wtorek, 19 stycznia 2016

Jabłka księżycowe - ciasteczka krucho-drożdżowe/Moon apples - yeast and shortcrust pastry cookies

Rzadko się zdarza, żebym tak niewiele miała przemyśleń w odniesieniu do kolejnej bantofelkowej felki i przepisu na potrawę, która jest jej bohaterem. Ani jakiejś specjalnej okazji na te ciacha nie było, poza tym, że weekend, fajnie by było zrobić coś na pogryzanie w leniwą niedzielę, ani nie są egzotykiem z kraju daleko od Polski, ani czymś nowym, bo nie raz już ten przepis robiłam.
Natomiast są bardzo smaczne. Tak smaczne, że osoba, która na hasło "ciastka krucho-drożdżowe" wzdryga się z miejsca i mówi, że nie lubi, po upieczeniu sięgnąwszy po jedno, natychmiast zmienia zdanie i zmiata cały talerz zanim się obejrzę. Tak, mowa o moim chłopinie, który w kwestii obcych ciast i wypieków jest standardowo sceptyczny, a potem tak uroczo zmienia zdanie, ukradkiem wyjadając wypiek do ostatka, gdy myśli, że nie widzę.
Tyle, że potem już nie powie, że nie lubi:)
Osobisty sukces w sumie.

Patrząc jednak na te ciastka, nie ma tu nic do nielubienia. Ciasto zawiera jedną łyżkę cukru. Idealna rzecz dla osób odchudzających się. Co prawda zawiera też dwie szklanki mąki, a ta podobno to kiepski dodatek do diety, ale na czymś trzeba ciastka upiec i same dobre chęci nie pomogą. A w środku kawałek kruchego, kwaśnego jabłka wytarzany w cynamonie i cukrze, który po upieczeniu tworzy przesmaczne nadzienie. Chciałoby się pominąć kwestię, że są przysypane cukrem pudrem, podkreślając ich dietetyczność, ale się nie da. Cukier puder być musi, żeby miały charakter.

Ciastka są dosłownie na dwa kęsy. Ciężko się nimi ubrudzić, wspaniałe na spotkanie przyjaciółek na przykład, gdzie ciasto z masą, przyciężkie, nie będzie mile widziane. A te ciasteczka, leciutkie, ładnie wyrośnięte, ale nadal z fakturą ciasta pół kruchego, bez wyczuwalnych drożdży, zdają się balansować idealnie na krawędzi dwóch ciast, czyniąc je idealną przekąską, którą można dobierać wielokrotnie i nadal się nie czuje, że coś się zjadło.
Super są. I na dodatek bardzo ładne. Wystawiać by można na ozdobę, gdyby nie to, że jak rodzina dopadnie, to uczyni spustoszenie i tylko taca z resztkami cukru pudru pozostaje, jako dowód, że przed chwilą wypiek tam leżał. I zdjęcia. Tych zdjęć porobiłam sporo, całkiem zresztą udanych, więc nic tylko popatrzyć, pokiwać głową i zacząć gromadzić składniki.
Już to robicie? Już zresztą macie wszystko w lodówce? No to na co czekamy? Pieczemy!
Please scroll below for the "red" recipe in english version:)




Składniki:

2 szklanki mąki
20 dkg margaryny
1 jajko
1 żółtko
10 g drożdży świeżych(zamiennie 4 gramy drożdży suszonych)
1 łyżka cukru
1/2 szklanki śmietany
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
szczypta soli
1 łyżeczka imbiru
1 łyżka cynamonu

1/2 kg kwaśnych jabłek (szara reneta byłaby doskonała)
mieszanka 2 łyżek cukru + 1 łyżki cynamonu do okraszenia jabłek
cukier puder do posypania



Wykonanie:
Nastawiamy piekarnik na 180 - 190 stopni Celsjusza.

 Mąkę siekamy z tłuszczem na stolnicy aż będzie w miarę rozdrobniona.

Dodajemy żółtko i całe jajko, drożdże (suszone wsypujemy jak leci, świeże rozcieramy z  łyżką cukru), cukier (o ile wcześniej nie dodawaliśmy go), śmietanę i ekstrakt z wanilii, oraz szczyptę soli i nadal siekamy aż składniki się połączą. Na koniec dosypujemy imbir i cynamon i siekamy, by i one się połączyły z ciastem.

Następnie ciasto zagniatamy rękami aż drobinki tłuszczu przestaną być w cieście widoczne.

Ciasto rozwałkowujemy na opruszonej mąką stolnicy do grubości ok. 3 mm i wycinamy duże krążki.

Jabłka obieramy, przekrawamy na pół, potem na ćwierci. Wykrawamy gniazda nasienne. Każdą ćwiartkę kroimy na równe plasterki tak, aby plasterek mieścił się na połówce wyciętego z ciasta krążka.

Do miski wsypujemy cynamon i cukier, mieszamy starannie, a potem wrzucamy do mieszanki po kilka plasterków jabłka, by obtoczyć je dokładnie w cukrze i cynamonie.

Na połowę każdego krążka kładziemy plasterek jabłka i przykrywamy drugą połową krążka, zalepiając brzegi, na kształt pierożka lub półksiężyca.

Gotowe ciastka układamy na blasze wysłanej papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika, gdzie powinny się piec około 20-25 minut, aż do osiągnięcia złotego koloru.

Wyciągamy z piekarnika i jeszcze gorące posypujemy solidną warstwą cukru pudru.

Z jedzeniem czekamy aż ostygną i będą tylko ciepłe.

Bon appetit!
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ingredients:

2 cups all-purpose flour
200g margarine
1 egg
1 egg yolk
10g yeast (or 4g dry yeast)
1 tblsp sugar
1/2 cup of sour cream
1 tspn of vanilla extract
a pinch of salt
1 tspn of ginger 
1 tblspn of cinnamon

1/2kg sour apples (any hard, sour apples will do)
a mix of 2 tblspns of sugar + 1 tblspn of cinnamon
confectioner's sugar for sprinkling



The making of:

Preheat the oven to 356-374 Fahrenheit or 180-190 Celcius.

Cut the margarine into the flour until it is in a small chunks. 

Now add the egg yolk, a whole egg, yeast (dry yeast add at once, fresh yeast you have to mix first with a tblspn of sugar), sugar (if it wasn't added yet), sour cream, vanilla extract, a pinch of salt, ginger and cinnamon and cut again with a knife until the mass achieve a crumbly structure.

Next knead the dough by hand on a floured surface until the bits of margarine completely dissapear.

With your roller, roll the dough on a slightly floured surface until it is 3mm thick, and using a cup, cut a large circles out of it. 

Wash and peel the apples, cut them into halves, then again into quarters. Get rid of the seed nests. Cut every quarter into an even slices, so a slice fitted into the half of the dough circle.

In a bowl mix a cinnamon and a sugar, and toss there apple slices. Mix them so every slice was covered with a cinnamon-sugar mix.

On every dough circle put a slice of an apple and cover it with the remaining half of the dough circle, then quickly press the rims together (the same way as you do with pierogi/dumplings) for the cookies to have a crescent shape.

On a pan put a sheet of baking paper, and arrange the crescent cookies one by one there, leaving a small space between them. Then put the pan into the oven and bake for about 20-25 minutes or until golden.

Remove from the oven and still hot, sprinkle generously with a confectioner's sugar.

Let them cool till slightly warm, and then eat.

 Bon appetit!


 

piątek, 15 stycznia 2016

Szkockie tradycyjne ciasto kruche (classic scottish shortbread).

Uwielbiam Szkocję. Miłość ma do tego kraju bierze się nie wiadomo skąd. Nie byłam tam nigdy, moi krewniacy stamtąd nie pochodzą, ba, nikt z mojej rodziny tam nie wyemigrował. Nie mam też ani kropli szkockiej krwi w żyłach, ale uwielbiam Szkocję w takim stopniu, że czułabym się Szkotką, a nie Polką, ledwie tam bym przyjechała. Surowy klimat, niebo wiecznie zachmurzone, mgły, deszcze i pewne przeziębienia... ale też najcudowniejsze widoki wzgórz i jezior na świecie, niezwykły język rodzimy, nadal tam rozbrzmiewający, mnóstwo historii dzielnego narodu tak długo walczącego o niepodległość (dlaczego ją odrzucił ostatecznie w ostatnim referendum - w głowie mi się nie mieści!), kilty... mężczyźni w kiltach, ale noszący te męskie spódniczki z taką gracją i swobodą, że wyobrazić sobie ich w spodniach, lub chociaż w części uznać, że są zniewieściali, przyprawia o pusty śmiech. Muzyka... jedzenie... klimat...
Ja wiem, że sporo z mych wyobrażeń o Szkocji umrze śmiercią gwałtowną przy pierwszy zetknięciu z prawdziwą Szkocją, ale szkockie Highlands nigdzie się nie ruszają. Gaelic ciągle słychać na prowincji, a z nowoczesnymi miastami w szranki stają ruiny zamków z czasów, gdy szkockie Klany były potęgą... i wygrywają z nimi w cuglach w tym boju o to, co jest prawdziwie szkockie.

Pojadę tam. Pewnego dnia na pewno tam pojadę, jeśli nie mieszkać, to na pewno na wyprawę. A tymczasem muszę zadowalać się Szkocją we własnym domu. Na ten przykład sięgając po cudowne książki Diany Gabaldon o "Obcej" - przedziwne połączenie opowieści historycznych, fantasy, romansu i dokumentu. W chwili obecnej książek jest siedem, i na tym nie koniec, jak donosi strona internetowa autorki. O popularności serii świadczy też fakt, że powstał serial "Outlander" na podstawie póki co pierwszej książki. Drugi sezon zobaczymy już w kwietniu. Bazował będzie na drugim tomie "Zaklęta w bursztynie". Bije rekordy popularności, ma rzesze fanów, a do ich grona co chwilę dołączają nowi, którzy wcześniej nie znali tej serii, ale po obejrzeniu serialu już zatonęli w odmętach tej historii. Nie pozostaje nic innego jak z wdziękiem ulec i... wsiąknąć.
Znam "Obcą" od paru lat, ale nie łudźcie się, że poza wymienionymi walorami, nie wyłuskałam stamtąd paru fantastycznych przepisów na szkockie dania. Meat pie (ciasto z mięsem) na przykład. Bannocks - podpłomyki, którym, jak się okazuje, blisko jest do Proziaków. I wreszcie kruche ciasto szkockie, zwane od trzynastego wieku w Szkocji "shortbread".

Shortbread jest właśnie bohaterem dzisiejszej felki. Trudno o prostszą kombinację składników. Masło, cukier i mąka. To wszystko. Zresztą - naturalne to dla Szkocji. Wieki temu nie przelewało się tam gospodyniom domowym, więc gotowały z tego, co miały pod ręką i nie wydziwiały. Tajemnicą jest natomiast to, jakim cudem te proste dania, z niczego praktycznie, wychodziły im tak cudownie smaczne!
Shortbread jest dokładnie tym, co nazwać moglibyśmy kruchym ciastem. Jednak, porównując go do polskiego ciasta kruchego, jest bardziej zbity i mięsisty. Ciężki, ze względu na brak proszku do pieczenia, sody albo innego "napompowywacza". Ma jednak cudownie maślany smak, od którego trudno się oderwać. No i upieczony zaskakująco nie rozłazi się w rękach. Po soczystym gryzie rozpływa się w ustach, a pozostały kawałek nadal trzymasz w ręce w całości. Wierzcie mi, nie wytrzyma tam długo:)

Jako ciasto kruche i ze względu na swój smak shortbread można podawać bez dodatków, jedynie z herbatą na przykład. Ale jeśli macie ochotę wypróbować swój nowo zrobiony cytrusowy curd z tym ciastem, albo sos butterscotch - jest to fantastyczny pomysł. Jedno dostarczy jedwabistej, cytrynowej gładkości, a drugie dodatkowego smaku toffi, który cudownie zgra się z ciastkiem.
Niebo w gębie, powiadam wam. Ale... co ja będę powiadać.
Oto szkocki shortbread w całej swej klasie. Bez kiltu... znaczy się bez niczego, upieczony, ale też z przepięknym curdem na wierzchu. Którykolwiek wybierzecie do zrobienia - będzie to słuszny wybór.
Zapraszam.
Przepis wzięty z tej strony. Nie modyfikowany.
Na zdjęciach shortbread "surowy" - upieczony i podany bez niczego, oraz z dodatkiem cytrusowego curd'u.

Please scroll below for the "red" recipe in english version:) Yeah, it is happening:)


Składniki/Ingredients:

2 szklanki mąki/2 cups flour
1 szklanka masła w temperaturze pokojowej/ 1 cup room temperature butter
1/2 szklanki cukru/ 1/2 cup white sugar
szczypta soli/a pinch of salt
domowy cytrusowy curd/homemade citrus curd
domowy sos butterscotch/ homemade butterscotch sauce


Wykonanie/The making of:

Nastawiamy piekarnik na 162 stopnie Celsiusza./ Preheat the oven to 325 degrees Fahrenheit or 162 Celcius.

W misce ubijamy miękkie masło aż stanie się puszystą, jaśniejszego koloru masą./In a large bowl, beat butter until it begins to turn fluffy, lighter, yellow mass.

Dodajemy cukier i ponownie ubijamy. /Add the sugar and beat again.

Dodajemy mąkę, stopniowo, po pół szklanki na raz i ubijamy wszystko razem. Powinniśmy otrzymać ciasto o wyglądzie kruszonki lub mokrego piasku i takie jest zamierzenie./Half a cup at a time, add the flour to the creamed butter and sugar. The mixture will look like a crumbly sand or breadcrumbs, and it is exactly what we want to find there.

Do małej blaszki (odradzam standardową; lepiej wziąć szeroką keksówkę) wysłanej papierem do pieczenia, przesypujemy ciasto i ubijamy je ręką na płasko, tak, by tworzyło równą warstwę./Put the mixture into a small pan covered in baking sheet (cake or bread pan will also do) and press the mixture down into the pan to get an even bar.

Następnie za pomocą noża nacinamy ostrożnie ciasto, tworząc równe "paluszki", prawie do samego spodu blachy. Ułatwi to nam późniejsze krojenie./Using a sharp knife, lightly score (1/8th of an inch deep or so ) the top of the pressed dough to make even servings. It will help us late to divide the shortbread.

Za pomocą widelca nakłówamy każdy "paluszek" aż do samego spodu w kilku miejscach./Using a fork poke one row of holes down each scored bar. Make sure you poke straight through the dough and hit the bottom of the pan for each hole.

Wstawiamy blaszkę do piekarnika i pieczemy około 25 minut, lub do momentu aż krawędzie się lekko wyzłocą./ Put the pan into your oven and bake for aprox. 25 minutes or until the rims of shortbread will be slightly golden. 

Następnie wyjmujemy blaszkę z piekarnika i pozwalamy się ciastu całkowicie ostudzić niż przystąpimy do krojenia lub nakładania dodatków./ Remove pan from the oven and let it cool completelly befor you start to divide the bars or put additional topping.

Wyciągamy ciasto z blachy i przecinamy "paluszki" ostrożnie wzdłuż zaznaczonych wcześniej krawędzi, a następnie nakładamy na górę warstwę cytrusowego curd'u, albo sosu butterscotch./Remove the shortbread form the pan and Cut each bar from the score marks. Finally put on the topping: citrus curd or homemade butterscotch sauce.

Zjadamy w ilości hurtowej/Eat plenty:)






środa, 13 stycznia 2016

Bantofelki już na Facebooku i Twitterze!

Witajcie,

W tym poście, wyjątkowo krótkim jak na mnie, nie będzie przepisu. Jedynie garść informacji. Otóż, zauważywszy, że mam nie tylko polskich gości, pomyślałam sobie, że przecież angielsko języczni też mogą być zainteresowani mymi przepisami, ale bariera językowa jest nie do przebycia. Dlatego postanowiłam z Bantofelkami zaistnieć na Twitterze.
Od tego momentu każdy, kto będzie pragnął zrobić jedną z potraw, a Translator ze strony nie da rady mej pisaninie, będzie mógł go znaleźć na twitterze, albo, z powodu ograniczenia znaków, napisać tam do mnie o wysłanie go w wiadomości po angielsku.

Adres twitterowy to:

https://twitter.com/Bantofelki

Adres na facebooku (jakby ktoś jeszcze nie wiedział):

https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf

 Zapraszam:)

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
English version

Hello,

This post will be really short, at least for my style of writing. No recipe this time, just a pinch of information. Well, I've noticed recently that I have not only polish visitors, but also english spoken guests. So I thought that you guys, from outside of Poland may be also interested in some of the recipes but the language barrier is too large to cross. That is why Bantofelki has just received a twitter site.

From now on, everyone wishing to cook something found in here, but unable to understand the recipe (or if the site translator will not manage to translate my post in uderstandable way) is welcomed to find me on Twitter and either ask me there for an english version and guidance in case of any trouble with the dish or find the short version of a recipe there (that is if I manage to find a way to add there a recipes).
Anyway, Bantofelki are now opened world-wide.

So here is a Twitter address for my blog:


https://twitter.com/Bantofelki

And a facebook address (in case someon didn't know it yet):


https://www.facebook.com/Ban-to-felki-543421869094672/?fref=nf

Come to join me, and see you later!:)

Citrus curd (pasta-mazidło cytrynowo-ananasowe) z Pernu

Pamiętacie serię "Jeźdźcy smoków z Pern"? Stareńkie cudo łączące ze sobą fantastyczne historie o smokach i ich jeźdźcach, połączonych ze sobą empatycznie i telepatycznie, które świetnie kompilują w sobie sci-fi i fantasy? Na pewno większość starych wyjadaczy fantasy wie o czym mówię. Ciężko nie znać tej 24 tomowej serii, jeśli uważa się za, jeśli nie znawcę, to poważnie zakopanego w temacie mola książkowego.
Książki te nie tylko zaznajamiają nas z tematem smoków i ich jeźdźców mieszkających na planecie PERN w gwiazdozbiorze Strzelca, ale także rozwijają przed nami fascynującą kulturę i ekosystem  obcej planety, na której spotykamy jednak dziwnie znajome stworzenia i rośliny. Niby nasze jabłka zwą się "pąsami", na ten przykład. Biegusy to tamtejsza odmiana ziemskich koni, skrzyżowanych z rodzimym gatunkiem. Ale i przecież typowe nazwy typu majeranek albo trawa cytrynowa również tam można spotkać.
Co za tym idzie, świat nie byłby pełen, gdyby w tej kulturze nie robiono fajnych, smacznych rzeczy, które pochłaniają bohaterowie w przerwach swych przygód. Niektóre z nich tak mi się spodobały, podczas niedawnego odświeżania sobie tej serii, że na pewno znajdziecie wkrótce perneńskie potrawy na Bantofelkach. Jest wszak wspaniała książka "Pern-lovers Guide to Pern", w której ujęto przepisy na niektóre przysmaki, z których jeden, gdyby nie to, że nie mamy sezonu na borówki, dawno by tu już trafił. Tak, tak, wspaniałe "kipiące" ciastka jagodowe kojarzone z festynu w Cechu Harfiarzy, wprost z trylogii o Menolly.
Jednakże nie o "kipiaczkach" teraz mowa będzie, a o czymś, na co natrafiłam w książce "Delfiny z Pern". A mianowicie o daniu, które figuruje w poniższym fragmencie:

"— Jestem głodna — powiedziała wyraźnie dziewczynka wydymając wargi. Chociaż Aranya ubrana była w czysty kombinezon, Almie ciągle miała na sobie pogniecione rzeczy, które nałożyła poprzedniego dnia. — Mam pusto w brzuszku.
— Zaraz cię nakarmię, uspokój się — odpowiedział Readis cicho.(...) Naszykował miseczki, napełnił je przygotowanymi wcześniej krojonymi owocami, które zawsze znajdowały się w chłodziarce, i zrobił grzanki, dzięki temu jego siostry zachowywały się cicho. Posmarował chleb dla Almie słodką masą, którą uwielbiała, gdyż wiedział, że w przeciwnym razie zacznie się tego głośno domagać." (Anne McCaffrey, Delfiny z Pern)

Nie chodzi, rzecz jasna, o grzanki, ani o owoce, ale o tę słodką masę do chleba, którą wielbi mała dziewczynka.
Czemu mnie to zaintrygowało? Polak zna pasty do chleba lub grzanek, ale słone, bądź kwaśno-octowe. Bądź w ostrym smaku, ale zdecydowanie nie słodkie. No dobrze, zna jeszcze Nutellę, ale akurat tutaj mamy kompletnie ślepy zaułek. Skąd chemicznie wytworzona Nutella z czekolady i orzechów włoskich przy udziale tłuszczy roślinnych, w świecie, w którym nie mają nawet ziaren kakaowca, by wytwarzać czekoladę, że o produkcji pasty kanapkowej nie wspomnę? Orzechami też, według "Pern-lovers Guide" nie za bardzo dysponowali, a nawet jeśli komuś wpadłby pomysł by je przetwarzać, to zdecydowanie nie w pastę.
A zatem, wniosek. Na tropikalnej wyspie ze szczątkową cywilizacją i mnóstwem świeżych owoców, a także dostępem do trzciny cukrowej, a co najmniej miodu, mogłoby chodzić wyłącznie o pastę/masę owocową. Słodką, skoro domaga się jej dziecko. Coś wnoszącą dobrego do jego organizmu poza cukrem, jeśli chcemy znać zdanie rodziców, którzy to jedzenie mu dają. A zatem owoc, z którego pastę zrobiono, musiałby być bogaty co najmniej w witaminę C. Cytrus? No, cytrus.

A ponieważ Polak past cytrusowych nie robił nigdy i nie ma w zwyczaju i tradycji ich robić, zwróciłam spojrzenie za wielką wodę, skąd po prawdzie pochodziła autorka książek perneńskich, świętej pamięci Anne McCaffrey. Czyli w stronę Stanów Zjednoczonych, gdzie klimat jest w części tak samo tropikalny jak na Południowym Kontynencie Pernu.
I oto pierwsza pasta, mazidło popularne, uwielbiane przez dzieci i dorosłych, prościuteńkie do zrobienia, które się pojawiło. Lemon Curd.

Chodziłam wokół niego jak wokół śmierdzącego jajka. Co to jest, dlaczego się tak tym zachwycają. Coś w tym musi być, skoro na 80% tę właśnie pastę opisała Mistrzyni Smoków? Ani to dżem - dodatek masła, ani budyń - brak mleka, ani pulpa owocowa, bo oprócz cukru to nieszczęsne masło. W końcu skojarzyłam curd co nieco z nadzieniem jakie daje się do Lemon Meringue Pie, a ponieważ to nadzienie jest akurat bardzo dobre, postanowiłam próbnie zrobić małą porcyjkę, by się przekonać jak to dziwo będzie smakować. Zresztą przepis nie mógłby być prostszy, a piętnaście minut roboty to nic, wobec pracochłonnych ciast, jakie już zdołałam dokonać.
Tylko ten ciągły znak zapytania: co to, do cholery, jest curd?

Cóż, polskiego odpowiednika na to nie ma. Nie kwalifikuje się do kategorii dżemów ani przetworów owocowych. Za budyń albo masę tortową też ciężko go uznać. Jest to więc... mazidło. Pasta, powiedziałabym, że kanapkowa, tyle, że zdecydowanie nie jest do kanapek z zazwyczaj słoną pierzynką. Mazidło cytrynowe rodem z Pernu nadaje się do każdego suchego ciasta deserowego, jako nadzienie, pokrycie, czy dip, w którym owe ciasto się macza. Dziecko co prawda z przyjemnością zje z chlebem (widziałam zjadanie ze smakiem boczku i dżemu na jednej kanapce, więc nic już mnie u kilkulatka nie zaskoczy w kwestii preferencji jedzeniowych), ale my, jako dorośli, prędzej skorzystamy z wersji deserowej.

I oto zrobiłam lemon curd z posmakiem soku ananasowego (akurat miałam zbywający), posmakowałam jeszcze ciepłego i, przyznając szczerze, stwierdziłam, że bez rewelacji, może się przyda, po czym zamknęłam go w lodówce.
A dwa dni później (czyli dzisiaj) gdy połączyłam go z klasycznym, szkockim kruchym ciastem, myślałam, że zejdę, tak okazał się dobry, jedwabiście okraszając kruchy herbatnik. Zdecydowanie curd musi poleżakować w lodówce co najmniej jeden dzień, by naprawdę go docenić.
Szkocki shortbread też tu obejrzycie już wkrótce. Tymczasem daję wam Pernem inspirowany cytrynowo-ananasowy curd - mazidło słodko-kwaśne, lekkie, choć o konsystencji maślanej i najcudowniejszym aromacie cytrusów na świecie, wraz z przecudownym odcieniem żółtego. Spróbujecie raz, i jak ta mała dwulatka z "Delifnów z Pern", będziecie się go ciągle domagać i to głośno. Ba! Sami będziecie go robić. Zresztą, czyż można mu się oprzeć?
Przepis pochodzi z tej strony, nieco zmodyfikowany:






Składniki (na ilość smarowidła równą mniej więcej 1 szklance):

4 łyżki masła
1/2 szklanki cukru
Skórka otarta z jednej cytryny
1/4 szklanki soku cytrynowego (akurat tyle jest w 1 cytrynie)
1/4 szklanki soku ananasowego (może być z pudełka, ale jak najmniej cukrzony)
4 żółtka


Wykonanie:

W garnuszku o grubym dnie topimy masło.

Ściągamy masło z ognia i dosypujemy cukier, skórkę z cytryny, oraz dolewamy soki (jeśli chcemy otrzymać czysto cytrynowy curd, pomijamy po prostu sok ananasowy). Mieszamy wszystko razem.

Dodajemy żółtka po jednej sztuce, mieszając masę po każdym żółtku starannie.

Ponownie stawiamy garnuszek na średni ogień i nieustannie mieszając czekamy, aż mieszanina zacznie nam wyraźnie gęstnieć, lub pokryje lepką warstwą spód drewnianej łyżki. Zazwyczaj to drugie dzieje się zaraz po pierwszym, więc nie przegapimy sytuacji.

Gdy curd nam zgęstnieje, ściągamy go z ognia i natychmiast przecieramy przez sitko do słoiczka, w którym będziemy go przechowywać, zapewniając sobie w ten sposób jedwabistą konsystencję smarowidła.

Słoiczek zamykamy szczelnie i zostawiamy w temperaturze pokojowej, by curd ostygł. Potem wkładamy go do lodówki na co najmniej 1 noc, by się "przegryzł". Można oczywiście stosować go świeżo po zrobieniu, ledwie ostygnie, ale moim zdaniem najlepszy jest 1-2 dni po zrobieniu.

Po tym czasie możemy go używać jako pasty do słodkich bułeczek i jako dodatek do wszelkiego deserowego ciasta, świetnego dosmaczacza do lodów, a nawet wyjadać prosto ze słoika bez niczego.

Wytrzyma nam w lodówce do dwóch tygodni.



sobota, 9 stycznia 2016

Zawijasy z truskawkami i lukrem śmietankowo cytrynowym

Cierpliwość jest cechą królów, jak powiada stare przysłowie. Cierpliwości należy się więc uczyć, przyswajać i praktykować ją we wszelkich dziedzinach życia, bo bardzo nam z nią po drodze. Czy to czekając na wykładowców na uczelni, uznanie szefa dla twych wysiłków w robocie, w kolejce do rejestracji na przychodzi, czy wreszcie na to, aby ktoś logiczny przejął władzę w tym państwie i chociaż raz nie myślał o robieniu pod siebie, albo dosrywaniu opozycji.
Jest i inna dziedzina, w której wygodnie nam się uczyć cierpliwości, a mianowicie kuchnia. Czekamy gdy coś się piecze, zerkając przez szybkę niecierpliwie do piekarnika, i do garnka na zupę, tudzież czekaniem staramy się przyspieszyć wodę, by zagotowała się szybciej. Zerkania i inne taki nic nie dają, rzecz jasna. Wszystko dzieje się we własnym czasie i na swój sposób. Ale jak już trening na cierpliwość przetrwamy, to potem efekty są tak spektakularne, że aż serce rośnie jak na drożdżach i zaraz chce się nam wszystkiego bardziej.
O drożdżach zresztą wspominam nie przypadkowo. Do nich cierpliwość jest szalenie potrzebna, szczególnie jeśli coś z nimi pieczemy. Najpierw bowiem rośnie sobie zaczyn na  ciasto... co najmniej godzinę, a potem jeszcze ciasto gotowe do pieczenia również musi urosnąć. I kolejna godzina lub dwie uciekają. Jest to jednak na tyle długi czas, że spokojnie można w nim zająć się czym innym, zaglądając tylko do naszych drożdży lub ciasta co jakiś czas, by z zadowoleniem stwierdzać za każdym razem, że "coś" się dzieje.
Bo jeśli nic się nie dzieje po godzinie, to mamy pecha, drożdże zdechły i trzeba nam zaczynać od nowa.

Na żywych drożdżach rośnie cudownie bohater dzisiejszej felki - zawijasy owocowe. Dwukrotnie właśnie. Zaczyn najpierw na mleku, robi się jak tkanina frotte, a potem gotowe już zawijaski rozpychają blaszkę na wszystkie strony. Ciasto jest mięciutkie, delikatne, lepsze niż najlepsza bułeczka drożdżowa jaką jedliście i zupełnie się do niego nie umywają drożdżówki ze sklepu. Owoce, w moim przypadku truskawki, ale swobodnie można dodać każde inne jakie macie w zamrażalniku, podczas pieczenia puszczają sok, który nam ślicznie wnika w bułeczki, do tej całej puszystości i miękkości dodając jeszcze sok owocowy. Niebo w gębie. Rodzina zdecydowanie nie będzie mieć dość, więc prawdopodobnie dobrze będzie zrobić od razu podwójną porcję. Nie 13 zawijasów, a 26 sztuk. I tak znikną, wierzcie mi. U mnie nawet 10 godzin nie przetrwały, a połowa zniknęła, jak jeszcze były ciepłe, bo takie są najsmaczniejsze.

Zawijasy, jako idealna przekąska, podejdą wam od śniadania do kolacji, w każdym towarzystwie, o ile tylko nie będzie słone. Zapijane kawą zdecydowanie umilą poranek albo wieczór. Nie ma więc co czekać i ślinić się, lepiej zabrać się do roboty (w której i tak będzie więcej treningu cierpliwości, niż czegokolwiek innego).
Przepis pochodzi stąd. Nieco zmodyfikowany.






Składniki (na 12-14 dużych zawijasów):

Ciasto:
 1 szklanka ciepłego mleka
2/3 szklanki cukru
1 i 1/2 łyżki drożdży instant (użyłam 1 i 1/2 opakowania drożdży suszonych Dr. Oetkera)
115g masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego na kawałki
2 duże jajka
1/2 łyżeczki soli
4 i 1/2 szklanki mąki

Nadzienie:
30-50 dkg zamrożonych truskawek (malin, wiśni wydrylowanych, porzeczek...)
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Lukier:
1/2 szklanki cukru pudru
3 łyżki śmietany kremówki 30%
sok z cytryny


Wykonanie:

Naszym głównym przyjacielem w tym przepisie będzie robot ręczny z obracającą się miską i mieszadłami hakowymi, właśnie do wyrabiania ciasta drożdżowego. Dlatego właśnie ten sprzęt przygotowujemy sobie na sam początek.

Wpierw testujemy drożdże na ciasto.

W garnuszku podgrzewamy mleko. Nie zagotowujemy, pilnujemy by się nie przypaliło. Powinno jednak być ciepłe, ale nie parować.

Podgrzane mleko wlewamy do miski od miksera.

Za pomocą łyżki wsypujemy drożdże, mieszamy je z mlekiem, dosypujemy cukier i również łyżką mieszamy całość. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy miskę na jakieś 5-10 minut w ciepłe miejsce. (w ziemie grzeją już kaloryfery, więc ja swoje drożdże postawiłam właśnie na nich. W lecie można użyć lekko ciepłego piekarnika.).

Po upływie 10 minut zaglądamy do drożdży. Jeśli znajdujemy mleko w stanie "frotowym", puszystym i zdecydowanie sugerującym, że drożdże zrobiły sobie ucztę i rozwijają się w najlepsze, mamy dowód, że są zdolne do dalszej współpracy. Jeśli jest nietknięte i nadal buro-mleczne, jak świeżo po wmieszaniu drożdży - czas wziąć nowe opakowanie i zaczynać od nowa.

"Żywy" zaczyn zabieramy na mikser i do dalszej obróbki.

Do mleka z drożdżami wrzucamy pokrojone na kawałki, koniecznie miękkie masło i włączamy mikser na średnie obroty, by trochę je wmieszać. W ciągu całego procesu nie wmiesza się nam całkowicie w ciasto, dopiero na sam koniec, więc nie panikujcie, gdy ciągle będziecie widzieć podczas ubijania, że kawałki masła pływają luźno.

Dodajemy po jednym jajku, cały czas mając mikser włączony.

Dosypujemy sól.

Pozwalamy chwilę mikserowi pracować, co jakiś czas za pomocą łyżki odciągając masło od ścianek i popychając je ku mieszadłom. W ten sposób upewnimy się, że wszystko się równo miesza.

Po paru dłuższych minutach wsypujemy po trochu mąkę. Wpierw pół szklanki, czekamy aż zmiesza się z ciastem, potem dosypujemy dalej i tak w ten deseń, aż wejdzie nam wszystkie 4 szklanki. Po tym czasie ciasto pewnie jeszcze będzie zbyt miękkie, by je przenosić na stolnicę celem ugniatania, więc dosypujemy pozostałe pół szklanki mąki i obserwujemy ciasto. Po 4 i 1/2 szklanki powinno wyglądać już jak dobrze wyrobione ciasto drożdżowe, być lśniące, ale przede wszystkim po przechyleniu miski zaczynać odstawać od ścianek.

W takim momencie wyłączamy mikser i wyciągamy stolnicę. Podsypujemy ją mąką, wykładamy ciasto z miski i zagniatamy je, również podsypując mąką, by nam się nie kleiło do palców. Zagniatamy do czasu, aż nie będzie nam się w ogóle do palców przyczepiać, ale nadal będzie lśniące.

Bierzemy miskę, lekko obsypujemy mąką wewnątrz i wkładamy do niej kulę ciasta. Przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy w ciepłe miejsce na około 1,5 godziny. W tym czasie powinno nam się podwoić ilościowo.

Wyrośnięte ciasto przekładamy ponownie na stolnicę i rozwałkujemy w kształt dużego prostokąta. Pilnujemy, by całe ciasto było równe zarówno na brzegach jak i w środku.

Zostawiamy je na moment rozwałkowane i przystępujemy do robienia nadzienia.

Zamrożone owoce wyciągamy z zamrażalnika dopiero teraz. Nie rozmrażamy wcześniej, ponieważ wszystko, co z nich wypłynie, powinno trafić do ciasta. Większe owoce, w moim przypadku truskawki, kroimy na drobno, mniejsze, jak maliny, wrzucamy w całości do garnuszka.

Do owoców wsypujemy cukier i mąkę ziemniaczaną, mieszamy wszystko razem.

Przekładamy owoce równą warstwą na prostokąt rozwałkowanego ciasta, a następnie ciasno zwijamy go w rulon wraz z tymi owocami.

Uzbrajamy się w bardzo ostry nóż i rulon z ciasta i owoców tniemy na mniej więcej 1,5 centymetrowe plastry.

Każdy taki plaster kładziemy płasko na blachę wysłaną starannie papierem do pieczenia, zachowując między nimi trochę wolnego miejsca. W standardowej blaszce w ten sposób zmieści się 9 plastrów. Resztę wykładamy do innej blaszki, również wysłanej papierem. W moim przypadku sprawdziła się na pozostałe 4 kawałki, keksówka.

Blaszki z zawijasami zakrywamy ściereczką i po raz kolejny pozwalamy im rosnąć w ciepłym miejscu przez następne 2 godziny. W tym czasie zawijasy urosną i wypełnią ściśle obie blaszki, a owoce puszczą sok, który potem, podczas pieczenia zostanie wchłonięty przez ciasto.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza i po upływie dwóch godzin wyrastania, wsuwamy blaszki do nagrzanego piekarnika, by piec je przez ok. 25-30 minut. Przez pierwsze 20 minut najlepiej je przykryć folią, by wierzch się nie spalił, ale w ostatnich 5 minutach folię możemy zabrać, by się ładnie wyzłociły. Nie wolno wtedy spuszczać ich z oka mimo wszystko i gdy zauważymy, że są zbyt ciemne, ponownie nakładamy folię na wierzch.

Zawijasy będą gotowe w momencie gdy będą złociste, a ewentualnie widoczny na wierzchu i po bokach sok i owoce będą bąbelkować.

Wyciągamy blaszki z piekarnika i pozwalamy zawijasom stygnąć w nich przez kwadrans. Dopiero potem wyciągamy spód blaszki i odginamy rogi papieru, by wygodnie wyciągać kawałki.

Zawijasy tuż po upieczeniu będą wyglądać tak, jakby się zlały i nie było szansy by je od siebie oddzielić. nic bardziej mylnego. Spokojnie da się oddzielić od siebie pojedyncze kawałki, chociaż ciepłe jeszcze będą bardzo delikatne, więc trzeba będzie to robić z ostrożnością.

Przygotowujemy lukier. Mieszamy śmietanę z cukrem i sokiem cytrynowym, żąglując składnikami w zależności od ilości lukru, jakiej potrzebujemy i stopnia słodkości. Polewamy nim ciepłe jeszcze zawijasy i możemy spożywać w ilości ogromnej.

Wysoce uzależniają. Nigdy się nie kończy na jednym kawałku. Spód będą miały pokryty lepką warstewką soku z owoców i to jest jak najbardziej prawidłowe. Tylko doda smaku.

Teoretycznie wytrzymają 2-3 dni, jeśli je przykryjemy i nie wyschną. Ale wątpliwe, by nie zjedzono ich przed upływem pierwszej doby.

Smacznego;D









środa, 6 stycznia 2016

Sernik z sosem butterscotch (i solą)

Serników ci u nas dostatek w każdej porze roku. W Polsce, znaczy się. Powinno się mówić nie, że kraj mlekiem i miodem płynący (ha!ha!ha!), a jadący na serniku od bardzo już dawna. Ponieważ sernik towarzyszy polakowi od czasów biedy, wcześniejszego okresu międzywojennego, gdy wszystko było lepsze i z klasą i czasów jeszcze dawniejszych, gdy o kierunku kulturalnym rozwoju naszego pięknego kraju stanowił Paryż i Wiedeń.
Jednakże pierwszy sernik nie z Wiednia pochodzi, a z czasów rzymskich, gdzie ciastem serowym karmiono gladiatorów. Pierwszy przepis na sernik pochodzi właśnie stamtąd, z jakichś zakurzonych kronik i prosto zaleca by zmieszać funt sera i funt mąki, a potem piec na kamieniu.

No cóż, od tych czasów minęło wiele pokoleń i mnóstwo gardeł smakoszy zaznawało kontaktu z sernikiem. Jak łatwo przypuszczać już zapewne pierwszą ze zmian było dodanie do ciasta miodu. Potem cukru i pewnie bakalii. I tak generalnie ten skład stał się żelaznym składem sernikowym, do czasu, gdy twaróg Włosi zastąpili serkiem mascarpone, powodując narodziny nowej odmiany sernika, który stał się hitem za wielką wodą, przyjeżdżając do Ameryki Północnej wraz z emigrantami i mafią. Tak, mowa tu o serniku nowojorskim, na który przepis znajdziecie bez problemu na Bantofelkach.

Ja bym chciała jednak wrócić do momentu, gdy sernik przyjechał do Polski w swej oryginalnej odmianie, z twarogiem zamiast serka kremowego. Tenże sernik, lekko tylko modyfikowany trwa już cale lata w polskiej kuchni, zdobiony polewą czekoladową i owocami, bezą, dodają mu kruchy spód, a nawet formują w kulki, podając w postaci, której długo się koneser przygląda, zanim podejrzliwie wbije w nią zęby. Pewnie, te wariacje są dobre, bo temat się nie nudzi. Ale pytam... po co wariować z ciastem, skoro samo w sobie spód sobie robi i tekturowych w smaku dodatków mu nie trzeba. Po co przekładać doskonałą masę serową galaretkami i owocami, kiedy sama w sobie z bakaliami to poezja smaku? Zostańmy przy prostocie i nie ruszajmy sernikowych flaków. Nie dodawajmy mu obcasów, skoro świetnie się sam trzyma na zgrabnych, smacznych nóżkach, na których nam wyrósł w piekarniku i podnosić go nie ma potrzeby.
Natomiast z powodu tego, że łysy czerep wcale nie jest taki piękny, nawet jeśli ciało jest wybitne, pannie tej nałożymy peruczkę i zrobimy makijaż. Dodawanie złotych zębów wcale nie będzie potrzebne. Ale, ponieważ nadal uznajemy zamorski szyk za ciekawy - peruczka będzie brytyjska, a make-up z morza rodem.

W tym momencie przechodzimy właśnie do chwili, w której przedstawiam potrawę. Proszę państwa, oto sernik. W najprostszej swej postaci, z nietypowym dodatkiem zamiast wszechobecnej mąki, który sprawi, że ciasto będzie cudownie wilgotne, oraz z twistem, który to proste, cudowne ciasto, które i dziesięciolatek by zrobił, zmienia w rasowy deser kuchni fusion.
Sernik - w postaci polskiej. Polewa - brytyjska, żeby nie wskazać na Szkocję, jako na kraj pochodzenia sosu butterscotch. A sól morska to dama o wielu twarzach i różnorakiego pochodzenia krwi, szumiącej morskim szeptem w jej kryształkach. Razem... niczego im nie brakuje, jak głosiła stara reklama Ramy sprzed paru lat. Więc nie rozdzielajmy tego, co szalona Ban-kucharka połączyła razem i teraz podsuwa wam w prześlicznych fotkach, pachnących sernikiem na cały dom.
I w przepisie, który sam się prosi o zrobienie:)
Poczynajmy więc...



Składniki:
4 jajka 
20 dkg cukru (1 szklanka) 
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii 
12,5 dkg masła 
50 dkg twarogu półtłustego 
1 ugotowany i rozkruszony ziemniak 
1 łyżka mąki ziemniaczanej 
1 łyżka mąki pszennej 
bakalie (rodzynki, skórka pomarańczowa, żurawina itp.) 
domowy sos butterscotch
sól morska w kryształkach


Wykonanie:
Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy je do miski, dodajemy cukier i ekstrakt z wanilii oraz masło (miękkie, wyjęte wcześniej z lodówki i pokrojone w kostki). 

Mieszamy do otrzymania jednolitej masy (w malakserze zajmie to krócej, mikser należy nastawić na najwyższe obroty, gdy cukier i masło są już wstępnie rozbite). 

Następnie (nie wyłączając sprzętu) dodajemy drobno pokruszony ser i ugotowany, rozkruszony, wystudzony ziemniak. Miksujemy nadal do otrzymania jednolitej, puszystej masy. 

Dodajemy mąki i ponownie miksujemy. 

W osobnym garnuszku ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli. 

Delikatnie mieszamy pianę z masą serową , przekładają pianę do masy łyżkami. 

Dodajemy bakalie. 

Przekładamy do standardowej tortownicy wysłanej papierem do pieczenia i pieczemy w lekko nagrzanym piekarniku ponad 1 godzinę (150 stopni, ok. 1 godz. 15 min, termoobieg). 

Sernik jest upieczony, gdy na wierzchu popęka i przyrumieni się złociście. 

Wyciągamy sernik z piekarnika i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Gotowy sos butterscotch, jeśli trzymaliśmy go w lodówce, powinien być wyjęty co najmniej godzinę przed nakładaniem go na sernik, by zrobił się płynny.  Sosem starannie polewamy górę sernika i boki, pozwalając mu spływać w dół. Pokrywamy nim całą powierzchnię ciasta.

Następnie posypujemy powierzchnię kryształkami soli, w sposób na jaki mamy ochotę. Należy pamiętać, że sól jest tu potrzebna bardziej na smak i dekoracyjnie niż jako dodatek niezbędny, więc niech nie będzie jej za dużo. Może jej zupełnie zabraknąć, a sernik pozostawić możemy polany samym sosem. I tak będzie doskonały.

Smacznego:)





czwartek, 31 grudnia 2015

Sos Butterscotch

Wchodzimy po Świętach powoli na pełne obroty. Co prawda Sylwester za pasem, czyli jutro znowu coś będę robić, a potem nic nie robić aż do późnego popołudnia 1 stycznia, ale myślę przyszłościowo. Nowe przepisy czekają już w kolejce na wypróbowanie, obiecany kolejny sernik, obiecane fantastyczne mięsne ciasto z nadzieniem, że klękajcie narody, cała seria wypieków skandynawskiego pochodzenia, które krążą dookoła jak upierdliwe komary wokół plamy krwi, wreszcie Tort Rabski, na który się czaję od dwóch lat, ale ciągle nie mam albo czasu, albo składników, by się za niego zabrać. O chińskich pierożkach gotowanych na parze nawet nie wspomnę, bo leżą i kwiczą, patrząc na mnie z Pinteresta okiem pełnym wyrzutu.
Tak więc, jak widać, Nowy Rok kroi się bardzo różnorodny kulturowo, z mnóstwem nietypowych dań i wielu potraw inspirowanych rozmaitymi mediami.
Zapowiedź pierwszej z nich już dzisiaj.

Butterscotch. A cóż to jest? Ano, proszę państwa, to cudeńko pochodzi z Wysp Brytyjskich i najkrócej mówiąc jest rodzajem cukierka z rodziny toffee. Zależnie od tego jak się tę słodycz przygotuje, butterscotch może być albo całkiem twardym karmelkiem, albo nieco miększym rodzajem toffee, miękką, brytyjską krówką, lub sosem.
Głównymi składnikami tego złotego cukierasa od zawsze są masło (jak widać w pierwszym członie nazwy), brązowy cukier oraz różne odmiany syropu cukrowego. Do tego dodaje się także inne rzeczy typu ekstrakt z wanilii lub sól, ale podstawowe składniki muszą pozostać bez zmian. Szkockiej nie ma w przepisie (tak, tak, słyszę to rozżalone jęki), wbrew temu, jak się przysmak nazywa. Nazwa pochodzi nie od Szkockiej, a prawdopodobnie od słowa "scorch" - czyli gotować w wysokiej temperaturze, bowiem dokładnie to i tylko to się robi z mieszaniną cukru, masła i syropu cukrowego, by przygotować butterscotch.
Czym się różni sos od butterscotcha? Tylko tym, że do ugotowanego dodaje się śmietanę, bo inaczej w krótkim czasie zrobi nam się twarde toffi. A nie o to w tym chodzi.

Prawdziwą, twardą, możliwą do krojenia odmianę butterscotch na pewno będę jeszcze robić, tym razem jednak pokusiłam się o szybki dodatek do dwóch potraw (i setek innych deserów, jeśli tylko podejdzie wam smak), które mam w planie w najbliższej przyszłości. Dokonać kuchni fusion w postaci polskiego sernika i szkockiego butterscotcha z dodatkiem soli morskiej, oraz Piwa Kremowego znanego ze świata Harry Pottera. W obu przepisach sos butterscotch jest jednym z dodatków, więc logicznym się wydawało, iż muszę najpierw zrobić sos, by móc zabrać się za resztę. Obrany z rozumu zaś tylko kupiłby za ciężkie pieniądze coś, czego smaku nie zna, a może zrobić w 20 minut własny półprodukt za jedną trzecią kasy, o jaką krzyczą sklepy.

Bowiem jest to proste. Nawet bardzo. Prostsze niż zrobienie golden syrup'u albo fudge'a. Krócej się czeka, bezpiecznie merda łyżką by się nie przypaliło, a potem tylko próbuje, dosmacza i przekłada do butelki, by przez następne dwa tygodnie cieszyć się pysznym, karmelowo-toffee-podobnym sosem do czego tylko dusza zapragnie.
A co tam, do kawy i schabowego też pewnie podejdzie, jeśli macie takie pragnienie. Skoro można piec mięso w Coca-Coli, to czemu nie w butterscotchu!

Oto więc zrobiony w dwadzieścia radosnych minut, domowy, "very-own"(jak to ładnie powiadają anglojęzyczni) karmelowy, złoty i cudownie gęsty sos butterscotch. Ode mnie, dla was, by radośnie się tyło. Przepis wzięty stąd, z poczynionymi modyfikacjami.





Składniki:

1/2 szklanki masła
2/3 szklanki białego cukru
2/3 szklanki brązowego cukru
3/4 szklanki golden syrup'u
2 łyżki wody
1/4 łyżeczki soli
3-4 spore łyżki śmietany (idealnie by było, gdyby to była kremówka 30%, ale na 18% też wyjdzie)
2-4 łyżeczek ekstraktu z wanilii



Wykonanie:

Wkładamy masło do średniej wielkości garnczka z grubym dnem i roztapiamy je na małym ogniu, pilnując by nie zaczęło się przypalać lub brązowieć. Dobrze jest w tym celu ostatnie jego kawałeczki roztopić w już roztopionym maśle poruszając żywo garnkiem zdjętym z ognia.

Do roztopionego masła dosypujemy cukier biały i brązowy, wlewamy golden syrup, mieszamy wszystko razem i ponownie stawiamy na, tym razem, średni ogień. Dorzucamy dodatkowo wodę i sól, i zaczynamy podgrzewać, mieszając mieszaninę cały czas, aż doprowadzimy ją do wrzenia.

Przez kolejne 5 minut gotujemy ciecz, nieustannie mieszając, skrobiąc łyżką po kątach garnka, bokach i spodzie, by nic się nie przypaliło, pozwalając jej wrzeć do woli.

Po upływie tego czasu ściągamy garnczek z ognia i wlewamy do cieczy ekstrakt z wanilii. Ostrożnie, bo może pryskać. Ilość ekstraktu jest zależna od was. Alkohol i tak wyparuje, ponieważ butterscotch w tym momencie jest bardzo gorący i procenty się "nie przedrą", więc pozostanie tylko ustalenie, czy chcemy wyraźniejszą woń wanilii w sosie, czy nie. U mnie podeszły cztery łyżeczki, ale dodajcie jak wam lepiej posmakuje.

Starannie mieszamy, by butterscotch i ekstrakt z wanilii się połączyły.

Potem dodajemy śmietanę. Co najmniej 3 łyżki na pewno należy dodać, co zauważycie próbując butterscotch bez śmietany. W ustach momentalnie zamienia się w twarde toffee, a toffi nie chcemy, chcemy sos. A zatem najpierw 1 łyżka i mieszamy od razu, by całość weszła w sos. Potem i 2 - mieszamy i sprawdzamy, jak nam się prezentuje w ustach. Jeśli nadal twardnieje na amen, dajemy 3. Ja w rozpędzie dałam i 4, aby na pewno uzyskać kremową konsystencję, ale tak myślę, że po 3 łyżce już będziemy mieć sos.

Gotowy sos mieszamy raz jeszcze, upewniając się, że nie zaplątała się tam żadna, nie roztarta grudka śmietany, po czym, jeżeli chcemy go w całości zachować na później, przelewamy przy pomocy lejka do wymytej, wrzątkiem przelanej szklanej butelki z zamknięciem.
Co zrobić, gdy nagle się okazuje, że nie ma lejka w domu i nigdy nie było? A jest papier do pieczenia? Jest? Więc ratujemy się tym. Robimy z podwójnie złożonego kawałka papieru do pieczenia tutkę z szerszym końcem, wąski wpychamy do szyjki butelki, upewniamy się, że jest przepływ i lu!
Znaczy, to "lu", to ostrożnie. Sos jest nadal gorący. Przelejcie z entuzjazmem, ale w miarę wolno.

Po przelaniu butelkę zakręcamy i studzimy. Potem pakujemy do lodówki, gdzie może siedzieć jakieś dwa tygodnie.

Jeśli życzymy sobie go użyć od razu, umieszczamy potrzebną nam ilość na tym, czym będziemy zdobić butterscotch, a resztę pakujemy do butelki.
Sos stosujemy jako dodatek do deserów. Jest gęsty, prawdopodobnie ładnie będzie zastygał. Może nie na kamień, ale delikatne ciasta lubiące polewę przypuszczalnie wdzięcznie go udźwigną. Na serniku nowojorskim sprawdzi się na pewno, również i na rozmaitych odmianach brownie. To, że do lodów i kawy też będzie świetnie pasował, to na pewno każdy już odgadnie.

Z podanych składników uzyskamy prawie 3 szklanki sosu.
Jeżeli sos po wystygnięciu lub pobycie w lodówce stwardnieje w butelce, nie ma co panikować. Wkładamy butelkę do garnczka z bardzo ciepłą wodą (tyle, żeby butelka wytrzymała i nie pękła, więc nie wrzątek) i co jakiś czas potrząsamy nim, wyjmując z kąpieli, by zluzować sos. To powinno przerzedzić nam butterscotch do właściwej płynności.

A więc smacznego wszystkim:)