czwartek, 3 listopada 2016

Fianna Coddle z wilczym chlebkiem sodowym("Wilkołak: Apokalipsa" RPG)/ Fianna Coddle with Irish werewolf soda bread ("Werewolf: The Apocalypse" Role-Playing Game)


Oto Rhiannon z rodu Óir, obdarzona wilczym imieniem "Stąpającej po Krawędzi". Ragabash z plemienia Fianna, pochodząca z watahy "Synów Świtu", strzegącej Caernu Czterech Wiatrów na Eire. Samica w randze Adren. Obecnie przebywa z watahą Ataku Znikąd w San Francisco, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, dowodzoną przez Wulfgara Hrothgerssona, Alfę szczepu.
Rhiannon jest Celtką. Jest ruda, zielonooka i charakterna.
Jest wilkołakiem.

Sam ten opis (oraz karta postaci i grafika pod linkiem powyżej) powinny już wam dawać pewną wizję tej postaci, jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jakie mogłyby być wilkołaki pochodzące od Celtów, gdyby istniały naprawdę.  Bardzo często takie jak ona. Żywiołowe, artystyczne duchy, robiące dokładnie to, co im każą instynkty, ale jednocześnie niezwykle mocno strzegące tradycji wilczej rasy. Właściwie, gdy tak sobie pomyślę, Celtom bardzo niewiele brakowałoby do wilkołaków. To, że byli ludźmi, a nie wilczymi ludźmi można by uznać za drobne przeoczenie, jeden chromosom za mało, o którym zapomniała natura. Bowiem wszystko inne pasuje do obrazu jakoby Zieloną Wyspę od zarania dziejów zamieszkiwali zmiennokształtni.

Przejdźmy jednak do samego początku, bowiem mam wrażenie, że parę osób już czuje się zagubionych.
Ten link powyżej zawiera kartę postaci do gry role-play "Wilkołak: Apokalipsa", należącej do uniwersum Świat Mroku (World of Darkness) - najsłynniejszego mrocznego, paranormalnego systemu wśród gier RPG. Pozycji wręcz kultowej, której nie wypada nie znać, jeżeli się ma za gracza RPG z prawdziwego zdarzenia. W jego skład, oprócz uniwersum wilkołaczego, wchodzi także świat wampirów, magów, upiorów, mumii i pół tuzina innych, kultowych postaci, jakie na pewno kojarzycie z horrorów i fantasy.
Okres świetności WoD i Wilkołaka przypada na lata 90te, kiedy na całym świecie niemal bezustannie tłuczono w którąś z jego odsłon, do czasu aż przestały wychodzić dodatki, i powstawać zaczęły coraz to nowe uniwersa do gry na role. Wszystko czasem się przykrzy, prawda? Tak też WoD zachował swą pozycję kultowej gry, ale teraz to przede wszystkim starzy wyjadacze i weterani nadal nurzają się w jego mrocznych odmętach. Nowi gracze zaczynają od lżejszego fantasy, które nie wydaje się im tak bardzo passe, napiętnowane "sparkleniem" ze Zmierzchu i indiańskiej krwi wilkołakami, latającymi w podartym gatkach. Lub od ciężkiego sf. Umówmy się: WoD to pozycja, której musi spróbować każdy szanujący się gracz RPG, ale której czasy świetności już przeminęły.

To jednak, że korona mu z głowy już spadła nie znaczy, że wszyscy już o nim zapomnieli. Tu i tam nadal są ekipy, które z rozkoszą grają w tym systemie. Ja mam szczęście być w jednej z takich grup, składającej się z zapalonych graczy, którzy swoje lata grania liczą już nie miarą kalendarzową, a ilością zdekompletowanych setów kości, pogubionych podczas emocjonujących rozgrywek, posiadającej doskonałego MG i przede wszystkim - uważającej świat Wilkołaka, za najwspanialszy na świecie.
"Wilkołak: Apokalipsa" to, najkrócej rzecz ujmując, system gry, gdzie prowadzi się postać wilkołaka - jednego z dwunastu plemion wilczych ludzi, jakie zamieszkują Ziemię - Gaję, strzegąc jej przed złem. Jednakże przegrywają, wobec postępu i zatrucia środowiska, o czym mówi już sama nazwa systemu. Apokalipsa - koniec świata, gdzie resztek broni już tylko garstka Kłów i Pazurów Gai - Garou. Można by powiedzieć, że toczą ostatnią, przegraną walkę, bowiem postępu zatrzymać się już nie da. Czy aby na pewno? Nooo... wampirzy body-count u nas na sesjach daje nieco optymistyczniejszą wizję tej Apokalipsy, świadczy o tym, że jeszcze nie upadliśmy, jeszcze wilki się stroszą i kąsają, ale nie uprzedzajmy faktów, bo mój MG, czytający zapewne tę notatkę, zaraz się rozsierdzi i przysięgnie sobie, że "on nam zaraz pokaże Apokalipsę jak należy", skoro w nią upieram się nie wierzyć:D
Wilkołak właściwie jest jedynym systemem, o jakim wiem, tak bardzo podkreślającym temat ochrony Gai, a więc i środowiska naturalnego, tak nafaszerowanym duchowością i rytuałami, że najmniejsze osiągnięcie postaci wilkołaczej (awans w grupie, utworzenie watahy, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegoś totemu lub przewodnika) zasługuje na osobną celebrację. Walki walkami, rozrywanie wampirów i innego żmijostwa (Żmij - największy przeciwnik Garou w systemie, a wampierze są jego najwyraźniej widocznym stronnikiem), odprężającym rozrywaniem i szaberkiem, ale dzięki temu naciskowi na umiłowanie ginącej na tury przez wilczych ludzi, jest tak niezwykłym, niespotykanie mamiącym środowiskiem.
No, nie każdy to lubi. Większość graczy, jakich znam chętnie gra w heroic fantasy z mordowaniem dziewic, ratowaniem smoków i gromadzeniem skarbów, albo strzela z broni laserowej do wszystkiego co się rusza, jednak mnie akurat bardzo podoba się klimat tej gry. I wilczy Celtowie. Zawsze... zawsze Celtowie.

Już na pewno wiecie, że do Celtów, Szkotów i Irlandczyków mam stosunek pełen zachwytu. Uwielbiam te klimaty, kulturę celtycką kocham, kiedyś na pewno na Wyspy Brytyjskie się wybiorę i chyba nie było bardziej nieszczęśliwej Polki, gdy referendum Szkotów o niepodległość od Brytoli zakończyło się fiaskiem. Cóż więc w tym dziwnego, że skoro w systemie o mej ulubionej rasie jest możliwość zagrania celtyckim wilkołakiem, natychmiast go wybieram, a towarzystwo zna mnie do tego stopnia, że swoich postaci nie mieli jeszcze zrobionych, a już wiedzieli, że Fianna, czyli celtycka wilcza dusza będzie w watasze, w związku z czym mają nastawić się na przedziwne gadki w gaeliku, zaczepki i rozmaite numery, jakie, w ramach energicznej rozrywki, będę im wykręcać. Bo plemię Fianna to Celci do szpiku kości, nawet i bardziej. Są najstarszym plemieniem Garou, wręcz twórcami wilczej mowy, bajarzami i pieśniarzami, a legendy o wielkich dokonaniach rasy są naszpikowane tym czy tamtym rudym, wymalowanym na niebiesko wilkiem, którego czyny położyły podwaliny pod to, czym jest teraz ginący świat wilkołaków. A skoro wilki są celtami, to większość prawdziwej, celtyckiej kultury, którą tak kocham, jest z nimi bardzo ściśle związana. Czyli muzyka. Mowa. Wzornictwo. A także zachowanie i, najważniejsze dla mnie w tym momencie - zwyczaje żywieniowe.

Pierwsze i najważniejsze: jedynie właściwe wilkołaki, czyli te z WoD - nie jedzą ludzkiego mięsa. Mają zakaz z litanii - listy wilkołaczych praw, których złamanie ściąga im na głowy nie lada kłopoty. Nawet jeżeli są w formie innej niż ludzka, a tych do wyboru są jeszcze cztery. Potwornego Crinosa, postać bojową Garou, czyli pół ludzką, pół wilczą bestię znacie w tej lub innej formie z filmów i książek. Jest także normalny wilk - Lupus, i obie te formy lubują się w surowiźnie, ale nie w ludzinie. Poza nimi jest jeszcze wilk potworny, przerośnięty, maszynka do mordowania na czterech nogach - Hispo, oraz neandertalczyk - Glabro - bardzo włochaty, przerośnięty człowiek.
Skoro ludzkiego mięsa w diecie wilkołaczej nie ma - co jedzą? Ano, jako rasa właściwie prosta, nie przejmująca się konwenansami, wyobrażam sobie, że jedzą również nie przekombinowane rzeczy, najchętnie te, do których przywykli i którymi karmiono ich od maleńkości. A ponieważ w Wilcu niemal każde plemię ma swój odpowiednik wśród ludzkich ras (poza Celtami są też Wikingowie, Indiańce i Rosjanie) i oryginalne terytorium plemienia wychodzące z ziem, na których te rasy ludzkie żyją - jedzą to, co się je tam i to najbardziej lubią.

Fianna są celtyckim plemieniem wilkołaków, z Irlandii. Zaś Irlandia nigdy nie była zbyt bogatą wyspą, a jej surowy klimat nie dostarcza aż tak ogromne obfitości rodzajów jedzenia, jak każdy by chciał. Czyli właściwie większość potraw rodem z Eire składa się z rzeczy prostych, roślin niewymagających (a ponieważ wilki to mięsożercy, więc jeszcze w ich kuchni będzie mniej tego zielonego badziewia, niż u ludzi) i mięs tłustych. Żadnych diet dla Garou nie trzeba - byle było dużo, tłusto i smakowicie. Taka zresztą jest i kuchnia irlandzka sama w sobie. Dlatego bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie to i owo danie, jakie wilkołaki by chciały przygotować dla swoich, bez zbytniego babrania się i kombinowania ze składnikami. Ot, wrzucić do garnka, doprawić i zostawić, by się samo gotowało, a potem, w przerwie między jedną akcją a drugą, przyjść i zjeść, rozkoszując się mocnym smakiem. Jeszcze i mój Mistrz Gry ułatwił mi sprawę, gdy jego NPC - Wulfgar, wspomniany wyżej, zabrał mą Rhiannon do irlandzkiej knajpy w fabule, gdzie zaserwowali właśnie to danie, które dzisiaj postanowiłam dla was odtworzyć, a mianowicie Dublin Coddle (który na potrzeby wilkołaczego tematu przemianowałam na Fianna Coddle).

Trudno o bardziej wilcze jedzenie: ziemniaki, kiełbaski, cebula, w postaci gorącej ni to zupy, ni to gulaszu, dużo, dużo, do tego tradycyjny chlebek irlandzki, podawane w towarzystwie irlandzkiego piwa Guinness. Człowiek napycha się połową głębokiej miski tego pachnącego pieczonymi kiełbaskami i natką pietruszki dania, a wilk po jego spożyciu pewnie w końcu poczułby się syty. Zaś zawiesina, w której wszelakie, smakowite dobra się nam unoszą - poezja to, a nie zupo-sos. Szczególnie, jeżeli macza się w niej cudownie absorbujący ją chlebek sodowy.

Coddle wykonałam tradycyjne, bazując na kilku przepisach, które połączyłam w jeden, wilczy. Bez dodatków warzyw, które poleca się w nowszej, obecnej wersji. Wyobrażam sobie, że właśnie takie woleliby jeść Fianna. Co prawda w polskich warunkach nie miałam jak położyć rąk na oryginalnych, irlandzkich kiełbaskach (i prawdę mówiąc, po rozbadaniu tematu, nie miałam ochoty na tę białą mieszaninę tłuszczu i wieprzowego mięsa, które trzeba mocno zesmażyć, by dało się wogóle je zjeść, szczególnie, że my dysponujemy znacznie smaczniejszymi kiełbaskami w Polsce; to jest jedyny wyłom w celtyckości potrawy), ale wygrzebałam informacje, jak smakują i do polskich kiełbasek podczas ich smażenia dodałam składnika, którym tam się je doprawia - szałwii. Myślę, że dzięki temu smak zyskał na oryginalności. Co zaś do chlebka sodowego, z jakim się je podaje - pamiętacie podkarpackie Proziaki, na które przepis już jest na Bantofelkach? Otóż dziś dostaniecie przepis na wielki proziak w kształcie chleba, bo tym właśnie jest tradycyjny, sodowy chlebek irlandzki. Smakuje wyśmienicie, sos wciąga jak złoto, i, prawdę mówiąc, nie wiem na ile wam starczy, bo u mnie cały bochenek poszedł przy okazji jedzenia Coddle i tylko ciepłe okruchy zostały, bo nie pozwolono mu nawet wystygnąć przed pożarciem:)
Powiadam wam, bardziej wilkołaczego dania niż bohater dzisiejszej felki nie ma, niezależnie od plemienia wilkołaka, który zostanie skonfrontowany z jego miską. A skoro tak... łapać przepis, wilki, robić i spożywać, nim Żmij siedzi w swojej norze i liże rany po ostatniej walce.
My się wzmocnić musimy, ku ochronie Gai i ginącego świata!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)





Składniki

Fianna Coddle:
 1 i 1/2 kilograma ziemniaków (odmiana, która nie rozpada się po gotowaniu)
500g cienkich kiełbasek wieprzowych z dobrego mięsa (posiadający możliwość kupienia oryginalnych kiełbasek irlandzkich - jak najbardziej skorzystajcie z tej opcji)
500g grubo krojonego boczku wędzonego
2-3 cebule
szałwia (do smażenia z kiełbaskami)
majeranek (do doprawiania Coddle)
3 łyżki drobno pokrojonej, świeżej natki pietruszki
sól, pieprz
1-2 kostki bulionu z szynki (ew. z kurczaka)
  
Wilczy chlebek sodowy: 

4 szklanki mąki
1 i 3/4 szklanki maślanki naturalnej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki sody oczyszczonej



Wykonanie:

Ziemniaki obieramy, kroimy w grube kawałki (większe najdrobniej na cztery części, małe zostawiamy w całości).

Pietruszkę kroimy drobniutko.

Cebulę kroimy w grube plastry.

Zagotowujemy 500ml wody i rozpuszczamy w niej 1 kostkę bulionową.

Na głębokiej patelni smażymy plastry boczku aż się wyzłocą i puszczą tłuszcz. Usmażone ściągamy z patelni i pozwalamy im ostygnąć. Chłodniejsze kroimy na centymetrowe kostki.

Na patelnię z tłuszczem z boczku wykładamy kiełbaski porwane na mniejsze części (na przykład na pół) i smażymy aż mocno zbrązowieją, a skórka zrobi się chrupiąca, obficie podsypując podczas odwracania na drugą stronę szałwią.

W dużym garnku zaczynamy układać składniki Coddle warstwami. Idąc od spodu garnka: plastry cebuli, kawałki boczku, usmażone kawałki kiełbasek, kawałki ziemniaków. Posypujemy natką pietruszki i pieprzymy i ponownie: cebula, boczek, kiełbaski, ziemniaki. Postępujemy w ten sposób aż do skończenia się składników, warstwy oddzielając od siebie pietruszką i pieprzem.

Warstwy Coddle zalewamy przygotowanym bulionem, a jeżeli nie przykrył nam składników, dolewamy wody tak by miały się jak gotować. Dodajemy dodatkową, pokruszoną kostkę bulionu oraz majeranek. Nic nie mieszamy.

Stawiamy na ogień i zagotowujemy całość, potem natychmiast przykrywamy garnek przykrywką, ustawiamy ogień na minimalny i gotujemy Coddle co najmniej godzinę (czas gotowania zależny jest od ilości składników, temperatury w jakiej gotujemy i tego, jak szybko zmiękną ziemniaki. Przy 1 i 1/2 kilograma, oraz zakryciu wodą i malutkim ogniu wystarczyło mi 90 minut. Przy większej ilości składników i mniejszej ilości wody czas ten rozciąga się i na 3-4 godziny).

Coddle będzie gotowe gdy ziemniaki będą już miękkie, wody będzie mniej więcej w połowie garnka, a smak wybitnie kiełbasiano- ziołowy.

W czasie, gdy Coddle będzie się nam gotował, robimy chlebek sodowy.

Mąkę, sól i sodę mieszamy razem w misce.

Stopniowo dolewamy maślanki, wyrabiając ciasto palcami do momentu aż składniki się skończą.

Wyrabiamy ciasto, podsypując mąką, aż tylko trochę będzie się nam lepić do palców.

Piekarnik nastawiamy na 220 stopni Celsjusza.

Blachę wyścielamy folią do pieczenia.

Na blachę wykładamy ciasto formując je w lekko spłaszczony bochenek.

Za pomocą noża wycinamy na górze glif Fianna na głębokość centymetra. O taki:


Rzecz jasna można i przeciąć chlebek innym glifem, albo po chrześcijańsku (zupełnie już nie po wilczemu, pffff...) na krzyż. Niemniej ozdobę-przecięcie, będące jednocześnie sposobem, by ciepło dostało się w głąb ciasta, posypujemy nie zmielonym kminkiem.

Chlebek przykrywamy tortownicą i blachę wkładamy do nagrzanego piekarnika.

Po 30 minutach pieczenia ściągamy tortownicę i dopiekamy jeszcze 10 minut lub do momentu aż chlebek przybierze złoto-brązową barwę skórki.

Wyciągamy i lekko studzimy.

Gotowe, gorące jeszcze Coddle nakładamy do głębokiej miski, mieszając wszystkie składniki i dolewając zupy tak, by było w czym maczać pieczywo. Posypujemy odrobiną natki pietruszki. Podajemy w towarzystwie grubych pajd chlebka sodowego, obowiązkowo w towarzystwie piwa Guinness.

Po zjedzonym posiłku wydajemy wilcze, dziękczynne wycie do księżyca, w podzięce Gai za to, że pozwoliła nam spożyć tak doskonały posiłek:)

Ith gu leòir! (Smacznego!)
---------------------------------------------------

Ingredients:

Fianna Coddle:
1 and 1/2kg potatoes
500g good quality thin pork sausages (if you can buy the original irish sausages - be my guest)
500g thick sliced bacon
2-3 onions
dried sage (for frying the sausages if it is not originally irish)
marjoram (to season Coddle)
3 tblspns of fresh, finely chopped parsley
salt, pepper
1-2 ham or chicken stock cubes

Irish werewolf soda bread:
4 cups of flour
1 and 3/4 cup of buttermilk
1 tspn of salt
2 tspns of baking soda


The making of:

Peel and chop the potatos into a large pieces (the bigger ones in 3-4 pieces, the smaller ones leave whole).

Chop finely fresh parsley. 

Chop the onions into thick slices.

Boil 500ml of water and melt the bulion cube in it.

Fry the slices of bacon until golden brown on the skillet. Remove on the side, when ready, and let it cool, then dice on 1cm cubes. Leave the bacon fat on the pan.

On the same pan fry sausages torn on smaller parts, until browned and with a crunchy skin, adding the sage while frying.

In a big pot start layering the ingredients: onion slices, bacon, sausages, potato pieces. Season with fresh parsley and freshly ground pepper. Then again: onion, bacon, sausages, potatos, seasoning, until all ingredients are out.

Cover Coddle layers with a prepared stock. If the stock is not enough to cover the ingredients, pour some more water, so it could cook, and add additional stock cube. Do not mix the layers.

Let the Coddle boil, then imediatelly cover the pot and  reduce the fire to minimum. Cook at least for an hour (the time of cooking depends on the amount of ingredients, the temperature of cooking and how quickly the potatos become soft. In my case it took about 90 minutes. If there is a bigger amount of ingredients and smaller amount of water - the cooking takes about 3-4 hours).

Your Coddle is ready when the potatos are soft, there is about half the pot of gravey and the dish tastes strongly with sausage and herbs.

While the Coddle is cooking, prepare the soda bread.

In a bowl mix together the flour, salt and baking soda.

Bit by bit add the buttermilk to the mix, working on a dough with your fingers, until you are out of ingredients.

Knead the dough a few times, adding some more flour, until it sticks to your fingers just a little bit.

Heat the oven to 425 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of tin foil on a baking tin.

Form the dough into a ball then flat it a bit.

Cut the Fianna glyph on a top, 1cm deep. Looking like this:


You can cut some other sign or werewolf glyph if you wish. Or a cross. As as final touch pour some whole cumin seeds on your sign, to highlight it a bit.

Cover the bread with a baking pan and bake in the oven for 30 minutes. When the time passed, remove the pan and bake additional 10 minutes until the bread in golden brown.

Remove from the oven and let it cool a bit.

Pour your hot Coddle into the deep bowl, mixing now the ingredients and adding some soup from the bottom of pot, sprinkle with some fresh parsley and serve with a thick slices of Irish werewolf soda bread and definitely with an irish Guinness beer.

After you finish your dish, howl with your pack to the moon, thanking Gaia for letting you eat this delicious werewolfy meal:)

Ith gu leòir! (Eat plenty!)

niedziela, 30 października 2016

Ciasto Cthulhu (dzieła H.P.Lovecraft'a) / Cthulhu Pie (H.P. Lovecraft's works)

Mija rok od momentu, gdy przeglądając Pinteresta za jakimiś niezwykłymi, Halloweenowymi wypiekami, natrafiłam na niezwykle prosty, ale interesujący ze wszechmiar pie. Posiadał on spód, czyli crust, posiadał nadzienie owocowe i posiadał ozdobnie wycięty wierzch. Niby prościej już się nie da, ale prawdziwa niezwykłość tego ciasta polegała na tym, że ten wierzch był w kształcie Cthulhu - Wielkiego Przedwiecznego, ojca wszelakich monstrów i demonów, w kształcie olbrzymiej ośmiornicy. Nazwę Cthulhu kojarzy każdy, kto słyszał o H.P. Lovecrafcie - pionierze potwornego fantasy. Nawet jeśli nie lubi książek o tej tematyce. Być może oglądał bowiem film... mało opowiadań mistrza zekranizowano? Może chociażby jest graczem RPG i kiedyś natknął się na sławny "Zew Cthulhu"? Ale jeśli myślicie, że to koniec, to jesteście w błędzie. Gry! Planszówki, gry komputerowe... ba, sądzę, że nawet i puzzle Cthulhu są, skoro stworzono maskotkę tego kultowego monstrum, a także trafił jako temat przewodni arcyzabawnej gierki "Munchkin", gdzie trafiają tylko prawdziwe monstra popkulturowe naszego świata. Żyć w nim i nie spotkać się z Cthulhu, chociażby z widzenia, nie zagłębiając się w tematykę jest niemożliwością. Nic więc dziwnego, że trafił i w ostatnie miejsce, w jakim się spodziewała go zobaczyć, to jest do kuchni. I to nie w postaci macek smażonych na masełku.
A sam Cthulhu pojawia się po raz pierwszy w serii opowiadań wspomnianego wyżej Lovecrafta, posiadając wiele imion, poza Wielkim Przedwiecznym, a to, że świat jeszcze istnieje zawdzięczamy temu, że śpi na dnie Pacyfiku, w cyklopowym mieście R'lyeh i tylko przez sny nawiedza swych kultystów i pojedynczych wybrańców, nie dając światu zapomnieć, że ten czas jakie teraz mają, jest tylko pożyczony. Potworna ośmiornica na nietoperzych skrzydłach jeszcze powróci i obejmie to, co jej należne we władanie...

Ależ się zrobiło mrocznie i Halloweenowo, nie? I nawet posępne wycie wilkołaków w tle skłaczonego bloga nie poprawia nastroju, gdy padł na niego cień Set-Hulha. Zabawa przednia, idealnie na Halloween!:D Wróćmy jednak z dna Pacyfiku na ziemię. A tak konkretniej do przepisu.

Odpowiedzialną za Ciasto Cthulhu, którego zdjęcie jest obecnie niezwykle znanym memem, tym bardziej popularnym obecnie im bliżej do Halloween, jest niejaka Sandy Yoo, której potomek, zaczytując się w Lovecrafcie, poprosił pewnego dnia o ciasto ze swym ulubionym Przedwiecznym. No i wiecie... matka Amerykanka, a więc stawiająca na skróty, artystka, więc czuje bluesa w momencie, gdy natrafia na ciekawy temat... myślę, że nie zajęło jej więcej niż pół godziny obmyślenie przysmaku, o którym od kilku lat ciągle jest głośno. Bo tak po prawdzie, ciężko, żeby było cicho. To monstrum zagina przestrzeń i mackami zżera światy. Myśleć o wypieku z Cthulhu w kategoriach innych niż "megatonalnie wielki" byłoby dużym niedopowiedzeniem. Nawet jeśli jest to tylko proste pie.

Sandy Yoo nie zajęło ono dużo czasu. Główka pracuje, a idąc na skróty, sporo składników miała dosłownie pod ręką. Szczerze, nie mam pojęcia w jakim okresie czasu robiła pierwszy raz to ciasto i czy tam są świeże owoce przez cały rok, ale ja musiałam się nieźle nakombinować nad jej wypiekiem, ponieważ w końcówce października w Polsce nie ma co liczyć na świeże, czerwone lub czarne owoce. Trzeba było użyć mrożonych, a skoro już uparłam się na Ciasto Cthulhu na Halloween, to byle jaka trudność mnie nie zwiedzie. A także i kolejna trudność, bo Sandy użyła mrożonego ciasta gotowego, jakiego w polskim sklepie ni dudu. Oraz następną... i jeszcze jedną... kurde, jak na tak proste ciasto, to Polka może dosłownie wyjść z siebie i zawyć w pewnym momencie jak wilkołak z frustracji - co również uczyniłam!

Bez obaw jednak. Skoro oddaję felkę w wasze ręce, a wraz z felką - przepis, znaczy to, że bez najmniejszych wątpliwości udało mi się pokonać logistyczno-pogodowe przeciwności i ciasto potworne zrobiłam. Wy już aż tak kombinować nie będziecie musieli i dla was faktycznie będzie to czysta zabawa. Bo właściwie, czemu by nie? Gotowanie to strasznie fajna czynność, a jeśli jeszcze wykonujemy portret naszego ulubionego potwora, z ciasta i na koniec będziemy mogli pożreć Wszechpożeracza, mlaskając donośnie, a triumfalnie - amen, alleluja i masło orzechowe, jak powiada mój kumpel:)

Problemy z tym arcyprostym ciastem, jakie napotkałam leżały przede wszystkim w tym, że nie miałam jak użyć zalecanego, mrożonego spodu do tarty/pie. Ponieważ w większości polskich sklepów, (nie wiem, czy warszawskie sklepy też tutaj zaliczać, bo może z racji bycia stolicą, w tym mieście mają coś więcej), jedyne mrożone ciasto, jakie dostaniemy to ciasto francuskie. Bomba! Idealne do wszystkiego, tylko nie do pie, gdzie zachowanie kształtu i nie nasiąkanie sokiem akurat ma znaczenie. Z ciasta francuskiego Cthulhu nie zrobię, to wiedziałam już na początku. A ponieważ innego nie miałam, zabawa pajem dla mnie zaczęła się nie od przygotowywania nadzienia i wycinania kształtu, a żmudnego rozkminiania, jakiego typu ciasto pudełkowe autorka używa na swym filmiku (nota bene, jest to jedyne, zapisane źródło przepisu i nawet tam nie ma podanego typu ciasta na pie; możliwe, że dla nich oczywistością jest, że ciasto na pie to takie i takie, nikt nie musi znać nazwy, każdy kupuje w sklepie "ciasto na pie"... kurwa mać...). Marka Pillsbury, jak się okazało. Ale i to nie ułatwiło roboty, bo na zidentyfikowanym pudełku TEŻ nie było nazwy, więc musiałabym na oślep wybierać z co najmniej dziesięciu rodzajów rozmaitych, domowej roboty spodów do pie, jakich się używa powszechnie. Ale ja nie chadzam na oślep, o nie. Więc grzebałam kolejną godzinę tym razem patrząc po zdjęciach i w pamięci mając wskazówkę, że nie może zanadto rosnąć, a ciasto mrożone Sandy lekko się napusza podczas podpiekania. Na ostatniej prostej miałam już tylko jeden typ - a mianowicie tajemnicze ciasto typu "flaky". Listkujące, o którym wspominałam przy okazji Apple Pie. Ale to ciasto, nie mające polskiego odpowiednika (również się listkuje, jak francuskie, ale mniej), musiało mniej rosnąć, nie stracić kształtu. I szukaj, pani, kolejną godzinę, tym razem przepisu na cięższy "flaky crust"... miałam już dosyć, szczerze. Tak to jest jak człowiek się na coś uprze i pokonuje go nie pech w kuchni, a zwykłe przeszkody logistyczne. Jednakże wtedy ponownie przypomniałam sobie Apple Pie, gdzie miałam niemal tę samą jazdę. Potupało się zatem na kilka przepisów obiecujących, a następnie otworzyło swoje ciasto z jabłkami i absolutnie ulubionym spodem do pie. I wiecie co się okazało? Że to całe, cholerne szukanie było psu na buty, bo poszukiwany spód do ciasta Cthulhu miałam na własnym blogu! Inne przepisy różniły się co prawda minimalnie od tego, ale to było bez wątpienia to.

Zabawa, tak?! No to i zrobiłam sobie zabawę, szczerze. Skoro ciasto było, nadzienie właściwie było tylko minimalną przeszkodą. Świeże borówki Sandy zastąpiłam mrożonymi wiśniami o morderczo krwawym kolorze, a ponieważ mowa była o tym, by ciasto nie nasiąkało zanadto sokiem, a z mrożonych będzie go od cholery - do owoców z cukrem dodałam nieco mąki ziemniaczanej, zagęszczając strukturę całego nadzienia. Smak został, objętość również, a dodatkowy efekt, jakoby Cthulhu z wierzchu siedział na krwawym, lśniącym łożu z oślizgłego... nie wiadomo czego, tylko podbił mi walory artystyczne. I jakże pasuje do Przedwiecznego, który straszył bohaterów z lat dwudziestych Lovecrafta do tego stopnia, że starczyło na Cthulhu spojrzeć raz, by stracić rozum.

Niemniej z ciastem Cthulhu jedyna strata jaka wam grozi, to strata głowy na jego punkcie, bo po pokonaniu tych kilku trudności faktycznie, absolutnie prosto się je robi, nadzienie smakuje cudownie, a poszukiwaczom przygód w lovecraftańskim świecie na pewno posmakuje macka, albo paszcza Cthulhu na jego wiśniowo-krwawym łożu, zaś ten, który dotrwa do końca rozgrywki (na przykład jeśli będziecie akurat grać w "Posiadłość Szaleństwa" - strasznie fajna planszówka, polecam), żywy i w miarę nie szalony - dostanie głowę potwora na srebrnej misie:D I jaki klimat, poza walorami smakowymi, och, ach!:D H. P. Lovecraft zdecydowanie by pochwalił.

A my, korzystając z tego, że Halloween już w poniedziałek, łapiemy za przyrządy i składniki i składamy naszego Przedwiecznego do kupy.


Przepis wzięty z oryginalnego filmiku Sandy Yoo. Został jednak na tyle mocno zmieniony, by Polka mogła go wykonać, że...hmmm... nie sugerujcie się nim poza fragmentem, w którym pokazywane jest składanie Cthulhu do kupy z wyciętych z ciasta części, jakoś tak w 8 minucie, 56 sekund.

Cthulhu Fhtagn!

Please scroll below for the "red" recipe in English version:) 



Składniki:

Spód i wierzch:
Wykonujemy ciasto według przepisu na spód z Apple Pie, znajdującego się pod tym linkiem. (Mieszkańcy UK/USA mogą, jeżeli tak im wygodniej, spokojnie użyć gotowego spodu do ciasta "Pillsbury Pie Crusts" - sztuk dwie w opakowaniu, dla 9 calowej blaszki na pie, chociaż zdecydowanie polecam ciasto domowej roboty z podanego przepisu).

Nadzienie:

750g mrożonych wiśni, wypestkowanych
1 i 1/2 szklanki cukru
1 łyżka domowego cukru waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Smarowidło z jajka:
1 żółtko
1/2 łyżeczki wody


Wykonanie:

Wykonujemy ciasto według podanego przepisu.

Dzielimy na dwie, równe części, każdą spłaszczamy w dysk i wstawiamy do lodówki, zawinięte w folię na co najmniej godzinę.

W tym czasie przygotowujemy nadzienie.


Wiśnie, pozbawione pestek (wszystkie, za wyjątkiem dwóch, jednakowego kształtu, z których zrobimy oczy) wrzucamy do garnka. Jeżeli nie są wypestkowane, będziemy musieli wyjmować pestki na bieżąco, w trakcie gotowania i rozgniatania 2/3 z nich.

Dwie zachowane wiśnie ostrożnie odkładamy na sitko i pozwalamy im się odmrażać w swoim tempie. Ważne, by zachowały okrągły kształt, więc one akurat powinny mieć pestkę w środku.

Podgrzewamy aż puszczą sok. Dosypujemy cukry i mieszając co jakiś czas, zagotowujemy.

Do wiśni z sokiem dosypujemy łyżkę mąki ziemniaczanej, starannie mieszamy aż nadzienie zacznie nam gęstnieć.

Gotowe, o konsystencji kisielu z dużą ilością owoców, ściągamy z gazu i bezwzględnie studzimy aż będzie zimne. Gorącego nie wolno nam przekładać na ciasto, bo będzie klops.

W czasie, gdy nadzienie nam stygnie, wyciągamy ciasto z lodówki. Najpierw część, jaką przeznaczymy na spód. Rozwałkowujemy ją na okrągło na płachcie folii na wielkość odpowiadającą podstawie formy do pieczenia tarty, plus kawałek na rant. Czyli ok 22-24 cm.

Formę do pieczenia (szklaną albo metalową), o średnicy spodu 20 cm (lub 8 cali), starannie smarujemy masłem.

Piekarnik nastawiamy na 200 stopni.

Rozbełtujemy żółtko z wodą w małym naczyniu, robiąc smarowidło jajeczne do ciasta.

Rozwałkowany na folii spód odwracamy wraz z folią do góry nogami nad formą i ściągamy folię.

Dopasowujemy spód do formy, przyciskając delikatnie ciasto do spodu i brzegów. Zwisające boki odcinamy za pomocą radełka z falistym kółkiem tuż na obrzeżach blachy.

Smarujemy ciasto dokładnie jajecznym smarowidłem na spodzie i bokach. Podpieczone, zrobi nam rodzaj membrany, by nadmiar soku nie wsiąkł w ciasto.

Wkładamy spód na 10 minut do rozgrzanego piekarnika i podpiekamy do delikatnie złotego koloru i upieczonej warstewki jajecznej na wierzchu.

Pozwalamy mu ostygnąć. W tym czasie na folii rozwałkowujemy drugą część ciasta. Tym razem można prostokątnie.

Z ciasta wycinamy najpierw głowę Cthulhu, część macek, skrzydła i oczy, resztę macek i detale (zajrzyjcie na podany wyżej fragment filmiku Sandy, w którym ten proces jest pokazany). Każdą kolejną, wyciętą część oddzielamy od ciasta i odkładamy na talerz do lodówki, by się zbytnio nie rozgrzało.

Gdy nadzienie jest już zimne, a spód da się dotknąć, wykładamy je na ciasto. Następnie z wyciętych kawałków ciasta formujemy na nadzieniu naszego Cthulhu, zaczynając od skrzydeł, potem wykładając fantazyjnie macki, na wierzch kładąc na nieco wyższy stosik nadzienia - głowę. W rozcięcia wyciętych oczu, wkładamy zachowane wiśnie i również umieszczamy na głowie, starannie przyklejając oczy do głowy. Wykładamy resztę detali (również podpatrzcie w filmiku).

Potwora smarujemy pozostałym smarowidłem i wkładamy ciasto do rozgrzanego piekarnika na 30-35 minut.

Po tym czasie wyjmujemy, studzimy w temperaturze pokojowej i wkładamy do lodówki, by zupełnie ostygł i zestalił się.

Serwujemy po czasie chłodzenia, krojąc w każdy, morderczy sposób, na jaki mamy ochotę.

Wesołego Halloween!:)

-------------------------------------------------------

 Ingredients:

Crust:
Make a homemade crust according to the crust recipe for Apple Pie in this post.
(UK/USA readers may also, if they wish, use bought, frozen pie crust - "Pillsbury Pie Crusts", 2pcs in a pckg, for 9'' dish, although I still reccomend making a homemade crust, from the above recipe).


Filling:
750g of pitted, frozen cherries
1 and 1/2 cup of sugar
1 tblspn of homemade vanilla sugar
1 tblspn of potato flour

Eggwash:
1 egg yolk
1/2 tspn of water


The making of:

Make a crust according tho the instructions in the given recipe.

Divide the ball of dough in two halves, flat both to the disk form, cover with a tin foil and put the into the fridge for at least 1 hour.

Make a filling.

Pour frozen, pitted cherries (all but 2 fruits, about the same size, which will be necesarry to make Cthulhu's eyes), into the pot. If the stones were not removed before frozing the fruits, we remove them while cooking and mashing 2/3rd of them, while making the filling.

Put those 2 saved cherries into a little strainer and let them defrost in its own time. They should hold a round shape so it would be nice if they still had stones inside.

Cook the cherries in the pot until they drain juices. Add the sugars, mix from time to time, and boil them.

Add potato flour and mix it alltogether until the filling starts to become thick.

Remove the filling from the cooker and cool it until it is cold. Do not pour warm filling on the pre-baked crust.

While the filling is cooling down, remove the crust for the bottom part of Cthulhu pie from the fridge. Roll it on a sheet of a tin foil into the circle, matching the size of your baking dish, plus the sides, around 9-9,5''.

Butter 8'' glass baking dish.

Heat the oven to 392 degrees Fahrenheit.

Mix egg yolk with water, creating your egg wash.

Take rolled on a tin foil circle of dough and flip it above the baking dish, fashioning it to fit the rims. Carefully remove the foil.

Press the dough to the bottom and sides of a dish. Cut the excess parts with a zigzag pastry wheel.

Smear the egg wash on the bottom and sides of the crust. Prebaked, it will create a shield for the crust, so it did not  become too soggy of the cherry juice.

Put the baking dish into the oven and bake for about 10 minutes, until light golden colour, and baked egg wash on the surface.

Remove it from the oven and cool a bit. At the same time roll the other part of the dough. Rectangular if you wish.

Cut the head of Cthulhu of the rolled dough, then part of tentacles, wings and eyes, the rest of the tentacles and some details (check how to do it on Sandy's video, in the mentioned above timing). Each part that you cut off, remove from the rest of the dough, and put to the plate in the fridge, so it was cold.

When the filling is cold, and the pre-baked crust possible to touch, fill the crust with the filling. Then create your Cthulhu out of the parts that you cut off the dough, on the surface of a filling, starting with a wings, then a tentacles, curved fantastically, then the head put on a slightly bigger pile of a filling. Put 2 saved cherries into the slits made in the Cthulhu's eyes and fit them on the monsters head. Fashion the rest of the details on the pie (also check how to do it nicely on Sandy's video above).

Smear the rest of an egg wash on a monster, and put the pie into the hot oven for 30-35 minutes.

Remove the baked pie from the oven, cool it in a room temperature until it is just slightly worm, and put it to the fridge for at least 1 hour.

Serve it, after chilling, cutting the Cthulhu Pie in every, morderus way, you might thing of:)

Happy Halloween, you guys!:D


środa, 26 października 2016

Kanapka z sałatką z kurczaka Clay'a (jak w serialu "Bitten") / Clay's chicken salad sandwich (as in "Bitten" TV Show)

Już za chwileczkę, już za momencik nadejdzie anglosaskie święto potworów i koszmarów wszelakich - Halloween. W zeszłym roku uczciłam je bardziej tradycyjnym Pumpkin pie, ale w tym postanowiłam zaszaleć i faktycznie na ten okres końca października i początku listopada, spotworzę Bantofelki. A właściwie zwilkołaczę. Skłaczę! Blog będzie przez kilka nadchodzących postów wył przy pełni księżyca, z zacięciem polował na wampierze i rzecz jasna podtykał wam wszelakie, kłaczaste żarcia - jedno po drugim, z etykietką czegoś, co z rozkoszą zjadłby zmiennokształtny. Doświadczycie wszystkiego wilkowego, co stworzyła moja wyobraźnia (parafrazując jakże znany tekst z początku serialu "Twilight Zone"), a raczej co ta wyobraźnia sobie przypomniała, i gdzie ją skierowała pamięć, w poszukiwaniu książek i filmów, a także internetów, w których wilkołaki coś spożywały.
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.

A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.

Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!

Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.

Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.

W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...

Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.

Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.

Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.

Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!

No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.

Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!

A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):

12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek


Wykonanie:

Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.

Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.

Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.

Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.

Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.

Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.

Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.

Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.

W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.

Smacznego!:)
----------------------------------------------------


Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):

12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram


The making of:

 Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.

When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.

Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.

Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together. 

Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.

When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.

When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.

This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D

If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.

Cheers!


środa, 19 października 2016

Domowy cukier waniliowy / Homemade vanilla sugar

Jak zapewne zauważyliście, w większości moich przepisów od ponad roku nie ma praktycznie wogóle składnika, który jest zazwyczaj spotykany w większości ciast pieczonych przez Polki. Do pewnego momentu również ja używałam go masowo, a jakże, ale trafiłam na pewną informację, która mnie odstraszyła od niego tak skutecznie, że gdyby nie znacznie bardziej aromatyczny, domowy substytut, pewnie zupełnie bym z niego zrezygnowała.
Mowa o cukrze waniliowym, a właściwie wanilinowym, który i tak z przyzwyczajenia nazywamy błędną nazwą. Ponieważ prawdziwej wanilii u większości producentów tego dosmaczacza nie ma - dawno już postawili na syntetyczną wanilinę i nie uznali za stosowne poinformować o tym nikogo, cichcem zmieniając nazwę na paczuszce. A ponieważ nikt się tego nie spodziewał i właściwie jest to tylko dodatkowe "n" w nazwie, łatwe do przeoczenia przez zmęczone oczy gospodyń domowych, pracujących jeszcze zawodowo - cukier wanilinowy cichcem zastąpił waniliowy w latach osiemdziesiątych i tak już zostało.
Żadna kobitka zresztą nie zastanawiała się nawet nad tym, smak był praktycznie taki sam i dopiero kiedyś komuś rzuciło się to w oczy, ale właściwie to już na wszystko było za późno. Cukier wanilinowy od 20 producentów w każdym sklepie, więc po prostu machnęłyśmy ręką.

Czemu o tym piszę? A to temu, że nie dość, że robią nas w balona, licząc, że z przyzwyczajenia dalej będziemy to samo kupować to jeszcze, na kanwie zmniejszania kosztów produkcji i ścinania cen towaru, nie dość, że prawdziwą wanilię ma teraz tylko cukier waniliowy (naprawdę o tej nazwie) Delecty, to jeszcze, ignorowana solidarnie przez społeczeństwo, krąży informacja o rewolucyjnym odkryciu Japończyków, za które otrzymali Nobla. Otóż panowie ci uzyskali syntetyczną etylowanilinę tańszym kosztem niż do tej pory. Z krowiego moczu. Informacja poszła w świat, a kobiety i tak kupują cukier wanilinowy. I biorąc pod uwagę fakt, że nie jest to news z wczoraj, ani nawet sprzed roku czy dwóch - bardzo możliwe, że od dawna to są siki, które dodajecie do ciastek, że tak sparafrazuję sławną wypowiedź "Morfeusza z "Matrixa".
Kurtyna!

Pozwolę, by się to przyswoiło jeszcze przez minutkę.

Przyswojone z odpowiednią odrazą?

No to teraz powiem wam, że jest coś, co możecie zrobić, nie rezygnując z dosmaczania wypieków wanilią, przy okazji nie nabijać kabzy producentom, oszczędzić konkretnie i wiedzieć dokładnie, co dodajecie do ciast. A mianowicie możecie zrobić własny, domowy cukier waniliowy, na naturalnych składnikach i podobnie jak w przypadku ekstraktu waniliowego, ledwie zacznie się kończyć, uzupełniać, by dobro to nigdy się nie skończyło i nie być wystawionymi znowu na krowi mocz z etykietką waniliny na opakowaniu.

Cukier taki robi się w 10 minut, wymaga tylko dwóch składników i słoika ze szczelnym zamknięciem. Oraz około 2-3 tygodni cierpliwości. W zamian otrzymamy dokładnie to, co chcielibyśmy kupować, a już nie możemy, aromat prawdziwej wanilii, a nie sztucznego niewiadomo czego i niekłamaną satysfakcję, że to jest "home-made", a nie sklepowe.

Zanim jednak przejdę do przepisu, chciałabym tylko was uczulić: to, co czujecie po otwarciu cukru waniliowego lub co znacie jako zapach wanilii jedynie elementarnie przypomina zapach prawdziwej wanilii. Dlatego też należy być przygotowanym, że przed upływem 2 tygodni czekania, słoiczek z domowym cukrem waniliowym, po otwarciu wydawał będzie woń szafy z czymś lekko stęchłym w środku, ponieważ tak pachną schnące laski wanilii, z których będziemy wykonywać nasz cukier. Dopiero po tych dwóch czy trzech tygodniach czekania, w nos uderzy was woń podobna do tej znanej z torebek z cukrem wanilinowym, ale też nie identyczna. Krótko mówiąc - do zapachu prawdziwej wanilii nasze nosy, trute całe życie syntetykiem, będą się musiały przyzwyczaić.
Jednakże smak waniliowy i aromat w wypiekach będzie tak absolutnie boski, że naprawdę zrezygnujecie z torebkowego na rzecz prawdziwego cukru waniliowego i nie będziecie go już kupować nigdy więcej.

No to gotowi? Zaczynamy ręczną robotę!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki(na słoiczek cukru waniliowego):

1 szklanka drobnego cukru do wypieków
3 laski prawdziwej wanilii
szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Do umytego i starannie wysuszonego słoiczka wsypujemy 1/3 szklanki cukru do wypieków.

Laskę wanilii przekrawany wzdłuż, końcem noża wydobywamy ze środka nasionka z ciemnym mazidłem, jakie znajduje się w środku laski wanilii i wrzucamy do słoiczka. Mieszamy z cukrem.

Wybebeszoną laskę wanilii kroimy na około 1/2 cm kawałeczki i wrzucamy do cukru.

Zasypujemy kolejną porcją cukru.

Wydobywamy miąższ z kolejnej laski wanilii, ponownie wrzucamy do cukru, mieszamy i wrzucamy resztki laski pokrojone na kawałeczki.

Proces powtarzamy aż wsypiemy do słoiczka cała szklankę cukru i wkroimy wanilię.

Mieszamy ostrożnie wszystko razem, by wanilia była w całej zawartości cukru, zamykamy i nie używamy przez następne dwa do trzech tygodni, z wyjątkiem otwarcia na chwilkę co jakiś czas, przemieszania delikatnie zastałego cukru z wanilią, by aromat równo się rozchodził i ponownego zamknięcia.

Cukier waniliowy będzie gotowy do użycia i o właściwym aromacie dopiero po czasie oczekiwania. Wcześniej woń nas nie zachwyci, dlatego radzę uzbroić się w cierpliwość.

Powodzenia!


--------------------------------------------------------------

Ingredients (for 1 small mason jar):

1 cup of superfine sugar
3 whole vanilla beans
glass mason jar

The making of:

Pour 1/3 cup of superfine sugar into the mason jar.

Cut along one of vanilla beans, then using a tip of the knife remove the beans and dark insights and add to the sugar. Mix it.

Cut what is left of vanilla bean in 1/2cm pieces and add to the sugar.

Pour another 1/3 of sugar.

Remove the insights of another vanilla bean, add to sugar, mix with it, add the pieces.

Repeat the process untill you are out of sugar and vanilla beans.

Mix the whole mixture carefully once again, so vanilla was everywhere in the sugar, close the mason jar and do not use the sugar for another 2-3 weeks, opening the jar just once or twice within that time to mix a bit a sugar and spread the aroma.

Homemade vanilla sugar will be ready to use after 2 or 3 weeks passes. When used before that time, the aroma is not what it should be, so you have to wait patiently to receive the best results.

Good luck!



czwartek, 13 października 2016

Nuka Cola Quantum (Fallout 3)

"War... war never changes..."
Czy jest na świecie jakikolwiek gracz, który nie kojarzyłby tego hasła? Nawet taki weekendowy, nie posiadający wypasionej maszyny z przeznaczeniem na gry komputerowe? Stawiam dziesięć do jednego, że nawet, jeśli nie grał w grę, dla której to hasło jest niejako sloganem reklamowym, to na sto procent każdy wie, że chodzi o "Fallout" - najsłynniejszy, postapokaliptyczny cRPG wszechczasów. Absolutny klasyk, nie do pomylenia z niczym innym, tak jak Super Mario Bros, Tetris czy Mortal Kombat lub Tomb Raider sprzed kilku dekad. I tak jak te gry, "Fallout" doczekał się kilku sequeli, z których tylko jeden ogólnie jest nazywany gniotem - trójka, jakby kto nie był pewien - i niezliczonej liczby klonów. Ponieważ większość gier post-apo, jaka powstała po "Falloucie", jest budowana na jego sukcesie.
Należę niestety do tych, których kompy nawet przed 2000 rokiem nie mogły za wiele udźwignąć, więc grałam tylko przelotnie w "jedynkę". W "dwójkę" wsiąkłam za to koncertowo, i mimo mnóstwa bugów i zwiech gry w najmniej odpowiednim momencie, "Fallout 2" była tą, w którą, poza równie ukochaną serią "Heroes of Might and Magic" grałam do końca przez długie tygodnie. Ewenement, słuchajcie, bo zwykle gry mnie nudzą albo odrzucają przez to, że albo wymagają za dużo od mego dziadka-kompa, albo zamiast rozrywki dają frustrację i nerwy, bo "coś". Nie mam w zwyczaju poddawać się przez byle co, ale nie da się ukryć, że czasami gra, mimo pięknej grafiki, miodności i grywalności wyśrubowanej na maksa, serii interesujących questów zwyczajnie nie podchodzi.
Ze mną i "Falloutami" sprawa przedstawia się tak, że spośród niewielu gier, do niej mam ochotę wrócić. Hell, gdybym miała jeszcze płytę z grywalną, nie zawieszającą się "dwójką", pewnie już bym ją instalowała na dysku.

Pomyślicie sobie pewnie: co ze mnie za uwsteczniona istota, skoro zatrzymałam się na etapie "dwójki", jako, że tylko o niej gadam, a przecież niedawno wyszła fantastyczna "czwórka", zbierająca tak doskonałe recenzje, jak złe zbierała jej poprzedniczka? No, taka, jak tylko kobitka posiadająca rodzinę, trzydziestkę plus na karku i zero czasu na siedzenie godzinami przed monitorem średniej jakości kompa, mieć może. Jestem stara! Straszne! Ale, chociaż nie rozumiem sporej ilości memów internetowych i nie widzę niczego kultowego w haśle "yolo", doskonale pamiętam ciary na karku, gdy słyszałam pierwsze słowa z intro "Fallouta", wypowiedziane głosem mego ulubionego aktora Rona Perlmana (od początku zaangażowanego w ten projekt) i słyszałam nawiedzone tło muzyczne gry. Czy jest to aż tak różne od tego, co wy odczuwacie teraz, będąc w tym radosnym, studenckim wieku, jeszcze przed zanurkowaniem w życie rodzinne, gdy można imprezować i/lub grać do rana, patrzycie na wypasioną grafikę "Wiedźmina" i gracie w niezwykłym świecie stworzonym przez Sapkowskiego? Właśnie, nie. Mimo tylu lat, jakie dzielą mnie, jako aktywnego gracza, od was, tnących w gry teraz, podczas gdy w czasie gdy ja to robiłam, budowaliście z klocków Lego, wrażenia są te same. Zachwyt podobnego kalibru, chociaż mnie do szczęścia nie była potrzebna płynna, filmowa niemal grafika, pikseloza nie przeszkadzała... liczyły się przede wszystkim wrażenia i to, że nie mogłam ruszyć tyłka od kompa, bo "jeszcze ten quest skończę...". A potem 3 rano za oknem, zmrużone zmęczeniem, przekrwione oczy, w których malowało się zdumienie, że to już "dzień dobry", a nie "dobranoc" należałoby powiedzieć i za kilka godzin będę musiała wstawać, a jeszcze się nie położyłam!
Tamten stary Fallout to miał. I mam dziwne wrażenie, że "czwórka" też by to miała, też by mnie tak przykuła do kompa - gdyby tylko był, łaskawca, w stanie nie blue-screenować się, gdy zadania, jakie mu zlecam, go przerastają:)

Nie grałam więc w czwórkę. Trudno, może jeszcze zagram. Mam jednak za sobą i jedynkę i dwójkę i trójkę - nie aż tak kompleksowo, jak mą ukochaną część, ale też przeglądałam, prychając z urazą, bo to już "nie to, co za moich czasów...". Nie to. Ale... zawsze "Fallout", nadal głos Perlmana i z tej przyczyny szacunek dla jednego z ulubionych tytułów się należy.

W wielkim skrócie: wszystkie części gry dzieją się dekady po wielkiej wojnie nuklearnej z 2077 roku, podczas której w ciągu dwóch godzin ludzka cywilizacja obróciła się w perzynę i zamarzła w wichrach nuklearnej zimy na całe dziesięciolecia. Ci, którym udało się uciec przed atakiem nuklearnym, schronili się w Schronach (Vaultach) i tam kontynuowali egzystencję do czasu, aż opadł radioaktywny pył i można było wrócić do świata. Kto jednak powiedział, że ten świat chętnie ich przyjmie, a zniszczona ziemia nadal oferuje to, do czego przywykli lub czego się spodziewali? Ci, którzy nie zdążyli do schronów, ale jakoś przetrwali, stworzyli prymitywne społeczności na ruinach dawnej cywilizacji, żyjąc z jej resztek i, jeśli mieli szczęście, tylko egzystencja im dokopuje. Inni na wskutek promieniowania dawno stracili miano ludzi. Roślin niemal nie ma. Zwierzęta zmutowały, nieraz dwa gatunki łącząc w jeden, a miejsca, gdzie częściej promieniuje radiacja niż słoneczko, są częściej spotykane niż się by mogło zdawać.
I tam żyje wasz bohater, czy to poznając nowy świat, tuż po opuszczeniu Vault'u, pomagając rodzinnej wiosce nie obrócić się w perzynę, szukając zaginionego członka rodziny i wsiąkając w to całe post-apokaliptyczne zło tamtego świata, które dla ciebie, gracza, jest wielkim, miodnym, wciągającym dobrem.

Jak już wspomniałam wcześniej, w zależności od tego, kiedy dana część gry była wydana i jak kto do tego podchodził, graficznie albo zachwycała, albo odrzucała, ale nie to było ważne. Najważniejsza była złożoność świata gry i zadbanie o detale. Wiadomo, czego należałoby oczekiwać po takim świecie. Ruiny, dość jednorodna kolorystyka, mnóstwo różnych stworów i broni, którymi się je kosi dookoła... starczy tylko zacząć się rozglądać i grzebać w kupach szmelcu. A taki szaberek i dropienie itemów z przeciwników jest, było i będzie fajną, zabawną rzeczą.

Jednym z fantów, na który trafiłam podczas swojej krótkiej przygody z trzecią odsłoną serii "Fallout", była ciekawa, jarząca się, niebieska butelka, na którą wlazłam przypadkiem eksplorując świat, leżącą gdzieś luzem. Po bliższym przyjrzeniu się, butelka okazała się być rzeczą, którą można wykorzystać do podniesienia sobie uszczuplonego paska zdrowia, co bardzo było mi potrzebne, jako, że ledwie zipiałam. Ale przy tym... czemu mi pasek radiacji nagle skoczył? Czemu do cholery umieram! Pomocy, gdzie jest Rad-away! Nie mam, kurwa! Nie..... nie, zasejwowałam! NIEEEEEEE!
Czy życzysz sobie zacząć grę od ostatniego zapisu? - zapytuje mnie komputer, podczas gdy morderczo patrzę na postać wykończoną za pomocą... napoju...

Tak jest... tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Nuka-Colą Quantum. Zabiła mnie radiacją, i nawet podwójna wartość regeneracyjna, jaką dawać miała, nie zdążyła nic dobrego zrobić!:D Nie dlatego, że była dobrem konsumpcyjnym, szczególnie szkodliwym, ale dlatego, że trafiłam na nią tuż po walce z czymś, co ściągnęło mi sporo zdrowia i bardzo nieładnie napromieniowało, a nic nie miałam innego do poratowania się. Co nas uczy już na wstępie: nie jedz żółtego śniegu! Nie, to nie to... nie pij podejrzanie wyglądających, świecących butelek w grze, gdy nie jesteś do końca zdrowy.
Ale ta butelka to mnie zaintrygowała...

Po latach nie grania i na nowo obudzonym zaciekawieniu Falloutem, w związku z pojawieniem się części czwartej, a także, jakżeby inaczej, przyglądaniem się wielu tytułom pod kątem zjadliwości bohaterów tła, przypomniała mi się i ta flaszeczka, a myśl "a gdyby tak spróbować to odtworzyć?" była nieuniknioną konsekwencją powyższego wnioskowania.
Jak należałoby się spodziewać, po Quantum nastąpiła prawdziwa lawina odnajdywanych i odkrywanych na nowo innych, smacznych rzeczy z tych gier, które, poczynając od zapamiętanego do tej chwili pierwszego dobra konsumpcyjnego, znalezionego w "dwójce" - meat jerky, a kończąc na Mississippi Quantum Pie, przetłumaczonym u nas jako Kwantowy Placek z zawartością Quantum, rzecz jasna i pewna, trafią na Bantofelki.

Skupmy się wpierw jednak na tym pierwszym dobrze, które wytrygowało moją chęć na dłubanie w temacie Quantum i falloutowych dóbr konsumpcyjnych. Jak zwykle na początek dokonałam researchu. Co to, jak to opisują i tak dalej. Bo poza wyglądem płynu do płukania ust Listerine w butelce po Coca Coli, na pierwszy rzut oka nie wiadomo nic.

Otóż, wszelakie wiki dostarczają nam następujących informacji (pozwólcie, że zacytuję tradera Milo, z "trójki" i dodam własne tłumaczenie):

"- This product is the pinnacle of taste sensation. Seventeen fruit flavors and that signature cola taste blend to form the perfect refreshing soft drink. With its new Strontium additive, it's got that unique kick to keep you on your toes." (Ten produkt to szczyt doznań smakowych. Połączenie smaku siedemnastu owoców i coli daje w rezultacie doskonały, odświeżający napój bezalkoholowy. To, co w nim jest innowacyjnego to dodatek izotopu Stronium, który jest tym przysłowiowym kopem smakowym, wyrzucającym cię na orbitę.)

Jeśli chodzi o skład, Nuka Cola Quantum składać się miała z:
 - wody gazowanej
- barwnika karmelowego
- aspartamu
- kwasu fosforowego
- benzoesanu potasu
- naturalnych aromatów (17 + jeden dodatkowy)
- kwasku cytrynowego
- kofeiny
- izotopu radioaktywnego Stronium
Yummy! Ile sztucznych pyszności:D
 

Tylko teraz co zrobić, by to wszystko z gry przenieść na real?
 Bardzo prosto wyjaśniono, co powinno się znaleźć w smaku tego napitku. Smak owocowy i cola (po nazwie). Oraz niewątpliwie kolor niebieski, charakterystyczny dla Quantum. Jest to do osiągnięcia, tak sobie pomyślałam, ale raczej własnym sposobem, ponieważ internety bardzo nędznie nas informują w kwestii, z czego inni próbowali osiągnąć Quantum. Nie podobały mi się te przepisy, już na pierwszy rzut oka nie zapewniały smaku jak należy, uznałam więc, że amerykańcy, własną metodą idą na łatwiznę i postawią tylko na kolor, bo któż to by zechciał pić? Albo przeleją energetyka do szklanej butelki i podświetlą żarówką LEDową. No, w niektórych przypadkach, faktycznie tak robiono. Ale ja uparłam się, że nie tylko zrobię to niebieskie, o smaku coli i owoców, to jeszcze smaczne!

 O matulu... wczoraj dostałam tym przepisem w czaszkę, bo nic, NIC, nie chciało wyjść jak zaplanowałam. Początkowa próba z multiwitaminą Tymbarku (15 z 17 smaków owocowych, wyliczonych w składzie na pudełku) i coca-colą, dała może i dobry smak. Ale kolor, jaki uzyskałam po użyciu dwóch łyżeczek barwnika niebieskiego na tej miksturze, nawet rozwodnionej, w najlepszym wypadku wychodził zielony, na dodatek tak mętny, że światło przez niego się nie przebijało i należałoby zapomnieć o iluminacji (którą też zamiarowałam osiągnąć). Z wielkim bólem serca musiałam więc odstawić sok owocowy i zmniejszyć ilość coli w stosunku do wody gazowanej, ale za to uzyskiwać zaczęłam dobry kolor. 
I tak, po trzech próbach, podchodząc od dupy strony do przepisu, rozpaczliwie pilnując koloru, podczas gdy smak podkręcałam po odrobinie tego i owego, zgarnianego z półek, w końcu osiągnęłam, co chciałam.

Moja wilkołacza ekipa testowa, pod przewodem Azraela, (który czekał na Quantum domowej produkcji, jak na zbawienie, jako autentyczny fan Fallout i klimatów post-apo), spróbowała z wahaniem zawartości 200ml buteleczki z niebieską zawartością i nalepką Quantum, ale i z zaufaniem... w końcu dokarmiam ich podczas sesji od ponad roku wszelakimi swoimi pomysłami i jeszcze się nie przekręcili. Wiecie, że nie dość, że przeżyli testy, to jeszcze stwierdzili, że dobre? Już niby poddawałam w wątpliwość ich poczytalność, za co mnie niezmiernie kochają, ale do tej pory, jakieś 20 godzin od testu nie słyszałam, by któryś się struł moim Quantumem, sikał na niebiesko, albo ział ogniem...chyba przetrwali:)
A skoro erpegowe świnki doświadczalne (dostanie mi się, oj!:P) mówią "Si", oznacza to, że produkt dopuszczony został do konsumpcji i nawet może się spodobać. A zdjęcia jakie mi wyszły! Ohohoooo!
Od razu tylko rozwiążę kwestię świecenia: radioaktywnego izotopu nie kupimy nigdzie, a spożywanie takiego, nawet jeśli by się nam udało go dostać, to kompletna głupota. Więc napój niestety nie świeci sam z siebie. Ale sprytne ustawienie go przed źródłem światła i zapewnienie odpowiedniej przezroczystości, robi swoje. Popatrzcie i podążając za sloganem reklamowym z gry, szykujcie własne butelki Quantum na kolejne zarwane z Falloutem nocki:

"Take the leap... enjoy a Quantum!"  

Zaczynamy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:) 



Składniki (na 200ml butelkę):

175ml wody mocno gazowanej
25ml coli
4 kopiate łyżeczki cukru pudru
1 łyżeczka spożywczego barwnika niebieskiego (żelowego)
5 kropel olejku lub aromatu pomarańczowego
1/2 łyżeczki soku z cytryny (lub szczypta kwasku cytrynowego)

Wykonanie:

Do naczynia z miarką wlewamy najpierw wodę, potem barwnik i mieszając dążymy do uzyskania właściwego odcienia niebieskiego koloru.

Następnie dolewamy colę, dosypujemy cukier, dolewamy aromat i sok z cytryny i wszystko razem mieszamy, starając się zrobić to na tyle szybko, by zanadto się nie wygazowało.

Testujemy smak ile razy będzie trzeba i sprawdzamy kolor pod mocne światło za każdym razem, gdy dosmaczamy.

Pasujące nam smakowo i kolorystycznie Quantum przelewamy do przygotowanej wcześniej buteleczki po 200ml Coca Coli, zamykamy przy pomocy kapsla, który potem trzeba będzie mocno zacisnąć, by napój się nie wygazował, naklejamy na butelkę quantumową nalepkę i przechowujemy w lodówce, do czasu podania.

Żeby zrobić odpowiednie wrażenie luminescencji, właściwe falloutowemu Quantum, butelkę z napojem stawiamy przed mocnym źródłem światła lub na nim i cieszymy się "radioaktywnym" blaskiem Nuka Cola Quantum.
---------------------------------


Ingredients:

175ml of carbonated water
25ml of coke (or pepsi, any you prefer)
4 tspns of caster sugar
1 tspn od blue food colour (gel)
5 drops of orange oil or extract
1/2 tspn of lemon juice (or a pinch of citric acid)

The making of:

Pour the carbonated water into the measuring cup, add the food colour and mix until you receive the desired colour.

Add coke, sugar, orange extract and lemon juice and quickly mix it alltogether, so the drink didn't flat.

Make a taste check as many times as you need, adding additional pinches of the ingredients if necesarry, but with every addition check the colour of the liquid, lighting it with a strong light source.

If the taste and the colour are ok, pour our homemade Quantum into 200ml glass Coke bottle, close it up using a cap, which then has to be pressed tightly, so the bubbles didn't run away. Put an appropriate Quantum sticker on the bottle and put it in the fridge till the time for serving comes.

To make Quantum luminescent, simply put a bottle at the front or on the strong light source (black light would be perfect), and enjoy the tasty radiation of Nuka Cola Quantum.



wtorek, 11 października 2016

Portugalskie ciasto pomarańczowe /Portugese orange cake

Mam niezwykłą słabość do słowa "Przepowiednia". A już szczególnie do zwrotu "Proroctwo". Niby jedno i to samo, ale to drugie ma jakiś taki oddźwięk fantasy, magiczny, tajemniczy. Właściwie to, patrząc na to, co czytam i czym się fascynuję, to, że wszelakie proroctwa zapowiadane w treści są dla mnie magnesem przyciągającym do dzieła pisanego, tak samo jak obecność dowolnej konweniencji zmiennokształtnego (ze wskazaniem najsilniejszym na wilkołaki i kotołaki) bohatera, jest zupełnie normalne. Pasują do siebie tajemniczością, zapowiedzią zmiany, hintem, że ta przyszłość, którą uważamy za produkt wyłącznie własnych działań, mogłaby już być ustalona i stanie się, bez względu na to, cokolwiek zrobimy, chociaż dziwnie, niewiele jest książek, w których te dwa elementy łączy się ze sobą. Moja ukochana to seria "Kroniki Cheysuli" Jennifer Roberson, gdzie są i zmiennokształtni i wielkie Proroctwo i tak cudowna, wciągająca akcja, że książka ta nieodmiennie od ponad dwudziestu lat zajmuje miejsce w mojej biblioteczce na honorowym miejscu, uzupełniona o dosłownie wszystko, co wydano w tym świecie, włącznie z opowiadaniami.
Pomijając jednak zmiennokształtność, wszystko, co ma gdzieś tam zapowiedź jakiejś przepowiedni, przyciąga moje zainteresowanie. Nie tylko w fantasy. Swego czasu bardzo poważnie interesowałam się przepowiedniami Nostradamusa, i kombinowałam, czy jest jakiś sposób, by dopaść "Centurie" wieszcza bez komentarzy, po polsku, by samej sobie interpretować, a nie polegać na innych. Niestety, na stan mej wiedzy sprzed dziesięciu lat, takiego tłumaczenia nie było, więc jakoś to zainteresowanie z lekka przybladło. Przypuszczam, że teraz, gdyby się uparł, pewnie bym je znalazła po angielsku (w Stanach jest dość świrów, którzy mogliby stanowić target docelowy, dzięki któremu taka książka by się sprzedała), ale właściwie... nie dostąpiłyby "czytania z miejsca", a wylądowania na stosiku "to-read", który bardzo powoli, chociaż sukcesywnie, zmniejsza się. Nie jest to dobre miejsce dla takiej książki, więc właściwie to myślę, że jeszcze pozwolę tej myśli podojrzewać, zanim ponownie wrócę do aktywnego zainteresowania przepowiedniami.

Zapytacie pewnie do czego zmierzam, zaczynając felkę o cieście pomarańczowym, zupełnie nie pasującym do niej wstępem o przepowiedniach. Gdzie tu jest jakiekolwiek powiązanie? Jest, jest. Dziwne zapewne, ale związane z obecną pogodą za oknami. Jesień w pełni, kurtka zimowa w użyciu chociaż jeszcze miesiąc temu chodziłam w krótkim rękawie przy 26 stopniach. Ta pogoda właśnie jest łącznikiem między dwoma, z pozoru kompletnie nie związanymi tematami.
Moje zainteresowanie przepowiedniami Nostradamusa rozciągnęło się kiedyś na inne przepowiednie, w tym i na takie, w których powiadał, bodajże Ojciec Klimuszko, że nadejdzie taki czas, że Polska stanie się krajem tropikalnym. Kiedy i za sprawą czego - nie wiadomo. Stawiam na przebiegunowanie. W sumie tak dużo przepowiedni akurat tę tezę głosiło, potwierdzonych przy tym i przez kilka naukowych głów, wedle których ta zmiana nastąpi, tyle, że w bardzo długim okresie czasu, że z czytania i słuchania o nich, jak o kolejnej sensacji wieku dwudziestego plus, przeszłam do zaciekawionego myślenia "A może jednak?". Szczególnie, że właśnie ostatnich kilka jesieni wygląda tak, jakby się nam sierpień przesunął o dwa tygodnie na wrzesień z temperaturą, a wiosna wcale nie chciała nadejść wtedy kiedy trzeba. Żeby na Wielkanoc leżał śnieg jak cztery lata temu...
I to, moi państwo, jest ten trigger, który sprawił, że ponownie zaczęłam się zastanawiać, czy aby w tych przepowiedniach nie ma czegoś konkretnego, poza fascynującym dreszczykiem emocji, gdy się je czyta. Zapewne ja Polski o klimacie tropikalnym nie doczekam, ponieważ taka zmiana klimatu zajmie o wiele więcej lat, niż mi przeznaczono, może dopiero moje wnuki doświadczą letniej pogody w grudniu, ale strasznie podoba mi się myśl o otwieraniu okna i zrywaniu pomarańcz z drzewa tak, jak teraz moglibyśmy zbierać jabłka.
Myśl ta szczególnie jest miła, gdy za oknami mamy standardową jesień, owoców sezonowych i ciepełka coraz mniej, za to sklepowe owoce tropikalne zaczynają nabierać smaku na półkach sklepowych. Pomarańcze  są coraz smaczniejsze, wkrótce pojawią się klementynki, ceny spadną w dół z hukiem i Święta pojawią się na horyzoncie zapowiadane czekoladowymi Mikołajami na półkach supermarketów, ledwie obsługa sprzątnie z nich znicze ze Wszystkich Świętych.

Jako, że mamy teraz okres przejściowy, ludzie zdążyli się stęsknić za tropikiem lata (nawet alergicy jakoś tęskniej kichają), okiem łaskawy i głodnym spogląda się na te pomarańcze świecące niemal w witrynach sklepowych, jak malutkie, złote słoneczka, a ci, którym zmysł kulinarny zaczyna szeptać cicho, że co tam, surowe... weź i upiecz sobie co dobrego z pomarańcz, jako wspomnienie lata, mają przej...hmmm... kukane:) Bo z tych pomarańcz można zrobić tyle fajnych rzeczy!

Mnie akurat wraz z chęcią na coś maksymalnie pomarańczowego towarzyszyła myśl, by było to ciasto typu "gryźliwego i mięskiego". Ten i ów, który czytał felki w Pączkach Loco i Donutach Lokiego, zwrot ten rozpozna. Dotyczy on bowiem ciasta, które nie rozpływa się w ustach od razu po kontakcie ze śliną, ma intensywny smak i zwyczajnie samiec jest z niego zadowolony, bo zanim przełknie, zdąży poczuć, że ugryzł ciasto, a nie powietrze. Czyli ciasto jest mięsiste, męskie i smakowicie... no, gryźliwe. Takie są najlepsze. A jeżeli towarzyszy takiemu ciastu również i fakt posiadania aromatu, który za nami chodzi... szykujcie się na arcy przyjemny powrót do przeszłości, bowiem lato wróci nam po pierwszym gryzie i wcale nie będziemy chcieli się nim za bardzo dzielić z rodziną (bez obaw i tak zeżrą wszystko, ledwie się odwrócicie:D).

Ustaliwszy sobie priorytety, na moment odwróciłam spojrzenie, zafascynowane ostatnimi czasy rozmaitymi pie i zerknęłam na typowe ciasta, ale właśnie bardzo aromatyczne, cięższe i biszkoptowate. Takie, którym  do szczęścia wystarczy tylko porządne wymieszanie składników i wysoka temperatura, by się upiekły. Takie właśnie, jak portugalskie ciasto pomarańczowe, z jakim dziś przyjdzie się wam zapoznać.

Trudno naprawdę o prostszy wypiek. Bo tylko mieszamy w nim składniki i nie dodajemy nic poza nimi po upieczeniu. Możemy machnąć cukrem pudrem z wierzchu, ale i bez niego będzie super. Cała atrakcja ciasta i tak tkwi w tym, że jest cudownie gryźliwe, aromat prawdziwych pomarańcz, którym jest napakowane po brzegi, czuć w całym mieszkaniu ledwie zaczyna się piec, a człowiek od razu czuje się lepiej, postawiony przed obliczem kawałka tej pysznej, doskonałej dobroci.
Ciężko zakwalifikować je do kategorii biszkoptów, ponieważ nie do końca jest takim, do którego przywykliśmy. Nie opada. Rośnie duuuże, ale przy tym zachowuje swoją zbitą, ciężką strukturę, której tak bardzo poszukujemy w ciastach jesiennych, do pary z aromatem. Powiedziałabym, że jest to biszkopt, ale soczysty, wilgotny, mający nieco wspólnego z konsystencją ciasta marchewkowego, jakie już wam wcześniej proponowałam na Bantofelkach. Ale przy tym jakimś dziwnym trafem nie jest ciężkie. Można je jeść i jeść i wcale nie ma się dość. Czysta, pomarańczowa, smakowita magia, która co prawda przemija, gdy blaszka jest już pusta, ale w momencie, gdy sobie o tym cieście przypomnimy - zaczyna nas nawiedzać. Tak jak przepowiednie. Gdzieś tam się czai na horyzoncie i grozi, że jeszcze nadejdzie. Jeszcze położy na nas łapy. Teraz je co prawda jedynie zwęszamy, mając świadomość, że jest, ale daleko, ale kiedyś to "daleko", zmieni się na "blisko" lub teraz. A wtedy pozostanie nam tylko poddać się z wdziękiem zmianom, jakie nadeszły lub... dać sobie spokój z mrocznymi prorokowaniem Banshee i skupić wyłącznie na tym, że za góra dwie godziny można będzie wbić zęby w ten pomarańczowy przysmak, pozwalając przyszłości nadal się wieszczyć daleko na horyzoncie. Ciasto będzie na talerzyku przed tobą już teraz. Czy jest sens potrzebować więcej w tej konkretnej chwili? Niech tylko kto skoczy jeszcze po mocną, czarną herbatę i, na bogów, dajcie mi kota mruczącego do boku mego, bowiem ta trójca zapewni mi całą przyjemność z beztroskiego odczuwania teraźniejszości, jakiej będę potrzebować!

Herbatę zapewnicie sobie sami. Kota też (jak jaki szczęściarz ma). A ja z prorokowania wracam do świata żywych i zapraszam do stworzenia sobie ostatniego składnika na pyszną chwilę "tu i teraz", z poniższego przepisu. Oto przed wami portugalskie ciasto pomarańczowe.
A przyszłość?
Poczeka.
Przepis wzięty stąd.
Please scroll below for the "red" recipe in english version.


Składniki:

150g miękkiego masła
250g cukru
4 jajka, osobno żółtka i białka
3 duże pomarańcze
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier puder do posypania wierzchu


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza.

Blachę 20x20cm wykładamy papierem do pieczenia.

Masło z cukrem wkładamy do miski i miksujemy, aż będą puszyste.

Dodajemy po jednym żółtku, dobrze ubijając po każdym.

Z pomarańcz wyciskamy sok i ścieramy skórkę. Jedno i drugie dodajemy do masy, cały czas ubijając. Masa wyjdzie nam trochę wodnista, ale tak ma być. Miksujemy cały czas, od czasu do czasu skrobiąc boki i dno, by wszystkie składniki się połączyły.

Do miksowanej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i miksujemy do czasu aż wszystkie składniki razem utworzą gładką całość.

W osobnej misce ubijamy na sztywno białka ze szczyptą soli. Ubitą pianę łyżka po łyżce mieszamy delikatnie z masą.

Masę na ciasto przelewamy do przygotowanej blaszki i wkładamy do piekarnika na 35-40 minut, do czasu aż wierzch, naciśnięty lekko, ugina się jak gąbka, a patyczek wetknięty w ciasto wychodzi suchy.

Wyciągamy ciasto z piekarnika i pozwalamy się mu ostudzić.

Wierzch posypujemy cukrem pudrem, kroimy na kwadraty i serwujemy jeszcze ciepłe z filiżanką herbaty.

Smacznego!
-----------------------------------------------


Ingredients:

150g of butter, softened
250g of sugar
4 large eggs, separated
3 large oranges
2 cups of all purpose flour
1 tsp baking powder
caster sugar for sprinking




The making of:

Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.

Line the baking dish 8x8" with a baking paper.

Cream together butter with sugar until light and fluffy.

Add the eggs, one a the time, mixing well after each.

Add the juice squeezed of oranges and the zest and do not worry if the mixture appears curdled - that is how it should look like.

Mix it all until the mixture comes together, scraping the sides of the dish from time to time.

Add dry ingredients to the mixture, and mix until it reaches a smooth texture.

In a seperate bowl beat the egg whites with a pinch of salt until stiff peaks. Spoon the beaten egg whites to the mixture, and carefully mix it alltogether.

Pour the mixture into the prepared dish, put it into the oven and bake for 35-40 minutes, until the top feels springy when pressed, and the toothpick comes out clean. 

Remove the cake from the oven and cool it a bit.

Sprinkle the top with a caster sugar, cut it squares and serve with a mug of hot tea.

Enjoy!