa.
Gdy raz spróbowałeś scones, będziesz chciał więcej.
Ja chcę. Generalnie nawet nie wiedziałam, że chcę, do czasu, jak mi się w oczy rzuciły kolejne przepisy na rozmaite scones. A, że bardzo lubię czekoladę, a rożki we frapującym przepisie były szybciutkie do upieczenia i potrójnie czekoladowe - łapsnęłam się za nie. Jednakże nie pasowała mi do nich polewa czekoladowa. Jakoś tak... co za dużo, to nie zdrowo. Natomiast spojrzenie me, szukające po kuchni z zamyśleniem czegoś fajnego do tych rożków (już wtedy postanowiłam zrobić je tylko podwójnie czekoladowa, ale z własnym twistem), trafiło na pierwsze, tegoroczne morele. Nie były za słodkie, ale świetnie sprężyste. Nie rozlecą się w i tak zwartym cieście i dostarczą tak wymaganej kwaskowatości, dla rozbicia ciężaru czekoladowego ciasta. Nad polewą nie myślałam. Miałam jej w ogóle nie dodawać, ale zmieniłam zdanie na widok nagiego wierzchu upieczonego już krążka rożków i... wymyśliłam taką, jakiej nie widziałam nigdzie wcześniej.
Oto, do czego prowadzi pragnienie scones i uzależnienie od ich fantastycznego smaku. Pieczenie ich o dowolnej porze (w tym przypadku była to jakoś czwarta po południu, czyli pora, w której się spożywa deser, bycząc się, a nie dopiero go robi) i wyskakujące znikąd pomysły, które okazują się być strzałem w dziesiątkę.
"Czy zrobienie tego ciasta usatysfakcjonowało panią? Czuje się pani spełniona i zaspokojona?", zapytałby pewnie zaintrygowany psycholog, gdybym mu wykładała swe myśli na kozetce.
A gdzie tam. Jeszcze mnie bardziej podkręciło, "panie od czubków". Internet pełen przepisów na scones, to dopiero początek!
A tymczasem zerknijcie poniżej, na jakże wspaniały efekt uzależnienia i dwudziestosekundowej burzy mózgów, która kazała mi dodać morele do i na ciasto, tworząc zupełnie nowy, fajny przepis na rożki.
Inspiracja pochodzi stąd. Reszta - moja:)
Składniki:
Ciasto:
2/3 szklanki mleka
1 duże jajko lekko ubite
1 cukier waniliowy
1 i 3/4 szklanki mąki tortowej
1/4 szklanki kakao
1/2 szklanki cukru
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki zimnego masła pokrojonego drobno
2/3 szklanki chocolate chips (łezek z czekolady, kupnych)
1/2 szklanki pokrojonych moreli
Lukier morelowy:
1/2 szklanki pokrojnych drobno moreli
1/2 szklanki cukru
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Blaszkę (lub dno wyjmowalnej tortownicy) wykładamy papierem do pieczenia.
W misce miksujemy ze sobą mleko, jajko i cukier waniliowy.
W drugiej misce mieszamy razem suche składniki: mąkę, kakao, cukier, proszek do pieczenia. Wmiksowujemy do suchej mieszanki kawałeczki masła tak długo, aż zaczną robić się grudki. Dorzucamy do masy chocolate chips. Dolewamy mieszaninę z płynnych składników i miksujemy tak długo, aż ciasto się połączy.
Ciasto będzie mokre i lepkie, trzeba więc pewnie będzie ostrożnie podsypywać mąki, by uformować je w krążek lub w ogóle przenieść na blaszkę. Jeśli jednak jakimś cudem okaże się być za suche już na etapie łączenia suchych i mokrych składników, należy dodać jeszcze trochę mleka.
Ciasto wyrzucamy na stolnicę oprószoną mąką i ugniatamy jeszcze parę razy, mąką podsypując. Będzie nadal bardzo miękkie (szczególnie jeśli scones robicie w lecie), więc ostatecznie, by nie zepsuć go nadmiarem mąki, doradzam gnieść i podsypywać mąką tylko do tego stopnia, by chociaż w częściach dało się je przenieść na blachę. Tam już spokojnie możemy je uformować w okrąg, w jakim będziemy go piec.
Zazwyczaj w tym momencie kroi się krążek scones na 8 rożków, ale ze względu na strukturę ciasta będzie to raczej niemożliwe. Pokroimy potem.
Pokrojone morele wtykamy obficie głęboko w ciasto, pod powierzchnię, na powierzchnię, gdzie się tylko da. Mogą być i z wierzchu, ale ważne, by wylądowały też w środku.
Gotowe ciasto jeszcze smarujemy odrobiną mleka po całej powierzchni i wkładamy do piekarnika na około 20 minut, ale to zależne jest od piekarnika. Będzie gotowe gdy testowy patyczek wtykany w każdej części wyjdzie nam suchy, ciasto będzie twardsze po bokach i nadal miękkie pośrodku (ale i tam wetknięty patyczek powinien wyjść suchy). Wyciągamy z piekarnika i dajemy mu się ochłodzić.
Tak wygląda tuż po upieczeniu, przed krojeniem:
Ciasto sobie będzie stygło, a tymczasem my przygotujemy lukier z moreli.
Morele miksujemy na papkę. Gładziutką, aby nie było kawałów owoców. W końcu powstać ma z tego lukier.
Do zmiksowanych moreli dosypujemy cukier i starannie mieszamy w garnuszku.
Garnuszek ten następnie stawiamy na ogień i podgrzewamy miksturę aż do początków zagotowywania się, stale mieszając, by nic się nie przypaliło.
Gdy pierwsze "bulki" nam się pojawią na lukrze, a mikstura zaczęła gęstnieć, ściągamy garnuszek z ognia i intensywnie mieszamy. Musi nam się schłodzić co nieco, podobnie jak ciasto.
Ciasto, gdy już jest tylko ciepłe, kroimy na osiem części - rożków. Następnie starannie nakładamy na każdy rożek i między nie lukier, tak, by pokrył całe ciasto.
Całości albo pozwalamy całkiem ostygnąć, albo już możemy jeść.
Zresztą scones najlepiej smakują, gdy są ciepłe. Gdy są zimne też są bardzo smaczne, a lukier stwardnieje i nie będzie spływał.
Podwójnie czekoladowe rożki z morelami nie potrzebują żadnego więcej dodatku - same w sobie są znakomite, takie jak są.
Najlepiej smakują popijane mlekiem i jest to jednakie dla każdego typu rożków.
Smacznego:)
Nie ma powrotu z tego uzależnienia, oj nie.
Ale tak właściwie, to czemu mielibyśmy chcieć z niego wychodzić? Takie rożki to bajka na śniadanie i podwieczorek. Zamiast bułki - mają równie zwartą strukturę jak pieczywo - niekoniecznie słodkie, jak ciasta, z mlekiem smakują znakomicie (popijane, nie kruszone do niego, chociaż można by pewnie i tak spróbować jeść...). Jeden taki rożek z ośmiu możliwych, na które kroi się rożkowe ciasto, spokojnie zapełni brzuch jako posiłek. I żadne ciastka digestive nie wykopią go z podium i nie odbiorą palmy zwycięstwa.
Gdy raz spróbowałeś scones, będziesz chciał więcej.
Ja chcę. Generalnie nawet nie wiedziałam, że chcę, do czasu, jak mi się w oczy rzuciły kolejne przepisy na rozmaite scones. A, że bardzo lubię czekoladę, a rożki we frapującym przepisie były szybciutkie do upieczenia i potrójnie czekoladowe - łapsnęłam się za nie. Jednakże nie pasowała mi do nich polewa czekoladowa. Jakoś tak... co za dużo, to nie zdrowo. Natomiast spojrzenie me, szukające po kuchni z zamyśleniem czegoś fajnego do tych rożków (już wtedy postanowiłam zrobić je tylko podwójnie czekoladowa, ale z własnym twistem), trafiło na pierwsze, tegoroczne morele. Nie były za słodkie, ale świetnie sprężyste. Nie rozlecą się w i tak zwartym cieście i dostarczą tak wymaganej kwaskowatości, dla rozbicia ciężaru czekoladowego ciasta. Nad polewą nie myślałam. Miałam jej w ogóle nie dodawać, ale zmieniłam zdanie na widok nagiego wierzchu upieczonego już krążka rożków i... wymyśliłam taką, jakiej nie widziałam nigdzie wcześniej.
Oto, do czego prowadzi pragnienie scones i uzależnienie od ich fantastycznego smaku. Pieczenie ich o dowolnej porze (w tym przypadku była to jakoś czwarta po południu, czyli pora, w której się spożywa deser, bycząc się, a nie dopiero go robi) i wyskakujące znikąd pomysły, które okazują się być strzałem w dziesiątkę.
"Czy zrobienie tego ciasta usatysfakcjonowało panią? Czuje się pani spełniona i zaspokojona?", zapytałby pewnie zaintrygowany psycholog, gdybym mu wykładała swe myśli na kozetce.
A gdzie tam. Jeszcze mnie bardziej podkręciło, "panie od czubków". Internet pełen przepisów na scones, to dopiero początek!
A tymczasem zerknijcie poniżej, na jakże wspaniały efekt uzależnienia i dwudziestosekundowej burzy mózgów, która kazała mi dodać morele do i na ciasto, tworząc zupełnie nowy, fajny przepis na rożki.
Inspiracja pochodzi stąd. Reszta - moja:)
Składniki:
Ciasto:
2/3 szklanki mleka
1 duże jajko lekko ubite
1 cukier waniliowy
1 i 3/4 szklanki mąki tortowej
1/4 szklanki kakao
1/2 szklanki cukru
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki zimnego masła pokrojonego drobno
2/3 szklanki chocolate chips (łezek z czekolady, kupnych)
1/2 szklanki pokrojonych moreli
Lukier morelowy:
1/2 szklanki pokrojnych drobno moreli
1/2 szklanki cukru
Wykonanie:
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Blaszkę (lub dno wyjmowalnej tortownicy) wykładamy papierem do pieczenia.
W misce miksujemy ze sobą mleko, jajko i cukier waniliowy.
W drugiej misce mieszamy razem suche składniki: mąkę, kakao, cukier, proszek do pieczenia. Wmiksowujemy do suchej mieszanki kawałeczki masła tak długo, aż zaczną robić się grudki. Dorzucamy do masy chocolate chips. Dolewamy mieszaninę z płynnych składników i miksujemy tak długo, aż ciasto się połączy.
Ciasto będzie mokre i lepkie, trzeba więc pewnie będzie ostrożnie podsypywać mąki, by uformować je w krążek lub w ogóle przenieść na blaszkę. Jeśli jednak jakimś cudem okaże się być za suche już na etapie łączenia suchych i mokrych składników, należy dodać jeszcze trochę mleka.
Ciasto wyrzucamy na stolnicę oprószoną mąką i ugniatamy jeszcze parę razy, mąką podsypując. Będzie nadal bardzo miękkie (szczególnie jeśli scones robicie w lecie), więc ostatecznie, by nie zepsuć go nadmiarem mąki, doradzam gnieść i podsypywać mąką tylko do tego stopnia, by chociaż w częściach dało się je przenieść na blachę. Tam już spokojnie możemy je uformować w okrąg, w jakim będziemy go piec.
Zazwyczaj w tym momencie kroi się krążek scones na 8 rożków, ale ze względu na strukturę ciasta będzie to raczej niemożliwe. Pokroimy potem.
Pokrojone morele wtykamy obficie głęboko w ciasto, pod powierzchnię, na powierzchnię, gdzie się tylko da. Mogą być i z wierzchu, ale ważne, by wylądowały też w środku.
Gotowe ciasto jeszcze smarujemy odrobiną mleka po całej powierzchni i wkładamy do piekarnika na około 20 minut, ale to zależne jest od piekarnika. Będzie gotowe gdy testowy patyczek wtykany w każdej części wyjdzie nam suchy, ciasto będzie twardsze po bokach i nadal miękkie pośrodku (ale i tam wetknięty patyczek powinien wyjść suchy). Wyciągamy z piekarnika i dajemy mu się ochłodzić.
Tak wygląda tuż po upieczeniu, przed krojeniem:
Ciasto sobie będzie stygło, a tymczasem my przygotujemy lukier z moreli.
Morele miksujemy na papkę. Gładziutką, aby nie było kawałów owoców. W końcu powstać ma z tego lukier.
Do zmiksowanych moreli dosypujemy cukier i starannie mieszamy w garnuszku.
Garnuszek ten następnie stawiamy na ogień i podgrzewamy miksturę aż do początków zagotowywania się, stale mieszając, by nic się nie przypaliło.
Gdy pierwsze "bulki" nam się pojawią na lukrze, a mikstura zaczęła gęstnieć, ściągamy garnuszek z ognia i intensywnie mieszamy. Musi nam się schłodzić co nieco, podobnie jak ciasto.
Ciasto, gdy już jest tylko ciepłe, kroimy na osiem części - rożków. Następnie starannie nakładamy na każdy rożek i między nie lukier, tak, by pokrył całe ciasto.
Całości albo pozwalamy całkiem ostygnąć, albo już możemy jeść.
Zresztą scones najlepiej smakują, gdy są ciepłe. Gdy są zimne też są bardzo smaczne, a lukier stwardnieje i nie będzie spływał.
Podwójnie czekoladowe rożki z morelami nie potrzebują żadnego więcej dodatku - same w sobie są znakomite, takie jak są.
Najlepiej smakują popijane mlekiem i jest to jednakie dla każdego typu rożków.
Smacznego:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)















