sobota, 10 października 2015

Zapiekanka z kurczaka i makaronu "Mac'n'chick"

Po trzech tygodniach wyjazdu quasi-urlopowego, do sanatorium, podczas którego poznałam na nowo jak kiepsko może smakować stołówkowa kuchnia masowa, na równi z genialnymi walorami borowiny oczyszczającej zatoki, powracam ponownie do swego bloga i przepisów. Nie jest zbyt dobrze odkładać za długo pewne rzeczy, bo się można zupełnie zniechęcić, a skoro na podglądzie projektu nadal widzę, że ktoś mnie jeszcze odwiedza na Bantofelkach, najwyższa pora wrócić do drylu. Tyle jeszcze przepisów mam w zanadrzu, które chcę wypróbować i podzielić się z wami, że aż mnie w sumie rozsadza:)
Zacznę jednak od dania obiadowego, które dokonałam jakiś czas temu. Pracochłonna, wbrew swej nazwie, zapiekanka makaronowa, ale powiadam wam - tak jest smaczna i sycąca, że aż się prosi o robienie jej co jakiś czas choćby po to, by widzieć walkę na obliczu mego skąpiącego komplementów męża: "powiedzieć, że doskonałe i chciałbym dokładkę, czy nie powiedzieć?"

Na dodatek pora jesienna jak najbardziej sprzyja takim daniom, jeszcze nie wymagającym zimowej ciężkości i maksymalnego naładowania wszystkim, co przynosi siłę ciału, by okres zimowy przetrwać, ale już mniej lekkim i frywolnym niż wiosenne sałatki, galaretki i musy owocowe. Dynie zaś dopiero się zaczynają, więc zanim zacznę szaleństwo z zupami-kremami z dyni i tartą dyniową, już zamówioną przez mego męża, jako najbliższe ciasto, w jakim pragnie zatopić kły, zaproponuję wam przejściowo, arcysmaczną zapiekankę "Mac'n'Chick" (nazwa autorska i bardzo pasuje;))

Przepis znalazłam sobie na tej stronie, jednakże z wiadomych względów różnic pomiędzy kuchnią polską, a amerykańską i dostępnością niektórych składników u nas, dokonać musiałam niezbędnych modyfikacji. I wcale, a wcale nie zmieniły one smaku dania. Wręcz przeciwnie: wydaje mi się, że jest teraz znacznie zdrowsze niż gdyby zastosować wszystko to, co Pionierka zapodaje w swoim przepisie. Przykładowo, zamiast puszkowanej zupy będącej w 90% mieszaniną soli i glutaminianu sodu oraz smakowitych E, zaproponowałam tu doskonały substytut z naturalnych składników (który już na blogu jest od jakiegoś czasu). Nie dodałam też niepotrzebnego zupełnie dodatkowego bulionu, bo ów substytut jest tak kremowy, że zapiekanka nie ma prawa być sucha, nasączona znakomitą ilością tego smakołyku. Że o odpadającej przy tym dodatkowej porcji soli i tłuszczu nie wspomnę.

Ale do rzeczy: jeśli zechcecie sobie porównywać przepisy pod względem moich zmian - proszę bardzo. Po to jest link do oryginału i aby zachować prawa autorskie. A moja wersja fantastycznej zapiekanki z makaronu i kurczaka już na was czeka, by zacząć ją robić. Do dzieła!







Składniki:

2 szklanki ugotowanego białego i ciemnego mięsa z kurczaka  (ja użyłam mięsa z 2 nóżek i z 2 piersi, ale spokojnie możecie użyć dowolnych szczątków doczesnych tego ptaka. Jeśli będziecie kupować całego kurczaka tylko dla tej zapiekanki - niech nie będzie za duży. 2 szklanki to tak na oko 60-70 deko mięsa)
3 szklanki makaronu spaghetti połamanego na 3 części lub makaronu nitki (różnica niemal żadna, bo i tak podczas mieszania i pieczenia zmięknie nam i co nieco się połamie. No, może kawałki spaghetti będą większe niż nitki i nieco grubsze, ale osobiście uważam, że oba rodzaje będą dobre.)
2 porcje substytutu zupy-kremu z grzybów (ilość ta odpowiada potrzebnym w oryginale 2 puszkom kondensowanej zupy-krem z grzybów, ale odradzam kupowanie. Taniej, zdrowiej i smaczniej jest zrobić ją sobie samemu na potrzeby tego dania i nie tylko. Serio.)
2 szklanki ostrego w smaku startego sera żółtego (polecam ser salami)
1/4 szklanki zielonej papryki skrojonej w drobną kostkę
1/4 szklanki cebuli skrojonej w drobną kostkę
1/2 słoiczka czerwonej papryki pimento (marynowana papryka, niegdyś dodawana do zielonej oliwki w miejsce pestki, teraz dodają galaretkę z niej. Od konserwowej różni się tylko tym, że jest miększa i ma nieco ostrzejszy smak. Papryczki pimento z łatwością kupicie w supermarkecie np. w E.Leclerc.)
1 łyżeczka soli (ostrożnie z nią, danie ma tyle dodatków, że trzeba próbować ciągle, czy nie przesadzimy z tą przyprawą.)
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1 dodatkowa szklanka startego ostrego sera żółtego na posypanie zapiekanki
szczypta majeranku i tymianku, oraz czerwonej słodkiej papryki


Wykonanie:

 Najpierw przygotowujemy sobie substytut zupy-krem z grzybów według tego przepisu. Lepiej mieć to już zrobione przed zabraniem się za zapiekankę, jednocześnie gotując mięso z kurczaka, bo potem będziemy tylko łączyć ze sobą składniki, zamiast czekać aż te bardziej płynne "dojdą".

Gotujemy mięso z kurczaka, wrzucając kawałki na gotującą się wodę. Tak jest zdecydowanie szybciej i wygodniej, nawet jeśli macie kupioną połówkę kurczaka. Pokrójcie go na kilka części zanim wrzucicie do wody. Kurczak pogotować się musi do miękkości, wpierw kilka minut na dużym ogniu, potem zmniejszamy gaz i pozwalamy mu się gotować na średnim około 30-45 minut. Gdy kawałki mięsa zaczną odstawać od kości (zauważycie zdecydowanie) wyłączamy gaz i wydobywamy kurczaka z wody, by ostygł. Będziemy za chwilę obierać mięso z kości, lepiej więc to robić, jak mięso jest już możliwe do dotknięcia.

Na wodę po kurczaku wrzucamy makaron, podkręcamy ponownie ogień pod garnczkiem i gotujemy go aż będzie prawie al'dente. Czyli nie tak do końca miękki. Potem zapiekanka jeszcze będzie zapiekana w piekarniku, więc nie chcemy mieć papki zamiast makaronu. Ugotowany makaron wyrzucamy na sito i odstawiamy na chwilę na bok.

Kroimy zieloną paprykę, cebulę i czerwone papryczki pimento w drobną kostkę.

Jeśli mięso z kurczaka nam już wystygło, obieramy je z kości, czyniąc z niego nie za duże kawałki. Odmierzamy wymaganą przepisem ilość, odstawiamy na bok.

Naczynie żaroodporne napełniamy makaronem.

Do makaronu wsypujemy rozdrobnione, ugotowane mięso z kurczaka.

Ostrożnie przelewamy do nich nasz substytut zupy-kremu z grzybów.

Dokładamy pokrojone warzywa.

Dodajemy starty, żółty ser.

Mieszamy wszystko ostrożnie ale dokładnie. W tym momencie zawartość naczynia żaroodpornego sięgać nam będzie prawie po brzegi, więc zdecydowanie trzeba to robić delikatnymi ruchami. Jeżeli wolicie wszystko mieszać w osobnym naczyniu, większym garnku lub czymś w tym stylu - proszę bardzo. Ja wolę w naczyniu, bo mniej wtedy naczyń ubrudzę, poza tym da się. I nie trzeba potem przekładać do naczynia, w którym będziemy zapiekać.

Starannie wymieszanych składników próbujemy, zanim zaczniemy doprawiać. Pamiętajcie, że w zupie-krem jest już sól i pieprz oraz bulion grzybowy, więc dodając łyżeczkę soli - bądźcie z nią ostrożni.

Doprawiamy więc solą i pieprzem, oraz pozostałymi przyprawami z przepisu. Jeżeli uznacie, że nadal czegoś wam brakuje, można poeksperymentować z ilościami, a także z inną przyprawą. Curry też tu podejdzie. Podbije smak charakterem.

Następnie raz jeszcze mieszamy, sprawdzamy ostatecznie smak i zapiekankę już znajdującą się w naczyniu żaroodpornym posypujemy tą dodatkową szklanką startego, żółtego sera.

Wsadzamy naczynie do piekarnika nagrzanego na 176 stopni Celsjusza i pieczemy około 35-45 minut do momentu aż ser się stopi, a potrawa widziana przez przezroczystą ściankę naczynia puszcza nam bąbelki. Finalnie otrzymamy soczystą zapiekankę, niby łagodną ale jednocześnie przyjemnie ognistą w smaku, naładowaną smacznymi składnikami, która zapełni brzuchy głodnej rodziny aż do przesytu i tylko o deser będą wam wołać.

Dania starczy spokojnie na 8 porcji.

Smacznego!:)




piątek, 11 września 2015

Odwrócone muffinki pomarańczowe z czekoladą

Trzeba w życiu spróbować wszystkiego. Absyntu, fajek (by stwierdzić oczywiście, że nie smakują i nie zapalimy nigdy już żadnej) seksu, skoku na bungie, hodowli węża w terrarium, obłaskawiania kota-Sfinksa (powodzenia bez grubych rękawic, jak jest szczególnie złośliwy), a także dokonania czynności zwykłej, której lekko boimy się podjąć, chociaż inne tego samego typu wykonujemy bez problemu. W tym przypadku u mnie szło o zrobienie muffinek.
Nie wiem czemu ten temat omijałam równie szerokim łukiem jak inni legendarne w tym, że nie "wychodzą" ciastka Makaroniki. Przecież to proste. Zmieszać składniki, wlać do foremek, upiec, zjeść. No tak, ale ja foremek nie miałam, nie miałam pojęcia jakie wybrać i jak piec i tak dalej. A poza tym gdzieś tam we łbie utarła mi się wizja muffinek, jako typowych babeczek, pieczonych jeszcze przez moją babcię w metalowych foremkach, ciężkich i mało przyjemnych w jedzeniu, a jak już się je w końcu wydłubało w całości z tych paskudnych foremek, to się cholery kruszyły wszędzie, zanim skończyłaś jeść jedną sztukę. W taki sposób chyba działają stereotypy. I to nie tylko w moim przypadku. Do dzisiaj słyszę głosy porównujące babeczki do muffinek, zrównując je ze sobą, podczas gdy ciasto w jednym i drugim wypieku jest zupełnie, ale to zupełnie inne. To tak, jakby próbować zrównać ze sobą brownie i murzynka, na podstawie tego, że oba są pieczone z czekoladą.

Niemniej stereotyp paskudnej babki zwalczyłam, a już zupełnie zaciekawiłam się muffinkami, gdy znalazłam pewien przepis na obiadowe muffiny z serkiem ricottą i szpinakiem, jeszcze nie wypróbowany. Nie było okazji w sumie. Ale z myślą o nim kupiłam sobie silikonowe foremki do muffinek. I złożyłam w szufladzie... jakoś ze trzy miesiące temu.
I pewnie by leżały i czekały na swoją szansę (albo sparcienie ze starości i nie używania), gdyby nie kalendarz ścienny z przepisami na odrywanych każdego dnia karteczkach. Przepis głosił "Pomarańczowe babeczki" i pewnego dnia mąż złożył mi go na łonie triumfalnym gestem, nic nie mówiąc, a tylko obserwując reakcję.
Zerknęłam raz na przepis, potem drugi raz, otworzyłam szerzej ślepia, bo spodobało mi się to co czytałam (już wiedział, znając moje upodobanie do ciast typu "odwrócone") i generalnie zostałam podbita. Następnej nocy śniło mi się robienie tych babeczek, (a właściwie muffinek, bo to nic innego tylko muffiny do góry nogami) i już nie było odwrotu. Nawet i brak składników mnie nie uratował, bo to taki przepis, że w domu się ma zazwyczaj wszystko na niego.
Tak oto powstały bohaterki dzisiejszej felki, do których oczywiście musiałam przyłożyć swoje inwencyjne pomysły. Dlatego też nie są całkiem pomarańczowe, a dosmaczone kawałeczkami czekolady, co wychodzi im naprawdę na dobre. Przy tym pomarańczę się czuje i widzi w cieście, są leciutkie, ale i smakowicie można wbić w nie zęby i poczuć, że się coś zjada... no, perfekcja. Każdego wyleczą ze strachu przed muffinkami. Gwarantuję.
I na dodatek tak ślicznie wyglądającego deseru dawno nie widziałam. Szkoda, że w jednej partii wychodzi tak mało... zawsze jednak można robić z podwójnej ilości, co w sumie zalecam. Przepis jednak podaję na ilość standardową: 12 muffinek. Sami już podwoicie ilość składników, jak będziecie chcieli ( będziecie:)).
No to jedziemy:


Składniki:

2 jajka
1/2 szklanki soku wyciśniętego z pomarańczy
4 łyżki stopionego masła + 2 dodatkowe łyżki na posmarowanie dna foremek na muffinki
1,5 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier brązowy (do posypania dna foremek na muffinki)
12 plasterków pomarańczy (jeśli są malutkie to całych, jeśli pomarańcze są zwykłego rozmiaru to bierzemy kawałki tych plasterków, można też pomarańczę zastąpić mandarynką i też będzie dobrze)
1/2 szklanki czekolady mlecznej posiekanej drobniutko, lub gotowych chocolate chips


Wykonanie:

Pomarańczę parzymy wrzątkiem, obieramy ze skórki, kroimy na plastry. Z pozostałej części wyciskamy potrzebne nam pół szklanki soku do ciasta. Odstawiamy.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni Celsjusza.

Jajka ubijamy mikserem na puszystą masę. Do masy wlewamy sok z pomarańczy oraz stopione masło. Ubijamy, aż się połączą. Dosypujemy następnie mąkę, cukier i proszek do pieczenia. Miksujemy całość tylko na tyle, by się połączyły. Grudkowatość masy na muffinki jest tym, co sprawia, że po upieczeniu są bardziej wilgotne i takie chcemy je mieć. Do ciasta dosypujemy kawałeczki czekolady i mieszamy wszystko razem łyżką.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia. Stawiamy na niej foremki silikonowe na muffinki. Dno każdej smarujemy starannie stopionym masłem i posypujemy brązowym cukrem, tylko na tyle by przykrył dno i namókł masłem.

Na dno każdej foremki kładziemy na cukier i masło kawałek plasterka pomarańczy.

Foremki napełniamy ciastem do 2/3 wysokości foremki maksimum. Nie napełniajcie do samej góry, bo muffinki będą rosnąć. Jak nie będą mieć na to miejsca, to się wyleją i będą kłopoty, a nie muffinki.

Blachę z foremkami z ciastem wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 25-30 minut.

Po tym czasie wyjmujemy muffinki z piekarnika i pozwalamy im nieco ostygnąć w temperaturze pokojowej.

Gdy są już tylko ciepłe, ostrożnie odwracamy każdą jedną do góry dnem nad talerzem, na którym mamy je zamiar serwować i cierpliwie czekamy aż wylezą, tudzież lekko odginamy na boki foremkę, by im pomóc.

Finalnie otrzymamy śliczne, złote muffinki z kawałkiem pomarańczy na "górze" zatopionym w karmelu, lśniące i pachnące.
Jeść można od razu (spróbujcie powstrzymać przed tym rodzinę - równie skuteczne, co obłaskawianie kota-Sfinksa bez rękawic:P), albo pozwolić im wystygnąć i serwować chłodne. Dodatki i ozdoby nie są zupełnie potrzebne - muffinki same wyglądają jak klejnoty i obronią się smakiem bez niczyjej pomocy.

piątek, 4 września 2015

Tarta na czekoladowym spodzie, z waniliowym kremem budyniowym i karmelizowanymi brzoskwiniami

Dawno temu już się przekonałam, że działanie pod wpływem impulsu jest tą najlepszą rzeczą, jaką można zrobić. Rzecz jasna w sprawach gardłowych nie. Ale w momencie, gdy chodzi o zwykłą zachciankę? Coś drobnego, z czego może wyniknąć coś ciekawego... wtedy, proszę państwa, jak nam błyśnie niespodziewana iskra, i mamy przeświadczenie, że tu i teraz ta decyzja, jakkolwiek szalona, jest tą właściwą, wtedy idziemy na całość.
Tak się właśnie miała sprawa z bohaterką obecnej felki, czyli niezwykłą tartą, którą właściwie wymyśliłam w ciągu trzech minut. Starczył impuls. W tym przypadku interesujący pin dotyczący ciemnego, czekoladowego spodu na tartę. Nigdy nie jadłam czegoś takiego, ba, nigdy w życiu nie próbowałam innej tarty niż z jasnym ciastem. Czyli co? Veni, vidi, cookie... czyli przybyłam, zobaczyłam i upiekłam. Przy tym musiałam i eksperymentować ostro, bo w oryginalnym przepisie, o tu, pieczono tę tartę z nadzieniem. A to, co przyszło mi do głowy w trzy minuty po przeczytaniu przepisu, wymagało upieczenia spodu najpierw, a potem nakładania gotowego nadzienia.
Generalnie po tym wariactwie, stwierdzam, że uwielbiam wielką improwizację w kuchni. Zrobić odtwórczo ciasto - to jedno. Ale zainspirować się i zrobić coś tak bardzo swojego - satysfakcja gwarantowana i nawet o zwrot pieniędzy martwić się nie trzeba.
A to wszystko przez impulsywne: "O, ciemny spód na tartę. O, cholera, łatwy i ciekawy. Jak super mogłoby to smakować gdyby dać na ten spód masę do karpatki, a na wierzch jakieś karmelizowane owoce, kwaśnawe, dla przeciwwagi!?" Bach! Pomysł się pojawił, składniki miałam. Za pieczenie wzięłam się jeszcze tego samego dnia i godziny, gdy pomysł zakwitł.
I niech mi już nikt więcej nie mówi, że impulsywne akcje dają tylko kłopoty. Bo mnie przynoszą same dobre rzeczy. Ta była (już nie ma, zjedli, tarta wytrwała niecałe dwa dni) wprost znakomita. Pyszna. Spód to w ogóle nie z tej ziemi, a w połączeniu z kremem waniliowym, zakrzywia czasoprzestrzeń.
No i nauczyłam się nowej rzeczy. Karmelizować owoce. To jest naprawdę bardzo łatwe. A jakie smaczne? Przy cieście maxi czekoladowym prawie nie słodkim i słodkim kremie, ich kwaskowatość jest jak ta przysłowiowa wisienka na torcie. Tarta jest leciutka. Przyjemna. Wysoce uzależniająca i jaka śliczna! Zresztą przekonajcie się sami. Zapraszam do działania.





Składniki:

Spód:

1 szklanka mąki
2 łyżki cukru
2 łyżki kakao
3 łyżki zimnego masła
1 szklanka lodowatej wody
1/2 szklanki kawałeczków mlecznej czekolady lub gotowych chocolate chips

Krem:

1 opakowanie kremu do karpatki (akurat miałam go pod ręką, musiałam zużyć, bo data ważności się kończyła, a mąż krążył dookoła niego jak sęp wokół padliny i nie wiadomo, kiedy by zdecydował, że trzeba zrobić i zjeść całość, bez ciasta nawet:P Ale zrobienie własnego, domowego jest bardzo proste, więc jak chcecie spróbować, to rekomenduję własnołapnie robiony krem budyniowy do tej tarty)
1 kostka masła (200 g)
1/2 litra mleka


Karmelizowane brzoskwinie:

15-20 sztuk polskich brzoskwiń (tych małych, o zielonkawym miąższu i czerwonych przy pestce)
4 łyżki miodu
4 łyżki cukru
1 duża szczypta cynamonu
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
1/2 olejku pomarańczowego
odrobina octu jabłkowego


Wykonanie:

Najpierw bierzemy się za ciasto.

Piekarnik nagrzewamy na 176 stopni Celsjusza.

Suche składniki, czyli mąkę, cukier i kakao wrzucamy do miski od miksera, starannie mieszamy.

Masło kroimy na drobno i wrzucamy do suchych składników. Następnie bierzemy widelec i metodą rozgniatania kawałków masła wraz z proszkiem, działamy do momentu, aż to, co otrzymamy w misce zacznie nam przypominać kruszonkę.

Następnie bierzemy lodowatą wodę i wlewamy troszkę do masy. Miksujemy. Potrzebujemy tym razem otrzymać masę złączoną, więc tej wody nie wejdzie w sumie tak wiele. Tak więc wody dodajemy ile nam wypadnie, by masa nie była wodnista, a zwarta. Ciasto zresztą łatwo przetestować. Jeżeli weźmiemy odrobinę i spróbujemy zlepić między palcami, a ciasto będzie zwarte po zlepieniu - jest gotowe.

Ciasto przerzucamy na stolnicę posypaną odrobiną kakao. Zagniatamy kilka razy, następnie tworzymy płaski dysk. Dysk ten przekładamy na folię, owijamy nią i wsadzamy do lodówki na co najmniej 30 minut.

W czasie, gdy ciasto będzie się nam chłodzić, spokojnie możemy przygotować sobie masę budyniową waniliową. Przygotowanie jej z proszku to pójście na skróty, mea culpa, szczególnie, że tak często podkreślam, że jestem przeciw wszelakim, pudełkowym ciastom. Nie miałam jednak innego wyjścia, musiałam to wykorzystać. Mimo to, wyjątek podkreśla regułę. Róbcie własną masę, jeśli tylko macie taką możliwość.
Wracając do masy z proszku, wykonujemy ją zgodnie z instrukcją z opakowania. W to wchodzi i mleko i masło podane w tym przepisie. Po prostu wykonajcie wszystko, co tam piszą z tyłu opakowania, odstawcie kremiszcze do ochłodzenia, a potem wmiksujcie ciepłe masło i waniliowy krem do tarty gotowy.

Akurat gdy będzie się chłodzić, powinno nam minąć te 30 minut wyczekiwania na ciasto na tartę z lodówki.

Bierzemy blaszkę na tartę z wyjmowalnym dnem (naprawdę bardzo wygodna rzecz), smarujemy ją masłem i posypujemy kakao. Oszczędnych informuję, że zamiast kakao oczywiście można użyć mąki i do posypania blaszki i do wcześniejszego traktowania ciasta na stolnicy. Nic się nie stanie, ale ryzykujecie białe ślady na ciemnym cieście.

Ciasto wyjmujemy z lodówki, odwijamy z folii i na stolnicy i wcześniej pozostawionym kakao rozwałkowujemy tak, by dysk był nieco większy niż średnica naszej blaszki na tartę. Następnie nawijamy ostrożnie ciasto na wałek i przenosimy nad blaszkę. Ustawiając wałek przy krawędzi blaszki końcówką ciasta, powoli rozwijamy je z wałka tak, by przykryło nam blaszkę. Na koniec dociskamy je starannie do dna i brzegów, odstające końce odcinając nożem. Można nimi potem ewentualnie uzupełnić dziury w rancie (rant - bok ciasta przylegający do bocznej części blaszki tarty).
Ciasto przykrywamy papierem do pieczenia i wysypujemy na dno groch, specjalne, szklane kulki do pieczenia lub suchą fasolę. Robimy to w celu obciążenia go, by nie podniosło się nam niepotrzebnie podczas pieczenia. Można i nie dawać tego papieru, ale gdy w trakcie pieczenia zauważymy, że spód mu się podnosi, należy ostrożnie dziabnąć je widelcem, by wypuścić spod spodu powietrze. Wtedy opadnie.

Ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy 20-25 minut. Testujemy patyczkiem, czy już upieczone.

Po tym czasie wyjmujemy je z piekarnika, odstawiamy do wystudzenia. Natychmiast po wyjęciu przesypujemy na dno równą warstwą kawałeczki czekolady. Warstwa ta nie musi być gruba. Starczy, by przykryły równo spód. I zostawiamy je w spokoju. Celem jest częściowe stopienie tej czekolady, by jeszcze dodać ciastu smaku, ale by ocalałe kawałeczki chrupały nam potem czekoladowo w zębach.

Gdy masę mamy już zimną, a ciasto ostudziło się, przekładamy krem waniliowy na upieczony spód z czekoladą. Rozsmarowujemy go równą warstwą po cieście. Powinno go być akurat tyle, by sięgnął do brzegów. Ciasto z kremem wstawiamy do lodówki do całkowitego ostudzenia.

Przygotowujemy następnie karmelizowane brzoskwinie.

Polskie owoce są twarde, małe i kwaskowate. Dlatego doskonałe są do karmelizacji. Tak szybko się nie rozlecą podczas obróbki termicznej.

Brzoskwinie myjemy więc, obieramy ze skóry, przekrawamy na pół i pozbywamy się pestek. Połówki już oczyszczone wkładamy do miski.

Do głębokiego rondla z grubym dnem lub patelni wkładamy miód i cukier. Podgrzewamy je na średnim ogniu, aż się rozpuszczą.

Do powstałej masy wrzucamy połówki brzoskwiń i zaczynamy je smażyć w miodzie i cukrze, obracając od czasu do czasu za pomocą drewnianej łyżki (nie działamy widelcem, bo zostawi potem dziurki w owocach), mieszając i okrywając równo powstającym syropem, pilnując by się nic nie przypaliło.

Gdy sos zaczyna nam się redukować, wsypujemy cynamon i sok z cytryny, mieszamy, i dalej macerujemy brzoskwinie aż sos zacznie się robić ciemny, a brzoskwinie wyraźnie zaczną mięknąć. Wtedy wlewamy olejek pomarańczowy, raz jeszcze starannie mieszamy.

W momencie, gdy brzoskwinie już są prawie miękkie, a sosu jest o 2/3 mniej niż wcześniej, jest też bardzo już gęsty, wlewamy odrobinę octu, mieszamy starannie i jeszcze przez parę minut trzymamy owoce w karmelu na ogniu.

Miękkie, ściągamy z ognia i odstawiamy je do całkowitego ostudzenia. Karmel nam się nie zbryli, bez obawy. Po prostu stanie się zimnym sosem karmelowym, owocom też nic nie będzie. Muszą być całkowicie zimne, sos też, gdy będziemy przekładać na krem waniliowy na tarcie. Inaczej wytrąci się nam nieestetycznie tłuszcz i wystąpi nad karmel. Nie jest to niesmaczne i nic się nie popsuje (w takiej sytuacji po prostu się go usuwa drewnianą wykałaczką i wszystko gra), ale oczyszczenie ciasta to dodatkowa robota, w momencie, gdy chcielibyśmy już kroić. Szkoda czasu, gdy można nieszczęściu zapobiec wcześniej.

Zimne owoce wypukłościami do góry przekładamy na zimną tartę z zimnym kremem. Zaczynamy od środka i układamy warstwę aż do brzegów. Wolne miejsca między owocami, przez które będzie nam wyglądać złocisty krem, wypełnimy ostrożnie sosem karmelowym. Nie wycieknie, gdyż ciasto cały czas jest w blaszce i takie powinno pozostać jeszcze przez jakiś czas.
Jeśli przypadkiem się okaże, że nam zabrakło owoców, a mamy jeszcze zapasowe, karmelizujemy jeszcze kilka połówek brzoskwiń, postępując dokładnie tak samo, jak poprzednio. Tylko do mniejszej ilości owoców używamy o połowę mniej miodu i cukru, oraz soku z cytryny i olejku. Czas oczekiwania na ochłodzenie rzecz jasna się przeciągnie, ale naprawdę warto będzie czekać.

Tartę z owocami i karmelem po raz ostatni pakujemy do lodówki na co najmniej godzinę. Najlepiej to dwie.

Po tym czasie wyjmujemy z lodówki, wyciągamy z blaszki (dno, wiadomo, wyjmowalne, ale boki należy podważać ostrożnie wąskim, cienkim nożykiem, bo sos karmelowy mógł się tam dostać i skleić ciasto z formą).

Podajemy samo, bo bardzo jest bogate samo w sobie i ślicznie się prezentuje po przekrojeniu. Albo z ulubionymi lodami. Tudzież można zaszaleć i przygotować sobie jeszcze trochę karmelizowanych owoców i tym razem na ciepło podać je do ciasta wraz z sosem karmelowym.

Kolejna bomba kaloryczna, powiecie. Chociaż, czy na pewno? Ciasto jest bez jajek i masła. Jedynie w kremie jest go cała kostka i cukier w owocach. Więc tak do końca nie jest językową rozpustą. Ale w sumie... czemu się przejmujecie kaloriami? Ciasto powstałe pd wpływem dobrego impulsu na pewno pójdzie w cycki!

Smacznego:)


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Chlebek kukurydziany z tapenadą (pastą) z oliwek

Oto danie szybkie, proste, a więc i za wiele nie ma się co nad nim rozpisywać. No, pyszne, więc cokolwiek jednak napiszę. Na dodatek z rodzaju tak modnej obecnie kuchni fusion - mieszania na jednym talerzu potraw z różnych stron świata.
A, że mieszamy, to widać już po nazwie. Chlebki kukurydziane na pierwszy rzut oka pochodzą gdzieś z południa świata. U nas bowiem jada się kukurydzę z kolby, gotowaną, z grilla albo puszkową. Nie bardzo jest tradycja jedzenia jej inaczej. A zachodni sąsiedzi nie ograniczają się i jedzą ją na różne sposoby. Naturalnie też, rzecz jasna, ugotowaną, w ramach na przykład sałatki do obiadu, ale i przetwarzają na, na przykład syrop, kukurydziany - niemożliwie słodki i niezdrowy dodatek do ciast (i nie ma się potem co dziwić legionom otyłych dzieci ze Stanów, jak im się to implementuje od maleńkości). Ale też robią z niej mąkę. Naturalną koleją rzeczy pszenica u nich nie rośnie aż tak fantastycznie jak w Europie, bo strasznie gorąco tam. Natomiast kukurydza takie temperatury kocha. I tak jak u nas łany pszenicy, tam tak całe pola kukurydziane rosną. I to w kilku odmianach. Więc i rozwinęli sztukę produkowana mnóstwa dobra z tego produktu.
Co do oliwek, pierwsze skojarzenie to Włochy, prawda? Albo Meksyk. I właśnie na Meksyk kierujemy spojrzenie, patrząc na nazwę pasty, jaką proponuję w tej ekspresowej przekąsce. Tapenada to cudownie prosta i maksymalnie szybka do zrobienia pasta z oliwek. Najlepiej dwóch ich rodzajów, dla smaku. Ale można też zrobić pastę tylko z zielonych, albo tylko z czarnych. Zależnie jakie akurat dopadniemy w sklepie. Zresztą, jakie by nie były - na pewno muszą być absolutnie bez pestek i galaretki z pimento (czyli pasty paprykowej, wsadzanej w dziurki po pestkach w zielonych oliwkach). No i oczywiście, zamarynowane. Raczej nie sądzę, by w Polsce udało nam się dopaść świeże "świeże". A marynowane oliwki to dokładnie to, co nam wystarczy do przyrządzenia wspaniałego dodatku do chlebka kukurydzianego, który sam w sobie jest zamulający. Pasta oliwkowa dodaje mu właściwego poślizgu i sami nie wiemy, kiedy znika i cały bochenek i cała miseczka tapenady.

Na danie nabrałam ochoty, gdy w jednej z moich ulubionych knajpek w Rzeszowie - BBQ Sport's Bar (serdecznie polecam zresztą, kapitalne steki i O-ringi tam mają, że o właściwie doprawionym Chili Con Carne nie wspomnę) jako czekadełko (amuse bouche - jedno, dwu-kęsowa przekąska, serwowana podczas czekania na zamówione potrawy) zaserwowano nam właśnie chlebek albo bułeczkę kukurydzianą i tę niesamowitą, super smaczną pastę.
Rzecz jasna, postanowiłam to kiedyś zrobić w domu. I w końcu się to stało, że miałam wszystko pod ręką, i mąkę kukurydzianą i oliwki, więc zrobiłam. Co prawda mój luby uważa, że jednak trochę inaczej tamto pieczywo smakowało, było lżejsze i bardziej puszyste, ale wiecie, nie kręcił nosem mimo tego kręcenia nosem i co zaglądałam do kuchni do tego chlebka i tapenady, to było ich coraz mniej...
Przekąska (poza wiadomą użytkowością podczas oglądania meczu, filmów, czy podjadania między posiłkami, można też potrawę traktować jako kanapeczkę lub szybkie śniadanie) otrzymuje więc znak jakość mego męża, czyli "a może zrobisz jeszcze kiedyś ten żółty chleb i to dobre smarowidło?" a zatem warta jest zapodania na blogu, dla użytku społecznego.
Czynię to więc z przyjemnością. Fusion kuchni amerykańsko-włosko-meksykańskiej czas zacząć!


Składniki:

Chlebek kukurydziany (przepis pochodzi stąd):

1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki tortowej
1 łyżka cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki stopionego masła
2 jajka
1 szklanka maślanki (uwaga: jeżeli nie mamy pod ręką maślanki, możemy zrobić sobie szklankę ekspresowo sami. Starczy 1 szklanka mleka i 1 łyżka soku z cytryny. Pomieszać, odstawić na 5 minut. Używać zamiast 1 szklanki maślanki)

Tapenada z oliwek (przepis zmodyfikowany pochodzi stąd):

1 opakowanie zielonych oliwek bez pestek i pasty paprykowej (180 gramów)
1 opakowanie czarnych oliwek (180 gramów)
5-6 sztuk kaparów
1 ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek lub oliwy z pestek winogron


Wykonanie:

Chlebek:

Piekarnik nagrzewamy na 200 stopni Celsjusza.

Do miski miksera wsypujemy i mieszamy ze sobą suche składniki: obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Osobno łączymy ze sobą składniki mokre: masło, jajka i maślankę.

Wlewamy składniki mokre do suchych, miksujemy starannie na gładką masę.

Blaszkę - keksówkę smarujemy starannie masłem, zwracając uwagę na rogi blaszki.

Wlewamy do niej gotowe ciasto i wkładamy do nagrzanego piekarnika, by się piekło przez 20-25 minut. Albo do momentu aż patyczek wsadzony w środek ciasta wyjdzie suchy.

Wyciągamy i zostawiamy w blaszce do ostygnięcia, aż chlebek będzie tylko ciepły. Po tym czasie odwracamy blaszkę do góry dnem i na czystą ściereczkę wyrzucamy ostrożnie chlebek z blaszki. Powinien wyjść bez problemów. Jeżeli nie wychodzi warto za pomocą nożyka spróbować podważyć boki, a potem, gdy odwrócimy blaszkę do góry dnem, popukać w nie i poczekać, aż ciasto samo "zejdzie".
Przechowujemy okryty starannie ściereczką, by nie wysechł.


Tapenada:

Oba rodzaje oliwek odsączamy z soku i wrzucamy do wysokiego naczynia.

Dorzucamy ząbek czosnku i kapary.

Wszystko starannie blendujemy aż składniki staną się drobniutko posiekaną masą, łatwą do nałożenia na chlebek.
Na koniec dolewamy oliwę i starannie mieszamy pastę, próbując. Jeżeli za mało czuć czosnek, można dorzucić jeszcze jeden ząbek.
Generalnie ilość oliwek i czosnku jest od siebie zależna. Można pastę zrobić nawet i z kilograma jednych i kilograma drugich oliwek, jak ktoś ma taką ochotę, ale wtedy trzeba będzie zwiększyć proporcjonalnie ilość pozostałych składników. Podana ilość starcza na miseczkę pasty oliwkowej.
Przechowujemy w szklanym naczyniu przykrytym folią aluminiową.

Chlebek kukurydziany kroimy jak jest jeszcze ciepły.
Na każdy ukrojony kawałek nakładamy pastę oliwkową i spożywamy z zadowoleniem w ilościach ogromnych, potem się dziwiąc kiedy to wszystko zostało zjedzone:)

Smacznego!










wtorek, 25 sierpnia 2015

Ciasto brownie "Uśmiercenie czekoladą" (Death-by-chocolate brownie cake)

Ciekawa jestem, czy pamiętacie jakąś szczególną czynność, słowo od przyjaciela/wroga, może jakiś kawałek muzyczny, może cytat, zdjęcie, cokolwiek drobnego sprzed lat, co wpłynęło na to, czym się teraz zajmujecie dla przyjemności? Nie pracą zarobkową, bo tę mało kto kocha, chyba, że ma prawdziwe szczęście i robi to, co kocha. Hobby. W sumie ciężkie zadanie, przypomnieć sobie coś takiego sprzed dwudziestu lat, ale gdy sobie to przypomnisz, nagle zaczynasz bardziej chcieć. Bardziej żyć. Bardziej... odkrywać, sięgać do źródeł.
Tak przynajmniej wygląda to z mojej strony.

Jest taka książeczka, którą będąc trzynasto - czy - czternastolatką, przeczytałam na wakacjach. Rzeczywistość była wtedy taka zwyczajna, jeszcze niosąca ze sobą odór ciężkich lat 80tych, chociaż powiewy zachodu zaczynały mocno wkradać się w lata 90-te. Coś się ruszało i w sklepach i w telewizji, ogólnie w ludziach. Więcej koloru i dźwięku wokół. Więcej wszystkiego.
No i właśnie wtedy w księgarniach i kioskach pojawiły się cieniutkie książeczki dla młodszych nastolatek o - młodszych nastolatkach z innego kraju. Ze Stanów, tak konkretnie. Niby nic, ale gdy je czytałam, moje brwi ciągle były w górze. Mentalność i zachowania takich nastolatek kompletnie inne od tego, co sama znałam ze szkoły i podwórka. Sama szkoła nie nazywała się "Liceum" (jeszcze wtedy o gimnazjach u nas nie było mowy), a Niższa Szkoła Średnia. Pamiętam swe kompletnie zaskoczenie, jak coś, co kojarzyłam już z High School, czyli właśnie Szkołą Średnią (ah, ten edukujący serial Beverly Hills 90210), może mieć odmianę dla młodszych uczniów w formie jej niższej wariacji. Jak się okazało - było to ichnie gimnazjum.
Ubierały się inaczej niż my, awangardowo, interesowały chłopakami, a chłopaki interesowały nimi i było to zupełnie normalne dla każdej z nich, podczas gdy w mojej końcówce podstawówki sensacją był wolny taniec kolegi i koleżanki z klasy na dyskotece szkolnej:D.
Poza tym... jedzenie. To tam pierwszy raz przeczytałam o frytkach, do których dodają kwaśną śmietanę i szczypiorek, na dodatek na wynos. A także pierwszy raz o brownie.

Rzecz jasna w tamtych czasach mało kto miał pojęcie, co to jest brownie, dlatego tłumaczka tych książeczek rozsądnie zastąpiła charakterystyczną nazwę "ciastem czekoladowym". Dobrze, że nie murzynkiem...
Niemniej tłumaczenie było zupełnie nieadekwatne do ciasta, o którym potem czytałam, że miłośnik czekolady jest go w stanie pożreć całą blachę (wnioskowanie: nie jest to normalne ciasto czekoladowe z masami, bo ono jest wysokie i nikt normalny nie da rady go zjeść. Musi więc być niskie, albo płaskie, albo bez masy), nazywają je "Uśmiercenie czekoladą", a mama głównej bohaterki zamiast wsypać do niego pokrojone orzechy, wsypuje tonę kawałeczków czekolady, bo dzieciaki orzechów nie lubią. Czemu do środka, a nie na wierzch?! Co to za ciasto?

Już wtedy kochałam czekoladę i powoli zaczynałam wtykać nos do kuchni, gdy coś się piekło. Wiedziałam więc, że to ciasto, na które nabrałam ochoty, jest czymś, czego nie widziałam nigdy dotąd i miałam nie oglądać jeszcze przez całe lata. Ale nie przestawałam się rozglądać.

Opis tak dobrze pozostał w mej łepetynie, że gdy w końcu wpadł mi w ręce przepis na klasyczne brownie i zobaczyłam w nim orzechy, a potem i sam jego wygląd oraz, że charakterystyczne jest to ciasto dla anglosasów... no, to byłam w domu. To było to ciasto czekoladowe, za którym tęskniło się dziecku dziesięć lat, nim w końcu już jako świeżo po studiach, zrobiłam swoje pierwsze, prawdziwe brownie.

Ale tak de facto tłumaczka swoim "ciastem czekoladowym" tak skutecznie zrobiła mi wodę z mózgu, że mając już dostęp do internetów i innych źródeł, i nadal od czasu do czasu się rozglądając za tym intrygującym wypiekiem, z uporem maniaka szukałam przepisów z "cake" w nazwie. Czyli "ciasto".

Dopiero niedawno, zupełnym przypadkiem natrafiłam na przepis na Pintereście, który zapalił mi czerwoną żaróweczkę w głowie. Czekoladowe - wiadomo. "Uśmiercenie czekoladą" sugeruje typowe ciasto kilkukrotnie czekoladowe, nazywane "Death-by-Chocolate", co znaczy dokładnie uśmiercenie czekoladą. Ale blacha na jakiej je piekli sugeruje, że to nie było typowe ciasto. A jeśli nie chodzi o ciasto, w tym konkretnym przypadku, a o połączenie ciasta i brownie?
Ale brownie już znałam. Robiłam. Uwielbiałam. Natomiast to, co uznałam za cudowną wariację w tym temacie, oraz połączenie z tym właśnie ciastem "Death-by-Chocolate", które i tak chciałam kiedyś robić, było najnormalniej w świecie jak oświecenie dla Buddy.
Siedziałam przed kompem, patrzyłam na to ciasto z triumfalnym bananem na ryjku i dźgałam monitor, tłumacząc z pasją mężowi (i tak nie słuchał:P), ile się oszukałam i naczekałam, żeby to znaleźć i zrobić.

I oto w końcu jest. Początek mego zainteresowania wypiekami,  maksimum czekoladowego smaku z obłędną masą czekoladową w środku i na zewnątrz, dodatkowo napakowane kawałeczkami czekolady. I jeszcze w stylu brownie, czyli czujesz, że gryziesz i co gryziesz. I nie masz dość, mimo, że jeden kawałek naraz to wszystko, co jesteś w stanie znieść na co najmniej godzinę.
Ostrzegam lojalnie - słodkie. Prawdziwa bomba kaloryczna. Istne... uśmiercenie czekoladą, ale, powiadam wam, z tym ciastem na talerzu powitałabym i zabójcę z szerokim uśmiechem i słowami:
"Strzelaj, morduj, rabuj co chcesz. Ja wszystko już teraz w swoim życiu upiekłam. Ja całą noc tańczyłam z Kevinem Costnerem..." a, nie, to nie do końca to. Cytat pomyliłam z dowcipem o wilku tańczącym z Costnerami. Ale wydźwięk jest ten sam. Pewien kamień milowy został osiągnięty. Czas poszukać kolejnych.
Przepis, zmodyfikowany solidnie, przede wszystkim o te orzechy (ja nie lubię, mój Młody uczulony) pochodzi stąd






Składniki:

Ciasto:

2 tabliczki gorzkiej czekolady (2x100 gramów w tabliczce)
6 łyżek masła
3/4 szklanki mąki
5 jajek
1 szklanka cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki śmietany 18%

Masa czekoladowa (ganache):

1,5 szklanki kawałeczków czekolady (albo w postaci chocolate chips, albo posiekanej drobno mlecznej czekolady)
1,5 szklanki śmietany kremówki 30%
3 łyżki masła
3 łyżki cukru (dosładzać masę będziecie pod koniec na pewno, więc ta ilość to tylko na wstęp)
2 tabliczki czekolady gorzkiej
1/2 olejku pomarańczowego, migdałowego, jakiego zapragniecie, by było czuć w waszej masie.(można pominąć, jeśli chcemy tylko smaku czekolady)

Wykonanie:

Na początek zabieramy się za ciasto.

Nagrzewamy piekarnik na 160 stopni Celsjusza.
2 tabliczki czekolady łamiemy na kawałki i wraz z masłem topimy w kąpieli wodnej, aż utworzą gładką masę. Odstawiamy na chwilę na bok.

Blaszkę tortową (najlepiej z wyjmowalnym dnem) smarujemy masłem i posypujemy mąką lub kakaem w proszku, tylko na tyle by proszek pokrył tłuszcz. Nadmiar strzepujemy.

Jajka, cukier i ekstrakt z wanilii umieszczamy w misce z mikserem i miksujemy przez 4-5 minut, aż masa stanie się puszysta i powiększy swą objętość.

Do masy dolewamy stopioną czekoladę z masłem, stopniowo, ciągle miksując, po czym finalnie miksujemy całość jeszcze przez 15 sekund.
Do powstałej masy dosypujemy mąkę i proszek do pieczenia i na niskich obrotach mieszamy wszystko razem.
Na koniec dokładamy śmietanę, miksujemy raz jeszcze do gładkości.

Masę przelewamy do blaszki tortowej i równo rozprowadzamy w jej wnętrzu.

Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy około 50-55 minut, lub do chwili aż patyczek testowy wetknięty w środek ciasta nie wyjdzie suchy.

Wyjmujemy upieczone ciasto brownie z piekarnika i przez 20 minut pozwalamy mu stygnąć w blasze, w temperaturze pokojowej. W tym czasie możemy cienkim nożykiem ostrożnie podważać brzegi, by się upewnić, że nie przywarło do boków. Po upływie 20 minut zdejmujemy bok blaszki. Jeżeli znajdziemy na cieście charakterystyczną, łamliwą skorupę brownie, dobrze jest ją zjeść od razu, inaczej będzie nam się łamać w najmniej odpowiednich momentach i nie pozwoli na równe rozprowadzenie masy czekoladowej.

Następnie przykrywamy ciasto płachtą papieru do pieczenia, odwracamy do góry nogami i ponownie ostrym nożykiem podważamy ostrożnie dół (obecnie blacha będzie na górze ciasta), by spód wypieku oczepić od spodu blachy. Powinno odejść samo dość szybko.
Po tym czasie wkładamy ciasto do lodówki i trzymamy w niej, nie przykryte, przez co najmniej 1 godzinę.


W tym czasie przygotowujemy masę czekoladową.

Czekolady łamiemy na drobno i wkładamy na jednego garnczka.

Śmietanę kremówkę, masło oraz cukier wkładamy do drugiego garnczka i stawiamy na niewielki ogień. Mieszamy, aż składniki się rozpuszczą i zmieszają ze sobą. Na tym ogniu trzymamy masę aż dokoła jej krawędzi pojawi się pierwszy wianuszek bąbelków powietrza. Nie można jej się pozwolić w żadnym razie zagotować ani przypalić, dlatego warto od czasu do czasu zamieszać.

Gdy to się stanie, ściągamy garnuszek z ognia i wylewamy jego gorącą zawartość do garnuszka z przygotowaną czekoladą.

Przez kolejnych 5 minut pozwalamy się masie samej rozpuszczać. Po upływie tego czasu mieszamy starannie i mocno, aż będzie gęsta i gładka.

Gotową masę musimy schłodzić, więc wstawiamy ją do lodówki, co jakiś czas wyjmując i mieszając, by się nie zastała.

Gdy będzie już chłodna wyciągamy z lodówki.

1 szklankę masy zachowujemy na pokrycie ciasta. Do reszty stopniowo wsypujemy posiekane lub gotowe kawałeczki mlecznej czekolady, zostawiając garść do późniejszej ozdoby ciasta.

Mieszamy ganache, aż czekolada rozłoży się w masie po równo. Odstawiamy na bok.


Przystępujemy do składania ciasta w jedną całość.

Wyciągamy ciasto z lodówki.

Ponownie układamy na czystym spodzie blachy, w której piekliśmy je, wysłanym papierem do pieczenia.

Ostrym nożem przecinamy ciasto brownie na pół, górną jego część odkładając na bok. Posłuży jako przykrycie dla ciasta.

Na pozostałej, dolnej połowie rozsmarowujemy starannie i równo cały ganache z kawałeczkami czekolady, aż po brzegi.

Przykrywamy górną częścią ciasta i lekko dociskamy ją do dolnej i kremu czekoladowego.

Następnie bierzemy zachowaną szklankę czystego kremu czekoladowego i jak najstaranniej smarujemy górę i boki ciasta tak, by ani kawałek nie wystawał na zewnątrz. Całe ciasto brownie ma zatonąć w warstwie czekoladowej masy (bez spodu, rzecz jasna, bo na nim ciasto stoi).

Finalnie bierzemy zachowaną garść kawałeczków czekolady i fantazyjnie, zgodnie z własnym pragnieniem, rozsypujemy ją na powierzchni ciasta.

Ciasto wkładamy do lodówki jeszcze na godzinę, nim zaczniemy je kroić.

Jest bardzo słodkie, więc najlepiej podawać je z czymś kwaśnym, łamiącym tę słodycz. Ja wpadłam na pomysł by zamiast lodów, albo jakiejś kwaśnej konfitury po prostu podać je z zamrożonymi czerwonymi porzeczkami. Wygląda bardzo ładnie i doskonale smakuje.
Tyle. Smacznego, łasuchy!

A teraz kilka uwag, wynikających z własnej obserwacji.
Przede wszystkim: ganache to nie typowa polewa czekoladowa, którą trzeba trzymać z daleka od lodówki, bo zaraz pokrywa się białym nalotem. Nic z tych rzeczy. Bezpiecznie możemy trzymać ciasto w lodówce i ciągle będzie tak samo brązowe, jak tuż po pokryciu go warstwą masy czekoladowej.

Użycie kakao zamiast mąki do posypania blaszki przed pieczeniem to o tyle doskonały pomysł, że potem nie widać białych resztek mąki na cieście.

Ciasto przechowujemy w lodówce, rzecz jasna, ale doradzam nie kroić go od razu po wyjęciu z niej. Będzie twardsze niż powinno przez tę całą czekoladę i kawałki mogę nam nieestetycznie wyglądać po pokrojeniu, gdy się zaczną kruszyć. Dlatego najlepiej pozwolić ciastu "odpocząć" przez kwadrans po wyjęciu z lodówki i dopiero potem kroić.










poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Ekstrakt z wanilii

Rzecz prostsza do zrobienia niż pójście do sklepu i kupienie cukru wanilinowego, który z uporem maniaka my, Polacy, nazywamy, waniliowym. A cukier wanilinowy z wanilią ma tyle wspólnego, że tylko odrobinę pachnie jej chemicznie uzyskanym substytutem.
Nie chcę w sumie wiedzieć, z czego jest produkowana wanilina. Gdzieś mi się obiło o uszy, że biorą w tym udział krowie odchody, ale chyba lepiej dla wszystkich będzie spuścić na to zasłonę zapomnienia.

Cukru wanilinowego używają już co najmniej trzy pokolenia Polek, do aromatyzowana swych wypieków, ja osobiście nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała prawdziwy cukier waniliowy w jakimkolwiek sklepie. Podobno kiedyś był. Zniknął na korzyść tańszej waniliny i tak już zostało. Ale, wiecie, tylko krowa nie zmienia poglądów. Skoro można dużą ilość czegoś znacznie lepszego zrobić, generalnie wykonując tylko 3 czynności, a potem cieszyć się doskonałym aromatem prawdziwej wanilii w ciastach przez długi czas, to grzechem jest pójście na leniwca i nadal korzystanie z kupnego cukru. Kupnego, czaicie?:D Brrrr...

Przepis na ekstrakt z wanilii pojawia się w masie przepisów na ciasta, rodem z zagranicy. Nie dostaniemy go u nas w sklepach na pewno. Stawiają ciągle na ten cholerny cukier z waniliny na zasadzie "durne kupowały przez trzydzieści lat, nie znają nic innego, to będą kupować dalej". Po co więc dać na półki coś, co jest droższe w produkcji, chociaż o niebie lepsze? Po co? A o tej kupie, z której się robi wanilinę, to przecież nie każdy wie i w sumie pewnie wygodniej jest nie wiedzieć...
No ale wracając do ciast, przynajmniej 90% z tych, na które przepisy czytałam i prawie wszystkie, które wypróbowałam, mają ten składnik, więc w końcu, znużona otwieraniem torebek z kupnym cukrem, poszłam po rozum do głowy i na bloga Doroty, pogrzebałam tam i znalazłam to, czego mi było potrzeba do pełni szczęścia.
Mój ekstrakt z wanilii ma już prawie miesiąc. Ostatnio dla próby, dwa dni temu, użyłam go po raz pierwszy w cieście "Uśmiercenie Czekoladą" i naprawdę niebo w gębie i nosie. Żaden cukier wanilinowy wam tego nie zapewni.

Dlatego też, bez zmian w przepisie, przeblogowuję przepis z Moich Wypieków na doskonały ekstrakt z wanilii. Prościutki do wykonania, wymagający dwóch składników i szklanej butelki. Oraz co najmniej miesiąca cierpliwości, dwóch, by osiągnął właściwą moc.
Ale, uwierzcie mi, warto czekać.
Aha, do większości wypieków używa się maksymalnie 1 łyżeczki ekstraktu. Wystarcza to w zupełności na aromatyzowanie całego ciasta i nie czuć w nim absolutnie alkoholu, który jest podstawą ekstraktu. Jednak więcej niż jedna łyżeczka może już wpłynąć na dziecko, jedzące to ciasto, więc lojalnie ostrzegam, nie szalejcie z tym składnikiem, jeśli akurat wasze pociechy ciasto z ekstraktem będą spożywać. Nie chcemy w końcu dziabniętych dzieciaków mieć, nie?

Zdjęcie poniżej jest średniej jakości. Nie mam dobrego aparatu pod ręką, a chcę skończyć już wpis, więc tak pi razy oko, kolorystykę ogarniecie.
Za miesiąc ekstrakt będzie jeszcze ciemniejszy.


Składniki:

3 duże laski wanilii (można i dodać do tego laski częściowo zużyte, bez ziarenek, bo nadal zawierają potrzebny aromat)
1 szklanka wódki (użyłam u siebie Stocka, jako, że potrzebowałam mniej "woniejącego" alkoholu, żeby to wanilia, a nie wóda była potem wyczuwalna)
1 szklana butelka ze szczelnym korkiem (inne szklane naczynie ze szczelnym zamknięciem też może być)

Wykonanie:

Laski wanilii przecinamy na pół wzdłuż. Nie pozbawiamy ich ziarenek. Tak przecięte wkładamy do butelki. Przepis podaje o trzech co najmniej, ale można napakować i więcej. Im więcej wanilii, tym bardziej aromatyczny ekstrakt nam wyjdzie.

Wanilię w butelce zalewamy szklanką wódki i zamykamy szczelnie korkiem.

Już po paru chwilach wódka zrobi się ciemniejsza i mętna, zaczną w niej latać farfocle i ziarenka. To dobrze. Znaczy, że proces ekstrakcji się zaczął.

Butelkę wkładamy w ciemne miejsce, w temperaturze pokojowej (nie do lodówki, ale do jakiej szafki jak najbardziej) i na skorzystanie z ekstraktu czekamy co najmniej miesiąc, co jakiś czas wyjmują butelkę i potrząsając nią. Po dwóch miesiącach ekstrakt powinien osiągnąć full aromatu.

Ja osobiście trzymam tę butelkę ustawioną pod kątem w cargo. Jak widać laski wystają ponad linię alkoholu, a chcę, by całość aromatu szła w płyn, więc ustawienie pod kątem sprawia, że laski wanilii są cały czas zanurzone.

Ekstrakt można trzymać w domu bardzo długo. Nie zepsuje się. W miarę wyczerpywania się cieczy, można dolewać jeszcze alkoholu i dorzucać wanilii. W ten sposób zapewnimy sobie stały dostęp do tego świetnego, naturalnego aromatyzera.

Ciasto cytrynowo - borówkowe

Lato się kończy, a wraz z nim mnogość owoców, z których można piec ciasta. W tym i na borówkę amerykańską sezon przemija wielkimi krokami. Jako, że bardzo lubię ten owoc (może nie ubóstwiam, jak na przykład wiśnie, ale na pewno jest w top 5), gdy tylko zauważyłam, że u teściów na działce krzaczki jakoś mniej obwieszone na fioletowo ostatnio ( i to nie z winy zbieraczy), zaraz sięgnęłam po koszyczek i napełniłam go obficie litrem fioletowego dobra.
To nie tak, że jak się borówka skończy na krzakach, to potem rok trzeba będzie na nią czekać. W sklepach można ją kupić większość roku. Niestety po tak zbójeckiej cenie za pół litra, że się na jej widok momentalnie odechciewa nie tylko na zjedzenie, ale i na pieczenie kupować.
Dlatego, aby oszczędzić sobie rozterek wyboru, a w konsekwencji zapomnieć o cieście, które mnie kusiło od jakiegoś czasu, zaopatrzyłam się w borówki, a także w cytryny i jogurt w sklepie i zabrałam się za wyrób nieskosłodzonego (jak na moje ciasta to zdecydowanie osiągnięcie) i mało kalorycznego przysmaku.
Na dodatek ciekawa byłam połączenia smakowego cytryn i borówek, ponoć ekstraordynaryjnego.
I cóż? Wszystko było tak, jak je określono. Ciasto cytrynowo-borówkowe faktycznie ma aromat cytryn, napakowane jest potężnie borówkami od góry do dołu, przy tym konsystencją przypomina nieco keksa, ale nie jest suche. Tę akurat właściwość zapewniło solidne naponczowanie syropem cytrynowym, w którym ciasto w pewnym momencie prawie pływało. To zdecydowany jego plus. Na dodatek bardzo ładnie, marmurkowo prezentuje się po przekrojeniu, a z zewnątrz ma pyszną, wcale nie aż tak słodką, warstwę cytrynowego lukru.
Doskonałe do kawy lub herbaty, albo jako przegryzka.
A przepis pochodzi z tej strony. Nieco przetasowany, ale to było konieczne:)

No to co, łapiemy za owoce i robimy!


Składniki:

Ciasto:

1,5 szklanki i osobno 1 łyżka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka jogurtu naturalnego
1 szklanka cukru
3 jajka
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można zamiast niego dać 1 cukier waniliowy)
1/2 szklanki oliwy z pestek winogron
1,5 szklanki borówek zwykłych lub amerykańskich, świeżych lub mrożonych

Syrop cytrynowy:

1/3 szklanki soku wyciśniętego z cytryny
1/3 szklanki cukru

Lukier cytrynowy:

1 szklanka cukru pudru
3-4 łyżki soku wyciśniętego z cytryny


Przygotowanie:

Nagrzewamy piekarnik na 176 stopni Celsjusza.

Blaszkę keksową smarujemy masłem na dnie i po bokach i obsypujemy mąką, strząsając jej nadmiar.

W misce łączymy ze sobą suche składniki: mąkę i proszek do pieczenia.
W misce miksera umieszczamy składniki mokre: jogurt, cukier, jajka, skórkę cytrynową, ekstrakt z wanilii i olej. Miksujemy je razem.

Następnie wsypujemy składniki suche do składników mokrych i raz jeszcze miksujemy na gładką masę.

Borówki myjemy, odsączamy z wody, pozwalamy im nieco obeschnąć, potem wrzucamy do miski i ostrożnie mieszamy z łyżką mąki. Gdy będą nią obtoczone, wsypujemy je do gotowej masy na ciasto.

Masę z borówkami wlewamy do blaszki, wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 50-55 minut, lub do momentu aż testowy patyczek wetknięty w różne fragmenty ciasta wyjdzie nam z niego suchy.

Upieczone ciasto studzimy w blaszce w otwartym piekarniku przez 10 minut, następnie wyjmujemy z niego zupełnie i studzimy w temperaturze pokojowej do momentu aż jest już tylko ciepłe.

Wyjmujemy z blaszki. Dokonać tego można metodą najprostszą. Ostrym nożykiem sięgamy do boków ciasta i ostrożnie podważamy je przy samej blaszce, by ewentualne przypieczenia i fragmenty owoców nie zawadzały nam podczas wyjmowania, oraz nie wyrwały w cieście dziur.
Następnie przykrywamy blaszkę płachtą papieru do pieczenia i zdecydowanym ruchem odwracamy blachę do góry nogami, kładąc na stole. Potem należy tylko postukać w dno. Ciasto powinno wylecieć samo. Pozostaje tylko zdjąć z niego blaszkę.

W czasie, gdy będzie już tylko ciepłe, przygotowujemy kąpiel cytrynową.
W garnuszku łączymy sok cytrynowy i cukier i stawiamy na nieduży ogień. Cały czas mieszając podgrzewamy, aż cukier się rozpuści, po czym jeszcze przez 3 minuty trzymamy na ogniu.
Po tym czasie zdejmujemy z niego i odstawiamy syrop na chwilę na bok.

Uzbrojeni w wykałaczkę nakłuwamy ciepłe ciasto z każdej strony. Po bokach i na wierzchu, pomijając spód. dziurek trochę być powinno, bo musi w ciasto wsiąknąć cały syrop. Następnie ciasto polewamy po łyżeczce przygotowanym, ciepłym jeszcze syropem cytrynowym i pozwalamy mu całkowicie w nie wsiąknąć, zwracając uwagę szczególnie na krawędzie i boki.

Gdy cały syrop wsiąknie, wykonujemy polewę cytrynową.

W tym celu mieszamy cukier puder z sokiem cytrynowym aż powstanie gładka, biała masa.
Ja, niestety, nie miałam cukru pudru, użyłam więc zwykłego, więc akurat na zdjęciu u mnie polewa zamiast być gładka i biała, jest pół przezroczysta i przypomina nieco kawałki kry lodowej. To też ma swój urok w sumie, a nie ujmuje absolutnie nic ze smaku. Więc z czego ją zrobić, pozostawiam już wam do wyboru.
Lukrem pokrywamy ciasto, zaczynając od wierzchu i schodząc na boki, ile się da, aż zużyjemy cały lukier. Przed krojeniem ciasta należy pozwolić lukrowi stężeć.

Smacznego!