piątek, 11 grudnia 2015

Tarta cytrynowa z bezą (Lemon Meringue Pie)

Mój mąż kocha bezę. A ja kocham mego męża. Synonimem tej miłości jest robienie mu dobrze... w innym sensie niż teraz wszyscy, uśmiechając się lubieżnie, myślicie:D Znaczy, nie wchodźmy w sfery, które tu w blogu opisywane nie będą. Pomijając je, wiadomo, że szczęśliwy samiec, to samiec nakarmiony dobrym jedzeniem, które kocha  i o które prosi swą kochaną żonę.
A więc wracamy do punktu wyjścia. Skoro mój mąż kocha bezę, a ja kocham mego męża, a także bez wątpienia kocham gotować dla mego męża i piec mu ciasta rozmaite, a niezwykłe, w pewnym momencie musiało wypłynąć ciasto z bezą.
Nie jest pierwszym ciastem z bezą na tym blogu bez wątpienia. Już zaproponowałam wam jakiś czas temu znakomitą tartę wiśniową, która zamiast tradycyjnego pokrycia z ciasta, miała bezę. Nie będzie też ostatnim, ponieważ, powiedzmy sobie szczerze, ciasta z bezą są fantastyczne. Bardzo dekoracyjne i naprawdę leciutkie. Ta chmurka z ubitych na sztywno białek robi tu znakomitą robotę i znaczenia naprawdę nie ma, czy spód i nadzienie wydają wam się kamieniem młyńskim dla żołądka. Beza dodaje ciastu skrzydeł. Tak było, jest i będzie, ament.

Drugim powodem dla którego postanowiłam uczynić Lemon Meringue Pie bohaterem dzisiejszej felki jest fakt, że jest ono cytrynowe. A ciasta cytrynowe są naprawdę strzałem w dziesiątkę. Jakbyście szukali, już ich tu kilka jest, w rozmaitej postaci.  I cytrynowe ciasto "niemożliwe" i ciastka cytrynowe Sansy(jak malutkie puddingi pieczone na parze) i ciasto cytrynowo-borówkowe (taki keksik owocowy) i fantastyczne Key-Lime Pie (bez Key) i typowe ciastka cukrowe buchające smakiem cytryny. Zimową porą cytryna kusi do jak najczęstszego jej używania, więc folguję swoim chęciom na różne sposoby. Tak zresztą wdzięczny to produkt, tak aromatyczny, że nie wypróbowywać go wszędzie, gdzie się da, byłoby marnotrawstwem.

I wreszcie coś, co nakręciło mnie na samym początku, do zajęcia się cytrynową tartą z bezą. Ciekawość. Już wcześniej słyszałam o tym cieście, ale dopiero pewien serial mnie natchnął, by na poważnie pomyśleć o wzięciu się za nie.
Pamiętacie serial "Terranova"? Przedziwne połączenie sf, post-apokaliptycznej wizji zniszczonej ziemi i Parku Jurajskiego? Nie? W sumie, nie dziwię się, bo jego żywot krótki był. Szkoda. Ciekawe, ile jeszcze dziwnych rzeczy byliby w stanie tam wepchnąć, poza już istniejącą ludzkością uciekającą przez tunel czasowy ze zniszczonej smogiem, przeludnionej Ziemi do czasów, gdy żyły dinozaury, by tam zacząć budować nową przyszłość. W przeszłości. Zupełnie nie ma w tym paradoksu czasowego...
Ale, pomijając ten fakt, serial był zabawny, został skasowany po 1 sezonie i od tego czasu upłynęło pewnie 2-3 lata. Oglądałam go jednak chętnie i tak oto w 4 odcinku pojawiła się scena, w której dziewczyna imieniem Maddy (córka głównych bohaterów) zajada z chłopakiem, któremu wpadła w oko, ciekawie wyglądające ciasto. Poniżej właśnie ta scenka:


Niestety dźwięku nie ma, bo to gif, ale w skrócie ujmując, wymieniają tam nazwę "fake lemon meringue pie". Czemu "fake"? Ano dlatego, że nie wolno było zbierać owoców i robić z nich niczego zjadliwego, póki ich nie przebadano, nawet znajomych cytryn. Czyli ciasto zostało zrobione z syntetycznego... czegoś.
Pomińmy jednak dalsze dywagacje. Nazwa pasowała do wyglądu tego ciasta, na które już dawno temu natrafiłam. Jasny spód, jaskrawo-żółty środek i kopiasta chmurka bezy. Coś pięknego. I na tę scenkę, o ile się nie mylę, wpadł mój mąż i zagapił się na ciasto w serialu z miłością...
Nie pozostało mi więc nic innego, jak je zrobić.
I absolutnie się nie zawiodłam. Beza jest słodka, jak na bezę przystało, krem cytrynowy rozkosznie kwaskowaty, a spód cienki i smakowity. Wszystko razem pasuje do siebie tak perfekcyjnie, jak w tym serialu nie pasowały do siebie poszczególne wątki.
I zupełnie nie zamula.
Poza tym, mając za oknem zimę bez śniegu, jedynie z zimnem, takie ciasto przypomni nam o słonecznym lecie.
Nie pytajcie o źródło przepisu. Znalazłam już nie wiem gdzie i nie mam pojęcia kto jest autorem. Ważne, że wychodzi perfekcyjnie. Lepiej niż zdjęcia (żaden ze mnie fotograf, idiot-kamera była w użyciu, ale widać dość, by wiedzieć, jaki chcemy osiągnąć efekt.)
Cytrynowo, smacznie i z wigorem... zaczynajmy:


Składniki:

Spód:
175 g mąki
100 g zimnego masła w kawałkach
1 łyżka cukru pudru
1 jajko (białko i żółtko osobno)

Krem cytrynowy:
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
100 g cukru
skórka otarta z 2 cytryn
sok z 2-3 cytryn
sok z 1 pomarańczy
85 g masła pokrojonego w kawałki
3 jajka (żółtka i białka osobno)
 1 całe jajko

Beza:
4 białka w temperaturze pokojowej (3 z kremu i 1 z ciasta)
200 g cukru
2 płaskie łyżeczki mąki ziemniaczanej


Wykonanie:

Najpierw robimy ciasto.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Wszystkie składniki: mąkę, masło, cukier puder i żółtko z jajka zagniatamy ręcznie aż utworzy zwartą kulę.

Owijamy je w folię spożywczą i wkładamy do lodówki, by je schłodzić, przez ok. 30 minut.

Formę na tartę z wyjmowalnym dnem smarujemy starannie masłem i posypujemy bułką tartą.

Ciasto wyjmujemy z lodówki po upływie określonego wyżej czasu, rozwałkowujemy i równomiernie wykładamy do formy, wylepiając starannie dno i boki aż do samej góry.

Na ciasto kładziemy płachtę papieru do pieczenia, na niego wysypujemy groch, dla obciążenia go podczas pieczenia.

Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 15 minut. Następnie usuwamy papier i groch i pieczemy dodatkowe 20-25 minut do momentu, aż ciasto osiągnie złocisto-brązowy kolor, stając się niemal całkowicie upieczone.

Wyciągamy z lodówki, zostawiamy do ostygnięcia.

Następnie przygotowujemy krem cytrynowy.

Do garnuszka wsypujemy mąkę, cukier i skórkę z cytryny. Wlewamy sok cytrynowy. Sok wyciśnięty z pomarańczy uzupełniamy w szklance wodą aż do osiągnięcia ilości 200ml i również wlewamy do składników.

Zagotowujemy wszystko razem mieszając cały czas, aż całość zgęstnieje. Zdejmujemy z ognia jak tylko zacznie wrzeć(pojawią się pierwsze bąbelki uciekające z dna).

Do gorącej mieszaniny dodajemy masło i mieszamy aż się rozpuści.

Dodajemy 3 żółtka jajek i 1 całe jajko, ponownie mieszamy.

Garnuszek z zawartością ponownie stawiamy na średnim ogniu i podgrzewamy, aż powstanie nam masa podobna do budyniu.

Natychmiast zdejmujemy z ognia. Studzimy co nieco i ciepły jeszcze wylewamy na ostudzony spód.

Ciasto z wkładką studzimy całkowicie nim nałożymy na nie bezę.

Przystępujemy do wykonania bezy.

Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno mikserem. Następnie po trochu dodajemy cukier, cały czas miksując.

Na koniec dodajemy mąkę i ponownie ubijamy pianę.

Bezę wykładamy na całkowicie wystudzoną tartę i zimny krem cytrynowy, w taki sposób, by na środku ciasta było jej najwięcej i utworzyła się charakterystyczna górka.

Całość wkładamy do piekarnika i pieczemy dodatkowe 20 minut.

Studzimy przed pokrojeniem i podaniem. 

Kilka uwag ode mnie:

Beza powinna wyjść krucha na zewnątrz, a piankowa w środku. Podany czas pieczenia to akurat tyle, by osiągnąć ją właśnie w takim stanie.

Ciasto na spód będzie bardzo trudne do wyłożenia w całości na blachę. Najlepiej po prostu przekładać je w rozwałkowanych kawałkach i wylepiać nimi blaszkę.

Krem wychodzi kwaskowaty. Można dodać do niego nieco więcej cukru, ale to już zależy od indywidualnych smaków każdego.

Smacznego:) 











piątek, 4 grudnia 2015

Świąteczne ciasteczka według przepisu "MeMaw" Sheldona Coopera (BBT)

Za dwa dni zaczyna się kocioł z prezentami. Przynajmniej tutaj, w Polsce. Bowiem 6 grudnia obchodzimy Mikołajki - święto na które czekają wszystkie dzieciaki. To taka zapowiedź magicznego czasu przed świętami, gdy zaczyna się powódź prezentów. Przynajmniej dla mojego synka. Najpierw Młodzian ma Mikołajki, potem Aniołek (Gwiazdka albo Gwiazdor, jak się przyjmuje w różnych częściach kraju) przynosi mu coś pod choinkę w Wigilię, a ulewa prezentowa kończy mu się de facto pod koniec stycznia, w urodziny.
Więc generalnie nie ma się co dziwić, że temat "co dostanę od Mikołaja i jak szalone mogą to być pomysły, bo a nóż, dostanę" jest u nas na wokandzie od dobrych 3 tygodni. W tym roku opócz normalnych prezentów, moje dziecię poprosiło i nawet własnoręcznie narysowało dom z basenem i przyległościami, w liście do Mikołaja.
To ja się może dołaczę do jego prośby, gdyby ktoś z góry miał nadwymiarowy przydział szczęścia i chciał się podzielić, na przykład podczas losowania Lotto. Ten dom byłby całkiem miłą niespodzianką:D

Żarty jednak na bok, list został w końcu napisany, przyklejony na okno i Mały zaczął czekać, codziennie sprawdzając, czy zniknął. Wczoraj nawet upiekliśmy specjalnie dla Mikołaja ciasteczka, ozdobiliśmy (ciasteczka i pół kuchni) lukrem i ozdobami i z pietyzmem zanieśliśmy talerzyk ciastek i szkalnkę mleka, by ustawić obok listu na parapecie. Mikołaj przecież już je zbiera, musi być zmęczony i głodny, niechże więc spróbuje, co to dobrego Dominik z mamą przygotowali dla niego.
I zostawi "tłusty" upominek. Taki zamerykanizowany zwyczaj, ale w sumie... bardzo miły:) Dlatego go stosujemy kolejny rok.

A ciastka? Musiały być świąteczne, piękne i smaczne. Innych się przecież jako haracz nie zostawia. No i świeże, robione ze szczerego serca sześciolatka (nic to, że to serce tak pięknie wałkowało ciasto i wycinało ciacha, dekorując potem je z zapałem, napędzane tym, że to fajna zabawa i coś może potem z tego "skapnąć":)).
Mnie z kolei jak zwykle przyświecał inny pomysł. Od roku miałam upatrzone ciastka i bardzo chciałam je wypróbować. Nadarzyła się okazja... i są. MeMaw Sheldona Coopera z Big Bang Theory na pewno by poleciła.

A tak, ponieważ ciasteczka świąteczne, które są bohaterami dzisiejszej felki, są tymi ciastkami, które Sheldon Cooper kocha najbardziej, robionymi przez babcię. To te ciasteczka "smakują jak jej uściski" i zdecydowanie rozgrzały serce zimnego jak ryba naukowca, gdy jego dziewczyna Amy dała mu je w prezencie, własnoręcznie upieczone. Zresztą popatrzcie:

Moment z ciastkami

Jak zwykle zatrzymajmy się w miejscu, gdy ciastka oglądają światło dzienne w filmiku. Skoro już udało mi się dopaść przepis, to swoim zwyczajem odtwarzam jak najdokładniej to, co widzę.
Mamy więc tutaj ciastka świąteczne, o kształcie choineczek, polukrowane bardzo ładnie.
Niewiele nam wiadomo o konsystencji, chociaż troszeczkę widać. Nie rozsypują się gryzione, ani nie wyglądają na ciągnące, jak większość amerykańskich snickerdoodles, z mokrym środkiem i chrupiącą warstwą zewnętrzną. W istocie, świąteczne ciasteczka w Stanach przypominają dosyć to, co my nazywamy ciasteczkami świątecznymi, gdy nie robimy nieśmiertelnych pierniczków. Półkruche, powiedziałabym, ale raczej nie są na drożdżach. Nie za twarde, tak, że ugryzienie nie jest siłowe. W końcu Sheldon nadgryzł swoje ciastko całkiem miękko.
Nie mają też nadzienia, ani kawałków czekolady w środku.
Przypuszczam też, że w przypadku Sheldona - zbiorowiska rozmaitych fobii i dziwacznych przyzwyczajeń - nie mogłyby być zbyt napakowane przyprawami korzennymi. Zresztą teksańczycy, o ile się zdołałam zorientować, lubią swoją kuchnię prostą, nie wymodzoną, a wypieki słodkie.

Czyli przepis, który podobno jest właśnie na te ciasteczka, udostępniony przez Fox'a rok temu - pasuje jak ulał. Jak zwykle nieco go zmodyfikowałam, dodając własne uwagi i uzupełnienia, ale generalnie trzymałam się go.

Nie ma więc co dalej kombinować. Jest przepis, jest potrzeba, są chęci i składniki - całkiem, zresztą, zwyczajne - bierzmy się za pieczenie, bo Mikołaj tuż, tuż, poganiany Świętami.






Składniki:

1 i 1/2 szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru
1 jajko
1 łyżeczka olejku migdałowego lub ekstraktu z migdałów (przepis wkrótce na Bantofelkach w dziale DIY)
3 i 1/2 szklanki mąki
lukier do ozdoby, ozdoby wszelakie cukrowe, mazaki cukrowe do pisania po ciastkach, co wam się zamarzy

Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 190 stopni Celsjusza.

Masło kroimy na wiórki i wrzucamy do miski od miksera. Ubijamy na puszysto.

Dodajemy cukier, jajko i olejek migdałowy, ponownie starannie miksujemy.

Do masy dosypujemy po jednej szklance mąki. Każdą starannie wmiksowujemy w masę, zanim dosypiemy kolejną. W tym momencie ciasto może nam się zacząć robić sypkie. Ponieważ będziemy je jeszcze zagniatać, musi się połączyć. W tym celu do ciasta dolewamy po łyżce mleka. Wmiksowujemy i czekamy na efekty. Po 2 lub 3 łyżkach ciasto ładnie nam się zacznie łączyć w misce miksera.

Przekładamy je na stolnicę nieco posypaną mąką i zagniatamy szybko, kilkakrotnie, tworząc zwartą  kulę.

Przecinamy ciasto na pół. Jedną część dajemy do lodówki w folii aluminiowej, drugą rozwałkowujemy na stolnicy za pomocą wałka, na grubość tak około 1/2 centymetra. Może być nieco więcej, ale generalnie ciastko grubsze niż 1 cm może nam się nie upiec. Pół centymetra to taka fajna, optymalna wielkość.

Za pomocą foremek wykrawamy ciasteczka o świątecznych kształtach. Ścinki zbieramy razem, zbijamy w kulę, gnieciemy w rękach i powtarzamy proces do momentu aż ciasto nam się skończy i zostaną tylko wykrojone ciastka. To samo robimy z pozostałym ciastem schowanym wcześniej w lodówce.

Surowe ciastka przekładamy na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i dekorujemy. Tak, przed pieczeniem. Szczególnie, jeśli używamy pisaków cukrowych i rozmaitych cukrowych posypek. Nic się im nie stanie podczas pieczenia, trzeba tylko pamiętać, by za dużo tego lukru na ciastka nie dać, by nie spłynął.

Ciastka, na blaszce, udekorowane wedle naszej chęci, wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 11-15 minut (zależnie od piekarnika) aż stwardnieją. Mogą też leciutko wyzłocić się na brzegach, ale wtedy to jest ostatnia chwila, by je zdjąć. Mają tendencję do szybkiego przypalania się na spodzie.

Ciasteczka wyjmujemy z piekarnika, chwilę pozostawiamy na blasze, by wystygły. Po paru minutach przekładamy je na czystą ściereczkę, każde osobno i pozwalamy in wystygnąć zupełnie.

Nie kładziemy jedno na drugie póki całkiem nie ostygną! Lukier może przywrzeć do spodu poprzednika i zniszczy całą ciężką pracę z dekorowaniem.

Możemy spożywać ciepłe, chociaż zimne, następnego dnia, są smaczniejsze.

Alternatywny sposób dekorowania też wchodzi w grę.
Jeżeli mamy pragnienie zrobić im domowy, smakowy lukier, powstrzymujemy się przed dekorowaniem, zanim ciastka się upieką. Dopiero na zimne, upieczone rozsmarowujemy lukrową mieszaninę (standardowe 10 łyżek cukru pudru i tyle gorącej wody by lukier był gęsty, plus sok z cytryny - na cytrynowy, łyżeczka lub dwie konfitury - na czerwony, z dodatkiem zielonego barwnika spożywczego - na zielony, itp.). Zaraz na ten ciepły lukier narzucamy ozdoby cukrowe i pozwalamy lukrowi stwardnieć, zanim zabierzemy się do jedzenia, czy składania ich na jedną stertę.

Smacznego i stosu prezentów od zachwyconego Mikołaja:)







środa, 2 grudnia 2015

Mleczny ryż z rodzynkami i sosem waniliowym

Niezależna Produkcja Żarełkowa 
"Ban-to-felki"

przedstawia obraz z cyklu:

"Idą Święta! Pomocy!"

Odc.1 
"Nie mam czasu, zaraz trafi mnie szlag, rodzina zje pizzę na obiad!"

Miejsce akcji:
CAŁKIEM ZWYCZAJNE DOMOSTWO

Bohaterowie:
PAN DOMU
PANI DOMU
MŁODZIAN

Scena 1: Panika!

Czas: OKOLICE ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

PANI:
"- Nie mam czasu na nic. Wigilia i Święta w porządku obrad! [kursuje z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki do pokoju i z powrotem do kuchni, wykrzykując w biegu do rodziny, zaskoczonej włączonym trybem "błyskawica". Trzaski i pomniejsze trzęsienia ziemi dochodzą z miejsc, w które wpadła, lub które opuściła.] - Weź Młodziana na spacer i przy okazji zróbcie zakupy. Potem pójdziecie wytrzepać dywany. Potem pójdziecie znowu po zakupy. Potem do centrum handlowego. Kupiliśmy choinkę? Gdzie jest choinka? Czemu światełka nie działają?! Działały rok temu! Pójdziemy jeszcze po żarówki albo nowy komplet! Wielcy Bogowie, gdzie jest moja keksówka! Czemu w niej jest ziemia! Kto zjadł ostatnie jajka! Obiad? Jaki obiad?! Chyba sam ugotujesz, bo ja nie mam kiedy. Sprzątanie, mycie okien, gotowanie, zakupy, zresztą nie mogę cię tu wpuścić z gotowaniem, bo ja tu gotuję. Zamów pizzę! Gdzie jest mąka? Czemu..."


Pomińmy może kontynuację tego odcinka, ponieważ każdy wie, co się dzieje z paniami domu przed Świętami. Wszystkie solidarnie dostajemy kota, wychodząc z siebie, by przygotować wszystko na Boże Narodzenie i to w najwyższym możliwym standardzie. Nie ma miejsca na drobne i większe wpadki, ale i tak się zdarzą, nie ma się co oszukiwać.
A tu dodatkowo w tym całym kotle musimy jeszcze pamiętać, że rodziny nie nakarmimy dopiero w Święta i trzeba im wyszykować jedzenie trzy razy dziennie w normalnych porach. I żołądki nie są zainteresowane tym, że krucho z czasem, a szybką przekąską się nie zadowolą. Problem w tym, że najwyraźniej doba się skurczyła, a roboty zwaliło się więcej, niż przypuszczaliśmy. I jak w tym wszystkim zrobić tak, by zjedli obiad, jeśli już gotujemy pięć innych rzeczy, więc na takie przykładowe skrobanie ziemniaków i smażenie schabowego zwyczajnie nie starczy nam kończyn?

Nie skrobać ziemniaków i nie piec schabowego!
Zrobić coś, co robi się praktycznie samo.

I tu wkraczam z kolejnym z moich pomocnych obiad-hacków, specjalnie przydatnych w takich sytuacjach.
Proponowany przeze mnie szybki posiłek wymagał będzie od nas pilnowania jedynie w pierwszych 5-10 minutach od rozpoczęcia akcji. Potem dojdzie sam. My będziemy tylko doprawiać i w ostatnim pociągnięciu pędzla (łyżki, w tym wypadku) przypilnujemy sosu. TO zdecydowanie nie przerwie nam, ani nie zakłóci obłędnego wiru gotowania rzeczy bardziej wymagających i sprzątania. Przy tym danie nie wymaga w porze świątecznej szukania składników po sklepach - wszystko będziemy mieć w lodówce pod ręką od zaraz. Co do czasu - 40 minut tak na oko i możecie jeść.
A ponad to rodzina zje coś ciepłego, co im zapełni żołądki i nawet marudne przy stole dzieciaki taki obiad pokochają. Wiem co mówię. Ryż z rodzynkami i sosem waniliowym to moje ulubione danie z dzieciństwa, a byłam niegdyś niejadkiem.
No i nie jest pizzą, a czymś, co wyszło z własnej, zajętej jak diabli, ale własnej ręki i znanych składników. Jedyne E, jakie usłyszycie w związku z nim to "Eeee... tylko tyle? Dolej sosu, mama/żona!"

Nie pozostaje mi nic innego, jak przejść do przepisu.
Przecież nie mamy czasu!
Przepis autorstwa pań Aliny i Pauliny Fedak, z których książką kucharską stawiałam pierwsze kroki w jakże fascynującej sztuce gotowania.


Składniki:

Mleczny ryż:
1 szklanka ryżu
1 szklanka wody
1 i 1/4 szklanki mleka
1 łyżka masła
2 łyżki cukru
2 garście rodzynek (można więcej)

Sos waniliowy:
1 szklanka mleka
1 łyżeczka mąki ziemiaczanej
1 żółtko
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (ew. 1 cukier z prawdziwą wanilią - od cukru wanilinowego niech was strzegą wszelkie większe i pomniejsze bóstwa)


Wykonanie:

Przyszykowujemy sobie dwa garnczki. Mniejszy, na ryż i większy, w którym umieścimy mniejszy z ryżem, na dogotowanie się.

Szklankę wody i łyżkę masła umieszczamy razem w małym garnczku. Zagotowujemy.

Do wody wsypujemy umyty ryż i przeganiając go łyżką raz na jakiś czas, by nie przywarł, pozwalamy mu wchłonąć całą wodę.

W międzyczasie nalewamy gorącej wody z czajnika (tak jest szybciej) do większego garnka i zagotowujemy do wrzenia.

Gdy ryż wchłonie całą wodę w mniejszym garnczku, wlewamy do niego mleko. Mieszamy i krótko podgotowujemy. Tak do 5 minut.

Po tym czasie mniejszy garnczek z ryżem i mlekiem wstawiamy do większego garnczka z wodą wrzącą, pod którym zmniejszamy gaz (nie, że nam się ryż przypali, ale wrzątek może chlapać na wszystkie strony). Mniejszy garnczek przykrywamy pokrywką.

W tym momencie możemy się przestać nimi interesować. Ryż się gotował będzie sam. Należy tylko co 10 minut zerkać do niego, przegonić łyżką, by sprawdzić, jak wsiąka nam mleko i raz na jakiś czas popróbować, czy zmiękł.

Po pierwszych 10 minutach powinien być już taki na wpół miękki, a mleka o połowę lub 2/3 mniej. Wówczas dorzucamy do ryżu 2 łyżki cukru i sparzone gorącą wodą rodzynki. Mieszamy wszystko razem i zostawiamy ponownie w kąpieli wodnej, aż ryż zmięknie całkiem, rodzynki napęcznieją, a mleko zniknie.

W czasie gdy ryż będzie dochodził, robimy ekspresowy sos waniliowy.

Do szklanki wbijamy żółtko, wsypujemy cukier i wanilię w takiej postaci, w jakiej sobie życzymy (czy to jako ekstrakt, czy jako cukier z wanilią). Mieszamy tak, jakbyśmy szykowali kogel mogel, tyle, że nie do białości, a po prostu dokładnie. Odstawiamy.

W niewielkim garnuszku umieszczamy szklankę mleka wraz z łyżeczką mąki ziemniaczanej i stawiamy na średni ogień. Mieszamy cały czas, pilnując by mąka nie przywarła do dna, do momentu aż mleko zacznie nam wyraźnie gęstnieć.

W tym momencie raz jeszcze pomerdajmy w rozkręconym żółtku, wlejmy mu dodatkowo łyżkę gorącego mleka z garnuszka, by je zahartować i następnie mieszankę jajkową ze szklanki wlewamy powoli do mleka z mąką ziemniaczaną, stale i porządnie mieszając.

To, co nam wyjdzie to nie mniej, ni więcej, a domowy budyń, tyle że w lżejszej postaci sosu. Gdy dodamy już całe żółtko, cały czas mieszając trzymamy jeszcze chwilę sos na ogniu, by składniki połączyły się ze sobą dokładnie, a sos delikatnego, jasno żółtego koloru zaczął wypuszczać pierwsze, pachnące bulki, świadczące o zagotowywaniu się. Wówczas ściągamy go z ognia i odstawiamy na bok.

W tym czasie ryż powinien nam już dochodzić. Jeżeli potrzebuje jeszcze chwili, nic się nie dzieje. Sos zawsze można podgrzać. Byle nie przypalić.

Gdy wszystko mamy już gotowe nabieramy mlecznego ryżu z rodzynkami, układamy fantazyjnie na talerzu (na przykład za pomocą dwóch łyżek formując obłe kulki - przekładamy z jednej do drugiej aż kształt się ustali - czyniąc tak jak ja - koniczynkę), i na koniec polewamy go sosem.
Można też po prostu nałożyć ryżu do miski, zalać go sosem i podać tak. Rodzina i tak będzie zachwycona.

Tyle. Krótko i na temat.

A podczas gdy oni będą mlaskać obiad w jadalni (a ty w biegu w kuchni, prosto z garnka:P), sprawiedliwie dzieląc się sosem, możemy działać nadal nad tym, by tegoroczne Święta były magiczne.

PS: Ryż taki można podać również jako podwieczorek. Lub do sosu dodać owoców i zrobić z niego deser.
Albo z samego sosu, wystudzonego, którym polaliśmy zamrożone owoce wrzucone do miseczki, zrobić fantastyczny, domowy budyń. Jeśli tylko zostawią wam miseczki w spokoju na kilka godzin, by wystygł i bardziej stężał. Można i dodać tam, podczas stygnięcia, kawałki czekolady, to się przepięknie rozpuści.

Smacznego:)




poniedziałek, 30 listopada 2015

Marcepan

Idą Święta. Czuje się to już w powietrzu, nie oglądając nawet sklepów, od połowy listopada straszących mikołajami, aniołkami i ozdobami świątecznymi. Coś jest wokół nas, wszędzie dookoła. Czuje się pewno oczekiwanie, prawie węszy zapach uszek i barszczu wigilijnego w powietrzu, smażonego na maśle karpia, który nadal, mimo polepszenia się stanu portfeli polaków, mogących sobie pozwolić na łososia na stole, kupują karpia i oglądają te zimne, mułem woniejące ryby niemal  z rozrzewnieniem w oku. Tradycja jest tradycją. I w sumie ich rozumiem. Ja też bym sobie nie potrafiła wyobrazić Wigilii bez karpia. Jakoś... tak.

Są tradycje z którymi się nie zrywa, ale są też takie, rozkosze dla języka i ducha, po które można sięgnąć w tym specjalnym czasie, tylko dlatego, że można. I że ma się chęci sprawić sobie i innym nieco radości.

Marcepan nie należy do tradycyjnych przysmaków polskich i nikt go nie położy na stole wigilijnym w towarzystwie barszczu i karpia. Ale konia z rzędem temu, kto go nie podjada w rozmaitej postaci w święta, czy to jako kulki w czekoladzie, czy jako dodatek do ciast albo chlebek marcepanowy. Ta niesamowicie dobra mieszanka migdałów i słodyczy, dosyć błędnie uważanych przez większość ludzi za miód, jest jednak droga. Skąpią nam jej sklepy i to bardzo, żądając za malutkie chlebki marcepanowe, wagi może 10-20 deko kosmicznych pieniędzy. No wiadomo, migdały. Ale gdy przeciętna gosposia nosi się z zamiarem zrobienia masy marcepanowej na tort, to widząc tę cenę - zrezygnuje prędzej z westchnieniem z przysmaku, niż wyda aż tyle. Jednakże gorycz pozostanie, mimo, że i pieniądze w portfelu też.

A gdybym wam powiedziała, że możecie mieć pół kilogramowy kawał marcepanu za cenę 20 dekowej paczuszki migdałów i jedyne, czego od nas to wymaga, to poświęcenie nieco czasu w kuchni? Niemożliwe? Ależ wręcz przeciwnie!

Minął prawie rok, odkąd sama, przeklinając ceny w sklepach, sięgnęłam do internetu w poszukiwaniu innej możliwości i natrafiłam na blog Doroty. Wielu znane doskonale "Moje Wypieki". A tam... marcepan - cud! Ogromny kawał, który starczy na potrzeby ówcześnie planowanego ciasta świątecznego z Danii, ale i dla moich chłopaków, którzy marcepan kochają. I wszystko, czego potrzeba, to najpierw zrobić sobie Golden Syrup, a potem poświęcić odrobinę czasu?
Nic więc dziwnego, że machnęłam ręką na sklepy i ich marcepanowe bobki po kosmicznych cenach i zakasałam rękawy.

Golden Syrup już znajduje się na tym blogu. Wyszedł i nadal zużywam wówczas zrobioną ilość do wielu smacznych rzeczy. Rok się trzyma już, dacie wiarę?

A zaraz potem zrobiłam marcepan. I on nie wytrzymał. Wyszedł doskonały, a potem wyparował jak kamfora w żołądkach moich chłopaków. To chyba samo świadczy o tym, że lepszy już być nie mógł:)

Podam więc wam przepis na domowy marcepan - 1/2 kilogramową kłodę dobrości za śmieszną cenę paczuszki migdałów, tak, jak ja go robiłam, czyli według przepisu z Moich Wypieków, opatrując go jedynie własnymi komentarzami i tylko odrobinkę odjeżdżając od oryginału. Te być może uznacie za pomocne. Marcepan ten został przygotowywany BEZ użycia termometru cukierniczego.

Zanurzmy się więc aż po końce uszu w aromacie zwiastującym nadchodzące Boże Narodzenie... nie, nie smażonego, rybiego zewłoka, a słodyczy.
Pierwszy z ciągu przepisów ozdobionych bańkami, jemiołą i kokardką, jak przystało na prezent świąteczny, czas zapodać.

"Jingle Bells, Batman smells, Robin laied an egg...:D"






Składniki:

20 dkg paczka drobno mielonych migdałów (jeśli w paczce natrafimy - prawdopodobnie tak, na dnie - na większe kawałki, musicie je niestety zmielić drobniej. Inaczej marcepan nie zechce wam wyjść jak trzeba. Można za pomocą maszynki do maku, albo zatrudnić męża, niech tłucze drewnianym młotkiem do mięsa w co większe grudy przez folię. Oba sposoby działają:D Migdały muszą być praktycznie jak mąka.)

20 dkg cukru pudru
1 szklanka cukru
1/2 szklanki wody
2 łyżki Golden Syrupu
1 łyżeczka aromatu migdałowego

Wykonanie:

Przygotowujemy sobie szklankę z zimną wodą i kostkami lodu. Trzymamy w lodówce, do momentu aż będzie potrzebna.

W niewielkim garnuszku o grubym dnie umieszczamy cukier zwykły, wodę i Golden Syrup. Mieszamy wszystko razem, następnie stawiamy na ogień.

Mieszaninę gotujemy, aż cukier się rozpuści (ogień warto, by był pod kontrolą). Potem trzymamy ją na ogniu jeszcze trochę, co jakiś czas obwąchując, czy aby się nic nie przypala.

Po 5-10 minutach (zależnie od ognia, na jakim trzymamy miksturę) wyciągamy szklankę z lodówki, łyżeczką nabieramy kroplę mikstury z garnuszka i wpuszczamy do wody, robiąc tzw. "soft ball test". Czyli zaraz po tej kropli pakujemy do środka szklanki palce i próbujemy tę kroplę ugnieść. Jeśli jest plastyczna jak plastelina i zachowała kształt po ugnieceniu - masa cukrowa jest gotowa.
Jeśli nie, gotujemy kolejne 5 minut i po tym czasie test powtarzamy aż do skutku.

Masa cukrowa jest gotowa. Zdejmujemy ją z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.

Drobniutko zmielone migdały wsypujemy do miski. Dodajemy cukier puder. Do nich dolewamy zawartość garnuszka i miksujemy wszystko razem mikserem. Jeśli po jakimś czasie wszystko zacznie się ładnie zbrylać - jesteśmy na dobrej drodze do otrzymania marcepanu. Jeśli jednak masa jest za sucha, dolewamy odrobinę wody - po łyżce, sprawdzając konsystencję. W drugą stronę - jeśli masa wychodzi za mokra - działamy cukrem pudrem.

Otrzymawszy porządną kulę, formujemy marcepan na przykład w kłodę, lub kulkę (zależnie do czego zechcemy jej używać) - jeśli zbytnio się lepi do palców, można podsypać stolnicę cukrem pudrem i na nim formować -  zawijamy w folię i wkładamy marcepan do lodówki na co najmniej 1 godzinę. Najlepiej na noc.

Po tym czasie używamy go do czego dusza zapragnie.

Przechowujemy w lodówce.

Z podanych składników wychodzi około 1/2 kilograma marcepanu.




Staropolska polewka grzybowa

Grzyby poszły w pierony. Teraz to już na pewno, bo kilka dni temu w Rzeszowie i okolicach wreszcie spadł śnieg. Młodzian prawie się zapowietrzył z radości na jego widok i powtarzał "mama" i "śnieg!" z rozmaitym natężeniem emocji tak długo, latając jak kot z pęcherzem po cieniutkiej, białej warstewce pierwszego puchu, że w końcu się wywalił i zaprzestał.
A więc skoro pojawiła się pierwsza warstewka i utrzymała przez noc - był przymrozek. A skoro był przymrozek, o grzybach definitywnie możemy zapomnieć w tym roku. Zbieranych, bo sklepowe za ciężkie pieniądze każdy jeszcze dostanie w supermarketach. Ale to już nie to samo. Grzybiarz to ten, co własnoręcznie zebrał zawartość farszu do uszek wigilijnych, łażąc w gumiakach po rozmaitych wykrotach leśnych, iskając się potem przez cały wieczór z rozmaitych urojonych i niekoniecznie kleszczy, a nie ten, co poleciał do sklepu i kupił 20 deko suszonych za 10 złotych. W tym momencie niesamowicie nadymam się z dumy, od lat będą zapalonym grzybiarzem dzięki dziadkowi od strony mamy, a tradycja ta obecnie podtrzymywana jest przez mego chłopinię, też grzybiarza i również z winy jego dziadka i ojca. Co lepsze - tradycja ta przetrwa, bo mój Młody ostatnio zaczął z zapałem szukać grzybów i co ciekawsze, znajdować je. Jadalne!

Grzyby znajdywane na kilku wyprawach do lasu w jesieni, ususzyliśmy i złożyliśmy, jak święte relikwie, do szczelnych pudełek. Jeszcze 23 dni i skończą dumnie jako farsz w uszkach wigilijnych. Ale jakimś cudem udało mi się jeszcze, gdy był wysyp, wyrwać ze szponów suszarki piękną ilość zdrowych borowików i podgrzybków i przyszykować je dla przepisu, który od początku mamił me oko w książce "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniach dawnych smaków."

O książce tej pisałam przy okazji przepisu na Proziaki. Te domowe bułeczki na sodzie co prawda tam się nie znajdują, ale idę o zakład, że przepis ma swoje setki lat i sporo pokoleń, przez które był przekazywany z matki na córkę. Niemniej jednak znajduje się tam takie multum przepisów na staro-słowiańskie potrawy przygotowane pieczołowicie przez odtwórców historycznych, że ja, miłośniczka odtwórstwa i wszystkiego co "było, a nie jest", choć już niepraktykująca, że tak powiem, jestem zachwycona i coraz to wygrzebuję kolejną perełkę.

Napój z czereśni i mięty zrobiłam jeszcze w sezonie. Nie wiem w sumie na co czekałam z jego zamieszczeniem, ale... czekam dalej. Dzisiaj natomiast podam prastary przepis na prastarą polewkę - pra-prababkę naszej typowej zupy grzybowej.

O polewkach słyszymy od maleńkości.  Czytają nam o nich w bajkach rodzice i nie bardzo wyjaśniają, co to. A dziecko ciekawe jest. Nie pyta tylko dlatego, że w tych bajkach wspomina się też o smokach, a to nieporównanie ciekawszy temat do dręczenia rodziców. Poza tym rodzic prędzej będzie wiedział co to smok, niż co to polewka, przynajmniej ten wzięty z zaskoczenia pytaniem i średnio interesujący się historią.
Na chłopski rozum  - polewka to zupa. Również, w slangu sprzed kilkunastu lat - masowe nabijanie się z czegoś. Płynne i obfite jak woda. Czyli - myśli taki rodzic - musi to być zupa-wodzianka. Dużo płynu, mniej zawartości. Łyżka nie staje i da się "siorbać". I ma rację. Polewki były to właśnie takie zupy. Przygotowywane na bazie dziko rosnących roślin i z warzyw, zawierające dużo zdrowych, często wodnistych rzeczy. Zagęszczane rozmaitego typu kaszami stanowiły wspaniały obiad, śniadanie, podwieczorek, ale i kolację dla naszych przodków. Uwaga, śmietaną ich raczej nie zagęszczano, ani nie zaciągano mąką, tak jak teraz robi się z zupami. Cała gęstość, smakowitość i miodność polewki brała się z gotowania jej składników. A jak komuś było trzeba jeszcze jakiegoś stałego zagryzacza do polewki - brał chleb.

Do polewki grzybowej dlatego właśnie zalecam wziąć grzyby zebrane w lesie lub, od biedy, zakupione na rynku, jeśli to możliwe, świeże. Ale prawdziwe, a nie jakieś hodowlane pieczarki. Żadna pieczarka ani grzybek shitake nie zastąpi wam smaku borowików w zupie. I błagam, nie myślcie nawet o dodawaniu kostki rosołowej.
Polewka to polewka. Zrobiona porządnie wykopie na orbitę wszystkie kostki rosołowe świata i przypomni, że w pędzącym na złamanie karku świecie, można na moment się zatrzymać i zadumać nad tym co było.

Oferuję wam taką chwilę spoczynku.
Grzyby w łapy i gotujemy!






Składniki:

60-80 dkg świeżych grzybów leśnych (borowiki, podgrzybki, kozaki), lub spora garść leśnych grzybów suszonych
1/2 szklanki kaszy pęczak
1 i 1/2 - 2 litrów wody
1 marchewka
1/2 małego selera

1 cebula
1 pasternak lub 1 pietruszka
sól
mielona kolendra i mielony kminek,
gałązki macierzanki (którą również można zastąpić tymiankiem)


Wykonanie:

Grzyby świeże opłukujemy z piasku i igliwia. Suszone grzyby płuczemy i zalewamy wodą na jakieś 2 godziny.

Grzyby, zarówno świeże, jak i namoczone wcześniej suszone, kroimy w spore kawałki, tak, by było widać w zupie, z czego ona zrobiona (dodatkowy walor dekoracyjny dla oczu). Na chwilę odstawiamy.

Do wody wkładamy pozostałe umyte i pokrojone warzywa i doprowadzamy do wrzenia.

Gotujemy dalsze 5 minut, pozwalając wodzie wrzeć, by po tym czasie dosypać opłukaną kaszę i pozostawić w stanie wrzenia jeszcze przez 15 minut.

Po tym czasie wsypujemy pokrojone grzyby i gotujemy wszystko razem do momentu aż kasza i grzyby będą miękkie.

Doprawiamy solą, szczyptą lub dwoma kolendry i kminku - nie za wiele, bo przyprawy te mogą nam przejąć smak polewki, a nie o to chodzi. Na koniec gotowania dorzucamy do polewki gałązki tymianku lub macierzanki.

I gotowe. Polewka grzybowa powinna być niezbyt gęsta. Zawarta w niej kasza jeszcze będzie pęcznieć, więc warto jej zostawić "zapas" wody.

Polewkę najsmaczniej spożywać w towarzystwie domowej roboty bułeczek, ciepłych jeszcze, na przykład proziaków.

Nie zabielamy śmietaną.

Smacznego!






piątek, 27 listopada 2015

Krówka czekoladowo-pomarańczowa w dwóch odsłonach

Co to jest krówka, każdy Polak i w każdym wieku wie. Smakowite cukierki mleczne, słodkie, o rozmaitej fakturze: od mordoklejek, wyrywających plomby z zębów podczas ciamkania, do kruchutkich, z prawie płynnym środkiem. Te ostatnie akurat są moimi ulubionymi, te pierwsze wielbi mój mąż, a Młody nic nie wielbi, bo jeszcze nie poznał się na krówkach i ich smaku toffi. Dla niego są "fe" i koniec. Ale to się jeszcze zmieni, oj tak.
Rzecz jasna krówki mają swoje odpowiedniki gdzie się da. Rosyjskie iryski (kojarzymy z lat rządów PRL-u, bez wątpienia), anglosaskie butterscotch lub fudge, nawet i szwedzi i francuzi mają swoje odmiany. Każda, rzecz jasna, jedynie podobna do polskiej "krówki", każda uwielbiana przed swoich "wyznawców" i uważana za jedynie prawdziwą.
Ale generalnie ichnie krówki i nasze krówki mają podstawowy skład ten sam: mleko/śmietanka, masło, oraz cukier, plus dodatki. Te ingrediencje waży się rozmaicie, dłużej lub krócej, dodaje to i owo zależnie od regionu i w rezultacie z produktów-matek, powstają kompletnie się różniące od siebie słodycze, ale bez wątpienia mające coś wspólnego.

Większość wielbicieli krówek, lubiących tkwić w kuchni prawdopodobnie jest już po pierwszej próbie zrobienia ulubionego przysmaku domową metodą. Ja również. I, niestety, podobnie jak w przypadku gofrów, przepisów, które udają się "na pewno" jest multum, nie wiadomo w który wsadzić łapki, a poza tym, patrząc na swoje doświadczenie z krówkami, z większości z nich wychodzą mordoklejki, co mnie średnio raduje. Ja ciągle próbuję uzyskać krówkę o tej idealnej konsystencji kruchej z zewnątrz, płynnej w środku, ale chyba jeszcze nie nadszedł na to mój czas.

Dlatego na jakiś czas odpuściłam sobie próby zdobycia krówkowego Gralla domowej roboty i zainteresowałam się innymi rodzajami niż naszą ulubioną, polską. Dobrze jest przecież wiedzieć jak smakują "inne" krówki i czy przesadą jest czczenie polskich, jako jedynie prawdziwych.

Otóż... wszystko zależy od nastawienia. Oni nie znają naszych, my ichnich, a obie strony zgodnie się upierają, że ich jest właściwa. A nie lepiej założyć, że oba rodzaje są doskonałe, tylko po prostu inne? Takie stwierdzenie,  które skutkuje murowanym zerwaniem z dziewczyną/chłopakiem, jako odpowiedź na pytanie "Jaka/Jaki był?" po złapaniu na gorącym uczynku, w przypadku krówek z różnych krajów po krótkim namyśle doprowadza jednak do chwilowego zawieszenia broni. Trzeba mieć tylko otwarty umysł i na tyle dużo ciekawości, by wtykać nos w cudze tradycje i testować, testować, testować...

Poza wnioskami jakie widać powyżej, inspiracja nadeszła także z innej strony. Jakiś czas temu serial "Jak poznałem waszą matkę." święcił rekordy popularności, do momentu aż w końcu w żenującym finale poznaliśmy tę matkę po ośmiu latach i serial... odszedł w zapomnienie.
Jednakże podłapało mi się stamtąd parę rzeczy: nazywanie "Barneyem Stinnsonem" każdego kolesia - psa na baby o rozbuchanym ego i libido i maluteńkim poczuciu własnej wartości, oraz sędzia Marshall "Wielki ciągut" Eriksen.
Ten nieszczęsny ciągut nadal jest dla mnie tajemnicą. Czemu ciągut i na dodatek wielki? Kiedy to było? I czy tak w sumie jest to ważne, skoro ciekawsze jest jest samo określenie, dosyć trafnie przetłumaczone z "Big Fudge"? Fudge, jak się okazało to anglosaska krówka, a reszta już mnie przestała interesować, gdy ponownie usłyszałam ostatnio to określenie i padło ono na podatny grunt, podczas przeglądania przepisów na Pintereście.

Jak to zwykle u mnie bywa, od serialu do pina, zaczęłam grzebać na potęgę w przepisach. Niestety większość typowych receptur na anglosaską krówkę zawierało w sobie składniki i skróty, jakie mnie generalnie odrzucają: krem z pianek i syrop kukurydziany - obydwa tak słodkie, że nawet mnie, miłośniczkę słodyczy, zęby bolą. No ale, pomijając fakt, że syrop kukurydziany zastąpiłabym pewnie Golden Syrupem, tak krem z pianek musiałabym robić sama. Na dodatek próbować tego ulepku i użyć do jego wyrobu wspomnianego wyżej zabójstwa sacharozą i termometru cukierniczego.
Roboty co niemiara,  termometr by się pewnie i przydał na więcej razy, ale kremu z pianek nie używałabym do niczego poza tą krówką. Zupełnie nieopłacalne, tak jak i płacić ponad 20 złotych za słoiczek w sklepie internetowym.
Ale... nie ma sytuacji bez wyjścia. Wstukując nazwę "fudge" postanowiłam w pewnym momencie dodać określenia mówiące o braku kremu z pianek i syropu kukurydzianego w przepisie. I wiecie co? Znalazło się całkiem niezłe grono przepisów na staromodne fudge, robione przez babki obecnych blogerów, gdy te obrzydliwie słodkie dodatki nie były jeszcze w powszechnym stosowaniu.
Otworzyłam link, zapoznałam się z przepisem i jego cudownie znanymi składnikami, zakasałam rękawy i otrzymałam w efekcie niezwykły wyrób, który może mieć postać nie tylko cukierków, ale i ... smarowidła!

Słodkie, słodkie, słodkie! Ludzie na diecie nie powinni nawet zerkać na ten przepis, bo ilość cukru w nim jest przerażająca. Jednak jest ona potrzebna, by zastąpić "skróty" i uzyskać odpowiednią konsystencję krówki na etapie przygotowywania. Jednakże w gotowym już produkcie, gdy krówkę spożywa się z czymś kwaśnawym, jej słodycz ślicznie zlewa się z przykładowym dżemem z pigwy, a czekoladowo-pomarańczowe aromaty upajają podniebienie.

Nie da się jej jednak zjeść na raz w dużych ilościach, aczkolwiek zachodzi tu podobna prawidłowość, jak przy cieście brownie "Uśmiercenie Czekoladą". Zjesz jeden kawałek i masz wrażenie, że do jutra nie tkniesz słodyczy. Żadnej. A tu nagle po kwadransie znosi cię w okolice lodówki i zabierasz się za kolejny kawałek. Mimochodem:)
Oto magia krówek, nie ważne z jakiego krańca świata. Działa bez pudła na każdego.
Poddajcie się jej i wy. Słodyczy w życiu nigdy za wiele...
Przepis wzięty stąd, nieco zmodyfikowany, ale generalnie podążałam za nim dokładnie w samym procesie wyrobu krówki.



Składniki:

3 łyżki niesłodzonego kakao w proszku
3/4 szklanki mleka
2 i 1/2 szklanki cukru (tak jest, aż tyle, to nie jest błąd)
4 łyżki masła, miękkiego ale nie roztopionego (nie da się zastąpić margaryną)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 łyżeczka olejku pomarańczowego
szczypta soli


Wykonanie:

Przygotowujemy sobie wysoki garnek o grubym dnie. Ścianki nie mogą być niskie, bo podczas gotowania krówki wykipi nam w moment. Najlepiej przyjąć, że na wysokość będziemy potrzebować co najmniej drugie tyle miejsca, ile zajmą nam wsypane doń składniki sypkie.

Do tego garnka wsypujemy kakao, cukier i sól i mieszamy starannie ze sobą, aby wszystko się połączyło razem.

Następnie stawiamy garnek na średni ogień i za pomocą drewnianej łyżki (dlatego drewnianej, że przy pomocy metalowej możecie się poparzyć, bowiem dość długo będzie ona w użyciu, jednocześnie będąc w kontakcie z bardzo gorącą krówką) mieszając nią powoli ale jednostajnie w garnczku, wolnym strumieniem zaczynamy wlewać mleko.

Gdy mleko już zostanie wlane, nieustannie mieszając, doprowadzamy powstałą miksturę do wrzenia.

Pod wrzącym zaczątkiem krówki zmniejszamy ogień na mały i odkładamy łyżkę. Nie wolno nam nią ani niczym innym tknąć krówki od tego momentu, do czasu aż będzie prawie gotowa. Musi się robić sama i wierzcie mi, jeśli ogień jest mały, a garnczek wystarczająco duży, to nic się nie przypali, nie zwęgli ani nie przylepi.

Łyżka z daleka od krówki, i wrzącą masę zostawiamy na malutkim ogniu na 15-20 minut. Niech się gotuje w najlepsze. W tym czasie się podniesie na prawie drugie tyle, ile było proszku w garnku wcześniej. Opieramy się pokusie mieszania, by opadła i w razie zagrożenia wykipieniem, regulujemy jedynie ogień.

Przygotowujemy sobie w tym czasie szklankę zimnej wody z lodem i wstawiamy ją dodatkowo do lodówki. Musi być bardzo chłodna, gdyż w niej będziemy testować gotowość mikstury do stania suę krówką.

Naczynie, w które przelejemy naszą masę albo smarujemy masłem, albo wykładamy folią aluminiową. Obie wersje powinny zdać egzamin, ale z folii będzie nam wygodniej odczepiać krówkę. Ja wymaśliłam przykrywkę od szklanego, niewielkiego naczynia żaroodpornego.

Gdy minęło nam 15-20 minut wrzenia przyszłej krówki, wyciągamy szklankę z wodą z lodówki, w masie nadal siedzącej na ogniu maczamy koniec łyżki drewnianej  - żadnego mieszania! - i kroplę masy wpuszczamy do szklanki z zimną wodą. Potem wtykając do szklanki palce, sprawdzamy, czy ta kropla da się uformować w miękką kulkę (dokonujemy tzw. "soft ball testu") i pozostaje w tej formie. Jeśli nie, pozwalamy naszej krówce gotować się dalej w garnku przez następne 5 minut.

Proces powtarzamy tak długo, aż w końcu kulka uformować się da. Nie przegapicie tego momentu, bo jest tak charakterystyczny jak zmiędlenie w palcach miękkiej kuleczki plasteliny. A to uczucie zna każdy:) W moim przypadku gotowałam tylko dodatkowe 5 minut po tych pierwszych 20. Kulka zrobiła się bardzo szybko.

Gdy kulka w końcu nam wyjdzie, wyłączamy ogień i odstawiamy garnek z kuchenki. Do garnka dodajemy masło, ekstrakt z wanilii i olejek pomarańczowy. Ponownie żadnego mieszania. One same się będą rozpuszczać w masie przez następne 20 minut.

Nie ruszamy w tym czasie, nie tykamy niczym, obserwujemy i wąchamy jeśli mamy ochotę. Potrząsanie garnkiem też nie jest wskazane.

Dopiero po upływie tych 20 minut łapiemy drewnianą łyżkę i mieszamy dokładnie zawartość garnka, rozcieramy, aż połączymy wszystko razem. Krówkę, masło i ekstrakty.

Rozcieramy każdą grudkę i mieszamy tak długo, aż masa z błyszczącej zacznie robić się matowa. Ciągle mieszanie jest potrzebne, by nadać krówce jedwabistą konsystencję. Oraz ochłodzić, przez co zacznie nam szybciej tężeć w przygotowanym naczyniu.
Do procesu rozcierania radzę zatrudnić mężczyznę. Na pewno rozboli was ręka już w połowie roboty, podczas gdy matu jeszcze nie będzie;)

Gdy masa będzie już bardziej matowa niż błyszcząca i wyraźnie twardsza, a mieszanie będzie szło coraz ciężej, przelewamy szybko krówkę do przygotowanego naczynia. Wygładzamy powierzchnię ile się da i zostawiamy w temperaturze pokojowej aż będzie już tylko ciepła.

Następny krok zależy od tego, co chcielibyście uzyskać z tej masy.

Smarowidło:
 W obecnej postaci, miękkiej, ale już nie gorącej, posłużyć może znakomicie jako smarowidło krówkowo-czekoladowo-pomarańczowe do, praktycznie, wszystkiego. Naleśniki, gofry, chleb i tak dalej. Jest świetnym zastępstwem Nutelli dla dzieciaków, które ją lubią, ale mają uczulenie na orzechy, tak jak mój Młody, więc Nutelli nie mogą jeść. W tym domowym kremie nie zaplątał się ani gram orzecha, a posmakuje wybornie każdemu maluchowi. Więc jeśli chcemy zrobić sobie smarowidło, zwyczajnie przekładamy powstałą masę  - tak na oko z tej ilości składników wyjdzie nam 30-40 deko masy krówkowej - do szklanego, wyparzonego słoiczka z zamknięciem i trzymamy w temperaturze pokojowej. Nic się jej stać nie powinno.

Krówki:
Jeśli natomiast mamy życzenie zajadać się krówkami w kawałkach, niezbędne będzie chłodzenie. Masę przelaną do naczynia i tylko ciepłą, wstawiamy do lodówki na noc. Co najmniej na kilka godzin, by porządnie stwardniała. Po tym czasie wyjmujemy i albo odczepiamy od niej folię i kroimy masę w kostki, albo przez kilka sekund trzymamy naczynie nad zapalonym palnikiem, a potem za pomocą szpachetki ostrożnie staramy się odczepić krówkę od boków i dnia naczynia, w możliwie jak największej, nietkniętej powierzchni.Przykrywamy następnie płachtą folii aluminiowej i odwracamy naczynie do góry dnem, by masa na nie wypadła. Trzeba jej będzie pomóc.
Po tej procedurze kroimy krówkę w kostki.

Kwestia tekstury. Nie spodziewajcie się twardych, przemysłowych, polskich krówek. Fudge, czyli krówka anglosaska jest miękka, o konsystencji prawie takiej jak krucha krówka o wilgotnym wnętrzu, i nawet po tym chłodzeniu w lodówce, twarda nie będzie. Dlatego dobrze jest nawet pokrojoną trzymać stale w lodówce, jeśli chcemy, by zachowała zjadliwą twardość. Zostawiona na noc w temperaturze pokojowej prędzej czy później podzieli los smarowidła.

Poniżej kilka zdjęć poglądowych: Krówka w naczyniu, oraz smarowidełko. A krówki z masy macie w dwóch odsłonach powyżej.

Smacznego:)











poniedziałek, 23 listopada 2015

Cytrynowe ciasto "niemożliwe" (Lemon impossible pie)

Albo "cytrynowe niemożliwium", jak zaczęłam je nazywać. Ot tak, bo ładniej to brzmi, pasuje do ciasta, a poza tym przypomina mi całkiem fajny film "Jądro ziemi" ("The Core"), w którym ekipa zdesperowanych ludzi udaje się do wnętrza ziemi, poruszyć eksplozją nuklearną jej jądro, pojazdem uczynionym z materiału, który nie ma prawa istnieć, a jednak istnieje. I działa. I to jak!

Ciasto co prawda nie ma nic wspólnego (poza podprowadzoną nazwą) z maszynerią umożliwiającą powstrzymanie kataklizmu ziemi, ale jest równie dzikim wymysłem kogoś za wielką wodą, który tak po prawdzie, udać się nie powinien. No bo niby jak może nam się udać tarta, której surowa forma jest płynna jak mleko, nie robi jej się spodu, nie robi jej się wierzchu, tylko wylewa w foremkę na tartę wyścieloną papierem do pieczenia i czeka na cud? A cud się dzieje po około 40 minutach, a ty, niedowiarku, padaj na kolana i bij czołem przed piekarnikiem.
Ciasto "niemożliwe" samo, podczas pieczenia, wytwarza sobie spód - cieniuteńki, kruchuteńki, nawet nie zdajesz sobie sprawy, że tam jest, póki ci nagle nie zacznie chrupać w zębach. Samo wytwarza sobie warstwę wierzchnią, nawet bardziej chrupiącą niż spód, a środek jego pozostaje gładkim, przyjemnym, chłodnym (rzecz jasna po ochłodzeniu upieczonego ciasta) rodzajem budyniu, którego zwyczajnie nie ma się dość.
Starczy powiedzieć, że jak u mnie w domu długość życia nowego wypieku to około 1,5-2 dni, tak cytrynowe "niemożliwium" zniknęło w kilka godzin.

Jak podpowiadają przepisy, ciasto tego typu należy do kategorii "custard". Czyli jest to ciasto jajeczne o konsystencji utwardzonego budyniu. Tyle, że nie ugotowanego, a upieczonego. Cięższe składniki mieszanki, typu mąka, cukier podczas pieczenia opadają na dno, tworząc spód, a lżejsze górę ciasta. Można dodatkowo tę górę jeszcze powiększyć, dodając utartego kokosa albo wiórków migdałowych. One też polecą w górę i podczas pieczenia pogrubią i zrobią bardziej chrupką warstwę wierzchnią.
Ile jednak smaków, tyle będzie ciast "niemożliwium". Ja akurat za kokosem nie przepadam, a migdałów nie miałam w domu, więc dokonałam całkowicie podstawowej wersji ciasta "niemożliwego", dosmaczając je jedynie cytryną.

No i wyszło ciekawie. Perfekcyjnie jako baza do dalszego rozwoju. Spójrzcie na zdjęcia. A na samym dole przepisu, podam kilka swoich pomysłów na rozbudowę niemożliwium, by z bazy zrobiło się szaleństwem smakowym.
Zapraszam.
Przepis wzięty stąd. Zmodyfikowany.



Składniki:

2 szklanki mleka
4 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 szklanki mąki
5 łyżek stopionego masła
3/4 szklanki cukru
sok wyciśnięty z jednej cytryny
skórka otarta z 1 cytryny

Wykonanie:

Nastawić piekarnik na 180 stopni Celsjusza.
Blaszkę do tarty wyścielić papierem do pieczenia aż do samej góry. Nawet niech wystają uszy. Musimy zabezpieczyć ciasto przed wylaniem się.

Wszystkie składniki miksujemy razem.

Ciasto arcy-ostrożnie przelewamy do wyścielonej papierem formy (można to robić nawet już w piekarniku, gdy wstawiliśmy tam blachę; w ten sposób unikniemy rozchlapania się płynnej zawartości blaszki podczas przenosin do piekarnika).

Pieczemy przez 45 minut. Ciasto najpierw urośnie nam tak, że zajdzie niebezpieczeństwo iż się wyleje (dlatego aż taki zapas papieru pozostawiliśmy wystający z formy). Po wyłączeniu piekarnika opadnie do normalnej, płaskiej wysokości. Gotowe będzie już po 45 minutach, gdy środek będzie jeszcze miękki.

Ciasto wyciągamy z piekarnika, ochładzamy w temperaturze pokojowej, a potem na co najmniej 3 godziny (lub i na całą noc) wkładamy do lodówki. Wcześniej lepiej nie kroić, bo zupełnie się rozleje. Niemożliwium musi mieć czas, by ładnie stężeć.

A teraz kwestia zjadania.

Jak widać takie całkiem podstawowe, prezentuje się skromnie. Może dla niektórych zbyt prosto. Dlatego sądzę, że dobrze jest uważać to za ciasto-bazę. Podstawę do dalszych kombinacji już z upieczonym i ochłodzonym. Ale możemy spokojnie jeść i takie. Naprawdę jest pyszne.

Natomiast poniżej prezentuję wam kilka wariantów, jakie można zastosować w przypadku tego ciasta. Wszystkie dodatki i ozdóbki zewnętrzne dokładamy po całonocnym pobycie ciasta w lodówce:

Wariant I: Z kokosem

Do wymienionych składników dosypujemy 1 szklankę rozdrobnionego kokosu (wiórków na przykład).
Reszta przepisu idzie dokładnie tak samo, jak baza. Różnicę dostrzeżemy w grubszej, kokosowej warstwie wierzchniej. Będzie też wyglądać bardziej dekoracyjnie. Jest to właściwie najbardziej rozpowszechniona forma ciasta "niemożliwego", z tym kokosem. Jednak, jak wspominałam, ani nie miałam w domu, ani nie miałam ochoty.

Wariant II: Z mieszanką orzechów, migdałów, innego, rozdrobnionego dobra

Generalnie ta sama zasada co przy kokosie, tylko wiórki kokosowe zastępujemy innym składnikiem. Ponownie wylądują na górze i utworzą puchaty, chrupiący wierzch.

Wariant III: Z owocami lub bitą śmietaną

Najprościej: bierzemy na przykład puszkę z pokrojonym ananasem (owoc dowolny, ale fajnie, by był żółty lub pomarańczowy, by nam pasował do cytrynowego "niemożliwium") i odsączywszy zawartość wysypujemy kawałeczki owoców na wierzch zimnego ciasta. Lub też robimy bitą śmietanę z aromatem cytrynowym (ubijamy na sztywno śmietankę 30%, potem dodajemy cukier wedle smaku i sok z cytryny) i z niej pierzynkę dla ciasta (jak w przypadku Key Lime Pie).