niedziela, 20 grudnia 2015

Klasyczne chocolate chip cookies (ciastka z kawałeczkami czekolady)

Ktokolwiek by wam wciskał ciemnotę, że ciastka typu "Pieguski" to "te" ciastka amerykańskie, którymi amerykańce zachwycają się i rozsiewają tę boską zarazę na świat od lat - nie wierzcie im. Twarde, kruszące się, wypieczone tak bardzo, że wydały już dawno ostatnie tchnienie ciastkowego ducha, w niczym nie przypominają klasyków ze Stanów, o chrupiącym zewnętrzu i miękkim, niemal ciągnącym się środku. Najbliżej z kupnych ciastek mają do nich ciacha sprzedawane w sieci Subway, ostatnio też w KFC,  a nawet, o dziwo, pojawiła się ich "świeżo pieczona (głęboko mrożona)" wersja w Lidlu.
Z tego wniosek, że typowy polaczek z zaścianka swego nos wystawia na świat i zaczyna wreszcie poddawać w wątpliwość prawdy objawione wciskane mu przez producentów ciastek od z górą trzydziestu lat. Nigdy, w żadnym uniwersum klasyczne chocolate chip cookies nie były suche jak wiór, jak nasze sklepowe, odważnie nazywane tym imieniem, nie kruszyły się i jak wióry z cukrem nie smakowały. Jednakże przepuszczam, że każda prawda objawiona, która przychodzi z innej kultury, musi wpierw zostać obwąchana podejrzliwie, skrytykowana, odrzucona, by nagle znowu zabłysnąć w pełnej chwale. Pieguski to nie ciastka chocolate chips, Jezus nie był Polakiem i nie miał niebieskich oczu (czy odważę się napisać, że nie był Bogiem, a wysłannikiem obcej cywilizacji, metodą in vitro wyhodowanym w ziemskiej kobiecie? No chyba nieee....:D) i nie jesteśmy koroną stworzenia - jedyną inteligentną rasą zamieszkującą wszechświat. I jakkolwiek mit pierwszy zaraz obalimy z hukiem na tym blogu, o tyle na kolejne musimy jeszcze otworzyć oczy, umysł i zupełnie wyleźć ze swego zaścianka umysłowego, a nie tylko wychylić nos. I nie tylko my, Polacy, a cały świat. Wróćmy jednak do ciastek.

Nie jestem pewna co było powodem nagłego zakwitu chocolate chip cookies w naszych sklepach i sieciówkach z junk-food, najprawdopodobniejsze się jednak wydaje otwarcie się na świat i popularyzacja internetu, oraz nagłe otwarcie się przed nami wielu, zamkniętych dotąd oblicz tego, co nas otacza. Odległe kraje okazały się być na wyciągnięcie ręki (i opróżnienie portfela, by je zwiedzić), handlowcy zwietrzyli zapach i zaczęli sprowadzać nowe rzeczy do sklepów, a my zaczęliśmy sięgać nieśmiało po coś, na co nasze babki spoglądały by podejrzliwie.
Należy jednak walczyć ze stereotypami, skostniałą tradycją, trzymać się jej wtedy, gdy nam serce podpowiada, ale sięgać, jak najbardziej sięgać po nowości. Tak jak zrobił to Kolumb, ryzykując wiele i swej królowej Izabelli proponując napój z bałwochwalnie czczonego przez rdzennych mieszkańców wyspy Guanaja ziarna, zwanego cacao, które był przywiózł z podróży. A ta, zniechęcona gorzkim smakiem, odrzuciła pierwocinę znanej nam dzisiaj czekolady. Dopiero gdy na hiszpańskim dworze wymieszano zmiażdżone ziarna kakaowca eksperymentalnie z rozmaitymi dodatkami, okazało się, że powstały napój jest zdumiewająco dobry. I tak zaczęła się historia czekolady na świecie - produktu, bez którego dziś ciężko wyobrazić sobie świat.

Podobnie ma się sprawa z ciastkami z kawałeczkami czekolady made in USA. Oni nie pieką ciastek jak my. Proszku do pieczenia używają minimalne ilości, cukru i masła ilości zawrotne, a ich wypieki w przeciwieństwie do naszych, puszystych, są egzotycznie płaskie, i  bardzo często o konsystencji, która nienawykłym kojarzy się z zakalcem. Zresztą macie cały dział ciast brownie. Obejrzyjcie jak wyglądają - przysięgam, że ani jedno nie jest zakalcowate;)
Ciastka chocolate chips nie należą do kategorii brownie. Wypieczone są jak należy, ale nie są suche. U podstaw tych ciastek leży receptura na typowe snickerdoodle - ciastko maślane, mięciuteńkie w środku pocukrzone po upieczeniu i chrupiące na wierzchu, wyciągane z piekarnika w momencie, w którym typowa polska gospodyni z krzykiem by jeszcze zamykała piekarnik bo "zakalec!", a tak naprawdę to ciastko "dochodzi" w temperaturze pokojowej - stygnąc.

Bohater dzisiejszej felki ma już brata na mym blogu. Jeżeli szukacie porównania w konsystencji, zerknijcie na cytrynowe ciastka cukrowe. Pomijając smak cytryny i cukier cytrynowy na zewnątrz - konsystencja ciastek będzie dokładnie taka sama jak to, co macie w typowych snickerdoodles i naszych bohaterskich chocolate chip cookies. I brońcie bogowie, nie zakalec. One MAJĄ być w środku mięciutkie, rozpływające się w ustach, niemalże lepkie, MUSZĄ być jaśniutkiej barwy bo ciemniejsze wyjdą spalone na spodzie. A przede wszystkim mają rozanielać. I oświecać. I nade wszystko kusić do zrobienia następnej partii i najdzikszych eksperymentów na ich ciele.
Zachęcam zresztą do nich, bo zazwyczaj wychodzą, dając kolejne, fascynujące odmiany ciastek. Jak raz zaczniesz z ciastkami tego typu - świat wypieków nigdy już nie będzie taki sam.
No to lecimy:) Przepis Marthy Stewart (po zrobieniu próbnych partii ciastek z kilkunastu innych przepisów, ten wydaje się być najlepszy ):





Składniki:

2 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki sody
1 szklanka masła w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki cukru białego
1 szklanka cukru brązowego
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
2 duże jajka
2 szklanki chocolate chips, lub kawałeczków posiekanej na drobno mlecznej czekolady



Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.

Do miski od miksera wrzucamy masło i oba rodzaju cukru. Ubijamy aż masa będzie mieć lekką, puszystą konsystencję.

Dodajemy ekstrakt z wanilii i jajka. Miksujemy ponownie.

Dosypujemy mąkę i sodę. Miksujemy tylko na tyle, by się wszystko ze sobą połączyło.

Wyłączamy mikser. Do masy wsypujemy nasze kawałeczki czekolady i za pomocą drewnianej łyżki starannie łączymy je z masą.

Blaszkę wyścielamy papierem do pieczenia. Nabieramy porcje ciasta wielkości powierzchni zupnej łyżki od zupy, formujemy ciasto w kulkę i takie kulki kładziemy na blasze tak, by leżały w odległości około 4 - 5 centymetrów od siebie. Podczas pieczenia kulki będą się nie dość, że stapiać, to jeszcze rosnąć. Nie chcemy więc, by nam się zlały ze sobą.

Pieczemy do momentu aż na brzegach ciastka zaczną przybierać lekko złocisty kolor, około 8-10 minut i wyjmujemy gdy jeszcze będą miękkie w środku, a przy brzegach już twardsze.

Kładziemy je na 5 minut by ostygły tak, jak je wyjęliśmy, czyli zostawiając w blaszce, poza piekarnikiem. Następnie ostrożnie, przy pomocy cienkiej łopatki zdejmujemy je z blachy i papieru i kładziemy na równej powierzchni, by wystygły całkowicie. Idealna byłaby tu kratka, ale czysta ściereczka też może być. Odradzam talerz, bo nie będą miały jak "oddychać" i mogą się chcieć przyklejać.

Serwujemy, jak tylko są już możliwe do wzięcia w rękę i nie mają ochoty się łamać.
Najsmaczniej smakują ze szklanką mleka, ciepłe. Ale można je też po ostudzenia całkowitym włożyć do szczelnego pudełka i przechowywać w ten sposób, pod przykryciem, przez tydzień. Będą tak samo dobre, jak pierwszego dnia, po upieczeniu.

Smacznego:)





środa, 16 grudnia 2015

Brownie "Dalmatyńczyk" a.k.a "grosz(k)owe" blondie z białą czekoladą

16 grudnia  2015 roku zapisuje się w mym kalendarzu jako data dosyć ważna. Nie, nie mam dzisiaj urodzin, ani żaden z moich krewnych. To również nie weekend, więc namiętnego "pitnego resetu" głowy po całym tygodniu również nie będzie. Dzisiaj jest środa, w środy się odlicza dni do końca tygodnia, a nie świętuje.
Nie jest to również święto narodowe, święto geekowskie, nie spada również meteoryt, zwiastując koniec świata, ani nikt nie potwierdził istnienia życia na Marsie czy tajnych baz obcych na księżycu (a są, tylko NASA wszystko tuszuje!).

16 grudnia jest ważnym dniem z paru błahych acz licznych powodów. Ponieważ:

1. pierwszy raz od 21 lat założyłam na nos okulary zamiast soczewek kontaktowych i chodzę od rana z przedziwnym uczuciem jakbym patrzyła przez dno słoika. Jednak to jest dobre dla moich nieszczęsnych, alergicznych ślepi, bo mnie nie swędzą, a latająca po oku soczewka nie doprowadza mnie do szału. Z drugiej strony ucisk u podstawy nosa w wykonaniu trzymadeł okularowych też nie jest rozkosznym masażykiem, ale przyzwyczaję się.
2. Święta za niecałe dwa tygodnie, trzeba się wziąć więc w garść i zamiast szaleć z dowolnymi przepisami, szykować świąteczne, tradycyjne dla polskiego, świątecznego stołu. Dlatego dzisiejsze, wydziwiane brownie jest jednym z dwóch ostatnich nietypowych przepisów, jakie przed Świętami zdążę zamieścić na Bantofelkach.
3. Powód związany ze zbliżającym się 18 grudnia, czyli PREMIERĄ NOWEJ ODSŁONY STAR WARS! A to oznacza, że do osiemnastego piec już nie będę, osiemnastego będę przeżywać do 17: 30, czyli do seansu filmu to, że idę na premierę, a od skończenia seansu do końca dziewiętnastego grudnia (i być może do dwudziestego) będę przeżywać jak stonka wykopki i komentować z resztą takich jak ja, die-hard geeków, wspaniały, nowy film z tego uniwersum.
4. Ostatni powód już wymieniłam. Po dwudziestym grudnia będzie już prozaiczne sprzątanie (nucąc soundtrack z filmu, aż do głośnych protestów męża, by "skończyć to wycie, bo on już nie może:D") i przepisy świąteczne, więc cieszcie się tym i następnym przepisem, bo do po świętach tylko one będą naprawdę zaskakujące. Któż chciałby się bowiem podniecać sernikiem na zimno, nawet jeśli jest niebiańsko dobry?
No dobra, może ktoś się podnieci (nucąc soundtrack z nowych Gwiezdnych Wojen; a czemu nie? Geeki też lubią gotować, więc można klimatycznie piec makowce, serniki i lepić uszka, w myślach i uszach mając nowe Star Wars. Tylko odruchowo nie zróbcie uszek w kształcie hełmów Dartha Vadera, bo babcie nie wybaczą. A to wcale nie jest takie trudne w obliczu fantastycznych wrażeń z filmu:D)

Czyli, jak widać, wpis wyjątkowy, ale też wyjątkowe, niezwykłe brownie mam dla was dzisiaj.

O brownie pisałam już tyle, że powtarzać się nie będę. Macie cały dział z przepisami na jego różne kombinacje i tonę uwag pod (i nad) nimi. Są one jednak w większości robione z ciemnej czekolady, więc dla zachowania obecnie tak modnej poprawności politycznej, dzisiejszy bohater jest w aryjskim typie białej urody. No, w ciapy. Albo w groszki. Jak dalmatyńczyk. Stąd moja autorska nazwa na to ciasto. Dalmatyńczyki poza tym są słodkie, bardzo je lubimy, jak tylko nie usiłują przegryźć smyczy i nie wysyłają pana w diabły, w poszukiwaniu władczej, szczekającej zguby. Bo to psy-indywidualiści są.
No, ale nie będziemy tu teraz rozpisywać się o psach. Ani o dziobakach, które też lubimy. Skąd mi nagle do głowy przyszły dziobaki, to nie wiem, ale przypuszczam, że przyzwyczaiłam już was do tego, że w moich felkach nigdy prostą drogą nie dociera się do przepisu. Trzeba się pokręcić po różnych zaułkach Bansheekowej myśli, wpaść w parę przypadkowych bagien Bansheekowej refleksji o rzeczach połowicznie związanych z tematem, by w końcu wygrzebać się na brzeg i z triumfalnym okrzykiem wbić zęby w dziobaka... znaczy w przepis!
Ciekawe, czy dziobak smakuje jak kaczka, czy jak bóbr... bo wiecie, ogon...

ANYWAY:)
Brownie "Dalmatyńczyk". Czemu taka nazwa? Ponieważ jest to brownie wykonane z białej czekolady, nie z ciemnej. Podczas pieczenia co prawda wyzłaca się na górze, jednak nijak ma się ten kolor do ciepłego brązu, jakie ma nasze typowe, czekoladowe brownie. Dlatego pewnie bardziej adekwatna i nawet stosowana dla niego nazwa to "blondie." Jest też zdecydowanie niższe, mimo tego iż czekolady używamy dokładnie tą samą ilość, co w przepisie powyżej i podczas pieczenia nie robi mu się charakterystyczna skorupka, na którą rzuca się, jak w przypadku klasyka, zdecydowana większość konsumentów. "Dalmatyńczyk" jest jednak dalmatyńczykiem głównie dlatego, że do tego białego brownie do środka wsypujemy kawałeczki mlecznej czekolady, a wierzch wogóle jest biały w czarne, czekoladowe "groszki". To, że jest taniuteńkie i za grosze, to już szczegół, ale i to pasuje pod nazwę.
Niska pozycja społeczna nie ujmuje mu jednak absolutnie nic z urody. Ani smaku. W smaku jest obłędne. Słodkie, nie ma co do tego wątpliwości. Należycie zbite, fantastycznie wilgotne, groszki czekoladowe z góry i w środku stanowią niezwykły, chrupiący kontrast dla samego ciasta, a użycie mleka kondensowanego nie dość, że daje mu ten niezwykły wygląd, to dodatkowo nasącza ciasto, zapewniając mu magiczny aromat.
Tak jak w przypadku całej rodziny "Dalmatyńczyka", nie jesteś w stanie poprzestać na jednym kawałku i pielgrzymujesz do lodówki, do momentu, aż po cieście zostaną nędzne okruchy i myśl, jakże kusząca: "A, zrobię jeszcze raz".
Ale wiecie? Po tym poznaje się, że ciasto jest strzałem w dziesiątkę. Gdy potrzeba zrobienia go ponownie wżera ci się w mózg, zanim zdołasz przetrawić ostatni kawałek poprzednika.

Nie mam dla was litości. Daję wam przed Świętami ten właśnie rozpraszacz uwagi, aby tradycyjne pierniczki miały konkurencję.
Przepis zaczerpnięty z tej strony, ale wprowadziłam tyle modyfikacji, że równie dobrze mogłabym go nazwać autorskim.

No to lecimy:






Składniki:

2 tabliczki białej czekolady
1/2 szklanki cukru
1/2 szklanki masła
2 lekko ubite jajka
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 (niepełna) szklanka mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1/2 tabliczki mlecznej czekolady pokrojonej w drobne kawałeczki
1 szklanka chocolate chips lub drobno pokrojonych kawałeczków mlecznej czekolady
ok. 200 ml słodzonego mleka kondensowanego


Wykonanie:

Nastawiamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza, grzanie góra-dół (nigdy nie popełnijcie błędu włączając dla brownie termoobieg, nieważne, co podaje przepis. Przez termoobieg brownie wam urośnie i stanie się murzynkiem albo biszkoptem czekoladowym, możliwe, że i z  prawdziwym zakalcem w środku, a nie taki jest efekt, jaki chcemy otrzymać. Wiem, powtarzam to do znudzenia, ale coś w tym jest, skoro tak zwani mistrzowie cukiernicy robią i prezentują biszkopt czekoladowy, nazywając go brownie, kiedy to zupełnie na tę nazwę się nie kwalifikuje i byle amator, który brownie jadł, widział i wąchał, to potwierdzi.)

Białe czekolady łamiemy na kawałeczki i w towarzystwie masła i cukru wkładamy do garnuszka. Całość rozpuszczamy w kąpieli wodnej, aż stanie się gładką masą.

Masę przekładamy do miski od miksera i dorzucamy do niej jajka oraz ekstrakt z wanilii. Miksujemy.

Następnie dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia oraz sól i miksujemy ponownie do uzyskania gładkiej masy.

Do masy dosypujemy posiekaną połówkę tabliczki mlecznej czekolady i za pomocą łyżki starannie łączymy kawałeczki czekolady z masą, by były równomiernie rozłożone w cieście.

Blaszkę (zdecydowanie polecam mniejszą niż standardowa, jeśli chcemy, by ciasto wyszło jednak nieco wyższe. Ja piekłam w standardowej, ale następnym razem będę robić w małej tortownicy) wykładamy papierem do pieczenia i przekładamy do niej surowe ciasto.
Uwaga, jest gęstsze niż w standardowym przepisie na brownie, wykłada się je, a nie przelewa. Aby więc się rozłożyło równomiernie najlepiej wyłożyć je jak się da najszerzej łyżką, potem zamoczyć ręce i mokrymi rozsmarować już bez użycia łyżki (mokre łapy sprawią, że ciasto nie będzie się przyklejać do rąk i posłusznie da się rozsmarować.)

Równomiernie spoczywające w blasze ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 20 minut. Skorupki nie zobaczycie, ale to normalne, więc nie ma co się bać.

Po upływie dwudziestu minut wyciągamy brownie z piekarnika i natychmiast wylewamy na nie przygotowane mleko kondensowane. Aby je rozprowadzić na możliwie jak największej powierzchni, łapiemy gorącą blachę przez rękawice i manewrujemy ostrożnie ciastem tak, by mleko rozlało się po całej powierzchni ciasta, a nawet dostało się na boki. Ma to na celu dodatkowe jego nasączenie.

Następnie odstawiamy blachę na równą powierzchnię i rozsypujemy po wierchu ciasta równą, grubą warstwę groszków(kropelek) czekoladowych, ewentualnie kawałeczków posiekanej czekolady. Polecam jednak groszki, ponieważ nie stracą kształtu i nie rozpuszczą się pod wpływem ciepła, a cała uroda ciasta tkwi w jego powierzchni.

Ciasto zostawiamy do wystudzenia w warunkach pokojowych, absolutnie nie dotykając kawałeczków czekolady. W tym czasie mleko kondensowane powinno nam niemal całkowicie wsiąknąć w brownie, zostawiając tylko cienką, białą warstwę, od której odcinać się będą ciemne chocolate chips. Nie kroimy jeszcze!

Chcemy zachować urokliwy kształt wierzchu? A zatem wystudzone ciasto wraz z blachą wkładamy na co najmniej 1 godzinę do lodówki, by ostygło zupełnie, a kawałeczki czekolady ponownie stwardniały w takim kształcie, jak powinny.

I dopiero po tym czasie i upewnieniu się, że już są twarde i nie zmienią się w breję podczas prób krojenia, możemy serwować "Dalmatyńczyka" zaskoczonym gościom. Standardowo krojąc brownie w równe kwadraty (jeśli piekliśmy je w prostokątnej blasze) lub w trójkąty, jeśli wylądowało w formie okrągłej.

Spożywamy, nie myśląc o kaloriach, a jedynie o tym, jak jest niewypowiedzianie dobre.

Smacznego;)






poniedziałek, 14 grudnia 2015

Smażone ciastka jabłkowe - domowa kopia ciastek z MacDonalda

Jak się ma szesnaście lat, wszystko uchodzi. I bunty w oczach rodziny - bo kiedyś trzeba pokazać, że ma się własne zdanie i przychodzenie później do domu z randki niż o ustalonej godzinie - widocznie syn/córka dobrze się bawił, odpuścimy. I wreszcie jedzenie wszystkiego bez ograniczeń.
Nastolatek ma żołądek zdrowy jak koń. Wszystko strawi, czy to płynne, wysokoprocentowe (część wróci na hucznej imprezie, ale hej, wypił, prawda?), czy to najbardziej szajsowaty fast-food.

Gdy ja miałam piętnaście - szesnaście lat, fast foodem dla mnie były słynne zapiekanki "na stacji". Gdyby ktoś nie wiedział - tam, w jednej z budek sprzedawano najlepsze zapiekanki w Rzeszowie, na które chodziło całe miasto (zupełnie jak na najlepsze, rzeszowskie, lody z polewą "Do Myszki" na "Trzeciego Maja"). Było to jednak ponad dwie dekady temu. W tym czasie zapiekanki zdążyły się popsuć, a stolicę podkarpacia nawiedziły wielkie koncerny i sieciówki jedzeniowe, z których bodaj pierwszą był MacDonald.
Jejku, jaki to był szał! Malutkie burgerki pochłanialiśmy tonami, frytki były źródłem obłędnego zachwytu, nawet swego czasu, zabranie tam na randkę dziewczyny wcale nie było obciachem, a pokazaniem "coś do ciebie mam, ale nie podniecaj się zanadto z tego powodu. Weź jeszcze fryteczkę." I nikt nie miał się źle po zjedzeniu tego jedzenia w dowolnej ilości.
Potem pojawił się drugi MacDonald, trzeci, ich kopie i w końcu zaczęła się zdrowa konkurencja, w której MacSzajs zaczął przegrywać. Szczególnie, gdy wkroczyło na arenę KFC i PizzaHut. Oni co prawda też szajs food mają, ale inny, więc tłum przewalił się z jednego dostawcy równo po wszystkich, w zależności, czy kto wolał pizzę czy kurczaki, czy burgery, które, przy rosnącej konkurencji, szybko straciły koronę niekwestionowanego króla niezdrowego żarcia fast-fodów.
Latka upłynęły jednak, młodzież dorosła i nagle się okazało, czy to z powodu standardowego "popsucia" się fajnego jedzenia, czy z powodu mniejszej tolerancji na to, co pakuje się do brzucha - że po jednym burgerze i frytkach dostaje się boleści, a po kwadransie od zjedzenia przysięga człowiek, że więcej tam nie pójdzie. Przynajmniej na ich kanapki.
Rzecz jasna jest to tylko moja opinia, oparta na bieżących doświadczeniach. Są tacy, co mając trzydzieści parę lat, nadal zjadają hamburgery z MacSzajsa tonami i nic im nie jest. Ja już nie mogę. Ale nie same kanapki w sieciówce siedzą. Lody MacFlurry zawsze mieli tam fajne. Jednakże jeden produkt nie zawiódł mnie nigdy, a mianowicie ich ciastko z gorącym wnętrzem.
Jak spróbowałam go raz, nigdy nie przestałam być jego fanką. Jabłkowe, wiśniowe, z owocami leśnymi, czy też z czekoladą i pomarańczą, z nadzieniem zamkniętym w cieniutkim, niezwykłym, chrupiącym cieście, lśniącym i wyposażonym w zabawne bąbelki na powierzchni. Kto nie jadł - niech się natychmiast poprawi, bo to jest najlepsze ciasto na świecie jakie jadłam kiedykolwiek, w jakiejkolwiek sieciówce z fast-foodem. Kto nie jadł - nie wie co traci.

Ale właściwie jak nie jadł... to też nie jest źle. Będzie miał świeży start.
To właśnie ciastko jest dzisiaj królem mej felki. Ono... i jego substytut, który postanowiłam stworzyć, robiąc wcześniej, rzecz jasna, mały research. Ale po co, skoro ciacho nie kosztuje nawet 4 złotych, więc można pójść i w każdej chwili sobie kupić, zapyta niejeden?
Bo mam taki kaprys, spróbować metodą domową osiągnąć to, co osiągnęli oni. U podstaw każdego jedzenia z fast-foodu leży jakiś oryginalny przepis. Po latach pewnie spore w nim zachodzą zmiany, ale nadal jest sposób, by się do niego dogrzebać metodą prób i błędów.
Po co? Bo lubię wyzwania, a jak ktoś ukrywa przepis przed światem i nawet nieupieczonego ciastka nie da do obejrzenia (pytałam, uprzejmie mi odmówiono, bo "polityka firmy"), to czuję przekorną potrzebę udowodnić im, że dupa tam, polityka firmy, potrafię zrobić to samo co wy, może większym kosztem, ale przynajmniej wiem, co tam wkładam!

Poza tym zrobić własne, domowe ciastko z MacDonalda i usłyszeć, że jest "lepsze niż tam" od męża, któremu trudno dogodzić, skąpiącego komplementów - bezcenne.

Tak, zrobiłam. Tak, wyszło mi. Tak! Jest to możliwe do zrobienia w domu. Tylko trzeba przestrzegać przepisu, szczególnie w końcowej fazie, bo nie wyjdzie;)

Zaczynając od podstaw: ciastko z MacDonalda nie jest pieczone. Przynajmniej te z knajp w Polsce i połowie Europy. U nas nadal ciastka te robią w deep-fry'u, czyli tak jak frytki, smażą w głębokim oleju. I jest to jedyna metoda uzyskania tego ciastka w takiej postaci jak w ich restauracjach. W Stanach dawno już przeżucili się na pieczone i w związku z tym jest masa nieszczęśliwych miłośników tego ciastka, które po upieczeniu przestało smakować jak trzeba.
Ciastko z MacDonalda nie jest z ciasta francuskiego. Absolutnie i zdecydowanie nie. Nie jest też z żadnego ciasta charakterystycznego dla naszego kraju. Najbliższy ekwiwalent dla ciasta, które mają w MacDonaldzie to, jak się okazuje, ciasto, jakie w Meksyku stosują do pierożków samosas. Powiem, na podstawie swego eksperymentu, że jest ono w 95% zgodne smakowo z tym, co mamy w knajpie w ciastku.
Nadzienie... no to już jest kwestia gustu. Można zrobić jabłkowe dokładnie tak, jak w MacSzajsie, czyli mało jabłka, dużo soku, galaretka owocowa. Albo można zrobić tak, jak robimy na nasze tradycyjne szarlotki. Akurat nie miałam galaretki, miałam za to dużo szarej renety, więc poleciałam w szarlotkowe... i było faktycznie lepsze niż to, jakie mamy w restauracji. Smakowo wpasowuje się świetnie w ciasto.
Uzyskanie odpowiedniej faktury to sprawa zabawna, ponieważ trzeba pamiętać, że te bąbelki uzyska się tylko i wyłącznie gdy: zamoczy się lekko gotowe ciastko i wrzuci je zaraz potem na wściekle gorący olej. Wtedy się pojawiają. Jak zapomnimy o którymkolwiek z tych kroków, albo wrzucimy je na olej średnio rozgrzany, dostaniemy ciastko bez bąbelków, koniec kropka.
Po kolejne... ale w sumie lepiej będzie, jak zapodam wam przepis, w którym na bieżąco napiszę, co i jak. Źródło przepisu: nieznane. Znaczy natrafiłam na jakieś fora angielskojęzyczne, skąd zebrałam garść porad i świetny przepis na ciasto. Autorzy nie podali swoich maili, więc umówmy się. Źródło to google.com:)
Jedziemy:)







Składniki (na 4-5 długich, prostokątnych ciastek): 


Ciasto:
2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki soli
1/4 szklanki masła
1/4 szklanki tłuszczu roślinnego (użyłam Planty)
ok 1/2 szklanki wody

Nadzienie:
4-5 dużych jabłek z rodzaju szara reneta (powinny być kwaskowate i nie rozlatujące się za szybko podczas obróbki termicznej)
cukier
sok z cytryny
cynamon
imbir
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej


Wykonanie:

Najpierw robimy nadzienie.

Jabłka myjemy, obieramy z łupek i kroimy, ale nie tak całkiem drobno. Jeśli chcemy, to w kostkę. Można też zwyczajnie pokroić tak jak na szarlotkę. Rozlecą się częściowo podczas smażenia, ważne jednak, by nadal zostało trochę całych kawałków.

Wrzucamy je do garnczka i stawiamy na średni ogień. Stale mieszając podgrzewamy aż zaczną się rozpadać.

Dosypujemy cukier. Tyle, ile uznamy, że nam wystarczy. Trzeba jednak pamiętać, że są kwaskowate, a nadzienie mimo wszystko ma być słodkie, bo w cieście cukru nie ma ani grama.

Mieszamy i smażymy nadal, aż do momentu gdy będą prawie gotowe. Jak na szarlotkę. Wówczas dosypujemy po trochu mąki ziemniaczanej, mieszając starannie, by nie zostały grudki, dodajemy przyprawy i wciskamy sok z cytryny. Ponownie - według własnego smaku.
Nadzienie powinno być aromatyczne, słodkie, ale nie bez wyrazu, z wyczuwalnymi i widocznymi kawałkami jabłek w jabłkowym musie.

Gotowe, zdejmujemy z ognia i pozwalamy mu ostygnąć.

Teraz przystępujemy do ciasta.

Do miski wsypujemy mąkę, sól, mieszamy je ze sobą.

Dodajemy masło i tłuszcz roślinny, zimne, pokrojone w małe kawałki i ręką wrabiamy tłuszcz w mąkę do momentu aż mieszanina zacznie nam przypominać płatki owsiane.

Następnie dolewamy zimnej wody po troszeczku, za każdym razem mieszając i ugniatając ciasto. Czynimy tak tylko do chwili aż ciasto zacznie się zbijać ze sobą w kulę.

Po tym przenosimy je na stolnicę i starannie zagniatamy.

Gotową kulę rozwałkowujemy najcieniej jak się da. Można podzielić sobie nawet ciasto i rozwałkować najpierw jedną połowę, a potem dopiero drugą. Musi być prawie tak cienkie, jak do uszek lub pierogów, na ten przykład.

Następnie, w zależności od chęci wykrawamy kształty. I tu panuje w sumie dowolność. Można zrobić ciastka pierożkowe, czyli wykroić duże kółka, nałożyć nadzienie na jedną połowę, skleić razem, ale można też zrobić kopię ciastek z MacDonalda również i w kształcie. W tym celu naszemu ciastu nadajemy kształt kwadratu, odcinając koliste boki (resztki zostawiamy do dalszego użycia), następnie zaginamy jeden z boków tak, by jedna z dłuższych części była cała w ciastku, nie wymagająca sklejenia, dopasowujemy do wymaganej szerokości - tak na oko 7-8 centymetrów - i idąc od zagiętego rogu odcinamy nożem od ciasta na wzór górnej, dolną część, do której zaginaliśmy. W rezultacie otrzymamy około czternasto-centymetrowy pas ciasta, po złożeniu  będzie on wyglądał jak dłuuuugie ciastko. Dlatego w połowie (lub w 1/3) przecinamy go, by uzyskać odpowiednią długość, jakiej zapragniemy.
Wycinankę powtarzamy z ciastem do momentu aż otrzymamy gotowe "foremki" na ciastka, wymagające tylko nadziania i sklejenia im boków.

Moczymy palce i smarujemy wodą krótsze, otwarte boki ciastka, po czym szybko je zalepiamy. Woda podziała na ciasto jak klej, więc się w smażeniu nie rozkleją.

Do powstałej kieszonki nakładamy ostrożnie łyżką nadzienie, na tyle, by ciastko było napchane, ale nie na tyle by pękło.

Ponownie moczymy palce i moczymy ostatni pozostały, najdłuższy brzeg od środka zarówno w górnej, jak i dolnej części i zaklejamy.

Na koniec zaciskamy również i bok, który wcześniej był wykrojony jako cały, aby ciastko miało równy rant lepienia na całej powierzchni.

Powtarzamy proces w przypadku wszystkich pozostałych ciastek.

Nagrzewamy w garnku olej do głębokiego smażenia i przyszykowujemy sobie specjalną siateczkę (na przykład taką do frytek). Olej nagrzewamy bardzo mocno. Testujemy gorąc w sposób następujący: jeśli skrawek ciasta zanurzony w oleju natychmiast zacznie nam skwierczeć i bulgotać, olej ma odpowiednią temperaturę.

Ciastka tuż przed wkładaniem do koszyczka i zanurzaniem w oleju, smarujemy dokładnie warstwą białka i skrapiamy wodą z góry i dołu, a potem, bardzo uważając, jednym, szybkim ruchem, zanurzamy w oleju.
Uwaga, będzie wściekle pryskać na wszystkie strony!

Smażymy obustronnie do uzyskania złoto-brązowego koloru i bąbelków na powierzchni. Czyli, jeśli olej będzie naprawdę mocno nagrzany, zajmie to dosłownie parę minut.

Gotowe ciastka wykładamy na papierowy ręcznik, by odsączyć je z oleju. Podajemy jeszcze ciepłe, bo takie smakują najlepiej.

Moja krótka uwaga:
Należy zwrócić uwagę, by nie przywarły nam do koszyczka, czyli dobrze jest merdać ostrożnie koszyczkiem w oleju podczas smażenia, by ciastko było w ruchu.
Można też obyć się bez koszyczka i wrzucać bezpośrednio na głęboki olej. Potem jednak trzeba je ostrożnie wyławiać przy pomocy szczypiec.

Proste? Proste! A jakie smaczne! I ładne! Dobrze zrobione ciastko będzie mieć wszystko to, czego poszukujecie w ciastkach z MacDonalda, plus da wam satysfakcję z tego, że zrobiliście je sami.
Poniżej zaś jeszcze parę fotek nadzienia i skórki z bąbelkami:)

Smacznego:)





niedziela, 13 grudnia 2015

Ekstrakt z migdałów

Oto kolejne z ułatwień dla każdego, kto bardzo lubi piec rozmaite słodkości, ale średnio lubi sięgać po sklepowe polepszacze smaku.
Nie zrozumcie mnie źle. Przeciw olejkom smakowym nie mam nic, wręcz przeciwnie, sądząc po składzie na opakowaniach nie posiadają żadnych "smakowitych" E. Nie rozkręcam też burzy, jak w przypadku cukru wanilinowego, który od lat nam wciskają w sklepach. Syntetyczna wanilina wiadomo z czego jest otrzymywana i jak ta wiedza bardzo zochydza odbiór (dlatego większość z nas nie chce wiedzieć co tak naprawdę dosypuje do ciast), a takie olejki pomarańczowe lub migdałowe to tylko mają w składzie produkt, którego zapach posiadają, oraz płynny tłuszcz. Tak przynajmniej to wygląda.
Nie zaglądałam do fabryk, nie mogę więc potwierdzić, czy faktycznie miażdżą owoce lub skórki i mieszają je z olejem w procesie produkcyjnym, by otrzymać olejki. Czy prawdziwe owoce, albo bodaj ich koncentraty lub pulpa wogóle są używane przy produkcji olejków do ciast. Wierzę. Ale można zrobić drugą, najlepszą rzecz, zaraz po pokornym kupowaniu w sklepie olejku, który, jak mamy nadzieję, nie powstał z czegoś paskudnego.
Możemy sami zrobić sobie dany dosmaczacz do ciast. I to naprawdę niewielkim kosztem. Oraz cierpliwością, ponieważ ekstrakcja swój czas musi zająć.

Już wcześniej na łamach Bantofelków zaproponowałam ekstrakt z wanilii. I faktycznie, po miesiącu był już gotowy do użycia, doskonały... od czasu, jak zaczęłam go używać, cukier wanilinowy zniknął z mego domu. Dlatego pomyślałam sobie: czemu by nie spróbować tego samego w przypadku mego drugiego ulubionego składnika smakowo-zapachowego w ciastach, to jest migdałów? Olejek migdałowy się zużywa u mnie bardzo szybko, a więc posiadanie całej buteleczki własnego wyrobu ekstraktu, byłoby coś wspaniałym. Tak oto, przedstawiam wam ekstrakt z migdałów.

Jego wyrób jest bardzo prosty: migdały zalewamy alkoholem i uzbrajamy się w cierpliwość. Jednakże to czekanie zdecydowanie się nam opłaci, gdy nie będziemy musieli kupować co chwilę kolejnej buteleczki z lejkiem migdałowym a sami, po pańsku, sięgniemy po własny wyrób i szczodrze przysmaczymy nim ciasto, dumnie potem odpowiadając na zachwycone szepty "cóż to? cóż to?" - domowy ekstrakt z migdałów, kochana.

A więc, aby chwilę tę przyspieszyć i ciastom naszym zapewnić odpowiednie zachwyty, zakasajmy rękawy i zabierzmy się do roboty.






Składniki:

30 - 40 całych migdałów
1 szklanka wódki (najlepiej wysoko procentowej, ale tak 40% jest całkiem wystarczające)
1 szklany pojemnik z zamknięciem, np. butelka

Wykonanie:

Szklaną butelkę myjemy i przelewamy gorącą wodą.

Migdały sparzamy wrzątkiem i zdejmujemy z nich skórkę. Skórka nadałaby ekstraktowi goryczy, dlatego zdjęta być musi.

Kroimy je wedle zachcianki. Albo na drobno, albo na większe kawałki, ważne, by były pokrojone, zanim wejdą w kontakt z alkoholem.

Wrzucamy kawałeczki migdałów do butelki i zalewamy je alkoholem.

Zatykamy butelkę, starannie mieszamy, potrząsając nią, by na koniec włożyć butelkę w ciemne miejsce w temperaturze pokojowej.

Raz na jakiś czas wydobywamy butelkę i potrząsamy nią, by wzburzyć ekstrakt.

Produkt gotowy otrzymujemy po mniej więcej miesiącu od zrobienia.

Można dosmaczać nim wszelkie wypieki, na jakie mamy ochotę. Zazwyczaj dodaje się po łyżeczce, ale należy pamiętać, że ekstrakt, to nie olejek. Aż tak mocno nie będzie pachniał jak produkt sklepowy, dlatego porównując ilość olejku zalecaną w danym przepisie, z naszym ekstraktem, należy dodać go zawsze nieco więcej.

Uwaga:
Poprzednia informacja o 10-12 sztukach została zmieniona. Z 12 sztuk polskich migdałów ekstrakt nam nie wyjdzie. Dlatego patrząc na swoje doświadczenie, gdy po miesiącu nadal było czuć przede wszystkim alkohol, dodałam dodatkowe 20 sztuk. Załatwia to sprawę, chociaż ekstraktu wyjdzie mniej. Przynajmniej na tę chwilę czuć mniej alkohol, ale swoje muszę wyczekać.

piątek, 11 grudnia 2015

Tarta cytrynowa z bezą (Lemon Meringue Pie)

Mój mąż kocha bezę. A ja kocham mego męża. Synonimem tej miłości jest robienie mu dobrze... w innym sensie niż teraz wszyscy, uśmiechając się lubieżnie, myślicie:D Znaczy, nie wchodźmy w sfery, które tu w blogu opisywane nie będą. Pomijając je, wiadomo, że szczęśliwy samiec, to samiec nakarmiony dobrym jedzeniem, które kocha  i o które prosi swą kochaną żonę.
A więc wracamy do punktu wyjścia. Skoro mój mąż kocha bezę, a ja kocham mego męża, a także bez wątpienia kocham gotować dla mego męża i piec mu ciasta rozmaite, a niezwykłe, w pewnym momencie musiało wypłynąć ciasto z bezą.
Nie jest pierwszym ciastem z bezą na tym blogu bez wątpienia. Już zaproponowałam wam jakiś czas temu znakomitą tartę wiśniową, która zamiast tradycyjnego pokrycia z ciasta, miała bezę. Nie będzie też ostatnim, ponieważ, powiedzmy sobie szczerze, ciasta z bezą są fantastyczne. Bardzo dekoracyjne i naprawdę leciutkie. Ta chmurka z ubitych na sztywno białek robi tu znakomitą robotę i znaczenia naprawdę nie ma, czy spód i nadzienie wydają wam się kamieniem młyńskim dla żołądka. Beza dodaje ciastu skrzydeł. Tak było, jest i będzie, ament.

Drugim powodem dla którego postanowiłam uczynić Lemon Meringue Pie bohaterem dzisiejszej felki jest fakt, że jest ono cytrynowe. A ciasta cytrynowe są naprawdę strzałem w dziesiątkę. Jakbyście szukali, już ich tu kilka jest, w rozmaitej postaci.  I cytrynowe ciasto "niemożliwe" i ciastka cytrynowe Sansy(jak malutkie puddingi pieczone na parze) i ciasto cytrynowo-borówkowe (taki keksik owocowy) i fantastyczne Key-Lime Pie (bez Key) i typowe ciastka cukrowe buchające smakiem cytryny. Zimową porą cytryna kusi do jak najczęstszego jej używania, więc folguję swoim chęciom na różne sposoby. Tak zresztą wdzięczny to produkt, tak aromatyczny, że nie wypróbowywać go wszędzie, gdzie się da, byłoby marnotrawstwem.

I wreszcie coś, co nakręciło mnie na samym początku, do zajęcia się cytrynową tartą z bezą. Ciekawość. Już wcześniej słyszałam o tym cieście, ale dopiero pewien serial mnie natchnął, by na poważnie pomyśleć o wzięciu się za nie.
Pamiętacie serial "Terranova"? Przedziwne połączenie sf, post-apokaliptycznej wizji zniszczonej ziemi i Parku Jurajskiego? Nie? W sumie, nie dziwię się, bo jego żywot krótki był. Szkoda. Ciekawe, ile jeszcze dziwnych rzeczy byliby w stanie tam wepchnąć, poza już istniejącą ludzkością uciekającą przez tunel czasowy ze zniszczonej smogiem, przeludnionej Ziemi do czasów, gdy żyły dinozaury, by tam zacząć budować nową przyszłość. W przeszłości. Zupełnie nie ma w tym paradoksu czasowego...
Ale, pomijając ten fakt, serial był zabawny, został skasowany po 1 sezonie i od tego czasu upłynęło pewnie 2-3 lata. Oglądałam go jednak chętnie i tak oto w 4 odcinku pojawiła się scena, w której dziewczyna imieniem Maddy (córka głównych bohaterów) zajada z chłopakiem, któremu wpadła w oko, ciekawie wyglądające ciasto. Poniżej właśnie ta scenka:


Niestety dźwięku nie ma, bo to gif, ale w skrócie ujmując, wymieniają tam nazwę "fake lemon meringue pie". Czemu "fake"? Ano dlatego, że nie wolno było zbierać owoców i robić z nich niczego zjadliwego, póki ich nie przebadano, nawet znajomych cytryn. Czyli ciasto zostało zrobione z syntetycznego... czegoś.
Pomińmy jednak dalsze dywagacje. Nazwa pasowała do wyglądu tego ciasta, na które już dawno temu natrafiłam. Jasny spód, jaskrawo-żółty środek i kopiasta chmurka bezy. Coś pięknego. I na tę scenkę, o ile się nie mylę, wpadł mój mąż i zagapił się na ciasto w serialu z miłością...
Nie pozostało mi więc nic innego, jak je zrobić.
I absolutnie się nie zawiodłam. Beza jest słodka, jak na bezę przystało, krem cytrynowy rozkosznie kwaskowaty, a spód cienki i smakowity. Wszystko razem pasuje do siebie tak perfekcyjnie, jak w tym serialu nie pasowały do siebie poszczególne wątki.
I zupełnie nie zamula.
Poza tym, mając za oknem zimę bez śniegu, jedynie z zimnem, takie ciasto przypomni nam o słonecznym lecie.
Nie pytajcie o źródło przepisu. Znalazłam już nie wiem gdzie i nie mam pojęcia kto jest autorem. Ważne, że wychodzi perfekcyjnie. Lepiej niż zdjęcia (żaden ze mnie fotograf, idiot-kamera była w użyciu, ale widać dość, by wiedzieć, jaki chcemy osiągnąć efekt.)
Cytrynowo, smacznie i z wigorem... zaczynajmy:


Składniki:

Spód:
175 g mąki
100 g zimnego masła w kawałkach
1 łyżka cukru pudru
1 jajko (białko i żółtko osobno)

Krem cytrynowy:
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
100 g cukru
skórka otarta z 2 cytryn
sok z 2-3 cytryn
sok z 1 pomarańczy
85 g masła pokrojonego w kawałki
3 jajka (żółtka i białka osobno)
 1 całe jajko

Beza:
4 białka w temperaturze pokojowej (3 z kremu i 1 z ciasta)
200 g cukru
2 płaskie łyżeczki mąki ziemniaczanej


Wykonanie:

Najpierw robimy ciasto.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Wszystkie składniki: mąkę, masło, cukier puder i żółtko z jajka zagniatamy ręcznie aż utworzy zwartą kulę.

Owijamy je w folię spożywczą i wkładamy do lodówki, by je schłodzić, przez ok. 30 minut.

Formę na tartę z wyjmowalnym dnem smarujemy starannie masłem i posypujemy bułką tartą.

Ciasto wyjmujemy z lodówki po upływie określonego wyżej czasu, rozwałkowujemy i równomiernie wykładamy do formy, wylepiając starannie dno i boki aż do samej góry.

Na ciasto kładziemy płachtę papieru do pieczenia, na niego wysypujemy groch, dla obciążenia go podczas pieczenia.

Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 15 minut. Następnie usuwamy papier i groch i pieczemy dodatkowe 20-25 minut do momentu, aż ciasto osiągnie złocisto-brązowy kolor, stając się niemal całkowicie upieczone.

Wyciągamy z lodówki, zostawiamy do ostygnięcia.

Następnie przygotowujemy krem cytrynowy.

Do garnuszka wsypujemy mąkę, cukier i skórkę z cytryny. Wlewamy sok cytrynowy. Sok wyciśnięty z pomarańczy uzupełniamy w szklance wodą aż do osiągnięcia ilości 200ml i również wlewamy do składników.

Zagotowujemy wszystko razem mieszając cały czas, aż całość zgęstnieje. Zdejmujemy z ognia jak tylko zacznie wrzeć(pojawią się pierwsze bąbelki uciekające z dna).

Do gorącej mieszaniny dodajemy masło i mieszamy aż się rozpuści.

Dodajemy 3 żółtka jajek i 1 całe jajko, ponownie mieszamy.

Garnuszek z zawartością ponownie stawiamy na średnim ogniu i podgrzewamy, aż powstanie nam masa podobna do budyniu.

Natychmiast zdejmujemy z ognia. Studzimy co nieco i ciepły jeszcze wylewamy na ostudzony spód.

Ciasto z wkładką studzimy całkowicie nim nałożymy na nie bezę.

Przystępujemy do wykonania bezy.

Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno mikserem. Następnie po trochu dodajemy cukier, cały czas miksując.

Na koniec dodajemy mąkę i ponownie ubijamy pianę.

Bezę wykładamy na całkowicie wystudzoną tartę i zimny krem cytrynowy, w taki sposób, by na środku ciasta było jej najwięcej i utworzyła się charakterystyczna górka.

Całość wkładamy do piekarnika i pieczemy dodatkowe 20 minut.

Studzimy przed pokrojeniem i podaniem. 

Kilka uwag ode mnie:

Beza powinna wyjść krucha na zewnątrz, a piankowa w środku. Podany czas pieczenia to akurat tyle, by osiągnąć ją właśnie w takim stanie.

Ciasto na spód będzie bardzo trudne do wyłożenia w całości na blachę. Najlepiej po prostu przekładać je w rozwałkowanych kawałkach i wylepiać nimi blaszkę.

Krem wychodzi kwaskowaty. Można dodać do niego nieco więcej cukru, ale to już zależy od indywidualnych smaków każdego.

Smacznego:) 











piątek, 4 grudnia 2015

Świąteczne ciasteczka według przepisu "MeMaw" Sheldona Coopera (BBT)

Za dwa dni zaczyna się kocioł z prezentami. Przynajmniej tutaj, w Polsce. Bowiem 6 grudnia obchodzimy Mikołajki - święto na które czekają wszystkie dzieciaki. To taka zapowiedź magicznego czasu przed świętami, gdy zaczyna się powódź prezentów. Przynajmniej dla mojego synka. Najpierw Młodzian ma Mikołajki, potem Aniołek (Gwiazdka albo Gwiazdor, jak się przyjmuje w różnych częściach kraju) przynosi mu coś pod choinkę w Wigilię, a ulewa prezentowa kończy mu się de facto pod koniec stycznia, w urodziny.
Więc generalnie nie ma się co dziwić, że temat "co dostanę od Mikołaja i jak szalone mogą to być pomysły, bo a nóż, dostanę" jest u nas na wokandzie od dobrych 3 tygodni. W tym roku opócz normalnych prezentów, moje dziecię poprosiło i nawet własnoręcznie narysowało dom z basenem i przyległościami, w liście do Mikołaja.
To ja się może dołaczę do jego prośby, gdyby ktoś z góry miał nadwymiarowy przydział szczęścia i chciał się podzielić, na przykład podczas losowania Lotto. Ten dom byłby całkiem miłą niespodzianką:D

Żarty jednak na bok, list został w końcu napisany, przyklejony na okno i Mały zaczął czekać, codziennie sprawdzając, czy zniknął. Wczoraj nawet upiekliśmy specjalnie dla Mikołaja ciasteczka, ozdobiliśmy (ciasteczka i pół kuchni) lukrem i ozdobami i z pietyzmem zanieśliśmy talerzyk ciastek i szkalnkę mleka, by ustawić obok listu na parapecie. Mikołaj przecież już je zbiera, musi być zmęczony i głodny, niechże więc spróbuje, co to dobrego Dominik z mamą przygotowali dla niego.
I zostawi "tłusty" upominek. Taki zamerykanizowany zwyczaj, ale w sumie... bardzo miły:) Dlatego go stosujemy kolejny rok.

A ciastka? Musiały być świąteczne, piękne i smaczne. Innych się przecież jako haracz nie zostawia. No i świeże, robione ze szczerego serca sześciolatka (nic to, że to serce tak pięknie wałkowało ciasto i wycinało ciacha, dekorując potem je z zapałem, napędzane tym, że to fajna zabawa i coś może potem z tego "skapnąć":)).
Mnie z kolei jak zwykle przyświecał inny pomysł. Od roku miałam upatrzone ciastka i bardzo chciałam je wypróbować. Nadarzyła się okazja... i są. MeMaw Sheldona Coopera z Big Bang Theory na pewno by poleciła.

A tak, ponieważ ciasteczka świąteczne, które są bohaterami dzisiejszej felki, są tymi ciastkami, które Sheldon Cooper kocha najbardziej, robionymi przez babcię. To te ciasteczka "smakują jak jej uściski" i zdecydowanie rozgrzały serce zimnego jak ryba naukowca, gdy jego dziewczyna Amy dała mu je w prezencie, własnoręcznie upieczone. Zresztą popatrzcie:

Moment z ciastkami

Jak zwykle zatrzymajmy się w miejscu, gdy ciastka oglądają światło dzienne w filmiku. Skoro już udało mi się dopaść przepis, to swoim zwyczajem odtwarzam jak najdokładniej to, co widzę.
Mamy więc tutaj ciastka świąteczne, o kształcie choineczek, polukrowane bardzo ładnie.
Niewiele nam wiadomo o konsystencji, chociaż troszeczkę widać. Nie rozsypują się gryzione, ani nie wyglądają na ciągnące, jak większość amerykańskich snickerdoodles, z mokrym środkiem i chrupiącą warstwą zewnętrzną. W istocie, świąteczne ciasteczka w Stanach przypominają dosyć to, co my nazywamy ciasteczkami świątecznymi, gdy nie robimy nieśmiertelnych pierniczków. Półkruche, powiedziałabym, ale raczej nie są na drożdżach. Nie za twarde, tak, że ugryzienie nie jest siłowe. W końcu Sheldon nadgryzł swoje ciastko całkiem miękko.
Nie mają też nadzienia, ani kawałków czekolady w środku.
Przypuszczam też, że w przypadku Sheldona - zbiorowiska rozmaitych fobii i dziwacznych przyzwyczajeń - nie mogłyby być zbyt napakowane przyprawami korzennymi. Zresztą teksańczycy, o ile się zdołałam zorientować, lubią swoją kuchnię prostą, nie wymodzoną, a wypieki słodkie.

Czyli przepis, który podobno jest właśnie na te ciasteczka, udostępniony przez Fox'a rok temu - pasuje jak ulał. Jak zwykle nieco go zmodyfikowałam, dodając własne uwagi i uzupełnienia, ale generalnie trzymałam się go.

Nie ma więc co dalej kombinować. Jest przepis, jest potrzeba, są chęci i składniki - całkiem, zresztą, zwyczajne - bierzmy się za pieczenie, bo Mikołaj tuż, tuż, poganiany Świętami.






Składniki:

1 i 1/2 szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru
1 jajko
1 łyżeczka olejku migdałowego lub ekstraktu z migdałów (przepis wkrótce na Bantofelkach w dziale DIY)
3 i 1/2 szklanki mąki
lukier do ozdoby, ozdoby wszelakie cukrowe, mazaki cukrowe do pisania po ciastkach, co wam się zamarzy

Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 190 stopni Celsjusza.

Masło kroimy na wiórki i wrzucamy do miski od miksera. Ubijamy na puszysto.

Dodajemy cukier, jajko i olejek migdałowy, ponownie starannie miksujemy.

Do masy dosypujemy po jednej szklance mąki. Każdą starannie wmiksowujemy w masę, zanim dosypiemy kolejną. W tym momencie ciasto może nam się zacząć robić sypkie. Ponieważ będziemy je jeszcze zagniatać, musi się połączyć. W tym celu do ciasta dolewamy po łyżce mleka. Wmiksowujemy i czekamy na efekty. Po 2 lub 3 łyżkach ciasto ładnie nam się zacznie łączyć w misce miksera.

Przekładamy je na stolnicę nieco posypaną mąką i zagniatamy szybko, kilkakrotnie, tworząc zwartą  kulę.

Przecinamy ciasto na pół. Jedną część dajemy do lodówki w folii aluminiowej, drugą rozwałkowujemy na stolnicy za pomocą wałka, na grubość tak około 1/2 centymetra. Może być nieco więcej, ale generalnie ciastko grubsze niż 1 cm może nam się nie upiec. Pół centymetra to taka fajna, optymalna wielkość.

Za pomocą foremek wykrawamy ciasteczka o świątecznych kształtach. Ścinki zbieramy razem, zbijamy w kulę, gnieciemy w rękach i powtarzamy proces do momentu aż ciasto nam się skończy i zostaną tylko wykrojone ciastka. To samo robimy z pozostałym ciastem schowanym wcześniej w lodówce.

Surowe ciastka przekładamy na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i dekorujemy. Tak, przed pieczeniem. Szczególnie, jeśli używamy pisaków cukrowych i rozmaitych cukrowych posypek. Nic się im nie stanie podczas pieczenia, trzeba tylko pamiętać, by za dużo tego lukru na ciastka nie dać, by nie spłynął.

Ciastka, na blaszce, udekorowane wedle naszej chęci, wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 11-15 minut (zależnie od piekarnika) aż stwardnieją. Mogą też leciutko wyzłocić się na brzegach, ale wtedy to jest ostatnia chwila, by je zdjąć. Mają tendencję do szybkiego przypalania się na spodzie.

Ciasteczka wyjmujemy z piekarnika, chwilę pozostawiamy na blasze, by wystygły. Po paru minutach przekładamy je na czystą ściereczkę, każde osobno i pozwalamy in wystygnąć zupełnie.

Nie kładziemy jedno na drugie póki całkiem nie ostygną! Lukier może przywrzeć do spodu poprzednika i zniszczy całą ciężką pracę z dekorowaniem.

Możemy spożywać ciepłe, chociaż zimne, następnego dnia, są smaczniejsze.

Alternatywny sposób dekorowania też wchodzi w grę.
Jeżeli mamy pragnienie zrobić im domowy, smakowy lukier, powstrzymujemy się przed dekorowaniem, zanim ciastka się upieką. Dopiero na zimne, upieczone rozsmarowujemy lukrową mieszaninę (standardowe 10 łyżek cukru pudru i tyle gorącej wody by lukier był gęsty, plus sok z cytryny - na cytrynowy, łyżeczka lub dwie konfitury - na czerwony, z dodatkiem zielonego barwnika spożywczego - na zielony, itp.). Zaraz na ten ciepły lukier narzucamy ozdoby cukrowe i pozwalamy lukrowi stwardnieć, zanim zabierzemy się do jedzenia, czy składania ich na jedną stertę.

Smacznego i stosu prezentów od zachwyconego Mikołaja:)







środa, 2 grudnia 2015

Mleczny ryż z rodzynkami i sosem waniliowym

Niezależna Produkcja Żarełkowa 
"Ban-to-felki"

przedstawia obraz z cyklu:

"Idą Święta! Pomocy!"

Odc.1 
"Nie mam czasu, zaraz trafi mnie szlag, rodzina zje pizzę na obiad!"

Miejsce akcji:
CAŁKIEM ZWYCZAJNE DOMOSTWO

Bohaterowie:
PAN DOMU
PANI DOMU
MŁODZIAN

Scena 1: Panika!

Czas: OKOLICE ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

PANI:
"- Nie mam czasu na nic. Wigilia i Święta w porządku obrad! [kursuje z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki do pokoju i z powrotem do kuchni, wykrzykując w biegu do rodziny, zaskoczonej włączonym trybem "błyskawica". Trzaski i pomniejsze trzęsienia ziemi dochodzą z miejsc, w które wpadła, lub które opuściła.] - Weź Młodziana na spacer i przy okazji zróbcie zakupy. Potem pójdziecie wytrzepać dywany. Potem pójdziecie znowu po zakupy. Potem do centrum handlowego. Kupiliśmy choinkę? Gdzie jest choinka? Czemu światełka nie działają?! Działały rok temu! Pójdziemy jeszcze po żarówki albo nowy komplet! Wielcy Bogowie, gdzie jest moja keksówka! Czemu w niej jest ziemia! Kto zjadł ostatnie jajka! Obiad? Jaki obiad?! Chyba sam ugotujesz, bo ja nie mam kiedy. Sprzątanie, mycie okien, gotowanie, zakupy, zresztą nie mogę cię tu wpuścić z gotowaniem, bo ja tu gotuję. Zamów pizzę! Gdzie jest mąka? Czemu..."


Pomińmy może kontynuację tego odcinka, ponieważ każdy wie, co się dzieje z paniami domu przed Świętami. Wszystkie solidarnie dostajemy kota, wychodząc z siebie, by przygotować wszystko na Boże Narodzenie i to w najwyższym możliwym standardzie. Nie ma miejsca na drobne i większe wpadki, ale i tak się zdarzą, nie ma się co oszukiwać.
A tu dodatkowo w tym całym kotle musimy jeszcze pamiętać, że rodziny nie nakarmimy dopiero w Święta i trzeba im wyszykować jedzenie trzy razy dziennie w normalnych porach. I żołądki nie są zainteresowane tym, że krucho z czasem, a szybką przekąską się nie zadowolą. Problem w tym, że najwyraźniej doba się skurczyła, a roboty zwaliło się więcej, niż przypuszczaliśmy. I jak w tym wszystkim zrobić tak, by zjedli obiad, jeśli już gotujemy pięć innych rzeczy, więc na takie przykładowe skrobanie ziemniaków i smażenie schabowego zwyczajnie nie starczy nam kończyn?

Nie skrobać ziemniaków i nie piec schabowego!
Zrobić coś, co robi się praktycznie samo.

I tu wkraczam z kolejnym z moich pomocnych obiad-hacków, specjalnie przydatnych w takich sytuacjach.
Proponowany przeze mnie szybki posiłek wymagał będzie od nas pilnowania jedynie w pierwszych 5-10 minutach od rozpoczęcia akcji. Potem dojdzie sam. My będziemy tylko doprawiać i w ostatnim pociągnięciu pędzla (łyżki, w tym wypadku) przypilnujemy sosu. TO zdecydowanie nie przerwie nam, ani nie zakłóci obłędnego wiru gotowania rzeczy bardziej wymagających i sprzątania. Przy tym danie nie wymaga w porze świątecznej szukania składników po sklepach - wszystko będziemy mieć w lodówce pod ręką od zaraz. Co do czasu - 40 minut tak na oko i możecie jeść.
A ponad to rodzina zje coś ciepłego, co im zapełni żołądki i nawet marudne przy stole dzieciaki taki obiad pokochają. Wiem co mówię. Ryż z rodzynkami i sosem waniliowym to moje ulubione danie z dzieciństwa, a byłam niegdyś niejadkiem.
No i nie jest pizzą, a czymś, co wyszło z własnej, zajętej jak diabli, ale własnej ręki i znanych składników. Jedyne E, jakie usłyszycie w związku z nim to "Eeee... tylko tyle? Dolej sosu, mama/żona!"

Nie pozostaje mi nic innego, jak przejść do przepisu.
Przecież nie mamy czasu!
Przepis autorstwa pań Aliny i Pauliny Fedak, z których książką kucharską stawiałam pierwsze kroki w jakże fascynującej sztuce gotowania.


Składniki:

Mleczny ryż:
1 szklanka ryżu
1 szklanka wody
1 i 1/4 szklanki mleka
1 łyżka masła
2 łyżki cukru
2 garście rodzynek (można więcej)

Sos waniliowy:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki ziemiaczanej
1 żółtko
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (ew. 1 cukier z prawdziwą wanilią - od cukru wanilinowego niech was strzegą wszelkie większe i pomniejsze bóstwa)


Wykonanie:

Przyszykowujemy sobie dwa garnczki. Mniejszy, na ryż i większy, w którym umieścimy mniejszy z ryżem, na dogotowanie się.

Szklankę wody i łyżkę masła umieszczamy razem w małym garnczku. Zagotowujemy.

Do wody wsypujemy umyty ryż i przeganiając go łyżką raz na jakiś czas, by nie przywarł, pozwalamy mu wchłonąć całą wodę.

W międzyczasie nalewamy gorącej wody z czajnika (tak jest szybciej) do większego garnka i zagotowujemy do wrzenia.

Gdy ryż wchłonie całą wodę w mniejszym garnczku, wlewamy do niego mleko. Mieszamy i krótko podgotowujemy. Tak do 5 minut.

Po tym czasie mniejszy garnczek z ryżem i mlekiem wstawiamy do większego garnczka z wodą wrzącą, pod którym zmniejszamy gaz (nie, że nam się ryż przypali, ale wrzątek może chlapać na wszystkie strony). Mniejszy garnczek przykrywamy pokrywką.

W tym momencie możemy się przestać nimi interesować. Ryż się gotował będzie sam. Należy tylko co 10 minut zerkać do niego, przegonić łyżką, by sprawdzić, jak wsiąka nam mleko i raz na jakiś czas popróbować, czy zmiękł.

Po pierwszych 10 minutach powinien być już taki na wpół miękki, a mleka o połowę lub 2/3 mniej. Wówczas dorzucamy do ryżu 2 łyżki cukru i sparzone gorącą wodą rodzynki. Mieszamy wszystko razem i zostawiamy ponownie w kąpieli wodnej, aż ryż zmięknie całkiem, rodzynki napęcznieją, a mleko zniknie.

W czasie gdy ryż będzie dochodził, robimy ekspresowy sos waniliowy.

Do szklanki wbijamy żółtko, wsypujemy cukier i wanilię w takiej postaci, w jakiej sobie życzymy (czy to jako ekstrakt, czy jako cukier z wanilią). Mieszamy tak, jakbyśmy szykowali kogel mogel, tyle, że nie do białości, a po prostu dokładnie. Odstawiamy.

W niewielkim garnuszku umieszczamy szklankę mleka wraz z łyżeczką mąki ziemniaczanej i stawiamy na średni ogień. Mieszamy cały czas, pilnując by mąka nie przywarła do dna, do momentu aż mleko zacznie nam wyraźnie gęstnieć.

W tym momencie raz jeszcze pomerdajmy w rozkręconym żółtku, wlejmy mu dodatkowo łyżkę gorącego mleka z garnuszka, by je zahartować i następnie mieszankę jajkową ze szklanki wlewamy powoli do mleka z mąką ziemniaczaną, stale i porządnie mieszając.

To, co nam wyjdzie to nie mniej, ni więcej, a domowy budyń, tyle że w lżejszej postaci sosu. Gdy dodamy już całe żółtko, cały czas mieszając trzymamy jeszcze chwilę sos na ogniu, by składniki połączyły się ze sobą dokładnie, a sos delikatnego, jasno żółtego koloru zaczął wypuszczać pierwsze, pachnące bulki, świadczące o zagotowywaniu się. Wówczas ściągamy go z ognia i odstawiamy na bok.

W tym czasie ryż powinien nam już dochodzić. Jeżeli potrzebuje jeszcze chwili, nic się nie dzieje. Sos zawsze można podgrzać. Byle nie przypalić.

Gdy wszystko mamy już gotowe nabieramy mlecznego ryżu z rodzynkami, układamy fantazyjnie na talerzu (na przykład za pomocą dwóch łyżek formując obłe kulki - przekładamy z jednej do drugiej aż kształt się ustali - czyniąc tak jak ja - koniczynkę), i na koniec polewamy go sosem.
Można też po prostu nałożyć ryżu do miski, zalać go sosem i podać tak. Rodzina i tak będzie zachwycona.

Tyle. Krótko i na temat.

A podczas gdy oni będą mlaskać obiad w jadalni (a ty w biegu w kuchni, prosto z garnka:P), sprawiedliwie dzieląc się sosem, możemy działać nadal nad tym, by tegoroczne Święta były magiczne.

PS: Ryż taki można podać również jako podwieczorek. Lub do sosu dodać owoców i zrobić z niego deser.
Albo z samego sosu, wystudzonego, którym polaliśmy zamrożone owoce wrzucone do miseczki, zrobić fantastyczny, domowy budyń. Jeśli tylko zostawią wam miseczki w spokoju na kilka godzin, by wystygł i bardziej stężał. Można i dodać tam, podczas stygnięcia, kawałki czekolady, to się przepięknie rozpuści.

Smacznego:)