środa, 26 października 2016

Kanapka z sałatką z kurczaka Clay'a (jak w serialu "Bitten") / Clay's chicken salad sandwich (as in "Bitten" TV Show)

Już za chwileczkę, już za momencik nadejdzie anglosaskie święto potworów i koszmarów wszelakich - Halloween. W zeszłym roku uczciłam je bardziej tradycyjnym Pumpkin pie, ale w tym postanowiłam zaszaleć i faktycznie na ten okres końca października i początku listopada, spotworzę Bantofelki. A właściwie zwilkołaczę. Skłaczę! Blog będzie przez kilka nadchodzących postów wył przy pełni księżyca, z zacięciem polował na wampierze i rzecz jasna podtykał wam wszelakie, kłaczaste żarcia - jedno po drugim, z etykietką czegoś, co z rozkoszą zjadłby zmiennokształtny. Doświadczycie wszystkiego wilkowego, co stworzyła moja wyobraźnia (parafrazując jakże znany tekst z początku serialu "Twilight Zone"), a raczej co ta wyobraźnia sobie przypomniała, i gdzie ją skierowała pamięć, w poszukiwaniu książek i filmów, a także internetów, w których wilkołaki coś spożywały.
Będzie więc jak zwykle bez-dietowo, geekowo, smacznie i pachnąco, a także w dużej ilości i prosto - bo akurat to jest wspólna cecha wszystkim wilkołakom, bez względu na uniwersum, w jakim występują. Ważne, by brzuch był pełny, by była satysfakcja z przeżuwania, a dekoracyjne porcje degustacyjne, rodem z Atelier Amaro, ozdobione kwiatkiem, które wilkołakowi tylko by żołądek wkurwiły - zostawmy może miłośnikom wampirów. Oooo... oni zdecydowanie w tym będą gustować, popijając kielichem krwi i piłując pazurki.

A teraz, skoro wszystkie te, zgromadzone już i częściowo gotowe do zapodawania w formie felek żarełka, wyją mi wilczo i przeciągle, głosząc: "Daj nam zaistnieć, siostro księżycowa!" - ulegam z wdziękiem i na pierwszy rzut zapodaję wam danie wyłuskane z serialu "Bitten" czyli wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka Claya.

Auuuuuu... znaczy, zaczynamy świętowanie wilkołaczego Halloween w towarzystwie Bantofelków! Do dzieła!

Tak się niestety składa, że wszelakie fantasy woli wampiry. Nie wiem, czemu się tak uczepili tego tematu, ale akurat z ras paranormalnych w tym temacie znajdziecie najwięcej książek i filmów. Ostatnio także uwzięli się na anioły, szczególnie, jeśli można anioła wpakować w upadnięcie i śmiertelne, bezsensowne zakochanie się w człowieku. Albo w wampirze! Z jednej strony mnie, miłośniczkę wilków, frustruje to, że się tak fascynują martwiakami, a z drugiej rozumiem: romans kupi co druga nastoletnia siksa, a jeszcze jak ma on powiew rozwiewającej się już na szczęście mody przyniesionej przez jakościowo pożałowania godny "Zmierzch", otoczki tajemnicy i marzenia o niezwykłym, martwym opiekunie, który (obowiązkowo zabójczo przystojny) nie widzi poza bohaterką świata - to tylko iść w to przy wtórze "Ka Ching" mamony, wpadającej z konta panienek zafascynowanych wampirami, do kieszeni przedsiębiorczego twórcy.
Niemniej, gdyby wyłączyć z tego całego cyrku wampiry, mam wrażenie, że umiejętnie wpasowany w setting wilkołak - istota równie tajemnicza i na pewno mniej idiotyczna niż mieniący się brokatem koleś, nadto tragicznie (chociaż zależy też od spojrzenia na lykantropię) obdarowana przez los mocą zmiany postaci ludzkiej w zwierzęcą - stworzyć by potrafiła znacznie lepszą historię.

Spójrzmy chociażby na serial "Bitten". Scentrowany właśnie na wilkołaczej watasze, relacjach wilkołaków między sobą i tak właściwie wojnie z całym światem, jest bodajże pierwszym tego typu widowiskiem, które mnie przyciągnęło do siebie, nie odrzucając jak jakieś romantyczne "Teen Wolfy", gdzie jest tylko jeden taki koleś, w dodatku nastolatek, problemy szkoły średniej, oh, ah, eh... fuj!
No dobra, w "Bitten" też się zaplątało trochę romansu, jako, że bazowany jest na pierwszym tomie serii książek Kelley Armstrong o tytule "Women of the Otherworld", która jak nic traktowana być powinna jako paranormal romance, niemniej kobietka postawiła nie na romanse, jako temat przewodni przygód bohaterów, ale właśnie na fantastycznie przekazany świat wilkołaczy. I właśnie dla tego klimatu, dla zmieniających się w wilki facetów i kobiet, dla brutalności i wilczej polityki, dla cudownych relacji w watasze, w której z rozkoszą ja, miłośniczka jedynie słusznego systemu RPG "Wilkołak: Apokalipsa", odnajdywałam coraz to odniesienia do rozmaitych plemion jednie słusznej wilkołaczej gry, wsiąknęłam na trzy sezony, wciągnęłam w to swoje wilkołaki grające ze mną na realu w Werewolfa i z całego serca polecam. Pierwszy sezon na pewno. Drugi nieco się popsuł - bez sensu skupili się na czarownicach, ale trzeci, ostatni, z przytupem wrócił do tematu watah i wilkołaków. Co prawda zmaszczono zakończenie, a drugi i trzeci sezon praktycznie nic nie miał wspólnego z drugim i trzecim tomem serii książek - ale wilcza wataha została. I mnie to wystarczyło.

W wielkim skrócie, o co chodzi w "Bitten", by wam za bardzo nie spoilerować.
Główną bohaterką jest Elena Michaels - młoda kobieta, która zrządzeniem losu i przypadkiem (który potem, w miarę rozwoju akcji okaże się celowym działaniem), została ugryziona przez jednego z wilkołaków z watahy Jeremy Denversa - wilków, których terytorium stanowi Ameryka Północna, a dom watahy to posiadłość Stonehaven w miasteczku Bear Valley, w stanie Nowy York. No i w sumie wszystko byłoby ok, bo wilkołaki i w ten sposób powiększają swoją liczebność w tym uniwersum, gdyby nie to, że Elena jest JEDYNĄ wilkołaczką, ponieważ do tej pory żadna ludzka kobieta nie przeżyła ukąszenia i pełnej przemiany w wilkołaka. Nie narodziła się też taka z ojca wilkołaka, która miałaby zmianę w wilka w genach. Kobiety zwyczajnie nie mogą stać się wilczycami, koniec, kropka. Rodzić wilkołaki - jasne. Synów, których potem ojciec - wilkołak zabiera od matki i wraz z potomkiem znika, by chronić sekret ich istnienia. U córek gen wilkołactwa najwyraźniej występuje jako recesywny. Przekazać dziecku - przekażą, ale same nigdy do księżyca nie zawyją. I tu mamy kolejny wspólny element we wszystkich settingach, gdzie pojawiają się wilkołaki - wielki sekret istnienia.
Wróćmy jednak do Eleny. Serial skupia się w pierwszym sezonie na niej i jej porąbanych relacjach z watahą, do której z ugryzienia należy. Czemu się popsuły i jaka jest jej historia - dowiadujemy się w trakcie rozwijania się akcji. W trakcie też poznajemy watahę, na czele z ich alfą Jeremym, byłym facetem Eleny, adoptowanym synem Jeremy'ego, który jest również bezlitosnym wykonawcą woli swego lidera) - Clayem, oraz przecudownymi, wilkołaczymi zwyczajami.
Skracając sytuację jeszcze bardziej - problemy Eleny z facetem-wilkołakiem, byłym, który koniecznie chce ją odzyskać, ale przy tym nadal być tak bardzo wilczy, męski i nie do ruszenia, mimo, że ma bzika na jej punkcie, które odpowiadają za zakwalifikowanie książki do rodzaju paranormal romance, ustępują jednak brutalnej walce o władzę i terytorium, gdy wataha Jeremy'ego nagle staje się obiektem ataku. I w tym momencie Elena musi sobie zadać pytanie: durne próby bycia człowiekiem, mimo, że to dawno już za nią, czy lojalność wobec swoich i akceptacja wilczej natury?
O, proszę państwa i w momencie, jak zaczyna się lać pierwsza krew, poznajemy pierwsze zwyczaje wilkołaków tego świata - serial robi się naprawdę interesujący...

Pozwolę sobie więc go polecić z pełną odpowiedzialnością miłośniczki "Wilkołaka: Apokalipsy". Kiedy już przebolejecie romansowe i traumatyczne ludzkie problemy - wilcze tło w pierwszym sezonie zwyczajnie was zachwyci.

Do tego tła właśnie teraz nawiążemy. Relacjami w tej watasze ja i Azrael - mój kumpel-maniak Wilca, zachwycamy się od dawna. Szczególnie zwyczajami watahy przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie. Jedzą w watasze w swoim towarzystwie przede wszystkim dopiero gdy alfa weźmie pierwszy kęs (zupełnie jak u normalnych wilków - prawo do łupu i najlepszego mięsa ma przede wszystkim alfa), za to kolosalne ilości jedzenia, jak na normalnej wielkości facetów i filigranową kobietkę. Gdzie to znika? A cholera wie, przypuszczam, że w całości idzie w wilka pod skórą i jego umiejętności, a ich ciała gdzieś to magazynują, póki nie spalą do ostatniej kalorii, właśnie na przemianę i podtrzymanie tego wilka przy życiu. Z tego by wynikało, że powinni być przy kości. Nic z tych rzeczy. Może aktywny tryb życia? Anyway, wilkołaki jedzą dużo i to nie tylko tu, w świecie "Otherworld", ale w każdym innym, posiadającym wilkołaki. I z tego co widzę - jedzą też prosto. Kalorycznie. Mięso, warzyw raczej niewiele, pieczywo, jeszcze więcej mięsa, bekon smażony tonami, jajka... ah... powiem wam, że ta kuchnia to mi się szalenie podoba. Zero ograniczeń. No i nie certolą się z tym, by wyglądało ślicznie. Ma być gryźliwie i smacznie, ot co.

Jedną z takich właśnie potraw widzimy dokładnie w trzecim odcinku 3 sezonu - "Right behind you", gdy, w wyniku rozmaitych dziwnych wydarzeń, w Stonehaven pojawia się przyrodni brat Eleny - Alexei. Koleś jest młodzikiem, tuż przed pierwszą przemianą, naładowanym buntem i hormonami i, jak łatwo przypuścić, cały czas jest głodny, gdy ciało przygotowuje się do pierwszego przeistoczenia. Clay, obecnie narzeczony Eleny (ta jest, dogadali się w ciągu trzech lat:P), podsuwa mu więc, widząc, że koleś zaraz się zacznie wgryzać w ściany, kanapkę. Sądząc po wyglądzie - sam ją zrobił, zdecydowanie niechlujnie, niemniej Alexei wgryza się w kanapkę bez dyskusji, przeżuwa z satysfakcją i tylko pyta o ketchup. Czyli, myśli sobie taka Banshee, oglądając scenkę po raz pierwszy, to coś musi być dobre, szybkie, sycące i proste, by facet, którego wstępnie zakwalifikowała jako Pomiot Fenrisa (gdyby myśleć o Clay'u w kategoriach wilkołaków WoDowych), mógł to zrobić sobie lub komuś, nie przemęczając mózgownicy tak trywialną sprawą, jak nakarmienie prawie-wilkołaka, zapychając mu tym czymś skutecznie wór bez dna, omyłkowo zwany żołądkiem.
Gdybym miała pod ręką gifa z tego odcinka z ową kanapką, pokazałabym ją wam. Ale, że nie mam, starczy tylko rzec, że między dwoma kawałkami przekrojonej pajdy chleba widać tam białą mieszaninę mięsno-sosową, bez śladu zieleniny (jakże po wilkowemu!), rzuconą na talerzu niemal na stół gestem "masz, żryj, dobre". A gdy dzieciak domaga się ketchupu, który dodaje wszędzie, Clay patrzy na niego jak na idiotę, wyjaśniając, że to jest sałatka z kurczaka. Do tego ketchupu się nie dodaje. I słusznie! Królicze żarcie to w kojcu królików, trafiłeś do kuchni wilkołaka, młody, więc jedz, co należy.

Tak prosta, ludzie, rzecz. Chleb, w którego kawałki wetknięto to coś,o tajemniczej nazwie "sałatki z kurczaka". Co tajemnicze przestało być dosyć szybko, gdy już wygooglałam, co to jest. Po czym z tajemniczego stało się zaskakujące, ponieważ kanapka z sałatką z kurczaka zbiera takie recenzje na internetach, wbrew (a może dzięki) swej prostocie, że niech się najlepsze dania restauracyjne schowają. Pyszne! Proste! Comfort food - a to już jest najwyższa pochwała. W końcu o ilu rzeczach można powiedzieć, że spożycie ich koi schetane nerwy? Ten i ów pisał, że tak tęsknił za smakiem tej kanapki, tak za nim chodziła, że potrafił specjalnie po mięso kurczaka iść do sklepu w nocy i zrobić sobie kanapkę z sałatką, bo nie mógł bez niej żyć!

No to, kurka, poległam po tym, a że akurat szukałam potraw do halloweenowego projektu "Wilkołacza kuchnia" na Bantofelkach, który to właśnie zaczynamy dzisiejszą felką, logicznym się wydaje, że kanapka z sałatką z kurczaka w wykonaniu Claya, musiała tu trafić.

Zrobiłam więc absolutnie klasyczną, wilkołaczą wersję, trzymając się tego, co widziałam w odcinku "Bitten", a nie setek przepisów podsuwanych mi przez internety, bazując jedynie na ich składnikach stałych i wiecie - to był strzał w dziesiątkę. Moje testujące "łaki" - sztuk trzy - dostały dziś tę kanapkę do testów na sesji i chociaż ja osobiście widziałabym ją z dodatkiem kiszonego ogóreczka albo grzybka marynowanego, to dwaj pozostali oświadczyli, żeby absolutnie nic nie dodawać. Idealna kanapka dla wilkołaka ma być właśnie taka, prosta, zajebiście dobra i koniec!

A zatem ulegam demokratycznej decyzji mej watahy i w ręce wasze oddaję wilkołaczą kanapkę z sałatką z kurczaka, którą z rozkoszą spożywać możecie nawet i wtedy, jeśli wolicie tę drugą, bardziej martwą i krwiopijną stronę paranormalu z zębami. Oni niech siorbią krew, wam nikt nie każe tego robić. A na pusty żołądek będzie idealna. Kto zaś wie, co się potem stanie przy pełni...

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na miskę sałatki lub ok. 12 kanapek - 6 podwójnych pajd):

12 kromek chleba
1 udo kurczaka
1 podwójna pierś kurczaka
1 marchewka
1 cebula
1 kostka rosołowa drobiowa
2 łyżki majonezu
1 łyżka śmietany
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz, majeranek


Wykonanie:

Mięso kurczaka myjemy, wkładamy do garnka (nie skórujemy! - skórka dodaje smaku), dorzucamy obraną marchewkę przekrojoną na pół, obraną cebulę przekrojoną na pół, zalewamy całość wodą, aż przykryje mięso i stawiamy na ogień.

Gdy woda zacznie buzować, szumujemy potencjalną pianę z powierzchni i dorzucamy kostkę rosołową. Gotujemy do miękkości mięsa.

Wywar mięsny odlewamy (można taki bulion zachować i zamrozić na później), mięso chłodzimy, a gdy wystygnie, obieramy z kości, drobiąc na małe kawałki.

Mięso wrzucamy do miski, dodajemy majonez, śmietanę i musztardę, mieszamy.

Testujemy smak, doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem. Ponownie testujemy. Jeżeli potrzeba, dodajemy jeszcze majonezu i musztardy, pamiętając jednak, że sałatka ma nam iść potem do kanapki, więc sosu ma być tylko tyle, by łączył mięso ze sobą, nadawał smak, ale nie ciekł.

Gdy smak zupełnie nam już odpowiada, uklepujemy w misce, zakrywamy folią i wstawiamy do lodówki na kilkanaście minut, by smaki się przegryzły.

Gotową sałatkę z kurczaka umieszczamy między przygotowanymi pajdami chleba, smarując chleb grubą, hojną warstwą i serwujemy swoim prywatnym głodomorom o każdej porze dnia i nocy.

Można do sałatki zawsze podać z boku, na talerzyku, ogórek kiszony, albo grzybki marynowane. Doskonale też smakuje, jeśli warstwę sałatki w kanapce posypiemy świeżą rzeżuchą. Jednakże, jako, że jest to kanapka wilkołacza - nie szalejcie z zieleniną, bo mięsożercy za nią nie przepadają.

W przypadku jeżeli zostało nam mięso po gotowaniu rosołu, albo kawałki pieczonego kurczaka, z którymi nie ma co zrobić - można spokojnie zastosować je do tego przepisu, pomijając część o gotowaniu mięsa i podążając za przepisem od 4 akapitu włącznie.

Smacznego!:)
----------------------------------------------------


Ingredients (for a bowl of salad or 12 sandwiches - 6 double slices of bread):

12 slices of white bread
1 chicken leg with skin
1 big chicken breast
1 carrot
1 onion
1 chicken broth cube
2 tblspns of mayo
1 tblspn of sour cream 18%
1 tblspn of mustard
1 tspn of lemon juice
salt, pepper, marjoram


The making of:

 Put washed chicken leg and breast, with skin, into a pot. Add a carrot - cut in half, onion - cut in half and pour the water inside, so it covered the meat. Start cooking.

When the water starts to boil, remove possible foams from the water surface and add chicken broth cube. Cook the meat until it is soft.

Remove the meat from broth (the broth you should save for something else, so freeze it, do not waste it), cool it completelly and remove the meat of the bones, dividing in a small pieces.

Pour the meat into the bowl, add mayo, cream, mustard, lemon juice, mix it all together. 

Check the taste, then add, according to your taste, appropriate amounts of salt, pepper and marjoram. Taste again. If it is necesarry, add some more mayo, lemon juice or mustard, however remember that the salad will go between the pieces of bread. The amount of sauce should be just enough to feel it, and to stick the meat together, not to drip out.

When the taste is as you wish, cover the bowl with a tin foil and put into the fridge to cool it a bit and let the tastes mix.

When the salad is ready, smear it generously on one piece of bread, cover with the other and serve your hungry werewolves at every hour of day at night.

This it the most basic version of a werewolf chicken salad sandwich. But you can serve it with a pickled cucumber or a pickled mushrooms at the side. It also tastes great if you put some fresh watercress on the surface of chicken salad, before you cover it with a second piece of bread. Anyway - this is the werewolf sandwich. Remember about it for they are a meat lovers not a rabbits to feed them with veggies:D

If you have any leftovers after cooking or baking chicken - you may easily use them for this recipe, omitting the part about meat cooking, following the recipe from its fourth paragraph.

Cheers!


środa, 19 października 2016

Domowy cukier waniliowy / Homemade vanilla sugar

Jak zapewne zauważyliście, w większości moich przepisów od ponad roku nie ma praktycznie wogóle składnika, który jest zazwyczaj spotykany w większości ciast pieczonych przez Polki. Do pewnego momentu również ja używałam go masowo, a jakże, ale trafiłam na pewną informację, która mnie odstraszyła od niego tak skutecznie, że gdyby nie znacznie bardziej aromatyczny, domowy substytut, pewnie zupełnie bym z niego zrezygnowała.
Mowa o cukrze waniliowym, a właściwie wanilinowym, który i tak z przyzwyczajenia nazywamy błędną nazwą. Ponieważ prawdziwej wanilii u większości producentów tego dosmaczacza nie ma - dawno już postawili na syntetyczną wanilinę i nie uznali za stosowne poinformować o tym nikogo, cichcem zmieniając nazwę na paczuszce. A ponieważ nikt się tego nie spodziewał i właściwie jest to tylko dodatkowe "n" w nazwie, łatwe do przeoczenia przez zmęczone oczy gospodyń domowych, pracujących jeszcze zawodowo - cukier wanilinowy cichcem zastąpił waniliowy w latach osiemdziesiątych i tak już zostało.
Żadna kobitka zresztą nie zastanawiała się nawet nad tym, smak był praktycznie taki sam i dopiero kiedyś komuś rzuciło się to w oczy, ale właściwie to już na wszystko było za późno. Cukier wanilinowy od 20 producentów w każdym sklepie, więc po prostu machnęłyśmy ręką.

Czemu o tym piszę? A to temu, że nie dość, że robią nas w balona, licząc, że z przyzwyczajenia dalej będziemy to samo kupować to jeszcze, na kanwie zmniejszania kosztów produkcji i ścinania cen towaru, nie dość, że prawdziwą wanilię ma teraz tylko cukier waniliowy (naprawdę o tej nazwie) Delecty, to jeszcze, ignorowana solidarnie przez społeczeństwo, krąży informacja o rewolucyjnym odkryciu Japończyków, za które otrzymali Nobla. Otóż panowie ci uzyskali syntetyczną etylowanilinę tańszym kosztem niż do tej pory. Z krowiego moczu. Informacja poszła w świat, a kobiety i tak kupują cukier wanilinowy. I biorąc pod uwagę fakt, że nie jest to news z wczoraj, ani nawet sprzed roku czy dwóch - bardzo możliwe, że od dawna to są siki, które dodajecie do ciastek, że tak sparafrazuję sławną wypowiedź "Morfeusza z "Matrixa".
Kurtyna!

Pozwolę, by się to przyswoiło jeszcze przez minutkę.

Przyswojone z odpowiednią odrazą?

No to teraz powiem wam, że jest coś, co możecie zrobić, nie rezygnując z dosmaczania wypieków wanilią, przy okazji nie nabijać kabzy producentom, oszczędzić konkretnie i wiedzieć dokładnie, co dodajecie do ciast. A mianowicie możecie zrobić własny, domowy cukier waniliowy, na naturalnych składnikach i podobnie jak w przypadku ekstraktu waniliowego, ledwie zacznie się kończyć, uzupełniać, by dobro to nigdy się nie skończyło i nie być wystawionymi znowu na krowi mocz z etykietką waniliny na opakowaniu.

Cukier taki robi się w 10 minut, wymaga tylko dwóch składników i słoika ze szczelnym zamknięciem. Oraz około 2-3 tygodni cierpliwości. W zamian otrzymamy dokładnie to, co chcielibyśmy kupować, a już nie możemy, aromat prawdziwej wanilii, a nie sztucznego niewiadomo czego i niekłamaną satysfakcję, że to jest "home-made", a nie sklepowe.

Zanim jednak przejdę do przepisu, chciałabym tylko was uczulić: to, co czujecie po otwarciu cukru waniliowego lub co znacie jako zapach wanilii jedynie elementarnie przypomina zapach prawdziwej wanilii. Dlatego też należy być przygotowanym, że przed upływem 2 tygodni czekania, słoiczek z domowym cukrem waniliowym, po otwarciu wydawał będzie woń szafy z czymś lekko stęchłym w środku, ponieważ tak pachną schnące laski wanilii, z których będziemy wykonywać nasz cukier. Dopiero po tych dwóch czy trzech tygodniach czekania, w nos uderzy was woń podobna do tej znanej z torebek z cukrem wanilinowym, ale też nie identyczna. Krótko mówiąc - do zapachu prawdziwej wanilii nasze nosy, trute całe życie syntetykiem, będą się musiały przyzwyczaić.
Jednakże smak waniliowy i aromat w wypiekach będzie tak absolutnie boski, że naprawdę zrezygnujecie z torebkowego na rzecz prawdziwego cukru waniliowego i nie będziecie go już kupować nigdy więcej.

No to gotowi? Zaczynamy ręczną robotę!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)



Składniki(na słoiczek cukru waniliowego):

1 szklanka drobnego cukru do wypieków
3 laski prawdziwej wanilii
szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Do umytego i starannie wysuszonego słoiczka wsypujemy 1/3 szklanki cukru do wypieków.

Laskę wanilii przekrawany wzdłuż, końcem noża wydobywamy ze środka nasionka z ciemnym mazidłem, jakie znajduje się w środku laski wanilii i wrzucamy do słoiczka. Mieszamy z cukrem.

Wybebeszoną laskę wanilii kroimy na około 1/2 cm kawałeczki i wrzucamy do cukru.

Zasypujemy kolejną porcją cukru.

Wydobywamy miąższ z kolejnej laski wanilii, ponownie wrzucamy do cukru, mieszamy i wrzucamy resztki laski pokrojone na kawałeczki.

Proces powtarzamy aż wsypiemy do słoiczka cała szklankę cukru i wkroimy wanilię.

Mieszamy ostrożnie wszystko razem, by wanilia była w całej zawartości cukru, zamykamy i nie używamy przez następne dwa do trzech tygodni, z wyjątkiem otwarcia na chwilkę co jakiś czas, przemieszania delikatnie zastałego cukru z wanilią, by aromat równo się rozchodził i ponownego zamknięcia.

Cukier waniliowy będzie gotowy do użycia i o właściwym aromacie dopiero po czasie oczekiwania. Wcześniej woń nas nie zachwyci, dlatego radzę uzbroić się w cierpliwość.

Powodzenia!


--------------------------------------------------------------

Ingredients (for 1 small mason jar):

1 cup of superfine sugar
3 whole vanilla beans
glass mason jar

The making of:

Pour 1/3 cup of superfine sugar into the mason jar.

Cut along one of vanilla beans, then using a tip of the knife remove the beans and dark insights and add to the sugar. Mix it.

Cut what is left of vanilla bean in 1/2cm pieces and add to the sugar.

Pour another 1/3 of sugar.

Remove the insights of another vanilla bean, add to sugar, mix with it, add the pieces.

Repeat the process untill you are out of sugar and vanilla beans.

Mix the whole mixture carefully once again, so vanilla was everywhere in the sugar, close the mason jar and do not use the sugar for another 2-3 weeks, opening the jar just once or twice within that time to mix a bit a sugar and spread the aroma.

Homemade vanilla sugar will be ready to use after 2 or 3 weeks passes. When used before that time, the aroma is not what it should be, so you have to wait patiently to receive the best results.

Good luck!



czwartek, 13 października 2016

Nuka Cola Quantum (Fallout 3)

"War... war never changes..."
Czy jest na świecie jakikolwiek gracz, który nie kojarzyłby tego hasła? Nawet taki weekendowy, nie posiadający wypasionej maszyny z przeznaczeniem na gry komputerowe? Stawiam dziesięć do jednego, że nawet, jeśli nie grał w grę, dla której to hasło jest niejako sloganem reklamowym, to na sto procent każdy wie, że chodzi o "Fallout" - najsłynniejszy, postapokaliptyczny cRPG wszechczasów. Absolutny klasyk, nie do pomylenia z niczym innym, tak jak Super Mario Bros, Tetris czy Mortal Kombat lub Tomb Raider sprzed kilku dekad. I tak jak te gry, "Fallout" doczekał się kilku sequeli, z których tylko jeden ogólnie jest nazywany gniotem - trójka, jakby kto nie był pewien - i niezliczonej liczby klonów. Ponieważ większość gier post-apo, jaka powstała po "Falloucie", jest budowana na jego sukcesie.
Należę niestety do tych, których kompy nawet przed 2000 rokiem nie mogły za wiele udźwignąć, więc grałam tylko przelotnie w "jedynkę". W "dwójkę" wsiąkłam za to koncertowo, i mimo mnóstwa bugów i zwiech gry w najmniej odpowiednim momencie, "Fallout 2" była tą, w którą, poza równie ukochaną serią "Heroes of Might and Magic" grałam do końca przez długie tygodnie. Ewenement, słuchajcie, bo zwykle gry mnie nudzą albo odrzucają przez to, że albo wymagają za dużo od mego dziadka-kompa, albo zamiast rozrywki dają frustrację i nerwy, bo "coś". Nie mam w zwyczaju poddawać się przez byle co, ale nie da się ukryć, że czasami gra, mimo pięknej grafiki, miodności i grywalności wyśrubowanej na maksa, serii interesujących questów zwyczajnie nie podchodzi.
Ze mną i "Falloutami" sprawa przedstawia się tak, że spośród niewielu gier, do niej mam ochotę wrócić. Hell, gdybym miała jeszcze płytę z grywalną, nie zawieszającą się "dwójką", pewnie już bym ją instalowała na dysku.

Pomyślicie sobie pewnie: co ze mnie za uwsteczniona istota, skoro zatrzymałam się na etapie "dwójki", jako, że tylko o niej gadam, a przecież niedawno wyszła fantastyczna "czwórka", zbierająca tak doskonałe recenzje, jak złe zbierała jej poprzedniczka? No, taka, jak tylko kobitka posiadająca rodzinę, trzydziestkę plus na karku i zero czasu na siedzenie godzinami przed monitorem średniej jakości kompa, mieć może. Jestem stara! Straszne! Ale, chociaż nie rozumiem sporej ilości memów internetowych i nie widzę niczego kultowego w haśle "yolo", doskonale pamiętam ciary na karku, gdy słyszałam pierwsze słowa z intro "Fallouta", wypowiedziane głosem mego ulubionego aktora Rona Perlmana (od początku zaangażowanego w ten projekt) i słyszałam nawiedzone tło muzyczne gry. Czy jest to aż tak różne od tego, co wy odczuwacie teraz, będąc w tym radosnym, studenckim wieku, jeszcze przed zanurkowaniem w życie rodzinne, gdy można imprezować i/lub grać do rana, patrzycie na wypasioną grafikę "Wiedźmina" i gracie w niezwykłym świecie stworzonym przez Sapkowskiego? Właśnie, nie. Mimo tylu lat, jakie dzielą mnie, jako aktywnego gracza, od was, tnących w gry teraz, podczas gdy w czasie gdy ja to robiłam, budowaliście z klocków Lego, wrażenia są te same. Zachwyt podobnego kalibru, chociaż mnie do szczęścia nie była potrzebna płynna, filmowa niemal grafika, pikseloza nie przeszkadzała... liczyły się przede wszystkim wrażenia i to, że nie mogłam ruszyć tyłka od kompa, bo "jeszcze ten quest skończę...". A potem 3 rano za oknem, zmrużone zmęczeniem, przekrwione oczy, w których malowało się zdumienie, że to już "dzień dobry", a nie "dobranoc" należałoby powiedzieć i za kilka godzin będę musiała wstawać, a jeszcze się nie położyłam!
Tamten stary Fallout to miał. I mam dziwne wrażenie, że "czwórka" też by to miała, też by mnie tak przykuła do kompa - gdyby tylko był, łaskawca, w stanie nie blue-screenować się, gdy zadania, jakie mu zlecam, go przerastają:)

Nie grałam więc w czwórkę. Trudno, może jeszcze zagram. Mam jednak za sobą i jedynkę i dwójkę i trójkę - nie aż tak kompleksowo, jak mą ukochaną część, ale też przeglądałam, prychając z urazą, bo to już "nie to, co za moich czasów...". Nie to. Ale... zawsze "Fallout", nadal głos Perlmana i z tej przyczyny szacunek dla jednego z ulubionych tytułów się należy.

W wielkim skrócie: wszystkie części gry dzieją się dekady po wielkiej wojnie nuklearnej z 2077 roku, podczas której w ciągu dwóch godzin ludzka cywilizacja obróciła się w perzynę i zamarzła w wichrach nuklearnej zimy na całe dziesięciolecia. Ci, którym udało się uciec przed atakiem nuklearnym, schronili się w Schronach (Vaultach) i tam kontynuowali egzystencję do czasu, aż opadł radioaktywny pył i można było wrócić do świata. Kto jednak powiedział, że ten świat chętnie ich przyjmie, a zniszczona ziemia nadal oferuje to, do czego przywykli lub czego się spodziewali? Ci, którzy nie zdążyli do schronów, ale jakoś przetrwali, stworzyli prymitywne społeczności na ruinach dawnej cywilizacji, żyjąc z jej resztek i, jeśli mieli szczęście, tylko egzystencja im dokopuje. Inni na wskutek promieniowania dawno stracili miano ludzi. Roślin niemal nie ma. Zwierzęta zmutowały, nieraz dwa gatunki łącząc w jeden, a miejsca, gdzie częściej promieniuje radiacja niż słoneczko, są częściej spotykane niż się by mogło zdawać.
I tam żyje wasz bohater, czy to poznając nowy świat, tuż po opuszczeniu Vault'u, pomagając rodzinnej wiosce nie obrócić się w perzynę, szukając zaginionego członka rodziny i wsiąkając w to całe post-apokaliptyczne zło tamtego świata, które dla ciebie, gracza, jest wielkim, miodnym, wciągającym dobrem.

Jak już wspomniałam wcześniej, w zależności od tego, kiedy dana część gry była wydana i jak kto do tego podchodził, graficznie albo zachwycała, albo odrzucała, ale nie to było ważne. Najważniejsza była złożoność świata gry i zadbanie o detale. Wiadomo, czego należałoby oczekiwać po takim świecie. Ruiny, dość jednorodna kolorystyka, mnóstwo różnych stworów i broni, którymi się je kosi dookoła... starczy tylko zacząć się rozglądać i grzebać w kupach szmelcu. A taki szaberek i dropienie itemów z przeciwników jest, było i będzie fajną, zabawną rzeczą.

Jednym z fantów, na który trafiłam podczas swojej krótkiej przygody z trzecią odsłoną serii "Fallout", była ciekawa, jarząca się, niebieska butelka, na którą wlazłam przypadkiem eksplorując świat, leżącą gdzieś luzem. Po bliższym przyjrzeniu się, butelka okazała się być rzeczą, którą można wykorzystać do podniesienia sobie uszczuplonego paska zdrowia, co bardzo było mi potrzebne, jako, że ledwie zipiałam. Ale przy tym... czemu mi pasek radiacji nagle skoczył? Czemu do cholery umieram! Pomocy, gdzie jest Rad-away! Nie mam, kurwa! Nie..... nie, zasejwowałam! NIEEEEEEE!
Czy życzysz sobie zacząć grę od ostatniego zapisu? - zapytuje mnie komputer, podczas gdy morderczo patrzę na postać wykończoną za pomocą... napoju...

Tak jest... tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Nuka-Colą Quantum. Zabiła mnie radiacją, i nawet podwójna wartość regeneracyjna, jaką dawać miała, nie zdążyła nic dobrego zrobić!:D Nie dlatego, że była dobrem konsumpcyjnym, szczególnie szkodliwym, ale dlatego, że trafiłam na nią tuż po walce z czymś, co ściągnęło mi sporo zdrowia i bardzo nieładnie napromieniowało, a nic nie miałam innego do poratowania się. Co nas uczy już na wstępie: nie jedz żółtego śniegu! Nie, to nie to... nie pij podejrzanie wyglądających, świecących butelek w grze, gdy nie jesteś do końca zdrowy.
Ale ta butelka to mnie zaintrygowała...

Po latach nie grania i na nowo obudzonym zaciekawieniu Falloutem, w związku z pojawieniem się części czwartej, a także, jakżeby inaczej, przyglądaniem się wielu tytułom pod kątem zjadliwości bohaterów tła, przypomniała mi się i ta flaszeczka, a myśl "a gdyby tak spróbować to odtworzyć?" była nieuniknioną konsekwencją powyższego wnioskowania.
Jak należałoby się spodziewać, po Quantum nastąpiła prawdziwa lawina odnajdywanych i odkrywanych na nowo innych, smacznych rzeczy z tych gier, które, poczynając od zapamiętanego do tej chwili pierwszego dobra konsumpcyjnego, znalezionego w "dwójce" - meat jerky, a kończąc na Mississippi Quantum Pie, przetłumaczonym u nas jako Kwantowy Placek z zawartością Quantum, rzecz jasna i pewna, trafią na Bantofelki.

Skupmy się wpierw jednak na tym pierwszym dobrze, które wytrygowało moją chęć na dłubanie w temacie Quantum i falloutowych dóbr konsumpcyjnych. Jak zwykle na początek dokonałam researchu. Co to, jak to opisują i tak dalej. Bo poza wyglądem płynu do płukania ust Listerine w butelce po Coca Coli, na pierwszy rzut oka nie wiadomo nic.

Otóż, wszelakie wiki dostarczają nam następujących informacji (pozwólcie, że zacytuję tradera Milo, z "trójki" i dodam własne tłumaczenie):

"- This product is the pinnacle of taste sensation. Seventeen fruit flavors and that signature cola taste blend to form the perfect refreshing soft drink. With its new Strontium additive, it's got that unique kick to keep you on your toes." (Ten produkt to szczyt doznań smakowych. Połączenie smaku siedemnastu owoców i coli daje w rezultacie doskonały, odświeżający napój bezalkoholowy. To, co w nim jest innowacyjnego to dodatek izotopu Stronium, który jest tym przysłowiowym kopem smakowym, wyrzucającym cię na orbitę.)

Jeśli chodzi o skład, Nuka Cola Quantum składać się miała z:
 - wody gazowanej
- barwnika karmelowego
- aspartamu
- kwasu fosforowego
- benzoesanu potasu
- naturalnych aromatów (17 + jeden dodatkowy)
- kwasku cytrynowego
- kofeiny
- izotopu radioaktywnego Stronium
Yummy! Ile sztucznych pyszności:D
 

Tylko teraz co zrobić, by to wszystko z gry przenieść na real?
 Bardzo prosto wyjaśniono, co powinno się znaleźć w smaku tego napitku. Smak owocowy i cola (po nazwie). Oraz niewątpliwie kolor niebieski, charakterystyczny dla Quantum. Jest to do osiągnięcia, tak sobie pomyślałam, ale raczej własnym sposobem, ponieważ internety bardzo nędznie nas informują w kwestii, z czego inni próbowali osiągnąć Quantum. Nie podobały mi się te przepisy, już na pierwszy rzut oka nie zapewniały smaku jak należy, uznałam więc, że amerykańcy, własną metodą idą na łatwiznę i postawią tylko na kolor, bo któż to by zechciał pić? Albo przeleją energetyka do szklanej butelki i podświetlą żarówką LEDową. No, w niektórych przypadkach, faktycznie tak robiono. Ale ja uparłam się, że nie tylko zrobię to niebieskie, o smaku coli i owoców, to jeszcze smaczne!

 O matulu... wczoraj dostałam tym przepisem w czaszkę, bo nic, NIC, nie chciało wyjść jak zaplanowałam. Początkowa próba z multiwitaminą Tymbarku (15 z 17 smaków owocowych, wyliczonych w składzie na pudełku) i coca-colą, dała może i dobry smak. Ale kolor, jaki uzyskałam po użyciu dwóch łyżeczek barwnika niebieskiego na tej miksturze, nawet rozwodnionej, w najlepszym wypadku wychodził zielony, na dodatek tak mętny, że światło przez niego się nie przebijało i należałoby zapomnieć o iluminacji (którą też zamiarowałam osiągnąć). Z wielkim bólem serca musiałam więc odstawić sok owocowy i zmniejszyć ilość coli w stosunku do wody gazowanej, ale za to uzyskiwać zaczęłam dobry kolor. 
I tak, po trzech próbach, podchodząc od dupy strony do przepisu, rozpaczliwie pilnując koloru, podczas gdy smak podkręcałam po odrobinie tego i owego, zgarnianego z półek, w końcu osiągnęłam, co chciałam.

Moja wilkołacza ekipa testowa, pod przewodem Azraela, (który czekał na Quantum domowej produkcji, jak na zbawienie, jako autentyczny fan Fallout i klimatów post-apo), spróbowała z wahaniem zawartości 200ml buteleczki z niebieską zawartością i nalepką Quantum, ale i z zaufaniem... w końcu dokarmiam ich podczas sesji od ponad roku wszelakimi swoimi pomysłami i jeszcze się nie przekręcili. Wiecie, że nie dość, że przeżyli testy, to jeszcze stwierdzili, że dobre? Już niby poddawałam w wątpliwość ich poczytalność, za co mnie niezmiernie kochają, ale do tej pory, jakieś 20 godzin od testu nie słyszałam, by któryś się struł moim Quantumem, sikał na niebiesko, albo ział ogniem...chyba przetrwali:)
A skoro erpegowe świnki doświadczalne (dostanie mi się, oj!:P) mówią "Si", oznacza to, że produkt dopuszczony został do konsumpcji i nawet może się spodobać. A zdjęcia jakie mi wyszły! Ohohoooo!
Od razu tylko rozwiążę kwestię świecenia: radioaktywnego izotopu nie kupimy nigdzie, a spożywanie takiego, nawet jeśli by się nam udało go dostać, to kompletna głupota. Więc napój niestety nie świeci sam z siebie. Ale sprytne ustawienie go przed źródłem światła i zapewnienie odpowiedniej przezroczystości, robi swoje. Popatrzcie i podążając za sloganem reklamowym z gry, szykujcie własne butelki Quantum na kolejne zarwane z Falloutem nocki:

"Take the leap... enjoy a Quantum!"  

Zaczynamy!

Please scroll below for the "red" recipe in english version:) 



Składniki (na 200ml butelkę):

175ml wody mocno gazowanej
25ml coli
4 kopiate łyżeczki cukru pudru
1 łyżeczka spożywczego barwnika niebieskiego (żelowego)
5 kropel olejku lub aromatu pomarańczowego
1/2 łyżeczki soku z cytryny (lub szczypta kwasku cytrynowego)

Wykonanie:

Do naczynia z miarką wlewamy najpierw wodę, potem barwnik i mieszając dążymy do uzyskania właściwego odcienia niebieskiego koloru.

Następnie dolewamy colę, dosypujemy cukier, dolewamy aromat i sok z cytryny i wszystko razem mieszamy, starając się zrobić to na tyle szybko, by zanadto się nie wygazowało.

Testujemy smak ile razy będzie trzeba i sprawdzamy kolor pod mocne światło za każdym razem, gdy dosmaczamy.

Pasujące nam smakowo i kolorystycznie Quantum przelewamy do przygotowanej wcześniej buteleczki po 200ml Coca Coli, zamykamy przy pomocy kapsla, który potem trzeba będzie mocno zacisnąć, by napój się nie wygazował, naklejamy na butelkę quantumową nalepkę i przechowujemy w lodówce, do czasu podania.

Żeby zrobić odpowiednie wrażenie luminescencji, właściwe falloutowemu Quantum, butelkę z napojem stawiamy przed mocnym źródłem światła lub na nim i cieszymy się "radioaktywnym" blaskiem Nuka Cola Quantum.
---------------------------------


Ingredients:

175ml of carbonated water
25ml of coke (or pepsi, any you prefer)
4 tspns of caster sugar
1 tspn od blue food colour (gel)
5 drops of orange oil or extract
1/2 tspn of lemon juice (or a pinch of citric acid)

The making of:

Pour the carbonated water into the measuring cup, add the food colour and mix until you receive the desired colour.

Add coke, sugar, orange extract and lemon juice and quickly mix it alltogether, so the drink didn't flat.

Make a taste check as many times as you need, adding additional pinches of the ingredients if necesarry, but with every addition check the colour of the liquid, lighting it with a strong light source.

If the taste and the colour are ok, pour our homemade Quantum into 200ml glass Coke bottle, close it up using a cap, which then has to be pressed tightly, so the bubbles didn't run away. Put an appropriate Quantum sticker on the bottle and put it in the fridge till the time for serving comes.

To make Quantum luminescent, simply put a bottle at the front or on the strong light source (black light would be perfect), and enjoy the tasty radiation of Nuka Cola Quantum.



wtorek, 11 października 2016

Portugalskie ciasto pomarańczowe /Portugese orange cake

Mam niezwykłą słabość do słowa "Przepowiednia". A już szczególnie do zwrotu "Proroctwo". Niby jedno i to samo, ale to drugie ma jakiś taki oddźwięk fantasy, magiczny, tajemniczy. Właściwie to, patrząc na to, co czytam i czym się fascynuję, to, że wszelakie proroctwa zapowiadane w treści są dla mnie magnesem przyciągającym do dzieła pisanego, tak samo jak obecność dowolnej konweniencji zmiennokształtnego (ze wskazaniem najsilniejszym na wilkołaki i kotołaki) bohatera, jest zupełnie normalne. Pasują do siebie tajemniczością, zapowiedzią zmiany, hintem, że ta przyszłość, którą uważamy za produkt wyłącznie własnych działań, mogłaby już być ustalona i stanie się, bez względu na to, cokolwiek zrobimy, chociaż dziwnie, niewiele jest książek, w których te dwa elementy łączy się ze sobą. Moja ukochana to seria "Kroniki Cheysuli" Jennifer Roberson, gdzie są i zmiennokształtni i wielkie Proroctwo i tak cudowna, wciągająca akcja, że książka ta nieodmiennie od ponad dwudziestu lat zajmuje miejsce w mojej biblioteczce na honorowym miejscu, uzupełniona o dosłownie wszystko, co wydano w tym świecie, włącznie z opowiadaniami.
Pomijając jednak zmiennokształtność, wszystko, co ma gdzieś tam zapowiedź jakiejś przepowiedni, przyciąga moje zainteresowanie. Nie tylko w fantasy. Swego czasu bardzo poważnie interesowałam się przepowiedniami Nostradamusa, i kombinowałam, czy jest jakiś sposób, by dopaść "Centurie" wieszcza bez komentarzy, po polsku, by samej sobie interpretować, a nie polegać na innych. Niestety, na stan mej wiedzy sprzed dziesięciu lat, takiego tłumaczenia nie było, więc jakoś to zainteresowanie z lekka przybladło. Przypuszczam, że teraz, gdyby się uparł, pewnie bym je znalazła po angielsku (w Stanach jest dość świrów, którzy mogliby stanowić target docelowy, dzięki któremu taka książka by się sprzedała), ale właściwie... nie dostąpiłyby "czytania z miejsca", a wylądowania na stosiku "to-read", który bardzo powoli, chociaż sukcesywnie, zmniejsza się. Nie jest to dobre miejsce dla takiej książki, więc właściwie to myślę, że jeszcze pozwolę tej myśli podojrzewać, zanim ponownie wrócę do aktywnego zainteresowania przepowiedniami.

Zapytacie pewnie do czego zmierzam, zaczynając felkę o cieście pomarańczowym, zupełnie nie pasującym do niej wstępem o przepowiedniach. Gdzie tu jest jakiekolwiek powiązanie? Jest, jest. Dziwne zapewne, ale związane z obecną pogodą za oknami. Jesień w pełni, kurtka zimowa w użyciu chociaż jeszcze miesiąc temu chodziłam w krótkim rękawie przy 26 stopniach. Ta pogoda właśnie jest łącznikiem między dwoma, z pozoru kompletnie nie związanymi tematami.
Moje zainteresowanie przepowiedniami Nostradamusa rozciągnęło się kiedyś na inne przepowiednie, w tym i na takie, w których powiadał, bodajże Ojciec Klimuszko, że nadejdzie taki czas, że Polska stanie się krajem tropikalnym. Kiedy i za sprawą czego - nie wiadomo. Stawiam na przebiegunowanie. W sumie tak dużo przepowiedni akurat tę tezę głosiło, potwierdzonych przy tym i przez kilka naukowych głów, wedle których ta zmiana nastąpi, tyle, że w bardzo długim okresie czasu, że z czytania i słuchania o nich, jak o kolejnej sensacji wieku dwudziestego plus, przeszłam do zaciekawionego myślenia "A może jednak?". Szczególnie, że właśnie ostatnich kilka jesieni wygląda tak, jakby się nam sierpień przesunął o dwa tygodnie na wrzesień z temperaturą, a wiosna wcale nie chciała nadejść wtedy kiedy trzeba. Żeby na Wielkanoc leżał śnieg jak cztery lata temu...
I to, moi państwo, jest ten trigger, który sprawił, że ponownie zaczęłam się zastanawiać, czy aby w tych przepowiedniach nie ma czegoś konkretnego, poza fascynującym dreszczykiem emocji, gdy się je czyta. Zapewne ja Polski o klimacie tropikalnym nie doczekam, ponieważ taka zmiana klimatu zajmie o wiele więcej lat, niż mi przeznaczono, może dopiero moje wnuki doświadczą letniej pogody w grudniu, ale strasznie podoba mi się myśl o otwieraniu okna i zrywaniu pomarańcz z drzewa tak, jak teraz moglibyśmy zbierać jabłka.
Myśl ta szczególnie jest miła, gdy za oknami mamy standardową jesień, owoców sezonowych i ciepełka coraz mniej, za to sklepowe owoce tropikalne zaczynają nabierać smaku na półkach sklepowych. Pomarańcze  są coraz smaczniejsze, wkrótce pojawią się klementynki, ceny spadną w dół z hukiem i Święta pojawią się na horyzoncie zapowiadane czekoladowymi Mikołajami na półkach supermarketów, ledwie obsługa sprzątnie z nich znicze ze Wszystkich Świętych.

Jako, że mamy teraz okres przejściowy, ludzie zdążyli się stęsknić za tropikiem lata (nawet alergicy jakoś tęskniej kichają), okiem łaskawy i głodnym spogląda się na te pomarańcze świecące niemal w witrynach sklepowych, jak malutkie, złote słoneczka, a ci, którym zmysł kulinarny zaczyna szeptać cicho, że co tam, surowe... weź i upiecz sobie co dobrego z pomarańcz, jako wspomnienie lata, mają przej...hmmm... kukane:) Bo z tych pomarańcz można zrobić tyle fajnych rzeczy!

Mnie akurat wraz z chęcią na coś maksymalnie pomarańczowego towarzyszyła myśl, by było to ciasto typu "gryźliwego i mięskiego". Ten i ów, który czytał felki w Pączkach Loco i Donutach Lokiego, zwrot ten rozpozna. Dotyczy on bowiem ciasta, które nie rozpływa się w ustach od razu po kontakcie ze śliną, ma intensywny smak i zwyczajnie samiec jest z niego zadowolony, bo zanim przełknie, zdąży poczuć, że ugryzł ciasto, a nie powietrze. Czyli ciasto jest mięsiste, męskie i smakowicie... no, gryźliwe. Takie są najlepsze. A jeżeli towarzyszy takiemu ciastu również i fakt posiadania aromatu, który za nami chodzi... szykujcie się na arcy przyjemny powrót do przeszłości, bowiem lato wróci nam po pierwszym gryzie i wcale nie będziemy chcieli się nim za bardzo dzielić z rodziną (bez obaw i tak zeżrą wszystko, ledwie się odwrócicie:D).

Ustaliwszy sobie priorytety, na moment odwróciłam spojrzenie, zafascynowane ostatnimi czasy rozmaitymi pie i zerknęłam na typowe ciasta, ale właśnie bardzo aromatyczne, cięższe i biszkoptowate. Takie, którym  do szczęścia wystarczy tylko porządne wymieszanie składników i wysoka temperatura, by się upiekły. Takie właśnie, jak portugalskie ciasto pomarańczowe, z jakim dziś przyjdzie się wam zapoznać.

Trudno naprawdę o prostszy wypiek. Bo tylko mieszamy w nim składniki i nie dodajemy nic poza nimi po upieczeniu. Możemy machnąć cukrem pudrem z wierzchu, ale i bez niego będzie super. Cała atrakcja ciasta i tak tkwi w tym, że jest cudownie gryźliwe, aromat prawdziwych pomarańcz, którym jest napakowane po brzegi, czuć w całym mieszkaniu ledwie zaczyna się piec, a człowiek od razu czuje się lepiej, postawiony przed obliczem kawałka tej pysznej, doskonałej dobroci.
Ciężko zakwalifikować je do kategorii biszkoptów, ponieważ nie do końca jest takim, do którego przywykliśmy. Nie opada. Rośnie duuuże, ale przy tym zachowuje swoją zbitą, ciężką strukturę, której tak bardzo poszukujemy w ciastach jesiennych, do pary z aromatem. Powiedziałabym, że jest to biszkopt, ale soczysty, wilgotny, mający nieco wspólnego z konsystencją ciasta marchewkowego, jakie już wam wcześniej proponowałam na Bantofelkach. Ale przy tym jakimś dziwnym trafem nie jest ciężkie. Można je jeść i jeść i wcale nie ma się dość. Czysta, pomarańczowa, smakowita magia, która co prawda przemija, gdy blaszka jest już pusta, ale w momencie, gdy sobie o tym cieście przypomnimy - zaczyna nas nawiedzać. Tak jak przepowiednie. Gdzieś tam się czai na horyzoncie i grozi, że jeszcze nadejdzie. Jeszcze położy na nas łapy. Teraz je co prawda jedynie zwęszamy, mając świadomość, że jest, ale daleko, ale kiedyś to "daleko", zmieni się na "blisko" lub teraz. A wtedy pozostanie nam tylko poddać się z wdziękiem zmianom, jakie nadeszły lub... dać sobie spokój z mrocznymi prorokowaniem Banshee i skupić wyłącznie na tym, że za góra dwie godziny można będzie wbić zęby w ten pomarańczowy przysmak, pozwalając przyszłości nadal się wieszczyć daleko na horyzoncie. Ciasto będzie na talerzyku przed tobą już teraz. Czy jest sens potrzebować więcej w tej konkretnej chwili? Niech tylko kto skoczy jeszcze po mocną, czarną herbatę i, na bogów, dajcie mi kota mruczącego do boku mego, bowiem ta trójca zapewni mi całą przyjemność z beztroskiego odczuwania teraźniejszości, jakiej będę potrzebować!

Herbatę zapewnicie sobie sami. Kota też (jak jaki szczęściarz ma). A ja z prorokowania wracam do świata żywych i zapraszam do stworzenia sobie ostatniego składnika na pyszną chwilę "tu i teraz", z poniższego przepisu. Oto przed wami portugalskie ciasto pomarańczowe.
A przyszłość?
Poczeka.
Przepis wzięty stąd.
Please scroll below for the "red" recipe in english version.


Składniki:

150g miękkiego masła
250g cukru
4 jajka, osobno żółtka i białka
3 duże pomarańcze
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier puder do posypania wierzchu


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza.

Blachę 20x20cm wykładamy papierem do pieczenia.

Masło z cukrem wkładamy do miski i miksujemy, aż będą puszyste.

Dodajemy po jednym żółtku, dobrze ubijając po każdym.

Z pomarańcz wyciskamy sok i ścieramy skórkę. Jedno i drugie dodajemy do masy, cały czas ubijając. Masa wyjdzie nam trochę wodnista, ale tak ma być. Miksujemy cały czas, od czasu do czasu skrobiąc boki i dno, by wszystkie składniki się połączyły.

Do miksowanej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i miksujemy do czasu aż wszystkie składniki razem utworzą gładką całość.

W osobnej misce ubijamy na sztywno białka ze szczyptą soli. Ubitą pianę łyżka po łyżce mieszamy delikatnie z masą.

Masę na ciasto przelewamy do przygotowanej blaszki i wkładamy do piekarnika na 35-40 minut, do czasu aż wierzch, naciśnięty lekko, ugina się jak gąbka, a patyczek wetknięty w ciasto wychodzi suchy.

Wyciągamy ciasto z piekarnika i pozwalamy się mu ostudzić.

Wierzch posypujemy cukrem pudrem, kroimy na kwadraty i serwujemy jeszcze ciepłe z filiżanką herbaty.

Smacznego!
-----------------------------------------------


Ingredients:

150g of butter, softened
250g of sugar
4 large eggs, separated
3 large oranges
2 cups of all purpose flour
1 tsp baking powder
caster sugar for sprinking




The making of:

Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.

Line the baking dish 8x8" with a baking paper.

Cream together butter with sugar until light and fluffy.

Add the eggs, one a the time, mixing well after each.

Add the juice squeezed of oranges and the zest and do not worry if the mixture appears curdled - that is how it should look like.

Mix it all until the mixture comes together, scraping the sides of the dish from time to time.

Add dry ingredients to the mixture, and mix until it reaches a smooth texture.

In a seperate bowl beat the egg whites with a pinch of salt until stiff peaks. Spoon the beaten egg whites to the mixture, and carefully mix it alltogether.

Pour the mixture into the prepared dish, put it into the oven and bake for 35-40 minutes, until the top feels springy when pressed, and the toothpick comes out clean. 

Remove the cake from the oven and cool it a bit.

Sprinkle the top with a caster sugar, cut it squares and serve with a mug of hot tea.

Enjoy!


środa, 5 października 2016

Smok a.k.a Jadeith - ulubiony drink Dory Wilk (Seria o Dorze Wilk) /Dragon a.k.a Jadeith - Dora Wolf's alcoholic drink (Dora Wolf hexalogy)

Od lat wkłada się nam do głów prawdę, powszechnie znaną, że co rude, to wredne. Ale to oczywiście nie wszystko. Rude też jest fałszywe. Rude na głowie oznacza wiedźmę. Nie chcę nawet myśleć ile rudowłosych kobiet posiadających koty i dziedzictwo po przodku w postaci recesywnego genu MC1R, który ubarwił im głowy na kolor płomienia, za mrocznych czasów średniowiecza z miejsca było uznawanych za czarownice, tylko dlatego, że znały się na ziołach i były wolnomyślicielkami. Bo rude! Rude na dodatek są piegowate, a w latach 90tych, gdy sama byłam małą dziewczynką, rude piętnowano, nazywając wiewiórkami lub marchewkami i nie dając im spokoju w podstawówce. Wiadomo, co inne od całego stada wron jednej, burej barwy: zadziobać! Rozszarpać na strzępy! Nie pozwolić się wychylać, bo a nuż pomyśli, że jest lepsze. A, to jeszcze udowodnimy, że jest gorsze od nas bo jest rude. I dalej dręczyć nieszczęsnego rudzielca, doprowadzając do łez, aż się to nie znudziło. Dzieciaki są okrutne, póki im samym los nie da w dupę...
Rudym więc, jak widać, nigdy łatwo nie było. Ani kiedyś, ani teraz, gdy wiadomo już, że gen odpowiadający za ogniste barwy na głowie zanika i za jakieś pięćdziesiąt, sto lat rudych już nie będzie. Ogromna to szkoda, bo wygadując te wszystkie bzdury o naturalnych rudzielcach (naturalnych, to należy podkreślić, bo farbowanych lisic to teraz na pęczki na ulicach), nie dodaje się również, że rudzielce są genetycznymi potomkami Celtów i Wikingów lub też jeszcze starszej nacji, która osiedliła się na Wyspach Brytyjskich dawno, dawno temu, a co za tym idzie są to osoby o niezwykle barwnej osobowości, energiczne i równie ogniste z charakteru, jak ich głowy. Cholerycy, bardzo często, ale równie często artyści. Rudzi są po prostu pełni niespodzianek i jeśli o mnie chodzi, bardzo takie osoby cenię, ponieważ nie można się z nimi nudzić.
A zresztą, opinio publiczna, głosząca te tezy swym dzieciom, tak jak wam głosili je wasi rodzice, koledzy i przodkowie: jeśli rude jest takie złe i fałszywe - czemu sami się tak farbujecie? Aaaaa... dlatego, że rudy człowiek jest bardziej interesujący niż burofutry, a o rudych kobietach powiada się, że są petardami w łóżku. Czyli jednak nie samo zło i fałsz, skoro z taką lubością panie (i nie tylko) używają tej wiedźmiej barwy w setce odcieni... przede wszystkim odróżnienie się od tłumu, w który z taką pasją tłum usiłuje nas z powrotem wcisnąć.
I bardzo słusznie. Niech rude łby błyskają coraz częściej pośród masy czerni i szarości, bo wtedy nadal istnieć będzie nadzieja, że świat do reszty nie pogrążył się w konsumpcjonizmie i pogoni tylko za chlebem powszednim. Te przebłyski ognia, nawet nienaturalnego dają nadzieję, na to, że następny wschód słońca nadal kogoś zachwyci tylko i wyłącznie tym, że nastąpił i to w pięknych, tycjanowskich odcieniach. Rudych, a jakże. Rudzi rządzą i zmieniają świat, który bez nich byłby... jak książka bez iskrzącego jak iskra w mroku, bohatera.
Jak seria o Dorze Wilk, bez Dory.

Wspominam tę bohaterkę nie bez powodu, ponieważ od niej wywodzi się bohater dzisiejszej felki, czyli jej ulubiony drink. Dora jest bohaterką hexalogii autorstwa Anety Jadowskiej, wiedźmą i jest też ogniście ruda, co jednak z byciem wiedźmą w świecie stworzonym przez Anetę Jadowską wcale nie jest równoznaczne. Ona jest ruda z tego samego powodu, dla którego kłopoty bardzo ją kochają i wyłażą jej na spotkanie zza każdego kąta, niespodziewani przodkowie machając z przeszłości, objawiając się w najmniej odpowiednim momencie i obdarzając darem, który, a jakże, najpierw musi sprawić kupę problemów zanim stanie się użyteczny. Dlatego, że takie osoby, którym los nie szykuje spokojnego życia po prostu się czasem pojawiają. Na pewno nie zaznają spokoju, nim ich nie przeczołga przez dżungle kłopotów, oceany ambarasów, armie przeciwników, i na koniec oferuje małą chatkę na zadupiu w komplecie ze spokojem, na który rzucą się z utęsknieniem i nigdy więcej nie zechcą wracać do zbyt żywego świata, by ten świat znowu sobie o nich nie przypomniał.
Dora jest fajna. Bądź jak Dora...
Albo może nie bądź, bo tyle przygód, ile jej zgotowała jej twórczyni, to nie na barki przeciętnej dziewczyny, nawet policjantki z wykształcenia. Niemniej nawet jeśli nie dane ci będzie być Dorą, z chęciami ku temu lub i bez nich, każdy chciałby mieć w swojej okolicy "kąt" z napojami alkoholicznymi i czartem za barem, w którym czuje się bezpieczny jak w domu, serwują mu jego ulubiony napitek i zazwyczaj nie zawracają dupy, póki z tej knajpy nie wyjdzie. Mowa tu o "Szatańskim Pierwiosnku" - ulubionej knajpie naszej rudej wiedźmy, w której, mimo zdecydowanie uczynienia z niej sanktuarium spokoju i miejsca dla złapania oddechu, również, jak druhny na weselu, szczerzą zęby nadchodzące kłopoty, diabelnie przystojne diabły iskrzą aurą, a anioły stróże roztaczają Pełnię Majestatu...

Oszczędzę wam spoilerów... sami przeczytacie książki o Dorze, jeżeli uznacie, że moje słowa o rudej brzmią obiecująco. W hexalogii jest ich sześć i każda jedna przepełniona niezwykłymi wybrykami wiedźmy, diabła i anioła, oraz rozmaitych ich sprzymierzeńców i wrogów w alternatywnej, paranormalnej wersji Torunia, zwanego Thornem. Mimo, że generalnie zwykle ciągnie mnie bardziej do postaci twardych wojowniczek i już teraz należę do "Team Nikita" (nowa książka Jadowskiej -  "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" z wyżej wspomnianą Nikitą porywa tak, że kapcie spadają z wrażenia i na sto procent jeszcze o niej na Bantofelkach usłyszycie. Dziewczyna pochłania 4000 kalorii dziennie i to nie w postaci powietrza... tak, tak, już wiecie, co to oznacza...:D). Do Dory się ciągle przekonuję, niemniej od razu mówię, że nie da się o niej zapomnieć i wcisnąć w szeregi czarownic i wiedźm, łażących tłumnie po wielu światach fantasy. Bo to Wilk. W dodatku Rudy. A Rudy Wilk nie wpasowuje się w żadne ramki. Robi sobie własne i to one muszą dopasować się do niego.

Skoro zaś mowa o dopasowaniu się, nie do wyobrażenia jest, by taka bohaterka sączyła w swej ulubionej knajpie wódkę. Albo zwykłą whisky. Ba, Tequilla Sunrise, który już jest bardziej buzernym koktajlem, bardzo pasującym do umaszczenia Dory, nadal nie jest tym czymś, czym dziewczyna się raczy, a co z miejsca przykuło moją uwagę w pierwszym tomie jej przygód. Bowiem wbrew podejrzeniom, nie pija ona byczej ani demoniej krwi, wina, ani ciężkich alkoholi, przez które umysł idzie spać, albo się wyłącza, dostawszy pałą alkoholową do pary z i tak męczącymi go nadprzyrodzonymi problemami. Dora pija drinka, który jednocześnie wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem i idealnie do niej pasować.
Spójrzmy jednak na to, co nam książka o nim powiada, a co sprawiło, że chwyciłam za długopis i wpisałam go na listę planów bantofelkowych, nie zastanawiając się nawet nad tym, kiedy znajdę na niego czas. Jak widać znalazł się, ale uwierzcie, "Smok" jest wart wciskania go w rozmaite, niewygodne miejsca...
...
Dobra... to ja lepiej będę już cytować, zanim ktoś tu zacznie mieć zbereźne myśli na temat szklanek z drinkiem trzymanych przez wiedźmę-joginkę samymi mięśniami Kegla... wrrrróć!:) Cytat:

"Dopiłam drinka. Byłam chyba jedyną osobą, która zamawiała Smoka: wódka, sok z kaktusa i limonki, plaster ogórka na lodzie. Zielony, orzeźwiający, bez wyczuwalnego smaku alkoholu,
idealny. Podejrzewałam, że Leon specjalnie dla mnie zawsze ma pod ladą karton soku kaktusowego, nie używa go do innych drinków. To było miłe."

Złodziej dusz - Aneta Jadowska

 Na chłopski rozum, jeszcze bez testów, doszłam do wniosku, że Smok albo Jadeith, jak go nazwą od tomu drugiego - jest więc orzeźwiającym połączeniem soku z kaktusa (powiedzmy... jak ten skład produktu na opakowaniu soku potrafi odzierać z nadziei...), limonki, soku, którym ocieka plasterek ogórka na lodzie i naprawdę tak małej ilości wódki, że czuje się jedynie jej leciutkie wierzgnięcie spomiędzy tych chłodnych kwaskowatości. Jest to taki drink, który właściwie można pić jak sok, wiedząc przy tym, że to nie jest sok, bo alkohol wyczujesz, jeśli sobie przypomnisz, że tam jest. Subtelny, przyjemny i dziwnie niepopularny, sądząc po opisie. A także chyba... smaczny. I to mówię ja, która od lat z repertuaru drinków oferowanych przez rozmaite knajpy, konsekwentnie wybieram klasyczną Margaritę, Long Island Ice Tea, albo Lemmy'ego (czyli Johny Walkera z colą), czyli raczej takie, w których da się wyczuć alkohol i cukier.
Ale to tak łatwo nigdy nie jest, że starczy mi lista składników do dania/napitku, które pojawiło się w interesującej postaci w jakiejś historii i zaczęło mnie nawiedzać, co wybitnie świadczy o tym, że ŻYCZY sobie być odtworzone. Udałam się na wywiad do Anety i tak długo zadawałam dziwne pytania, poczynając od składników i ich ilości w "Smoku", a kończąc na rodzaju szklanki, w której jest serwowany w "Pierwiosnku", aż byłam usatysfakcjonowana wiedzą, jaką zdobyłam. Autorka nie posłała mnie, o dziwo, do wszystkich Mironów, co tylko świadczy o jej odporności w kontaktach z ludźmi zadającymi dziwne pytania. Bardzo, bardzo użyteczna umiejętność. Za to podała mi co i jak i oto pewnego pięknego wieczora, tuż przed sesją  RPG w "Wilkołaka: Apokalipsę", stworzyłam ten drink, obfotografowałam z każdej strony, a potem szklanki z nim podsunęłam swoim chłopakom, by testowali. I wiecie co? Wataha składająca się z dorosłych mężczyzn, z czego każdy o innych upodobaniach alkoholicznych, wysiorbała Jadeithy tak szybko i z takim mlaskaniem, że opływając  w samozadowolenie z powodu dobrze wykonanego napitku Dory Wilk, mogę się przyczepić tylko do jednego: albo Dora wcale nie ma aż tak nietypowego smaku, jako jedna z niewielu gustując w Jadeicie, bo może chowają go przed innymi, albo moje chłopaki z watahy wraz ze mną, są jak Dora. Z jednej strony to super, a z drugiej... wszyscy bogowie, brońcie nas, bo dziś szykuje się budzenie caernu i wobec ich wyraźnie widocznego stopnia dziwności umysłu, nie wiem czy nie skończy się na wielkiej wojnie z Fomorami, albo Gają, tak zirytowaną naszymi wariactwami, że zamiast udzielić łaski i obdarzyć bezpiecznym dla wilkołaków miejscem, pośle nas do wszystkich czartów świata Anety Jadowskiej (bo Telluria to za mało)!:D

Podsumowując, na wypadek gdyby ktoś się nie dał rady przedrzeć przez moje pisanie i nie znalazł słów zadowolenia, "Smok" smaczny jest. Śliczny, zieloniutki, orzeźwiający, a ten ogórek na lodzie dodaje naprawdę kapitalnego aromatu. Pewnie, małą ilość alkoholu w nim zawsze można zwiększyć, w zależności od preferencji pijącego, ale, bądźmy szczerzy, wtedy to już nie będzie oryginalny drink Dory Wilk, ale jego wolna interpretacja. No i za dużo alkoholu raczej zepsułoby tę frywolną lekkość smaku. Jest to drink wprost idealny dla każdego, kto ma naturę bardziej niż mniej, że tak się wyrażę, rudowłosą. Dla tych, którzy wierzą w magię i to nie pojmowaną jako machanie łapkami i szeptanie magicznych formuł, ale którzy widzą ją w tęczy, promyku słońca zamkniętym w kropli rosy i cieszą się przez tydzień najmniejszą przyjemnością. Drink optymistyczny.
A jeśli będąc pesymistami lub realistami znajdziecie jego smak mimo wszystko zdecydowanie fajnym, to może jednak świat nie jest aż tak strasznie czarno-biały i poważny, jak wam się wydaje i wciąż jest dla was nadzieja na optymistyczne ogłupienie.

To mówiłem ja, Jarząbek, trener trzeciej klasy...:D

A teraz pogalopujmy do tego, na co spora ilość z was zawsze czeka, lub do czego od razu scrolluje, nie zawracając sobie głowy felką, czyli do przepisu na Smoka (chociaż mam cichą nadzieję, że jednak ktoś to wszystko czyta; głupio by było pisać tylko dla siebie, skoro robię to ku szerszemu gronu:))

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)


Składniki (na 2-3 szklanki napitku):

1 litr soku kaktusowego (użyłam "Owoce Świata" Tymbarku, z braku czego innego na rynku)
100ml wódki (niezbyt mocno dającej alkoholem po nosie; Stock albo Krupnik bez dodatków smakowych spełniają zadanie)
sok wyciśnięty z 2 limonek
kruszony lód
plastry świeżego ogórka

Wykonanie:

Do wysokiego naczynia przelewamy schłodzony sok kaktusowy, dodajemy sok wyciśnięty z limonek, dolewamy alkohol.

Mieszamy wszystko razem za pomocą łyżki o długiej rączce tak, by składniki połączyły się porządnie ze sobą. Jeżeli mamy odpowiednio duży shaker, możemy rzecz jasna mieszanie zastąpić potrząsaniem. Na jedno wyjdzie.

Do szklanki z grubego szkła nasypujemy kruszonego lodu do 1/4 wysokości, w lód ten wtykamy plaster ogórka i po łyżce, powoli, nalewamy mieszankę soku kaktusowo-limonkowego z alkoholem tak, by lód jak najwolniej nam podrygiwał, a ogórek poruszał się wraz z nim (to, by ogórek pozostał z lodem jest ważne dla smaku, o wiele lepszego, niż gdyby ogórek miał pływać w drinku bez lodu).

Wtykamy do "Smoka" grubą rurkę, wystarczającą by wciągnąć nią kruszony lód i serwujemy od razu.

Smacznego:)!

------------------------------------------

Ingredients (for 2-3 high glasses):

1 litre of cactus juice
100ml of vodka (not too fragrant)
freshly squeezed juice of 2 limes
crushed ice
thick slices of fresh cucumber

The making of:

Pour cooled cactus juice into the high jug, add squeezed lime juice and alcohol.

Mix it, using a spoon with a long handle, so the ingredients mixed nicely. You can also mix them in a shaker if you have it big enough.

 Pour the crushed ice into a drink glass  so it reached about 1/4 of its height, put a slice of cucumber just between the slights of crushed ice, and slowly pour the drink into the glass, using a tablespoon, so the ice and cucumber stayed together as long as it is possible on the bottom, and finally flowed up together (that is a necesarry procedure, for the cucumber with ice tastes much better then without it).

Put a thick straw into the drink (so you could also get to the crushed ice with it) and serve imediatelly after making.

Cheers!


niedziela, 2 października 2016

Klasyczne Apple Pie "z kratką"/ Classic Lattice-top Apple Pie

Czy istnieje bardziej jesienny owoc niż jabłko? Raczej nie spodziewałabym się, by na przykład na takie pytanie w "Familiadzie" ktoś w odpowiedzi pchnął odruchowo śliwkę Strasburgerowi w konferansjerskie oblicze. Albo jarzębinę. Zawsze jabłko, jako pierwsze wstrzela się na myśl, gdy nas zapytają o jesień i owoce. Jabłko zielono, żółto, czerwone, chrupiące i słodkie, twarde, lub wręcz przeciwnie miękkie, rozpływające się w ustach. Jabłko, które lubi praktycznie każdy. Często w jesiennej parze z jeżem, który je nosi na grzbiecie na obrazkach dla dzieci, sugerując, że jeż te je jada. Nic bardziej mylnego... jak jeż przypadkiem ma jabłko nabite na kolce, to nie jako ruchoma spiżarnia, albo jedzenie na wynos, a z powodu soku owocowego, który spływając mu z kolców na skórę, zwalcza pasożyty. Mało poetyczna wizja, ale tak to wygląda. Dzieciakom pozwólcie jednak wierzyć, że jeżyk niesie jabłko, które potem sobie zje w norce w ciszy i spokoju. Obecny świat jest tak porąbany i coraz mniej normalny, że taka przyjazna, przytulaśna wiedza daje to, co nam odbierają politycy swymi nieludzkimi decyzjami.
Nie będę tu wyjeżdżać teraz o polityce. Nie mam siły na to, nie mam też chęci psuć sobie i wam smacznego, jabłkowego nastroju wspomnieniami tego, co się dzieje w ostatnim czasie i do czego państwo rządzący usiłują zredukować kobiety. Nie... wróćmy lepiej do jabłek.

A zatem jabłka. Spożyjecie na surowo - bomba witaminowa i uśmiech na ryjku, szybka przekąska w dosłownie każdym miejscu i sytuacji (pod ławką w szkole też; sama zżerałam cichcem jabłka, gdy przerwa była za daleko, a żołądek stanowczo za pusty, chrupiąc dyskretnie i udając niewinną, gdy mnie łapano z pełnym ryjkiem i kazano interpretować wiersz Szymborskiej. Moja mina ponoć była epicka..:)) Ale przecież nie samą surowizną człowiek żyje. Umówmy się: jabłko surowe jest smaczne. Ale jeżeli jabłko surowe połączymy z czymś jeszcze, to nie tylko nie straci aromatu. Podgrzane albo upieczone z dodatkiem, polepszy smak produktu towarzyszącego, a samo nadal pozostanie świetnie wyczuwalną osobowością. Dlatego tak idealnie pasuje do wszelakich potraw z każdej dziedziny. Używa się je wszędzie, od deserów po zagęszczanie nim gulaszu zamiast mąki, czy to w Polsze, czy w Afryce. Bez jabłka nie byłoby kuchni, tak mi się zdaje, chociaż i kobieta miała tu jakiś wkład. A zatem, spokojnie rzec można, że prawdziwa kariera jabłek zaczęła się nie w rajskim ogrodzie, choć poprzednie zdanie zupełnie ciekawie wpasowuje się w ten pogląd, a w kuchni przedsiębiorczej gosposi, która sobie pomyślała pewnie któregoś dnia parę setek lat temu: "a gdybym tak na tym podpłomyku położyła kawałek jabłka i przykryła go drugim podpłomykiem, a potem upiekła na kamieniu?". Kto zaręczy, że tak się nie zaczęła kariera wszystkich ciast owocowych z jabłkami? Nikt. Ale od tego mamy wyobraźnię, by właśnie teraz widzieć tę kobitkę w gieźle, jak kombinuje nad jabłkiem i ciastem.

Jesień kojarzy się z jabłkiem. A ciasto z jabłkiem? Polakom z szarlotką. Z miejsca. Natomiast wszelakim anglosasom i pochodzącym od nich - z Apple Pie. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że u nich sztandarowe pie to taki wypiek z dwóch cienkich kawałków ciasta i zamkniętego między nimi nadzienia, które czyni to nadzienie głównym bohaterem. U nas niemal zawsze tym bohaterem jest puchata góra ciasta, w którym owoce to tylko dodatek. Szkoda wielka, ale tak już się to utarło. Jednakże nie oznacza wcale, że wyrastając w jednej tradycji, wszystkie inne musimy pro-polsko, odpychać od siebie, bo nie nasze. A takiego... jak chcę ciasta z owocami, to sięgam po takie, które jest pełne owoców, a nie tylko nafaszerowane nimi tu i tam, albo maźnięte czymś w rodzaju konfitury z cienkiej warstwy posiekanych na drobnicę, co się jeszcze rozpłynęły w gorącu piekarnika. Ja chcę owoców, które niemal z niego wypływają, tak ich dużo.
I właśnie takich wrażeń dostarcza mi absolutnie klasyczne Apple Pie.

Apple pie, znane też jako tarta z jabłkami (nie podam tu również określenia ciasto z jabłkami, bo Apple Cake też istnieje i ma swój odpowiednik w polskich ciastach jabłkowych), które pojawia się bardzo wcześnie w angielskich, starych przepisach - już w czternastym wieku, wyobraźcie sobie - stało się tak niesłychanie popularne na świecie (w końcu proste i z dostępnego wszędzie owocu, więc dlaczego by nie), że praktycznie każdy, europejski kraj ma swoją jego wersję. Wspomnę teraz jedynie najsłynniejsze, za które już się brałam lub wezmę się w niedalekiej przyszłości, darząc wszelakie jabłkowe pie i szarlotki, ciasta z jabłkami rozmaitego typu, nieprzemijającym, wielkim uczuciem: Anglosasi i pochodzący od nich Amerykanie - Apple Pie. Ci ostatni zrobili sobie nawet z niego narodowy, wszechamerykański wypiek i przemianowali na American Pie. Polska - szarlotkę. Francuzi mają niesamowitą Tarta Tatin, która dosłownie stoi na głowie, a Niemcy - Apfelkuchen, który właściwie jest ciastem z rozrzuconymi na nim jabłkami. No i strudel wiedeński też mają, ale to, mimo, że z jabłkiem, zupełnie inne, chociaż absolutnie kultowe ciasto. Ogólnie, co kraj, to inna wariacja, ale z tego co zauważyłam, we wszystkich tych wypiekach jabłkowych z całego świata powtarzają się dwie rzeczy: jabłka muszą być z gatunku twardawych, by się nie rozciapały podczas obróbki termicznej, oraz muszą być połączone z cynamonem i innymi, korzennymi przyprawami, które wybijają jabłkowy aromat do stratosfery. Także i cukier lub miód być musi do posłodzenia nadzienia, bo jabłka twarde zazwyczaj są kwaśne i nikt by w sumie nie za bardzo polubił ciasto z kwaśnym nadzieniem. Aczkolwiek, jeżeli absolutnie nie chcecie cukru, nasi przodkowe też wymyślili na to sposób. Cukier był drogi i zamorski, ale gruszki z kolei - słodkie i dostępne równie powszechnie jak jabłka. Temu Apple Pie doprawiano właśnie sokiem z gruszek tam, gdzie było cienko z cukrem. Albo wspomnianym wcześniej miodem.
Na szczęście my nie musimy aż tak bardzo się dostosowywać, więc spokojnie sypniemy sobie białą śmiercią do jabłek i skracając sobie życie o kilka dodatkowych sekund - spożyjemy Apple Pie z absolutną rozkoszą.

Lubię, jak mój kolejny wypiek ma jakieś umocowanie w geek-kuchni, ale w przypadku Apple Pie opadły mi ręce. Ono jest wszędzie! Pojawia się dosłownie w każdym serialu, większości filmów, grach (w RuneScape - grze retro typu MMO wręcz mamy questa, by je zrobić, w Guild Wars 2 - kolejnym MMO, również występuje i to w dwóch wersjach, ale o nich poczytacie dokładniej w innym artykule na Portalu MMO, do którego przyłożyłam rękę:)), i nawet nie wspominajcie mi o książkach, w których też co kartka to Apple Pie. Ćwiekowy "Kłamca" ma je w trzech formach i to tylko w jednym cyklu u Lokim! Wiem, bo sprawdzałam pilnie, a to tylko ten jeden cykl. Wiecie, że siedzi i w innych jego książkach, co zdecydowanie, jak na moje oko czyni Kubę miłośnikiem Apple Pie?:) W "Lyonesse" Jacka Vance'a spożywane jest na uczcie, "Żelazny Druid" Kevina Hearne też je zjada. Nie dam za to głowy, bo dawno czytałam, ale w cyklu "Kobra" Timothy Zahna również było. I w "Pernie" Anne McCaffrey! Powiedzcie mi zatem, czy jest ciasto bardziej epickie i bardziej ukochane przez twórców wszelakich? Bardziej popkulturowe niż to? No, nie ma. Apple Pie musiało więc trafić na Bantofelki i trafi jeszcze na pewno co najmniej raz. W nieco innej wersji, na którą już się czaję, ale najpierw zapoznajcie się z klasykiem. Od klasyki zaczyna się bowiem wszystko: i indoktrynację fantasy Tolkienem młodego umysłu dziecka <złowrogi śmiech:P> i wariacje kuchenne w temacie rozmaitych, niepolskich wypieków.

Jak zwykle, zabierając się za nowy produkt (chociaż Apple Pie robiłam już kilkakrotnie w ostatnich latach, więc tak właściwe to wcale nowy dla mnie nie jest, ale tym razem na bloga chciałam odrobić zadanie jak trzeba), zrobiłam sobie research, poczytałam kilka przepisów i zdecydowałam się na klasyka, ALE z tradycyjną, chociaż nietypową górą dla pie. Czyli z kratką. Co prawda pobawimy się z nią nieco dłużej niż ze zwyczajną górą do pie w postaci nakładanego na wierzch płatu ciasta, ale efekt naprawdę jest nie dość, że dekoracyjny i zgodny z najlepszymi tradycjami, to smakuje fantastycznie.
Skoro klasyk, to klasyk. Trzymamy się właściwie podstawowych dodatków, które w klasyku być muszą. A zatem w nadzieniu jabłka. Twardawe, jak już wspomniałam, ale nie będzie źle, jeżeli między te twarde trafi nam jedno lub dwa miękkie, takie które się szybko rozlecą. Zrobią nam w ten sposób sos jak marzenie i nawet wody nie będziemy musieli dodawać. Cukier, rzecz jasna. Cynamon, gałka muszkatołowa, imbir - musowo. Kardamon dodałam również, bo aromat ma cudowny, świetnie grający z resztą. Rodzynki trafiły do ciasta tradycyjnie. Nie zawsze się je dodaje, ale Ciotka Wiki podpowiada, że tradycyjnie i one lądowały w klasycznych Apple Pie.
Natomiast ciasto stanowiło wyzwanie. Nie sposób znaleźć, jakie było to tradycyjne, najczęściej używane dawniej, szczególnie, że każda gosposia ambitnie będzie wskazywać swoje, jako jedynie słuszne i tradycyjne. Gro przepisów w jakie się zagłębiałam, proponowało zrobienie ciasta o zastanawiającej nazwie "flaky". Jest to odmiana ciasta francuskiego, którego warstwy oddzielają się od siebie, "listkują" w czasie pieczenia. Jednakże nie pasowało mi ono zupełnie ani do tradycyjnego spojrzenia na Apple Pie  - gdzie tam czternastowieczna gosposia będzie wymyślała ciasto listkujące - ani moich preferencji smakowych, co do spodu do pie. Ciasto listkujące chętnie widuję w ciastkach kruchych i drożdżówkach, a nie pełnych nadzienia, dużych ciastach, które się kroi i nie da się rady zjeść w całości tak, by nadzienie nam nie poszło w diabły bokami.
Dlatego też spokojnie ominęłam szalejące, listkujące przepisy i skierowałam spojrzenie na prosto, maślanie wyglądający spód, którego sposób wykonania już dawno sama stosuję. Z tą różnicą, że w jego skład weszły tym razem i żółtka oraz cukier, dzięki którym ciasto zyskało przecudowną elastyczność.
A krateczka na górze, jak już wspomniałam wcześniej, jest zarówno dekoracyjna jak i klasyczna. Pasuje do kultowego, jesiennego przysmaku, na jaki za chwilę dostaniecie przepis.

Wpierw jednak poświęćmy chwilę na napawanie się pięknym widokiem ze zdjęć, które aż pachną jabłkami, przyprawami i jesienią k'nam i tak ładnie polecają Apple Pie jako polepszacz jesiennej aury, że wstydem byłoby teraz go nie zrobić...





Ponapawani?
No to łapiemy się za jabłka i czynimy rzeczywistość jesienną bardziej obłaskawioną, bo unurzaną w cudowne wonie klasycznego Apple Pie - króla ciast jesiennych, udzielnego księcia sadów i postać trzecioplanową co drugiej produkcji kinowo-growo-książkowej realnego świata. Przepis pochodzi z tej strony. Mocno zmodyfikowałam.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:)

Składniki:
Ciasto:
3 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
250g zimnego masła pokrojonego w kostki
2 żółtka
4 łyżki zimnej wody
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
cukier puder do posypania "kratki"

Nadzienie:
8-10 średnich jabłek, w większości typu twardego i kwaśnawego jak szara reneta (1 lub 2 mogą być miękkie i słodsze; pomogą w utworzeniu części płynnej nadzienia)
1/4 szklanki cukru (lub więcej, zależnie od kwaśności jabłek)
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki zmielonego anyżu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki kardamonu
2 garście rodzynek
1 łyżka mąki ziemniaczanej lub 1/4 opakowania galaretki pomarańczowej


Wykonanie:

Najpierw robimy nadzienie.

Jabłka myjemy, kroimy w ćwierć plasterki, wrzucamy do garnka.

Dosypujemy cukier, mieszamy i podłączamy pod nimi gaz, by się macerowały do momentu aż puszczą sok, a te miększe zaczęły się rozpadać.

Dosypujemy przyprawy i rodzynki, mieszamy i pozwalamy im się gotować jeszcze dłuższą chwilę, mieszając dosyć często, by nie dopuścić do przypalenia się. Jeżeli mamy jabłka, które zawierają mało soku, można dolać parę łyżek wody.

Jabłka trzymamy na ogniu do momentu, aż będą mieć sos - czyli te miększe się już rozleciały, ale nadal w większości będzie sporo kawałków tych twardszych jabłek. Nie chcemy osiągnąć konsystencji konfitury, a po prostu poddusić je we własnym sosie z przyprawami.

Dokonujemy próby smaku. Założenie smakowe w Apple Pie jest takie, by przede wszystkim było czuć jabłka, ale podbite wyraźnie aromatem przypraw. Jeżeli więc podane ilości wam nie wystarczą, zwiększcie ilość przypraw, ale, zaklinam, ostrożnie, by przyprawy nie przejęły jabłek. W przypadku, jeśli "sypnie się" nam czegoś za dużo, możemy sytuację ratować dodając cukru, soku z cytryny lub wody do nadzienia i pozwalając się ostrzejszemu smakowi trochę w tej dodatkowej ilości rozejść.

Na koniec dosypujemy dla zagęszczenia nadzienia mąkę ziemniaczaną lub galaretkę, mieszamy do rozpuszczenia w nadzieniu i jeśli smak po spróbowaniu jest dokładnie taki, jak nam odpowiada, ściągamy jabłka z gazu i pozwalamy nadzieniu ostygnąć.

Następnie wykonujemy ciasto.

Do miski wsypujemy mąkę i cukier, mieszamy razem.

Następnie wrzucamy do nich zimne masło w kostkach i za pomocą dłoni rozcieramy je z mąką i cukrem tak, by otrzymać masę o konsystencji kruszonki.

Dodajemy żółtka, wodę i ekstrakt z wanilii i szybko, starannie zagniatamy w misce ciasto.

Kulę otrzymanego ciasta dzielimy na większą i mniejszą część. Mniejsza - ok. 1/3 ciasta - będzie nam potem służyć do stworzenia "kratki" na wierzch. Z większej - 2/3 ciasta - utworzymy spód.

Obie części formujemy w osobne, spłaszczone dyski i zawinięte w folię wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę, w trakcie której możemy przygotować sobie nadzienie, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Formę na tartę wykładamy folią aluminiową lub smarujemy masłem, aby spód nie przywarł nam do formy.

Wyciągamy większy dysk schłodzonego ciasta z lodówki i na arkuszu folii aluminiowej rozwałkowujemy go tak, by ciasto miało średnicę naszej formy na tartę oraz brzegów i jeszcze coś zostało.

Następnie bierzemy folię z rozwałkowanym dyskiem, zręcznie odwracamy nad foremką do góry nogami tak, by ciasto ją przykryło i ściągamy ostrożnie folię, a ciasto dopasowujemy do spodu i boków formy aż po same brzegi. Naddatek odcinamy.

Napełniamy po brzegi nadzieniem jabłkowym.

Wyciągamy z lodówki mniejszy dysk i rozwałkowujemy tak jak poprzedni kawałek, na folii aluminiowej, by pasował wielkością do średnicy ciasta.

Tniemy go na równe paski 1 i 1/2 lub 2 cm szerokości, w takiej ilości, w jakiej pasuje nam mieć szeroką kratkę na cieście, należy jednak pamiętać, że odstępy między paskami powinny być na tyle duże, by nadzienie miało jak "oddychać".

Następnie tworzymy krateczkę na cieście, w następujący sposób:

1. układamy kilka pasków poziomo na cieście w równych odległościach od siebie i zaginamy do połowy co drugi.
2. układamy 1 pasek pionowo wzdłuż tych zagiętych, zagięte odginamy z powrotem tak, by spoczęły na pasku pionowym. Zaginamy do połowy te, które wcześniej pozostały nie zagięte, czyli ponownie, co drugi.
3. układamy kolejny pionowy pasek tuż przy linii zagięcia zagiętych obecnie pasków, prostujemy je na pasku pionowym. Zaginamy ponownie co drugie.
4. kładziemy kolejny pasek pionowo przy zagiętych, powtarzając cały proces do momentu aż otrzymamy przeplataną krateczkę.

Kratkę lekko zwilżamy wodą i posypujemy cukrem pudrem, po czym wkładamy Apple Pie do nagrzanego piekarnika.

Pieczemy przez 45 minut lub do momentu aż krateczka będzie złoto-brązowa, a nadzienie zacznie bąbelkować.

Wyciągamy z piekarnika i pozwalamy ciastu ostygnąć.

Serwujemy ciepłe lub na zimno, samo lub z lodami albo bitą śmietaną.

Smacznego!:)




--------------------------------------- 


Ingredients:

Pastry:
3 cups of flour
1/2 cup of caster sugar
250g of butter, cold and cubed
2 egg yolks
4 tblspns of cold water
1 tspn of vanilla extract

caster sugar for lattice sprinkling

Apple filling:
8-10 medium sized apples, mostly hard and sour like Granny Smith (1 or 2 might be softer and sweeter. It will help to create an apple sauce in the filling.)
1/4 cup of sugar (or more, depending on the sourness of your apples)
2 tspns of cinnamon
1/2 tspn of ginger
1/2 tspn of ground cloves
1/2 tspn of ground anise
1/2 tspn of nutmeg
1/2 tspn of cardamom
2 handfulls of raisins
1 tblspn of potato flour

The making of:

First, prepare a filling (or you can make it while the pastry is in the refridgerator):

Wash and peel the apples, cut them into the quarter slices, and put into the pot.

Mix with a sugar and start cooking until the softer ones start to fall apart and first juices appear.

Add the spices and raisins, mix with the apples nicely and cook some more, stirring from time to time, not to let them burn. If the apples happen to be less juicy, add some tblspns of water.

The apples should have a good filling consistence, when there is an apple sauce inside, and still a lot of hard apple pieces. We do not need for them to become a marmelade, just to cook them with spices.

Now it is time for a taste check. We need to have the filling still tasting like apples, but with a clear aroma of spices with it. The amount of spices given in the recipe should be just enough to achieve that, but if you wish to feel more or less of this or that spice, feel free to experiment, just, be careful for the spices not to take over all the apple flavour of the filling.
If something happends and one or more of spices is too much, you can still save the taste, by adding some sugar, or water or lemon juice and mix it vigoriously until the taste is again fine.

Add the potato flour at the end to harden the filling, mix it with the filling until it dissolves, check the taste once again and if everything seems to be ok, put the pot with a filling aside to cool a bit.

Start preparing the pastry.

Mix a flour and sugar in the bowl.

Add cold, cubed butter and work it with your hands until you receive a crumbly mixture.

Add the egg yolks, water and vanilla extract and work it until the dough forms.

Divide the dough into two pieces. Take a third of the dough, shape it into a disc and wrap in plastic wrap. This will be your lattice. Form a disc with the remaining dough and wrap it in plastic wrap. This will be your crust. Refrigerate for at least an hour.

Preheat the oven to 350 degrees Fahrenheit.

Put a sheet of aluminium foil on a pie dish or butter it nicely, so the crust didn't clinged to the dish during baking. 

Remove the larger disc from a fridge. On a lightly floured surface, or between two sheets of baking paper, roll out the dough until it is big enough to line your pie dish.

Flip the baking paper with a sheet of rolled pastry above the pied dish, cover with it, and gently remove the paper, then fashion the pastry to the bottom and sides of the baking dish. Cut of the extras of pastry.

Fill the pie shell with an apple filling.

Remove the second piece of pastry from the fridge and roll is as same as you did with the first one.

Cut the dough into 1.5 - 2 cm wide strips. Arrange them in a lattice over the apples. 

The method of making the lattice:
1. Arrange strips of pastry horizontally across the pie. Fold back every second strip halfway.
2. Place a strip of pastry vertically along the folded strips. Unfold the horizontal strips over the pastry. Fold back the other every second horizontal strip halfway.
3. Place another strip of pastry vertically. Unfold the folded strips. Fold back the originally unfolded strips. 

4. Place another strip vertically and continue with this process until you have a lattice.

Brush a lattice with a little bit of water, sprinkle it with caster sugar, then put the Apple Pie into the oven.

Bake for 45 minutes or till the moment the top will be golden-brown, and the filling starts to bubble. 

Remove the pie from the oven and cool it a bit.

Serve it warm or cold with icecream or whiped cream on top.

Cheers!:)