niedziela, 15 listopada 2015

Ciastka cytrynowe Sansy Stark

Cóż nam mówi książka o tej przepysznej, kuszącej kubki smakowe potrawie:

" (...)Później podano nerkówkę, pasztet z gołębia i pieczone jabłka pachnące cynamonem, a
także cytrynowe ciasteczka posypane cukrem, lecz Sansa czuła się już tak najedzona, że
zdołała tylko zjeść dwa ciasteczka, chociaż bardzo je lubiła.(...)"
(George R.R. Martin, "Gra o tron")

Niewiele, szczerze mówiąc. W całej serii przewijają się często, ale autor zdecydowanie skąpi nam szczegółów, poza tym, że Starkowie je lubią, są cytrynowe i posypane cukrem. Nadto, można je zjadać, rwąc z nich kawałeczki. No i coś to już jest, ale generalnie bardzo ciężko byłoby je odtworzyć z tak mizernej ilości szczegółów. Ale w sumie, biorąc pod uwagę, że przeciętny czytelnik, o ile jednocześnie nie interesuje się kuchnią, nie zwróci uwagi na takie detale, to nikomu nie jest potrzebne więcej informacji, poza tym, że są to ulubione ciastka Sansy Stark.

Zacznijmy od razu od wyjaśnienia: ciastka, które ja wam proponuję to NIE SĄ dokładnie te ciastka, jakie są wielokrotnie opisywane w książkach. Absolutnie i zupełnie nie. Nawet mimo tego, że HBO zapodaje pierwowzór przepisu jaki użyłam do wypieku, jako oficjalny. W serialu, gdy są pokazywane, absolutnie nie pasują do tego, co wychodzi z przepisu, więc ktoś tu poszedł na łatwiznę, albo podłączył bloga znajomka pod sławę serialu i serii książek, bo kto mu zabroni?
Dlaczego tak uważam, jeśli George R.R. Martin ponoć zaparafkował przepis od HBO, jako prawdziwy? Dlatego, że zaparafkował on również jako prawdziwy inny przepis w innej książce, z którego wychodzą zupełnie inne ciastka. I samo to powinno wystarczać za tłumaczenie. Ale pokuszę się o więcej.
Zarówno w serialu, jak i w książkach sposób jedzenia tych ciastek (skubanie przez Sansę, na ten przykład, lub wrzucanie do paszczy, jakby to były cukierki), sugeruje zbitą konsystencję. Skubie się muffiny na przykład. Albo ewentualnie twardsze ciastka, nie posiadające miękkiej, ciągnącej konsystencji. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że najlepiej by tu pasowały w sumie ciastka do których dodaje się serka kremowego, ale... nie, nie bardzo. Cytrynowe ciastka Sansy muszą być maxi cytrynowe, bez dodatków, które ten smak przytłumią.
Zresztą sama nazwa oryginalna " lemon cakes" sugeruje cięższe ciasto. Nie ma tu miejsca na puddingi, ooey-gooey, mud i wszystko inne, co sugeruje wilgotne lub ciągnące się ciasto. Jak nic, muszą być rodzajem muffinek.

Dlaczego więc nie zrobiłam muffinek? Albowiem lubię wyzwania i ładnie wyglądające wypieki, które wychodzą z ciekawie brzmiących przepisów. Poza tym muffinki już znam, a tego zwariowanego ciastka wcześniej nie dość, że nie widziałam, to jeszcze nie znałam jego smaku. Pal sześć, że ciastka Sansy nie są ciastkami Sansy. Są za to absolutnie niezwykłe i cytrynowe w smaku do obłędu. Nadto i niezbyt słodkie, puchowe, prawie jak pudding chlebowy (anglosaskie ciasto o konsystencji podobnej do budyniu, tylko pieczone), wilgotne... no, super. Jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. I można się nauczyć nowej techniki pieczenia, podczas wypróbowywania tego przepisu.
Przepis wzięty stąd. Nie modyfikowany (jak nie mam pojęcia, co mi ma wyjść, to nie szaleję... przynajmniej za pierwszym razem).





Składniki:

1/2 szklanki cukru (i jeszcze trochę, by obsypać nim kokilki, w których będziemy piec)
2 jajka (żółtka i białka osobno)
3 łyżki i 1 dodatkowa łyżka mąki
szczypta soli
2/3 szklanki maślanki
2 i 1/2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
skórka otarta z 1 i 1/2 cytryny
cukier puder do posypania


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik na 148 stopni Celsjusza.

Kokilki (6 sztuk) smarujemy roztopionym masłem na dnie i po bokach i lekko posypujemy cukrem. Nadmiar cukru strzepujemy.

W jednej misce mieszamy suche składniki: cukier, mąkę i sól.

W drugiej misce ubijamy mikserem maślankę, sok z cytryny, żółtka i skórkę otartą z cytryny. Gdy mikstura jest już gładka i starannie zmieszana, dosypujemy do niej składniki suche i miksujemy aż się wszystko razem połączy.

W osobnej miseczce ubijamy białka z jajek z odrobiną soli, aż utworzą pianę.

Następnie pianę z białek delikatnie mieszamy za pomocą łyżki z utworzoną wcześniej masą cytrynową. Część piany na pewno wypłynie nam na górę, ale mieszając starannie, acz delikatnie, w końcu je połączymy. Kawałkami piany, które mimo wszystko nam pozostaną tu i tam nie ma się co przejmować, ponieważ dzięki temu spód naszych ciastek ostatecznie wyjdzie bardziej puszysty.

Nastawiamy wodę w garnczku lub czajniku i zagotowujemy.

Wyjmujemy głębokie naczynie żaroodporne i ustawiamy w nim przygotowane wcześniej kokilki.

Każdą kokilkę napełniamy ciastem do mniej więcej 2/3 wysokości.

Naczynie żaroodporne wraz z kokilkami wkładamy do piekarnika. Będziemy je za chwilę napełniać świeżo zagotowaną wodą, więc dobrze jest częściowo wysunąć blachę piekarnika wraz z naczyniem, dla wygody całego procesu.

Napełniamy gorącą wodą ostrożnie naczynie żaroodporne na taką wysokość, aby sięgało każdej kokilce zanurzonej w niej, do połowy wysokości.

Przykrywamy naczynie płachtą folii aluminiowej i wsuwamy do piekarnika ostrożnie. Piekarnik zamykamy.

Pieczemy w ten sposób nasze ciastka około 25 minut. Następnie zdejmujemy folię i kontynuujemy pieczenie jeszcze przez 15 minut, do momentu aż ciastka będą leciutko złote na górze.

Po tym czasie naczynie z wodą i ciastkami wyciągamy z piekarnika i nie odlewając wody, pozwalamy im się studzić w temperaturze pokojowej do momentu aż będziemy w stanie je dotknąć ręką. Jakieś 5 minut.

Po tym czasie wyciągamy kokilki z wody i studzimy dalej, aż staną się zupełnie chłodne. Jeśli jednak chcemy je spożyć jeszcze ciepłe, możemy je ostrożnie zaserwować już teraz.

W tym celu kokilkę przykrywamy talerzykiem (powierzchnią żerną) i odwracamy całą konstrukcję do góry nogami. Kokilkę można klepnąć jeszcze w dno i ewentualnie zatrząść, ale ciastko powinno wypaść bez problemu z odgłosem, jaki przyrównałabym do mokrego i odsysającego się.

Następnie nieodzowne jest posypanie ciastka cukrem pudrem. Ciasteczka są kwaśnawe, nieco słodyczy im nie zaszkodzi. Można je również ozdobić (tak jak ja to zrobiłam) odrobiną domowej, owocowej frużeliny (przepis na moją znajdziecie w tym miejscu).

I zajadać. Konsystencja zdecydowanie was zaskoczy, chociaż zjadane na ciepło wydają mi się delikatniejsze niż zupełnie zimne. No cóż, w tej kwestii najlepiej zdać się na samego siebie:)


wtorek, 10 listopada 2015

Proziaki

Ci, co znają mnie odrobinę, wiedzą, że jedną z moich pasji (poza ciężką muzyką i fantasy w każdej postaci, przede wszystkim książkowej) jest zainteresowanie kulturą wczesnośredniowieczną. Jeszcze gdy miałam więcej pary ku temu i czasu, bawiłam się w odtwórstwo historyczne i trzeba przyznać, że moja wikińska völva - wiedźma, z duńskiej nacji i z czasów mniej więcej 9-10 wieku była jedyna w swoim rodzaju. Potem pojawiło się nas więcej i w mojej drużynie i w drużynach bratnich, czy to słowiańskich, czy odtwarzających kulturę wikingów. Grunt, że byłam jedną z pierwszych i bardzo miło wspominam ten czas.
Mimo jednak tego, że już nie odtwarzam, nadal interesuję się wczesnym życiem naszych przodków. Zarówno słowiańskich, jak i celtyckich oraz wikińskich. Źródeł, by swą pasję zaspokajać jest dosyć, szczególnie w kwestii broni i ubiorów, ale niestety maleńko w kwestiach dla nich tak zwyczajnych, że przekazy są bardzo szczątkowe i musimy polegać na strzępach wiedzy. Jedną z tych kwestii jest kuchnia naszych przodków.
Nie raz i nie dwa, za czasów swego odtwórstwa miałam ogromną ochotę ugotować coś, czego nie powstydziłaby się kobieta z dziesiątego wieku i żeby nie była to w kółko kasza wymieszana z mięsem. Co z ich wypiekami? Co ze słodyczami w dobie, gdy cukier był dla nich zamorską przyprawą i dosładzali wszystko miodem?
Większości takich rzeczy możemy się obecnie tylko domyślać, zbierać drobiny informacji i niekiedy polegać tylko na tym, co mieli przodkowie do dyspozycji, bo przepisów, moi drodzy, nie zapisywano wówczas dla potomności. Nie było takiej potrzeby, bowiem matki przekazywały córkom wiedzę ustnie i praktycznie, córki swoim córkom i tak to szło, z biegiem czasu pewnie modyfikowane, ulepszane. I w końcu ze starożytnego przepisu pozostawał tylko cień, nazwa, wspomnienie wyryte w pamięci i słowa "to jest przepis mojej babci, a jej przekazała go jej babcia".

Z odmętów rozważań o utraconych skarbach przeszłości, pragnę jednak powrócić na właściwe wody. Dla wszystkich, którzy tak jak ja, zatęsknili za smakami przeszłości, pojawiła się niedawno nadzieja. Trafiła się dwójka odtwórców, którzy wzięli się z pasją za odtwarzanie starożytnych przepisów kulinarnych Słowian. Owocem ich pracy jest książka: "Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków". Autorami są Hanna i Paweł Lis. I powiem wam szczerze: jest to niesamowita skarbnica wiedzy, zawierająca nie tylko rewelacje w dziedzinie odkryć na temat produktów wczesnych mieszkańców naszych ziem, ale także ciężką drogę odtwórcy w odkrywaniu starej wiedzy i fantastyczne zdjęcia, dokumentujące w jaki sposób być może gotowano w dawnych czasach, gdy nie było prądu. Że nie wspomnę o tym, że ku mej głodnej radości zaopatrzono książkę w mnóstwo przepisów, zarówno w wersji "piekarnikowej" jak i w niektórych przypadkach, do wytwarzania pewnych dań starymi metodami. Raj dla odtwórcy, powiadam wam, i zdecydowanie polecam książkę każdemu łowcy nieznanych niekiedy smaków.
Z książki tej podam wam kilka przepisów już wypróbowanych na dania, z których potem wyrosły znane nam obecnie zupy, napitki i słodkości. Jednakże to, z biegiem czasu i w odpowiednim dziale.

Dziś za to przekażę wam przepis na pewien stary, stareńki wypiek, charakterystyczny dla podkarpacia i Polski południowej, nieznany, jak się okazuje tym z "centralnej" i północy. Nie występuje on co prawda w wyżej wspomnianej, rozkosznej książce, ale jest właśnie tym daniem, jakie matka przekazuje córce, a ta z kolei swojej i ta linia ciągnie się zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość długim, pachnącym chlebem i historią cięgiem.

A czemu chlebem? Bowiem chodzi o bułeczki. Tak konkretnie to o Proziaki. Nazwa dziwna - dla nas. Nasi przodkowie bez trudu zorientowaliby się o co chodzi i na dodatek od razu wskazaliby składnik, czyniący bułeczki tak dobrymi, puszystymi, a jednocześnie mięsistymi, czyli prozę. A Proza to po staropolsku Soda. Dodatek kefiru w cieście czyni je jeszcze starszym i bardziej historycznym, szczególnie, że nie jest to obecnie często stosowany do wypieków dodatek. Jednak powoli wraca do łask, co mnie ogromnie cieszy, gdyż zdecydowanie czyni wszelakie wypieki bardziej interesującymi, niż powszechnie stosowane mleko lub śmietana.
Oryginalnie proziaki piec się powinno na patelni, rumieniąc z obu stron. Ale ja zaproponuję wam nowomodną wersję, która, moim zdaniem daje nam znacznie bardziej puszyste, większe bułeczki niż te "patelniane" spłaszczone i nieco nieładne, bo bezkształtne. No i generalnie zdrowsze, bo na blachę i folię nie dodajemy tłuszczu, który niezbędny byłby przy "patelnianych". Jednak jeżeli chcecie spróbować i tego i tego sposobu, możecie spokojnie wykorzystać niniejszy przepis do eksperymentów, gdyż zmiana sposobu obróbki termicznej wpływa tylko na końcowy wygląd i puszystość. Smak pozostaje ten sam.

Proziaki najlepiej zjadać jeszcze ciepłe, posmarowane masłem lub konfiturą. Same, lub jako dodatek do innych starych dań, na przykład zagryzając nimi polewkę grzybową. Jakkolwiek jednak je zjecie, obiecuję, że będziecie zadowoleni i nieraz pojawią się one u was w domu jako zastępstwo sklepowego "chleba powszedniego" albo bułek.
Sklepowe proziaki też są, ale szczerze - absolutnie ich nie polecam. Tylko się zniechęcicie i nie poznacie jak może smakować własnołapnie uczyniony proziaczek - historyczny ukłon w stronę naszych prababek i niewątpliwa rozkosz dla podniebienia.





Składniki:

1/2 kg mąki
400 ml kefiru naturalnego
szczypta soli
1 płaska łyżeczka sody

Wykonanie:

 Mąkę, sodę i sól mieszamy ze sobą i wysypujemy na stolnicę, czyniąc z nich górkę.

W centralnej części górki robimy dołek, do którego wlewamy na początek trochę kefiru.

W kefir i mąkę wtykamy palce i wyrabiamy kefir i suche składniki w gładką grudkę ciasta, którą odkładamy na chwilę na bok stolnicy. Do mąki dolewamy kolejną porcję kefiru i ponownie ponawiamy proces wyrabiania grudki. Każdą kolejną doklejamy do powstałych i urabiamy chwilę w palcach, by je ze sobą połączyć w większą kulę. Proces powtarzamy do momentu aż skończą nam się składniki, a kula z ciasta będzie gładka i ścisła.

Nastawiamy piekarnik na 180 stopni Celsjusza.

Stolnicę lekko posypujemy mąką.

Kulę ciasta rolujemy w wałek grubości nadgarstka. Następnie za pomocą noża kroimy go na mniej więcej kwadratowe kawałki.

Każdy kawałek bierzemy w dłonie i spłaszczamy do grubości ok. 1,5 centymetra.

Proziaki układamy na blasze od piekarnika wyścielonej folią, zostawiając między nimi niewielkie odstępy (trochę urosną).

Wkładamy bułeczki do piekarnika i pieczemy na jednej stronie do momentu aż zaczną twardnieć. Następnie odwracamy je na drugą stronę (spód powinien w tym momencie być już złotawy) i pieczemy do wyzłocenia drugiej strony.

Wyjmujemy z piekarnika i pozwalamy im nieco ostygnąć.
Gdy dadzą się już wziąć w ręce, możemy jeść. Z masłem, konfiturą, jako dodatek do zup i gulaszu. Nawet i same.

Proziaki przechowywać można do 3 dni w pudełku z zamknięciem, ale nie wytrzymają tyle, bo rodzina się rzuci na nie jak zwariowana i pochłonie w jeden;)

Smacznego:)


niedziela, 8 listopada 2015

Ciasteczka z truskawkami i serkiem kremowym

Dawno już po sezonie na tak smaczne, aromatyczne owoce, jakimi są truskawki. I jak zwykle, rozpaczam w porze jesiennej, że za mało sezon wykorzystałam, by zrobić z nich wszystko, na co miałam ochotę. Mogłam przecież zrobić jeszcze tartę! Jeszcze konfitur trochę. Zamiast zjadać na pniu pół kilo wprost z łubianki, mogłam zrobić ciasto drożdżowe i truskawkami je obłożyć. Mogłam... ale już za późno na płacze, świeże truskawki zobaczę znowu dopiero w przyszłym roku, w czerwcu. Bo tego, co zaraz się pojawi w sklepach, Made in Spain, o wyglądzie truskawki, ale smaku papieru i absolutnym braku właściwego aromatu, z podwójną przebitką cenową za malutki koszyczek, nie mam zamiaru nawet tykać.
Wytrwam. Jakoś. Szczególnie, że jak co roku przytomnie zamroziłam kilogram lub dwa tych owoców na zimę, do celów wszelakich. Co prawda to nie to samo co świeże truskawki, ale mrożone, prawdziwe, polskie zawsze są lepsze niż hiszpańskie mutanty. Po rozmrożeniu oczywiście stracą kształt i staną się trochę ciapowate, jak potraktowane zbyt ostro sztućcem, ale wiecie co? Nawet takie ciapowate są smaczniejsze niż świeże zza granicy. Przywołują wspomnienie lata, a smak... no smak prawie jak właściwy, tylko zamrożony i rozmrożony.

Pomińmy jednak dalsze deliberacje nad polskimi truskawkami i ich wyższością nad produktem cieplarnianym, sprzedawanym w zimie i przejdźmy do tego, co możemy zrobić, jeśli w porze jesienno-zimowej zapragniemy letniego smaku prawdziwych truskawek.
Ano możemy to pragnienie zaspokoić jedynie mrożonymi lub ich przetworami. I jakkolwiek dżemy i konfitury można wspaniale dodawać do ciast, to owoce mrożone są bardzo ryzykowne i nie wiadomo jak zareagują na rozmrażanie, mieszanie z ciastem i dalszą obróbkę termiczną. To zawsze jest ryzyko, że zrobi nam się nieapetyczna ciapa, miąższ połączy się całkowicie z ciastem i otrzymamy różowe coś o dziwnej konsystencji i słabej woni owoców. Lub nadmiar wody nam wycieknie do ciasta i zrobi się zakalec, że huhu! Ale, jak jest tak przemożne pragnienie truskawki w cieście, to człowiek jest w stanie poważyć się na wiele. Szczególnie gdy trafi na przepis, który do niego przemówił, zdjęcia wyglądają obiecująco, a proces wypieku oraz dobór składników jest tak mądry i logiczny, że jest nadzieja, że coś z tego wyjdzie.

Natrafiłam na taki przepis. Podeszłam do niego z ogromnym wahaniem. Co prawda składniki nie są aż tak drogie, żeby potem nie stać cię było na powtórkę, ale kiepsko reaguję, jak mi coś nie wychodzi i na jakiś czas sobie odpuszczam dane ciasto. Ale jak tu odpuści ciąg do truskawek!?

Zaryzykowałam i powiem wam, że w życiu nie jadłam takich ciasteczek:) Konsystencja miękka, ale ani nie lepka, ani nie kruszą się w rękach. Sprężyste, mięsiste, takie, w których się aż chce zatapiać zęby. Są w doskonałej równowadze pomiędzy typowymi amerykańskimi ciastkami, płaskimi, "subwayowymi", a wyrośniętymi, domowymi półkruchymi, zapewne dzięki dodatkowi serka kremowego w składzie, oraz dyskretnych kawałeczków białej czekolady. Co do smaku, słodkie, ale z kolei truskawki są kwaśnawe, więc balans jest idealny i nie zamulają! Super rzecz, nawet dla ludzi, co wolą swe wypieki wytrawnymi.
A te truskawki, mimo, że nie zostają w takiej postaci, jakbyśmy chcieli (szczególnie jeśli użyjemy w przypływie rozpaczliwej tęsknoty, mrożonych), nie niszczą ciasta, zostawiając je w ładnym, kremowym kolorze, pięknie czerwieniąc się na powierzchni i w środku w truskawkowych kawałkach.
Ach, co za mlask!
Mlaszczcie i wy. Oto przepis. Oto i skowyt truskawek z zamrażalnika! Na pewno już wiecie, co będę ponownie robić, jak tylko skończę zamieszczać post na blogu:D
Przepis wzięty z tej strony. Jak zwykle zmodyfikowany.


Składniki:

3/4 szklanki pokrojonych, świeżych (lub mrożonych) truskawek
1 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/8 łyżeczki soli
1/4 szklanki miękkiego, pokrojonego w wiórki masła
90 g serka kremowego (broń Boże mielonego, musi być taki sam kremowy, jak używalibyśmy do sernika nowojorskiego, gładziutki i najlepiej absolutnie bez soli)
3/4 szklanki cukru (pół na pół brązowy z białym, ale samego białego też można użyć)
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1-2 łyżki mąki
1 tabliczka białej czekolady, pokrojona w drobne kawałeczki
cukier kryształ do posypania ciastek (opcjonalnie)

Wykonanie:

Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza, a dużą blachę piekarnikową wyścielamy płachtą papieru do pieczenia.

Świeże, pokrojone truskawki mieszamy delikatnie z sokiem z cytryny, zostawiamy na kilka minut, a potem pozwalamy im odcieknąć. Jeżeli mamy mrożone, przede wszystkim musimy się z nich pozbyć nadmiaru wody. Dlatego przed krojeniem rozmrażamy je na sitku, nad garnkiem, do którego ścieknie woda i sok (szkoda marnować!). Potem delikatnie kroimy, starając się zachować ich strukturę w jak największym stopniu, odmierzamy odpowiednią ilość i postępujemy tak, jak z pokrojonymi świeżymi.

W jednej misce mieszamy razem mąkę, sól i proszek do pieczenia. Jeżeli pechowo mamy serek kremowy z dodatkiem soli (da się wyczuć w smaku), sól pomijamy.

W drugiej misce razem ubijamy masło z cukrem i serkiem kremowym, aż masa uzyska lekką, puszystą konsystencję. Do tej mieszaniny dodajemy następnie jajko i ekstrakt z wanilii i jeszcze trochę ubijamy.

Składniki suche dodajemy do składników mokrych, raz jeszcze mieszamy za pomocą miksera, by się porządnie połączyły.

Wsypujemy do powstałej masy posiekaną drobno białą czekoladę.

Odsączone truskawki posypujemy 1-2 łyżkami mąki i staramy się je wymieszać tak, by kawałki truskawek były nią równo pokryte. W przypadku mrożonych, mieszanie zaskutkuje nam prawie na pewno rozmazaniem się części kawałków owoców. Nic na to nie poradzimy, wymieszać z mąką je musimy, więc czynimy to jak się tylko da najdelikatniej. Następnie mieszaninę truskawek i mąki przekładamy do ciasta i delikatnie ze sobą mieszamy, starając się, by truskawki były uplasowane jak najdokładniej po całym cieście.

Na przygotowaną blachę z papierem do pieczenia nakładamy solidne łyżki stołowe ciasta, starając się te porcje uformować w kręgi lub równe kulki, ustalając odległość pomiędzy nimi na jakieś 2 i 1/2 centymetra. Będą rosnąć i nieco się rozlewać, więc aby się nie posklejały, odległości muszą być między nimi.

Blachę z surowymi ciastkami, przygotowanymi do pieczenia wkładamy na 5-10 minut do lodówki.

Po tym czasie, możemy, jeśli mamy ochotę, posypać każde ciastko odrobiną cukru dla ozdoby, lub zrobić to pod sam koniec pieczenia. Nie jest to jednak wymogiem, ciastka i tak będą wystarczająco słodkie.

Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 15-20 minut (w zależności od piekarnika jaki mamy, grzanie góra-dół), lub do momentu, aż ciastkom zaczną się mocno wyzłacać boki.

Po upieczeniu wyciągamy z piekarnika, zostawiamy na blasze jeszcze przez 5 minut i dopiero potem przenosimy na kratkę, albo inną powierzchnię, na której będą się mogły ochłodzić całkowicie.

Smacznego:)






piątek, 30 października 2015

Pumpkin Pie (tarta dyniowa)

Dynie są w naszym kraju niedoceniane. Zdecydowanie, jest to jedno z tych warzyw, którego w czasach mojego dzieciństwa, ze trzydzieści lat temu, nie widywało się na rynku. Tak samo jak coraz popularniejszy obecnie rodzimy jarmuż i pasternak, który wraca do łask jako godne zastępstwo dla pietruszki, tak dynię traktowano po macoszemu. I chociaż dynie zdecydowanie nie są z Polski rodem (przywędrowały do Europy z Ameryki jakoś w dziewiętnastym stuleciu), to świetnie im podeszła polska ziemia i zaczęto je hodować.
Oczywiście, dynie z działki pamiętam. Ale nigdy nie widziałam, by moje babcie, mama czy ktokolwiek z rodziny je przerabiał na coś zjadliwego. Przypuszczam, że pełniły raczej  rolę dekoracyjną, podnoszącą ducha działkowca ("patrz sąsiedzie, jaka ze mnie hodowczyni, taaaaką mam dynię!"), wreszcie, nie było po prostu jakoś zwyczaju by dynie jeść.
Chociaż... chwilę myślałam nad tym, czemu dynie są tak po macoszemu traktowane i doszłam do wniosków, że tylko częściowo z powodu braku zwyczaju jedzenia tego warzywa w domach polskich. Chociaż koleżanka, z którą ostatnio gadałyśmy na ten temat, trochę potwierdziła moje domysły: pokolenie przed nami po prostu nie robiło z dyni nic, albo prawie nic. Skąd ta niechęć, która odsunęła od polaków przecież fantastycznie smaczną rzecz? Wydaje mi się, że tajemnica tkwi w smaku. Dynia w sumie... nie ma go. Nic szczególnego nie czujesz, jak spróbujesz miąższu dyni bez dodatków. Słodkawy i mdły. Na dodatek do tego miąższu trzeba się przebijać przez potwornie twardy pancerz za pomocą noża (o ile nie wpadło się na pomysł pieczenia jej w piekarniku ze skórą)... samo to pewnie odstraszało połowę ciekawskich, a smak pogonił resztę.
Jednakże nikt nam nie każe jeść dyni bez niczego, bo faktycznie kiepski to pomysł. Zaletą tego mdłego smaku jest jednak to, że fantastycznie miąższ dyni łączy się z intensywnymi w smaku  przyprawami.
Weźmiemy na przykład taką dynię, pozbawimy skóry, miąższ ugotujemy z warzywami na wywarze mięsnym, zblendujemy, doprawimy gałką muszkatołową, imbirem, pieprzem i solą i mamy taką zupę-krem o cudownie pomarańczowym kolorze, że mózg staje. I jaką dobrą, sycącą, smaczną jak wszyscy diabli.
Przepis na zupę tę zresztą podam wam na pewno na blogu. Sezon dyniowy w pełni, a jest on taki wspaniały, zmodyfikowany dodatkowo, że grzechem byłoby nie krzewić wiedzy i nie uświadamiać społeczeństwa, co traci przez niewiedzę.
Zupa-krem z dyni jest to jednak klasyk, że tak powiem. Pierwsza potrawa, jaka nasuwa się człowiekowi na myśl, gdy go zapytają o to, co można zrobić z dyni (poza potworem na Halloween z wydrążonej, ze świeczką w środku, zwanym przez pomysłodawców Jack'o'Lantern). I jakkolwiek my, Polacy, raczkujemy dopiero z dyniami i tym jak je można zagospodarować na co dzień w domach, poza prażeniem ich pestek, tak sąsiedzi zza wielkiej wody mają o wiele większe doświadczenie z tym warzywem i pomysły na nie, czasem tak wariackie, że brwi wędrują do góry.

Amerykanom dynia kojarzy się ze Świętem Dziękczynienia, do pary z indykiem, puree ze słodkich ziemniaków i częściowym ksenocydem większości rdzennej ludności amerykańskiej, ku chwale białego człowieka. Do tego ostatniego mają co prawda ambiwalentny stosunek ("daliśmy dzikusom cywilizację i zaopiekowaliśmy się ich ziemią!"), bo to zawsze lepiej nie pamiętać, na czym zbudowano molocha zwanego Ameryką, ale nie mnie oceniać w sumie, bo nie ja chodzę po tej ziemi. Tak czy siak "Mayflower" przypłynął z osadnikami na Nową Ziemię i na pamiątkę pierwszych, zebranych z amerykańskiej ziemi plonów, oraz uczty odprawionej, by podziękować Bogu za opiekę, podczas której spożywali według legendy tego dzikiego indyka, bataty i dynie (nic z tego nie jest prawdą według źródeł historycznych, ale, hej, jakoś nie widzę by im  to przeszkadzało; w końcu to oni spopularyzowali równie durny mit o Wikingu w hełmie z rogami na głowie) od z górą dwustu lat świętują Thanksgiving Day.

Spokojnie, nie zamierzam tu robić lekcji historii, acz tylko wspomnieć o tej dyni w rozmaitych okolicznościach. U nas traktowana po macoszemu i ledwie tykana, u amerykanów przerabiana jest na setki sposobów, w tym na tradycyjną Dziękczynną modłę - tartę dyniową, tak zwane słynne Pumpkin Pie, również często serwowane w Halloween (nazwa prawdopodobnie pochodzi od zwrotu "All-hallows Eve" - starodawnej nazwy Dnia Duchów) anglosaską odmianę naszych Dziadów oraz Samhain - celtyckiego święta duchów i zmor wszelakich.
A ponieważ ichnie święta tuż za rogiem, poganiane przez nasze, chrześcijańskie Wszystkich Świętych, nadarza się idealna okazja, by wypróbować wreszcie Pumpkin Pie i odkryć, o co chodzi z ciastem o warzywnym nadzieniu, za którym przepada Ameryka, więc, znając unikalną zdolność miąższu do przyjmowania aromatów - pewnie jest na słodko, skoro deser.

Ciasto tak tradycyjne nie mogło nie trafić do popkultury. Przykładów wymieniać nie będę, bo więcej ich niż ziarnek piasku. Każdy godny swej nazwy serial ma odcinek ze Świętem Dziękczynienia lub Halloween i tam zawsze jest Pumpkin Pie, czy to na stole, czy w tle, czy wspomniane... ale jest. O filmach i książkach nawet wspominać nie będę. Ba, wydaje mi się nawet, że i u Flipa i Flapa rzucali się tym ciastem (a może ciastem z kremem?) po twarzach i zdawali się być przeszczęśliwi. A machające języki zwierzaków z kreskówek i cieknąca z nich ślina w starciu z tym ciastem? Pumpkin Pie jest wszędzie. A skoro jest wszędzie, a ja lubię mierzyć się z, z pozoru niezwykłymi połączeniami smakowymi, których polskie stoły jeszcze nie znają, albo znają za mało - macie powód.

Jak w większości przypadków bywa - zabrałam  się przed pieczeniem za szukanie absolutnego klasyka. Drobny research jest ważny. Jaki jest sens w robieniu czegoś, czego się nigdy nie próbowało i nie zna się oryginalnego smaku i z miejsca bawienie się w kombinacje i rozmaite warianty tej potrawy? Najpierw ugotuj jajko w skorupce, potem próbuj jajka poszetowego (w koszulce gotowanego, bez skorupki). Badania doprowadziły mnie do podstawowych składników, które muszą wylądować w takiej tarcie dyniowej.
Czyli spód maślany, jasny, tarta musi być podawana otwarta, bez ciasta na górze, zazwyczaj w towarzystwie chmurki ubitej śmietanki na serwowanym kawałku. Podstawowy składnik nadzienia to puree z dyni (omijamy szerokim łukiem puszkowane, które koledzy amerykańcy z umiłowaniem stosują, bo szybciej, i robimy ze świeżej dyni), trzy - cztery podstawowe przyprawy korzenne, a także, o dziwo, mleko kondensowane. Co prawda z mlekiem kondensowanym w tarcie już się spotkałam, przy okazji dokonywania Key Lime Pie i efekty były spektakularne, ale jeszcze nie jest to dla mnie taki całkiem zwykły składnik jak jajka na przykład. I to są podstawy spotykane w większości przepisów na tartę dyniową. Tak więc szerokim łukiem ominęłam wołające o melasę, mąkę kukurydzianą, czy half and half (mieszankę mleka i śmietanki mającą około 11-13% tłuszczu) przepisy i jak po sznurku pognałam do klasyków.
Niestety, w wybranym klasyku używano gotowego spodu do tarty (podziękujemy), więc poszukałam innej wersji, gdzie spód robią od podstaw. Więc, jak zwykle, przepis mój jest mieszanką trzech innych, zmodyfikowaną na polskie realia, więc chyba daruję sobie podawanie źródeł (aczkolwiek jak ktoś zapragnie, to podam:))

I oto ono jest. Oto jest ONO (cytując pewnie już zapomnianego kandydata na prezydenta sprzed paru lat, pana Kononowicza, ale polityką nie zajmujemy się, bo zakalec nam się w cieście zrobi, nawet bez prób pieczenia, jak podobnie mawia mój mistrz słowa i mentor, niedościgły wzór w stylu pisania felietonów, pan Jerzy Iwaszkiewicz).

Pumpkin Pie w całej swej krasie. Nie przesadnie słodkie, mocno korzenne, niezwykłe w smaku. I faktycznie trudne do opisania komuś, kto go nie próbował, ale bardzo, bardzo ciekawe.

Patrzcie, zaciekawcie się. I zróbcie sami, bo jest zdumiewająco proste.








Składniki:

Spód: 

1 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżeczki cukru
szczypta soli
1/2 szklanki zimnego masła, pokrojonego w kawałeczki
1 duże jajko
mąka, do podsypania stolnicy

Nadzienie:

2 szklanki puree z dyni (świeżej, szkoda wyrzucać kasę na puszkowane, o ile znajdziecie ten wymysł w polskich sklepach:) skoro taka jest lepsza i banalnie prosta do zrobienia)
1 i 3/4 szklanki słodzonego mleka kondensowanego (starczy nam jedna kupna puszka 530 ml)
2 duże jajka
1 łyżka stołowa ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonego imbiru
szczypta zmielonej gałki muszkatołowej
ewentualnie brązowy cukier do dosłodzenia nadzienia, zgodnie z własnym gustem


Wykonanie:

Najpierw przygotowujemy puree z dyni.

Wybieramy w sklepie nie za dużą, pomarańczową dynię. Taka o średnicy około 15-16 centymetrów wystarczy nam w sam raz na zrobienie nadzienia  do ciasta. Można też wybrać większą, nawet i kolosa, a potem nadmiar puree zamrozić na przyszłe użycie.

Dynię kroimy na pół, odcinamy ogonek, wybieramy włosie, pestki i całe badziewie ze środka, które nie jest miąższem i się go pozbywamy (można zachować, a potem uprażyć pestki, jeśli ktoś ma taką ochotę). Połówki dyni wraz ze skórą kroimy na plastry.

Plastry układamy obok siebie, skórą do dołu, na wyłożonej folią blasze od piekarnika i wsadzamy do nagrzanego na ok. 180-190 stopni Celsjusza. Pieczemy około 40-50 minut, lub do momentu aż miąższ, dziabnięty widelcem wydaje się nam miękki, a skóra jest przyprażona.

Wyciągamy dynie z piekarnika i po krótkim przestudzeniu ostrożnie oddzielamy nożem skórę od miąższu, tak, by jak najwięcej odzyskać tego ostatniego. Skórę wyrzucamy, miąższ wrzucamy do naczynia i blendujemy mikserem na gładziutką, złotą masę.

Zachowujemy sobie 2 szklanki, a resztę zamrażamy albo w plastikowych woreczkach, albo w szczelnych, plastikowych naczyniach, na przyszłość.

Następnie (lub w trakcie pieczenia się dyni) przygotowujemy spód do naszej tarty.

Na stolnicy mieszamy ze sobą mąkę, cukier i sól. Następnie za pomocą noża wkrawamy do suchych składników kawałeczki zimnego masła, by ostatecznie wpracować je w mąkę końcami palców. Mieszanina, którą chcemy uzyskać, finalnie ma nam przypominać płatki owsiane z kawałeczkami masła wielkości grochu.

Wbijamy w nią jajko i ponownie wkrawamy je nożem w ciasto, by na koniec zagnieść je szybko rękami w zbitą masę. Jeżeli wyszło nam za suche i nie chce się połączyć, kropimy je odrobiną zimnej wody.

Ciasto formujemy w kulę, następnie spłaszczamy do formy dysku, owijamy w folię i wkładamy do lodówki na co najmniej 1 godzinę.

Po tym czasie wyciągamy je z lodówki i rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy na kształt kręgu. Powinien on być nieco większy niż nasza forma na tartę, w której będziemy piec ciasto.

Foremkę maślimy starannie na dnie i po bokach.

Rozwałkowane ciasto nawijamy ostrożnie na wałek i transferujemy nad formę na tartę, którym ją ostrożnie przykrywamy. Następnie odkładamy wałek i przyciskamy ciasto do dna i boków formy, pilnując by poza boki foremki zwisało nadal sporo ciasta (tak około 2 centymetrów będzie idealnie).

Zwisające końce zawijamy do środka i przyciskamy do rantu (boku) formy tak, aby utworzyć szczególnie gruby boczek, który następnie ozdobimy sobie wyżłobieniami za pomocą palców lub zębów widelca, jak sobie zażyczymy. Jeśli się zdarzy, że mimo wysiłków, ciasta na bokach mamy za mało, by zrobić taki boczek, nie ma się co przejmować. Formy na tartę mają różne wielkości i głębokości. W takim przypadku staramy się tylko jak najdokładniej wykleić ciastem boki aż po samą górę, by nadzienie miało się w czym piec.

Foremkę z ciastem wkładamy do lodówki na co najmniej pół godziny.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni Celsjusza. 
Foremkę z ciastem wyciągamy z lodówki, kładziemy na dnie płachtę papieru do pieczenia i nasypujemy na nią grochu, fasoli lub specjalnych, szklanych kuleczek. Ten zabieg ma nam zapobiec wypchnięciu ciasta do góry przez powietrze podczas pieczenia.

Tak zabezpieczony spód tarty wkładamy do piekarnika, by się podpiekł około 15-20 minut.
Po tym czasie wyciągamy go na chwilę, pozbywamy się papieru i obciążenia i ponownie wkładamy ciasto do piekarnika na około 8-10 minut, lub do momentu aż zacznie się robić złoto-brązowe.

Po tym czasie wyciągamy podpieczony spód i pozwalamy mu ostygnąć.

Nie wyłączamy piekarnika, a w czasie, gdy ciasto chłodzi się, dokonujemy nadzienia.

Wszystkie składniki nadzienia wkładamy do miski od miksera. Jeżeli  nasze puree dyniowe wyprodukowało nam nadmiar wody, warto ją odlać, lub odsączyć nieco na sitku, nim połączymy je z resztą składników. Nie musicie się przejmować, że jego ilość bardzo się zmniejszy. Ciasto wyjdzie nawet z 1,5 szklanki puree, albo i nieco większej niż 2 szklanki, ilości. Chodzi o to, by nie było bardzo dużo cieczy w nadzieniu, chociaż finalnie i tak będziecie je przelewać, a nie przekładać łyżką.

Wszystkie składniki miksujemy ze sobą na wolnych obrotach aż się połączą razem i stworzą gładką masę.
Następnie dokonujemy testu smaku i jeżeli nadzienie jest za mało słodkie lub mało korzenne, dosypujemy brązowego cukru lub przypraw i miksujemy jeszcze chwilę. 
Po otrzymaniu właściwego smaku - nadzienie mamy gotowe.

Na wystudzoną formę z podpieczonym spodem wylewamy ostrożnie nadzienie do momentu aż będzie sięgać prawie do brzegów ciasta. Należy zostawić mu kilka milimetrów marginesu błędu, bo w czasie pieczenia będzie się podnosić. Szkoda, by się miało wylać.
Nadzienia prawdopodobnie nam zostanie (jak pisałam wcześniej, wszystko zależy od formy; oryginalnie piecze się Pumpkin Pie w głębszych foremkach na tartę niż nasze, standardowe). Można pozostałość wtedy zamrozić na przyszłe użycie, lub sprawdzić, czy aby nie stworzą się nam przypadkiem ciekawe w smaku dyniowo-korzenne lody:)

Ciasto z nadzieniem wsadzamy do nagrzanego piekarnika i przez 15 minut pieczemy w temperaturze 200 stopni. Po tym czasie skręcamy grzanie na 175 stopni Celsjusza i pieczemy przez kolejne 35 minut lub do momentu aż nadzienie z wierzchu nie będzie już płynne po bokach, ale jeszcze nieco będzie się poruszać w centrum ciasta, gdy próbnie poruszymy foremką.

Podczas pieczenia trzeba do ciasta zaglądać, ale jak najmniej uchylać drzwiczek piekarnika. 
Jeżeli zaczną się pojawiać bąble powietrza wypychające nadzienie, można za pomocą wykałaczki ostrożnie je dziabnąć, by to powietrze wypuścić. Opadną, a my unikniemy ryzyka przyjarania nadzienia.
Jeżeli z kolei zanadto zacznie nam brązowieć spód, przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia.

Gdy tarta dyniowa jest gotowa, wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczek i przez około 15 minut pozwalamy ciastu odpoczywać, nim wyjmiemy je na zewnątrz, by ostygło całkowicie w temperaturze pokojowej.

Po tym czasie, zimne, możemy ozdabiać korzenną bitą śmietaną (kubeczek śmietanki 30% zmiksowany z łyżeczką cynamonu do momentu aż nie będzie mieć płynnej konsystencji, na końcu wmiksowany cukier, w zależności od waszego smaku), dzielić na porcje i zjadać, dziwiąc się niezwykłemu smakowi.

Smacznego! Oraz...

Wesołego Halloween! Oíche Shamhna! Potwornych i pełnych wrażeń Dziadów!

Autor rysunku i źródło: terminarosa.deviantart.com


 



niedziela, 25 października 2015

Muffinki brownie dla Szymka

Raz na jakiś czas cierpię na odruch wyjątkowej hojności cukierniczej i swymi wybrykami prosto z piekarnika obdarzam kogoś innego niż najbliższą rodzinę. Jednakże sytuacja musi spełniać następujące wymogi:
1.  ciacho/deser musi być niesamowicie smaczne na pierwszy rzut oka
2. proste, abym się nie schetała przy tym jak dziki osioł, nie otrzymując odpowiednich wyrazów wdzięczności (swój - wiadomo - pochwali, a ktoś, z kim krwi nie dzielisz? Zawsze istnieje ryzyko kręcenia nosem)
3. szybki, bo nie mam ochoty siedzieć w kuchni pół dnia, a także niezbyt drogi
4. musi być okazja
5. osoba obdarowywana musi być tak blisko określenia "przyjaciel" jak to tylko możliwe

I teraz tak. Pierwsze trzy wymogi to łatwizna. Smaczne, proste, szybkie desery mnożą się jak grzyby po deszczu i przy ładnej pogodzie (tegoroczna jesień nam udowadnia bowiem, że same deszcze i siarczyste zimno rodzą tylko zmarznięte "papierzaki" zdesperowanych grzybiarzy, co do domu nie zdążyli, albo szukali do upadłego, a nie normalne grzyby), na internetach, w gazetach i w innych źródłach. Natomiast okazja nie trafia się co chwila. W przyjaciół też moja introwertyczna osoba nigdy nie obfitowała. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze czynnik impulsu, który zaświecić mi musi w głowie żaróweczką pomysłu, w odpowiedniej chwili.

No, ale macie szczęście. Tak się złożyło, że zaczynając od punktu 4, przez punkt 5, poprzez punkty 3, 2 i 1, przy współzaistnieniu owego magicznego impulsu, dokonałam fajnego przepisu, który został przyjęty z entuzjazmem, zarówno przez obdarowywanego, jak i gości.
Szymek, mój i męża bardzo bliski kolega, niemal przyjaciel rodziny, jedyny, do którego spośród wszystkich naszych znajomych mój synek się swobodnie przytuli i nazwie wujkiem (niedoszły ojciec chrzestny), miał urodziny. I jakkolwiek nie trzeba było szaleństw, prezenty do knajpy na piwo i planszówki (odmiana imprezy urodzinowej) też nie były potrzebne, ale w sumie chcieliśmy coś zrobić. Tak więc moja druga połowa rzuciła ziarno na glebę, pytając po półgodzinnej dyskusji nad tym co kupić "łysej mendzie" - a może upiecz mu coś? No i się zaczęło. Burza mózgów nie trwała jednak długo. Szymek muffinki lubi, na diecie znowu nie jest, a skoro nie jest na diecie, poszerza nam się zakre możliwości.
Więc co zrobiłam, mając do dyspozycji półtora dnia przed urodzinami? Odpaliłam Pinteresta, wpisałam poszukiwanie muffinek i po około 15 minutach gapiłam się z zadowoleniem na coś, co mogło być hitem.

Sporo z was już się orientuje, że lubię czekoladę. Jeszcze więcej osób wie, że czekoladę lubi też przeważająca większość mężczyzn, więc nasz kumpel bez wątpienia też ją lubi. Co więcej, lubi on moje brownie (nie zatapiając się w samozadowoleniu, acz stwierdzając fakt - jak większość tych, co go spróbowała). No to zgadnijcie, na jaki przepis padło moje oko podczas poszukiwań? No jasne, że na muffinki brownie.
A ponieważ przepis spełniał pierwsze 3 punkty z powyższej listy - zabrałam się do roboty kilka godzin przed imprezą urodzinową.
I co? I partia muffinek, jeszcze trochę ciepłych, wręczona w prezencie i postawiona na stole z wyrazem zadowolenia na brodatym ryju Szymka, znikła w ciągu kwadransa, ku z kolei memu wielkiemu zadowoleniu.
Bo przysmaki znikające w takim tempie MUSZĄ być niesamowicie dobre.

Daję wam więc ten przepis, z życzeniem, aby i wam tak fajnie wyszło:)
Pochodzi z tej strony. Modyfikowany pod względem skali metrycznej, aby było łatwiej budować bazę składników, oraz wprowadziłam kilka skrótów.




Składniki (na 14-16 muffinek):

4 tabliczki czekolady gorzkiej
10 łyżek masła
4 lekko rozbite jajka
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 szklanka mąki
1 szklanka drobno posiekanych kawałeczków mlecznej czekolady albo małe opakowanko chocolate chips
2-3 łyżki stopionego masła na posmarowanie foremek
garść kawałeczków czekolady dla przyozdobienia muffinek


Wykonanie:

 Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.

Silikonowe foremki na muffinki smarujemy stopionym masłem na bokach i dnie i stawiamy na blasze wyjętej z piekarnika, wysłanej folią aluminiową lub papierem do pieczenia.

Nasze cztery czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem rozpuszczamy w kąpieli wodnej, mieszając od czasu do czasu, aż staną się czekoladową masą. Gdy będzie gładka, zdejmujemy z ognia i pozwalamy jej nieco ostygnąć.

Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii wkładamy do miski od miksera i krótko miksujemy, tylko tak, by się połączyły.

Do zmiksowanej masy powoli wmiksowujemy całą stopioną czekoladę z masłem.

Wmiksowujemy też mąkę, ale tylko na tyle, by się połączyła z resztą. Masa nie może być zbyt gładka, ale z kolei surowych kulek mąki też nie wolno nam zostawić.

Wsypujemy szklankę kawałeczków czekolady lub chocolate chips i mieszamy z ciastem za pomocą łyżki.

Każdą foremkę na muffinkę wypełniamy ciastem do 2/3 wysokości. Nie więcej, bo się ciasto wyleje, a poza tym mimo wszystko muffiny trochę urosną. Tylko trochę.

Na górę każdej surowej muffinki wysypujemy kilka sztuk kawałeczków czekolady.

Wsadzamy blachę z foremkami do nagrzanego piekarnika i pieczemy około 30-35 minut.

Następnie wyjmujemy je z piekarnika i w foremkach pozwolimy stygnąć 5 minut poza piekarnikiem. Po tym czasie wyjmujemy je z foremek (z łatwością, naprawdę, dzięki wymaśleniu i tak silikonowych foremek, same wypadają na dłoń) i pozwalamy ochładzać się już luzem.

Zjadamy z przyjemnością, ile nam pozwolą.

Tyle:)

No dobra, na koniec parę uwag, które mogą wam pomóc.

Skoro są to muffinki brownie, spodziewajcie się, że będą w środku wilgotne, zupełnie jak brownie powinno być. To nie jest zakalec!:)

Podczas pieczenia nie ma co sprawdzać patyczkiem. W pół godziny wychodzą takie jak trzeba.
ACZKOLWIEK, jeżeli przeciągniecie czas pieczenia, dacie za mało czekolady (na przykład 3 zamiast 4 tabliczki) przy pozostałej ilości składników pozostawionej bez zmian, to też się nic strasznego nie stanie. Nie spalicie ich. Po prostu otrzymacie babeczki czekoladowe, też niesłychanie smaczne, ale upieczone bardziej, niż powinno być upieczone brownie.

Popękają, tak jak widać na zdjęciu. Nie ma bata, żeby tak nie było, ale to też ma swój urok, szczególnie z tymi drobinami czekolady, które, o dziwo, wcale się nie topią podczas pieczenia.

Co do charakterystycznej skorupki brownie - powinna się pojawić. Może mniejsza niż jak robicie brownie w blaszce, tycia, ale jednak. Przy tej okazji wyciągajcie upieczone muffinki z foremek ostrożnie, aby to dobro wam się nie pokruszyło.

Jeżeli macie ochotę ulepszyć te muffinki i na przykład w surowe jeszcze wetknąć do środka kostkę czekolady albo kawałek krówki - przypuszczam, że się rozpuszczą i możecie mieć bardziej płynne wnętrze. Ale nie wypróbowałam tego pomysłu jeszcze, więc jeśli ktoś tak spróbuje, koniecznie dajcie znać.
Natomiast dodanie do środka łyżeczki dżemu (czyli nalanie małej warstwy ciasta do foremki, nałożenie łyżeczki dżemu i zalanie resztą porcji) mogło by wyjść... Ponownie - nie próbowałam takiej wariacji z tym przepisem, więc nie bierzcie za pewnik:)





piątek, 16 października 2015

Gofry cynamonowe z domową wiśniową frużeliną na wyrku z czekolady

O gofrach, drodzy państwo, rzec można na pewno dwie rzeczy:
1. 90% społeczeństwa je kocha i pożera w wakacyjnej porze z "budek" na ulicach kilogramami w letnim czasie (o zimowym nie wspomnę, bo wtedy też pożerają, ale cichem, w knajpkach, nie łażąc z przysmakiem po ulicy)
2. Każdy, kto kocha gofry, przynajmniej raz w życiu spróbował je zrobić domowym sposobem. O ile miał gofrownicę. Bez gofrownicy niestety gofrów nie będzie, choćbyśmy stawali na głowie i klaskali uszami. W tym celu gofrownice były kupowane, znajomi, co mają ten sprzęt już i robią, pytani o sprawdzony przepis... i potem, zamiast końca problemów, zaczynały się prawdziwe schody.
Ten deser jest niby prosty w wykonaniu. Zmieszać składniki, wlać ciasto do nagrzanej gofrownicy i czekać, aż się zrobią. No, proste, prawda? Jednakże gdyby to było takie proste, internet nie byłby zawalony po sufit przepisami na "sprawdzone", "zawsze wychodzące", "doskonałe" gofry, z których połowa nie wychodzi, pali się, nim zdąży się upiec, albo wręcz przeciwnie - wcale się nie piecze. Magia! Jak to jest możliwe, żeby sąsiadka Ewa podała ci przepis na gofry perfekcyjne, które jadłaś wczoraj u niej, po czym po spróbowaniu tego przepisu u siebie - wylewasz resztki zakalcowatych gofrów z gofrownicy ze łzami w oczach, lub wydrapujesz z niej spalone na węgiel ciasto. No jak! Czemu przepis "sprawdzony" nie wychodzi?

Otóż podam wam najprostszy powód niepowodzeń w robieniu doskonałych gofrów, przez który 45% miłośników gofrów zarzuca próby po dziesiątym nieudanym przepisie na "sprawdzone i najlepsze" i wraca do gości z "budki", zacierających radośnie ręce na widok dzieci marnotrawnych wracających w pokorze po gofra.
Powodem jest gofrownica, nie przepis. To od gofrownicy wszystko zależy, znacznie bardziej niż od za dużej ilości lub braku mąki w przepisie. Od gofrownicy, a w szczególności od jej mocy.

Zauważyliście, czego brak w większości przepisów na gofry? Brak informacji, w jakiej gofrownicy i o jakiej mocy akurat te "perfekcyjne" i "sprawdzone, super-smaczne" gofry były robione. A bez tej informacji, drogi czytelniku, jedynie fartem zrobisz doskonałe gofry za pierwszym, drugim, lub trzecim razem, bez narażania się na poszukiwania idealnego przepisu.

Im gofrownica ma większą moc, tym lepiej. Niestety, ta moc przekłada się na jej cenę, a skoro spora ilość z nas kupi gofrownicę na promocji w Lidlu, albo taką, co robi gofry w kształcie serduszek, cóż... nie gwarantuję, czy wyjdą nawet z przepisu załączonego do gofrownicy.

Ja uczciwie się przyznaję: moja gofrownica to sprzęt 3w1 FirstAustria 750 W. Nie jest to wiele. Wręcz maleńko, skoro najlepsze gofrownice (odpowiednio drogie, rzecz jasna) mają ponad 1000W i na nich na pewno wyjdzie całkiem spory procent gofrów polecanych jako "zawsze wychodzące". Jednakże człowiek lubi to co ma, i czasem się męczy z tym, co ma, nim osiągnie sukces.
Także i u mnie i mojej maszyny tak było, nim osiągnęłyśmy konsensus, a z książeczki dołączonej do gofrownicy, dopiero czwarty z kolei wypróbowany i zmodyfikowany nieco przepis okazał się dobry.

Dlatego też z przyjemnością zapodam wam ten przepis, zaznaczając, że gofry powinny wyjść jak należy właścicielom tejże gofrownicy, o ile tylko nagrzeją ją jak należy i nie pójdą na skróty.

A jakie powinny być bansheekowe doskonałe gofry? Złotawe, aż do poziomu jasnego brązu, choć nie muszą być złotawe równomiernie. Chrupiące z zewnątrz, a w środku mięciutkie, aczkolwiek upieczone. I ze szczyptą cynamonu, która jest zdecydowanie moją ulubioną przyprawą. Ta szczypta w gofrach jest spora, co też przekłada się na ich smak, ale jak nie lubicie cynamonu, można spokojnie go pominąć. Gofry wyjdą świetne i tak.

Co do tych gofrów? Dla mnie wyłącznie dżemy i dżemo-podobne, chociaż możecie dodać co wam się żywnie podoba. W tym przypadku poeksperymentowałam i zrobiłam ekspresowo porcję czegoś, co okazało się być świetnym odpowiednikiem frużeliny, w dodatku nie smakującej konserwantami, a owocami. Na nią też wam dam przepis, który po odpowiednim powiększeniu proporcji i nie nawaleniu wielkich łych na gofry, nawet powinien wam starczyć na całą partię:)
A "czekoladowy wyrko" jest w bonusie. Taki malutki twist od miłośnika czekolady dla innych miłośników czekolady.

W tym momencie skończyłam ostatni kawałek ostatniego gofra i już zaczęłam tęsknić za ich widokiem, więc wrzucę zdjęcia z mego gofrowego wybryku i zapodam przepis na całość deserku.
No to jedziemy:



Składniki (na ok. 12 gofrów dla gofrownicy "3w1 FirstAustria 750 W"):

Gofry:
2 szklanki mleka
2 szklanki mąki
2 jajka (osobno żółtka i białka)
3 łyżki cukru
duża szczypta cynamonu
1/3 szklanki oliwy z pestek winogron
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 opakowanie chocolate chips albo drobniutko pocięta w kawałeczki mleczna czekolada

Domowa frużelina (ilość na 3 gofry; dla większej ilości należy odpowiednio powielić składniki):
4-5 garści mrożonych wiśni
1/2 opakowania galaretki wiśniowej
1 łyżeczka cukru


Wykonanie:

Gofrownicę nagrzewamy zgodnie z instrukcją.

Do miski wlewamy mleko, mąkę, cukier, cynamon, oliwę i proszek do pieczenia. Oddzielamy żółtka od białek i dorzucamy żółtka do pozostałych składników. Białka przelewamy do miski i na chwilę odstawiamy na bok.

Miksujemy składniki mikserem, aż otrzymamy gładką masę.

Do białek wsypujemy szczyptę soli i ubijamy je mikserem na sztywną pianę. Ubitą pianę ostrożnie, po łyżce przekładamy do zmiksowanych składników i bardzo ostrożnie mieszamy wszystko razem.

Otwieramy nagrzaną gofrownicę, smarujemy starannie oliwą górną i dolną część formy na gofry, nie pomijając górnych części, zamykamy i raz jeszcze nagrzewamy.

Gdy lampka na gofrownicy ponownie zgaśnie (patrz: instrukcja obsługi), otwieramy, i nalewamy do foremek porcje ciasta na gofry. Zamykamy i przez pierwsze 2-3 minuty nie otwieramy gofrownicy. Potem co jakiś czas sprawdzamy stan upieczenia. Jeśli ciasto na gofry zacznie się robić złotawe, i pojawią cię ciemniejsze kwadraciki na wierzchu od górnej części, za pomocą nożyka ostrożnie odczepiamy ciasto od foremki, przewracamy na drugą stronę i pieczemy aż do złotawej barwy.

Po wyjęciu gofrów z gofrownicy przekładamy je na powierzchnię z siateczki (w braku czego innego używam do tego celu uczynionego z metalowej siateczki pojemnika do pieczenia frytek), stawiamy pionowo i w tej pozycji studzimy. Nie wolno ich kłaść na talerzu albo desce, bo zmiękną i nie będą już takie chrupiące jak należy.

Następnie raz jeszcze smarujemy staranie tłuszczem foremkę w gofrownicy i przelewamy kolejne porcje ciasta, aż do wyczerpania go, podczas gdy rosnąć nam będzie górka gotowych gofrów.

Gdy gofry nam stygną, przyrządzamy domową frużelinę.

Wiśnie zamrożone wrzucamy do garnka i stawiamy na średni ogień. Jeżeli są pozbawione pestek jedynie mieszamy, czekając aż nam się odmrożą i zaczną rozpadać. Jeśli przez lenistwo swoje, zamrażaliśmy z pestkami, podczas rozmrażania w garnku należy je "dźgać" łyżką i stopniowo wydobywać i wyrzucać pestki.

W trakcie rozmrażania, wiśnie puszczają sok i ten sok stanowić nam będzie podstawę do frużeliny.

Do całkowicie rozmrożonych, parujących i gotujących się we własnym soku owoców, wsypujemy pół opakowania galaretki wiśniowej i starannie mieszamy wszystko razem. Gdy masa stała się gęsta i lśniąca, należy spróbować i dodać cukru. Mnie wystarczyła łyżeczka, ponieważ galaretka słodka jest sama w sobie, a wściekle słodka frużelina nie jest nam potrzebna. Powinna być słodko-kwaśna.

Trzymamy jeszcze na ogniu przez kilka minut, ciągle mieszając. Następnie ściągamy garnek z ognia i odstawiamy, by frużelina nieco ostygła.

Ostudzone gofry można już okraszać frużeliną, dżemem, bitą śmietaną i owocami, lub posypać cukrem pudrem, ewentualnie niczym - bo klasyki cynamonowe są najlepsze:). I zjadać.

Co do mego wyboru, widocznego na zdjęciach, postanowiłam użyć chocolate chips do pary wiśniom (ponieważ bardzo lubię to połączenie) i na jeszcze ciepłego gofra w każdą krateczkę wrzuciłam po 2-3 kawałeczki czekolady, po czym przykryłam gofra grubą warstwą nadal ciepłej frużeliny.

Nie przetrwały nawet dwóch godzin, biedaki, ale taki jest ich los, jeśli tylko są smaczne.

Smacznego:)

PS: Co do tej frużeliny, można jej pewnie użyć i do pancakes i do sernika nowojorskiego lub okrasić nimi inne ciasta i ciasteczka. Spróbujcie. Na pewno się nie zawiedziecie. Nie zdążyłam sprawdzić przechowywania (nie zostało nic, na czym można by sprawdzać:P), ale przypuszczam, że naddatek frużeliny można na szybko podgrzać, a potem parujący, na wzór dżemu, wpakować ją do słoika, zamknąć szczelnie i używać do rozmaitych celów.


środa, 14 października 2015

Cytrynowo-imbirowy uzdrowicielski syrop do herbaty

Jesień pędzi na złamanie karku, w ucieczce przed zimą. Nawet nie zdążyliśmy się tak naprawdę nacieszyć ZPJ, a już jej prawie nie ma. ZPJ czyli Złota Polska Jesień trwała może parę dni we wrześniu, a teraz, w połowie października wydaje się, jakby był listopad! Co to za porządki, by śnieg już był rano. Jam nie przygotowana, na złom kark wyciągać musiałam zimowe odzienie rodziny, żeby mi nie pomarzli i nie połapali jakiej zarazy.
I złapałam ja. Jak zwykle. Oba moje chłopaki pomykają ledwie z katarem, a ja dopiero teraz kończę chyrlać czyli wypluwać płuca. Za takie porządki to ja dziękuję, biorę swą łopatkę i wysiadam z tego pociągu. Tylko w sumie... hmm... gdzie... na Plutona? No, niby można by się wyprowadzić na inny kontynent w ramach protestu i zamiast mrozu w nocy mieć ciepełko...
Ale skoro nie jest to chwilowo w planach - radzimy sobie z lodowatą jesienią i wszystkim, co niesie, jak się da.  Żywnościowo także.
Do łask wraca w porze "zarazy" czosnek spożywany na surowo, syrop cukrowy z cebuli (świetny na kaszel), a także ulubiony dodatek do herbaty mojej rodziny i na dodatek równie skuteczny, co prościuteńki w wykonaniu. A mianowicie złota, gęsta mieszanina miodu, cytryny i świeżego korzenia imbiru, czyli bohater dzisiejszej felki.
Od zawsze w sumie i każdy wie, że cytrusy, miód i imbir są doskonałe na chorobę, wszelakie kaszle i przeziębienia gardła, i w sumie łączy się czasem co najmniej dwa z trzech składników w herbacie, ale o połączeniu ich razem nie pomyślałam do poprzedniej wiosny (wtedy trafiłam na przepis na ten syrop gdzieś w gazecie). Wtedy też lubią mi chłopaki łapać co tłustsze bakterie latające w powietrzu i smarkać potem i kaszleć przez tygodni dwa.
Średnio jestem zwolenniczką dawania lekarstw maluchowi, więc z miejsca, w przypadku choroby zwracam się ku naturze. Zatem taki syrop domowej roboty, który można pić cały rok i jedynie dobre rzeczy przynosi, jest czymś wspaniałym. I dla dorosłych i dla dzieciaków. I na dodatek jaki smaczny:D

Rychło więc w czas podrzucam wam przepis na uzdrawiający (serio!) syrop do herbaty, który na dodatek polepsza jej walory smakowe, i sprawia, że wszyscy są zdrowsi. Korzystajcie, bowiem zrobienie go to kwestia kwadransa, a przechowywać można długo.







Składniki:

1 spora cytryna ze skórką, sparzona i starannie wymyta
1 korzeń imbiru wielkości mniej więcej cytryny
1 szklanka miodu naturalnego dowolnego rodzaju (polecam lipowy)
1 szklany słoik ze szczelnym zamknięciem

Wykonanie:

Cytrynę myjemy, parzymy wrzątkiem i kroimy wraz ze skórką najpierw na plasterki, potem plasterki na kawałeczki wielkości paznokcia lub nieco większe.

Imbir obieramy ze skóry i kroimy na kawałeczki wielkości takiej, jak pokroiliśmy cytrynę.

Oba składniki wrzucamy do starannie wymytego i co najmniej wyparzonego wrzątkiem słoika.

Cytrynę i imbir zalewamy w słoiku szklanką miodu i starannie mieszamy wszystkie trzy składniki ze sobą.

Słoik zamykamy i wstawiamy do lodówki na noc, by się przegryzły ze sobą i puściły sok.

Następnego dnia otwieramy, mieszamy raz jeszcze i możemy od tego momentu używać go czy jako dodatku do herbaty, czy też do zwykłej wody, tworząc sobie gorący napój, poprzez dodanie do cieczy pitnej 2 łyżek stołowych syropu. Każdorazowo przed użyciem należy przemieszać zawartość słoika, a potem go zamknąć, by nie wdała się pleśń.

Syrop można przechowywać i miesiąc w lodówce, bez szkody dla jego właściwości, a kawałeczki imbiru i cytryny dodawać także do herbaty, na równi z sokiem, jaki z nich się wytoczył.

Smacznego. I zdrowia:)