Każdy czasem tak ma, że coś za nim chodzi. Coś się uczepia ogona myśli (lub nogawki, jeśli to jazgotliwy i bardziej niż zły pies sąsiadów, przekonany, że dybiesz na "jego" skrzynkę na listy, choć tylko łakomym wzrokiem gapisz się przez płot na ichnie czereśnie, nie ruszone, podczas gdy twoje zeżarły szpaki), coś tupta za tobą, włazi na język i kieruje twoimi poczynaniami. Pół biedy jeszcze jeśli to jakiś rytmiczny kawałek, który usłyszało się w kawiarni, i cały dzień się nuci pod nosem. Chociaż i to jest problematyczne, jak jesteś na przykład na pogrzebie, nucić powinieneś tylko smętne pienia żałobne, a myśli mieć pełne skupienia i smutku. A tu nagle, gdy ksiądz raczy kropić trumnę i głosić o wracaniu do ziemi, skąd wszystko wyszło, znikąd zakwita kuriozalna sytuacja, gdy te słowa rozlegają się w twej głowie z soundtrackiem mocnej gitarowej solówki Guns'n'Roses i miaukliwego pisko-brzmienia Axla Rose. A Axl Rose często występował w samych gaciach i kształty cochones było mu widać, a znowu ksiądz, stwierdzasz, ma bardzo podobną fizys do Axla Rose. Jakimś cudem twój zaskoczony mózg produkuje następnie wizję księdza w slipkach i powiewającej jak u Neo z Matrixa rozpiętej sutannie (skąd Neo? Ask me!), śpiewającego do kropidła "Don't you cry, tonight" i musisz czym prędzej stamtąd uciekać, by nie parsknąć śmiechem, lub, co gorsza, nie zrobić mu chórków.
Czasem też, nieszczęśniku, katujesz przez tydzień przyjaciół cytatami z "Gry o tron", głosząc wszystkim i każdemu z osoba, że "nic nie wiedzą" ("You know nothing, Jon Snow.") bez względu na kontekst wypowiedzi, i jednym tchem dodajesz grobowym tonem, że są ciemniakami bo "noc jest ciemna i pełna potworów" ("For the night is dark and full of terrors."). Czasem też łazi za tobą zboczeniec, kusząco machając kuśką spod płaszcza, ale na to akurat możemy coś poradzić, albo biorąc sprawy w swoje ręce (bez, kurna, podtekstów, co?:) trzaskając go po prostu z kolana w wietrzone cochones), albo wołamy wielkim głosem najbliższego stróża prawa i mamy nadzieję, że pies przywlecze ze sobą wsparcie w postaci pana z mandacikiem, po którym ekshibicjoniście zmięknie rura. Dosłownie.
Na szczęście takie podczepiacze (wyłączając zboczeńców wszelkiego autoramentu) szybko przechodzą po jakimś czasie. Stają się nudne, wyświechtane, albo coś innego je zastąpiło.
Co jednak ma zrobić w miarę normalna Gosia, jeśli do jej łba chyłkiem dostał się przepis i tak zawojował myśli, że nie ma od niego spokoju od dwóch dni? No, zrobić go. Otóż to.
A wszystkiemu winny Pinterest. Większość z was zna ten bardzo użyteczny programik, który szturmem zabiera fanów Picassa i starszemu Deviantart, tylko dlatego, że nie trzeba nic zgrywać, obsługa jest banalna i nie atakują cię reklamy z każdej strony, a żeby sobie dowolne dane zachować z dowolnej strony, starczy założyć tam konto. I wybrać ulubione tematy. A potem grzeb, przypinaj, rób kolekcje i ciesz się jak głupi z propozycji grafik/ tekstów/ muzyki/ stron, których jeszcze nie widziałeś, a okazuje się, że o tym marzyłeś.
Otóż dla mnie Pint to źródło niekończącej się radochy ze względu na coraz to nowe, nieznane mi piękne grafiki fantasy, które tam znajduję. Oraz przepisy na dania, o których jeszcze pół roku temu bladego pojęcia nie miałam. Na tym właśnie Pintereście dwa dni temu wpadł mi w oko ten przepis . Sam z siebie i od razu mi się spodobał. Szybkie, proste i niezwykłe, nieznane mi ciasto, na dodatek smacznie wyglądające. Nic to, myślę, mam inne plany, przypnę i kiedyś zrobię. Myślicie, że tak łatwo poszło? A gdzie tam!
Ten przepis chodził za mną do końca dnia. Ten przepis śnił mi się w nocy, jak robiłam ciasto, piekłam, próbowałam, podtykałam pod nos opinii publicznej, a potem ponownie piekłam w innych wariantach. Ten piekielny przepis chodził za mną cały kolejny dzień i nawet jak sobie drzemkę ucięłam po południu, zsuwając się w objęcia snu i fabuły czytanego właśnie "Papieża Sztuk" Kuby Ćwieka (pozdrawiam, tak nawiasem:)), jakimś cudem Loki piekł Peach Pie Scones with a Vanilla Glaze. I wyszło mu, ale wykałaczka mu wpadła w głębiny wypieku, w związku z czym wyjął pukawkę i potraktował nieszczęsne ciasto kilkoma seriami zagadując głosem De Niro "You talking to me?", tym sposobem żądając zwrotu mamlacza. Ten przepis... postanowiłam w końcu zrobić dzisiaj, gdy drugą noc zawracał mi głowę, słusznie przypuszczając, że on sobie nie pójdzie ot tak. Będzie dręczył, męczył i czynił kolejne podjazdy w każdy zakątek moich myśli.
Więc zrobiłam. I efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania.
Nie wiem jak opisać to ciasto. Zbite, ale jednocześnie puchate, odrobinę jak świeżutka drożdżówka, ale nie do końca. Kształt niezwykły, smak nietypowy. Lukier tak smaczny i łatwy do zrobienia, że w głowie się nie mieści. Czas wyrobu całości około pięćdziesiąt minut z zegarkiem w ręku: od przygotowania składników, do polania glazurą. No, istny samograj, raj dla pyska, świetny dodatek do 5 o'clock tea, albo zwyczajnej kawusi śniadaniowej. I zapycha, więc głodnym się po tym nie jest.
Rzecz jasna mam swoje uwagi, kilka rzeczy na pewno trzeba by zmienić w przepisie oryginalnym, choć wyjątkowo trzymałam się go bardzo ściśle. Na pewno spróbuję na drugi raz glazury brzoskwiniowej i dodam więcej cukru do ciasta. Ale póki co zapodam wam oryginalny przepis na Peach Pie Scones with a Vanilla Glaze, czyli po naszemu Rożki brzoskwiniowe z waniliowym lukrem.
Enjoy:)
Składniki:
Ciasto:
2 szklanki i 2 łyżki stołowe mąki tortowej
1/2 szklanki brązowego cukru (nawet i 3/4 szklanki będzie w porządku. Cukier zgubi się w takiej ilości mąki, ale smaku przyda.)
1 łyżka proszku do pieczenia
szczypta soli
1/2 kostki masła, pokrojonego w kostkę, zimnego
1 jajko
1/4 szklanki śmietany kremówki (idealna by była 36%, ale z braku laku robiłam na 30% i też wyszło)
1/4 szklanki śmietany kwaśnej (18%)
1 cukier waniliowy
szklanka świeżych brzoskwiń, pokrojonych (dajcie i więcej, u mnie i szklanka było mało. Ciasto pewnie zniesie jeszcze drugie tyle, ale dla bezpieczeństwa można spróbować z 1 i 1/2 szklanki)
Lukier waniliowy:
1/2 szklanki cukru pudru
1 cukier waniliowy
2 łyżki śmietany kremówki (zależnie od konsystencji, jaka wam wyjdzie, może być potrzebna dodatkowa łyżka)
Wykonanie:
Nagrzać piekarnik do 204 stopni Celcjusza. Grzanie góra-dół, termoobiegowi mówimy stanowcze nie.
W misce połączyć suche składniki: mąkę, cukier, proszek do pieczenia i sól. Do tej mieszaniny wrzucić masło pokrojone w kostki i wgniatać widelcem w suche składniki tak długo, aż wyjdzie nam coś nieco podobnego do kruszonki. Tu i tam zbrylone, zdecydowanie nie pył.
W drugiej misce połączyć mokre składniki: śmietany, jajko oraz cukier waniliowy. Powoli dodawać mokre składniki do suchych składników i zmiksować aż się połączą w gładką masę. Masa będzie gęsta i ciężka, więc jak wam się zacznie lepić do mieszadeł - nic się nie dzieje. Ważne, by wszystko się połączyło.
Do gotowego ciasta dodać pokrojone brzoskwinie. Ostrożnie, by ich nie porozgniatać, ale żeby znalazły się w cieście. Inny sposób na umieszczenie ich tam nieco bezpieczniej to wetknięcie ich po jednej w uformowany już i pokrojony dysk (patrz następne akapity).
Stolnicę solidnie obsypać mąką, i na niej umieścić ciasto. Po dodaniu brzoskwiń będzie mokre i lepkie, więc bardzo wytarzanie go w mące się przyda. Z ciasta uformować nieduży dysk (mój miał wielkość niemal taką jak standardowa, okrągła blaszka na sernik), spłaszczyć go do grubości około 2 centymetrów i przełożyć na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (w moim przypadku był to właśnie spód blaszki sernikowej). Następnie przy pomocy ostrego, umączonego noża (lub krajalnicy do pizzy) przeciąć dysk na pół, potem na ćwierci i jeszcze te ćwierci na połowy. W rezultacie tych cięć wyjść powinno nam 8 trójkątnych rożków. Rożki te ostrożnie należy odsunąć nieco od siebie, aby się nie stykały. Będą rosnąć podczas pieczenia, a zależy nam na tym, by łatwo dało się je oddzielać od siebie. Każdy rożek należy posmarować z wierzchu śmietanką kremówką.
Blaszkę wkładamy do piekarnika i pieczemy nasze rożki 16-18 minut lub do momentu aż będą jasno złoto brązowe. Mnie to zajęło około 20 minut. Dla pewności sprawdzamy patyczkiem gotowość ciasta; jak jest suchy po wyciągnięciu z rożków, można zakończyć pieczenie. Następnie rożkom pozwalamy stygnąć.
W tym czasie przygotowujemy glazurę waniliową.
W miseczce mieszamy cukier puder i cukier waniliowy i dodajemy śmietankę kremówkę. Żwawo merdamy łyżką aż substancja osiągnie taką gęstość jak przeciętny lukier na ciastka. W razie potrzeby dodajemy jeszcze trochę śmietany aby lukier osiągnął właściwą konsystencję.
Lukier nakładamy na jeszcze ciepłe rożki i pozwalamy całości ostygnąć i zastygnąć. Dopiero gdy glazura stwardnieje - można kroić i zajadać.
Znajdziecie tu Bansheekowe felki (mini-felietony ode mnie, czyli od Banshee) o różnych geekowych i nietypowych potrawach z mnóstwa dzieł pisanych (również kodem binarnym), rodem ze srebrnego ekranu, nawiedzających popkulturę. Czy może coś być lepszym tematem na felietony? Gotowanie jest przecież tak fantastyczną podróżą w świat wyobraźni... Będzie ciekawie, będzie zabawnie.Będzie bansheekowo. Zapraszam!
piątek, 19 czerwca 2015
wtorek, 16 czerwca 2015
New York Cheescake (sernik nowojorski)
Jest sporo rzeczy, o których dorosły człowiek po prostu wie, jeśli chce zasługiwać na miano człowieka wiedzącego podstawy. Na ten przykład, że ziemia jest okrągła i krąży wokół słońca (żadne słonie ani żółwie nie zostały tu zaangażowane, zapewne z powodu braków kadrowych), świat został wyposażony w siedem cudów architektonicznych (niestety tylko takich, a chciałoby się, by chociaż w jednym, jedynym miejscu faktycznie w strumieniach zamiast wody płynęło mleko i miód. Albo jeszcze lepiej - piwo Heineken:P), a gościom dowożącym nowy sprzęt AGD trzeba "dać na piwo", żeby zabrali sprzęt stary, mimo wcześniejszego dogadywania się, że zrobią to z darmo (true story; właśnie przywieźli mi nową lodówkę i co... "my nie wyniesiemy, o ile się pani nie dogadała w sklepie, ale jeśli pani da na piwo..."). O i jeszcze, że istniał serial "Przyjaciele".
I do tego ostatniego punktu właśnie się zbliżam slalomem pijanego krasnoluda: okrężnie i po okolicznych osadach, ale z uporem do celu, by wyrzygać treściwie wszystko to, co mi zalega w temacie prosto przed wasze oczy (smakowita wizja, nie?:P)
"Friends" był fenomenem na skalę światową. 90% populacji wie, że był taki serial i większość tej populacji go lubiła lub chociaż raz uśmiechnęła się na jeden z masy żartów sytuacyjnych, jakie wpakowali w tę serię. Przez dziesięć lat, od 1994 do 2004 roku był to niekwestionowany hit i, jak to z hitami bywa, wzór popkulturowy dla mnóstwa ludzi. Wielu chciało się ubierać jak Rachel i Monica (moja skromna osoba dostała kiedyś hyzia na punkcie koszulek sznurowanych na dekolcie i spódniczek plisowanych w połączeniu z podkolanówkami za kolano, bo dostrzegłam je u nich. Nie minęło mi do dzisiaj.) Malowanie mieszkań na purpurowo i hodowla domowa dziwnej, gdakającej i piejącej zwierzyny też przyszła stamtąd, również bez wątpienia i inne rzeczy. W tym, oczywiście, potrawy. W końcu Monica była kucharką i wiele smakowitego stuffu się tam przewijało. O ile dobrze sobie przypominam, o lazanii usłyszałam właśnie w Friendsach, tak samo o musie czekoladowym i macaroni'n'cheese (który wyląduje i na tym blogu, jak w końcu dopadnę przepis doskonały.).
A także bohater dzisiejszej felki - New York Cheescake.
O sernikach mogłabym gadać godzinami, porównując zalety i wady pieczonych i "na zimno", lamentując na to jak bardzo moja druga połowa nie lubi serników, które się piecze i co zrobić, by przekonać chłopinę, by to zrobił, bo wiele traci. Także i przytoczyć ciekawą informację, że sernik nie pochodzi z Polski i wynaleziono go w starożytności, nadając ciastu nazwę libium, i dopiero wraz z Janem III Sobieskim przyjechał do kraju. Nie ma to jednak sensu, bo i tak większość z was przebiega tylko ten tekst oczami, dążąc nieuchronnie ku temu, co będzie na dole. A na dole jak zwykle będzie przepis wypróbowany na sernik, jakiego my, robiący serniki na serze mielonym, nie przypuszczamy, że mógł zaistnieć i mieć tak dobry smak.
Bierzemy zatem 2 kilogramy sera, kruszymy dobrze w moździerzu, dodajemy jeden funt chleba z mąki pszennej, mieszamy z serem, dodajemy 1 jajko i wszystko dobrze mieszamy. Z tego uformować należy placek i piec na gorącym kamieniu... zaraz, zaraz... to nie ten przepis, a przepis starożytny według Katona. A widzicie, przemyciłam jednak trochę ciekawych informacji o serniku, nie podając ich w ogóle:)
Teraz już na poważnie wróćmy do New York Cheescake i Friendsów. W sezonie siódmym był odcinek poświęcony stricte temu sernikowi: "The one with all the cheescakes", bodajże jedenasty, w którym Rachel i Chandler pochłaniali kilkakrotnie sernik nowojorski z fikcyjnej restauracji "Mama's Little Bakery". Oto kompilacja sernikowych scenek z tego odcinka, która popchnęła mnie ostatnio do poszukiwań przepisu idealnego i zrobienia jak najbardziej "friendsowego" New York Cheescake.
All the Cheescakes
Oglądając ostatnio po raz kolejny ten serial trafiłam na niego i wczepiłam się w ten epizod, mając szczerą ochotę sprawdzić, o co tyle kwiku z sernikiem nowojorskim jest. Na dodatek uparłam się, że musi być taki jak ten. A zatem co my tu mamy:
Ma tzw. "crust" - czyli spód nie pieczony w całości, ale wykonany z pokruszonych herbatników. Który jest: "maślany, kruchy i wykonany z krakersów grahamowych". Są one ni mniej, ni więcej, a odpowiednikiem naszych ciastek pełnoziarnistych z otrębami i rozmaitym, innym smacznym śmieciem. Crust również, jak widzimy na filmiku, nie jest tylko na spodzie, ale zachodzi i na boki sernika.
Pokryty jest ten crust "bardzo bogatą smakowo, a jednak lekką warstwą nadzienia z serka kremowego."
Sam sernik jest złoty i równiutki z góry, a w środku śnieżnobiały (jak zobaczymy potem, gdy wyląduje na ziemi. To lądowanie też jest zresztą takie mokre, bez toczących się naokoło suchych kawałków, że sernik faktycznie musi być maksymalnie kremowy.)
Poszukałam więc po internecie i na Pintereście (tę nazwę usłyszycie jeszcze dosyć często, bo znalazłam tam mnóstwo przepisów, które zawsze pragnęłam wypróbować) i rzutem na taśmę zaryzykowałam, robiąc New York Cheescake z najbardziej pasującego. I wyszedł. I to jak! Mój mąż jak nie lubi, tak na ten sernik rzucił się jak zwariowany, głównie, jak twierdzi, dla tego crustu, ale reszta też znikała obłędnie szybko. A sam sernik ma chrupiący spodzik, a środek - jak puszysta, kremowa, serkowa śmietanka...
Wow, cytując Rachel - "moje usta nagle wypełniły się śliną" na samo wspomnienie o tym serniku (zniknął w niecałe dwa dni.)
Aby więc nie przedłużać, daję wam doskonały przepis na doskonały sernik nowojorski. Oryginalny przepis został zmodyfikowany przeze mnie na warunki polskie oraz o kilka dosmaczających dodatków, ale myślę, że to, co ów sernik czyni tak niezwykłym, pozostało.
Składniki:
Ciasto:
6 dużych jajek
1,5 szklanki cukru (można pomieszać biały z brązowym, wyjdzie jeszcze smaczniej)
1 kilogram serka kremowego typu Philadelphia ( nawet i 70 deko sera wystarczy tak gwoli ścisłości, ale serek musi być koniecznie tzw. cream cheese. Żadnego mielonego sernikowego z kubełków, musi być taki jak do smarowania chleba, gładziutki i jedwabisty. Nie może też być solony. Z tego powodu zdecydowanie nie polecam serka Philadephia, ani tym bardziej serka Łaciatego - mają sól w składzie, który potem czuć w cieście. Trafiłam jednak na cream cheese President, w czterdziestodekowych opakowaniach, który jest doskonały do tego przepisu)
1 kubeczek kwaśnej śmietany (użyłam "Śmietany z Trzebowniska", ale każda śmietana 18% będzie doskonała)
1 kubeczek tzw. heavy cream (ciężka śmietana używana do deserów. Czyli jak weźmiecie śmietanę od 36% tłuszczu w górę, będzie dobra)
sok z 1,5 cytryny (nie żałujcie sobie, wciśnijcie najpierw jedną, potem dodacie więcej, bo prawie jej nie czuć)
1 cukier waniliowy
2 kopiate łyżki stołowe mąki tortowej
Crust (spód):
1,5 szklanki pokruszonych ciastek pełnoziarnistych (użyłam do tego celu nieco ponad połowę opakowania ciastek BelVita Śniadanie Mleko+Miód, ale Krakuski zbożowe też będą dobre. Petitki nie bardzo, jakby kto pytał, bo ciastka nie powinny być "gładkie", tylko musi być czuć w nich zawartość zbożową)
6 łyżek stopionego masła
1/2 szklanki cukru
1/2 olejku pomarańczowego lub cytrynowego dla aromatu
Wykonanie:
Rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni Celcjusza.
Jajka, cukier, serek kremowy, obie śmietany, sok z cytryny, cukier waniliowy i mąkę miksujemy razem na maksymalnie średnich obrotach tylko do momentu aż masa będzie gładka, bez grudek, a składniki całkiem ze sobą połączone. Nie wolno miksować z długo, bo napowietrzymy ciasto, a wtedy sernik nam opadnie podczas lub po pieczeniu.
Następnie wykonujemy spód. Drobno kruszymy ciastka (nie na miazgę i pył, ale też nie zostawiamy wielkich kawałów) do miski, dodajemy masło i cukier oraz olejek, starannie mieszamy za pomocą łyżki. Przekładamy do standardowej, okrągłej blaszki sernikowej wyłożonej papierem do pieczenia, przyciskając do dnia i boków (nawet tak do 3/4 wysokości) za pomocą palców lub łyżki. Wstawiamy do lodówki na 15 minut.
Po upływie tego czasu wyciągamy z lodówki blaszkę ze spodem i początkowo ostrożnie, by nie naruszyć struktury crust'u, za pomocą dużej łyżki przekładamy masę sernikową na schłodzony spód. Po pokryciu go w całości resztę można już przelać. Następnie zostawiamy taki sernik w spokoju na 5-10 minut, by doszedł do siebie.
Po tym czasie sernik wkładamy do piekarnika nagrzanego na 220 stopni na 15 minut. Po 15 minutach skręcamy grzanie na 140 stopni i pieczemy jeszcze przez godzinę. Po tym czasie wyłączamy grzanie. Podczas pieczenia nie wolno otwierać piekarnika, a po upłynięciu godziny sernik należy pozostawić w piekarniku jeszcze przez 2 godziny, również nie otwierając drzwiczek!
Wszystko to ma na celu zapewnienie dopieczenia się ciasta i nie opadnięcia powierzchni sernika, która ma wyjść równa jak stół. Sprawdzanie patyczkiem gotowości zupełnie nie będzie potrzebne.
Po tych 2 godzinach wyciągamy sernik i wkładamy go na noc do lodówki. Ten krok jest potrzebny by ostatecznie stężał, a spód mocniej się scalił. I dopiero po tym czasie można go zacząć kroić.
Oczywiście, jak koniecznie zechcecie kroić wcześniej - nikt wam nie zabroni. Ale crust będzie wam się lepił do noża i odczepiał od ciasta, więc chyba warto jednak poczekać. Po upieczeniu sernik jest gładziutki, złotawy z połyskliwą powierzchnią. Spód jest koloru karmelu i chrupie, a środek niesamowicie kremowy i bielutki.
Na zdjęciach macie klasyczny sernik nowojorski, bez dodatków. Można go jednak polać sosem truskawkowym, lub wysmarować mu górę "krówką" z gotowanego słodzonego mleka kondensowanego z puszki, polać polewą czekoladową, lub posypać ulubionymi bakaliami. Nie próbowałam, co prawda, dodawać nic do środka, z obawy, że dodatki w tak leciutkiej, puszystej masie po prostu pójdą na dno i ściągną powierzchnię sernika ze sobą, ale kto wie... może jeszcze zaryzykuję.
Smacznego:)
I do tego ostatniego punktu właśnie się zbliżam slalomem pijanego krasnoluda: okrężnie i po okolicznych osadach, ale z uporem do celu, by wyrzygać treściwie wszystko to, co mi zalega w temacie prosto przed wasze oczy (smakowita wizja, nie?:P)
"Friends" był fenomenem na skalę światową. 90% populacji wie, że był taki serial i większość tej populacji go lubiła lub chociaż raz uśmiechnęła się na jeden z masy żartów sytuacyjnych, jakie wpakowali w tę serię. Przez dziesięć lat, od 1994 do 2004 roku był to niekwestionowany hit i, jak to z hitami bywa, wzór popkulturowy dla mnóstwa ludzi. Wielu chciało się ubierać jak Rachel i Monica (moja skromna osoba dostała kiedyś hyzia na punkcie koszulek sznurowanych na dekolcie i spódniczek plisowanych w połączeniu z podkolanówkami za kolano, bo dostrzegłam je u nich. Nie minęło mi do dzisiaj.) Malowanie mieszkań na purpurowo i hodowla domowa dziwnej, gdakającej i piejącej zwierzyny też przyszła stamtąd, również bez wątpienia i inne rzeczy. W tym, oczywiście, potrawy. W końcu Monica była kucharką i wiele smakowitego stuffu się tam przewijało. O ile dobrze sobie przypominam, o lazanii usłyszałam właśnie w Friendsach, tak samo o musie czekoladowym i macaroni'n'cheese (który wyląduje i na tym blogu, jak w końcu dopadnę przepis doskonały.).
A także bohater dzisiejszej felki - New York Cheescake.
O sernikach mogłabym gadać godzinami, porównując zalety i wady pieczonych i "na zimno", lamentując na to jak bardzo moja druga połowa nie lubi serników, które się piecze i co zrobić, by przekonać chłopinę, by to zrobił, bo wiele traci. Także i przytoczyć ciekawą informację, że sernik nie pochodzi z Polski i wynaleziono go w starożytności, nadając ciastu nazwę libium, i dopiero wraz z Janem III Sobieskim przyjechał do kraju. Nie ma to jednak sensu, bo i tak większość z was przebiega tylko ten tekst oczami, dążąc nieuchronnie ku temu, co będzie na dole. A na dole jak zwykle będzie przepis wypróbowany na sernik, jakiego my, robiący serniki na serze mielonym, nie przypuszczamy, że mógł zaistnieć i mieć tak dobry smak.
Bierzemy zatem 2 kilogramy sera, kruszymy dobrze w moździerzu, dodajemy jeden funt chleba z mąki pszennej, mieszamy z serem, dodajemy 1 jajko i wszystko dobrze mieszamy. Z tego uformować należy placek i piec na gorącym kamieniu... zaraz, zaraz... to nie ten przepis, a przepis starożytny według Katona. A widzicie, przemyciłam jednak trochę ciekawych informacji o serniku, nie podając ich w ogóle:)
Teraz już na poważnie wróćmy do New York Cheescake i Friendsów. W sezonie siódmym był odcinek poświęcony stricte temu sernikowi: "The one with all the cheescakes", bodajże jedenasty, w którym Rachel i Chandler pochłaniali kilkakrotnie sernik nowojorski z fikcyjnej restauracji "Mama's Little Bakery". Oto kompilacja sernikowych scenek z tego odcinka, która popchnęła mnie ostatnio do poszukiwań przepisu idealnego i zrobienia jak najbardziej "friendsowego" New York Cheescake.
All the Cheescakes
Oglądając ostatnio po raz kolejny ten serial trafiłam na niego i wczepiłam się w ten epizod, mając szczerą ochotę sprawdzić, o co tyle kwiku z sernikiem nowojorskim jest. Na dodatek uparłam się, że musi być taki jak ten. A zatem co my tu mamy:
Ma tzw. "crust" - czyli spód nie pieczony w całości, ale wykonany z pokruszonych herbatników. Który jest: "maślany, kruchy i wykonany z krakersów grahamowych". Są one ni mniej, ni więcej, a odpowiednikiem naszych ciastek pełnoziarnistych z otrębami i rozmaitym, innym smacznym śmieciem. Crust również, jak widzimy na filmiku, nie jest tylko na spodzie, ale zachodzi i na boki sernika.
Pokryty jest ten crust "bardzo bogatą smakowo, a jednak lekką warstwą nadzienia z serka kremowego."
Sam sernik jest złoty i równiutki z góry, a w środku śnieżnobiały (jak zobaczymy potem, gdy wyląduje na ziemi. To lądowanie też jest zresztą takie mokre, bez toczących się naokoło suchych kawałków, że sernik faktycznie musi być maksymalnie kremowy.)
Poszukałam więc po internecie i na Pintereście (tę nazwę usłyszycie jeszcze dosyć często, bo znalazłam tam mnóstwo przepisów, które zawsze pragnęłam wypróbować) i rzutem na taśmę zaryzykowałam, robiąc New York Cheescake z najbardziej pasującego. I wyszedł. I to jak! Mój mąż jak nie lubi, tak na ten sernik rzucił się jak zwariowany, głównie, jak twierdzi, dla tego crustu, ale reszta też znikała obłędnie szybko. A sam sernik ma chrupiący spodzik, a środek - jak puszysta, kremowa, serkowa śmietanka...
Wow, cytując Rachel - "moje usta nagle wypełniły się śliną" na samo wspomnienie o tym serniku (zniknął w niecałe dwa dni.)
Aby więc nie przedłużać, daję wam doskonały przepis na doskonały sernik nowojorski. Oryginalny przepis został zmodyfikowany przeze mnie na warunki polskie oraz o kilka dosmaczających dodatków, ale myślę, że to, co ów sernik czyni tak niezwykłym, pozostało.
Składniki:
Ciasto:
6 dużych jajek
1,5 szklanki cukru (można pomieszać biały z brązowym, wyjdzie jeszcze smaczniej)
1 kilogram serka kremowego typu Philadelphia ( nawet i 70 deko sera wystarczy tak gwoli ścisłości, ale serek musi być koniecznie tzw. cream cheese. Żadnego mielonego sernikowego z kubełków, musi być taki jak do smarowania chleba, gładziutki i jedwabisty. Nie może też być solony. Z tego powodu zdecydowanie nie polecam serka Philadephia, ani tym bardziej serka Łaciatego - mają sól w składzie, który potem czuć w cieście. Trafiłam jednak na cream cheese President, w czterdziestodekowych opakowaniach, który jest doskonały do tego przepisu)
1 kubeczek kwaśnej śmietany (użyłam "Śmietany z Trzebowniska", ale każda śmietana 18% będzie doskonała)
1 kubeczek tzw. heavy cream (ciężka śmietana używana do deserów. Czyli jak weźmiecie śmietanę od 36% tłuszczu w górę, będzie dobra)
sok z 1,5 cytryny (nie żałujcie sobie, wciśnijcie najpierw jedną, potem dodacie więcej, bo prawie jej nie czuć)
1 cukier waniliowy
2 kopiate łyżki stołowe mąki tortowej
Crust (spód):
1,5 szklanki pokruszonych ciastek pełnoziarnistych (użyłam do tego celu nieco ponad połowę opakowania ciastek BelVita Śniadanie Mleko+Miód, ale Krakuski zbożowe też będą dobre. Petitki nie bardzo, jakby kto pytał, bo ciastka nie powinny być "gładkie", tylko musi być czuć w nich zawartość zbożową)
6 łyżek stopionego masła
1/2 szklanki cukru
1/2 olejku pomarańczowego lub cytrynowego dla aromatu
Wykonanie:
Rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni Celcjusza.
Jajka, cukier, serek kremowy, obie śmietany, sok z cytryny, cukier waniliowy i mąkę miksujemy razem na maksymalnie średnich obrotach tylko do momentu aż masa będzie gładka, bez grudek, a składniki całkiem ze sobą połączone. Nie wolno miksować z długo, bo napowietrzymy ciasto, a wtedy sernik nam opadnie podczas lub po pieczeniu.
Następnie wykonujemy spód. Drobno kruszymy ciastka (nie na miazgę i pył, ale też nie zostawiamy wielkich kawałów) do miski, dodajemy masło i cukier oraz olejek, starannie mieszamy za pomocą łyżki. Przekładamy do standardowej, okrągłej blaszki sernikowej wyłożonej papierem do pieczenia, przyciskając do dnia i boków (nawet tak do 3/4 wysokości) za pomocą palców lub łyżki. Wstawiamy do lodówki na 15 minut.
Po upływie tego czasu wyciągamy z lodówki blaszkę ze spodem i początkowo ostrożnie, by nie naruszyć struktury crust'u, za pomocą dużej łyżki przekładamy masę sernikową na schłodzony spód. Po pokryciu go w całości resztę można już przelać. Następnie zostawiamy taki sernik w spokoju na 5-10 minut, by doszedł do siebie.
Po tym czasie sernik wkładamy do piekarnika nagrzanego na 220 stopni na 15 minut. Po 15 minutach skręcamy grzanie na 140 stopni i pieczemy jeszcze przez godzinę. Po tym czasie wyłączamy grzanie. Podczas pieczenia nie wolno otwierać piekarnika, a po upłynięciu godziny sernik należy pozostawić w piekarniku jeszcze przez 2 godziny, również nie otwierając drzwiczek!
Wszystko to ma na celu zapewnienie dopieczenia się ciasta i nie opadnięcia powierzchni sernika, która ma wyjść równa jak stół. Sprawdzanie patyczkiem gotowości zupełnie nie będzie potrzebne.
Po tych 2 godzinach wyciągamy sernik i wkładamy go na noc do lodówki. Ten krok jest potrzebny by ostatecznie stężał, a spód mocniej się scalił. I dopiero po tym czasie można go zacząć kroić.
Oczywiście, jak koniecznie zechcecie kroić wcześniej - nikt wam nie zabroni. Ale crust będzie wam się lepił do noża i odczepiał od ciasta, więc chyba warto jednak poczekać. Po upieczeniu sernik jest gładziutki, złotawy z połyskliwą powierzchnią. Spód jest koloru karmelu i chrupie, a środek niesamowicie kremowy i bielutki.
Na zdjęciach macie klasyczny sernik nowojorski, bez dodatków. Można go jednak polać sosem truskawkowym, lub wysmarować mu górę "krówką" z gotowanego słodzonego mleka kondensowanego z puszki, polać polewą czekoladową, lub posypać ulubionymi bakaliami. Nie próbowałam, co prawda, dodawać nic do środka, z obawy, że dodatki w tak leciutkiej, puszystej masie po prostu pójdą na dno i ściągną powierzchnię sernika ze sobą, ale kto wie... może jeszcze zaryzykuję.
Smacznego:)
czwartek, 11 czerwca 2015
Penne (rigate) z mango i kurczakiem
"Dziś prawdziwych kurczaków już nie ma..." chciałoby się zawyć żałośliwie na widok półki z drobiem w sklepie mięsnym. Co prawda to już nie te czasy, gdzie w takim sklepie była tylko pani sprzedająca i ocet oraz towar "spod lady" - rozmaitych doczesnych części drobiu mamy na kopy. Co z tego jednak, skoro wiadomo z góry, że to nie są prawdziwe kurczaki, a na antybiotykach, jak twierdza moi teściowie. I konsekwentnie odmawiają jedzenia kurczaków ze sklepu, przedkładając nad niego indyka.
Ja w sumie mogłabym zrobić tak samo. Starczy obejrzeć sobie jak wygląda woda, gdy wrzucisz do niej kawałki piersi, skrzydełka albo nóżki i nieco pogotujesz. Ilość farfocli pływająca po powierzchni sprawia, że zawsze podczas odszumowywania zastanawiam się, czy nie lepiej było jednak kupić tego indyka. Ale jednak nie. Indycze mięso ma inny smak, niekoniecznie bardziej mi pasujący, a do niektórych potraw kurczak być musi i basta. Nawet ten "nieprawdziwy".
Oczywiście, najlepiej byłoby mieć babcię lub innego pociotka na wsi hodującego kury i oglądać sobie jak takie małe, żółte kulki całkiem naturalnym sposobem jedząc rozmaite ziarno na podwórku, grzebiąc tu i tam łapą, wyrastają sobie stopniowo na kurczaki i łażą gdzie chcą. To łażenie zawsze i tak kończy się w piekarniku, gdzie jego czcigodny zewłok pozbawiony łba składają na spoczynek wieczny... trwający zazwyczaj tylko tyle ile trzeba by mięso się upiekło. Ale jednak wiecie... to i tak lepszy los niż być kurczakiem pędzonym na sztucznych karmach, który widział tylko klatkę przez kilka tygodnie, a potem już tylko ubojnię. Przynajmniej taki kurczak zagrodowy sobie połaził, pogrzebał, a jeśli mu los dopisał, wyrósł na koguta i do granic obłędu strachu ganiał miastową dzieweczkę, pragnąc podziobać ją w różowe pięty (prawdziwa historia, moja. Do dzisiaj spoglądam niepewnym okiem na koguty na wolności, choć minęło ze trzydzieści lat od tego wydarzenia. One wiedzą i tylko czekają, by mi się dobrać do kończyn...). A gdy już zmusił ją do nawoływania płaczliwie babci z komórki, by uwolniła, bo "kogut!", łaził dumnie dookoła i stroszył ogon.
Zjadłam rosół z niego z prawdziwą satysfakcją...
Odbiegłam jednak od tematu. Kurczak i w ogóle drób, co łazi gdzie chce, ma pozwolenie na dorastanie w naturalny sposób i zjada to, co od tysięcy lat jadają ptaki domowe, w garnku jest delicją. Niestety, o ile nie mamy dostępu do takiego kurczaka na co dzień - musimy spożywać te sklepowe. Pozytyw z tego "nieprawdziwego" fileta, który już kupiliśmy jest taki, że nie drogi, smak ma prawie taki jak zagrodowy kurczak, i przede wszystkim znakomicie łączy się z innymi smakami, przez co da się zapomnieć skutecznie, co to za mięso.
Na przykład takie owoce. Świeże. Kurczak i kaczka bardzo je lubią. Mięso, znaczy się, przyjemnie z nimi współgra. Kaczkę z jabłkami albo w pomarańczach praktycznie każdy lubi. Nawet indyk nabiera charakteru, gdy go połączyć z jakimś świeżym owocem i nie zalatuje łapą (słowo daję, zawsze mi mięso indycze kończyną czuć, nie wiem dlaczego;)). Co prawda można i suszek użyć (przewałkowane tam i nazad schaby ze śliwką i suszoną morelą - hicior imieninowych imprez u starszego pokolenia...) ale nie ma to jak kawałek białego mięsa z posmakiem świeżego owocu.
Pomijając standardowe jabłka i pomarańcze, kilka lat temu szukając czegoś ciekawego na letni obiad, nie ciężkiego, ale sycącego, wpakowałam się na przepis, którego zmodyfikowaną wersję dzisiaj przedstawię. W przepisie tym w arcy ciekawy sposób połączył się smak kurczaka ze smakiem egzotycznego owocu mango, papryki zielonej i imbiru. Wychodzi z tego tak przedziwna mieszanina słodkich, słonych i pikantnych smaków, że człowiek je... i je... i w sumie nie wie, co w tym jest takiego, że nie chce przestać.
A przy tym, jeszcze nie spotkałam się z przypadkiem (a robię tę potrawę od dobrych ośmiu lat) by ktokolwiek się nią przejadł. Zawsze kończy się jedzenie z "lajtowym stopniem napchania". O ile, rzecz jasna, nie przesadzi się z makaronem, który robi tu za dodatek.
No dobra, warto jednak zapodać przepis na ten smaczny obiad, w sam raz na czerwcowy dzionek.
Składniki (na cztery porcje):
2/3 opakowania makaronu penne (rurki)
50 dkg piersi z kurczaka (zagrodowy byłby najlepszy, ale na upartego sklepowy filet też będzie dobry)
1 zielona papryka
1 duże mango (dojrzałe, a to oznacza, że powinno być miękkie, choć mieć gładką, nie pomarszczoną skórkę i kolor jak najbliższy czerwonemu i pomarańczowemu. Miąższ w środku żółty.)
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
2-3 łyżeczki świeżego, posiekanego imbiru (można go zastąpić sproszkowanym - przyprawą, ale danie traci wtedy na ostrości. No i trzeba dać go wtedy nieco więcej, by był wyczuwalny.)
1 kubeczek śmietany (ja zawsze używam "Śmietany z Trzebowniska", ale to ni mniej ni więcej tylko "osiemnastka", jaką dodaje się standardowo do zupy.)
sól, pieprz, Vegeta (można pominąć, ale w takim wypadku solidniej doprawić solą i pieprzem)
pęczek natki pietruszki
1/3 pęczka natki kolendry
oliwa (wasz wybór jaka, ja stosuję najchętniej z pestek winogron, bo nie dodaje własnego smaku potrawie)
sok z cytryny do doprawienia
parmezan do posypania
Wykonanie:
Pierś z kurczaka opłukać, pozbawić białych kawałków tłuszczu i błonek (nieestetycznie wyglądają po przysmażeniu i nie fajnie smakują, więc po co one), pokroić w kawałki (takie, jak zwykle kroimy robiąc gulasz).
Zieloną paprykę umyć, pozbawić ogonka i pestek, oraz białych części ze środka. Pokroić w paski.
Cebulę obrać, pokroić w cienkie krążki (jak do O-ringów).
Mango umyć, obrać ze skórki, pokroić najdrobniej jak się da w kosteczkę (przy okazji natkniecie się na sporą pestkę, którą trzeba okrawać dookoła, bo połączona z miąższem tak łatwo nie da się wyciągnąć.)
Ząbki czosnku pokroić drobniutko.
Imbir posiekać na drobną kostkę.
Zagotować makaron al dente (ani na miękko, ani na twardo, tak, by był sprężysty), wyrzucić na sitko, przelać zimną wodą, by się zahartował. Odstawić na bok. (ten krok można zrobić również po wykonaniu sosu.)
Na głęboką patelnię z rozgrzaną oliwą wrzucić pokrojonego kurczaka i obsmażać, aż całkowicie zbieleje z każdej strony, około 10 minut (ważne, nie dosmażone mięso drobiowe jest niezbyt bezpieczne dla zdrowia, dopilnujmy więc tego.). W międzyczasie doprawić go nieco solą i pieprzem, można też sypnąć troszkę Vegety. Obsmażone kawałki przełożyć do innego naczynia, zostawiając tłuszcz na patelni.Odstawić.
Na patelnię z oliwą po kurczaku wrzucić paprykę, podsmażyć ją nieco na małym ogniu, potem cebulę, i często mieszając doprowadzić obie do stanu szklistego i mięknącego. W międzyczasie trzeba będzie dolać oliwy, bo warzywa nie mogą się spalić.
Następnie do papryki i cebuli, już miękkich i pachnących, dodajemy imbir i czosnek. Całość mieszamy i smażymy jeszcze trochę, by smaki się połączyły, ale nic nadal nie spaliło. Na koniec do tych warzyw wrzucamy pokrojone drobno mango i często mieszając trzymamy tak długo na ogniu, aż kawałeczki owocu zaczną się rozpadać.
Po tym czasie stopniowo, łyżka po łyżce dodajemy cały kubeczek śmietany. Każda łyżka musi być starannie wmieszana w warzywa, by się nie zważyła. Nie musimy używać więc mąki. Gdy cała śmietana "wejdzie", dorzucamy kurczaka. Całość łączymy ze sobą, starannie mieszając, aby mięso dokładnie przeszło smakami, stale trzymając patelnię na średnim ogniu. Następnie doprawiamy solą, pieprzem, sokiem z cytryny, posiekaną pietruszką i kolendrą (zostawić kilka listków do dekoracji) i dopiero w momencie, gdy jesteśmy zadowoleni ze smaku, ściągamy patelnię z ognia.
Na koniec wyłożyć sos z kurczakiem na ugotowany makaron penne (można też wymieszać go z makaronem), posypać parmezanem, ozdobić listkami pietruszki lub kolendry i zajadać, aż się uszy trzęsą:)
Z moich uwag dodam tylko, że trzeba potrawę przyprawić mocniej, ale ostrożnie operować solą. To, co chcemy uzyskać, to wyraźny smak mango i imbiru (powinien lekko palić) oraz papryki na podkładzie z doprawionego mięsa kurczaka.
Pietruszkę można dodać do potrawy w sporej ilości, nawet i tę suszoną - przyprawę. Tylko podbije smak świeżością. Z kolendrą jednak nie szalejcie - lub przejmować smaki i może zepsuć efekt.
Ja w sumie mogłabym zrobić tak samo. Starczy obejrzeć sobie jak wygląda woda, gdy wrzucisz do niej kawałki piersi, skrzydełka albo nóżki i nieco pogotujesz. Ilość farfocli pływająca po powierzchni sprawia, że zawsze podczas odszumowywania zastanawiam się, czy nie lepiej było jednak kupić tego indyka. Ale jednak nie. Indycze mięso ma inny smak, niekoniecznie bardziej mi pasujący, a do niektórych potraw kurczak być musi i basta. Nawet ten "nieprawdziwy".
Oczywiście, najlepiej byłoby mieć babcię lub innego pociotka na wsi hodującego kury i oglądać sobie jak takie małe, żółte kulki całkiem naturalnym sposobem jedząc rozmaite ziarno na podwórku, grzebiąc tu i tam łapą, wyrastają sobie stopniowo na kurczaki i łażą gdzie chcą. To łażenie zawsze i tak kończy się w piekarniku, gdzie jego czcigodny zewłok pozbawiony łba składają na spoczynek wieczny... trwający zazwyczaj tylko tyle ile trzeba by mięso się upiekło. Ale jednak wiecie... to i tak lepszy los niż być kurczakiem pędzonym na sztucznych karmach, który widział tylko klatkę przez kilka tygodnie, a potem już tylko ubojnię. Przynajmniej taki kurczak zagrodowy sobie połaził, pogrzebał, a jeśli mu los dopisał, wyrósł na koguta i do granic obłędu strachu ganiał miastową dzieweczkę, pragnąc podziobać ją w różowe pięty (prawdziwa historia, moja. Do dzisiaj spoglądam niepewnym okiem na koguty na wolności, choć minęło ze trzydzieści lat od tego wydarzenia. One wiedzą i tylko czekają, by mi się dobrać do kończyn...). A gdy już zmusił ją do nawoływania płaczliwie babci z komórki, by uwolniła, bo "kogut!", łaził dumnie dookoła i stroszył ogon.
Zjadłam rosół z niego z prawdziwą satysfakcją...
Odbiegłam jednak od tematu. Kurczak i w ogóle drób, co łazi gdzie chce, ma pozwolenie na dorastanie w naturalny sposób i zjada to, co od tysięcy lat jadają ptaki domowe, w garnku jest delicją. Niestety, o ile nie mamy dostępu do takiego kurczaka na co dzień - musimy spożywać te sklepowe. Pozytyw z tego "nieprawdziwego" fileta, który już kupiliśmy jest taki, że nie drogi, smak ma prawie taki jak zagrodowy kurczak, i przede wszystkim znakomicie łączy się z innymi smakami, przez co da się zapomnieć skutecznie, co to za mięso.
Na przykład takie owoce. Świeże. Kurczak i kaczka bardzo je lubią. Mięso, znaczy się, przyjemnie z nimi współgra. Kaczkę z jabłkami albo w pomarańczach praktycznie każdy lubi. Nawet indyk nabiera charakteru, gdy go połączyć z jakimś świeżym owocem i nie zalatuje łapą (słowo daję, zawsze mi mięso indycze kończyną czuć, nie wiem dlaczego;)). Co prawda można i suszek użyć (przewałkowane tam i nazad schaby ze śliwką i suszoną morelą - hicior imieninowych imprez u starszego pokolenia...) ale nie ma to jak kawałek białego mięsa z posmakiem świeżego owocu.
Pomijając standardowe jabłka i pomarańcze, kilka lat temu szukając czegoś ciekawego na letni obiad, nie ciężkiego, ale sycącego, wpakowałam się na przepis, którego zmodyfikowaną wersję dzisiaj przedstawię. W przepisie tym w arcy ciekawy sposób połączył się smak kurczaka ze smakiem egzotycznego owocu mango, papryki zielonej i imbiru. Wychodzi z tego tak przedziwna mieszanina słodkich, słonych i pikantnych smaków, że człowiek je... i je... i w sumie nie wie, co w tym jest takiego, że nie chce przestać.
A przy tym, jeszcze nie spotkałam się z przypadkiem (a robię tę potrawę od dobrych ośmiu lat) by ktokolwiek się nią przejadł. Zawsze kończy się jedzenie z "lajtowym stopniem napchania". O ile, rzecz jasna, nie przesadzi się z makaronem, który robi tu za dodatek.
No dobra, warto jednak zapodać przepis na ten smaczny obiad, w sam raz na czerwcowy dzionek.
Składniki (na cztery porcje):
2/3 opakowania makaronu penne (rurki)
50 dkg piersi z kurczaka (zagrodowy byłby najlepszy, ale na upartego sklepowy filet też będzie dobry)
1 zielona papryka
1 duże mango (dojrzałe, a to oznacza, że powinno być miękkie, choć mieć gładką, nie pomarszczoną skórkę i kolor jak najbliższy czerwonemu i pomarańczowemu. Miąższ w środku żółty.)
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
2-3 łyżeczki świeżego, posiekanego imbiru (można go zastąpić sproszkowanym - przyprawą, ale danie traci wtedy na ostrości. No i trzeba dać go wtedy nieco więcej, by był wyczuwalny.)
1 kubeczek śmietany (ja zawsze używam "Śmietany z Trzebowniska", ale to ni mniej ni więcej tylko "osiemnastka", jaką dodaje się standardowo do zupy.)
sól, pieprz, Vegeta (można pominąć, ale w takim wypadku solidniej doprawić solą i pieprzem)
pęczek natki pietruszki
1/3 pęczka natki kolendry
oliwa (wasz wybór jaka, ja stosuję najchętniej z pestek winogron, bo nie dodaje własnego smaku potrawie)
sok z cytryny do doprawienia
parmezan do posypania
Wykonanie:
Pierś z kurczaka opłukać, pozbawić białych kawałków tłuszczu i błonek (nieestetycznie wyglądają po przysmażeniu i nie fajnie smakują, więc po co one), pokroić w kawałki (takie, jak zwykle kroimy robiąc gulasz).
Zieloną paprykę umyć, pozbawić ogonka i pestek, oraz białych części ze środka. Pokroić w paski.
Cebulę obrać, pokroić w cienkie krążki (jak do O-ringów).
Mango umyć, obrać ze skórki, pokroić najdrobniej jak się da w kosteczkę (przy okazji natkniecie się na sporą pestkę, którą trzeba okrawać dookoła, bo połączona z miąższem tak łatwo nie da się wyciągnąć.)
Ząbki czosnku pokroić drobniutko.
Imbir posiekać na drobną kostkę.
Zagotować makaron al dente (ani na miękko, ani na twardo, tak, by był sprężysty), wyrzucić na sitko, przelać zimną wodą, by się zahartował. Odstawić na bok. (ten krok można zrobić również po wykonaniu sosu.)
Na głęboką patelnię z rozgrzaną oliwą wrzucić pokrojonego kurczaka i obsmażać, aż całkowicie zbieleje z każdej strony, około 10 minut (ważne, nie dosmażone mięso drobiowe jest niezbyt bezpieczne dla zdrowia, dopilnujmy więc tego.). W międzyczasie doprawić go nieco solą i pieprzem, można też sypnąć troszkę Vegety. Obsmażone kawałki przełożyć do innego naczynia, zostawiając tłuszcz na patelni.Odstawić.
Na patelnię z oliwą po kurczaku wrzucić paprykę, podsmażyć ją nieco na małym ogniu, potem cebulę, i często mieszając doprowadzić obie do stanu szklistego i mięknącego. W międzyczasie trzeba będzie dolać oliwy, bo warzywa nie mogą się spalić.
Następnie do papryki i cebuli, już miękkich i pachnących, dodajemy imbir i czosnek. Całość mieszamy i smażymy jeszcze trochę, by smaki się połączyły, ale nic nadal nie spaliło. Na koniec do tych warzyw wrzucamy pokrojone drobno mango i często mieszając trzymamy tak długo na ogniu, aż kawałeczki owocu zaczną się rozpadać.
Po tym czasie stopniowo, łyżka po łyżce dodajemy cały kubeczek śmietany. Każda łyżka musi być starannie wmieszana w warzywa, by się nie zważyła. Nie musimy używać więc mąki. Gdy cała śmietana "wejdzie", dorzucamy kurczaka. Całość łączymy ze sobą, starannie mieszając, aby mięso dokładnie przeszło smakami, stale trzymając patelnię na średnim ogniu. Następnie doprawiamy solą, pieprzem, sokiem z cytryny, posiekaną pietruszką i kolendrą (zostawić kilka listków do dekoracji) i dopiero w momencie, gdy jesteśmy zadowoleni ze smaku, ściągamy patelnię z ognia.
Na koniec wyłożyć sos z kurczakiem na ugotowany makaron penne (można też wymieszać go z makaronem), posypać parmezanem, ozdobić listkami pietruszki lub kolendry i zajadać, aż się uszy trzęsą:)
Z moich uwag dodam tylko, że trzeba potrawę przyprawić mocniej, ale ostrożnie operować solą. To, co chcemy uzyskać, to wyraźny smak mango i imbiru (powinien lekko palić) oraz papryki na podkładzie z doprawionego mięsa kurczaka.
Pietruszkę można dodać do potrawy w sporej ilości, nawet i tę suszoną - przyprawę. Tylko podbije smak świeżością. Z kolendrą jednak nie szalejcie - lub przejmować smaki i może zepsuć efekt.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Kanapki z jajkiem i rzeżuchą Rincewinda
Ah, kanapki. Ciężko wyobrazić sobie obecnie bez nich życie. Są wszędzie. W każdym kraju jest jakiś ich rodzaj; od klasycznych dwóch kawałków chleba i zawartości, po monstrualne piętrusy, które nie tylko ciężko ugryźć, bo z samego patrzenia boli żuchwa choć żołądek kwiczy z głodu, tak smacznie wyglądają, to są prawdziwymi kompozycjami. Dziełami sztuki. A dzieł sztuki się nie maca i nie spożywa, tylko na nie się patrzy.
Dla mnie kanapki to tzw. "soul food" - jedzenie dla duszy. Gdy jestem głodna, spragniona ukojenia, jakie tylko pewna ilość jedzenia w żołądku i kubek herbaty mogą zapewnić i nie mam dosłownie siły robić czegoś bardzo wymyślnego, to starczy, że zajrzę do chlebownika i wyciągnę dowolne pieczywo, wrzucę na nie cokolwiek z lodówki i można jeść. Na dodatek zaspokoją głód nie gorzej niż przysłowiowy schaboszczak z kapustą. Odpowiednio zrobiona kanapka ma wszystko, czego trzeba organizmowi, by dostał jeden z głównych posiłków w ciągu dnia.
Królowie plecaków szkolnych, knajp z fastfoodami (a myślicie, że czym jest hamburger, jak nie kanapką?:)) eleganckich przyjęć i podróży... nikt by nie przypuszczał, że kanapka zrobi taką karierę.
Na pewno nie Lord Sandwich, angielski arystokrata, uważany za autora pierwszej kanapki na świecie. Choć tak po prawdzie jej autorem był kucharz Lorda Sandwicha. Ten właśnie, poproszony o przygotowanie czegoś do jedzenia dla swego chlebodawcy, o późnej, nocnej porze, podczas, gdy pan rozgrywał kolejną partię wista z przyjaciółmi szlachetnej krwi, ruszył zaspaną głową, i przygotował coś, co można trzymać w jednej ręce, nie ubrudzić się, a jednocześnie tym nasycając, grać dalej. Czyli między dwa kawałki chleba wpakował plaster pieczeni i takie coś podał swemu panu. Tak przynajmniej głosi legenda.
Czy ta pierwsza kanapka była faktycznie tylko taka, czy maźnięto ją jeszcze musztardą i popijano porterem, chwaląc pomysłowość kucharza - o tym historia milczy. Kanapka jednak przetrwała, otrzymując swą nazwę - sandwich - od Lorda, który pochłoną pierwszą jej sztukę. I z Anglii rozlazła się na cały świat.
Bez kanapki (jakąkolwiek przybierze ona formę), nie potrafimy sobie w sumie wyobrazić istnienia; czy to jako "kromka z tylżyckim" - jaka królowała często na polskich stołach za czasów PRL-u, czy przepełnione dobrem włoskie Calzone, lub rożki z francuskiego ciasta - jakby nie spojrzał, też mają coś z kanapki. Jest również i w literaturze. Jako angielski twór jakże więc nie miałaby się pojawić u Terry Pratchetta w jego sławnym "Świecie Dysku" i to wielokrotnie?
Spójrzmy zatem do książki, poszukując jednej z przesławnych kanapek, jakie tam odgrywają niekiedy niezwykle ważną rolę...
"- Nie spodziewałem się, że jeszcze kogoś tutaj zastanę - zabrzmiał głos przy uchu Rincewinda. Był to głos nieco urażony, głos odpowiedni do narzekania, ale przynajmniej nie brzmiała w nim groźba. Rincewind pozwolił swemu ciału obrócić się.
Mały człowieczek o szczurzej twarzy siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mu się nieco podejrzliwie. Miał za uchem ołówek.
- Oj... dzień dobry - powiedział Rincewind. - A gdzie właściwie jest to "tutaj"?
- Nigdzie. Na tym rzecz polega, nie?
- Zupełnie nigdzie?
- Jeszcze nie.
- No dobrze - ustąpił Rincewind - A kiedy to już będzie gdzieś?
- Trudno powiedzieć - stwierdził człowieczek. - Patrząc na was dwóch i dodając jedno do drugiego, tempo metabolizmu i takie tam różne, powiedziałbym, że to miejsce znajdzie się gdzieś w ciągu...hm... mniej więcej, powiedzmy, pięciuset sekund. - zaczął odwijać pakunek, który trzymał na kolanach. - Masz może ochotę na kanapkę? Skoro i tak musimy czekać...
- Co? Czy ja... - W tym momencie żołądek Rincewinda, świadom, że jeśli pozwoli mózgowi na samodzielność, ryzykuje utratą inicjatywy, wtrącił się i skłonił dopytania: - A z czym?
- Nie mam pojęcia. A z czym chciałabyś, żeby była?
- Słucham?
- Nie marudź. Powiedz tylko, z czym chciałbyś, żeby była.
- Aha... - Rincewind przyjrzał mu się uważnie. - Gdybyś miał z jajkiem i rzeżuchą...
- Niech się stanie jajko i rzeżucha, mniej więcej - powiedział człowieczek.
Sięgnął do pakunku i wręczył Rincewindowi biały prostokąt.
- O rany - ucieszył się mag. - Co za przypadek.
(...)
- Ale posłuchaj - szeptał Eryk. - Jeśli to naprawdę stwórca świata, to twoja kanapka jest relikwią religijną!
- O rany... - jęknął Rincewind. Nie jadł już chyba od wieków. Zastanowił się, jaką karę przewidziano za zjedzenie obiektu kultu. Prawdopodobnie surową.
- Mógłbyś umieścić ją w jakiejś świątyni, a miliony ludzi przychodziłoby popatrzeć.
Mag ostrożnie podniósł kromkę chleba.
- Nie ma majonezu - zauważył. - Czy taka też się liczy?"
Terry Pratchett - Eryk
Powyższy tekst to wyjątek z jednej z przyjemniejszych książek serii Świata Dysku, nieodżałowanego Terry Pratchetta. Mamy w nim fragment, który nieodmiennie zawsze mnie śmieszył: bóstwo sprawcze niewielkich elementów świata tworzy dla głodnego Rincewinda jego ulubioną Kanapkę. Kanapkę właśnie przez duże K, nie dlatego, że jest ona główną bohaterką dzisiejszej felki, ale dlatego, że dzięki tej Kanapce Rincewind (mag, który jak większość z was pamięta - potrafił krzyczeć "Ratunku!" w czternastu językach i skamleć o litość w kolejnych dwunastu) dokonał dzieła stworzenia świata. Kanapka ta dokonała dzieła stworzenia, znaczy się, a potem przestała mieć znaczenie w tej przygodzie, ale u nas... cóż... uczyniliśmy ją głównym bohaterem tego tekstu. Jesteśmy to winni wszystkim tym bakteriom, co się na niej wychowały, a potem w toku ewolucji stały się ludźmi, nie wiedzieć czemu spragnionymi majonezu...
Lubię kanapki. Lubię rzeżuchę i jajka i szalenie lubię majonez. Nie ten niskotłuszczowy, reklamowany jako "light". Toż to nie majonez tylko udawanie, że go zjadamy. Gdzie te kalorie, co tak rozkosznie idą w biodra i tyłek! Gdzie smak, jeśli zabierzecie z niego tłuszcze? Nie ma. Zupełnie jak w stworzonej z niczego kanapce.
Ale w takim razie skoro nie było w niej majonezu, a być powinien, co jeszcze o niej wiemy, jeżeli interesuje nas odtworzenie tego przysmaku?
Na pewno będąc kanapką brytyjskiego pochodzenia (Terry Pratchett pochodził z Wielkiej Brytanii) jest z białego chleba. Niczym innym nie może być ów "biały prostokąt". Na pewno też ma odciętą skórkę, tak jak brytyjczycy lubią, a zatem mamy do czynienia z chlebem typu tostowego, w jak najbardziej klasycznym kształcie. Poza tym, bądźmy szczerzy - "Eryka" pisał mężczyzna, a mężczyźni jadają męskie kanapki - kwadraty. Nie serduszka czy inne motylki wykrawane foremką.
Poza chlebem mamy też jajko. Na twardo, stosownie rozdrobnione, skoro gryzienie kanapki nie wiąże się z łapaniem plasterków wylatujących z chleba do łapy. Oraz rzeżuchę. Zabrakło majonezu, który łączyłby ten duet. Jednakże starczy nam to, co już mamy, by wyszykować sobie jak najbardziej Rincewindzią kanapkę z jajkiem i rzeżuchą, która być może nie stworzy nowego uniwersum, ale na pewno napełni nam żołądki i rozjaśni rzeczywistość.
I to też mamy zamiar uczynić.
Niech się stanie Kanapka z jajkiem i rzeżuchą!
Składniki (1 kanapka - 1 osoba. Dla większej liczby osób/kanapek, stosownie powiększamy proporcje):
2 kromki pszennego chleba tostowego
2 średnie jajka
1 łyżka majonezu
1 solidna garść rzeżuchy (wraz z łodyżkami)
sól, pieprz, majeranek, trochę szczypiorku do smaku
Wykonanie:
Jajka ugotować na twardo. Ochłodzić, obrać ze skorupek, w misce rozdrobnić widelcem (nadal chcemy czuć, że gryziemy jajko w kanapce, więc nie robimy całkowitej miazgi).
Do pogniecionych jajek dodajemy majonez, przyprawiamy solą pieprzem i ziołami, dorzucamy rzeżuchę i starannie mieszamy. Na chleb nakładamy solidną, grubą warstwę jajeczno-majonezowo-rzeżuchowej mikstury (przez solidną rozumiemy niemal takiej grubości jak i kromka) i przykładamy drugą kromką. Przyciskamy lekko, by się nam warstwy zlepiły. Następnie ostrym nożem odcinamy skórkę, zostawiając równy kwadrat... i kanapka właściwie jest gotowa.
Anglicy zazwyczaj tną ją jeszcze po przekątnej, ponieważ szalenie lubią trójkątne kanapki do swej "5 o'clock tea", ale skoro my mamy w zamyśle zjeść idealną kanapkę Rincewinda, więc zostawmy sobie kwadrat.
Podawać radzę od razu. Chleb tostowy szybko namaka, a kanapka przesiąknięta na wskroś, to coś, czego i Bagaż by nie chciał powąchać. Aczkolwiek pastę tę wykonać można sobie chwilę wcześniej (to nawet dobry pomysł, bo smaki się zdążą przegryźć), przechować w szczelnym pojemniku z zamknięciem i nałożyć na chleb tuż przed planowanym zjedzeniem.
Jak podawać? W towarzystwie bóstwa i młodocianego demonologa, mając przed oczami kształtujący się świat i zjeść tylko pół? Nie nie nie nie... zjedzmy Kanapkę w towarzystwie kubka doskonałej, mocnej herbaty Earl Gray, czytając na przykład po raz kolejny "Eryka". Lub każdy inny tom "Świata Dysku", gdzie przewija się Rincewind.
Gotowe. Magia dokonana, kanapka "stała się" praktycznie sama.
Smaczy wam się?:)
Dla mnie kanapki to tzw. "soul food" - jedzenie dla duszy. Gdy jestem głodna, spragniona ukojenia, jakie tylko pewna ilość jedzenia w żołądku i kubek herbaty mogą zapewnić i nie mam dosłownie siły robić czegoś bardzo wymyślnego, to starczy, że zajrzę do chlebownika i wyciągnę dowolne pieczywo, wrzucę na nie cokolwiek z lodówki i można jeść. Na dodatek zaspokoją głód nie gorzej niż przysłowiowy schaboszczak z kapustą. Odpowiednio zrobiona kanapka ma wszystko, czego trzeba organizmowi, by dostał jeden z głównych posiłków w ciągu dnia.
Królowie plecaków szkolnych, knajp z fastfoodami (a myślicie, że czym jest hamburger, jak nie kanapką?:)) eleganckich przyjęć i podróży... nikt by nie przypuszczał, że kanapka zrobi taką karierę.
Na pewno nie Lord Sandwich, angielski arystokrata, uważany za autora pierwszej kanapki na świecie. Choć tak po prawdzie jej autorem był kucharz Lorda Sandwicha. Ten właśnie, poproszony o przygotowanie czegoś do jedzenia dla swego chlebodawcy, o późnej, nocnej porze, podczas, gdy pan rozgrywał kolejną partię wista z przyjaciółmi szlachetnej krwi, ruszył zaspaną głową, i przygotował coś, co można trzymać w jednej ręce, nie ubrudzić się, a jednocześnie tym nasycając, grać dalej. Czyli między dwa kawałki chleba wpakował plaster pieczeni i takie coś podał swemu panu. Tak przynajmniej głosi legenda.
Czy ta pierwsza kanapka była faktycznie tylko taka, czy maźnięto ją jeszcze musztardą i popijano porterem, chwaląc pomysłowość kucharza - o tym historia milczy. Kanapka jednak przetrwała, otrzymując swą nazwę - sandwich - od Lorda, który pochłoną pierwszą jej sztukę. I z Anglii rozlazła się na cały świat.
Bez kanapki (jakąkolwiek przybierze ona formę), nie potrafimy sobie w sumie wyobrazić istnienia; czy to jako "kromka z tylżyckim" - jaka królowała często na polskich stołach za czasów PRL-u, czy przepełnione dobrem włoskie Calzone, lub rożki z francuskiego ciasta - jakby nie spojrzał, też mają coś z kanapki. Jest również i w literaturze. Jako angielski twór jakże więc nie miałaby się pojawić u Terry Pratchetta w jego sławnym "Świecie Dysku" i to wielokrotnie?
Spójrzmy zatem do książki, poszukując jednej z przesławnych kanapek, jakie tam odgrywają niekiedy niezwykle ważną rolę...
"- Nie spodziewałem się, że jeszcze kogoś tutaj zastanę - zabrzmiał głos przy uchu Rincewinda. Był to głos nieco urażony, głos odpowiedni do narzekania, ale przynajmniej nie brzmiała w nim groźba. Rincewind pozwolił swemu ciału obrócić się.
Mały człowieczek o szczurzej twarzy siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mu się nieco podejrzliwie. Miał za uchem ołówek.
- Oj... dzień dobry - powiedział Rincewind. - A gdzie właściwie jest to "tutaj"?
- Nigdzie. Na tym rzecz polega, nie?
- Zupełnie nigdzie?
- Jeszcze nie.
- No dobrze - ustąpił Rincewind - A kiedy to już będzie gdzieś?
- Trudno powiedzieć - stwierdził człowieczek. - Patrząc na was dwóch i dodając jedno do drugiego, tempo metabolizmu i takie tam różne, powiedziałbym, że to miejsce znajdzie się gdzieś w ciągu...hm... mniej więcej, powiedzmy, pięciuset sekund. - zaczął odwijać pakunek, który trzymał na kolanach. - Masz może ochotę na kanapkę? Skoro i tak musimy czekać...
- Co? Czy ja... - W tym momencie żołądek Rincewinda, świadom, że jeśli pozwoli mózgowi na samodzielność, ryzykuje utratą inicjatywy, wtrącił się i skłonił dopytania: - A z czym?
- Nie mam pojęcia. A z czym chciałabyś, żeby była?
- Słucham?
- Nie marudź. Powiedz tylko, z czym chciałbyś, żeby była.
- Aha... - Rincewind przyjrzał mu się uważnie. - Gdybyś miał z jajkiem i rzeżuchą...
- Niech się stanie jajko i rzeżucha, mniej więcej - powiedział człowieczek.
Sięgnął do pakunku i wręczył Rincewindowi biały prostokąt.
- O rany - ucieszył się mag. - Co za przypadek.
(...)
- Ale posłuchaj - szeptał Eryk. - Jeśli to naprawdę stwórca świata, to twoja kanapka jest relikwią religijną!
- O rany... - jęknął Rincewind. Nie jadł już chyba od wieków. Zastanowił się, jaką karę przewidziano za zjedzenie obiektu kultu. Prawdopodobnie surową.
- Mógłbyś umieścić ją w jakiejś świątyni, a miliony ludzi przychodziłoby popatrzeć.
Mag ostrożnie podniósł kromkę chleba.
- Nie ma majonezu - zauważył. - Czy taka też się liczy?"
Terry Pratchett - Eryk
Powyższy tekst to wyjątek z jednej z przyjemniejszych książek serii Świata Dysku, nieodżałowanego Terry Pratchetta. Mamy w nim fragment, który nieodmiennie zawsze mnie śmieszył: bóstwo sprawcze niewielkich elementów świata tworzy dla głodnego Rincewinda jego ulubioną Kanapkę. Kanapkę właśnie przez duże K, nie dlatego, że jest ona główną bohaterką dzisiejszej felki, ale dlatego, że dzięki tej Kanapce Rincewind (mag, który jak większość z was pamięta - potrafił krzyczeć "Ratunku!" w czternastu językach i skamleć o litość w kolejnych dwunastu) dokonał dzieła stworzenia świata. Kanapka ta dokonała dzieła stworzenia, znaczy się, a potem przestała mieć znaczenie w tej przygodzie, ale u nas... cóż... uczyniliśmy ją głównym bohaterem tego tekstu. Jesteśmy to winni wszystkim tym bakteriom, co się na niej wychowały, a potem w toku ewolucji stały się ludźmi, nie wiedzieć czemu spragnionymi majonezu...
Lubię kanapki. Lubię rzeżuchę i jajka i szalenie lubię majonez. Nie ten niskotłuszczowy, reklamowany jako "light". Toż to nie majonez tylko udawanie, że go zjadamy. Gdzie te kalorie, co tak rozkosznie idą w biodra i tyłek! Gdzie smak, jeśli zabierzecie z niego tłuszcze? Nie ma. Zupełnie jak w stworzonej z niczego kanapce.
Ale w takim razie skoro nie było w niej majonezu, a być powinien, co jeszcze o niej wiemy, jeżeli interesuje nas odtworzenie tego przysmaku?
Na pewno będąc kanapką brytyjskiego pochodzenia (Terry Pratchett pochodził z Wielkiej Brytanii) jest z białego chleba. Niczym innym nie może być ów "biały prostokąt". Na pewno też ma odciętą skórkę, tak jak brytyjczycy lubią, a zatem mamy do czynienia z chlebem typu tostowego, w jak najbardziej klasycznym kształcie. Poza tym, bądźmy szczerzy - "Eryka" pisał mężczyzna, a mężczyźni jadają męskie kanapki - kwadraty. Nie serduszka czy inne motylki wykrawane foremką.
Poza chlebem mamy też jajko. Na twardo, stosownie rozdrobnione, skoro gryzienie kanapki nie wiąże się z łapaniem plasterków wylatujących z chleba do łapy. Oraz rzeżuchę. Zabrakło majonezu, który łączyłby ten duet. Jednakże starczy nam to, co już mamy, by wyszykować sobie jak najbardziej Rincewindzią kanapkę z jajkiem i rzeżuchą, która być może nie stworzy nowego uniwersum, ale na pewno napełni nam żołądki i rozjaśni rzeczywistość.
I to też mamy zamiar uczynić.
Niech się stanie Kanapka z jajkiem i rzeżuchą!
Składniki (1 kanapka - 1 osoba. Dla większej liczby osób/kanapek, stosownie powiększamy proporcje):
2 kromki pszennego chleba tostowego
2 średnie jajka
1 łyżka majonezu
1 solidna garść rzeżuchy (wraz z łodyżkami)
sól, pieprz, majeranek, trochę szczypiorku do smaku
Wykonanie:
Jajka ugotować na twardo. Ochłodzić, obrać ze skorupek, w misce rozdrobnić widelcem (nadal chcemy czuć, że gryziemy jajko w kanapce, więc nie robimy całkowitej miazgi).
Do pogniecionych jajek dodajemy majonez, przyprawiamy solą pieprzem i ziołami, dorzucamy rzeżuchę i starannie mieszamy. Na chleb nakładamy solidną, grubą warstwę jajeczno-majonezowo-rzeżuchowej mikstury (przez solidną rozumiemy niemal takiej grubości jak i kromka) i przykładamy drugą kromką. Przyciskamy lekko, by się nam warstwy zlepiły. Następnie ostrym nożem odcinamy skórkę, zostawiając równy kwadrat... i kanapka właściwie jest gotowa.
Anglicy zazwyczaj tną ją jeszcze po przekątnej, ponieważ szalenie lubią trójkątne kanapki do swej "5 o'clock tea", ale skoro my mamy w zamyśle zjeść idealną kanapkę Rincewinda, więc zostawmy sobie kwadrat.
Podawać radzę od razu. Chleb tostowy szybko namaka, a kanapka przesiąknięta na wskroś, to coś, czego i Bagaż by nie chciał powąchać. Aczkolwiek pastę tę wykonać można sobie chwilę wcześniej (to nawet dobry pomysł, bo smaki się zdążą przegryźć), przechować w szczelnym pojemniku z zamknięciem i nałożyć na chleb tuż przed planowanym zjedzeniem.
Jak podawać? W towarzystwie bóstwa i młodocianego demonologa, mając przed oczami kształtujący się świat i zjeść tylko pół? Nie nie nie nie... zjedzmy Kanapkę w towarzystwie kubka doskonałej, mocnej herbaty Earl Gray, czytając na przykład po raz kolejny "Eryka". Lub każdy inny tom "Świata Dysku", gdzie przewija się Rincewind.
Gotowe. Magia dokonana, kanapka "stała się" praktycznie sama.
Smaczy wam się?:)
niedziela, 7 czerwca 2015
Słowem wstępu...
No i stało się. Z odkrytej jakiś czas temu pasji do gotowania co dziwniejszych rzeczy, inspirowanej rozmaitymi źródłami, od książek, przez filmy, po rozmaite programy kulinarne, oraz z namowy rożnych ludzi, którzy zjadali moje twory i spoglądali z wielkimi z zaskoczenia oczami, że "to" może być nadspodziewanie dobre, i czemu jeszcze tego nie publikuję, założyłam bloga. "Ban-to-felki", które właśnie zaczynacie przeglądać.
Ale to nie tylko to. Zawsze bardzo lubiłam pisać. We wczesnej młodości wiersze białe i rymowane (nadal jeszcze gdzieś na necie można je znaleźć), potem dłuższe opowiadania. Cztery lata temu z kolei zaczęłam pisać książkę (powiedzmy, że science-fiction, chociaż tak naprawdę to pomieszanie różnych stylów), ale wiecie jak to jest. Buchająca, spalająca cię wena - pisze się dnie i noce. Wygasa - nie jesteś w stanie napisać ani literki, a to, co napiszesz z musu jest co najmniej denne. Dlatego wdzięcznie uległam bezweniu, a zaczątek mej książki zimuje gdzieś w otchłaniach pamięci komputerowej i czeka na lepsze czasy.
Doczeka się. Możecie być pewni, bo ostatnio coraz częściej o niej myślę. Bohaterowie się ponownie budzą w mej wyobraźni, domagając się ożywienia. Chyba im w końcu ulegnę.
Jednakże teraz mam dwie inne pasje, które, poza rodziną, zajmują mi czas wolny. Gotowanie i tworzenie z przyjacielem nowej gry TGF. I obie, śmiem powiedzieć, rozwijają się wspaniale. Co ciekawsze wszystko to, czym się interesuję, łączy się ze sobą. Fantasy we wszelkiej postaci, które kocham, role-play (który uskuteczniam), pisanie, bez którego nie potrafiłabym żyć i książki... te książki, które leżą u podstaw wielu mych innych zainteresowań i inspiracji... a skoro wszystko się tak pięknie łączy, grzechem byłoby pisać o jednym, a zapominać o drugim.
Oto więc macie: Bansheekowy blog o gotowaniu... i nie tylko.
Zapraszam do czytania i komentowania. W końcu po to to robię: by te wszystkie teksty nie lądowały "w szufladzie", a cieszyły czyjeś oczy:)
Gosia D. vel Banshee
PS: zapomniałabym o najważniejszym, co zawsze obiecywałam sobie napisać, w przypadku takiego bloga. Wszystko to co piszę i jak piszę, istnieje dzięki kilku mentorom, ludziom wybitnym, którzy w pewnych momentach mego życia nieświadomie wywarli na mnie i mój styl ogromny wpływ. Nie są świadomi mego istnienia (w jednym przypadku nigdy się to nie stanie, rzecz jasna) i pewnie nigdy nie będą, ale to nie uwalnia mnie od ogromnej wdzięczności, jaką żywię za to, że mogłam ich czytać:
Kornel Makuszyński - autor mych ukochanych książek z dzieciństwa, bez którego nigdy nie poznałabym jak się pisze zabawnie, ale i mądrze;
Jerzy Iwaszkiewicz - genialny dziennikarz i felietonista, którego artykuły czytam od lat. Niedościgły wzór pisania, któremu nieśmiało staram się dorównać ze swoim stylem. Polecam zbiór felietonów pana Iwaszkiewicza - książkę "Kot w pralce" . Tylko on potrafi pisać o sprawach poważnych tak lekkim stylem, że nawet pogrzeb wydaje się chwilą bardziej pełną zadumy nacechowanej nadzieją, niż smutku;
Nigella Lawson - Domowej Bogini polecać nie trzeba nikomu, kto lubi gotować.
Należałoby dodać, że jestem autorką nie tylko wszystkich tekstów nie cytowanych w tym blogu, ale i zdjęć. Te pewnie nie zawsze zachwycą (lepiej piszę niż robię zdjęcia), ale są potrzebne, by pokazać, jak dana potrawa powinna wyglądać finalnie.
No i wszystkie dania bez wyjątku, które tu lądują, zostały zrobione przeze mnie osobiście i wypróbowane. Słowo pisane zobowiązuje, a dobry kucharz zawsze wie, jak smakuje to, czym się dzieli.
No, a teraz, skoro kończę już wstępniaka, a blog zaczyna przypominać swoją ostateczną wersję graficznie, czas zabrać się za właściwe pisanie.
Czytajcie, komentujcie, krytykujcie (czemu nie, to też się przydaje).
Zaczynamy!
Ale to nie tylko to. Zawsze bardzo lubiłam pisać. We wczesnej młodości wiersze białe i rymowane (nadal jeszcze gdzieś na necie można je znaleźć), potem dłuższe opowiadania. Cztery lata temu z kolei zaczęłam pisać książkę (powiedzmy, że science-fiction, chociaż tak naprawdę to pomieszanie różnych stylów), ale wiecie jak to jest. Buchająca, spalająca cię wena - pisze się dnie i noce. Wygasa - nie jesteś w stanie napisać ani literki, a to, co napiszesz z musu jest co najmniej denne. Dlatego wdzięcznie uległam bezweniu, a zaczątek mej książki zimuje gdzieś w otchłaniach pamięci komputerowej i czeka na lepsze czasy.
Doczeka się. Możecie być pewni, bo ostatnio coraz częściej o niej myślę. Bohaterowie się ponownie budzą w mej wyobraźni, domagając się ożywienia. Chyba im w końcu ulegnę.
Jednakże teraz mam dwie inne pasje, które, poza rodziną, zajmują mi czas wolny. Gotowanie i tworzenie z przyjacielem nowej gry TGF. I obie, śmiem powiedzieć, rozwijają się wspaniale. Co ciekawsze wszystko to, czym się interesuję, łączy się ze sobą. Fantasy we wszelkiej postaci, które kocham, role-play (który uskuteczniam), pisanie, bez którego nie potrafiłabym żyć i książki... te książki, które leżą u podstaw wielu mych innych zainteresowań i inspiracji... a skoro wszystko się tak pięknie łączy, grzechem byłoby pisać o jednym, a zapominać o drugim.
Oto więc macie: Bansheekowy blog o gotowaniu... i nie tylko.
Zapraszam do czytania i komentowania. W końcu po to to robię: by te wszystkie teksty nie lądowały "w szufladzie", a cieszyły czyjeś oczy:)
Gosia D. vel Banshee
PS: zapomniałabym o najważniejszym, co zawsze obiecywałam sobie napisać, w przypadku takiego bloga. Wszystko to co piszę i jak piszę, istnieje dzięki kilku mentorom, ludziom wybitnym, którzy w pewnych momentach mego życia nieświadomie wywarli na mnie i mój styl ogromny wpływ. Nie są świadomi mego istnienia (w jednym przypadku nigdy się to nie stanie, rzecz jasna) i pewnie nigdy nie będą, ale to nie uwalnia mnie od ogromnej wdzięczności, jaką żywię za to, że mogłam ich czytać:
Kornel Makuszyński - autor mych ukochanych książek z dzieciństwa, bez którego nigdy nie poznałabym jak się pisze zabawnie, ale i mądrze;
Jerzy Iwaszkiewicz - genialny dziennikarz i felietonista, którego artykuły czytam od lat. Niedościgły wzór pisania, któremu nieśmiało staram się dorównać ze swoim stylem. Polecam zbiór felietonów pana Iwaszkiewicza - książkę "Kot w pralce" . Tylko on potrafi pisać o sprawach poważnych tak lekkim stylem, że nawet pogrzeb wydaje się chwilą bardziej pełną zadumy nacechowanej nadzieją, niż smutku;
Nigella Lawson - Domowej Bogini polecać nie trzeba nikomu, kto lubi gotować.
Należałoby dodać, że jestem autorką nie tylko wszystkich tekstów nie cytowanych w tym blogu, ale i zdjęć. Te pewnie nie zawsze zachwycą (lepiej piszę niż robię zdjęcia), ale są potrzebne, by pokazać, jak dana potrawa powinna wyglądać finalnie.
No i wszystkie dania bez wyjątku, które tu lądują, zostały zrobione przeze mnie osobiście i wypróbowane. Słowo pisane zobowiązuje, a dobry kucharz zawsze wie, jak smakuje to, czym się dzieli.
No, a teraz, skoro kończę już wstępniaka, a blog zaczyna przypominać swoją ostateczną wersję graficznie, czas zabrać się za właściwe pisanie.
Czytajcie, komentujcie, krytykujcie (czemu nie, to też się przydaje).
Zaczynamy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







