piątek, 27 listopada 2015

Krówka czekoladowo-pomarańczowa w dwóch odsłonach

Co to jest krówka, każdy Polak i w każdym wieku wie. Smakowite cukierki mleczne, słodkie, o rozmaitej fakturze: od mordoklejek, wyrywających plomby z zębów podczas ciamkania, do kruchutkich, z prawie płynnym środkiem. Te ostatnie akurat są moimi ulubionymi, te pierwsze wielbi mój mąż, a Młody nic nie wielbi, bo jeszcze nie poznał się na krówkach i ich smaku toffi. Dla niego są "fe" i koniec. Ale to się jeszcze zmieni, oj tak.
Rzecz jasna krówki mają swoje odpowiedniki gdzie się da. Rosyjskie iryski (kojarzymy z lat rządów PRL-u, bez wątpienia), anglosaskie butterscotch lub fudge, nawet i szwedzi i francuzi mają swoje odmiany. Każda, rzecz jasna, jedynie podobna do polskiej "krówki", każda uwielbiana przed swoich "wyznawców" i uważana za jedynie prawdziwą.
Ale generalnie ichnie krówki i nasze krówki mają podstawowy skład ten sam: mleko/śmietanka, masło, oraz cukier, plus dodatki. Te ingrediencje waży się rozmaicie, dłużej lub krócej, dodaje to i owo zależnie od regionu i w rezultacie z produktów-matek, powstają kompletnie się różniące od siebie słodycze, ale bez wątpienia mające coś wspólnego.

Większość wielbicieli krówek, lubiących tkwić w kuchni prawdopodobnie jest już po pierwszej próbie zrobienia ulubionego przysmaku domową metodą. Ja również. I, niestety, podobnie jak w przypadku gofrów, przepisów, które udają się "na pewno" jest multum, nie wiadomo w który wsadzić łapki, a poza tym, patrząc na swoje doświadczenie z krówkami, z większości z nich wychodzą mordoklejki, co mnie średnio raduje. Ja ciągle próbuję uzyskać krówkę o tej idealnej konsystencji kruchej z zewnątrz, płynnej w środku, ale chyba jeszcze nie nadszedł na to mój czas.

Dlatego na jakiś czas odpuściłam sobie próby zdobycia krówkowego Gralla domowej roboty i zainteresowałam się innymi rodzajami niż naszą ulubioną, polską. Dobrze jest przecież wiedzieć jak smakują "inne" krówki i czy przesadą jest czczenie polskich, jako jedynie prawdziwych.

Otóż... wszystko zależy od nastawienia. Oni nie znają naszych, my ichnich, a obie strony zgodnie się upierają, że ich jest właściwa. A nie lepiej założyć, że oba rodzaje są doskonałe, tylko po prostu inne? Takie stwierdzenie,  które skutkuje murowanym zerwaniem z dziewczyną/chłopakiem, jako odpowiedź na pytanie "Jaka/Jaki był?" po złapaniu na gorącym uczynku, w przypadku krówek z różnych krajów po krótkim namyśle doprowadza jednak do chwilowego zawieszenia broni. Trzeba mieć tylko otwarty umysł i na tyle dużo ciekawości, by wtykać nos w cudze tradycje i testować, testować, testować...

Poza wnioskami jakie widać powyżej, inspiracja nadeszła także z innej strony. Jakiś czas temu serial "Jak poznałem waszą matkę." święcił rekordy popularności, do momentu aż w końcu w żenującym finale poznaliśmy tę matkę po ośmiu latach i serial... odszedł w zapomnienie.
Jednakże podłapało mi się stamtąd parę rzeczy: nazywanie "Barneyem Stinnsonem" każdego kolesia - psa na baby o rozbuchanym ego i libido i maluteńkim poczuciu własnej wartości, oraz sędzia Marshall "Wielki ciągut" Eriksen.
Ten nieszczęsny ciągut nadal jest dla mnie tajemnicą. Czemu ciągut i na dodatek wielki? Kiedy to było? I czy tak w sumie jest to ważne, skoro ciekawsze jest jest samo określenie, dosyć trafnie przetłumaczone z "Big Fudge"? Fudge, jak się okazało to anglosaska krówka, a reszta już mnie przestała interesować, gdy ponownie usłyszałam ostatnio to określenie i padło ono na podatny grunt, podczas przeglądania przepisów na Pintereście.

Jak to zwykle u mnie bywa, od serialu do pina, zaczęłam grzebać na potęgę w przepisach. Niestety większość typowych receptur na anglosaską krówkę zawierało w sobie składniki i skróty, jakie mnie generalnie odrzucają: krem z pianek i syrop kukurydziany - obydwa tak słodkie, że nawet mnie, miłośniczkę słodyczy, zęby bolą. No ale, pomijając fakt, że syrop kukurydziany zastąpiłabym pewnie Golden Syrupem, tak krem z pianek musiałabym robić sama. Na dodatek próbować tego ulepku i użyć do jego wyrobu wspomnianego wyżej zabójstwa sacharozą i termometru cukierniczego.
Roboty co niemiara,  termometr by się pewnie i przydał na więcej razy, ale kremu z pianek nie używałabym do niczego poza tą krówką. Zupełnie nieopłacalne, tak jak i płacić ponad 20 złotych za słoiczek w sklepie internetowym.
Ale... nie ma sytuacji bez wyjścia. Wstukując nazwę "fudge" postanowiłam w pewnym momencie dodać określenia mówiące o braku kremu z pianek i syropu kukurydzianego w przepisie. I wiecie co? Znalazło się całkiem niezłe grono przepisów na staromodne fudge, robione przez babki obecnych blogerów, gdy te obrzydliwie słodkie dodatki nie były jeszcze w powszechnym stosowaniu.
Otworzyłam link, zapoznałam się z przepisem i jego cudownie znanymi składnikami, zakasałam rękawy i otrzymałam w efekcie niezwykły wyrób, który może mieć postać nie tylko cukierków, ale i ... smarowidła!

Słodkie, słodkie, słodkie! Ludzie na diecie nie powinni nawet zerkać na ten przepis, bo ilość cukru w nim jest przerażająca. Jednak jest ona potrzebna, by zastąpić "skróty" i uzyskać odpowiednią konsystencję krówki na etapie przygotowywania. Jednakże w gotowym już produkcie, gdy krówkę spożywa się z czymś kwaśnawym, jej słodycz ślicznie zlewa się z przykładowym dżemem z pigwy, a czekoladowo-pomarańczowe aromaty upajają podniebienie.

Nie da się jej jednak zjeść na raz w dużych ilościach, aczkolwiek zachodzi tu podobna prawidłowość, jak przy cieście brownie "Uśmiercenie Czekoladą". Zjesz jeden kawałek i masz wrażenie, że do jutra nie tkniesz słodyczy. Żadnej. A tu nagle po kwadransie znosi cię w okolice lodówki i zabierasz się za kolejny kawałek. Mimochodem:)
Oto magia krówek, nie ważne z jakiego krańca świata. Działa bez pudła na każdego.
Poddajcie się jej i wy. Słodyczy w życiu nigdy za wiele...
Przepis wzięty stąd, nieco zmodyfikowany, ale generalnie podążałam za nim dokładnie w samym procesie wyrobu krówki.



Składniki:

3 łyżki niesłodzonego kakao w proszku
3/4 szklanki mleka
2 i 1/2 szklanki cukru (tak jest, aż tyle, to nie jest błąd)
4 łyżki masła, miękkiego ale nie roztopionego (nie da się zastąpić margaryną)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 łyżeczka olejku pomarańczowego
szczypta soli


Wykonanie:

Przygotowujemy sobie wysoki garnek o grubym dnie. Ścianki nie mogą być niskie, bo podczas gotowania krówki wykipi nam w moment. Najlepiej przyjąć, że na wysokość będziemy potrzebować co najmniej drugie tyle miejsca, ile zajmą nam wsypane doń składniki sypkie.

Do tego garnka wsypujemy kakao, cukier i sól i mieszamy starannie ze sobą, aby wszystko się połączyło razem.

Następnie stawiamy garnek na średni ogień i za pomocą drewnianej łyżki (dlatego drewnianej, że przy pomocy metalowej możecie się poparzyć, bowiem dość długo będzie ona w użyciu, jednocześnie będąc w kontakcie z bardzo gorącą krówką) mieszając nią powoli ale jednostajnie w garnczku, wolnym strumieniem zaczynamy wlewać mleko.

Gdy mleko już zostanie wlane, nieustannie mieszając, doprowadzamy powstałą miksturę do wrzenia.

Pod wrzącym zaczątkiem krówki zmniejszamy ogień na mały i odkładamy łyżkę. Nie wolno nam nią ani niczym innym tknąć krówki od tego momentu, do czasu aż będzie prawie gotowa. Musi się robić sama i wierzcie mi, jeśli ogień jest mały, a garnczek wystarczająco duży, to nic się nie przypali, nie zwęgli ani nie przylepi.

Łyżka z daleka od krówki, i wrzącą masę zostawiamy na malutkim ogniu na 15-20 minut. Niech się gotuje w najlepsze. W tym czasie się podniesie na prawie drugie tyle, ile było proszku w garnku wcześniej. Opieramy się pokusie mieszania, by opadła i w razie zagrożenia wykipieniem, regulujemy jedynie ogień.

Przygotowujemy sobie w tym czasie szklankę zimnej wody z lodem i wstawiamy ją dodatkowo do lodówki. Musi być bardzo chłodna, gdyż w niej będziemy testować gotowość mikstury do stania suę krówką.

Naczynie, w które przelejemy naszą masę albo smarujemy masłem, albo wykładamy folią aluminiową. Obie wersje powinny zdać egzamin, ale z folii będzie nam wygodniej odczepiać krówkę. Ja wymaśliłam przykrywkę od szklanego, niewielkiego naczynia żaroodpornego.

Gdy minęło nam 15-20 minut wrzenia przyszłej krówki, wyciągamy szklankę z wodą z lodówki, w masie nadal siedzącej na ogniu maczamy koniec łyżki drewnianej  - żadnego mieszania! - i kroplę masy wpuszczamy do szklanki z zimną wodą. Potem wtykając do szklanki palce, sprawdzamy, czy ta kropla da się uformować w miękką kulkę (dokonujemy tzw. "soft ball testu") i pozostaje w tej formie. Jeśli nie, pozwalamy naszej krówce gotować się dalej w garnku przez następne 5 minut.

Proces powtarzamy tak długo, aż w końcu kulka uformować się da. Nie przegapicie tego momentu, bo jest tak charakterystyczny jak zmiędlenie w palcach miękkiej kuleczki plasteliny. A to uczucie zna każdy:) W moim przypadku gotowałam tylko dodatkowe 5 minut po tych pierwszych 20. Kulka zrobiła się bardzo szybko.

Gdy kulka w końcu nam wyjdzie, wyłączamy ogień i odstawiamy garnek z kuchenki. Do garnka dodajemy masło, ekstrakt z wanilii i olejek pomarańczowy. Ponownie żadnego mieszania. One same się będą rozpuszczać w masie przez następne 20 minut.

Nie ruszamy w tym czasie, nie tykamy niczym, obserwujemy i wąchamy jeśli mamy ochotę. Potrząsanie garnkiem też nie jest wskazane.

Dopiero po upływie tych 20 minut łapiemy drewnianą łyżkę i mieszamy dokładnie zawartość garnka, rozcieramy, aż połączymy wszystko razem. Krówkę, masło i ekstrakty.

Rozcieramy każdą grudkę i mieszamy tak długo, aż masa z błyszczącej zacznie robić się matowa. Ciągle mieszanie jest potrzebne, by nadać krówce jedwabistą konsystencję. Oraz ochłodzić, przez co zacznie nam szybciej tężeć w przygotowanym naczyniu.
Do procesu rozcierania radzę zatrudnić mężczyznę. Na pewno rozboli was ręka już w połowie roboty, podczas gdy matu jeszcze nie będzie;)

Gdy masa będzie już bardziej matowa niż błyszcząca i wyraźnie twardsza, a mieszanie będzie szło coraz ciężej, przelewamy szybko krówkę do przygotowanego naczynia. Wygładzamy powierzchnię ile się da i zostawiamy w temperaturze pokojowej aż będzie już tylko ciepła.

Następny krok zależy od tego, co chcielibyście uzyskać z tej masy.

Smarowidło:
 W obecnej postaci, miękkiej, ale już nie gorącej, posłużyć może znakomicie jako smarowidło krówkowo-czekoladowo-pomarańczowe do, praktycznie, wszystkiego. Naleśniki, gofry, chleb i tak dalej. Jest świetnym zastępstwem Nutelli dla dzieciaków, które ją lubią, ale mają uczulenie na orzechy, tak jak mój Młody, więc Nutelli nie mogą jeść. W tym domowym kremie nie zaplątał się ani gram orzecha, a posmakuje wybornie każdemu maluchowi. Więc jeśli chcemy zrobić sobie smarowidło, zwyczajnie przekładamy powstałą masę  - tak na oko z tej ilości składników wyjdzie nam 30-40 deko masy krówkowej - do szklanego, wyparzonego słoiczka z zamknięciem i trzymamy w temperaturze pokojowej. Nic się jej stać nie powinno.

Krówki:
Jeśli natomiast mamy życzenie zajadać się krówkami w kawałkach, niezbędne będzie chłodzenie. Masę przelaną do naczynia i tylko ciepłą, wstawiamy do lodówki na noc. Co najmniej na kilka godzin, by porządnie stwardniała. Po tym czasie wyjmujemy i albo odczepiamy od niej folię i kroimy masę w kostki, albo przez kilka sekund trzymamy naczynie nad zapalonym palnikiem, a potem za pomocą szpachetki ostrożnie staramy się odczepić krówkę od boków i dnia naczynia, w możliwie jak największej, nietkniętej powierzchni.Przykrywamy następnie płachtą folii aluminiowej i odwracamy naczynie do góry dnem, by masa na nie wypadła. Trzeba jej będzie pomóc.
Po tej procedurze kroimy krówkę w kostki.

Kwestia tekstury. Nie spodziewajcie się twardych, przemysłowych, polskich krówek. Fudge, czyli krówka anglosaska jest miękka, o konsystencji prawie takiej jak krucha krówka o wilgotnym wnętrzu, i nawet po tym chłodzeniu w lodówce, twarda nie będzie. Dlatego dobrze jest nawet pokrojoną trzymać stale w lodówce, jeśli chcemy, by zachowała zjadliwą twardość. Zostawiona na noc w temperaturze pokojowej prędzej czy później podzieli los smarowidła.

Poniżej kilka zdjęć poglądowych: Krówka w naczyniu, oraz smarowidełko. A krówki z masy macie w dwóch odsłonach powyżej.

Smacznego:)











poniedziałek, 23 listopada 2015

Cytrynowe ciasto "niemożliwe" (Lemon impossible pie)

Albo "cytrynowe niemożliwium", jak zaczęłam je nazywać. Ot tak, bo ładniej to brzmi, pasuje do ciasta, a poza tym przypomina mi całkiem fajny film "Jądro ziemi" ("The Core"), w którym ekipa zdesperowanych ludzi udaje się do wnętrza ziemi, poruszyć eksplozją nuklearną jej jądro, pojazdem uczynionym z materiału, który nie ma prawa istnieć, a jednak istnieje. I działa. I to jak!

Ciasto co prawda nie ma nic wspólnego (poza podprowadzoną nazwą) z maszynerią umożliwiającą powstrzymanie kataklizmu ziemi, ale jest równie dzikim wymysłem kogoś za wielką wodą, który tak po prawdzie, udać się nie powinien. No bo niby jak może nam się udać tarta, której surowa forma jest płynna jak mleko, nie robi jej się spodu, nie robi jej się wierzchu, tylko wylewa w foremkę na tartę wyścieloną papierem do pieczenia i czeka na cud? A cud się dzieje po około 40 minutach, a ty, niedowiarku, padaj na kolana i bij czołem przed piekarnikiem.
Ciasto "niemożliwe" samo, podczas pieczenia, wytwarza sobie spód - cieniuteńki, kruchuteńki, nawet nie zdajesz sobie sprawy, że tam jest, póki ci nagle nie zacznie chrupać w zębach. Samo wytwarza sobie warstwę wierzchnią, nawet bardziej chrupiącą niż spód, a środek jego pozostaje gładkim, przyjemnym, chłodnym (rzecz jasna po ochłodzeniu upieczonego ciasta) rodzajem budyniu, którego zwyczajnie nie ma się dość.
Starczy powiedzieć, że jak u mnie w domu długość życia nowego wypieku to około 1,5-2 dni, tak cytrynowe "niemożliwium" zniknęło w kilka godzin.

Jak podpowiadają przepisy, ciasto tego typu należy do kategorii "custard". Czyli jest to ciasto jajeczne o konsystencji utwardzonego budyniu. Tyle, że nie ugotowanego, a upieczonego. Cięższe składniki mieszanki, typu mąka, cukier podczas pieczenia opadają na dno, tworząc spód, a lżejsze górę ciasta. Można dodatkowo tę górę jeszcze powiększyć, dodając utartego kokosa albo wiórków migdałowych. One też polecą w górę i podczas pieczenia pogrubią i zrobią bardziej chrupką warstwę wierzchnią.
Ile jednak smaków, tyle będzie ciast "niemożliwium". Ja akurat za kokosem nie przepadam, a migdałów nie miałam w domu, więc dokonałam całkowicie podstawowej wersji ciasta "niemożliwego", dosmaczając je jedynie cytryną.

No i wyszło ciekawie. Perfekcyjnie jako baza do dalszego rozwoju. Spójrzcie na zdjęcia. A na samym dole przepisu, podam kilka swoich pomysłów na rozbudowę niemożliwium, by z bazy zrobiło się szaleństwem smakowym.
Zapraszam.
Przepis wzięty stąd. Zmodyfikowany.



Składniki:

2 szklanki mleka
4 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 szklanki mąki
5 łyżek stopionego masła
3/4 szklanki cukru
sok wyciśnięty z jednej cytryny
skórka otarta z 1 cytryny

Wykonanie:

Nastawić piekarnik na 180 stopni Celsjusza.
Blaszkę do tarty wyścielić papierem do pieczenia aż do samej góry. Nawet niech wystają uszy. Musimy zabezpieczyć ciasto przed wylaniem się.

Wszystkie składniki miksujemy razem.

Ciasto arcy-ostrożnie przelewamy do wyścielonej papierem formy (można to robić nawet już w piekarniku, gdy wstawiliśmy tam blachę; w ten sposób unikniemy rozchlapania się płynnej zawartości blaszki podczas przenosin do piekarnika).

Pieczemy przez 45 minut. Ciasto najpierw urośnie nam tak, że zajdzie niebezpieczeństwo iż się wyleje (dlatego aż taki zapas papieru pozostawiliśmy wystający z formy). Po wyłączeniu piekarnika opadnie do normalnej, płaskiej wysokości. Gotowe będzie już po 45 minutach, gdy środek będzie jeszcze miękki.

Ciasto wyciągamy z piekarnika, ochładzamy w temperaturze pokojowej, a potem na co najmniej 3 godziny (lub i na całą noc) wkładamy do lodówki. Wcześniej lepiej nie kroić, bo zupełnie się rozleje. Niemożliwium musi mieć czas, by ładnie stężeć.

A teraz kwestia zjadania.

Jak widać takie całkiem podstawowe, prezentuje się skromnie. Może dla niektórych zbyt prosto. Dlatego sądzę, że dobrze jest uważać to za ciasto-bazę. Podstawę do dalszych kombinacji już z upieczonym i ochłodzonym. Ale możemy spokojnie jeść i takie. Naprawdę jest pyszne.

Natomiast poniżej prezentuję wam kilka wariantów, jakie można zastosować w przypadku tego ciasta. Wszystkie dodatki i ozdóbki zewnętrzne dokładamy po całonocnym pobycie ciasta w lodówce:

Wariant I: Z kokosem

Do wymienionych składników dosypujemy 1 szklankę rozdrobnionego kokosu (wiórków na przykład).
Reszta przepisu idzie dokładnie tak samo, jak baza. Różnicę dostrzeżemy w grubszej, kokosowej warstwie wierzchniej. Będzie też wyglądać bardziej dekoracyjnie. Jest to właściwie najbardziej rozpowszechniona forma ciasta "niemożliwego", z tym kokosem. Jednak, jak wspominałam, ani nie miałam w domu, ani nie miałam ochoty.

Wariant II: Z mieszanką orzechów, migdałów, innego, rozdrobnionego dobra

Generalnie ta sama zasada co przy kokosie, tylko wiórki kokosowe zastępujemy innym składnikiem. Ponownie wylądują na górze i utworzą puchaty, chrupiący wierzch.

Wariant III: Z owocami lub bitą śmietaną

Najprościej: bierzemy na przykład puszkę z pokrojonym ananasem (owoc dowolny, ale fajnie, by był żółty lub pomarańczowy, by nam pasował do cytrynowego "niemożliwium") i odsączywszy zawartość wysypujemy kawałeczki owoców na wierzch zimnego ciasta. Lub też robimy bitą śmietanę z aromatem cytrynowym (ubijamy na sztywno śmietankę 30%, potem dodajemy cukier wedle smaku i sok z cytryny) i z niej pierzynkę dla ciasta (jak w przypadku Key Lime Pie).



sobota, 21 listopada 2015

Serniko-brownie z wiśniami

Brownie tu i brownie tam, pełno go w moim blogu. Wygląda z kątów, mruga okiem z kilku tematów nawet z nim nie związanych za bardzo, występuje w kilku odmianach, ale przede wszystkim prosto i jasno mówi o tym, że to jest ten typ ciasta czekoladowego, jaki ja wprost ubóstwiam.
Serniki też bardzo lubię. Nawet jeden tu wylądował, o ten, ale przyjdzie jeszcze czas na drugi, klasyczny, mój ulubiony, bez spodu i mąki ziemniaczanej i trzeci na zimno, którego robienie jest tradycją w moim domu na święta i mężowskie urodziny. Ponieważ on sernik na zimno kocha, a na klasycznie pieczone oświadcza "fe" i tylko raz zrobił wyjątek. Przy nowojorskim.

Co jednak zrobić, gdy masz ochotę na oba ciasta, a upiec pasuje tylko jedno? Połączyć oba! I jeszcze dowalić mu wisienek, dla kompletnego już zawrotu głowy i zachwycenia smakiem.

O tym cieście usłyszałam od ciotki znajomej z Facebooka, a raczej zobaczyłam zdjęcie wypieku i zmartwiałam z zachwytu. Sporo czasu od tego momentu upłynęło, ciasto zostało już zaprezentowane na fejsie, zanim jeszcze pomyślałam o tym, by prowadzić bloga, ale w końcu należy je i tu uwiecznić. I chyba nawet stworzę dla tej kombinacji brownie osobną kategorię, skoro tyle ich pęta się po okolicy w rozmaitych formach.

Proste jak budowa cepa, jeśli chodzi o wykonanie. Miksujesz jedne składniki, miksujesz drugie, wylewasz jedne na drugie i posypujesz wiśniami. Do piekarnika i voila! Czekoladowo-serkowa mieszanka, w którą z rozkoszą wbija się zęby, mięsista, słodka, ale nie muli. I jeszcze ten kapitalny kwasek i świeżość wiśni.

Nie ma się co zastanawiać, tu trzeba się za nie wziąć i to natychmiast!

Skrócę więc tę felkę do absolutnego minimum i od razu podam przepis i smakowite zdjęcia. Lizaliście kiedyś monitor komputera? Nie? No to przygotujcie jęzory i ślinianki, bo zaraz tego dokonacie, a potem znikniecie w kuchni, robić własną wersję tego cukierniczego objawienia.

Przepis za fenomenalną Nigellą Lawson. Ja tylko zmieniłam owoce na ulubieńsze i zwiększyłam ilość czekolady, oraz mąki by czekoladowej masy wyszło więcej.




Składniki:

3 tabliczki gorzkiej czekolady
1 kostka miękkiego masła
40 dkg cukru
5 jajek
1 szklanka mąki
40 dkg serka kremowego (ponownie, nie mielony, a gładziutki, bez wyczuwalnej w smaku soli)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1-2 solidne garście wydrylowanych wiśni do posypania ciasta (świeżych lub mrożonych)


Wykonanie:

 Nagrzewamy piekarnik na 170 stopni Celsiusza.

Standardową blaszkę do ciasta wykładamy papierem do pieczenia.

Czekolady łamiemy na kawałki i rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy na bok by ostygła.


 Masło i 25 deka cukru miksujemy, aż uzyskamy puszystą masę. Następnie do tej masy wbijamy po jednym 3 jajka, za każdym razem wmiksowując je starannie w masę.

Do powstałej masy wlewamy podstudzoną czekoladę i wsypujemy mąkę. Starannie miksujemy całość ciasta, a następnie połowę przelewamy na blaszkę wyścieloną papierem.

W oddzielnej misce ubijamy serek kremowy, pozostały cukier i jajka oraz ekstrakt z wanilii, aż utworzą gładziutką masę.

Masę serkową wylewamy na wcześniej wylaną masę brownie. Następnie bierzemy resztę masy brownie i wylewamy fantazyjnie na wierzch serkowej. Możliwe, że nie zostanie aż tak dużo, by pokryć całość, więc sugeruję wylać ją fantazyjnie tak, by na całym cieście były ciapy czekoladowe. Potem można jeszcze przeciągnąć po niej łyżką, robiąc wirki i nieco mieszając, by wyszedł nam ładny marmurek w przekroju ciasta.

Przygotowane wcześniej, wydrelowane wiśnie rozsypujemy po gotowym do pieczenia cieście.

Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy 40-45 minut, aż na widocznej na górze masie brownie utworzy się charakterystyczna skorupka, a patyczek wtykany w ciasto wyciągamy suchy.
Nie przeciągajmy czasu pieczenia. Ciasto musi wyjść mokre, jako brownie, a masa sernikowa upieczona.

Wyjąć z piekarnika, ostudzić i podawać chętnym, ostrzącym sobie już na nie zęby.

Podawanie sugeruję jak leci. Dodatków mu zupełnie nie potrzeba, bo wszystko już ma w składzie. Ewentualnie kapkę bitej śmietany z dodatkiem cytryny.

Smacznego!


 



niedziela, 15 listopada 2015

Ciastka cytrynowe Sansy Stark

Cóż nam mówi książka o tej przepysznej, kuszącej kubki smakowe potrawie:

" (...)Później podano nerkówkę, pasztet z gołębia i pieczone jabłka pachnące cynamonem, a
także cytrynowe ciasteczka posypane cukrem, lecz Sansa czuła się już tak najedzona, że
zdołała tylko zjeść dwa ciasteczka, chociaż bardzo je lubiła.(...)"
(George R.R. Martin, "Gra o tron")

Niewiele, szczerze mówiąc. W całej serii przewijają się często, ale autor zdecydowanie skąpi nam szczegółów, poza tym, że Starkowie je lubią, są cytrynowe i posypane cukrem. Nadto, można je zjadać, rwąc z nich kawałeczki. No i coś to już jest, ale generalnie bardzo ciężko byłoby je odtworzyć z tak mizernej ilości szczegółów. Ale w sumie, biorąc pod uwagę, że przeciętny czytelnik, o ile jednocześnie nie interesuje się kuchnią, nie zwróci uwagi na takie detale, to nikomu nie jest potrzebne więcej informacji, poza tym, że są to ulubione ciastka Sansy Stark.

Zacznijmy od razu od wyjaśnienia: ciastka, które ja wam proponuję to NIE SĄ dokładnie te ciastka, jakie są wielokrotnie opisywane w książkach. Absolutnie i zupełnie nie. Nawet mimo tego, że HBO zapodaje pierwowzór przepisu jaki użyłam do wypieku, jako oficjalny. W serialu, gdy są pokazywane, absolutnie nie pasują do tego, co wychodzi z przepisu, więc ktoś tu poszedł na łatwiznę, albo podłączył bloga znajomka pod sławę serialu i serii książek, bo kto mu zabroni?
Dlaczego tak uważam, jeśli George R.R. Martin ponoć zaparafkował przepis od HBO, jako prawdziwy? Dlatego, że zaparafkował on również jako prawdziwy inny przepis w innej książce, z którego wychodzą zupełnie inne ciastka. I samo to powinno wystarczać za tłumaczenie. Ale pokuszę się o więcej.
Zarówno w serialu, jak i w książkach sposób jedzenia tych ciastek (skubanie przez Sansę, na ten przykład, lub wrzucanie do paszczy, jakby to były cukierki), sugeruje zbitą konsystencję. Skubie się muffiny na przykład. Albo ewentualnie twardsze ciastka, nie posiadające miękkiej, ciągnącej konsystencji. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że najlepiej by tu pasowały w sumie ciastka do których dodaje się serka kremowego, ale... nie, nie bardzo. Cytrynowe ciastka Sansy muszą być maxi cytrynowe, bez dodatków, które ten smak przytłumią.
Zresztą sama nazwa oryginalna " lemon cakes" sugeruje cięższe ciasto. Nie ma tu miejsca na puddingi, ooey-gooey, mud i wszystko inne, co sugeruje wilgotne lub ciągnące się ciasto. Jak nic, muszą być rodzajem muffinek.

Dlaczego więc nie zrobiłam muffinek? Albowiem lubię wyzwania i ładnie wyglądające wypieki, które wychodzą z ciekawie brzmiących przepisów. Poza tym muffinki już znam, a tego zwariowanego ciastka wcześniej nie dość, że nie widziałam, to jeszcze nie znałam jego smaku. Pal sześć, że ciastka Sansy nie są ciastkami Sansy. Są za to absolutnie niezwykłe i cytrynowe w smaku do obłędu. Nadto i niezbyt słodkie, puchowe, prawie jak pudding chlebowy (anglosaskie ciasto o konsystencji podobnej do budyniu, tylko pieczone), wilgotne... no, super. Jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. I można się nauczyć nowej techniki pieczenia, podczas wypróbowywania tego przepisu.
Przepis wzięty stąd. Nie modyfikowany (jak nie mam pojęcia, co mi ma wyjść, to nie szaleję... przynajmniej za pierwszym razem).





Składniki:

1/2 szklanki cukru (i jeszcze trochę, by obsypać nim kokilki, w których będziemy piec)
2 jajka (żółtka i białka osobno)
3 łyżki i 1 dodatkowa łyżka mąki
szczypta soli
2/3 szklanki maślanki
2 i 1/2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
skórka otarta z 1 i 1/2 cytryny
cukier puder do posypania


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 148 stopni Celsjusza.

Kokilki (6 sztuk) smarujemy roztopionym masłem na dnie i po bokach i lekko posypujemy cukrem. Nadmiar cukru strzepujemy.

W jednej misce mieszamy suche składniki: cukier, mąkę i sól.

W drugiej misce ubijamy mikserem maślankę, sok z cytryny, żółtka i skórkę otartą z cytryny. Gdy mikstura jest już gładka i starannie zmieszana, dosypujemy do niej składniki suche i miksujemy aż się wszystko razem połączy.

W osobnej miseczce ubijamy białka z jajek z odrobiną soli, aż utworzą pianę.

Następnie pianę z białek delikatnie mieszamy za pomocą łyżki z utworzoną wcześniej masą cytrynową. Część piany na pewno wypłynie nam na górę, ale mieszając starannie, acz delikatnie, w końcu je połączymy. Kawałkami piany, które mimo wszystko nam pozostaną tu i tam nie ma się co przejmować, ponieważ dzięki temu spód naszych ciastek ostatecznie wyjdzie bardziej puszysty.

Nastawiamy wodę w garnczku lub czajniku i zagotowujemy.

Wyjmujemy głębokie naczynie żaroodporne i ustawiamy w nim przygotowane wcześniej kokilki.

Każdą kokilkę napełniamy ciastem do mniej więcej 2/3 wysokości.

Naczynie żaroodporne wraz z kokilkami wkładamy do piekarnika. Będziemy je za chwilę napełniać świeżo zagotowaną wodą, więc dobrze jest częściowo wysunąć blachę piekarnika wraz z naczyniem, dla wygody całego procesu.

Napełniamy gorącą wodą ostrożnie naczynie żaroodporne na taką wysokość, aby sięgało każdej kokilce zanurzonej w niej, do połowy wysokości.

Przykrywamy naczynie płachtą folii aluminiowej i wsuwamy do piekarnika ostrożnie. Piekarnik zamykamy.

Pieczemy w ten sposób nasze ciastka około 25 minut. Następnie zdejmujemy folię i kontynuujemy pieczenie jeszcze przez 15 minut, do momentu aż ciastka będą leciutko złote na górze.

Po tym czasie naczynie z wodą i ciastkami wyciągamy z piekarnika i nie odlewając wody, pozwalamy im się studzić w temperaturze pokojowej do momentu aż będziemy w stanie je dotknąć ręką. Jakieś 5 minut.

Po tym czasie wyciągamy kokilki z wody i studzimy dalej, aż staną się zupełnie chłodne. Jeśli jednak chcemy je spożyć jeszcze ciepłe, możemy je ostrożnie zaserwować już teraz.

W tym celu kokilkę przykrywamy talerzykiem (powierzchnią żerną) i odwracamy całą konstrukcję do góry nogami. Kokilkę można klepnąć jeszcze w dno i ewentualnie zatrząść, ale ciastko powinno wypaść bez problemu z odgłosem, jaki przyrównałabym do mokrego i odsysającego się.

Następnie nieodzowne jest posypanie ciastka cukrem pudrem. Ciasteczka są kwaśnawe, nieco słodyczy im nie zaszkodzi. Można je również ozdobić (tak jak ja to zrobiłam) odrobiną domowej, owocowej frużeliny (przepis na moją znajdziecie w tym miejscu).

I zajadać. Konsystencja zdecydowanie was zaskoczy, chociaż zjadane na ciepło wydają mi się delikatniejsze niż zupełnie zimne. No cóż, w tej kwestii najlepiej zdać się na samego siebie:)


wtorek, 10 listopada 2015

Proziaki

Ci, co znają mnie odrobinę, wiedzą, że jedną z moich pasji (poza ciężką muzyką i fantasy w każdej postaci, przede wszystkim książkowej) jest zainteresowanie kulturą wczesnośredniowieczną. Jeszcze gdy miałam więcej pary ku temu i czasu, bawiłam się w odtwórstwo historyczne i trzeba przyznać, że moja wikińska völva - wiedźma, z duńskiej nacji i z czasów mniej więcej 9-10 wieku była jedyna w swoim rodzaju. Potem pojawiło się nas więcej i w mojej drużynie i w drużynach bratnich, czy to słowiańskich, czy odtwarzających kulturę wikingów. Grunt, że byłam jedną z pierwszych i bardzo miło wspominam ten czas.
Mimo jednak tego, że już nie odtwarzam, nadal interesuję się wczesnym życiem naszych przodków. Zarówno słowiańskich, jak i celtyckich oraz wikińskich. Źródeł, by swą pasję zaspokajać jest dosyć, szczególnie w kwestii broni i ubiorów, ale niestety maleńko w kwestiach dla nich tak zwyczajnych, że przekazy są bardzo szczątkowe i musimy polegać na strzępach wiedzy. Jedną z tych kwestii jest kuchnia naszych przodków.
Nie raz i nie dwa, za czasów swego odtwórstwa miałam ogromną ochotę ugotować coś, czego nie powstydziłaby się kobieta z dziesiątego wieku i żeby nie była to w kółko kasza wymieszana z mięsem. Co z ich wypiekami? Co ze słodyczami w dobie, gdy cukier był dla nich zamorską przyprawą i dosładzali wszystko miodem?
Większości takich rzeczy możemy się obecnie tylko domyślać, zbierać drobiny informacji i niekiedy polegać tylko na tym, co mieli przodkowie do dyspozycji, bo przepisów, moi drodzy, nie zapisywano wówczas dla potomności. Nie było takiej potrzeby, bowiem matki przekazywały córkom wiedzę ustnie i praktycznie, córki swoim córkom i tak to szło, z biegiem czasu pewnie modyfikowane, ulepszane. I w końcu ze starożytnego przepisu pozostawał tylko cień, nazwa, wspomnienie wyryte w pamięci i słowa "to jest przepis mojej babci, a jej przekazała go jej babcia".

Z odmętów rozważań o utraconych skarbach przeszłości, pragnę jednak powrócić na właściwe wody. Dla wszystkich, którzy tak jak ja, zatęsknili za smakami przeszłości, pojawiła się niedawno nadzieja. Trafiła się dwójka odtwórców, którzy wzięli się z pasją za odtwarzanie starożytnych przepisów kulinarnych Słowian. Owocem ich pracy jest książka: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Autorami są Hanna i Paweł Lis. I powiem wam szczerze: jest to niesamowita skarbnica wiedzy, zawierająca nie tylko rewelacje w dziedzinie odkryć na temat produktów wczesnych mieszkańców naszych ziem, ale także ciężką drogę odtwórcy w odkrywaniu starej wiedzy i fantastyczne zdjęcia, dokumentujące w jaki sposób być może gotowano w dawnych czasach, gdy nie było prądu. Że nie wspomnę o tym, że ku mej głodnej radości zaopatrzono książkę w mnóstwo przepisów, zarówno w wersji "piekarnikowej" jak i w niektórych przypadkach, do wytwarzania pewnych dań starymi metodami. Raj dla odtwórcy, powiadam wam, i zdecydowanie polecam książkę każdemu łowcy nieznanych niekiedy smaków.
Z książki tej podam wam kilka przepisów już wypróbowanych na dania, z których potem wyrosły znane nam obecnie zupy, napitki i słodkości. Jednakże to, z biegiem czasu i w odpowiednim dziale.

Dziś za to przekażę wam przepis na pewien stary, stareńki wypiek, charakterystyczny dla podkarpacia i Polski południowej, nieznany, jak się okazuje tym z "centralnej" i północy. Nie występuje on co prawda w wyżej wspomnianej, rozkosznej książce, ale jest właśnie tym daniem, jakie matka przekazuje córce, a ta z kolei swojej i ta linia ciągnie się zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość długim, pachnącym chlebem i historią cięgiem.

A czemu chlebem? Bowiem chodzi o bułeczki. Tak konkretnie to o Proziaki. Nazwa dziwna - dla nas. Nasi przodkowie bez trudu zorientowaliby się o co chodzi i na dodatek od razu wskazaliby składnik, czyniący bułeczki tak dobrymi, puszystymi, a jednocześnie mięsistymi, czyli prozę. A Proza to po staropolsku Soda. Dodatek kefiru w cieście czyni je jeszcze starszym i bardziej historycznym, szczególnie, że nie jest to obecnie często stosowany do wypieków dodatek. Jednak powoli wraca do łask, co mnie ogromnie cieszy, gdyż zdecydowanie czyni wszelakie wypieki bardziej interesującymi, niż powszechnie stosowane mleko lub śmietana.
Oryginalnie proziaki piec się powinno na patelni, rumieniąc z obu stron. Ale ja zaproponuję wam nowomodną wersję, która, moim zdaniem daje nam znacznie bardziej puszyste, większe bułeczki niż te "patelniane" spłaszczone i nieco nieładne, bo bezkształtne. No i generalnie zdrowsze, bo na blachę i folię nie dodajemy tłuszczu, który niezbędny byłby przy "patelnianych". Jednak jeżeli chcecie spróbować i tego i tego sposobu, możecie spokojnie wykorzystać niniejszy przepis do eksperymentów, gdyż zmiana sposobu obróbki termicznej wpływa tylko na końcowy wygląd i puszystość. Smak pozostaje ten sam.

Proziaki najlepiej zjadać jeszcze ciepłe, posmarowane masłem lub konfiturą. Same, lub jako dodatek do innych starych dań, na przykład zagryzając nimi polewkę grzybową. Jakkolwiek jednak je zjecie, obiecuję, że będziecie zadowoleni i nieraz pojawią się one u was w domu jako zastępstwo sklepowego "chleba powszedniego" albo bułek.
Sklepowe proziaki też są, ale szczerze - absolutnie ich nie polecam. Tylko się zniechęcicie i nie poznacie jak może smakować własnołapnie uczyniony proziaczek - historyczny ukłon w stronę naszych prababek i niewątpliwa rozkosz dla podniebienia.





Składniki:

1/2 kg mąki
400 ml kefiru naturalnego
szczypta soli
1 płaska łyżeczka sody

Wykonanie:

 Mąkę, sodę i sól mieszamy ze sobą i wysypujemy na stolnicę, czyniąc z nich górkę.

W centralnej części górki robimy dołek, do którego wlewamy na początek trochę kefiru.

W kefir i mąkę wtykamy palce i wyrabiamy kefir i suche składniki w gładką grudkę ciasta, którą odkładamy na chwilę na bok stolnicy. Do mąki dolewamy kolejną porcję kefiru i ponownie ponawiamy proces wyrabiania grudki. Każdą kolejną doklejamy do powstałych i urabiamy chwilę w palcach, by je ze sobą połączyć w większą kulę. Proces powtarzamy do momentu aż skończą nam się składniki, a kula z ciasta będzie gładka i ścisła.

Nastawiamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Stolnicę lekko posypujemy mąką.

Kulę ciasta rolujemy w wałek grubości nadgarstka. Następnie za pomocą noża kroimy go na mniej więcej kwadratowe kawałki.

Każdy kawałek bierzemy w dłonie i spłaszczamy do grubości ok. 1,5 centymetra.

Proziaki układamy na blasze od piekarnika wyścielonej folią, zostawiając między nimi niewielkie odstępy (trochę urosną).

Wkładamy bułeczki do piekarnika i pieczemy na jednej stronie do momentu aż zaczną twardnieć. Następnie odwracamy je na drugą stronę (spód powinien w tym momencie być już złotawy) i pieczemy do wyzłocenia drugiej strony.

Wyjmujemy z piekarnika i pozwalamy im nieco ostygnąć.
Gdy dadzą się już wziąć w ręce, możemy jeść. Z masłem, konfiturą, jako dodatek do zup i gulaszu. Nawet i same.

Proziaki przechowywać można do 3 dni w pudełku z zamknięciem, ale nie wytrzymają tyle, bo rodzina się rzuci na nie jak zwariowana i pochłonie w jeden;)

Smacznego:)


niedziela, 8 listopada 2015

Ciasteczka z truskawkami i serkiem kremowym

Dawno już po sezonie na tak smaczne, aromatyczne owoce, jakimi są truskawki. I jak zwykle, rozpaczam w porze jesiennej, że za mało sezon wykorzystałam, by zrobić z nich wszystko, na co miałam ochotę. Mogłam przecież zrobić jeszcze tartę! Jeszcze konfitur trochę. Zamiast zjadać na pniu pół kilo wprost z łubianki, mogłam zrobić ciasto drożdżowe i truskawkami je obłożyć. Mogłam... ale już za późno na płacze, świeże truskawki zobaczę znowu dopiero w przyszłym roku, w czerwcu. Bo tego, co zaraz się pojawi w sklepach, Made in Spain, o wyglądzie truskawki, ale smaku papieru i absolutnym braku właściwego aromatu, z podwójną przebitką cenową za malutki koszyczek, nie mam zamiaru nawet tykać.
Wytrwam. Jakoś. Szczególnie, że jak co roku przytomnie zamroziłam kilogram lub dwa tych owoców na zimę, do celów wszelakich. Co prawda to nie to samo co świeże truskawki, ale mrożone, prawdziwe, polskie zawsze są lepsze niż hiszpańskie mutanty. Po rozmrożeniu oczywiście stracą kształt i staną się trochę ciapowate, jak potraktowane zbyt ostro sztućcem, ale wiecie co? Nawet takie ciapowate są smaczniejsze niż świeże zza granicy. Przywołują wspomnienie lata, a smak... no smak prawie jak właściwy, tylko zamrożony i rozmrożony.

Pomińmy jednak dalsze deliberacje nad polskimi truskawkami i ich wyższością nad produktem cieplarnianym, sprzedawanym w zimie i przejdźmy do tego, co możemy zrobić, jeśli w porze jesienno-zimowej zapragniemy letniego smaku prawdziwych truskawek.
Ano możemy to pragnienie zaspokoić jedynie mrożonymi lub ich przetworami. I jakkolwiek dżemy i konfitury można wspaniale dodawać do ciast, to owoce mrożone są bardzo ryzykowne i nie wiadomo jak zareagują na rozmrażanie, mieszanie z ciastem i dalszą obróbkę termiczną. To zawsze jest ryzyko, że zrobi nam się nieapetyczna ciapa, miąższ połączy się całkowicie z ciastem i otrzymamy różowe coś o dziwnej konsystencji i słabej woni owoców. Lub nadmiar wody nam wycieknie do ciasta i zrobi się zakalec, że huhu! Ale, jak jest tak przemożne pragnienie truskawki w cieście, to człowiek jest w stanie poważyć się na wiele. Szczególnie gdy trafi na przepis, który do niego przemówił, zdjęcia wyglądają obiecująco, a proces wypieku oraz dobór składników jest tak mądry i logiczny, że jest nadzieja, że coś z tego wyjdzie.

Natrafiłam na taki przepis. Podeszłam do niego z ogromnym wahaniem. Co prawda składniki nie są aż tak drogie, żeby potem nie stać cię było na powtórkę, ale kiepsko reaguję, jak mi coś nie wychodzi i na jakiś czas sobie odpuszczam dane ciasto. Ale jak tu odpuści ciąg do truskawek!?

Zaryzykowałam i powiem wam, że w życiu nie jadłam takich ciasteczek:) Konsystencja miękka, ale ani nie lepka, ani nie kruszą się w rękach. Sprężyste, mięsiste, takie, w których się aż chce zatapiać zęby. Są w doskonałej równowadze pomiędzy typowymi amerykańskimi ciastkami, płaskimi, "subwayowymi", a wyrośniętymi, domowymi półkruchymi, zapewne dzięki dodatkowi serka kremowego w składzie, oraz dyskretnych kawałeczków białej czekolady. Co do smaku, słodkie, ale z kolei truskawki są kwaśnawe, więc balans jest idealny i nie zamulają! Super rzecz, nawet dla ludzi, co wolą swe wypieki wytrawnymi.
A te truskawki, mimo, że nie zostają w takiej postaci, jakbyśmy chcieli (szczególnie jeśli użyjemy w przypływie rozpaczliwej tęsknoty, mrożonych), nie niszczą ciasta, zostawiając je w ładnym, kremowym kolorze, pięknie czerwieniąc się na powierzchni i w środku w truskawkowych kawałkach.
Ach, co za mlask!
Mlaszczcie i wy. Oto przepis. Oto i skowyt truskawek z zamrażalnika! Na pewno już wiecie, co będę ponownie robić, jak tylko skończę zamieszczać post na blogu:D
Przepis wzięty z tej strony. Jak zwykle zmodyfikowany.


Składniki:

3/4 szklanki pokrojonych, świeżych (lub mrożonych) truskawek
1 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki soli
1/4 szklanki miękkiego, pokrojonego w wiórki masła
90 g serka kremowego (broń Boże mielonego, musi być taki sam kremowy, jak używalibyśmy do sernika nowojorskiego, gładziutki i najlepiej absolutnie bez soli)
3/4 szklanki cukru (pół na pół brązowy z białym, ale samego białego też można użyć)
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1-2 łyżki mąki
1 tabliczka białej czekolady, pokrojona w drobne kawałeczki
cukier kryształ do posypania ciastek (opcjonalnie)

Wykonanie:

Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza, a dużą blachę piekarnikową wyścielamy płachtą papieru do pieczenia.

Świeże, pokrojone truskawki mieszamy delikatnie z sokiem z cytryny, zostawiamy na kilka minut, a potem pozwalamy im odcieknąć. Jeżeli mamy mrożone, przede wszystkim musimy się z nich pozbyć nadmiaru wody. Dlatego przed krojeniem rozmrażamy je na sitku, nad garnkiem, do którego ścieknie woda i sok (szkoda marnować!). Potem delikatnie kroimy, starając się zachować ich strukturę w jak największym stopniu, odmierzamy odpowiednią ilość i postępujemy tak, jak z pokrojonymi świeżymi.

W jednej misce mieszamy razem mąkę, sól i proszek do pieczenia. Jeżeli pechowo mamy serek kremowy z dodatkiem soli (da się wyczuć w smaku), sól pomijamy.

W drugiej misce razem ubijamy masło z cukrem i serkiem kremowym, aż masa uzyska lekką, puszystą konsystencję. Do tej mieszaniny dodajemy następnie jajko i ekstrakt z wanilii i jeszcze trochę ubijamy.

Składniki suche dodajemy do składników mokrych, raz jeszcze mieszamy za pomocą miksera, by się porządnie połączyły.

Wsypujemy do powstałej masy posiekaną drobno białą czekoladę.

Odsączone truskawki posypujemy 1-2 łyżkami mąki i staramy się je wymieszać tak, by kawałki truskawek były nią równo pokryte. W przypadku mrożonych, mieszanie zaskutkuje nam prawie na pewno rozmazaniem się części kawałków owoców. Nic na to nie poradzimy, wymieszać z mąką je musimy, więc czynimy to jak się tylko da najdelikatniej. Następnie mieszaninę truskawek i mąki przekładamy do ciasta i delikatnie ze sobą mieszamy, starając się, by truskawki były uplasowane jak najdokładniej po całym cieście.

Na przygotowaną blachę z papierem do pieczenia nakładamy solidne łyżki stołowe ciasta, starając się te porcje uformować w kręgi lub równe kulki, ustalając odległość pomiędzy nimi na jakieś 2 i 1/2 centymetra. Będą rosnąć i nieco się rozlewać, więc aby się nie posklejały, odległości muszą być między nimi.

Blachę z surowymi ciastkami, przygotowanymi do pieczenia wkładamy na 5-10 minut do lodówki.

Po tym czasie, możemy, jeśli mamy ochotę, posypać każde ciastko odrobiną cukru dla ozdoby, lub zrobić to pod sam koniec pieczenia. Nie jest to jednak wymogiem, ciastka i tak będą wystarczająco słodkie.

Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 15-20 minut (w zależności od piekarnika jaki mamy, grzanie góra-dół), lub do momentu, aż ciastkom zaczną się mocno wyzłacać boki.

Po upieczeniu wyciągamy z piekarnika, zostawiamy na blasze jeszcze przez 5 minut i dopiero potem przenosimy na kratkę, albo inną powierzchnię, na której będą się mogły ochłodzić całkowicie.

Smacznego:)






piątek, 30 października 2015

Pumpkin Pie (tarta dyniowa)

Dynie są w naszym kraju niedoceniane. Zdecydowanie, jest to jedno z tych warzyw, którego w czasach mojego dzieciństwa, ze trzydzieści lat temu, nie widywało się na rynku. Tak samo jak coraz popularniejszy obecnie rodzimy jarmuż i pasternak, który wraca do łask jako godne zastępstwo dla pietruszki, tak dynię traktowano po macoszemu. I chociaż dynie zdecydowanie nie są z Polski rodem (przywędrowały do Europy z Ameryki jakoś w dziewiętnastym stuleciu), to świetnie im podeszła polska ziemia i zaczęto je hodować.
Oczywiście, dynie z działki pamiętam. Ale nigdy nie widziałam, by moje babcie, mama czy ktokolwiek z rodziny je przerabiał na coś zjadliwego. Przypuszczam, że pełniły raczej  rolę dekoracyjną, podnoszącą ducha działkowca ("patrz sąsiedzie, jaka ze mnie hodowczyni, taaaaką mam dynię!"), wreszcie, nie było po prostu jakoś zwyczaju by dynie jeść.
Chociaż... chwilę myślałam nad tym, czemu dynie są tak po macoszemu traktowane i doszłam do wniosków, że tylko częściowo z powodu braku zwyczaju jedzenia tego warzywa w domach polskich. Chociaż koleżanka, z którą ostatnio gadałyśmy na ten temat, trochę potwierdziła moje domysły: pokolenie przed nami po prostu nie robiło z dyni nic, albo prawie nic. Skąd ta niechęć, która odsunęła od polaków przecież fantastycznie smaczną rzecz? Wydaje mi się, że tajemnica tkwi w smaku. Dynia w sumie... nie ma go. Nic szczególnego nie czujesz, jak spróbujesz miąższu dyni bez dodatków. Słodkawy i mdły. Na dodatek do tego miąższu trzeba się przebijać przez potwornie twardy pancerz za pomocą noża (o ile nie wpadło się na pomysł pieczenia jej w piekarniku ze skórą)... samo to pewnie odstraszało połowę ciekawskich, a smak pogonił resztę.
Jednakże nikt nam nie każe jeść dyni bez niczego, bo faktycznie kiepski to pomysł. Zaletą tego mdłego smaku jest jednak to, że fantastycznie miąższ dyni łączy się z intensywnymi w smaku  przyprawami.
Weźmiemy na przykład taką dynię, pozbawimy skóry, miąższ ugotujemy z warzywami na wywarze mięsnym, zblendujemy, doprawimy gałką muszkatołową, imbirem, pieprzem i solą i mamy taką zupę-krem o cudownie pomarańczowym kolorze, że mózg staje. I jaką dobrą, sycącą, smaczną jak wszyscy diabli.
Przepis na zupę tę zresztą podam wam na pewno na blogu. Sezon dyniowy w pełni, a jest on taki wspaniały, zmodyfikowany dodatkowo, że grzechem byłoby nie krzewić wiedzy i nie uświadamiać społeczeństwa, co traci przez niewiedzę.
Zupa-krem z dyni jest to jednak klasyk, że tak powiem. Pierwsza potrawa, jaka nasuwa się człowiekowi na myśl, gdy go zapytają o to, co można zrobić z dyni (poza potworem na Halloween z wydrążonej, ze świeczką w środku, zwanym przez pomysłodawców Jack'o'Lantern). I jakkolwiek my, Polacy, raczkujemy dopiero z dyniami i tym jak je można zagospodarować na co dzień w domach, poza prażeniem ich pestek, tak sąsiedzi zza wielkiej wody mają o wiele większe doświadczenie z tym warzywem i pomysły na nie, czasem tak wariackie, że brwi wędrują do góry.

Amerykanom dynia kojarzy się ze Świętem Dziękczynienia, do pary z indykiem, puree ze słodkich ziemniaków i częściowym ksenocydem większości rdzennej ludności amerykańskiej, ku chwale białego człowieka. Do tego ostatniego mają co prawda ambiwalentny stosunek ("daliśmy dzikusom cywilizację i zaopiekowaliśmy się ich ziemią!"), bo to zawsze lepiej nie pamiętać, na czym zbudowano molocha zwanego Ameryką, ale nie mnie oceniać w sumie, bo nie ja chodzę po tej ziemi. Tak czy siak "Mayflower" przypłynął z osadnikami na Nową Ziemię i na pamiątkę pierwszych, zebranych z amerykańskiej ziemi plonów, oraz uczty odprawionej, by podziękować Bogu za opiekę, podczas której spożywali według legendy tego dzikiego indyka, bataty i dynie (nic z tego nie jest prawdą według źródeł historycznych, ale, hej, jakoś nie widzę by im  to przeszkadzało; w końcu to oni spopularyzowali równie durny mit o Wikingu w hełmie z rogami na głowie) od z górą dwustu lat świętują Thanksgiving Day.

Spokojnie, nie zamierzam tu robić lekcji historii, acz tylko wspomnieć o tej dyni w rozmaitych okolicznościach. U nas traktowana po macoszemu i ledwie tykana, u amerykanów przerabiana jest na setki sposobów, w tym na tradycyjną Dziękczynną modłę - tartę dyniową, tak zwane słynne Pumpkin Pie, również często serwowane w Halloween (nazwa prawdopodobnie pochodzi od zwrotu "All-hallows Eve" - starodawnej nazwy Dnia Duchów) anglosaską odmianę naszych Dziadów oraz Samhain - celtyckiego święta duchów i zmor wszelakich.
A ponieważ ichnie święta tuż za rogiem, poganiane przez nasze, chrześcijańskie Wszystkich Świętych, nadarza się idealna okazja, by wypróbować wreszcie Pumpkin Pie i odkryć, o co chodzi z ciastem o warzywnym nadzieniu, za którym przepada Ameryka, więc, znając unikalną zdolność miąższu do przyjmowania aromatów - pewnie jest na słodko, skoro deser.

Ciasto tak tradycyjne nie mogło nie trafić do popkultury. Przykładów wymieniać nie będę, bo więcej ich niż ziarnek piasku. Każdy godny swej nazwy serial ma odcinek ze Świętem Dziękczynienia lub Halloween i tam zawsze jest Pumpkin Pie, czy to na stole, czy w tle, czy wspomniane... ale jest. O filmach i książkach nawet wspominać nie będę. Ba, wydaje mi się nawet, że i u Flipa i Flapa rzucali się tym ciastem (a może ciastem z kremem?) po twarzach i zdawali się być przeszczęśliwi. A machające języki zwierzaków z kreskówek i cieknąca z nich ślina w starciu z tym ciastem? Pumpkin Pie jest wszędzie. A skoro jest wszędzie, a ja lubię mierzyć się z, z pozoru niezwykłymi połączeniami smakowymi, których polskie stoły jeszcze nie znają, albo znają za mało - macie powód.

Jak w większości przypadków bywa - zabrałam  się przed pieczeniem za szukanie absolutnego klasyka. Drobny research jest ważny. Jaki jest sens w robieniu czegoś, czego się nigdy nie próbowało i nie zna się oryginalnego smaku i z miejsca bawienie się w kombinacje i rozmaite warianty tej potrawy? Najpierw ugotuj jajko w skorupce, potem próbuj jajka poszetowego (w koszulce gotowanego, bez skorupki). Badania doprowadziły mnie do podstawowych składników, które muszą wylądować w takiej tarcie dyniowej.
Czyli spód maślany, jasny, tarta musi być podawana otwarta, bez ciasta na górze, zazwyczaj w towarzystwie chmurki ubitej śmietanki na serwowanym kawałku. Podstawowy składnik nadzienia to puree z dyni (omijamy szerokim łukiem puszkowane, które koledzy amerykańcy z umiłowaniem stosują, bo szybciej, i robimy ze świeżej dyni), trzy - cztery podstawowe przyprawy korzenne, a także, o dziwo, mleko kondensowane. Co prawda z mlekiem kondensowanym w tarcie już się spotkałam, przy okazji dokonywania Key Lime Pie i efekty były spektakularne, ale jeszcze nie jest to dla mnie taki całkiem zwykły składnik jak jajka na przykład. I to są podstawy spotykane w większości przepisów na tartę dyniową. Tak więc szerokim łukiem ominęłam wołające o melasę, mąkę kukurydzianą, czy half and half (mieszankę mleka i śmietanki mającą około 11-13% tłuszczu) przepisy i jak po sznurku pognałam do klasyków.
Niestety, w wybranym klasyku używano gotowego spodu do tarty (podziękujemy), więc poszukałam innej wersji, gdzie spód robią od podstaw. Więc, jak zwykle, przepis mój jest mieszanką trzech innych, zmodyfikowaną na polskie realia, więc chyba daruję sobie podawanie źródeł (aczkolwiek jak ktoś zapragnie, to podam:))

I oto ono jest. Oto jest ONO (cytując pewnie już zapomnianego kandydata na prezydenta sprzed paru lat, pana Kononowicza, ale polityką nie zajmujemy się, bo zakalec nam się w cieście zrobi, nawet bez prób pieczenia, jak podobnie mawia mój mistrz słowa i mentor, niedościgły wzór w stylu pisania felietonów, pan Jerzy Iwaszkiewicz).

Pumpkin Pie w całej swej krasie. Nie przesadnie słodkie, mocno korzenne, niezwykłe w smaku. I faktycznie trudne do opisania komuś, kto go nie próbował, ale bardzo, bardzo ciekawe.

Patrzcie, zaciekawcie się. I zróbcie sami, bo jest zdumiewająco proste.








Składniki:

Spód: 

1 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki cukru
szczypta soli
1/2 szklanki zimnego masła, pokrojonego w kawałeczki
1 duże jajko
mąka, do podsypania stolnicy

Nadzienie:

2 szklanki puree z dyni (świeżej, szkoda wyrzucać kasę na puszkowane, o ile znajdziecie ten wymysł w polskich sklepach:) skoro taka jest lepsza i banalnie prosta do zrobienia)
1 i 3/4 szklanki słodzonego mleka kondensowanego (starczy nam jedna kupna puszka 530 ml)
2 duże jajka
1 łyżka stołowa ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonego imbiru
szczypta zmielonej gałki muszkatołowej
ewentualnie brązowy cukier do dosłodzenia nadzienia, zgodnie z własnym gustem


Wykonanie:

Najpierw przygotowujemy puree z dyni.

Wybieramy w sklepie nie za dużą, pomarańczową dynię. Taka o średnicy około 15-16 centymetrów wystarczy nam w sam raz na zrobienie nadzienia  do ciasta. Można też wybrać większą, nawet i kolosa, a potem nadmiar puree zamrozić na przyszłe użycie.

Dynię kroimy na pół, odcinamy ogonek, wybieramy włosie, pestki i całe badziewie ze środka, które nie jest miąższem i się go pozbywamy (można zachować, a potem uprażyć pestki, jeśli ktoś ma taką ochotę). Połówki dyni wraz ze skórą kroimy na plastry.

Plastry układamy obok siebie, skórą do dołu, na wyłożonej folią blasze od piekarnika i wsadzamy do nagrzanego na ok. 180-190 stopni Celsjusza. Pieczemy około 40-50 minut, lub do momentu aż miąższ, dziabnięty widelcem wydaje się nam miękki, a skóra jest przyprażona.

Wyciągamy dynie z piekarnika i po krótkim przestudzeniu ostrożnie oddzielamy nożem skórę od miąższu, tak, by jak najwięcej odzyskać tego ostatniego. Skórę wyrzucamy, miąższ wrzucamy do naczynia i blendujemy mikserem na gładziutką, złotą masę.

Zachowujemy sobie 2 szklanki, a resztę zamrażamy albo w plastikowych woreczkach, albo w szczelnych, plastikowych naczyniach, na przyszłość.

Następnie (lub w trakcie pieczenia się dyni) przygotowujemy spód do naszej tarty.

Na stolnicy mieszamy ze sobą mąkę, cukier i sól. Następnie za pomocą noża wkrawamy do suchych składników kawałeczki zimnego masła, by ostatecznie wpracować je w mąkę końcami palców. Mieszanina, którą chcemy uzyskać, finalnie ma nam przypominać płatki owsiane z kawałeczkami masła wielkości grochu.

Wbijamy w nią jajko i ponownie wkrawamy je nożem w ciasto, by na koniec zagnieść je szybko rękami w zbitą masę. Jeżeli wyszło nam za suche i nie chce się połączyć, kropimy je odrobiną zimnej wody.

Ciasto formujemy w kulę, następnie spłaszczamy do formy dysku, owijamy w folię i wkładamy do lodówki na co najmniej 1 godzinę.

Po tym czasie wyciągamy je z lodówki i rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy na kształt kręgu. Powinien on być nieco większy niż nasza forma na tartę, w której będziemy piec ciasto.

Foremkę maślimy starannie na dnie i po bokach.

Rozwałkowane ciasto nawijamy ostrożnie na wałek i transferujemy nad formę na tartę, którym ją ostrożnie przykrywamy. Następnie odkładamy wałek i przyciskamy ciasto do dna i boków formy, pilnując by poza boki foremki zwisało nadal sporo ciasta (tak około 2 centymetrów będzie idealnie).

Zwisające końce zawijamy do środka i przyciskamy do rantu (boku) formy tak, aby utworzyć szczególnie gruby boczek, który następnie ozdobimy sobie wyżłobieniami za pomocą palców lub zębów widelca, jak sobie zażyczymy. Jeśli się zdarzy, że mimo wysiłków, ciasta na bokach mamy za mało, by zrobić taki boczek, nie ma się co przejmować. Formy na tartę mają różne wielkości i głębokości. W takim przypadku staramy się tylko jak najdokładniej wykleić ciastem boki aż po samą górę, by nadzienie miało się w czym piec.

Foremkę z ciastem wkładamy do lodówki na co najmniej pół godziny.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza. 
Foremkę z ciastem wyciągamy z lodówki, kładziemy na dnie płachtę papieru do pieczenia i nasypujemy na nią grochu, fasoli lub specjalnych, szklanych kuleczek. Ten zabieg ma nam zapobiec wypchnięciu ciasta do góry przez powietrze podczas pieczenia.

Tak zabezpieczony spód tarty wkładamy do piekarnika, by się podpiekł około 15-20 minut.
Po tym czasie wyciągamy go na chwilę, pozbywamy się papieru i obciążenia i ponownie wkładamy ciasto do piekarnika na około 8-10 minut, lub do momentu aż zacznie się robić złoto-brązowe.

Po tym czasie wyciągamy podpieczony spód i pozwalamy mu ostygnąć.

Nie wyłączamy piekarnika, a w czasie, gdy ciasto chłodzi się, dokonujemy nadzienia.

Wszystkie składniki nadzienia wkładamy do miski od miksera. Jeżeli  nasze puree dyniowe wyprodukowało nam nadmiar wody, warto ją odlać, lub odsączyć nieco na sitku, nim połączymy je z resztą składników. Nie musicie się przejmować, że jego ilość bardzo się zmniejszy. Ciasto wyjdzie nawet z 1,5 szklanki puree, albo i nieco większej niż 2 szklanki, ilości. Chodzi o to, by nie było bardzo dużo cieczy w nadzieniu, chociaż finalnie i tak będziecie je przelewać, a nie przekładać łyżką.

Wszystkie składniki miksujemy ze sobą na wolnych obrotach aż się połączą razem i stworzą gładką masę.
Następnie dokonujemy testu smaku i jeżeli nadzienie jest za mało słodkie lub mało korzenne, dosypujemy brązowego cukru lub przypraw i miksujemy jeszcze chwilę. 
Po otrzymaniu właściwego smaku - nadzienie mamy gotowe.

Na wystudzoną formę z podpieczonym spodem wylewamy ostrożnie nadzienie do momentu aż będzie sięgać prawie do brzegów ciasta. Należy zostawić mu kilka milimetrów marginesu błędu, bo w czasie pieczenia będzie się podnosić. Szkoda, by się miało wylać.
Nadzienia prawdopodobnie nam zostanie (jak pisałam wcześniej, wszystko zależy od formy; oryginalnie piecze się Pumpkin Pie w głębszych foremkach na tartę niż nasze, standardowe). Można pozostałość wtedy zamrozić na przyszłe użycie, lub sprawdzić, czy aby nie stworzą się nam przypadkiem ciekawe w smaku dyniowo-korzenne lody:)

Ciasto z nadzieniem wsadzamy do nagrzanego piekarnika i przez 15 minut pieczemy w temperaturze 200 stopni. Po tym czasie skręcamy grzanie na 175 stopni Celsjusza i pieczemy przez kolejne 35 minut lub do momentu aż nadzienie z wierzchu nie będzie już płynne po bokach, ale jeszcze nieco będzie się poruszać w centrum ciasta, gdy próbnie poruszymy foremką.

Podczas pieczenia trzeba do ciasta zaglądać, ale jak najmniej uchylać drzwiczek piekarnika. 
Jeżeli zaczną się pojawiać bąble powietrza wypychające nadzienie, można za pomocą wykałaczki ostrożnie je dziabnąć, by to powietrze wypuścić. Opadną, a my unikniemy ryzyka przyjarania nadzienia.
Jeżeli z kolei zanadto zacznie nam brązowieć spód, przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia.

Gdy tarta dyniowa jest gotowa, wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczek i przez około 15 minut pozwalamy ciastu odpoczywać, nim wyjmiemy je na zewnątrz, by ostygło całkowicie w temperaturze pokojowej.

Po tym czasie, zimne, możemy ozdabiać korzenną bitą śmietaną (kubeczek śmietanki 30% zmiksowany z łyżeczką cynamonu do momentu aż nie będzie mieć płynnej konsystencji, na końcu wmiksowany cukier, w zależności od waszego smaku), dzielić na porcje i zjadać, dziwiąc się niezwykłemu smakowi.

Smacznego! Oraz...

Wesołego Halloween! Oíche Shamhna! Potwornych i pełnych wrażeń Dziadów!

Autor rysunku i źródło: terminarosa.deviantart.com